Najpierw rozległ się pisk. Ostry, martwy, wiercący w czaszce. Dopiero potem nadciągnął ból – ciężki, tępy, rozlewający się za oczami.
Spróbowała zaczerpnąć powietrza, ale żołądek wyprzedził głowę. Zwymiotowała w błoto, żółć skleiła policzek i włosy. Gwałtownie łapała powietrze.
– Ja pierdolę! Co tu się, kurwa, dzieje?
Plamy. Zieleń. Zbyt żywa, zbyt ostra, nieludzka. Gdzie ściany? Gdzie sufit?
Nad nią czysty błękit. Zero smug, zero dronów.
Zamknęła oczy. Piskliwy trel ptaków. Szum wiatru.
Serce tłukło w żebra. Zimny pot na czole.
Zacisnęła powieki. Za mocno.
Musi zobaczyć kafelki.
– Robert… – wychrypiała. Spróbowała się podnieść. Ból uciął ruch w połowie. Szarpnął nią kolejny skurcz, ale żołądek był już pusty. Opadła z powrotem.
Spojrzała w bok. I wtedy go zobaczyła.
Leżał tuż obok. Krew sączyła mu się z nosa i wsiąkała w trawę.
Oddychał. Wciąż ją trzymał. Między ich dłońmi tkwił czarny sześcian. Wciśnięty między ich palce.
Zimny. Nie chłód – ból. Jęknęła i szarpnęła ręką. Sześcian wypadł i uderzył o ziemię głuchym stukiem. Trawa wokół niego zbielała od szronu. Zesztywniała. Pękła z suchym trzaskiem i rozsypała się w pył.
Otworzył oczy. Przekrwione. Rozbiegane.
– O kurwa… – wycharczał. Z ust pociekła strużka krwi. – Aga… Gdzie my…?
Próbował skupić na niej wzrok.
– Nie wiem – wydusiła – ale to nie jest Instytut.
Chciała się skulić. Zamknąć oczy i obudzić się w domu. Ale zimna wilgoć wsiąkała w ubranie. Wymiociny cuchnęły coraz mocniej.
Wtedy to usłyszeli. Głosy. Szorstkie, warczące. Zbyt wiele.
Zesztywnieli. Wbiła paznokcie w jego ramię. Chciała biec. Ciało nie słuchało.
Zza wzniesienia wybiegli ludzie. Darli się. Wymachiwali widłami. Śmierdzieli.
Twarze umazane gliną. Zaciśnięte szczęki.
Zerwał się na nogi, szarpiąc ją za nadgarstek.
– Uciekaj! – rzucił. – Kurwa, biegnij!
Popchnął ją tak mocno, że omal nie runęła z powrotem w błoto.
– Co ty robisz, idioto?! – syknęła, szarpiąc go za ramię. – Nie prowokuj ich!
– Nie prowokuj?! Myślisz, że potrzebują powodu?
Zamknęli ich w kręgu wideł, cepów i toporów. Motłoch falował, lecz nikt nie podchodził. Obie strony mierzyły się wzrokiem. Z kręgu wystąpił starzec. Twarz przypominała zeschły korzeń. Śmierdział tak, że żółć znów podeszła jej do gardła.
– Skąd żeście? – Głos miał chrapliwy. Uniósł sękatą laskę. Wycelował w ich piersi.
– Coście za czarty?
Robert przełknął ślinę. Smakowała metalem i żółcią. Otworzył usta, ale wydobył się tylko bełkot.
– Niemce! – krzyknął starzec, robiąc krok w przód. – Obcy, co mowy ludzkiej nie znają!
Gruda ziemi walnęła go w ramię. Jęknął, zaciskając zęby. Krąg wieśniaków się zaciskał.
– My… my jesteśmy stąd – wychrypiał głośno.
Krąg zaszumiał. Starzec splunął soczyście w trawę, przed nimi.
– Łżesz! Nikt was wcześniej tu nie widział! – krzyknął ktoś z gapiów.
– Nie wiemy… gdzie jesteśmy. Nie wiemy, jak tu trafiliśmy. – wyszeptała.
Kilka grud świsnęło nad trawą.
Odruchowo zasłonił żonę. Jedna gruda uderzyła go w bark. Druga rozbiła się o usta.
Przez tłuszczę przebiegł pomruk.
Starzec wbił kostur Robertowi w pierś.
Robert cofnął się o krok.
Starzec pchnął mocniej.
Robert odtrącił laskę.
– Zabić!
Młody chłop doskoczył z uniesionym toporem. Robert nie myślał. Uchylił się. Wyprowadził cios na oślep, prosto w nos napastnika. Chrupnęło. Osiłek zawył i runął twarzą w błoto i rzygowiny. Krew z roztrzaskanego nosa bryznęła na Agnieszkę.
Zamarli. Ofiara gryzie.
A potem tłum eksplodował wrzaskiem i ruszył. Wrzasnęła, gdy czyjeś łapska chwyciły ją za włosy. Wbiła kciuki w oczy napastnika. Chłop zawył i puścił. Robert dostał trzonkiem w plecy. Zgiął się wpół, kaszląc. Kolejny cios – kop w żebra. Runął na ziemię.
Sześcian wysunął mu się z palców. Upadł dokładnie tam, gdzie wcześniej wymroził trawę.
Dźwięk kruszonego lodu przebił się przez wrzawę.
Wrzaski urwały się.
Zawieszone wpół ciosy zamarły w powietrzu. Chłopi odskoczyli, tratując się nawzajem w panicznej ucieczce.
Osiłek z rozbitym nosem czołgał się, kreśląc drżącą ręką znak na piersi i skomląc.
– Mor! – wyszeptał ktoś. – Zimny ogień!
Robert leżał w błocie. Każdy wdech był bólem. Agnieszka klęczała obok. Warga spuchnięta, oczy szerokie i dzikie. Dyszała ciężko.
Nikt się nie ruszał.
– Odsunąć się! – huknął starzec, przepychając się przez przerażonych ludzi.
– Nie tykać tego! – Uderzył osiłka laską po łapach. – Łapy ci uschną, durniu. Odwrócił się w stronę przybyszów. Sękaty koniec kostura wymierzył prosto w pierś Roberta. Ten z trudem podnosił się na łokciach.
– Ty – burknął starzec. – Ty to weź. Zgromadzeni wstrzymali oddech. – Nikt z nas nie będzie tego trzymał – wycedził. Krąg odsunął się jeszcze szerzej. – Przywlekłeś to cholerstwo, to poniesiesz. Brać to! Ale już!
Sześcian leżał czarny w kręgu martwej bieli. Zimno było przenikliwe, lecz już nie paliło z dawną mocą. Podniósł go. Cofnęli się o krok. Nikt się nie odezwał.
– Ruszać się – rzucił starzec, nie odrywając oczu od czarnego przedmiotu w dłoni obcego. – Do wioski. Sąd nad wami odprawim.
Wokół nich utworzył się szeroki, pusty krąg. Z trudem stanęli na nogach.
Szli. Byle nie runąć w błoto chlupiące pod nogami. Kuśtykał. Przy każdym kroku żebra przeszywał ból. Sześcian ciążył w dłoni. Zimno pełzło po palcach, lecz nie rozluźnił chwytu.
Powłóczyła nogami. Pobladła. Patrzyła przed siebie pustym wzrokiem. Splunęła krwią.
– Witaj w piekle, mężu – charknęła.
Na skraju polany stały pierwsze chaty, częściowo zagłębione w ziemi. Darniowe dachy opadały do gruntu. Przez szczeliny sączył się dym, niosąc smród gnoju, padliny i czegoś gorszego. Obok ciągnęły się zagrody dla zwierząt.
Kobiety w lnianych chustach wyglądały z drzwi. Dzieci chowały się za ich spódnicami i wychylały głowy.
Motłoch wepchnął ich na środek błotnistego placu.
Starzec stanął przed nimi. – A tera gadajcie po dobroci. Skądżeście i co to za kamień? – Wskazał laską sześcian.
– Nie wiem… – wybełkotał Robert. – Chyba spadł razem z gromem.
Przez krąg przeszedł gwałtowny szmer.
– Kamień Peruna! – krzyknął młody barczysty mężczyzna. Wysunął się przed innych i uniósł brodę.
– Gromowa jasność była znakiem! – ryczał, ignorując starostę. – Pan Niebios zesłał nam swoją moc! Z takim darem nikt nam nie straszny!
Stara kobieta wysunęła się spomiędzy chat i spojrzała na młodzieńca. – Z nieba, prawisz, Dobromirze? A może z ziemi wylazło, co? Czarne niczym ziemia, chłodem z Nawii ciągnie. Pamiętacie zarazę, co trzy chaty nam zabrała? To Weles o sobie przypomniał! A teraz ten dureń kusi czarnym urokiem, byśmy go między nasze domy wnieśli!
Splunął gęsto przed kobietę. – Głupiaś, Rzepicho! – odwarknął, czerwony na twarzy. – Perun włada niebem! Jasność była w górze, nie w gnoju! To siła!
– Zawrzyj gębę, obsrańcu! – huknął starzec. – Kwiecisz jestem! Zważ, do kogo gębę otwierasz!
Zapadła cisza. Dobromir nie spuścił oczu. Uniósł brodę i spojrzał starcowi prosto w oczy. Skrzywił usta i cofnął się o pół kroku.
Chaos wybuchł na nowo.
– Wypędzić ich albo zatłuc, kamień wioskowy jest! – wrzasnął inny krewki młodzieniec, machając okutym kijem.
– Niech idą, skąd przyleźli! – wtórowała Rzepicha, rozglądając się po sąsiadach. – Nim zarazę rozniosą!
– Głupcy! – odezwał się nagle donośny głos. Z grupy wystąpił krępy mężczyzna. Zignorował wszystkich i pewnie podszedł do Roberta.
– Wy o bogach, a ja o robocie – rzucił. Pochylił się nad sześcianem, nie spuszczając z niego wzroku.
– Widzieliście kiedy tak równe krawędzie, jakby je kto toporem odciął? Albo powierzchnię gładszą niż otoczak toczony w rzece przez sto zim? – Przesunął powoli palcem tuż nad lśniącą powierzchnią, nie śmiąc jej dotknąć. – Żaden krzemień tak nie pęka. To… metal. Nikt z nas takiego nie widział. Czarny, a lśni. I rosy się nie boi.
Wyprostował się.
– To nie dar ani klątwa. To dzieło. A takie dzieło mogło wyjść tylko z boskiej kuźni! Tylko sam Swaróg potrafi tak kuć!
Słowo „Swaróg” uderzyło w nią. Spojrzała na męża z niemym, przerażonym pytaniem w oczach.
– Skąd oni o nim wiedzą?!
Jedni przytaknęli, inni zaczęli protestować.
Z boku odezwał się chudy mężczyzna. – Rzepicha ma rację. Kamień leżał na ziemi, gdyśmy tu przyszli. Czemu ma być ich? To nasza ziemia i wszystko, co na niej leży!
– Oddajcie kamień! – podchwycił Dobromir, robiąc krok w stronę Roberta. – Czy to dar Peruna, czy dzieło Swaroga, należy do Kwiecistej, do nas wszystkich!
– Dość! Przestańcie ujadać! Czyście wściekłe psy?! – krzyknął starzec.
Kwiecisz rozejrzał się po skłóconych sąsiadach, po czym zwrócił się do Roberta i Agnieszki.
– Siądźcie i czekajcie, aż starsi radzić skończą.
Kwiecisz odszedł w stronę wielkiego dębu na skraju majdanu, ciągnąc za sobą starszyznę. Było ich kilkunastu. Zaczęli radzić. Na początku cicho, potem coraz głośniej. Głosy nakładały się na siebie, zmieniając się w warkliwy pomruk.
– O co tak się kłócą? – zapytała.
– O podział łupów albo… o sposób egzekucji.
– Próbujesz być zabawny? To nie czas i miejsce.
Starcy machali rękami i raz po raz wskazywali przybyszów.
Wokół nich, w odległości kilku kroków, stał mur gapiów. Nikt nie odważył się podejść bliżej, ale nikt też nie odszedł. Stali i patrzyli.
– Swaróg… – szepnęła, wbijając wzrok w błoto. Drżała całym ciałem. – Słyszałeś? Oni mówią o Swarogu.
– Słyszałem. Swaróg, Perun, Weles. Jesteśmy w pierdolonym parku etnograficznym.
– No, ktoś się przyłożył do rekonstrukcji. Dobrał aktorów i zadbał o wszystkie zmysły.
Czekali. Nad majdanem unosił się tylko dym i smród.
Narada dobiegła końca. Kwiecisz wrócił. Za nim szli pozostali.
– Rada uradziła.
Plac zamilkł.
Starosta odwrócił się do ludzi. – Prawicie, że to zły znak! Że to klątwa Welesa, albo dar Peruna! – jego głos niósł się echem. – Ja powiadam: nie nam sądzić wyroki bogów. Rodzanice splotły ich nić z naszą. Kto śmiałby zerwać nić Mokoszy?
– Nie wypędzimy ich.
Szmer przebiegł między ludźmi.
– Będziemy ich pilnować. I kamienia. Posłuchamy bogów.
Jeśli to Peruna – zobaczym siłę, co broni, albo furię.
Jeśli to Swaróg – zobaczym mądrość, albo ogień.
Jeśli to Weles – zobaczym bogactwo z ziemi, albo klątwę w niej drzemiącą.
– Ale… – starzec podniósł głos, zagłuszając protesty. – Nie będą żreć chleba za darmo. Nie będą spać pod dachem naszym.
Spojrzał na sąsiadów. Długo wodził po nich wzrokiem.
– Zostaniecie. Ale jest warunek. Kiwnął na Rzepichę. Kobieta wysunęła się naprzód i wypchnęła przed siebie dziecko. Chłopiec – może sześć lat. Stał bosy w szarej koszuli do kolan, skulony, z opuszczoną głową.
– Zaraza zabrała mu wszystkich. Został sam. Pusta chata stoi na skraju. Pole przy chałupie obsiane – co zbierzecie, będzie wasze.
Przez zgromadzonych przeszedł pomruk niezadowolenia.
– Nikt z was – spojrzał na wieśniaków – nie chciał tej gęby żywić. Nikt nie chciał tej ziemi brać. Krzyczeliście, że mór tam jeszcze siedzi.
Znów zwrócił się do przybyszów. – Jeśli chcecie tu żyć – weźcie chłopaka. Zamieszkacie w jego chacie. Karmcie go i odziewajcie. Przejmijcie opiekę nad polem. To wasza szansa. I wasze brzemię.
Agnieszka patrzyła na chłopca. Widziała strupy na jego głowie, brudne smugi na policzkach, wystające żebra.
– Aga… – szepnął. – To nie oferta, to wyrok.
– A co mamy robić? – wyszeptała.
– Nie damy rady. Dziecko, pole? My! Zginiemy tu przed zimą.
– Proponujesz pójść do lasu polować na wilki?
– Kurwa, Aga, nawet kwiatki w doniczce zabijaliśmy…
– Czyli co? Dziękujemy tym sympatycznym ludziom za gościnę i idziemy przenocować w lesie? Czy masz trzecie rozwiązanie? – Rozłożyła ręce.
Spojrzeli sobie w oczy.
– Zgoda – powiedzieli równocześnie.
Kwiecisz długo im się przyglądał. – Będziem patrzeć. Jeśli mały ucierpi, albo jeśli wasz kamień nieszczęście sprowadzi – nie będzie sądu. Będą widły. Uderzył laską trzy razy o ziemię, pieczętując układ.
– Jak was zowią?
– Robert, Agnieszka – odpowiedzieli jednocześnie.
Kwiecisz zmrużył oczy. – Obce imiona. Nasze znaczenie mają, a wasze?
Spojrzeli po sobie zaskoczeni.
– Robert… to Mysłodar – niepewnie wygrzebał z pamięci starogermańskie znaczenie swojego imienia.
– A moje znaczy Dziewanna – odpowiedziała pewnie.
Kwiecisz skinął powoli.
Odwrócił się i huknął:
– Rozejść się! Rada rzekła!
Zaczęli się rozchodzić.
Kwiecisz ruchem dłoni przywołał starą kobietę.
– Moja żona, Rzepicha. Zaprowadzi was. Obejrzycie, co wam przypadło w udziale.
Splunęła pod nogi i zbliżyła się, zachowując bezpieczny odstęp.
– Ruszać się – burknęła przez zaciśnięte zęby. – Za mną. I żadnych marudzeń, bo psy głodne. A ja nie odwołam.
– Myślicie, żeście wygrali? – zmrużyła oczy. – Żeście Kwiecisza urokami omamili.
– On stary. I miękki się robi. Widział w was coś, czego inni nie dostrzegli. Bogowie jeno wiedzą co.
– Większość rady przekonał – wysyczała. – Ale nie wszystkich. Starsi pół słowa nie rzekli, ale tylko dlatego, że jego sądom ufają.
– Ale Dobrogost nie milczał – wypowiedziała imię, spluwając. – On krąży wokół starego basiora, czeka na chwilę słabości. Młodych ma za sobą. I połowę starszych też. Czeka tylko, aż Kwiecisz nogę źle postawi… a wy możecie być tym korzeniem, o który się potknie.
– Wziął was na swoją odpowiedzialność – syknęła, przysuwając twarz do nich tak blisko, że zaleciało czosnkiem. – Jeśli krowa padnie, jeśli mleko skiśnie, jeśli dziecię zakaszle… Dobrogost powie, że to jego wina. Że przywiódł demony. I rada mu laskę odbierze.
Wyprostowała się, grożąc im palcem. – Będę was pilnować. Dacie Dobrogostowi powód… to ja pierwsza poderżnę wam gardła we śnie, żeby męża ratować. Zrozumiano?
– Zrozumiano. – Skinęli głowami.
Rzepicha ruszyła dopiero po chwili.
– Za mną – warknęła, skinąwszy na zapadłą szopkę za chatą.
– Zobaczycie, na czym siedzicie. Żebyście potem nie jęczeli, że wam brzuchy do kręgosłupa z głodu przyrosły.
Otworzyła skrzypiące drzwiczki. W środku śmierdziało stęchłą ziemią i wilgocią. W półmroku majaczyły worki i sterta oblepionych ziemią bulw. Inwentarz sieroty.
Kopnęła najbliższy wór.
– Cztery wory żyta. Zeszłoroczne. I trochę brukwi z kopca. Mało. Dla dziecka mało, a co dopiero dla trzech gęb. Do nowych zbiorów nie starczy.
– To co mamy jeść? – Robert spojrzał na lichy zapas.
– Las szeroki. Rzeka płynie. Macie ręce – nie zdechniecie. Jagody, grzyby, korzonki. Łowić umiecie?
Uśmiechnęła się krzywo.
– A jak nie… to Nawia przyjmie. Tak jak tamtych.
Agnieszka zmarszczyła nos. Wciągnęła słodkawy, mdlący smród pleśni. Podeszła do worka z żytem i zanurzyła dłoń w ziarnie. Było wilgotne. Zimne. Wyciągnęła garść ku światłu wpadającemu przez szpary w ścianie.
Zamiast złotawych ziaren zobaczyła szarość, poprzetykaną czymś ciemnym. Wśród ziaren tkwiły czarno-fioletowe rożki, wydłużone i zakrzywione niczym pazury. Niektóre były pokryte lepkim śluzem, inne pyliły fioletowym nalotem.
Zastygła. Znała to. Rozpoznawała je z pierwszych zajęć z mykologii. Claviceps purpurea. Buławinka czerwona. Sporysz. Alkaloidy.
– O rany… – Odrzuciła ziarno. – Sporysz!
Robert drgnął. Rzepicha przeniosła spojrzenie z Agnieszki na rozsypane ziarno. – Co tam bełkoczesz za uroki? – warknęła. – Żyto jak żyto. Trochę zastałe, bo wilgoć weszła…
– To nie jest żyto! – Odwróciła się gwałtownie. Twarz jej zbielała, oczy się rozszerzyły. – To trucizna! – wycedziła.
Doskoczyła do Rzepichy i chwyciła ją za poły wełnianej kamizelki. – Co się stało z jego rodziną?! – krzyknęła jej w twarz. – Mów! Jak umierali?!
Kobieta odepchnęła ją i otarła kamizelkę dłonią. – Zdechli, bo zaraza przyszła! – warknęła. – Ogień ich trawił od środka!
– Jaki ogień?!
– Ogień, obłęd, niemoc! Najpierw matka… bredziła, widziała demony w dzień biały. Potem ojciec… palce mu sczerniały i odpadały niczym kawałki węgla. Krzyczeli, że coś pali ich pod skórą, choć nie mieli oparzeń. Skurcze łamały im ciała. A potem dzieci…
Ergotyzm. Halucynacje, psychoza, gangrena.
– To nie zaraza… – wyszeptała, patrząc na worki z fioletowym ziarnem. – Trucizna w zbożu ich zabiła. Spojrzała na Rzepichę.
– Chcecie karmić nas tym samym co zabiło jego rodzinę. Tu nie ma jedzenia. Tylko zatrute żyto.
Rzepicha pierwszy raz spojrzała na worki z niepokojem.
– Innego żarcia nie ma. Nie chcesz tego, to żryj trawę. Odwróciła się i wyszła. Zapadła cisza.
Agnieszka oddychała ciężko. Robert stał w progu, wciąż ściskając w dłoni sześcian.
– Aga… – zaczął ostrożnie. – Może da się to uratować, wygotować, wyprażyć? Może…
– Zamknij się! – wrzasnęła.
Wyszli ze spichlerza, zabierając ze sobą kilka twardych, pomarszczonych brukwi. Były oblepione ziemią, nie śluzem, więc nadawały się do jedzenia.
– Musimy to w czymś ugotować – mruknęła. Nie patrzyła na Roberta.
Weszła do chaty. Wewnątrz panował zaduch, a światło ledwo przeciskało się przez drzwi. Rozejrzała się, szukając naczynia. W kącie stała gliniana misa. Podeszła do niej i cofnęła się gwałtownie, zasłaniając nos. Po powierzchni pływał kożuch pleśni i martwe muchy.
– Kurwa, co za syf… – warknęła. Chwyciła misę dwoma palcami. Wyszła przed chatę i chlusnęła zawartością w błoto.
Coś małego śmignęło jej przed nogami. Chłopiec wbił brudne palce w breję i zaczął wpychać ją sobie do ust. Zlizywał z błota wszystko, co jeszcze nie wsiąkło. Krztusił się, lecz nie przestawał jeść.
Zamarła. Poczuła zimny pot na karku. Żołądek podszedł jej do gardła.
– Nie! – krzyknęła. Upuściła miskę i rzuciła się do chłopca. Szarpnęła go za chude ramiona, odciągając od kałuży pomyj. – Zostaw to! Nie wolno! Szarpał się, wyciągając ręce ku rozlanej brei. Miał usta umazane szarą mazią.
– To zepsute! – Potrząsnęła nim, zmuszając, by na nią spojrzał. – Słyszysz?! Nie jedz tego! Chłopiec znieruchomiał, patrząc na nią z niezrozumieniem. Puściła go, oddychając ciężko.
– Ugotujemy świeżą zupę. Dobrą zupę. Rozumiesz?
Wstała. Spojrzała na bladego męża.
– Woda – rzuciła.
Pokiwał głową. Rozejrzał się i dostrzegł pod ścianą wiadro. Chwycił je.
– Gdzie woda?
Chłopiec śledził każdy ruch Agnieszki. Uniósł rękę i wskazał drogę.
Podniosła brudną miskę. Uklękła przy wygasłym ognisku przed chatą. Garścią nabrała zimnego popiołu zmieszanego z piaskiem. Szorowała glinę zdzierając zaschnięty tłuszcz i pleśń.
– Zejdź… zejdź… – syczała przez zęby. Popiół zamienił się w ciemną pastę. Piasek ranił jej dłonie. Nie przestała. Rozdarła skórę na kostkach. Krew zmieszała się z brudem. Tarła dalej, aż zniknął tłusty osad.
Wkrótce wrócił z wiadrem. Obijało mu się o kolana, a mętna woda chlustała przez brzegi. Postawił je przy ognisku. Przestała szorować. Spojrzała do środka. Mętna woda nie pozwalała dojrzeć dna. Pływały w niej drobinki mułu i fragmenty liści.
– Skąd? – zapytała cicho.
– Z rzeki. – Nie spojrzał na nią.
Rzeka. Giardia. Cryptosporidium. E. coli. Czerwonka. Pasożyty.
– Z rzeki, do której spływa cały gnój ze wsi! – wycedziła.
Odsunął się.
– Muszę… muszę rozpalić ogień. – Odwrócił się ku palenisku. – Trzeba ją przegotować.
Rzucił chrust na wygasłe palenisko. Liczył na cud? Że płomień wystrzeli od samego patrzenia? Pogrzebał patykiem w zimnym popiele.
Odruchowo sięgnął do kieszeni. Pusto.
Uklęknął przy patykach. Agnieszka patrzyła mu na ręce. Gniewko również.
Entalpia. Utlenianie. Trójkąt spalania. Teorię znał. Tylko ciepła nie miał. Klęczał nad chrustem ze zwieszonymi ramionami. Wstyd palił go w uszy. Nie spojrzał na nią. Nie chciał zobaczyć rozczarowania.
Odwrócił głowę. Spojrzał na chłopca. – Pomożesz? – wycedził, walcząc z drżącym głosem. – Ogień…
Nie odpowiedział. Powłócząc bosymi stopami, ruszył do chaty.
Wziął od chłopca krzemień i kawałek żelaza.
Krzemień. Stal. Iskra. Uderzył krzesiwem o krawędź krzemienia. Trzask. Trzask. Kilka iskier prysnęło na palenisko. Fizyka działała, ale iskry gasły natychmiast. Uderzał mocniej. Szybciej. Trzask. Trzask. Nic. Zimny pot spłynął mu po plecach. Za plecami nie słyszał żadnego ruchu. W jej milczeniu słyszał własny wyrok: nawet tego nie potrafisz. Ręce zaczęły mu drżeć. Uderzył niezdarnie, zdzierając skórę z kłykci o ostry kamień. Zaklął i uniósł krzesiwo, żeby cisnąć nim w błoto.
Wtedy przed jego twarzą pojawiła się mała, brudna rączka. Gniewko podał mu garść suchego mchu i rozdrobnionej trawy wyciągniętej spod strzechy. Wziął rozpałkę bez słowa. Uderzył. Iskra wpadła w mech. Włókna zadymiły i zaczęły się tlić. Osłonił je dłońmi i dmuchnął. Rozjarzył się czerwony punkt. Po chwili język ognia liznął suche źdźbła.
– Dzięki – mruknął.
W chacie znalazła łyżki. Ściemniały od tłuszczu, dymu i lat używania. Do jednej przywarła zaschnięta kasza. Na drewnie zostały ślady cudzych zębów. Dreszcz przeszedł jej po plecach.
Uklękła przy ognisku i zabrała się za łyżki. Wcierała w drewno piasek i popiół, zdrapując tłuszcz paznokciami.
Woda w misce zawrzała. Pokroiła brukiew i wrzuciła kawałki do wrzątku. Jedli. Ciepła, ziemista lura. Wodnista, mdła. Przełykali, udając przed żołądkami, że to jedzenie.
– Nawet się najadłem – mruknął zaskoczony.
Odłożyła łyżkę. Ciepło rozeszło się po brzuchu. Zaraz potem skurcz ścisnął jelita i zgiął ją wpół. Przycisnęła dłonie do brzucha.
– Robert… ja nie wytrzymam. Muszę iść. Siku. I… dwójeczkę. Skręca mi jelita.
Rozejrzał się po błotnistym podwórku. Wokół stały tylko krzywe płoty, zapadnięta chata i ciemna ściana lasu. Spróbował się uśmiechnąć.
– No cóż… – Skinął ku zaroślom za chatą. – Chyba zostają tylko krzaki.
Zamarła. Jej oczy zwęziły się. – Co ty, kurwa, do mnie mówisz? – zapytała cicho.
– Aga, no przecież…
– W krzaki?! – wrzasnęła. – Czy ty siebie, kurwa, słyszysz?! W krzaki mam iść?! Rozłożyła ręce, wskazując całe błotniste obejście. – Rozejrzyj się, kurwa, debilu! Tu wszędzie jest gówno! To jedno wielkie szambo!
Podeszła do niego, dźgając go palcem w mostek. – Weź ołówek, panie inżynierze! – krzyczała mu prosto w twarz. – Weź pierdolony ołówek i rozrysuj mi trajektorię w te krzaki! Oblicz mi wektor podejścia, żebym, kurwa, nie wdepnęła w cudze gówno, kiedy będę stawiać własne!
Odsunął się.
– A czym mam się podetrzeć, co?! Ręką?! Krzyk się urwał. Ramiona jej opadły. Spojrzała na szary lniany żakiet. Dekolt pokrywały zaschnięte wymiociny, rękawy błoto i trawa.
– A w sumie… – wyrwał jej się krótki śmiech. – W sumie to już mi, kurwa, wszystko jedno. Podetrę się żakietem. I tak jest cały obrzygany, upierdolony błotem i chuj wie czym jeszcze. Kurwa! Tylko jeszcze gówna na nim brakuje, i tak już cała jebie starym knurem. Odwróciła się i ruszyła sztywnym krokiem ku zaroślom. Zniknęła między krzakami.
Został sam. Po chwili usłyszał ciche, tłumione łkanie. Potem pociąganie nosem.
Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby płakała. Nogi się pod nim ugięły. Osunął się na spróchniały pień. Nie wiedział, co zrobić dalej. Rano martwili się o wyniki eksperymentu. Teraz sześciolatek uczył ich rozpalać ogień.
Wróciła po chwili. Nie patrzyła na niego. On również odwrócił wzrok.
Ognisko dogasało. Nocny chłód wpełzał pod mokre ubrania.
– Zimno – mruknął.
Weszli w mrok chaty. Ledwo dostrzegli Gniewka zwiniętego w kłębek pod ścianą. Podeszli do pryczy zbitej z krzywych żerdzi. Leżały na niej futra przesiąknięte dymem, tłuszczem i potem.
Mokre, brudne ubrania kleiły się do skóry. Na łożu czekały cuchnące futra.
– Wolę świerzb – stwierdziła.
Rozebrali się bez słowa.
Wsunęli się pod futra. Szorstka sierść drapała ciało, słoma kłuła, a odór dławił.
Położyli się plecami do siebie. Między nimi został wąski pas zimnego powietrza.
Wiatr szarpał strzechą. W kącie coś skrobało. Mysz. Albo czyjeś pazury drapiące od środka glinianą ścianę.