komentarze: 5489, w dziale opowiadań: 4157, opowiadania: 1521
komentarze: 5489, w dziale opowiadań: 4157, opowiadania: 1521
Dzięki :) I gratulacje dla Caerna, a także dla wszystkich wyróżnionych!
Known some call is air am
Dzięki za ciekawą dyskusję, odniosę się później, bo nie mam czasu. Ortografia poprawie też kiedy będzie chwila wolnego. Na szybko tylko podrzucę Wam ten filmik – cele trafianie kalibrem 20mm. Obejrzyjcie do końca, kiedy trafiają zombie torso.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Ale jak pokiereszowalby Kazika, skoro w niego nie trafił? To nie jest pocisk, który się rozpada po uderzeniu w miękkie ciało, więc trafiając w Feliksa, który stoi za Kazikiem, rozprulby Feliksa a następnie uderzyłby w ziemię. Więc nie, nie zrobiłby Kazikowi krzywdy, nie ma takiej możliwości. Nie wiem jak Ci to przystępniej wytłumaczyć, żebyś zrozumiała. Może wyobraź sobie oszczep, który trafia gościa, przebija go i wbija się w ziemię. Jeśli ktoś stał obok nieszczęśnika, krzywda mu się nie dzieje, ponieważ energia kinetyczna pocisku nie ma wpływu na to, co nie zostało przez pocisk trafione. To nie jest broń wybuchająca lub odłamkowa.
Known some call is air am
Tak na szybko, Holly.
Wpisz sobie w gogla pocisk 20 mam i jakie powoduje obrażenia. W zasadzie rozrywa ciało po bezpośrednim uderzeniu. Ponadto nie mógł to być większy kaliber – działka samolotów z tamtego okresu, czyli mniej więcej druga wojna światowa – nie używały większej amunicji. Pocisk 20mm to pocisk penetrujący pancerz :)
Tej tabelki nie zmieniaj, słowo się rzekło, więc niech jest jak jest, ja naprawdę nie mam Ci za złe odbioru i opinii :)
Known some call is air am
Cześć, Holly.
Tak na szybko, więc bez strzępienia języka.
Tak, miazmaty mogą być widoczne, a jako figura stylistyczna mogą jeszcze bardziej.
Nie, tryska spomiędzy kwiatów. Na początku masz zdanie o tym, że mgła spływa w dół, do korzeni traw. Chodzi o to, że nie występuje na ścieżkę, więc wnika w ziemię i tryska spomiędzy kwiatów po drugiej stronie ścieżki.
Czerwienieje jest ładne, a intensywna czerwień taka se, bo oklepana :P
Na twarzy dziecka malowała się powaga. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie spotkałaś się z takim określeniem w prozie? :/
Ludzie stąd brzmi lepiej od "tutejsi", które wyrosło z korzeni regionalizmu.
Tak, smuga może być rachityczna, jak rachityczne może być wiele innych rzeczy.
Nie, ona się wyciąga, a nie rozciąga. To dwa różne pojęcia.
Czy ktoś uciekał spokojnie? Ziobro, Romanowski, Majtczak. Ale żarty na bok, teraz serio: "bez ładu i składu" sugeruje chaos i bieganie to w jedną, to w drugą stronę, a przymiotnik "panicznej" dookreśla ich stan psychiczny. To pierwsze jest podłożem dla faktu, że w trakcie takiej ucieczki nie zwraca się uwagi na nic i nikogo, zaś to drugie wyjaśnia dlaczego zachodzi pierwsze. Mógłbym to gdzieś później dodać, mógłbym przerobić, ale w ten mój sposób załatwiam jednym zdaniem zobrazowanie szerszego kontekstu. Może Ci się to nie podobać, jasne, każdy ma swoje preferencje.
Nie brakuje się. On to czuł, a nie czuł się. Uwagi o mętnych oczach, które nie mogły być dla niego samego widoczne nie rozumiem, bo nie wiem skąd się wziął pomysł, że on się sam widział. Dźwięk z kolei może być wysoki. Tak jak mówimy o niskim lub wysokim głosie, a nie o jego częstotliwości. A więc też nie rozumiem zarzutu. Co do dźwięku w uszach masz w pewnym sensie rację, ale nie bierzesz pod uwagę faktu, że on go słyszał, choć nic go nie wydawało. W ten mój sposób właśnie to sugeruję tym zdaniem – nie, że słyszał dochodzący skądś pisk, tylko to, że pisk był poniekąd dysfunkcją narządu słuchu, spowodowaną bliskim wybuchem.
Też się nie znam na balistyce, ale wiem, że pocisk o kalibrze, powiedzmy, 20mm nie zrobi ci krzywdy, jeśli w ciebie nie trafi. Więc pocisk nie trafił Kazika, tylko obok niego przeleciał, trafiając Feliksa. Skąd miałyby się wziąć obrażenia Kazika? Nie rozumiem zarzutu, po raz kolejny.
Śmierć nie jest bez sensu. Oprócz sensu fabularnego, ma też sens, jeśli chodzi o Kazika. Piszesz, że zanurzenie powoduje plusk. W pewnych warunkach nie, a w jeszcze innych jest ów plusk na tyle cichy, by nie wzbudzić podejrzeń. To jest rzeka, leniwa, ale rzeka, więc coś tam chłopcze, bulgocze, a zanurzenie się w sposób,w jaki już kilka razy objasnialem w komentarzach nie spowoduje plusku, który byłby szczególnie podejrzany. Więc nie, jak wcześniej przy odpowiedziach, nie zgadzam się z tą uwagą.
Jakie to uczucie mieć w głowie trociny? To uczucie ciężkiej głowy, jakby ktoś ją czymś wypchał, przez co wolniej się myśli, wolniej reaguje na bodźce. Jestem zdumiony, że to określenie jest niezrozumiałe, bo nie Ty jedna podnioslas ten zarzut.
To, że Ci się nie podobało przyjmuję z pokorą, tak jak przyjmuję wszystkie komentarze. Hej, masz przecież prawo mieć własny gust i własne zdanie. Ja na przykład słabo reaguję na YA, high fantasy, a ostatnio na angel fantasy. Więc spoko, Twój odbiór jest Twój, ja mogę tylko przyjąć do wiadomości i nie zamierzam się wykłócać:)
Jednak trochę inaczej jest z wieloma Twoimi uwagami, bo one nie wynikają z gustu. A więc z czego? Czy miazmaty są widoczne, czy pocisk z karabinu nie trafiając kogoś może mu zrobić krzywdę, czy smuga może być rachityczna, czy lubię malować twarze – to przykłady uwag, które odbieram jako czepialstwo, bo przecież ich poprawności można sprawdzić i nie trzeba pytać mnie, tylko słownika na przykład. Czy mgła wytryskuje spomiędzy kwiatów, czy macka się wyciąga czy rozciąga, czy zanurzenie głowy dziecka spowoduje plusk, który na tle dźwięków wydawanych przez rzekę będzie podejrzany – to z kolei przykłady uwag, które – jak mniemam – wynikają z przeoczenia jakichś fragmentów tekstu.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie mam Ci za złe komentarza, ale ja po prostu nie rozumiem skąd się wzięły te zarzuty. Masz kilka uwag słusznych, głównie dotyczących szyku lub konstrukcji dwóch, trzech zdań, ale skąd reszta? Nie mam w zwyczaju bronić swojego stanowiska, jeśli potrafie dostrzec swój błąd. Jeśli go widzę, to sypię głowę popiołem, przyznaje się do niego i naprawiam. A tutaj muszę bronić większości zastosowanych przez siebie zdań/motywów/rozwiązań fabularnych, bo nie dostrzegam sensu w ich krytyce. Mam nadzieję, że nie weźmiesz tego do siebie, ale z mojej perspektywy to wygląda na czepialstwo ¯\_(ツ)_/¯
Na koniec odniosę się do tabelki piórkowej, którą stosujesz. To, że jesteś na nie przyjmuję bez szemrania – nie podobało Ci się, bo miało prawo, więc spoko, luz. Tylko Ty wyszczególniasz pewne składowe w tej tabeli, więc zadam Ci pytanie a propos niej.
Czy jest w większej mierze poprawny językowo? NIE. – gdzie te niepoprawności językowe, które indukują NIE? Te kilka przecinków, albo szyk, który Ci się nie podobał?
Ma solidnie zbudowane zawieszenie niewiary? NIE. – co sprawiło, że zawieszenie niewiary jest słabe? Topienie dziecka? Czy może ten poruszany wielokrotnie plusk przy zanurzaniu głowy?
Jest pozbawiony luk fabularnych lub logicznych? NIE. – byłabyś uprzejma wskazać te luki fabularne lub logiczne? Znów chodzi o plusk przy zanurzaniu głowy? :/
Co do reszty NIE nie mam pytań, bo wynikają z Twoich preferencji. Pytam więc tylko o te, które są mniej więcej obiektywnie mierzalne.
Dzięki za lekturę i podzielenie się opinią. I mam nadzieję, że – abstrahując od opinii i własnych preferencji – wytłumaczysz mi zasadność choć części Twoich zarzutów.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Też postaram się być, chociaż niczego nie mogę obiecać.
Known some call is air am
Chodziło mi o zbiór mieszkańców. Może powinien to jakoś przeredagować, żeby nie myliło.
Known some call is air am
Hej!
@Michael
To świetnie, że się zgadzamy w tej kwestii :)
@Finkla
Wiosłowania bezdźwięcznego nie próbowałem, ale pływanie bez generowania dźwięków nie jest możliwe. Dlatego dobrze przemyślałem ten motyw z topieniem dziecka.
Mech – fakt – jest ogromny. Pozwoliłem sobie na przedstawienie machin w sposób dieselpunkowy, wraz z dobrodziejstwem inwentarza, czyli rozbuchaną gigantomanią, jak w WH40K na przykład – tam są dwunożne mechy wielkości wieżowców. Ten jest nieco mniejszy, ale nadal ogromny. Nie wiem, czy fizycznie istnienie takiej maszyny byłoby możliwe. Podejrzewam, że nie, bo – jak słusznie zauważyłaś – rozłożenie masy takiego molocha na sześć nóg, nawet wielkości zbożowych silosów, byłoby zbyt wielkim obciążeniem. Ale nie takie cuda w steampunku czy dieselpunku istnieją, więc uznałem, że u mnie też to przejdzie.
Kazik nie miał żadnej broni przeciw takim wrogom. Według zamysłu Kazik i tych kilku chłopaków mieli chronić ludzi bardziej przed innymi uciekinierami, jakimiś bandytami oraz szabrownikami, czy innym elementem, który – pozbawiony moralnych zasad – gotów byłby obłowić się kosztem biednych ludzi, uciekających przed wojną.
Dzięki wielkie za lekturę i TAKa.
Pozdrawiam serdecznie:)
Q
Known some call is air am
Hej!
Nie jest to może idealne, ale ma swój klimat. Świetnie wyszła Ci postać kaznodziei, od pierwszych scen widzę go i rozumiem; wierzę w psychologię tej postaci. Niestety pozostałe postacie wyszły Ci już mniej. Inwestor jest postacią bezpłciową, takim Wokulskim bez zaplecza w postaci historii, a Krysia to zaledwie zarys. Z kolei mieszkańcy… No, są, bo są potrzebni dla historii i niczego innego nie mogę o nich powiedzieć.
Czytało się przyjemnie, bo warsztat masz całkiem niezły. Spodobało mi się kilka porównań, a scena z oczekiwaniem na ławce jest bardzo filmowo sugestywna, pięknie wpisuje się w realia, a w zasadzie to ona te realia tworzy.
Czytałem Twoje wyjaśnienia w komentarzach i one rzuciły nieco światła na cześć zamysłu, który niestety został w Twojej głowie. Muszę szczerze powiedzieć, że ten nieujety w tekście background nie był mi do niczego potrzebny, bo to prosta opowieść o zemście po latach z dodatkiem paranormalnych elementów. Ale gdybyś jednak pogrzebała w tekście i dodała te brakujące informacje, to opowiadanie zyskałoby głębszy wymiar, co na pewno zadziałałoby na jego korzyść. Ale bibliotekę tak czy inaczej klikam.
Pozdrawiam serdecznie :)
Q
Known some call is air am
Hej!
Po pierwsze, nie musiałeś się zastanawiać nad publikowaniem komentarza. Przyjmuję każdą krytykę, jeśli jej autor nie myli krytyki z krytykanctwem. Poza tym, ja się nie obrażam – to, że Ci nie siadło, to wyłącznie Twoja wina ;) A serio, to każdy z nas ma jakieś preferencje, coś lubi, czegoś nie. I nie ma w tym nic złego. Podzielenie się opinią i zostawianie po sobie śladu, informacji że się przeczytało, jest dla autora cenne, więc dzięki wielkie, że przeczytałeś i zostawiłeś komentarz.
Po drugie, zajmiemy się Twoimi wątpliwościami. Piszesz, że czytało się przyjemnie do momentu, w którym następuje dramat. Ok, tylko bez tego dramatu nie byłoby fabuły, a więc gdzieś trzeba było zrobić ostrzejszy zwrot i nadać początkowi sens i kierunek.
Topienie dziecka i przemiana bohatera. Nie. Tu nie ma przemiany bohatera, on się nie zmienia. On jest weryfikowany, a ta weryfikacja jego wyobrażeń o sobie sprawia, że działa zgodnie ze swoją prawdziwą naturą. Kazik poległ. A raczej jego mniemanie o sobie poległo, uwidaczniając to, jaki jest naprawdę.
Czemu Franek zbiera się do krzyku. Nie wiem, czy to ja nie dowiozlem tej sceny, czy ki diabeł, ale mnie się wydaje, że tutaj wszytko jest jasne – Franek zbiera się do krzyku na widok martwej siostry. Ludzie różnie reagują, a ja uznałem, że skoro Franek uciekł do rzeki, to widział trupy, widział panikę i strach i teraz siedzi cicho. Zauważ, że Kazik szepcze imię dziewczyny, potem następuje opis żołnierza, po którym Kazik czuje, jak pierś Franka wypełnia się powietrzem. W tekście jest to rozciągnięte, ale pomiędzy odwróconą głową trupa siostry a nabraniem oddechu przez dziecko nie mija więcej niż sekunda, dwie. Dziecko chce krzyknąć na widok martwej siostry.
Trociny w głowie to moim zdaniem panująca metafora. Zarzut oddalam:O
A tekstów humorystycznych kilka napisałem. Niestety te dwa najbardziej humorystyczne są na stronie niedostępne, ponieważ były publikowane na papierze i taki jest wymóg. Ale na profilu wisi śmieszno gorzkie "Looney AutoTunes", więc jak chcesz sprawdzić jak mi wychodzi humor, to tam. A, jest jeszcze króciutki humorystyczny szorciak "Heuralink".
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej.
Trochę mi zeszło, ale jestem.
Bardzo przepraszam za emocjonalne przeoranie, choć jednocześnie odczuwam pewna dumę z faktu, że na kogoś moje pisanie w taki sposób wpłynęło.
Piszesz, że motyw oddechu przewija się przez cały tekst. To prawda, tak miało być i cieszy mnie, że to zauważyłaś. I – odnosząc się do komentarza wcześniejszego, skierowanego do Michaela – w tym chyba leży problem. Bardziej skupiłem się na tytule, zaś sam obraz potraktowałem jako scenografię dla fragmentu opowieści. Wynika to pewnie z mojej miłości do komiksów, gdzie obraz stanowi tło dla fabuły, lub sam jest fabuły częścią, a pojedyncze plansze są jak wyrwane z kontekstu zdania. Dostrzegam ten mankament i dlatego uważam, że pozostali jurorzy mogli mieć wątpliwości. Kiedy teraz o tym myślę, obraz pani Anny byłby idealnym intro i outro takiej graficznej opowieści, gdzie pełniłby rolę fabularnej klamry.
Czasowo dobrze osadziłaś opowiadanie. To w zasadzie jest druga wojna światowa, w końcu lato oddaje swój ostatni oddech we wrześniu, a co się wtedy zaczęło wszyscy wiemy. Więc od pory roku wyszedłem, potem skojarzyłem wspomniane przez Ciebie maki z pamięcią poległych pod Monte Casino żołnierzy i już nie było odwrotu – to musiała być IIWŚ. Tylko dodałem do niej dieselpunkowe i żołnierzy w zbrojach, głównie żeby odczłowieczyć wrogów nawet wizualnie, choć i po to, by dodać nieco więcej fantastyki. Choć i bez dieselpunka tekst ma motywy fantastyczne, tyle że paranormalne.
Dzięki wielkie za przemiły komentarz i nominację piórkową.
Jestem również wdzięczny za podjęcie o moje opowiadanie walki z resztą jurorów. Ja bym się bał zadzierać z Bruce, żeby nie oberwać jakiegoś ciosu śmierci, czy coś. Zresztą z Michaelem też lepiej nie zaczynać – Hitchcock nauczył mnie bać się ptaków, niezależnie od gatunku ;) A o czarnych smokach to już nawet nie ma co wspominać.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Q
Known some call is air am
Heh. "Ostatni oddech lata" u mnie też wylądował na tapecie :)
Known some call is air am
Hej.
@bruce
Abrakadabra ma biblio, więc chyba jest Ok :) Cieszy mnie, że wciąż pamiętasz to opowiadanie, bo siedziało w mojej głowie przez kilka lat, zanim zacząłem pisać i przelałem je w literki.
@Michael
Dzięki za zorganizowanie konkursu. Fajnie, że Twoje zajawki potrafią wejść w korelację z zajawką mamy – to pokazuje nie tylko podobny poziom wrażliwości, ale też wskazuje na bliskość Waszych relacji. A to bardzo cenne i tak po prostu, po ludzku, ogromnie mnie cieszy.
Cieszy mnie również to, że widać w tym dramacie, który upichciłem, emocje. Kazik może być każdym z nas, bo jest prawdziwy w tym, co myśli o co sobie na swój temat wyobraża. Napisałem gdzieś wyżej w komentarzu, że tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono. I to jest prawda. Możemy myśleć, że zareagujemy w dany sposób; że nasza moralność jest niezachwiana; że odnajdziemy się w hipotetycznej sytuacji. A potem, kiedy ta hipotetyczność staje się realną, całe nasze wyobrażenie o siebie może runąć w jednej chwili. Albo nie. W tekście OldGuard jest coś podobnego, gdy jej bohater postanawia zareagować i wejść do płonącego budynku. Tyle, że u niej protagonista wyszedł z asekuranctwa, złamał siebie i zadziałał. I mnie odwrotnie – Kazik nie zadziałał, tak jak powinien; z wyobrażenia o własnej bezkompromisowości wpadł w studnię asekuranctwa, która popchnęła go do zadania śmierci. Scena topienia dziecka była dla mnie najtrudniejsza, bo cholernie nie lubię scen cierpienia dzieci u autorów – zawsze powodują u mnie sprzeciw, zazwyczaj dlatego, że są niepotrzebnym epatowaniem okrucieństwem. Ale te kilka (na przykład u MacCarthyego albo Simmonsa) które mają cel, są po coś, choć powodują sprzeciw nie mniejszy, zostają we mnie na zawsze, skłaniając do zastanawiania się co jakiś czas nad kondycją psychiczną niektórych ludzi.
Interpretacja obrazu, hmm. Może i masz rację. Chyba bardziej skupiłem się na tytule obrazu, który z miejsca do mnie przemówił. Z kolei obraz uzupełnił wizję, która z tytułu wyrosła. Prawdę rzekłszy, napisałem najpierw tę pierwszą scenę i nie wiedziałem przez kilka dni co dalej. A potem nagle przyszła rezta fabuły. No więc tak: bardziej zasugerowałem się tytułem, a obraz stanowił tylko tło dla niej. Rozumiem więc wątpliwości.
Dzięki wielkie za miłe słowa i pozdrawiam serdecznie
Q
PS. Marszawo, Tobie odpisze później, bo muszę obiad ugotować ;)
Known some call is air am
Hej!
Cieszy mnie, że uznaleas tekst za interesujący na tyle, by nominować go do piórka. Powiadasz, że.to bolesne opowiadanie… Patrząc po moich ostatnich tekstach, wychodzi mi, że od jakiegoś czasu już tylko takie piszę. Niech ktoś zrobi jakiś humorystyczny konkurs, to może zmienię klimat choć na moment ;)
Dzięki za życzenia i oczywiście Tobie oraz dzieciom również życzę zdrowych, spokojnych i pogodnych świąt. Pozdrawiam serdecznie :)
Q
Known some call is air am
Gratsy!
Known some call is air am
OldGuard – Most Westchnień
Sorry za brak linka, ale z telefonu piszę.
Known some call is air am
Widzę, że wszytko zostało rzetelnie ogarnięte. Gratulacje dla Admirała Generała Aladeena.
Known some call is air am
Hej.
@JolkaK
Kilka słusznych sugestii zostało zaimplementowanych do opowiadania. Dzięki wielkie, teraz jest lepiej. Cieszy mnie, że lektura Co się spodobała na tyle, by tekst nominować do piórka. Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam serdecznie
Q
@Jim
Na razie nie mam czasu, żeby Ci coś konkretniej odpisać, tylko napomknenwiec o tym, że podesłany przez Ciebie materiał o pilotach był wielce pomocny. No i masz rację z tym foreshadowinegiem a propos mecha. Do czasu ogłoszenia wyników nie będę w tym dłubał, ale potem dodam coś, co może przygotować na mecha. Kiedy znajdę moment odpisze Ci obszerniej, a na razie pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
I przy niektórych obrazach (pod nimi) pojawia się ołówek czy coś w tym stylu, a przy innych go nie ma. Za duzo zmiennych ;)
Known some call is air am
Hej!
Dzięki za lekturę, Storm. Cieszy mnie, że przerywniki Ci się podobały, bo na początku miałem tylko je :D Reszta historii (a w zasadzie cała historia) wyklarowała się później, w trakcie pisania rozdziałów retrospektywnych i wymagała finalnie przemodelowania trochę tych fragmentów, które osadziłem kilkadziesiąt lat po wojnie.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
OG, ja nie jestem człowiekiem małostkowym i kłótliwym, więc bez obaw – nawet jeśli gdzieś się pożremy, to najpóźniej po 24 godzinach mi przechodzi :)
To, że ubrałaś Witka możliwie neutralnie zauważyłem. To, że postanowiłaś go przykamuflować błotem też dostrzegłem. A także to, że ostatecznie przez swój ubiór wpadł w kłopoty. Masz rację, że przebranie się w ciuchy znalezione w szafie, czy coś w tym stylu, byłoby zaskakująco wygodnym zbiegiem okoliczności, który zadziałałby w sposób odwrotny do zamierzonego – zawieszenie niewiary stałoby się trudniejsze. Chyba wybrałaś najlepszą opcję z możliwych, choć przecież mogłaś go jeszcze bardziej utytłać w błocku ;)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej.
Przeczytałem Twoje opowiadanie wczoraj, ale z komentarzem wracam dzisiaj.
Przede wszystkim szacun za próbę zmierzenia się z jednym z najtrudniejszych tematów, jakie istnieją. Holokaust to naprawdę wstrętny temat. Pisząc o nim trzeba bardzo uważać, żeby nie wywalić się na śliskim gruncie; żeby nie popaść w przesadę, a jednocześnie nie potraktować go zbyt lekko. Tobie się udało, nie przegięłaś w żadną stronę.
Postać Witka jest dla mnie wiarygodna. Jego zmiana postawy z przegrywa na kogoś, kto chce coś zrobić, pomóc, może i jest nagła, ale jestem w stanie w nią uwierzyć. Czasem człowiek musi złamać siebie, postawić się w ekstremalnej sytuacji i spróbować dać radę, choćby tylko po to, by się sprawdzić, dowiedzieć się czegoś o sobie. Dlatego też nie mam uwag a propos Witka w teraźniejszości i nie mam uwag, co do jego zachowania po przeniesieniu w przeszłość – znalezienie kogoś przyjaznego jest czymś naturalnym, kiedy trafiasz w nieznane środowisko, bo pozwala przezwyciężyć szok, oswoić się z nową sytuacją i zaakceptować realia. Nieco mniej wiarygodnie wypada Miriam, która pomaga Witkowi. W moim odczuciu ludzie żyjący w atmosferze permanentnego strachu są bardziej nieufni wobec obcych, nawet jeśli ci obcy ewidentnie nie stanowią zagrożenia. Ale to też jestem gotów przełknąć. Największy dysonans odczułem odnośnie tego, że nikt się nie dziwi ubiorowi Witka. Dżinsy, kurtka na suwak, trampki – to ubiór, który od razu zwróciłby uwagę – nie tylko zniewolonych, ale przede wszystkim żołnierzy okupanta. Witek w współczesnym outficie zwróciłby na siebie uwagę również szybko jak czarnoskóry na imprezie ku-klux-klanu.
Historia jest prosta, ale tak jest bezpiecznie. Jak pisałem wcześniej – nie przegięłaś, trzymając się realiów, a fabułę splotłaś obok, nie zahaczając o moralizatorstwo. Choć podrzuciłaś po drodze bardzo akuratną uwagę na temat tego, jak wygląda nieszczęście w zależności od perspektywy.
Zakończeniem bardzo gładko wyciszyłaś opowiadanie, choć ja pokusiłbym się pewnie o jakieś mocniejsze tąpnięcie.
Kliknąłbym, gdyby było trzeba.
Powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Siema, beeeecki!
Jeśli chodzi o język, to staram się go dostosowywać do tego, co chcę opowiedzieć. Raz wyjdzie, raz nie :) Poza tym, od dłuższego czasu staram się też nie szarżować z metaforami, a jeśli już je wrzucam to sporadycznie, bo są jak przyprawy – trochę dla smaku, ma być je czuć, ale nie mogą dominować.
Czyje państwo, z kim wojuje i tak dalej – specjalnie nie użyłem żadnego słowa, które wskazywałoby w sposób bezpośredni jaki to konflikt. Ale po realiach, po tych kilku opisach, dotyczących ludzi i tego jak uciekają, po porze roku i wzmiankach o bratnim narodzie można chyba dojść do tego, jaki konflikt miałem na myśli, nawet pomimo dodania mechów i żołnierzy w pancerzach wspomaganych. Ale nie napiszę tego prosto z mostu nawet tutaj ;)
Topienie Franka – musiałbym Ci napisać dokładnie jak ja to sobie wizualizuję. Dziecko jest zanurzone po samą głowę, Kazikowi wystaje ponad taflę jeszcze pół klatki piersiowej pod zasłoną z traw. Kazik przyciska Franka do siebie, obejmuje go ręką na wysokości zanurzonej w wodzie piersi dziecka. Kiedy Franek nabiera tchu do krzyku, Kazik wolną ręką zamyka mu usta i mocniej przyciska do siebie. Teraz wystarczy, żeby Kazik docisnął do swojej piersi głowę dziecka i ugiął nogi, żeby samemu zanurzyć się po samą głowę. Teraz unieruchomione dziecko jest całe pod wodą, więc Kazik może je wepchnąć jeszcze głębiej, żeby ręce Franka nie przebiły tafli, powodując jakikolwiek dźwięk.
Co do postaci Kazika, napiszę tak: tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono. Kazika myślał, że jest gieroj, ale po zetknięciu się ze śmiercią okazało się, że tylko tak myślał. To było to, co go sprawdziło i zweryfikowało.
I tak, masz rację, też to zauważyłem w trakcie lektury Twojego tekstu. Bardzo podobna kompozycja. Great minds think alike ;):)
Dzięki za lekturę i miły komentarz!
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Gratsy!
Known some call is air am
Nie chodzi o to, że końcówka zbyt słabo nawiązuje do wcześniejszych (a w zasadzie późniejszych) wydarzeń – to akurat widać dobrze. Chodzi mi o klimat zakończenia, który jest zupełnie inny od reszty – awanturniczy początek i późniejszy fragment z tajemniczym przedstawieniem, a także interakcja starca z dziewczyną, kontynuująca relację z początku, do siebie pasują. A zakończenie odbiega od reszty przez brak zarówno tajemnicy, jak i dynamiki poprzednich scen. W dodatku uważam, że choć ładnie i obrazowo napisana, jest przegadana.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Bardzo dobre opowiadanie – w nieco ponad 11k znaków zawarłeś więcej, niż wielu autorów z biedą mieści w 40, a to oznacza, że umiejętność kompozycji tekstu masz na naprawdę wysokim poziomie. Podobało mi się i mógłbym tym stwierdzeniem zakończyć, ale podłodze Ci jeszcze trochę ;) Świetnie umiejscowiłeś akcję, bo purytańskie zapędy małych amerykańskich społeczności dają ogromne pole do popisu, by ukazywać patologie toczące je od środka – czy to w ujęciu jednostek, czy całych grup. Twoje opowiadanie przypomniało mi świetnego erpega, a którego miałem okazję zagrać tylko dwa razy – chodzi mi o "Dogs in The vineyard". Wygooglaj sobie o czym to, bo jest bardzo blisko tego, co pokazałeś – i to pomimo różnicy epok, w których osadzona jest akcja.
Na szczególne uznanie zasługuje w Twoim opowiadaniu fakt, że do końca nie odkrywasz kart i dopiero ostatnie zdania uświadamiają czytelnikowi czego świadkiem był chłopak. Przez całe opowiadanie zwodzisz, każąc myśleć że to o seks pozamałżeński chodzi, a wrażenie to umacniasz akcją po lekcjach, tą szminką na twarzy i tak dalej. I kiedy normalnie taki zabieg odbieram jako oszustwo, próbę nabicia mnie w butelkę niedopowiedzeniami, tak tutaj… Odbieram go jako oszukanie samego siebie, poprzez wyciągnięcie pochopnych wniosków na bazie wątpliwych przesłanek. Żeby tak mnie zrobić w ciula, to trzeba umieć :)
Fabularnie nie zachwycasz jakoś szczególnie, więc na piórko to za mało, ale umiejętność skomponowania tekstu w sposób, który Ty zrobiłeś, jest dość imponująca. Napisz coś w podobnym stylu, ale z rozwiniętą fabułą, a potem mi o tym powiedz – wpadnę na pewno.
Tymczasem życzę powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Muszę Ci powiedzieć, że mnie nie porwało, jak przedpiśców. Jest kilka momentów, w których moim zdaniem przeszarżowałeś. I o ile mogę uznać, że purpurowe fragmenty są elementem cechy narratora, która każe mu użalać się nad sobą z starającą się wyglądać na proustowską manierą, o tyle nie kupuję w ogóle momentów, w których objawia się patos (wessana w głębię okrutnego świata na przykład).
Oprócz powyższego masz też w tekście kilka "ciebie" za dużo, na przykład już w pierwszym zdaniu wydaje się ono nienaturalne, względem bardziej pasującego "cię". No, chyba że ma to służyć budowie postaci, a konkretnie tego jak narrator widzi obiekt swojej obsesyjnej miłości – w końcu "cię" jest bliższe, bardziej spoufałe, zaś "ciebie" jest odleglejsze i może byc wyrazem idealizowania swojej obsesji, spoglądania na nią z pozycji słabszego, niegodnego. To w sumie ciekawa myśl.
Kilka razy potknąłem się też na szyku zdań.
Ostatecznie przeczytałem Twoje opowiadanie z ciekawością, ale jednocześnie lektura mnie zmęczyła. Wydaje mi się, że czytałem już coś Twojego autorstwa i też było purpurowo, ale jakby pasowało bardziej :)
Powodzenia w konkursie i serdeczne pozdrowienia
Q
Known some call is air am
Hej!
Bardzo ładnie napisane opowiadanie. Widać, że masz dobry warsztat, choć zdarzyły Ci się ze dwa/trzy potknięcia. Na przykład przy opisie namiotu napisałeś, że światła pochodni stanowiły jedyne narzędzia kontroli tłumu – nie, Rafaelu, światło to nie narzędzie kontroli tłumu, więc należałoby to poprawić. Ale poza tym naprawdę dobrze operujesz językiem, opisy są plastyczne, łatwo zwizualizować sobie opisywane wydarzenia. Konstrukcja tekstu też jest ciekawa, bo chronologia skacze to tu, to tam, a mimo to bez trudu można się w tym połapać – dla mnie to cecha autora, który wie, co chce opowiedzieć, nie bói się eksperymentowania i robi to dobrze.
Fabularnie jest dość nierówno – początek mocno awanturniczy, siadł mi najbardziej. Potem środek, który jest skupiony na odczuciach, bardzo malowniczo opisujący przedstawienie. I zakończenie, które jest jakby z innej bajki, przyziemne, mocno odcinające się klimatem od reszty, bo pozbawione tajemnicy, dynamiki oraz subtelnych opisów – podoba mi się najmniej, ale nadal jest to dobrze napisane i (biorąc pod uwagę chronologię) w jakiś dziwny sposób pasuje do reszty.
Postawiłeś na dość prostą fabułę, ale konstrukcja opowiadania mota tę historię i sprawia, że staje się ona bardziej zajmująca, niż byłaby, gdybyś ułożył wydarzenia chronologicznie.
Oczywiście klikam i pozdrawiam serdecznie, a także życzę powodzenia w konkursie :)
Q
Known some call is air am
Ja rozumiem skąd się wzięła zazdrość, rozumiem co ją spowodowało, jednak ta zmiana jest zbyt nagła, nic jej nie zapowiada. Tak jakby Nawoja borykala się z jakąś dwubiegunówką i to jest mój główny zarzut. Miej jednak na uwadze, że Twoje opowiadanie przywiodło mi na myśl panią Dobkiewiczową, a to już nie w kij dmuchał, bo pani Kornelia pisała świetną, przygodową literaturę młodzieżową z potężnym historycznym sznytem.
Spokojnego wieczoru:)
Q
Known some call is air am
Cześć, beeeecki!
Czytam komentarze i muszę Ci uczciwie powiedzieć, że stanę trochę w opozycji do większości komentujących.
Językowo jest całkiem zgrabnie, nie przesadzasz z opisami, konsekwentnie pchasz fabułę i utrzymujesz uwagę przy lekturze. Co więc mi tutaj nie zagrało? Ano fabuła. Bierzesz motywy biblijne, zamiast Boga stawiasz w centrum Zamysł, a z Lucyfera robisz obrońcę, który sprzeciwił się Zamysłowi, wierząc, że wie lepiej od swego stwórcy, co jest dla stwórcy dobre.
Napisałeś, że wychodzisz z założenia, że zło zawsze ma jakiś powód. I ja się zgadzam, jeśli zło jest intencjonalne. A więc w Twoim tekście zło ma powód, a tym powodem jest większe dobro, postrzegane przez Lucyfera jako sprzeciwienie się Zamysłowi dla jego dobra. No, ok, jest w tym jakaś myśl – apologetyka postawy Lucyfera. Ja jednak nie znajduję jej jako ciekawej i głębokiej na tyle, by skłoniła mnie do rozmyślania nad przedstawionym problemem. To zaledwie czubek góry lodowej, po którym się slizgasz, ale nie chcesz się wgryźć w tę bryłę, żeby pokazać co jest głębiej. Kiedyś czytałem powieść "Pamiętnik Lucyfera" – nie jest to jakaś wybitna lektura, ale tam Lucyfer został przedstawiony jako sługa, który przyjmuje narzuconą mu rolę, z góry wiedząc, że podług zamysłu musi przegrać. Tam mam tragizm postaci, która godzi się na granie kozła ofiarnego, by plan się dokonał. Tamten Lucek próbuje, miesza, mota, ale wciąż i wciąż przegrywa – widzi to, wie, że jego działania tak naprawdę nie mają prawa być niezgodnymi ze scenariuszem, ale nie odpuszcza, gra dalej, aż do smutnego końca. Pomimo tego, że tamta lektura jest całościowo średnia, to sama psychologia postaci upadłego anioła robi robotę i skłania do refleksji. I tego mi zabrakło u Ciebie – motywy, którymi kieruje się Lucyfer są jasne, jego postawa zła w swym zadufaniu, jego działania przewidywalne, a to sprawia , że znajduję go takim samym jak w Biblii, nie powiedziałeś mi nic, czego nie wiem albo nad czym bym wcześniej nie rozmyślał.
Widzę jednak, że jestem tutaj jedynym wstrętnym marudą, więc się moją opinią zanadto nie przejmuj.
PS. Pomimo krytyki, bibliotekę kliknąłbym ze względu na to, że to jest dobrze napisane.
Ps2. Dobre wykorzystanie obrazu, tutaj nie mam żadnych uwag i wątpliwości.
Powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie!
Q
Known some call is air am
Hej!
Kliknąłem bibliotekę głównie ze względu na przyzwoity warsztat, choć zdarzyło Ci się kilka potknięć, ale na szczęście nie na tyle dużych by wybić z rytmu. Podobają mi się niektóre Twoje opisy, choć jest też trochę wyświechtanych i purpurowych, ale w sumie niewiele.
Historia przyjaźni dwójki dziewcząt w opisanych realiach na myśl przywodzi powieści pani Kornelii Dobkiewiczowej. Konflikt starej wiary z wiarą jeszcze starszą dobrze wybrzmiewa na przestrzeni całego opowiadania, nic po drodze nie odciąga niepotrzebnie uwagi – czyli konstrukcyjnie według mnie na plus. To, co mi się nie spodobało, a może raczej nie bardzo skleiło, to zazdrość, którą poczuła Nawojka na końcu. Co było jej przedmiotem? To znaczy ja wiem, a może tylko podejrzewam, ale w żaden sposób nie potrafię tego uczucia przyporządkować do postaci, jaką przedstawiłeś mi wcześniej. No po prostu nie pasuje mi to do kreowanego od początku obrazu tej dziewczyny. Albo może ja nie rozumiem w ogóle kobiet :)
Najlepszy fragment – ten, który przykuwa uwagę – to dla mnie nieskończony cebrzyk i podróż wzdłuż strugi wody. Tutaj budujesz napięcie, fabuła robi ostry zwrot, pojawia się tajemnica. Moim zdaniem ta dawka dynamiki powinna być jednak wcześniej, bo prawdę rzekłszy dopiero od tego momentu zaangażowałem się w lekturę.
No i zakończenie… Ten cliffhanger zahacza o burzenie czwartej ściany i jest najsłabszym punktem opowiadania. Zaginiona dziewczyna pojawia się z dzieckiem iiiii…. Nic. To dobrze wyglądałoby jako wprowadzenie do czegoś większego albo origin postaci, ale nie w zamkniętym opowiadaniu, bo zostawia czytelnika tak naprawdę z niczym.
Reasumując: nieźle napisane, ciekawie skonstruowane, zakończeNIE ;)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Pisząc o tym, że w powieści by to przeszło, miałem na myśli, że gdyby to był jeden z rozdziałów; gdyby to wyjaśnianie nie było wyjaśnieniem całego zamysłu, stojącego za fabułą, a tylko jego fragmentu, wówczas nie miałbym nic przeciwko i taki zabieg nie raziłby. Sorki, użyłem zbyt dużego skrótu myślowego :)
Known some call is air am
Spoko, Twoje wyjaśnienia mają sens i możesz robić co chcesz. Ale możesz – jak na przykład Anet lub czasem Koala – zostawić po sobie tylko ślad w postaci informacji, że przeczytałeś. Nawet to jest cenne, bo – jak sam piszesz – sam fakt przeczytania przez kogoś swojego dzieła jest wyróżnieniem. Daj więc innym poczucie tego wyróżnienia, choćby tylko informując, że przeczytałeś.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Jim – możesz do piórka nominować ile tekstów chcesz, nie ma limitu.
Known some call is air am
To oznacza, że opublikowaleś 109 komentarzy pod – w sumie – 64 opowiadaniami. Moje słowa są mniej cenne, więc nie dziękuj, nie ma za co :P
Known some call is air am
Jamesmas – Sekwencja
Known some call is air am
Hej!
Jakoś tak mam przy okazji tego konkursu, że jednego dnia czytam opowiadania, a drugiego dnia komentuję. I chyba zrobię z tego stały nawyk, bo to pozwala na sprawdzenie ile zostało w mojej pamięci. A w przypadku Twojego opowiadania zostało całkiem sporo.
Początek opowiadania jest świetny – budujesz napięcie, przedstawiasz postać syntetyka, podrzucadz tu i ówdzie jakieś dodatkowe informacje o wykreowanym świecie, a wszystko to w dobrze rozplanowany, a przez to nie sprawiający wrażenia wymuszonego, sposób. Kolejne fragmenty scen walki o uratowanie elektrowni bardzo sugestywne, wspaniale opisane technicznie, płynne narracyjnie – techniczne szczegóły pozwalają na głęboką immersję, jakbym oglądał dobrze nakręcony fabularyzowany dokument (babram się trochę w instalacjach c.o. i hydraulicznych, co nieco tam wiem i nie mam się od czego przyczepić).
Scenami rozmowy polityków rozbudowujesz świat o kolejne szczegóły, ale niestety wszelkie napięcia, które miałeś wcześniej, tutaj siadło i już nie wstało. Ale to nie zarzut, tylko spostrzeżenie, choć nie ukrywam, że przydałoby się nieco dynamiki, której gadające głowy nie są w stanie z siebie wykrzesać (to też wiem z autopsji, a konkretnie z opowiadania ".exe/geza", w którym dopuściłem się podobnej zbrodni ;)). Niemniej jednak, pod kątem rozkminy polityczno społecznej; przewidywania konsekwencji wynikających z obranych taktyk; antycypowania reakcji społeczeństwa na podjęte działania i skierowane ku wyborcom słowa; tu wszystko gra i buczy, jest prawdopodobne.
Zakończenie jest dla mnie najmniej satysfakcjonującą częścią – wybierasz rok do przodu, pokazując, jakie zmiany zaszły w wyniku zaszłych wydarzeń. To z jednej strony dobrze, ale i trochę niedobrze i to mój jedyny zarzut – odkrywasz właściwe wszystkie karty, nie pozostawiając czytelnikowi miejsca dla jego wyobraźni i umiejętności składania do kupy całościowego obrazu. W powieści przeszedłbym nad tym bez uwag, w opowiadaniu jednak nie potrafię, bo preferuję niedopowiedzenia, które skłaniają mnie do wytężonego wysiłku intelektualnego. Ale to znów nie jest zarzut per se, tylko coś, co wynika z subiektywnego podejścia.
Na koniec: klimat, zima, polityczne rozgrywki by utrzymać społeczeństwo w ryzach mocno mi przywodzą na myśl "Frost punk", ale też dukajowy "Lód", a gabinetową debatą przypominają narady wojenne osadzone w realiach pierwszej połowy XX wieku.
Ciekawe, bardzo dobrze napisane opowiadanie. To, że kliknąłem do biblioteki pewnie już zauważyłeś. Pójdę jednak krok dalej i zgłoszę je do piórka, bo uważam że więcej osób powinno się z tym tekstem zapoznać.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Rysownik? To sporo wyjaśnia, a konkretnie chodzi mi o to rozwlekanie i mocny kontrast antagonistów względem otoczenia. Sam nie rysuję, ale kiedyś, dawno temu, babrałem się graffiti. Ta Twoja dbałość o detale, która jest pożądana w rysowaniu, w pisaniu musi zostać przyhamowana – masz dbać o detale, ale jeśli nie wnoszą niczego do fabuły/postaci/bliskiego tła, są zbędne. To samo, jeśli chodzi o ekspozycję antagonistów – w rysunkach dobrze to wygląda, daje wyrazistość, natomiast w pisaniu może zahaczać o przesadę.
Cieszy mnie, że nie obrażasz się za ten dość obcesowy komentarz wyżej – dla mnie to miara rozsądnego człowieka, który ego ma w odpowiednim, akceptowalnym rozmiarze i potrafi zachować dystans.
Powodzenia więc w dalszym pisaniu i szkoleniu się :)
Pozdrawiam serdecznie
Q
PS. Wiesz czym jest mechanizm bet na portalu? Na Twoim miejscu skorzystałbym, bo dzięki niemu łatwiej uda Ci się okiełznać swój warsztat.
Known some call is air am
Cześć!
Przeczytałem wczoraj Twoje opowiadanie, ale już nie miałem siły, żeby je skomentować. Nadrabiam więc dzisiaj, ale od razu zaznaczam, że będzie raczej gorzko.
Zacznę od tego, że widać bardzo wyraźnie, że jesteś na początku drogi, jeśli chodzi o pisanie. Masz w tekście zatrzęsienie literówek, przecinki skaczą gdzie chcą, wiele razy używasz niewłaściwej formy, są powtórzenia. Od strony językowej wiele pracy przed Tobą, ale to są rzeczy do doszlifowania.
Większym problemem jest tendencja do rozwlekania tekstu, do wrzucania zbyt szczegółowych opisów działań bohaterów, tak jakbyś nie wierzył w inteligencję i wyobraźnię czytelnika. Chodzi mi o te wszystkie przekręcanie kluczyków stacyjce, robienie kolacji czy innych posiłków i tym podobne – nie pchasz tym fabuły, nie budujesz klimatu, nie dodajesz ciekawych szczegółów, więc cała para idzie w gwizdek, wolne miejsce do wykorzystania w ramach limitu znika, a tak naprawdę nic się nie dzieje.
Drugi problem to relacje pomiędzy postaciami i ich ogólna konstrukcja psychiczna. Na wejściu serwujesz dramat spod znaku utraty dziecka (czyli grubo), a potem jakby o tym zapominasz, opisując zachowania pary. Ich relacje też są dziwne – jej reakcje to albo borderline, albo afektywna dwubiegunówka, z kolei on wychodzi na nieporadnego gościa, który nie bardzo wie jak obsługiwać związek. Dramat, który stał się ich udziałem gdzieś się przez to gubi.
Antagonista – czyli Dorian, ten od portretu (nawiązanie literackie widoczne) – jest przerysowany do granic możliwości, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie weszła jego asystentka. Fabuła osadzona współcześnie, a postacie negatywne wiktoriańsko groteskowe do tego stopnia, że nikt poza parą bohaterów nie przeszedłby nad interakcjami z nimi do porządku. Anachronizm w postaci karykaturalnie poe’owskich antybohaterów, wrzuconych w realia współczesności tworzy potężny dysonans, przez co całe opowiadanie ociera się o groteskę.
Wybacz brutalną szczerość, ale nie będę Ci ściemniał – jeśli chcesz się nauczyć dobrze pisać (a zakładam, że chcesz), musisz więcej czytać, więcej podglądać innych i duuużo ćwiczyć swój warsztat.
Czy jest więc coś na plus w tym opowiadaniu? Owszem – to pomysł wyjściowy z dziwną transakcją i późniejsze perypetie Elizy, a także jej podmianka na kreaturę z obrazu. To naprawdę dobry pomysł, który ma potencjał horrorowy, ale nie potrafiłeś go (jeszcze) dobrze opakować i wykorzystać. Z biegiem czasu i wraz z ćwiczeniem dasz radę, ale to jeszcze nie ten czas.
Na koniec powiem Ci jeszcze o dwóch najgorszych rzeczach w Twoim opowiadaniu. A są nimi wymuszony, łzawy happy end, który nie pasuje do reszty i jest jakiś taki płytki. Ale wiesz co? To jeszcze nawet bym przełknął. O wiele gorszy jest motyw z sarną. W życiu nie czytałem tak slapstickowego wykorzystania strzelby Czechowa. Kiedy na końcu z krzaków wybiegła ta ranna sarna (która została ranna kilka dni wcześniej) i staranowała potwora, po czym zniknęła, parsknąłem śmiechem. Ta scena w konwencji bizarro byłaby złotem; ten mindfuck na zakończenie zrobiłby robotę. Ale w obranej przez Ciebie konwencji on mnie po prostu zawiesił, bo tak cholernie z czapy jest, że musiałem pozbierać szczękę z podłogi.
Może momentami dośc ostro potraktowałem Ciebie i Twoje pisanie, ale nie mam w zwyczaju głaskać po głowie, jeśli nie ma ku temu przesłanek, bo w ten sposób utrwala się innych w błędnych przekonaniach – a ja lubię prawdę, nawet jeśli boli.
Mam nadzieję, że zamiast się obrażać, przeanalizujesz to, co napisałem, odniesiesz to do swojego tekstu i czegoś się nauczysz, co pozwoli usprawnić Twoje pisanie. A życzę Ci powodzenia, tak w nauce, jak i w późniejszym tworzeniu fabuł, światów, postaci. Jeśli sprawia Ci to przyjemność, nie zniechęcaj się – pisz dalej, ale usprawniaj swój warsztat.
Powodzenia i pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Opowiadania to trochę inna para kaloszy – trzeba kondensować treść. Polecam próbę napisania szorta, który będzie miał fabułę i utrzyma zainteresowanie czytelnika. To świetne ćwiczenie. Zajrzyj do jakich szorciaków, które znalazły się w bibliotece. Najlepiej jak najkrótszych, a zobaczysz o co kaman:)
W tej uwadze językowej, którą podeslalem, bardziej rażą te rzęsy pomimo których nic, niż spojrzenie zamkniętych powiek, bo to drugie można uznać za jakąś formę metafory, a tego pierwszego nic nie usprawiedliwia.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej.
Fajnie, że wybrałeś opowiedzenie historii, przybliżającej ważną postać. W tego typu historiach przoduje bruce, ale i Tobie nieźle wyszło. Stylizacja językowa dość udana, choć raczej nie nazwałbym jej parodią, tylko kompromisem pomiędzy językiem współczesnym, a tym jak się drzewiej mówiło, którego celem jest napisanie tekstu zrozumiałego dla czytelnika.
Zaserwowałeś jako dodatki do historii Nawojki motywy fantastyczne rodem z science-fantasy. Mroczny elf i orki to jednak jakiś dziwny miks jest. W pewnym momencie podejrzewałem, że robisz tutaj nawiązania do WH40k – przez wzmiankę o poszukiwaniu zaginionego syna, co wpasowywałoby się w poszukiwania utraconych synów przez Imperatora :)
Sama historia jest prosta i – choć dobrze napisana – nie porwała. Romantasy plus science-fantasy plus multiversum jakieś to jednak dla mnie dość ciężkostrawny kawałek, zazwyczaj od niego stronię, a gdy jakieś wpadnie w moje ręce to rzadko bywam zadowolony po lekturze. No i w przypadku Twojego opowiadania nic się nie zmieniło – doceniam niezły warsztat, doceniam pomysł wejściowy, ale fabularnie – nie będę Ci ściemniał, powiem wprost – się trochu wynudziłem. Gdybyś to przeciągnął o jeszcze kilka tysięcy znaków, to pewnie bym odpadł. Niemniej jednak bibliotekę kliknął bym z powodów obiektywnych, o których wspomniałem wcześniej.
Pozdrawiam serdecznie
Q
PS. Masz też w tekście sporo zaimków osobowych, które w obranej stylizacji nie zgrzytają, a jednak i tak moim zdaniem dałeś tego trochu zbyt wiele. Masz tam też po drodze kilka niezgrabnosci językowych, jak na przykład: od razu pojął w lot. Toż to pleonazm, melendurze :) I co ciekawe, jak wpiszesz te frazę w google, to ichnie AI wypluwa wynik, dotyczący Twojego opowiadania:D
Known some call is air am
Hej!
@Mal
A guzik człowiek wie, co by zrobił na jego miejscu.
No właśnie. Możemy zakładać, ale nie możemy być pewni.
Dziękuję Ci za tak miłą recenzję, Mal. A skoro już Ci odpowiadam tutaj, to co z Twoim tekstem? Podszlifujesz? Czy wolisz zacząć coś od nowa i nie wracać?
@Reg
Hello! Robię również dziękuję za miłe słowa i nominację. I fajnie, że mech Ci się podobał, bo mnie też się podoba ;) Wskazane błędy zostaną poprawione.
@Koala
Dzięki za odwiedziny i lekturę!
@Berig
Ja zawsze rozpatrywałem dylemat wagonika pod kątem nie samego aktu przestawienia (lub nieprzestawienia) zwrotnicy i dlaczego podejmuje się taką, a nie inną decyzję, a bardziej pod kątem zaistnienia możliwości, żeby to zrobić. Gdyby byli ludzie na torach, wagonik i zwrotnica, ale nie było by komu jej przestawić, to nie ma decyzji – rzeczy dzieją się, bo tak skonstruowana jest rzeczywistość. W jakim stopniu możemy na nią wpływać i czy w ogóle możemy, kierując się własnym, subiektywnym do niej podejściem? W dylemacie wagonika wpływamy wyłącznie na czyjeś życie lub śmierć, zaś w opowiadaniu Kazik sam jest zagrożony. Owszem, jest tu coś ze wspomnianego przez Ciebie problemu, ale nie na tym się skupiłem :)
Te wyrzuty sumienia autorskie też miewam, ale trzeba się do nich przyzwyczaić – no, chyba, że wolisz pisać tylko wesołe historie z happy endem, w której bohaterami będą same polyanny. Ale mam nadzieję, że nie w takie klimaty masz zamiar celować u siebie ;)
Cieszy mnie Twoja recenzja, a także to, że uważasz opowiadanie za kompatybilne z obrazem.
@Holly
Witam jurorkę!
Dziękuję Wam bardzo za lekturę i komentarze.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hmmm, w golfie podjeżdżam do macdrive'a, a krawat do trumny tylko dam sobie założyć:) W Biedronce, żeby uniknąć wciągnięcia, korzystamy z kas samoobsługowych. Spoko króciak.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Siema!
Przeczytałem dwa dni temu, wczoraj kliknąłem, dzisiaj komentarz :)
Kiedy zacząłem czytać Twoje opowiadanie, kiedy przedstawiłeś ożywające dzieła sztuki, pomyślałem sobie: no nie, cholerna “Noc w muzeum” a do tego spełniający życzenia obraz. Nic nie zapowiadało tego, że tekst będzie czymś więcej niźli zwykłą przygodówką. A jest czymś więcej i chwała Ci za to :)
Przede wszystkim podoba mi się pomysł na Damę. Śmierć, która została uwięziona w obrazie za przewinę powołania życia. Ma to fajny, metafizyczny wymiar – przypomina greckie mity, czy też kilka wymyslonych na potrzeby fantasylandów genez świata.
Dama i Japonka vel Skarb Narodowy to bardzo dobrze, mocno zarysowane postacie. Solidnie je zbudowałeś, dzięki czemu nie miałem problemu z ich zrozumieniem. Gorzej Ci wyszła postać Łukasza, bo to, że umiera i chce jeszcze pożyć to nieco za mało – w Twoim opowiadaniu, pomimo, że pełni on rolę postaci pierwszoplanowej, przez całą lekturę miałem wrażenie, jakby był postacią tła.
Poświęciłeś też trochę miejsca motywom, które nie popchnęły fabuły do przodu, za to dodały kolorytu przedstawionej opowieści – chodzi mi tutaj o motyw z tańcem Japonki na przykład. Równie dobrze mogłoby go nie być, bo jego brak nie zaszkodziłby opowiadanej historii, a mimo to, nie był zupełnie bezcelowy, bo pozwolił Ci na dopełnienie (nomen omen :)) obrazu Skarbu Narodowego.
Mam nadzieję, że żadna moherowa babcia nie przeczyta tego opowiadania, bo jeśli to zrobi, to za pijusów i zbereźników apostołów ani chybi poprosić Świętą Panienkę o zagrzybienie Ci mieszkania. I oby tylko mieszkania, naaah mean? ;)
Językowo jest całkiem, całkiem – kilka niezgrabności da się wyłapać, ale działają raczej jak niewielki próg zwalniający a nie blokada drogowa. Żeby nie być gołosłownym podrzucę kilka takich prógów:
Każdej nocy zegar wybijał dwunastą i w jego dźwiękach obrazy przeciągały się w ramach, statuy otrzepywały kurz, a zastawa pobrzękiwała śpiąco.
To raczej nie jest nic niezwykłego, że zegar każdej nocy wybija dwunastą, jeśli rzeczony zegar nie jest zepsuty. Tutaj raczej powienienś napisać, że “Każdej nocy, gdy zegar wybijał dwunastą…”. No i te obrazy przeciągające się w dźwiękach – to nie brzmi dobrze, nawet jeśli założyć, że to sznyt poetycki.
Albo tutaj:
Zwiedzający często mijali ją obojętnie; wystarczyło jednak jedno spojrzenie zamkniętych powiek, aby serce nawet najtwardszego mężczyzny poderwało się do szaleńczego biegu. Nie pomagały i rzęsy, gęste i długie, niczym pociągnięte maskarą w wersji „premium” – marzenie każdej francuskiej kurtyzany z osiemnastego wieku.
Jednak jedno – źle to brzmi. Spojrzenie zamkniętych powiek – nie ma czegoś takiego, bo zamknięte powieki nie posyłają spojrzeń. Podkreślone mówi mi coś takiego: jedno spojrzenie zamkniętych powiek sprawiało, że serca najtwardszych mężczyzn galopowały, w czym nie pomagały rzęsy. Wiem, co chcesz powiedzieć, ale w tej formie ten fragment nie ma sensu.
Jak pisałem wcześniej – te kilka potknięć, które pojawiają się tu i ówdzie w tekście zwalniają czytanie, ale nie wybijają całkowicie z immersji. A to oznacza, że nawet pomimo nich, tekst napisany jest dobrze.
Na koniec odniosę się jeszcze tylko do zakończenia. Pan mnie oszukałeś z tą śmiercią Łukasza. No dobra, nie napisałeś, że on umiera, ale takie odniosłem wrażenie. A potem fundujesz mi przeskok czasowy, powrót Łukasza po wielu latach z wnukiem i uwolnienie damy z okowów. To, co mi się tutaj nie spina to kilka informacji: niemożność usunięcia obrazu, który wgryzł się w ścianę, sprawiłoby, że ów obraz stałby się supersławny. Nawet jeśli stary już Łukasz nie pamiętał dokładnie dawnych wydarzeń, to sam mówi, że czasem w snach się jakieś wspomnienia pojawiały. Nie pasuje mi to, że czekał tak długo na ponowne pójście do Damy, do Muzeum. Tłumaczę sobie to tak, że ja, gdybym miał powtarzające się sny o jakimś obrazie, do którego mam łatwy dostęp, nie omieszkałbym natychmiast się do niego udać. On tłumił tę chęć aż do dnia śmierci i tego nie jestem w stanie pojąć. Gdybyś usunął wzmiankę o tym, że jakieś fragmenty pojawiały się w jego snach, a dodał, że dopiero teraz, pod koniec życia, wszystko wróciło do niego hurtowo, to moje zawieszenie niewiary byłoby pełniejsze.
Aha, no i nie wzruszyłem się ani przez moment, jak niektórzy komentujący. Ale to nic złego, bo nawet jeśli celowałeś w ten efekt, to przecież pewnie zakładałeś, że znajdą się takie nieczułe dziady jak ja, które pozostaną emocjonalnie obojętne :)
W każdym razie: to jest całkiem fajne opowiadanie, które w ciekawy sposób realizuje zamierzenia konkursowe. Kliknałem bibliotekę bez jakichkolwiek wątpliwości. Dzięki za podzielenie się tym tekstem.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Super! Dzięki, Reg :)
Known some call is air am
O! Reg, może masz gdzieś na podorędziu linki do poradników, które można by koledze podrzucić, żeby się zapoznał ze zwyczajami i mechaniką forum bliżej?
Known some call is air am
O guźca też, ale był i tekst o swieżopie, o którym mówi postać polityka, grana przez Leona Niemczyka.
Known some call is air am
Hej, Ambush!
Tak jak Ci mówiłem wczoraj, to opowiadanie leci równo i nieźle aż do momentu, w którym z dziury wyłazi bestia w postaci Tomka i Marcela. Nie, żeby to było złe, tylko brakuje przed tą scena conajmniej kilkuset znaków, które nieco wyklarowałyby odbiorcy co się konkretnie dzieje, czemu się dzieje i co do tego dziania się doprowadziło.
A tak w ogóle to przypomina mi Twoje pisanie to, co miałem kiedyś okazję czytać u Mileny Wójtowicz albo Bereniki Miszczuk. Chodzi mi o specyficzny klimat i taką pewność, które się ma już na początku lektury, że pomimo wielu perypetii bohaterów, ostatecznie będzie happy end.
Pozdrawiam serdecznie i powodzenia w konkursie
Q
Known some call is air am
Witaj.
Cieszy mnie, że dobrze się czytało. Scena z mechem weszła spontanicznie, ponieważ chciałem przede wszystkim pokazać odczłowieczenie najeźdźców nie tylko w kontekście popełnianych zbrodni, ale również w ich wyglądzie. A że diesel punkowa zbroja nadawała się do tego świetnie, pociągnąłem ten diesel punk jeszcze nieco dalej, dodając mecha. Rozumiem skonfundowanie, jest w pełni uprawnione, ponieważ pojawieniem się mecha stoi w silnym kontraście do wcześniejszych scen – ale też i o to mi chodziło, jak w obrazach wspomnianego Jakuba Różalskiego.
Dzięki za lekturę i opinię:)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Gdzie widzisz te emocje, OG? To przecież spokojna, merytoryczna replika, którą po prostu klaruję Ci, czemu czepiasz się czegoś, czego nie ma. Dobrze założyłaś, że dyskusja pod tekstem jest wartościową, bo pokazuje różne spojrzenia, ale jeśli to spojrzenie skierowane jest nie na przedmiot dyskusji tylko na to, co się wydaje, wtedy wartość spada. A spada jeszcze bardziej, kiedy rzeczowe argumenty nie prowadzą do ewentualnej rewizji swoich tez, tylko do prób wzbudzenia u rozmówcy poczucia winy, że miał czelność się z nimi nie zgodzić.
Ja się nie chce kłócić z Tobą, ale nie mam też zamiaru przechodzić do porządku dziennego nad nieuprawnionym foszkiem, który wychodzi poza merytoryke, a wkracza na grunt emocji, które z Twojej strony są wyraźniejsze niż – jak to zarzucasz – u mnie.
Known some call is air am
Czyli, jeśli dobrze rozumiem, masz problem z tym, że jeszcze nie wiesz czym jest mgła o której mówi staruszka. Gdybyś wiedziała, problemu by nie było. Dziwny argument. To tak jakby mieć za złe, że – rzucam pierwszy z brzegu przykład, broń Wisznu żebym się porównywał – Tolkien nie napisał wcześniej, że Gandalf nie chce iść przez Morię, bo jest tam balrog. Bo gdybyśmy wiedzieli, że jest tam balrog i czym on jest, to jako czytelnicy mielibyśmy pełniejszy obraz, już na wstępie wyklarowany i nic by nas nie zaskoczyło później. Ok, może nie lubisz być zaskakiwana, rozumiem.
A wracając do mgły znad rzeki: czytasz to automatycznie jako związek przyczynowy, że nie można tam chodzić bo mgła jest niebezpieczna. I piszesz, że masz dysonans bo zakładasz, że ze słów staruszki wynika, że pozostałe okresy są już ok. No tak, to wynika ze słów staruszki i jest zgodne z prawdą, więc gdzie ten dysonans? Ja go nie widzę, bo wszystkie założenia są u Ciebie właściwe – przeprowadziłas właściwe wnioskowanie na podstawie tego, co jest w tekście, więc zapytam raz jeszcze: where is dysonans?
Twój problem polega na tym, że tekst tego nie sygnalizuje baaaardzo wyraźnie, tylko zarysowuje.
Piszesz: staruszka mówi: bo teraz mgła znad rzeki wypełza. Równie dobrze mogłabyś to odczytać, że tylko teraz mgła wypełza, a nigdy wcześniej ani później jej tam nie ma. I w zasadzie to mogłoby być prawda. Przy takim wnioskowaniu nadal dostrzegasz dysonans?
OldGuard, uważam, że podniesiony zarzut to już czepialstwo wysokiego levelu i nie widzę celowości dalszej dyskusji na ten temat. Tobie się po prostu nie podoba coś, co jest w Twojej głowie, a nie w tekście. Bywa ¯\_(ツ)_/¯
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
No, ale właśnie o to chodzi, że jesienią, zimą i wiosną nie pojawia się nienaturalna mgła – ona tylko z końcem lata się pojawia i wtedy tam nie wolno chodzić. Nadal nie rozumiem o co Ci chodzi, bo logika wypowiedzi tutaj nigdzie nie zgrzyta, wszystko jest jasne i staruszka nigdzie nie sugeruje, że w pozostałe okresy roku jest tam mgła albo jej nie ma, ona na ten temat słowa nie wypowiada.
Known some call is air am
Hej!
Wiem, że to kwestia nawiązania do obrazu i tytułu oraz budowanie klimatu, ale mgieł to chyba jednak więcej wiosną i jesienią mimo wszystko ;)
No task, nawiązanie do obrazu, ale nawet gdyby nie było, to zarzut i tak jest nieuprawniony. Ostatni oddech lata, czyli przełom lata i jesieni, który przypada na końcówkę września. I dałęm chyba dość tropów, żeby uznać, że właśnie w tym okresie się akcja opowiadania dzieje. Poza tym – mgła częsciej pojawia się przy rzekach. Rzekę tam mam. Inna sprawa, że to nie jest naturalna mgła, tylko ostatni oddech Franka, który mgłą się objawia.
To jest ładny zabieg, ale traci siłę, gdy wyżej było już coś podobnego: Młodzi raz jeszcze przypadli do siebie, na kilka uderzeń serca splatając oddechy.
Słusznie. Już przemodelowane :)
Ok, rzeka, która sięga dorosłemu facetowi do połowy piersi, dla dziecka jest bardzo głęboka, ale oni są przy brzegu. Jak głęboko musiałby go wepchnąć, aby dziecko w naturalnym odruchu trzepania rękami i nogami pod wodą nie wywołało żadnego plusku?
Jeśli ręce i nogi nie przebiją powierzchni, to nie będzie plusku. W przypadku sześciolatka wystarczy żeby rzeka w miejscu kryjówki miała około siedemdziesięciu centymetrów głębokości. To takki rodzaj rzeki, który wygląda jak miejscami Pasłęka albo Zbrucz – zaraz przy brzegu jest dość głęboko.


Dzięki za lekturę i pozostawienie po sobie śladu :)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
(zwłaszcza że robił to o drugiej w nocy
).
W pracy byłem :) Wtedy mam trochę czasu i czytam opka konkursowe. Dzisiaj na przykład czas na tekst Ambush, a jak się uda to jeszcze melendura ogarnę.
Za „Kubełka” przepraszam
Spoko, ja tylko sygnalizuję, że nie cierpię tej formy, ale jak chcesz, to używaj.
W stu procentach zgadzam się z Twoją oceną wątku religijnego (nie wiedziałem wcześniej, że to nazywa się zakładem Pascala – dzięki za poszerzenie horyzontów).
Aha. Myślałem, że do tego pijesz. A tu się okazuje, że owszem, pijesz do tego, ale samego pojęcia nie znałeś, a w dodatku bez pomocy Dawkinsa czy innych dotarłeś do sedna. To świadczy o tym, że z logicznym myśleniem u Ciebie dobrze :)
Sama Pervita (nie Pervit
), przynajmniej w założeniu, miała kojarzyć się raczej z „przejściem przez życie” niż z suplementem diety (czy filmami dla dorosłych – co wyszperał lugosi).
Ok. Skąd wziąłeś to słowo? Jaka jest jego etymologia? Ciekaw jestem, bo czasem ktoś użyje jakiegoś ładnego neologizmu, jak na przykład J.P. Farmer na duszę w cyklu Świata Rzeki (wathan), albo Vonnegut w Kociej kołysce, tworzący bokononizm.
Odnośnie postscriptum: jak zwał, tak zwał – Mordobot czy phoebe, chodzi o tę samą ideę niepłciowej istoty. Chciałem posłużyć się autorytetem zewnętrznego dzieła, żeby łatwiej przekonać Tomasza. Mordobota mam jeszcze w pamięci, bo oglądałem w zeszłym roku, a Perfekcyjnej niedoskonałości Dukaja nie czytałem (jeszcze).
W jednym Tomasz ma tutaj rację: te formy bezosobowe, które Dukaj utworzył w PN obecnie zostały przejęte i zaadaptowane przez środowiska od tęczowych literek, bo ładnie im brzmiały i pasują do ich koncepcji. Ale też podejrzewam, że polscy tłumacze Pamiętników Mordbota (i chodzi mi zarówno o cykl ksiązkowy, jak i serial) na dukaizmach się wzorowali, zamiast wymyślać koło od nowa. Sam użyłem kilku dukaizmów w jednym z opowiadań, w którym pojawia się bezpłciowe Min i ono tak mówi.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Pierwsza część, ta przed obrazem, naprawdę dobrze napisana. Choć widać było, że się rozkręcasz wraz z opowieścią, ponieważ językowo na początku zazgrzytało mi kilka razy to i owo, a potem to zgrzytanie nagle zniknęło.
Pierwsza część fantastyki nie zawiera, za to nieźle oddaje stan ducha bohaterki. Trochę zacząłeś na końcu przynudzać tymi wywodami protagonistki, ale rozumiem, że chciałeś wykazać bezsens zakładu Pascala w kontekście czystości intencji wiary, więc ostatecznie niech Ci będzie, może komuś da to do myślenia. A do myślenia dać powinno przynajmniej Kubełkowi (bleh! Sam jestem Kuba i o ile znoszę Kubusiów, Kubciów czy Kubuniów, o tyle Kubełek jest jakąś cholerną chimerą, którą należałoby utłuc), który najwyraźniej nie ogarnął w swoim zapale nawracania tak podstawowej kwestii, jak autentyczny żal i skrucha, które należy wyrazić, by się do bozi dostać.
Druga część to – jak już Ci ktoś wspomniał – jeden wielki infodump. Też mi się zdarza takie stosować, ale staram się dodawać do nich jakiś ruch, cokolwiek co choć na moment przełamie dialog pełen objaśnień. Zaś co do samej, przedstawionej czytelnikowi przez Pervit (to brzmi jak jakiś zamiennik Viagry albo nazwa witaminowego suplementu diety :)) koncepcji, to jest ona całkiem ładna i pokrzepiająca. W zasadzie nie obraziłbym się, gdyby Twoja wizja życia po śmierci była właściwą, bo ma w sobie jakąś…. Bo ja wiem? Nazwałbym to wynikającą z prostoty elegancją.
Obie części tej historii mogłyby istnieć samodzielnie. Owszem, one się uzupełniają, bo uzupełniają informacje o postaciach, jednak cała reszta jest skorelowana bardzo słabo. Jednym to może przeszkadzać, innym nie. Ja należę do tej drugiej grupy, więc kliknąłem bibliotekę :)
Powodzenia w konkursie!
Pozdrawiam serdecznie
Q
PS. żadne Mordboty, kurde. Użyta forma bezosobowa to daleki strzał w kierunku “Perfekcyjnej niedoskonałości” Dukaja. To język nie żadnego gender, którego Tomasz się tutaj na siłę doszukuje – co mnie w sumie niespecjalnie dziwi, biorąc pod uwagę jego zafiksowanie – tylko język bytów posthumanoidalnych, które narodziły się bez jednej, konkretnej i ustalonej formy. U Dukaja nazywają się oni phoebe (od post human being).
Known some call is air am
O! To super. Mam nadzieję, Bardzie, że do Darka i śniącej zagadałeś o spotkaniu :) Mogę być tym razem znów mało oryginalny i upiec chleb, albo bardziej oryginalny i zrobić coś ciekawszego.
Known some call is air am
Intertekstualnie z tym linkiem do tuby:) Fajne.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Tomaszu, ja Cię nawet w jakimś stopniu rozumiem. Sporo z Twoich frustracji, a które zawarłeś w postaci bohatera, są też moim udziałem. Ale nie mam, naprawdę nie mam, ochoty czytać o tym w opowiadaniu. Wiesz, ja czasem się gdzieś w sieci dość ostro i rozwlekle spieram na poruszone przez Ciebie tematy, ale kiedy przychodzę tutaj, żeby poczytać opowiadania, nie chcę tych debat, kłótni i wyrażania swojego światopoglądu – tutaj jestem dla opowieści. Zanim przejdę dalej i wypowiem się na temat fabuły, muszę Ci powiedzieć jeszcze to, że w wielu sprawach mamy dość podobne poglądy, nawet gusty mamy podobne (Kula – no ba!, Event Horizon – też sztos), zapewne wychowywaliśmy się w podobnych czasach. Ale są rzeczy, które nas potężnie różnią – ty jesteś konserwatystą, w jakimś stopniu ksenofobem, wiara jest dla Ciebie ważna i widzisz ją jako niezbędną część porządku; podejrzewam, że wierzysz w iluminatów albo NWO lub coś pokrewnego, trochę w Tobie patrioty, a trochę nacjonalisty – mniej więcej w równych proporcjach. Ta Twoja utopia z końca nie jest więc moją utopią, bo Twoja bierze sobie za aksjomaty definicje, które korelują z jej słusznością, a resztę, tę niepasującą, odrzuca; Twoja utopia zasadza się na micie zaradnego i mądrego polaka, a wystarczy się rozejrzeć, żeby dostrzec, że ten mit dotyczy ułamka społeczeństwa; Twoja godzi jedyną słuszną według Ciebie wiarę z porządkiem społecznym i nie wyobraża sobie, by mogła się bez religii obyć – a to prosta droga do kategoryzacji obywateli. Twoja wizja wynika z wiary, że możemy sobie tutaj, w kraju ze społeczeństwem zatomizowanym na niespotykanym dotąd poziomie, poradzić sami i jakoś to wszystko poskładać do kupy – to ładnie brzmi i wygląda, ale nie ma szans by obyło się bez krwi, ofiar i dramatu, czego nie chcesz pokazać w tej swojej wizji, a może nawet przyznać w realu. Kiedyś wierzyłem – wybacz szczerość, ale ja to tak odbieram i miej na uwadze, że nie mam zamiaru Cię tym sformułowaniem obrazić – w podobne bzdury, ale mi przeszło, bo wieczna frustracja szkodzi na żołądek.
Co do fabuły: te fragmenty z retrospekcjami masz naprawdę dobrze napisane i świetnie się to czyta. W ogóle ta cała historia z obrazem, z posiadłością i postacią Marii jest ciekawa i wciągająca. Co do warsztatu – bo pisałeś, że nie wiesz, czy piszesz dobrze – to jest tak, że w moim odczuciu prezentujesz równy, porządny poziom i nie masz się co martwić o swoje kompetencje w tym zakresie.
Pozdrawiam serdecznie
Q
PS. Pytasz też, do kogo Twoje teksty trafiają. Nie wiem. Ale na Twoim miejscu, z Twoimi poglądami, uderzałbym w miejsca, gdzie znajdziesz fanów Ziemkiewicza na przykład. To moim zdaniem jest Twój target, który doceni Twoje wywody, będzie potrafił się utożsamić z poglądami Twoich bohaterów i przyklaśnie tym wszystkim współczesnym, politycznym i społecznym nawiązaniom, które gęsto wtykasz w tekst.
Known some call is air am
Witam panią jurorkę :)
Known some call is air am
Hej!
Prosiłeś w temacie powitalnym, to uznałem, że przeczytam. Po pierwsze skuli tego, żeś je synek łod nos, ze ślonska, a po drugie, bo wciepłeś szorta, czyli nawet jak bydzie niy richtig to się nadto niy zmyncza ;)
Lecimy z tematem.
Po pierwsze – wywal te entery niepotrzebne z całego tekstu, bo to błędny zapis. Nie chce mi się dziś szukać, ale pewnie pojawi się ktoś, kto podrzuci Ci linki do forumowych poradników a propos pisania i poruszania się po forum. Pingnę kogoś na SB, żeby tu zajrzał i podlinkował.
Kolorowe pejzaże zdobiły ściany, każdy z mebli wysadzany był po kątach lśniącym jak pole zbożowe złotem.
To zdanie masz do przemodelowania, żeby miało sens. A konkretniej wyglądać to powinno tak:
Ściany zdobiły kolorowe pejzaże, a każdy z poustawianych po kątach mebli wysadzany był złotem lśniącym, jak zbożowe pole.
Musisz czytać, to co napisałeś i próbować zrozumieć tak, jakbyś to tylko czytał, a nie był autorem. To, że Ty wiesz o co Ci chodzi, wcale nie znaczy, że czytelnik będzie wiedział. W skrócie: szyk zdania ma znaczenie :)
Miała trzy pary skrzydeł; jedna zakrywała nogi, druga
kryłators, ostatniej używała do latania.
Przekreślone nie jest Ci potrzebne, bo piszesz przy pierwszej parze, że coś zakrywała, więc nie musisz dopowiadać tego przy drugiej.
Nikt by temu nie zaprzeczył, może poza paroma z archaniołów, ale i oni pewnie nie powiedzieliby tego wprost, aby zachować wizerunek równych reszcie niebiańskich zastępów.
Podkreślone: nie komplikuj niepotrzebnie. Paroma archaniołami zrobi robotę i całośc będzie brzmieć zgrabniej.
– Słucham – powiedziała w melodyjnym tonie.
Poodbnie jak wyżej. Powiedziała melodyjnym tonem.
zapytała, a na jej twarzy pojawiła się iskra zmartwienia.
Nie szarżuj z metaforami. Pojawił się wyraz zmartwienia.
Z pleców Castiela wyłoniła się pojedyncza para skrzydeł; wzbił się w powietrze do opiekunki.
Uważaj jak i kiedy używasz średników. W tym miejscu jest on nieuzasadniony, zamień go na łącznik “i”, albo daj zwykły przecinek lub kropkę i co po średniku zmień w krótkie zdanie. Poza tym zmieniłbym zapis podkreślonego na: ku opiekunce.
Unosili się lekko ponad poziomem podłogi. Skrzydła Argii poruszały się z lekkością i gracją,
Uwaga ogólna, dotycząca pisania: słowo “lekko” bywa nadużywane w róznych kontekstach przez zaczynających przygodę z pisaniem. Poza tym masz dwa razy lekko pod rząd, co jest powtórzeniem, a to bywa błędem. To drugie “lekkością” zostaw, bo pasuje, to pierwsze zmień. Ja zrobiłbym to tak: Unosili się nisko nad podłogą.
Widzisz… – zaczęła
z lekkaniepewnie. Straciła już tak wielu pasterzy w ten sposób. – Może teraz nie widzisz efektów swojej pracy. Każdy z pasterzy to przechodził. Ludzie częściej się potykają, niż chodzą prosto. Nawet my, anioły, popełniamy błędy. Nawet jaje popełniam. Jak twój człowiek ma na imię?
Pisałem wcześniej o tym lekko ;) Zamiast “ten” daj “podobny”. Po “pracy” dałbym przecinek i połączył dwa zdania w jedno. Podkreślone o ludziach i potykaniu się – trochę przegiąłeś z tym sformułowaniem, bo to nieprawda. Przekreślone na końcu usuń, nie jest Ci potrzebne, żeby zdanie miało sens.
To musi być bardzo wyczerpujące… tak patrzeć, jak ktoś się zatacza i spada prosto w całun otchłani.
Zatacza → stacza. Całun otchłani może i brzmi poetycko, ale również purpurowo. Mnie się w każdym razie nie podoba.
Jeśli włożysz w to odpowiednio dużo dedykacji, jestem pewna, że w końcu uda ci się doprowadzić
towszystko do porządku…
Dedykacji? Raczej nie. Uważaj też na słowo “to”, bo jego też nadużywasz, a nie jest potrzebne.
– Nie wiem, czy jestem w stanie dalej poświęcać mu swoją siłę – powiedział z zapadniętymi oczami Castiel.
Źle to brzmi, bo zapadnięte oczy nie mają żadnego związku z mówieniem.
– Bardzo dziękuję – odrzekł momentalnie Castiel. – …Serafin pewnie myśli, że odejdę tak jak inni, ale ja tego nie chcę.
Po co Ci ten wielokropek po atrybucji dialogowej?
No to napisałeś scenkę, która mogłaby być wstępem do czegoś dłuższego, ale sama nie za bardzo się broni. Jasne, rozumiem, co chciałeś powiedzieć – że nawet w niebie widzą, że u nas jest coraz gorzej; że nawet tam występują braki kadrowe, zniechęcenie i bezsilność. I to jest spoko, tylko opakowałeś to przesłanie w dość statyczną scenkę dwóch gadających głów, bez akcji, bez zahaczki dla czytelnika. Warsztatowo jest tak sobie, ale masz dopiero osiemnaście lat i to pierwsze podzielenie się twórczością z kimś spoza Twojego kręgu zapewne. Jesli masz zapał, jeśli chcesz pisać z jakiegoś powodu (jakikolwiek by nie był), jeśli masz chęć do nauki, a Twoje ego nie jest kruche, to znalazłeś tutaj dobre miejsce, żeby się rozwijać. Rozgośc się, poczytaj innych, weź zgłoś się do jakiejś bety (to dużo daje, bo dzięki temu zobaczysz, że nawet stare wygi popełniają błędy, a w dodatku będziesz miał wgląd w zmiany, jakie zachodzą w cudzym tekście pod wpływem sugestii osób trzecich i dyskusji).
A tymczasem pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów w dalszym pisaniu :)
Q
Known some call is air am
Skoro wiesz, że mam rację, to co z tym fantem zrobisz, Mal? Podszlifujesz ten tekst, czy uznasz, że już nie warto? Serio pytam, bo masz tu coś, co jest dobre, tylko musisz to wyczyścić i wygładzić.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Twoje pisanie przypomina mi to, co tworzy Komuda. Ewidentnie widać po Twoich tekstach, co Cię fascynuje, jaka tematyka, jaki klimat. I choć nie do końca jest to mój klimat, to masz tę lekkość w tworzeniu stepowych i kresowych klimatów, że czytałem z zainteresowaniem.
Widziałem tutaj zarzuty, że fantastyka jest ledwo zarysowana i opiera się na snach czy wizjach, ale w takim klimacie, w tej konwencji, to najsłuszniejsza droga.
Ałtyn przypomniała mi inna Ałtyn, która jest jedną z bohaterek pewnego cyklu B. Akunina. Jeśli dobrze pamiętam, Ałtyn znaczy złoto i to imię Twojej księżniczce pasuje. W ogóle to bardzo pożądane opowiadanie, napisane bardzo równo. Wspominam o tym, bo jeden z Twoich tekstów, który czytałem jakiś czas temu był do pewnego momentu dobry, potem jakbyś obniżyła loty. Tutaj tego nie ma, od początku do końca jest dobrze i utrzymujesz poziom.
Gdybym miał się przyczepić do czegoś, to ten Twój okrutny chan wcale nie wydaje się być taki okrutny – jego okrucieństwo jest tematem rozmów, ale go nie pokazujesz, a szkoda, bo to nadałoby działaniom kobiet głębszego wymiaru. Druga sprawa, to zniszczenie obrazu, które jest działaniem nieprzemyślanym – koleś ma w ręce teleport, po co to niszczy? Nie lepiej ukraść i korzystać?
Bardzo fajnie wyszła Ci też przemiana bohaterki pod wpływem wydarzeń – marzyła o byciu wolną w nowoczesnym świecie, ale zrozumiała, że wolność polega na swobodzie wyboru i na tym, że można zmienić zdanie, zmienić cele i przede wszystkim móc to zrobić.
Jestem usatysfakcjonowany lekturą i gdyby było trzeba, z przyjemnością doklikalbym bibliotekę.
Powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie!
Q
Known some call is air am
Cześć!
To mogłoby być dobre. Naprawdę, mogłoby, nie ściemniam. Zaprezentowana wizja reinkarnacji i karencji gdzieś pomiędzy jest naprawdę intrygująca. A do tego masz w tekście kilka sformułowań czy spostrzeżeń, które świadczą o dobrym zmyśle obserwacyjnym (na przykład to jest świetne: Mężczyzna prowadził pewnie, spokojnie. Chwilami czuł, jakby zrósł się z samochodem. Nabrał nawyku oceniania ludzi z poziomu fotela, zdarzało mu się potem zdziwić, że ktoś jest niski, albo wysoki.). I już te dwa czynniki mogłyby zrobić tu robotę.
Ale nie robią.
A nie robią, bo te perełki w postaci ładnych zdań topisz w narracyjnym chaosie, zaś to, co masz tutaj intrygującego, przykrywasz konstrukcyjnym rozgardiaszem.
Nie chcę się tutaj wymądrzać, a tym bardziej pastwić nad poszczególnymi elementami, ale powiem Ci, nad czym moim skromnym zdaniem powinnaś popracować i dlaczego tutaj nie wyszło:
– mnogość postaci – jest tego za dużo, a przynajmniej za dużo na krótki utwór. Rozumiem konieczność zaistnienia i zaprezentowania każdej z postaci, ponieważ to relacje pomiędzy kobietami napędzają opowiadanie, ale w tym wypadku powinnaś rozważyć dodanie kilku, może nawet kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy znaków. Dzięki temu miałabyś miejsce na powtykanie bohaterów w rozsądnych odstępach na przestrzeni tekstu, żebym mógł z nimi chwilę poobcować i w konsekwencji zapamiętać. A Ty mi tutaj podrzucasz jedno imię za drugim, przez co dostaję zadyszki, a potem cofam się co i rusz o kilka akapitów, żeby sprawdzić kim do cholery jest aktualny podmiot i czy już go wcześniej nie było.
– dialogi – można się w nich pogubić i ja się pogubiłem właśnie. Nie wiadomo momentami kto co mówi. Jak Ci ktoś wyżej napisał: przydałyby się atrybucje dialogowe co jakiś czas, żeby móc to sobie poukładać.
– relacje pomiędzy postaciami – dość gęsta pajęczyna Ci wyszła. To dobrze i niedobrze zarazem. Dobrze, bo pokazuje dbałość o podbudowę postaci, a niedobrze, bo zabrakło Ci na nie miejsca. Rozwiązanie jest takie samo, jak przy ilości postaci – wydłużyć tekst i relacje nie tylko zarysować kilkoma pociągnięciami, tylko zbudować je tak, żeby można było poczuć jakąkolwiek immersję; żeby ich głębia wynikała z tekstu, a nie z domysłów czytelnika. No, chyba, że nie o relacje Ci chodziło, ale nie wydaje mi się, bo przecież to opowiadanie jest o relacjach właśnie – a przynajmniej mnie się takim zdaje.
– ogólny bałagan – chodzi mi o to, że masz kilka brzydkich literówek, powtórzeń, jakichś artefaktów pierwotnych zdań i tym podobnych. To można oczywiście najłatwiej ogarnąć, uważnie czytając raz jeszcze to, co się napisało.
Powtórzę się: jest tutaj pomysł, jest fabuła. Ale jest też chaos i bałagan, które pomysł i fabułę przesłaniają. Gdyby udało Ci się to uporządkować, to z przyjemnością kliknąłbym bibliotekę.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
@melendur
“Ruch jest życiem” który mi siadł bardzo
To opowiadanie mnie prześladuje do dziś, a ja chciałem tylko napisać tekst, w którym apokalipsa została wywołana czymś, czego jeszcze nie było :P Ale rozumiem skąd taka opinia. Tylko muszę Cię zmartwić, bo “Ruch…” napisałem dość dawno temu i już chyba nie potrafię tak pisać – teraz wtykam w swoje teksty więcej rzeczy, nad którymi się zastanawiam; o których myślę pod kątem przyczyn ich zaistnienia. Czyli więcej trudnych tematów, mniej przygody.
a z racji tego, że mnienmam że bohaterowie są Polakami i choć nie wypowiedziałeś tego wprost, trochę mi się to skojarzyło z II wojną.
To właściwe skojarzenie. Ale uważałem, żeby nie napisać niczego na temat tożsamości wrogów, tożsamości tych zza rzeki i tak dalej.
Lecz nie wydaniu martyologii narodu polskiego
Tu nie ma martyrologii. Jest dramat jednostek.
Mam nadzieje, co już powatrzałem, nie bierzesz tego do siebie.
Nie znamy się jeszcze za dobrze, więc powiem Ci coś, co wiedzą tutaj wszyscy – ja mało co biorę do siebie, a obrazić mnie w zasadzie nie sposób. Więc do mnie można (a nawet trzeba) prosto i bez owijania w bawełnę – jak się coś nie podoba, to luz, możemy o tym pogadać, moje ego nie jest kruche ;)
@marzan
Jak się zrobi cieplej, trzeba będzie zrobić nowy odcinek zrobić Mythbusters: Uciszanie Franka
O! I to jest pomysł. Pomysł na szorta. Zakodowane ;)
Potem w opowiadaniu jest napisane, że on szamoce się pod wodą, więc wcale tak cicho i sprawnie nie jest.
Zrób eksperyment, marzanie, i poproś kogoś o to, żeby poruszał się trochę pod wodą, może być nawet gwałtowanie. Ty stój na brzegu i spróbuj te ruchy usłyszeć. Niczego nie usłyszysz, gwarantuję Ci. Poza tym to walka szcześciolatka z mniej więcej osiemnastolatkiem – dziecko się szamocze, ale dla Kazika nie jest te jego szamotanie żadnym wyzwaniem.
Nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby utopić malca, starałbym się odebrać mu możliwość jęczenia/płaczu. Gdyby mi się nie udało, trudno. Nie jest to warte życia.
No i Kazik przecież odebrał mu mozliwość jęczenia i płaczu. Poza tym nie wiesz jakbyś się zachował, możesz tylko domniemywać :)
Dzięki za komentarze i dyskusję!
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Cześć!
Jest bardzo poetycko. Bardzo, bardzo poetycko. Aż za bardzo, jak na mój gust. Ale nie przejmuj się, bo każdy ma inny gust, więc znajdą się i tacy, którzy na tę poetyckość narzekać nie będą.
A tak w ogóle to napisałeś bajkę. Rzadko tutaj się trafiają bajki, więc całkiem spoko, że się na taką formę zdecydowałeś. Gdybym miał ten tekst rozpatrywać pod kątem głębi i spostrzeżeń ciekawych dla dorosłego odbiorcy, to musiałbym Ci rzec, że poległeś. Ale to przecież bajka, więc inne kryteria oceny mus mi zastosować. Kryteria bajkowe, jakby co. No, to patrząc na Twój tekst w ten sposób, napisać musze Ci, że słitaśne to wyszło. Jasne, jest jakaś tragedia, ktoś umiera, czuje się opuszczony i tak dalej, lecz podajesz te motywy w taki sposób, że zamiast uderzać prostotą spostrzeżeń, oswajają one czytelnika z Twoją bajkową wizją. Bo o oswajanie strachu przed śmiercią tutaj najwyraźniej chodzi.
Zarzucono Ci gdzieś wyżej, że Twoje postacie są dobre, szlachetne i nieskazitelne, przez co nierealne. I ja się z tą opinią zgadzam. Nie poleciłbym tego tekstu nikomu, kto chciałby przeczytać coś o bohaterach, będących ludźmi z krwi i kości. Za to jak najbardziej mógłbym polecić Twoją opowieść na przykład mojemu jedenastoletniemu synowi – czyli komuś, kogo świat jeszcze nie wypaczył; nie zmusił do spojrzenia na niego od spodu, a potem od wewnątrz; komuś, kto jeszcze może pozwolić sobie na beztroskę i wiarę w to, że świat jest głównie dobry i sprawiedliwy. Ale po to są bajki – żeby jeszcze na moment trzymać rzeczywistość za ryj i nie pozwolić jej kąsać, ale jednocześnie dać jej warknąć raz czy dwa, może nawet szczeknąć głośniej lub zawyć. Więc jako bajka, która oswaja tanatyczny strach Twoje opowiadanie jest jak najbardziej OK.
Powodzenia w konkursie i w dalszym pisaniu!
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Siema!
Dzięki za komentarze, odniosę się do kilku pokrótce.
@bruce
Witam jurorkę :)
@marzan
Dzięki za uwagi, kilka zostanie wprowadzonych (lub już zostało).
Uśmiechnąłem się od ucha do ucha przeczytawszy zdanie o Lete, właśnie teraz o niej piszę, jakże uniwersalny wątek.
Już kiedyś użyłem Lete w jednym opowiadaniu. W ogóle ze wszystkich rzek Hadesu, Lete wydaje się najelegantsza ;) A tutaj mi spasowała metafora, dlatego została użyta.
Ale gwoli ścisłości dodam, że bohater nie musiał topić malca. Mógł go uderzyć w splot słoneczny, nawet złamać mu żebra. Uderzyć pięścią w szczękę, ogłuszyć.
Może wyjaśnię dokładniej, jak ja sobie wyobrażam tę scenę: dwójka ludzi schowana pod zwieszającymi się z brzegu trawami. Za tą zasłoną wyżłobione w brzegu zagłębienie, to w nim konkretnie się znajdują. Obaj są zanurzeni w wodzie po szyje. Maluch zaczyna się wiercić, zaraz wybuchnie płaczem. Tu nie ma miejsca na ruch, bo każdy ruch skupi uwagę żołnierza.
Uderzenie w splot słoneczny – czyli gwałtowny ruch, do tego wymaga obrócenia malca tak, żeby to było możliwe. Za duże ryzyko.
Łamanie żeber – jak wyżej.
Uderzenie w szczękę, ogłuszenie – jak wyżej.
Rozumiem jednak, że było to potrzebne do zbudowania dalszych scen, a bohater jest oszołomiony atakiem i nie działa racjonalnie.
W zasadzie to cały pomysł opiera się na śmierci dziecka. Maki reprezentują zabitych w masakrze, zaś mgła jest ostatnim oddechem Franka. Ale masz rację – człowiek w sytuacji, w której znalazł się Kazik, nie działa racjonalnie, a instynktownie.
Więc… nie jest to najbardziej prawdopodobny wariant
Ja jednak uważam, że to właśnie jest najbardziej prawdopodobny wariant ;)
@kronos
Miło widzieć, dawno Cię chyba nie było na forum :) Albo to mnie nie ma tu za często.
Jak na ironię, ukochana wcześniej, “z góry”, wręcza mu amulet-medal, dla przyszłego bohatera, który później staje się wyrzutem sumienia.
Ten motyw został dodany pod sam koniec, kiedy postanowiłem, że w scenach nieretrospektywnych zawrę coś, co będzie się odbijało w jakiś sposób w tych retrospektywnych. Kiedy doszedł amulet, byłem zmuszony nieco przebudować kilka fragmentów.
Więc czy kieruje nim zimna kalkulacja (jedna śmierć jest mniejszym złem niż dwie), czy rozpacz po uświadomieniu sobie, że Kasia nie żyje?
Możesz interpretować, jak uważasz, jednak ja skłaniam się ku pierwszej opcji.
Ale też każe się zastanawiać, czy rzeczywiście Kazik mógł być realną obstawą dla uciekinierów? Może od początku kierował nim strach i istotnie, był ukrytym dezerterem?
Brawa, kronosie. Tak, pierwotnie Kazik był dezerterem, nie miał zamiaru walczyć, więc gratsy, że wpadłeś na takie rozwiązanie. Jednak w trakcie pisania uznałem, że zrobię z Kazika takiego gieroja, co to chce walczyć i twierdzi, że się nie boi, ale tylko dlatego, że nie wie, jak wygląda walka, ani też nie ma świadomości, jaką potęgą dysponuje wróg. Kiedy Kazik sam doświadcza okrucieństwa wojny, kiedy zaczyna rozumieć naprzeciw czemu chce stanąć, wtedy ukazuje się jego prawdziwe oblicze, którego on sam może nawet nie był wcześniej świadom – człowieka, który chce przede wszystkim przeżyć; człowieka, który walczy, ale tylko dla siebie i swojego ocalenia.
@Hesket
Temat trudny, wojenny, ale napisałeś to w sposób tak rzetelny, że czytanie było dla mnie przyjemnością.
Staram się z tą rzetelnością. Cieszy mnie, że tutaj wyszła :)
@Bard
Uduszenie lub skręcenie karku wydaje się pewniejsze i bardziej dyskretne.
Skręcenie karku nie jest takie proste i wymaga jednak wykonania dość gwałtownego ruchu. Uduszenie… No, przecież on go dusi :/ Dość długo się zastanawiałem nad tym, i po przeprowadzeniu w głowie kilkunastu symulacji wyszło mi, że wepchnięcie pod wodę w jego sytuacji było najpewniejszym, mającym największe szanse powodzenia rozwiązaniem. Możecie twierdzić inaczej, ale nie dam sie przekonać :P
Po jednej scenie to za mało by zbudować uczucie straty. Gdyby zrezygnować z barwnego opisu masakry albo dodać z 10 tys. znaków dla chłopaka i dziewczyny to by pozwoliło głębiej wejść w relacje między nimi, a Kazikiem.
Rozumiem zarzut, jednak spróbuję go odeprzeć: w opowiadaniu Kasia nie odgrywa większej roli. Prawdę rzekłszy, to początkowo miała tylko jedną, krótką scenkę z Kazikiem w zaroślach. Kiedy w trakcie pisania ubzdurałem sobie motyw z amuletem, uznałem za konieczne danie jej trochę więcej miejsca: stąd scena przekazania amuletu, stąd jej śmierć i upadek do rzeki, a także jej domniemane pojawienie się na końcu, kiedy próbuje wciągnąć Kazika pod wodę i odzyskać amulet. Jednak na żadnym etapie pisania nie miałem zamiaru kierować uwagi czytelnika na relację Kazika i Kasi w kontekście doświadczenia straty. Fabularnie jej postać stanowi wsparcie dla ogólnego zamysłu, a nie dla podbudowania postaci Kazika.
No i czuć tu Jakuba Różalskiego :) Ale nie dziwę się, bo jak patrzę na obraz, który wybrałeś, też widzę mechy wychodzące zza drzew :).
Bingo! Niedawno skończyłem ostatnie z opowiadań z tej antologii, która powstała na bazie inspiracji jego obrazami :)
@melendur
Rozumiem, mnie też zdarza się odbić od czegoś tylko dlatego, że to nie mój klimat. Ale nie do końca rozumiem, co Ci nie pasuje – to, że opowiadanie nie jest przygodówką, tylko idzie w dramat?
(wizual z silosami na nogach to bardzo konkretny, uczciwy detal)
Bardzo mnie cieszy ta uwaga – przez jakieś dziesięć minut guglałem silosy, żeby zobaczyć, czy można uzyć takiego porównania. A potem jeszcze kilka minut poświęciłem na sprawdzenie, czy w głowie Kazika mogło ono zaistnieć.
zamiast lać wodę i nadmiernie dramatyzować, zostawiłeś brutalną kalkulację i odliczanie zdrowasiek.
Człowiek walczący o życie nie dramatyzuje. Zawsze śmieszą mnie przeciągnięte opisy czyjejś śmierci, bo to trąci patosem. Nie, żebym sam patosu nie stosował, ale tam gdzie trzeba działać, gdzie trzeba pokazać odruchy, nie powinno być na niego miejsca.
Bo czytałem też twoje inne teksty, niektóre siadły, niektóre nie
O! Może coś konkretniej? Co siadło, a co nie?
@beetwenthelines
Finał jest naprawdę mocny, bo nie daje łatwego usprawiedliwienia bohatera.
W moim odczuciu nie ma niczego, co by go usprawiedliwiało.
Dziękuję wszystkim za czas poświęcony na lekturę i podzielenie się wrażeniami.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Ja tam lubię i stosuję potrójne wyliczenia :P
Known some call is air am
Ja się chyba jednak wyrobię w terminie. Mam 23k znaków i pół ostatniej sceny plus epilog do ogarnięcia. Czyli zamknę się w 25k mniej więcej i zostanie mi tekst doszlifować, co pewnie zajmie ze dwa dni.
Known some call is air am
marzan – Rzeka
Known some call is air am
Mógłbym napisać to samo, co Reg :)
Ładne i dobrze napisane.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Gratsy!
Known some call is air am
Ja walczę, mam 20k znaków, jeszcze z dziesięć się uzbiera, a potem wygładzenie całości po pierwszym – jak to krar mówi – drafcie. Raczei się wyrobie, bo szkoda byłoby nie dla tak pięknego obrazu. Który – nawiasem mówiąc – wybrałem też że względu na świetny tytuł. Poetyka i rustykalna tęsknota kontra dramat i pretekstowa fantastyka – oczekujcie mnie początkiem marca, o świcie ;)
Known some call is air am
Ze swoim charakterem Nila może łatwo “rozbroić” dowolnego arcyłotra i jeśli nadarzy się pasujący temat konkursowy, nie omieszkam tego wykorzystać.
Thumb up :)
Known some call is air am
Gratsy, Marasie.
Known some call is air am
Hej!
Tutaj “na Cerbera” ma funkcję “Do licha”, więc może czasem podgryzł już flisakowi nogawki?
Ok, przyjmuję Twoje tłumaczenie, niech zostanie :)
Uff, umęczyłem się z tym blaskiem, bo wprowadzenie go było w całości, tylko stosunkowo daleko w tekście. Teraz blask jest na samym początku, żeby czytelnik potem nie protestował, że wyobrażał sobie, że jest tam zupełnie ciemno. Niby mała kosmetyczna zmiana, a pięć zdań z różnych części tekstu musiało wymienić się między sobą słówkami, żeby nie było powtórzeń.
Taaak, znam to. Jeden mały kamyczek, który pociąga za sobą lawinę ;)
A teraz komentarz właściwy:
Bardzo ładne, plastyczne opisy. Nie ma lipy, panie, wszystko gładko można sobie zwizualizować i posklejać w jedną całość. Historia jest wprawdzie prosta, a jednak ma w sobie coś, co pozwala się w nią zagłębić i cieszyć się lekturą.
Trochę mnie początkowo uwierało zachowanie dziewczynki, bo ta jej beztroska rzeczywiście jest silnym kontrastem dla środowiska, w którym się znalazła. Ale nie tylko dla środowiska, bo także mocno kontrastuje z jej przeżyciami. Trochę Ci taka polyanna wyszła na początku, ale po drodze dałeś radę i jakoś ją przeformatowałeś w bardziej strawną postać, choć ta iskra niebywałego entuzjazmu została z nią do końca. Przejdźmy jednak do Charona, bo tutaj mam większy z nim problem – ta relacja z dziewczynką rozwija się moim zdaniem za szybko, sprawia wrażenie powierzchownej, a okazuje się być głębsza. Chemia tego typu chyba jednak potrzebuje dłuższego czasu inkubacji.
Zakończeniem umiejętnie wyciszasz fabułę, pokazując, że ta relcja, o którą się czepiłem wyżej, wcale się nie zakończyła i dojdzie do jej odnowienia, kiedy przyjdzie na to czas. W zasadzie to masz tutaj ładnie podbudowaną postać dziewczynki, z którą mógłbyś coś więcej zrobić, zmienić ją w heroinę w innym opowiadaniu. Origin już masz, więc można kombinować ;)
Oczywiście kliknąłem, bo czemu nie miałbym? Powodzenia w konkursie!
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Kilka wątpliwości:
– na samym początku opowiadania piszesz, że pasażerowie zadawali pytania retoryczne. A nie chcieli poznać odpowiedzi, i tak powinno to brzmieć, a u Ciebie nie chwali poznać rozwiązania. Jakiego rozwiązania?
– osoba również go zauważyła – okropnie niezgrabnie to brzmi. Postać może, może oczekujący na brzegu pasażer, coś w tym stylu.
– w blasku podziemi – niby rozumiem, że chcesz powiedzieć, że tam był jakiś blask rozświetlający mrok, jednak same podziemia nie emitują blasku. Może dodać jakieś małe wyjaśnienie? W wypełniającym podziemia mdłym blasku?
– na samym końcu pierwszego ustępu masz w jednym miejscu przecinek zamiast kropki.
– tu się czepiam, ale wątpię, żeby Charon używał określenia "na Cerbera". Cerber był slugą, który strzegł wejścia do Hadesu, Charon był z kolei sługą, którego zadaniem było przeprawiać zmarłych. To tak jakby strażnik jakiegoś obiektu zaklął sobie "Co tu się dzieje, na Pimpusia!", odnosząc się do swojego psa służbowego;)
– przy końcu, kiedy dziewczynka jest z Charonem w krainie, w której mieszkała masz zabawna literówkę, według której Charon pociągnął nie wiosła, a wiosna :D
Z komentarzem wrócę później, a tymczasem pozdrawiam serdecznie
Q
-
Known some call is air am
Cześć, Dawidzie!
Przeczytałem i uznać muszę, że nie jest źle, ale – jak to akuratnie określiła Finkla w komentarzu wyżej – styl trochę szkolny.
I też, tak jak Finkla, miałem Ci napisać o tym, że w swoich opowiadaniach przeciągasz niektóre sceny, dodając niepotrzebne szczegóły, które nie mają wpływu na fabułę, nie budują postaci i właściwie niczemu nie służą. A nawet zdarza Ci się całe sceny dawać, z których nie wynika nic dla fabuły, jak na przykład wampiry, śpiące w trumnach i żywiące się krwią z ciał jakichś nieszczęśników – niby pokazujesz, że ten hotel jest naprawdę dla najbardziej złych ze złych, ale ja już to wiem, nie potrzebuję kolejnych na to dowodów i cała ta scena wydaje się być tylko po to, by troszeczkę zszokować, pokazując jakiś konkretny przejaw okrucieństwa. Za to, co Finkla określiła mianem szkolnego poczytuję również wyliczankę, którą tutaj masz. Prowadzisz mnie przez kolejne komnaty swojej wyobraźni, która niewątpliwie jest bujna, pokazując mi to, tamto, owo, a spójrz tutaj, a popatrz na to, zerknij jeszcze tam. Jednak to, na co każesz mi zwrócić uwagę często jest scenką bez kontekstu, kolejnym odhaczonym punktem programu. Takie nieprzetykane fabułą wyliczanki są jak z przewodnika turystycznego, więc nad tym musiałbyś popracować. Wiesz, Dawidzie, o co mi chodzi – kawałki świata powrzucane jakby mimochodem, pojawiające się w momencie, gdy są ważne dla fabuły albo zwizualizowania sobie scenerii, w której osadzasz bohaterów i podejmowane przez nich działania.
Czytałem już lepsze Twoje teksty. Do dziś pamiętam (choć niewyraźnie, ale to na sklerozę należy zrzucić) zakończenie jednego z Twoich opowiadań, w którym to wampir (to był wampir, tak? Pamięc szwankuje) zostaje zaciukany w przedszkolu zestawem Małego Łowcy Wampirów spod choinki, bo jeden z dzieciaków w liście do Świętego Mikołaja taki zestaw sobie zażyczył. I tamto zakończenie było z jajem, naprawdę mi się podobało. A tutaj… Tutaj jest inaczej, a jednak podobnie. Szczerze ubawiła mnie ostatnia scena, w której dwójka morderców zamiast do domu trafia cholera wie gdzie. A wiesz, co jest w tym zakończeniu najlepsze? Ostatnie zdanie :D Wyobrażam sobie, jak pan Jack the Ripper, skuty kajdanami i w asyście oświetlonych blaskiem trzech księżycy dryblasów, wypowiada to zdanie ze stoickim spokojem, kierując w stronę przyjaciela twarz, na której maluje się irytacja. Ma to fajny potencjał komediowy, jak niespodziewana puenta na zakończenie historii, która zdawała się podążać wszędzie , tylko nie tam :)
Powodzenia w pisaniu i w konkursie, Dawidzie!
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Po Twoich poprzednich dwóch tekstach, które miałem okazję przeczytać, spodziewałem się czegoś poprawnego. Czasem to poprawne to co najmniej, innym razem aż. A tym tekstem zaserwowałaś coś lepszego niż poprawne. Naprawdę ciekawe opowiadanie, tym bardziej, że pisane pod temat konkursowy i w dość krótkim czasie.
Zimowa sceneria… Jest zimową scenerią. W zasadzie mogłaby być jakakolwiek inna, odgrywa tylko rolę tła narzuconego wybranym obrazem. W zasadzie mogłaby być równie dobrze jesienna czy jakakolwiek inna, ale to tylko taka luźna uwaga. Niedawno byłem w kinie na “28 dniach później”, wiele lat temu czytałem “Drogę” i w tych wspomnianych dziełach nacisk jest często położony na to, że najgorszymi potworami nie są zombie, demony czy inne gadziny, a ludzie. I to u Ciebie też jest ważnym elementem. Największym zagrożeniem dla Cyśki i jej ojca okazują się inni ludzie, choć na horyzoncie majaczą siły piekielne. Włożyłaś w usta Leszego słowa, że “on nie zna dobra, ani zła” jeszcze bardziej moim zdaniem podkreślając to, o czym pisałem wyżej. Leszy robi to, co do niego należy, nie ma moralności indukowanej naszą kulturą – robi to, co uważa za właściwe i nie łamie sobie głowy implikacjami moralnymi swoich czynów. To fajnie wybrzmiewa w ostatniej scenie, kiedy Cyśka umiera – nie została potraktowana jakoś szczególnie okrutnie. Można nawet powiedziec, że dostąpiła łaski – stała się częścią naturalnego porządku, na co nie mogli liczyć jej oprawcy.
Dobre opowiadanie, dobrze się czytało. Nie chcę, żeby zabrzmiało to protekcjonalnie, ale widać u Ciebie spory potencjał. Powodzenia w konkursie i powodzenia w dalszym pisaniu!
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Ja chętnie się znów z Wami spotkam. Termin ustalcie, ja się postaram dostosować, ale okolice ŚDF brzmią dobrze:)
Known some call is air am
Może czas odświeżyć sobie przygody barbarzyńcy, skoro minęło tyle czasu od lektury?
Ni ma czasu, panie. A z howardowych opowiadań o Conanie pamiętam najlepiej jedno, chyba “Czerwone ćwieki” się nazywało. Zapamiętałem je, bo ma gęstą atmosferę – rzekłbym nawet, że lovecraftowską – i tym mnie ujęło.
Known some call is air am
Cześć, Bardzie!
Bardzo porządnie napisane military sf. Propaganda rodem z “Kawalerii kosmosu” Heinleina świetnie tutaj pasuje, choć nastawiona jest nie przeciw obcym, a przeciw swoim. Skojarzenia mam też z tym, jak mieszkańcy Hegemonii Człowieka reagowali na Intruzów w cyklu Hyperion Cantos Simmonsa. No i jest w Twoim opowiadaniu też coś z “Gry Endera” Carda.
Podoba mi się Twój protagonista, który od samego początku nie okazuje pełnej pokory wobec systemu, coś jak Kirk ze Star Treka. Zadaje pytania, szuka odpowiedzi, nie chce być po prostu kolejnym dronem, ukształtowanym w pełni przez system, by w tym systemie tkwić po uszy społecznie i mentalnie. Jego przemiana nie jest więc nagła i nieoczywista, bo od samiutkiego początku dajesz podwaliny pod postawę, którą zaczyna przyjmować. Bibliotekę klikałbym bez namysłu.
Co mi się podoba mniej… Dwie sprawy. Pierwsza to przewidywalność fabuły, bo karty dotyczące jego losu, tego jak skończy, odkrywasz bardzo wcześnie i w żaden sposób nie twistujesz tego, czego czytelnik się domyśla. Ale może to i dobrze? Bo czasem nie cel ma nam się podobać, a droga, która do tego celu prowadzi. Jak kiedyś śpiewał (?) Scooter: The chase is better than the catch ;)
Druga sprawa to bardzo pretekstowe potraktowanie obrazu. Wybrałeś jeden z fajniejszych, taki, który już sam budzi niepokój, skojarzenia z czymś ponurym i prastarym, a użyłeś go jako rekwizytu jeno. Równie dobrze mogłeś użyć któregokolwiek innego obrazu.
Muszę jednak Ci powiedzieć, że lektura sprawiła mi frajdę. Mało military sf na portalu, a to jest całkiem dobre.
Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w konkursie!
Q
Known some call is air am
Cześć!
Czytało się płynnie, do tego przyczepić się nie można. Problemem jest to, że zapis całego opowiadania jest bardzo faktograficzny, jak fabularyzowany dokument, coś w stylu “Gliniarzy”, tylko puszczonych na kanale sci-fi. I choć dla mnie był to problem, czyli coś, co zgrzytało przy odbiorze, to niekoniecznie musi być to wada. Czytałem kilka kryminałów, gdzie fabuła została postawiona przed czytelnikiem w podobny sposób. Bardziej więc bierz tę uwagę pod rozwagę, a nie do siebie, bo może to kryminał jest kierunkiem, w którym powinnaś iść. A biorąc pod uwagę treść, to nawet dalej niż może, bliżej pewnie.
To teraz popastwmy się nad fabułą ;) Skompresowałaś w opowiadaniu śledztwo, które dałoby się rozwinąć w powieść. Dałoby się, a może nawet i powinno. A powinno, bo miałabyś wówczas więcej miejsca na zbudowanie postaci i ich relacji. Tutaj miałaś mało przestrzeni, przez co postacie wydają się jednowymiarowe – Tess sprawia wrażenie zagubionej, Tobias jest jak wykuty w marmurze z tą swoją troską i niewzruszonym spokojem, a po przemianie w Thomasa robi się z niego egocentryczny maniak. To w sumie jest dobra mieszanka, nawet barwna, tylko brak jej odcieni, które dodają postaciom wiarygodności. Fabularnie jest nawet fajnie, szkoda tylko dość sporej stateczności kolejnych fragmentów – trzymasz się pojedynczej scenografii, w której umieszczasz gadające głowy. Nie ma w tym dynamiki, której kapka się jednak przydaje :)
Pomysł na mordercę, który maluje ofiary, dzięki czemu zamyka ich dusze w płótnie, fajny. Można by go rozwinąć na wiele sposobów – po co to robi, czy to mu coś daje, czy ma jakiś cel? Ale w sumie po co, skoro sam akt jest celem, a skoro ów akt jest dla niego sztuką – tutaj nie trzeba niczego dodawać, sztuka nie potrzebuje powodu by zaistnieć. Za to plus, bo nie siliłaś się na żadne dalsze wygibasy fabularne.
Ostatni rozdział uważam jednak za przeciągnięty, co zrzucam na karb miejsca, którego Ci brakowało. Czemu? Bo w tym ostatnim rozdziale upychasz za dużo, zbyt mocno chcesz pokazać drugą naturę Tobiasa, jednocześnie określając jego motywacje i na doczepkę wyjaśnić dlaczego Tess uważa za coś w rodzaju swego opus magnum.
Podsumowując – nie jestem z lektury niezadowolony, bo to całkiem udany debiut. Bibliotekę kliknąłbym.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
No, to było dobre.
Fabularnie dobre i dobre na poziomie koncepcji, bo językowo jednak mogłoby być lepsze. Szczególnie uwierało mnie nadużywanie “był” – ale to na początku tekstu, bo potem gdzieś ta byłoza zniknęła. A to jej zniknięcie kazało mi też zastanowić się nad tym, czy aby ta niemalże biblijna maniera, niczym “a było to bardzo dobre”, nie jest celowa. Bo celowa mogłaby być, gdyby ten początek poprzez nią miał czytelnikowi przybliżyć bezpośrednio poziom percepcji Płótna, sposób kategoryzowania tego, co widzi i jak to widzi bohaterka – chodzi mi konkretnie o te wszystkie “Były dziećmi Magów Oczyszczenia”, “To był rytuał Przejęcia”, “To był głos Opiekuna”, “Była to pozycja przygotowania”.
Oprócz byłozy w trakcie lektury natknąłem się również na nieco zaimków osobowych – zbędnych i wybijających z lektury.
Pomysł na Płótna, które przejmują ból innych bardzo zacny. Pięknie współgra z wybranym obrazem. W ogóle cała koncepcja mi się szalenie podoba, bo od jakiegoś czasu pogłębia się u mnie alergia na typowe światy fantasy, a Ty pokazałeś tym opowiadaniem, że i z fantasy o magach i rytuałach da się jeszcze wykrzesać coś, co nie jest ani sztampowe, ani do bólu przewidywalne. I tutaj zagrała nie tylko koncepcja wyjściowa na bohaterkę, ale zagrało również fabularne rozwinięcie tejże.
Jak wyżej napisał Jim, to opowiadanie jest o czymś. Poprowadziłeś fabułę w taki sposób, że opowiedziałeś historię o zyskiwaniu świadomości siebie, którą większośc autorów pewnie osadziłaby w cyberpunkowym klimacie, za bohaterkę dając mi twór HALopodobny, tylko w humanoidalnym opakowaniu, jakąś Avę czy coś w tym stylu. Albo może Motoko? Może nawet Sonmi? Ale nie, Ty zaserwowałeś coś odmiennego – coś, czemu brak podbudowy naukowej nadał nowych znaczeń; poprzez “magiczność” nie zaszkodził, a pozwolił na spojrzenie pod innym, mnie dotąd nieznanym, kątem: czy świadomość bycia narzędziem wyklucza chęć bycia użytym do celu, do którego stało się stworzonym? Bo o tym to jest – Płótno zyskuje świadomość siebie, jednocześnie zyskując świadomość tego, do czego zostało stworzone. Ale nie buntuje się, nie chce dla siebie wiele więcej, nie pragnie upodobnić się do twórców, zyskać wolność, którą oni mają, a ona nie. Twoja bohaterka zaczyna rozumieć sens swojego istnienia pełniej niż jej twórcy. Buntuje się, ucieka, lecz nie po wolność, lecz by jeszcze głębiej zrozumieć, a przez to znaleźć sposób na pokazanie stwórcom, że jest narzędziem efektywniejszym niż ci sądzą.
Tu nie ma klasycznego happy endu, jeśli za szczęśliwe zakończenie spojrzymy z własnej perspektywy, uwiązanej na łańcuchu indywidualizmu do protestu przeciw instrumentalizacji. Gdyby jednak wyjść poza ludzką perspektywę i przyjąć tę bohaterki, to można dojść do wniosku, że dla Płótna właśnie takie zakończenie jest najszczęśliwsze – bo pozwala na pełne wykorzystanie potencjału; pełne zrealizowanie sensu własnego istnienia. Ponadto działania bohaterki wskazują stwórcom nową ścieżkę, prowadzącą do pełniejszego oczyszczenia dusz i umysłów tych, którzy przekazują ból. Płótno przyjmuje (ból), przekształca (ból w akceptację i zrozumienie) i oddaje (radość z akceptacji i zrozumienia wynikającą). Jest tutaj sznyt mesjanistyczny, zapewne celowy.
No i zakończenie jeszcze – Płótno staje się aktem. Wykorzystałeś w pełni obraz, który wybrałeś. Opowiedziana historia zazębia się z nim tak mocno, że gdyby ogłoszono konkurs o założeniach odwrotnych i to na podstawie opowiadania konkursowicze mieliby coś namalować… Dla mnie ten obraz i Twoje opowiadanie tworzą jedną całość.
Chapeau bas!
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Zrobię Ci kakao! :)
Nie byłbym i z tego zadowolony, ponieważ kakao to coś, czego nie pijam :P
Obcość miała mieć tu trochę inny wymiar – nie kogoś obcego, kogo nie znamy, ale coś tak innego i pokracznego, że nawet nie potrafimy sami przed sobą przyznać, że to coś żyjącego i myślącego.
Hmmm, OK, przyjmuję wyjaśnienia, jednak zbyt mało danych w tekście, abym to wyłapał. Albo też mam stępioną percepcję i nie widzę tego, co pokazywałaś. Coś tak obcego i pokracznego, że nie potrafimy przed sobą przyznać, że to coś żyjącego i myślącego? No, nie wiem, nie wiem. Coś jak poseł Gosek albo siostry Kardashian? Dobra, żart, ale to coś musiałoby być bardzo pokraczne, by tak o tym (nie) myśleć. A ja tej pokraczności, wychodzącej dalej, niż można to objąć rozumem, tutaj znów nie dostrzegam.
Co do oszukiwania czytelnika – to niektórzy dali się oszukać, inni mniej, hm, ale bardzo cenne, że taki odbiór jak Twój też się pojawił – czyli to oburzenie i poczucie bycia oszukanym.
Do oburzenia to jeszcze daleka droga, bardziej pasowałoby zirytowany.
Sam kiedyś, na początku mojej tu bytności, dopuściłem się podobnego zabiegu, tylko, że w szorcie. Jak masz ochotę, jak ja zrobiłem to, o co teraz mam pretensje, to poziom mojej hipokryzji można sprawdzić tutaj: o, tutaj.
;)
Dziękuję, że chciało Ci się czytać tekst ponownie
W sumie trzy razy przeczytałem ;)
Known some call is air am
Jak ja się cieszę, że nie nawtykałeś tutaj Lokich, Thorów, Odynów, tudzież innych przedstawicieli nordyckiej menażerii, która ostatnimi laty została przez popkulturę już tysiące razy przeżuta, przetrawiona, zwrócona i tak w kółko. Za to plus, Stormie.
Opowieść o zemście zawarta w dość krótkim opowiadaniu, bez głębszego tła, pełna walki, a zakończona śmiercią bohatera. Czyli nic świeżego czy odkrywczego. W zasadzie nie bawi mnie takie pisanie, nie bawi mnie też czytanie tekstów o tak prostej konstrukcji. Zamiast bawić, częściej czuję się po lekturze zmęczony. I pewnie Twoim opowiadaniem też byłbym się zmęczył, gdyby nie to, że nie przegiąłeś z długością tekstu – jest te lekko ponad 11k znaków i tyle wystarczy.
Inspiracji Conanem nie wyłapałem, bo czytałem Howarda tak dawno, że ledwo już pamiętam, co barbarzyńca z Cymerii miał za przygody. Natomiast rzeczywiście awanturniczość przypomniała mi opowieści conanopodobne, na przykład te, które zostały kiedyś wydane w zbiorze “Kanon barbarzyńców” przez Fabrykę Słów. Z tego zbioru też niewiele pamiętam, jednak odnoszę wrażenie, że Twój tekst do niej pasowałby.
Nie jestem jakoś specjalnie zachwycony lekturą, ale Twoje opowiadanie jest na tyle dobrze napisane, że do biblioteki dostać się powinno, toteż klikam, dodając ostatnią cegiełkę, która Ci ten tekst tam wywinduje ;)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Przeczytałem i nie powiem, żebym był szczególnie zadowolony. Język, owszem, jest plastyczny, malarski, bawi się kontekstami, ale chwilami było dla mnie tego ciut za wiele. Masz też fragmenty w których się gubiłem przez chaos konstrukcyjny tekstu, spotęgowany na końcu odkryciem prawdziwej natury starca i tego, że to obca planeta. No właśnie – obca. To słowo, używane wobec lokalnych istot, zaciemnia dodatkowo to, co ukrylas przed czytelnikiem z rozmysłem. Obcy są obcymi, znaczy bytami spoza naszej planety, tylko wówczas, gdy mówimy o nich w kontekście naszej planety. Na swojej planecie nie są obcymi, to ludzie nimi są, a mimo to starzec i kobieta mówią tak o tych istotach, co mi mocno nie pasuje. Z powodu użycia tego słowa wobec autochtonów na końcu zdziwiłem się bardzo, bo przecież my, ludzie, lubimy nadawać nazwy i nie wierzę w świat, w którym ludzie – zamieszkujący obcą planetę od setek lat – nie nadali tym cosiom nazwy i nadal mówią o nich: obcy. Nie, nie kupuję tego. A jeśli był to celowy zabieg, aby jeszcze bardziej zaciemnić, to nie kupuję tego podwójnie.
Jednak mój najpoważniejszy zarzut to twist fabularny, ten fikołek, który każe na samym w zasadzie końcu przestać myśleć o starcu, jako o zwykłym człowieku. Dziwi mnie ten zabieg, szczególnie w kontekście konkursu opartego na obrazach, gdzie ważne jest to, co widać, a nie to, czego należy się domyśleć, nie mając w sumie wcześniej żadnych tropów i podstaw do tych domysłów. Ja sobie bardzo konkretnie wizualizuję to, o czym czytam i na końcu poczułem się oszukany. To tak jakby kazać mi ogarnąć jak działa jakiś sprzęt, a kiedy już myślę, że wiem jak toto działa, podsunąć mi pod nos instrukcje obsługi według której ja tylko myślałem, że wiem, a tak naprawdę nie wiedziałem przez cały ten czas nic, opierałem się na fałszywych przesłankach i wypadałoby wrócić do początku i zacząć raz jeszcze. A Ty, jako właścicielka tego sprzętu, mająca świadomość zapisów w instrukcji, zrobiłaś mnie w konia z rozmysłem. Ja jestem w stanie zaakceptować takie rozwiązanie, jeśli sam zbudowałem sobie fałszywy obraz, wyrychlając się z wnioskami, a autor nie podsycał mojego błędnego przekonania, kolejnymi zabiegami celowo sprowadzajac mnie na manowce. Ale w Twoim opowiadaniu – tak to odbieram – Ty jeszcze celowo mnie utwierdzasz w tych błędnych założeniach poprzez, na przykład, użycie słowa "obcy" w sposób niewłaściwy.
Ale wiesz co? Po tych łopatach na końcu przeczytałem opowiadanie raz jeszcze, teraz już wiedząc od początku to, co wiedzieć powinienem. I za tym drugim czytaniem podobało mi się bardziej, te rozmyślania starca, które wcześniej odbierałem jako melancholijne pretensje, teraz stały się uprawnione i uderzały poetyckim ujęciem jego obserwacji. Dopiero po zrozumieniu natury starca można się cieszyć odautorską subtelnością, którą się wykazałas, probujac ukazać zagubienie człowieka i jego odczłowieczenie, powodowane czynnikami zewnętrznymi. Położyłaś ciężar konkluzji na barkach twistu, a moim zdaniem powinnaś ten twist sobie darować i tym ciężarem obarczyć naturę starca, ukazywaną od początku na przestrzeni całego tekstu.
Reasumując – nie siadło, ale nie przez brak umiejętności czy przez opowiedziana historię, tylko z wyżej wymienionych powodów.
Aha, ta humorystyczna w założeniu wstawka z Brunnerem była jedną z ostatnich rzeczy, których się spodziewałem. Wybiła mnie z immersji, jak wrecking ball uderzający znienacka.
Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia, bo z tego co widzę jestem tutaj jedynym marudą, więc masz chyba duże szanse na wygraną ;)
Q
Known some call is air am
Potrzebna jest akceptacja – betaczytacz zgłasza się, a Ty dostajesz PW, w którym możesz zaakceptować lub odrzucić.
Known some call is air am
Witaj !
że moje obrazy doczekają się tylu interpretacji i historii, które stworzycie
O ile stworzymy ;) Ale coś już się tam pisze powoli.
Known some call is air am
Ostatni oddech lata
Known some call is air am
Kroku + Silva + 1
Known some call is air am
Hmm, może…
Known some call is air am
Cześć!
Warsztatowo nie jest źle, ale jeszcze masz trochę do doszlifowania – to jednak da się ogarnąć pracą i słuchaniem rad. Trochę gorzej z fabułą, bo tej za wiele nie ma – to scenka, mająca nam przedstawić postać Pomornika i zarysować realia świata. Dark fantasy tutaj masz, bo trzymasz się klasycznych motywów fantasy, które działają, tak jak zadziałały już tysiące razy.
Podpisuję się pod skojarzniem Roberta Raksa – Peter V. Brett jak w ryj strzelił, plus Wiedźmin albo i inny Mordimer Madderdin.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Nie przepraszaj za coś, za co mnie należy przepraszać – to moja domena ;) Każdy z nas ma swoje życie i swoje sprawy, więc nie powinnaś czuć się winna tego, że są rzeczy ważniejsze.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
@Czarna2
Dziękuję za wizytę i pozostawienie po sobie śladu :)
@Reg
ale chyba już z nikim nie podzielimy się przemyśleniami.
To z pewnością. A tymczasem możemy sobie przemyśliwać takie tematy, na szczęscie nie mając w tej kwestii żadnego doświadczenia ;)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Tak, Maćku, to ten tekst. Wiesz, polecam swoje, więc niekoniecznie warto.
Known some call is air am
Nostalgiczne, ładnie napisane, rzeczywiście przywołuje wspomnienia sielskiego dzieciństwa – u mnie akurat na wsi, zaraz obok serca Obershlesien. Ja kochałem żniwa, jazdę starym traktorem, w którym biegi zmieniałem stając na pedale sprzęgła obiema nogami, bo byłem chuderlawym dzieciaczkiem. Ten zapach rżyska, ja siedzący na szczycie piramidy z kostek słomy poukładanych na przyczepie tak wysoko, że mogłem z tych moich wyżyn zrywać świeże jabłka z koron drzew mijanych przez traktor, który tę przyczepę ciągnął; a potem, gdy wjeżdżał do stodoły, wskakiwałem z tej piramidy na dach, przechodziłem nim do niższego daszku, skąd dostawałem się do gołębnika i stamtąd niżej, na stodolnianie klepisko, gdzie czekali już dziadek, ojciec i wujek – palili papierosy, popijali kompot przyniesiony przez babcię z głębokiej piwnicy, zimniejszej niż prosektorium. Brałem wtedy kilka łyków zimnego napoju, a potem gramoliłem się na szczyt piramidy, która była ułożona w stodole, gdzie rzucano mi kostki słomy, które układałem w jeszcze wyższą konstrukcję. Świetne lata, czasem za nimi tęsknię.
Dzięki, Maćku i pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Maćku, no niczego podszytego reminiscencjami nie napisałem, ale może Ci się spodoba gawęda, którą wrzuciłem niedawno – skupiona na życiu jednej bohaterki opowieść o… Zresztą sam zobaczysz, jak będziesz miał czas i ochotę przeczytać.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
O, kurde. To jest nawet lepsze niż pierwsze podejście do Rodryka. Przy czym dziwię się, że podszedłeś do Rodryka po raz drugi, bo on przecież rudy, po co do niego wracać? ;)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Cześć, Maćku.
Temat przejmowania przez obce rasy władzy nad światem jest tak mocno wyeksploatowany, że trudno cokolwiek nowego wymyślić w tej kwestii. U Ciebie nie ma zaskoczeń, jest tak, jak już to opisano tysiące razy, za to jest ładny język i jakaś myśl na końcu. Bo tego typu historie można już pisać tylko w przypadku, w którym coś chce się przekazać, coś powiedzieć, jakoś spuentować ten wyświechtany schemat. Czy ta myśl jest dobra? Inteligencja to zło? Skłonny byłbym przychylić się do stwierdzenia, ale tylko, jeśli odnosiłoby się do tego, jak destrukcyjnie potrafi wpływać na nas samych.
Ci Twoi ostateczni kosmici, gdybym miał do czegoś ich porównywać, w jakimś stopniu przypominają mi obcą rasę, którą zadowolić chcą bohaterowie “Muzy ognia” Simmonsa. I w sumie nie wiem czemu, ale coś w tym musi być, skoro skojarzenie się pojawiło.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Hej!
Interpunkcja do poprawy, ale to już wiesz. Oprócz tego:
Grzegorz przygląda
misię martwym wzrokiem, kiedy jem ostatnią konserwę.
Usuń zaimek, poprawisz płynność narracji.
Wpadam do okopu, spadając na umarlaki
Jak chcesz wywołać jakieś konkretne wrażenie, musisz uważać jakich słów używasz. W tym przypadku “umarlaki” psują klimat, są określeniem lekceważącym ofiarę żołnierzy, nie pasują do narracji, burzą nastrój. Narrator, który jest w środku tego syfu, nie może tak myśleć o ciałach poległych.
Trupia głowa wyszczerzona w uśmiechu, odbiera całą odwagę. W jego ręce coś, się wyrywa i włoski stają dęba na grzbiecie, gdy uświadamiam sobie co to jest.
Podmiotem jest “trupia głowa”, a w kolejnym zdaniu piszesz, że “w jego ręce coś…” – zgubiłaś podmiot i wychodzi na to, że w ręce trupiej głowy coś… Musisz pilnować podmiotu, bo potem wychodzą takie potworki.
Co do samego konceptu – spoko, ma to ręce i nogi ( w odróżnieniu od Józka). Wybacz czarny humor. Krótkie zdania, które malują szerszy obraz wrażeń narratora są mocne, z jednym małym zgrzytem, który wypisałem wcześniej. Fantastyka ledwo zarysowana, horrorem tekst nie jest, ale całość mi się podoba, w kilku miejscach robi wrażenie. Kliknę Ci bibliotekę awansem, ufny w to, że poprawisz interpunkcję i kilka uchybień, które Ci już wcześniej wskazała Reg.
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am