maciekzolnowski@wp.pl
komentarze: 2371, w dziale opowiadań: 2350, opowiadania: 542
maciekzolnowski@wp.pl
komentarze: 2371, w dziale opowiadań: 2350, opowiadania: 542
O, widzę, że Teo i Hesket też dali Ci “piątkę”. :-)
To jest bardzo dobrze napisane. Wielki plus (i klik) za detale. Podoba mi się też dialog – taki naturalny, lekki. Nie brakło mi ani poczucia humoru, ani – i to najważniejsze – pomysłu na opowiadanie, który to pomysł uważam za kapitalny. Brawo Alicjo! Zabrałaś mnie dziś do swojej Krainy Czarów. :)
Kronos, do usług, na mnie możesz liczyć, jeśli tylko moje umiejętności na to pozwolą. A tekst, ten konkretny tekst, też lubię, też mam do niego słabość. Jest bardzo życiowy, bardzo prawdziwy. A jednocześnie poetycki, by nie powiedzieć, muzyczny. Dzięki. Pozdrawiam. :)
Dzięki, Michał. Również pozdrawiam. :)
Z fantastyką ma tyle wspólnego, że mój kolega, który opowiedział mi swoją przygodę, jest fantastycznym człowiekiem.
Dobre.
Dzięki. Nie chcę wchodzić w tematy polityczne, więc powiem tylko, że Trzaskowski i Sikorski reprezentują dwa różne podejści do tweetowania. Trzaskowski szedł do polityki, by – jak sam twierdzi – zajmować się poważnymi sprawami (choć można się z nim oczywiście nie zgadzać), a pan Radek – chyba tylko po to, by bawić się Tweeterkiem.
Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach wielu polityków, z Trumpem na czele, przesadza z marketingiem politycznym. Ludzie nie są głupi. Ludzie widzą, że są manipulowani przez sztabowców i speców od mediów społecznościowych.
Twój pomysł z pająkiem też mi się podoba. Wyszło coś między horrorem s.f. a sennym koszmarem. A klimat jest oczywiście miejski i dobrze. Akurat o tej porze, tuż przed snem, zawsze wchodzę, zagłębiam się w świat grozy. Szkoda, że krótkie, ale to w końcu drabelek. Pozdrawiam weekendowo! :)
Mam swoją wersję, ale Twoja też jest fajna – nawet bardzo. ;-)
“Warszawskie pchnięcie, posunięcie”
Szedłem remontowaną ulicą im. Tweetów Sikorskiego. Robotnicy zostawili koparki, rozgrzebany asfalt i czerwono-białe taśmy łopoczące na wietrze jak flagi jakiegoś bardzo biednego państwa.
Było późno. Latarnie świeciły nierówno, a z wykopów ciągnęło wilgocią i zapachem świeżego betonu.
Nagle coś poruszyło się w jednej dziurze.
Najpierw pomyślałem, że to kawałek rury hydraulicznej. Długiej. Bardzo długiej.
Potem ta rzecz uniosła się powoli ku górze.
Zamarłem.
Z wykopu wyłaniał się gigantyczny członek.
Dodam, że nie jestem dupiarzem.
Ogromny. Bladoróżowy. Lekko połyskujący, jakby ktoś ulepił go z silikonu i koszmarów hydraulika miejskiego. Chwiał się majestatycznie nad ulicą, a jego cień przesunął się po elewacji pobliskiej apteki.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie.
A potem… drgnął.
– O nie… – szepnąłem.
Ruszył.
Nie szybko. Wręcz przeciwnie. Z godnością. Z jakąś absurdalną pewnością siebie. Kołysał się przy tym na boki, omijając koparki i barierki, jak król wracający na swoje ziemie.
Cofałem się powoli.
On przyspieszył.
Usłyszałem za sobą trzask przewróconego znaku drogowego.
Odwróciłem się i zacząłem uciekać.
Za plecami słyszałem jeszcze głuche:
plask… plask… plask…
Nie obejrzałem się.
A jeśli nie był obrzezany?
Dla odwrócenia uwagi, zawołałem:
– Planeta nam się pali!
Witaj, Drogi Ślimaku,
dzięki za łapankę – od razu z niej skorzystałem.
I dziękuję za sam komentarz. To opinia inteligentna, uczciwa, literacka i interpretacyjnie ambitna; napisana przez kogoś, kto naprawdę czyta tekst, zamiast jedynie reagować na klimat czy prześlizgiwać się po powierzchni.
Szczególnie podoba mi się Twoje odczytanie motywu powodzi jako siły zrównującej bogatych i biednych, właścicieli i mieszkańców, „tych z góry” i „tych z dołu”. Rzeczywiście – ten motyw jest w opowiadaniu obecny i dobrze, że został dostrzeżony.
Myślę, że dopiero kiedy tekst trochę poleżakuje i wrócę do niego po roku, okaże się naprawdę, czy napisałem to, co chciałem napisać – czy tylko wydawało mi się, że to zrobiłem.
Raz jeszcze dziękuję i serdecznie pozdrawiam z Wrocławia! :)
MZ
Tatusiowie bardzo często kupują zabawki… sobie. ;)
O, Finkla mnie chwali? To naprawdę coś. ;)
Możliwość rozmowy z twórcą wykonywanej muzyki – tej, którą zwykliśmy nazywać klasyczną – musi być doświadczeniem niezwykłym. Właściwie jednak dotyczy to każdej muzyki, niezależnie od gatunku. Bywa przecież, że do ulicznych grajków podchodzą znani muzycy, celebryci, i nagle zaczynają z nimi śpiewać albo grać. W sieci krąży mnóstwo takich nagrań i okazuje się, że wcale nie są to sytuacje tak rzadkie, jak mogłoby się wydawać.
Dzięki, Finklo. A teraz, zgodnie z dobrym obyczajem, wypadałoby skomentować Twój tekst. ;)
Betweenthelines, dziękuję. O ciszy mógłbym napisać trochę więcej – i pewnie jeszcze kiedyś napiszę. Fascynuje mnie ten nieuchwytny moment, w którym cisza przeobraża się w dźwięk, gdy z bezgłośnej przestrzeni rodzi się muzyka. Przecież wszystko zaczyna się właśnie tam: w głowie, w skupieniu, w milczeniu.
Przypomina się pewna anegdota o Wodeckim. Poprosił ekspedientkę, by wyłączyła radio. Kiedy zapadła cisza, miał powiedzieć z uśmiechem, że to najpiękniejsza muzyka, ta cisza.
Pozdrawiam weekendowo! :)
Pomysł tego typu niby nie jest nowy, ale żeby przedstawić go udanie w tak krótkim opowiadanku, to mistrzostwo.
Dzięki, Agroelingu, za te dobre słowa. Ten pomysł dojrzewał we mnie od dawna. Czasem chciałbym wierzyć, że zaglądają do nas nasi mistrzowie – Bach i Ravel z jednej strony, Schulz, Lovecraft i Stachura z drugiej – i kładąc dłoń na ramieniu, mówią cicho: „To zmierza we właściwym kierunku. Pisz dalej”.
Wyobrażam sobie te wszystkie niebiańskie koncerty, archanielskie chóry i sale pełne światła, gdy do fortepianu zasiadają kolejno Mozart, Chopin, Debussy… A my możemy tylko nasłuchiwać tego echa, próbując odnaleźć w nim własny ton, własny głos. Pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję.
Bubel to nie jest, he, bubel Ci nie wyszedł. :))
Moja mama, przed podjęciem ważnych życiowych decyzji albo wtedy, kiedy coś ważnego się święci, czeka zawsze na nocną wizytę swojej matki, a mojej babci. Okazuje się, że duchy mogą być bardzo pomocne. Pozdrawiam serdecznie! :)
Czołem Beeeecki!
Bardzo dziękuję za ocenę i za szczerość. No nic, walczymy z nowymi pomysłami. Nie udało się teraz, może innym razem się uda. :)
Serdecznie pozdrawiam z Wrocławia – MZ
Jak nie wyjdzie z pisaniem, to pójdę na lekcje gry do Maćka…
No ba! Zapraszam i zachęcam. :)
Dzięki za przeczytanie i za fachową ocenę. Pozwól tylko, że się wytłumaczę. Przesadna enigmatyczność nie jest dobra, ale zabrakło czegoś jeszcze – dystansu do opowiadania. Zbyt krótko leżakowało. Jak nabiorę większego dystansu, to może coś poprawię i dopowiem.
Również cieplutko pozdrawiam i do miłego… :)
Holly, napiszę do Ciebie na priva, jeśli pozwolisz. I chętnie się z Tobą spotkam.
Cakewalka nie znam, choć sporo o nim słyszałem. Ja znam tylko Cubesa i – do edycji nut – Sibeliusa. Z Abletonem to dopiero jest zabawa. ;)
Kiedyś na pewno wrócisz do skrzypiec, ja wróciłem. Tylko czasem się zastanawim: czemu akurat skrzypce? Czemu nie uczyłem się na takiej, dajmy na to, violi da gamba?
Co do śpiewania, to ja jestm noga – głosu nie mam, ale kiedyś – pochwalę się – śpiewałem w chórze UWr i było super. A Ciebie podziwiam – za pasję i za umiejętności. :)
Mój plan na razie jest taki, że najpierw ugruntuję sobie pozycję w literaturze i jak już jakieś wydawnictwo mnie zechce i będę miała za sobą, powiedzmy, trzy-cztery wydania książek to zacznę się uczyć produkcji muzyki.
Popieram i trzymam kciuki. Trzeba wiedzieć, czego się chce i jak to osiągnąć. Ja chyba piszę głównie dla siebie. No można i tak.
Odezwę się. :)
Nie martw mnie: łapanki albo nawet łapaneczki muszą być – to tradycja. Kawa jest tylko dodatkiem – mała, bo już późno. ;)
Swoją drogą fajne słowo “łapaneczka”. Dobrze pasuje do moich “mikroopowiadań”. ;)
Silimaure, to ja dziękuję, i to bardzo. Jak widzisz, skorzystałem z Twej rady. Pozwól tylko, że się wytłumaczę – dlaczego Schuberta opisałem po łebkach? Z jego wizerunkiem zapoznałem się w wieku 15, 16 lat, dawno temu. Przez lata wydawało mi się, że wiem, jak wygląda Franz Peter. No właśnie: wydawało mi się. I na tej niby-wiedzy poprzestałem. Dzięki raz jeszcze. :)
Droga Reg,
kawa tym razem się przydała. Twoja łapanka również. Za którą to łapankę bardzo, ale to bardzo dziękuję.
Ślę pozdrowienia – MZ:))
Dzięki, Teo. Powiem Ci, że pomysł chodził za mną już od dawna. I dopiero teraz go zrealizowałem. Powiem więcej: chciałem, ale tego w opowiadanku nie zawarłem, by było to najlepsze wykonanie owej serenady na stricie. O najlepszości miał zaświadczyć sam Schubert. Ot, ciekawostka. Ostatecznie inaczej wyszło. Pozdrawiam. :)
Witaj Hesket,
tak po prawdzie to też nie uważam, by ta konkretna serenada była smutna, ale sporo zależy od konkretnej interpretacji. Miałem raz w Hiszpanii taką sytuację, jak grałem, że podszedł facet i powiedział: “animate, hombre” (”rozchmurz się, stary”), choć rzecz nie była wcale smutna, a co najwyżej melancholijna, nostalgiczna, nastrojowa…
Serdecznie pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję – MZ
Dzięki za pozdroklika, Robert. Miło mi. :)
No i to się nazywa klimat. Za klimat: 9/10, za oryginalność: tylko 6/10. Czuć tę inspirację motywem wilkołaka, ale potraktowanym bardziej psychologicznie niż horrorowo. To nic złego (a ja tak lubię horrory, ech). Ogólnie wiersz bardzo, bardzo dobry, ale niech wypowiedzą się lepsi ode mnie znawcy. :)
Bardzo dobra melodyka zdań. To się śpiewa. Klimacik też niczego sobie. Bieszczady są tu niemal osobnym bohaterem. Atutów jest oczywiście znacznie, znacznie więcej. Piątka. Brawo.
Jak miałem siedem lat, wystartowałem z nauką gry na skrzypcach. Po liceum muzycznym zrobiłem sobie 10-letnią (sic!) przerwę. Potem uczyłem się niejako od zera i gram, uczę się do tej pory, a mam 49 lat. Nie uważam się za skrzypka-klasyka. Za bardzo lubię “rozrywkę”, folk i muzykę ludową. Współpracowałem z zespołami, głównie w UK. To były projekty indy rock, prog rock, blues i muzyka elektroniczna taneczna.
A zabawa w komponowanie, to już zupełnie inna rzecz. Ale Ty, Holly, wiesz, jak bardzo muzyka zazdrosna jest o literaturę (wielkie słowo) i jak literatura zazdrosna jest o muzykę.
W planach jeszcze: śpiewanie w chórze, gra na fortepianie (chcę do tego wrócić) i zabawa w live electronik (looper, Ableton itp.). I szkoda, że życie jest tylko jedno. :))
Podziwiam, że skrzypce. Podziwiam, że samouki. Podziwiam, że tyle instrumentów w domu. Skrzypce – truizm – bardzo trudny instrumeny, do nauki nie polecam.
He, he, a to dobre: :)
Struny były dla mnie za twarde i – jakieś takie… niewspółpracujące.
przecież życie to nie tor wyścigowy.
Aż sobie ten cytacik wybrałem. :)
Nastrojowy szort i fajna przygoda, ale szkoda, że ze szczęśliwym zakończeniem i że nie poszedłeś w stronę horroru. Okej, nie słuchaj mnie, ja już tak mam. Lubię się bać, zwłaszcza w lesie. Las to ciemna sprawa. ;)
Hesket, widzę, że wiesz o czym mówisz. I teraz jeszcze zerknąłem na Twego awatara. I wszystko jasne. ;) Dzięki!
Droga Bruce,
wujka-kapelmistrza zazdroszczę bardzo. W ogóle zazdroszczę obecności muzyków w rodzinie. Ja byłem adeptem (uczniem szkoły muzycznej) i nie mogłem liczyć w domu na niczyją pomoc. Byłem sam.
Pięknie dziękuję za słowa i kliknięcia!
MZ
Witaj Galicyjski,
pełna zgoda: tekst hermetyczny, tylko dla fanatyków (nawet nie tyle co muzyki klasycznej, ile) twórczości Bacha. Kocham rozrywkę, kocham elektronikę, kocham różną muzykę, ale osobiście uważam się za Bachomaniaka.
Dzięki!
Serwus Robercie.
Dzięki za pozdroklik (fajne słowotwórstwo).
Krótszy tekst podoba mi się bardziej.
Teo, krótszy tekst i mnie podoba się bardziej. Jest czysty, czytelny. Dzięki. Pozdrawiam również.
Reg, nareszcie rzecz jest odpowiednio fantastyką nasączona. Dzięki za wiarę we mnie, za kliknięcie, za ciepłe słowa. No i jest łapanka. Lecimy zaparzyć kawę. ;)
MichaelBullfinch, i za ciepłe słowa, i za wiarę we mnie, i za kliczek dziękuję.
Dzięki, Kronos.
To prawda, muzyka Bacha jest trudna i ambitna i sam jej niekiedy nie rozumiem, ale można i chyba warto się edukować. Poziom entropii (nieprzewidywalności i złożoności struktury) w muzyce współczesnej jest o niebo wyższy (w porównaniu z Bachem). To pewne pocieszenie. ;)
Co do poziomu edukacji muzycznej… Jest tragicznie słaby, ale jest coś gorszego, wg mnie. My nie śpiewamy, nie potrafimy razem generować dźwięków – to dramat. Wiem, że generalizuję, ale coś w tym jest.
No i wreszcie fantastyki nie brakuje.
Finkla mnie chwali, nie może być. Chyba pójdę dać na mszę. ;)
Podobno trema przed występami nigdy nie znika. Można się nauczyć lepiej ją okiełznać, ale nigdy nie znika całkowicie.
Właśnie o to mi chodziło: częste występy pozwalają na okiełznanie tremy. Sam jestem tego żywym przykładem. Pamiętam, jak paraliżowały mnie kiedyś występy. ;)
Miasto stoi na czymś, co pamięta.
Pamięta co? Brak podmiotu.
To zdanie jest bardzo poetyckie. Podmiot jest ukryty w tym “co”.
Dzięki za ocenę i za życzenia, HollyHell91. Masz rację – w opowiadaniu dużo niedopowiedzień i niewiadomych. Staram się ufać czytelnikowi, ale tym razem trochę przesadziłem. Zabieram się za poprawianie “baboli”. Pozdrawiam serdecznie! :)
Ciekawe, czy etapy rozwoju moralności (według L. Kohlberga) coś wnoszą do naszej dyskusji?
U niego ostatnie stadium wygląda tak: Stadium 6: Orientacja uniwersalnych zasad etycznych – „Działam zgodnie z własnym sumieniem i uniwersalnymi zasadami (sprawiedliwość, godność), nawet jeśli prawo mówi inaczej”. I jak te uniwersalne zasady etyczne się mają do sposobu traktowania innych (słabszych) gatunków?
Dzięki, również pozdrawiam. :)
Cześć Teo. Dzięki. Nostalgia pojawia się w moich tekstach i nostalgiczne było też moje dzieciństwo.
Dzięki, Szuwar, za obszerny komentarz i sugestie. Cieszę się, że historia przypadła Ci do gustu. Te nawiązania rodzime, o których pisałeś, są efektem moich licznych wędrówek do Skrzynki i Trzebieszowic. Szkoda, że nie wykorzystałem lepiej czasu tam spędzonego i nie podpytałem miejscowych o ich własne legendy. Może jeszcze kiedyś to nadrobię. Pozdrawiam. :)
Dziękuję Wam za tak liczne komentarze – to naprawdę ogromna radość czytać je. Jak zawsze postaram się odpowiedzieć każdemu z osobna, ale już nie dziś.
Sam tekst to jedno, ale historia, która mnie do niego doprowadziła, jest – mam wrażenie – jeszcze ciekawsza. I bardzo filmowa. Właściwie aż prosi się o dłuższą formę, może nawet scenariusz. Jeśli znacie „Purpurowe skrzypce” i „Wszystkie poranki świata”, domyślacie się, w jakim kierunku to mogłoby pójść.
Ja jednak jestem raczej krótkodystansowcem – nie mam pewności, czy uniósłbym ciężar tak rozbudowanej opowieści.
Kilka rzeczy, które szczególnie mnie w tej historii poruszyły:
Po pierwsze – losy Sonat i partit na skrzypce solo są dobrze udokumentowane. Pojawiają się w nich konkretne nazwiska i instytucje, jak choćby Pruska Biblioteka Państwowa. Dla miłośników historii to prawdziwe pole do opowieści.
Po drugie – paradoks. Johann Sebastian uważał Wilhelma Friedemanna za najzdolniejszego ze swoich synów. A jednak ten niespokojny duch – lekkoduch, jak mówią niektórzy alkoholik – nie rozwinął skrzydeł. Tułał się, nie potrafił nigdzie zagrzać miejsca, nie zdobył stałej posady i w efekcie nie zostawił dzieł na miarę ojca.
Po trzecie – kontrast. Podczas gdy Carl Philipp skrupulatnie przechowywał rękopisy ojca (i to dzięki niemu wiele z nich przetrwało), jego brat – Wilhelm Friedemann – część tej spuścizny zwyczajnie roztrwonił.
I wreszcie po czwarte – tajemnica. Do dziś nie wiemy, jak dokładnie brzmiała ta muzyka za życia Bacha. Jak wykonywano arpeggia w słynnej chaconie? Jak wyglądała praktyka wykonawcza? Interpretacja, percepcja, recepcja dawniej i dziś – to wszystko wciąż pozostaje otwartą przestrzenią dla muzykologów i badaczy dziejów.
I może właśnie dlatego ta historia nie daje spokoju.
Tu macie wersję bardziej strawną, wersję pierwotną:
„Wędrówka, która się nie kończy”
Leżałem jeszcze ciepły.
Atrament nie zdążył do końca wsiąknąć w papier, gdy jego ręka – pewna, bez wahania – postawiła ostatnią kreskę. Nie wiedziałem wtedy, kim jestem. Byłem tylko szeregiem znaków, gęstwiną nut, które układały się w coś, co istniało najpierw w nim, a dopiero potem we mnie.
Słyszałem go.
Nie tak, jak słyszą ludzie – raczej jako drżenie powietrza, które przechodziło przeze mnie, kiedy skrzypce odpowiadały na to, co przed chwilą zostało zapisane. Każdy takt był jak oddech. Każda fuga – jak rozmowa, której sens rozumiał tylko on.
Potem zapadła cisza.
Nie od razu. Najpierw było mniej światła, mniej kroków, mniej dźwięków. Aż w końcu zostałem zamknięty. Złożony. Odłożony między inne kartki, które szeptały podobnymi liniami, podobnym rytmem ręki.
Nie wiedziałem, że to koniec jego czasu.
Dłonie, które przyszły później, były inne.
Jedne ostrożne. Zatrzymywały się na mnie dłużej, jakby czytały nie tylko nuty, ale i jego obecność między liniami. Te dłonie należały do Carla Philippa Emanuela. U niego panował porządek. Czułem, że jestem częścią czegoś większego – zbioru, pamięci, dziedzictwa.
Ale nie zostałem z nim.
Zabrano mnie gdzie indziej – w pośpiechu, bez ceremonii. Nowe miejsce pachniało kurzem i niepokojem. Tam ręce były nerwowe, czasem drżały. Przeglądały mnie szybko, jakby szukały czegoś, czego nie potrafiły nazwać.
To był Wilhelm Friedemann.
U niego nie było ciszy. Były rozmowy, targowanie się, stuk monet o stół. Czasem leżałem rozłożony, gdy ktoś obcy nachylał się nade mną, marszcząc brwi.
– Kto to dziś zagra? – zapytał kiedyś jeden z nich.
Nie odpowiedziałem. Nie umiałem jeszcze wtedy rozumieć, że muzyka może istnieć i nie być słyszana.
Pewnego dnia zniknąłem.
Nie wiem, czy zostałem sprzedany, czy oddany, czy zapomniany w zamian za coś pilniejszego niż ja. Znalazłem się w miejscu, gdzie nikt mnie nie otwierał. Lata mijały jak ciężkie, nieruchome powietrze.
Atrament ściemniał. Papier stwardniał.
Ale nuty trwały.
Nie potrzebowały pamięci ludzi. Były zamknięte we mnie, cierpliwe. Czekały.
Kiedy znów mnie rozłożono, świat był inny.
Dłonie, które mnie dotykały, nie znały jego głosu, ale znały jego imię: Johann Sebastian Bach.
Czytały mnie powoli. Z niedowierzaniem.
A potem – po raz pierwszy od bardzo dawna – usłyszałem siebie znowu.
Nie tak jak wtedy, gdy powstawałem. Inaczej. Ostrożniej. Jakby ktoś próbował odtworzyć sen, którego nigdy nie śnił.
I zrozumiałem coś, czego wcześniej nie mogłem: nie należę do rąk, które mnie trzymają.
Należę do czasu, który mnie odnajduje, do pokoleń przyszłych i obecnych.
W zeszłym roku, gdzieś pod Jaworkiem – w okolicach dawnego Frankensteina, czyli Ząbkowic Śląskich – zapuściłem się w dorodne pole kukurydzy i przez dobrą godzinę błądziłem wśród wysokich łodyg. Pić miałem co, a jedzenie rosło i kołysało się wokół mnie – żartuję, głodny nie byłem.
Dodam tylko, że mam już pewne doświadczenie w pokonywaniu podobnych przeszkód terenowych, przez które – o dziwo, a może raczej na złość – prowadzą niektóre szlaki. W takich miejscach człowiek szybko uczy się pokory wobec mapy i jeszcze szybszej nieufności wobec własnej orientacji.
No cóż, wyszedłem stamtąd cały i w jednym kawałku. Ale po tamtej wędrówce pozostało mi niejasne, uporczywe wrażenie, że kukurydza nie tyle rośnie w polu, co raczej je ukrywa.
I od tamtej pory wiem jedno: jeśli kiedyś zniknę bez śladu, proszę szukać mnie nie w lesie, nie w górach, ale właśnie tam – między rzędami, gdzie świat udaje, że jest przejrzysty, że jest bezpieczny.
Ocena: piątka! Brawo! :)
Brawo za humor, brawo za wiersz. Klimat jak we fraszce. Doceniam, że go tu wrzuciłeś. No faktycznie, moda na poezję panuje na “Nowej”, ale jest to poezja nastrojowa i poważna. Czasem nawet zbyt poważna.
Ciekawe, jakby przerobić to na…
„Światowy Dzień Horroru”
– Puk, puk!
Książka, której nie czytałam od lat, otworzyła się sama.
Nie było przeciągu. Okno było zamknięte.
Zawahałam się, stojąc w progu pokoju. Przez chwilę patrzyłam, jak kartki drżą – delikatnie, jakby ktoś właśnie przestał je przewracać.
Uśmiechnęłam się nerwowo. Zbyt nerwowo.
No tak. W końcu mamy dzisiaj Światowy Dzień. Idealny moment, żeby wrócić do zapomnianych historii.
Podeszłam bliżej.
Przesunęłam palcami po stronach, jakby witając się z dawno niewidzianą przyjaciółką. Papier był chłodny. Zbyt chłodny.
Znalazłam notatki na marginesach i podkreślenia zdań, które kiedyś wydawały się ważne. Niektóre już mnie nie poruszały. Inne… nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek je zaznaczała.
Pochyliłam się bliżej.
Ołówek był świeży. Grafit błyszczał lekko w pełgającym słabo świetle.
Zmarszczyłam brwi.
Nie pisałam tu od lat.
Na dole strony ktoś dopisał coś jeszcze.
Nie było tego przed chwilą.
– Puk, puk! Witam ponownie!
Zamarłam.
Serce zaczęło bić szybciej, gdy litery… przesunęły się.
Jakby ktoś pisał dalej.
– Twój stosik wstydu na półce patrzy na ciebie z rozczarowaniem.
Powoli odwróciłam głowę w stronę regału.
Książki stały nieruchomo.
Za cicho.
Za równo.
Wracając wzrokiem do otwartej strony, poczułam, jak żołądek ściska się w zimny węzeł.
Pod spodem pojawiła się kolejna linijka.
Nie patrzyłam, kiedy powstawała.
– Nie tylko one patrzą.
Atrament jakby wsiąknął głębiej w papier, zanim ułożył się w ostatnie słowa:
– Czytam cię od dawna. Która książka będzie twoją ostatnią?
Można też pomyśleć nad horrorem braku książek. Np. palimy ostatnie kniżki na stosie. Czytanie jest zakazane. Pisanie tym bardziej. Współczesna inkwizycja… coś takiego…
OldGuard, Twój drebbelek jest dobry i na czasie, jak bardzo na czasie, wystarczy spojrzeć na ilość komentarzy pod tekstem. I o to chodzi. :)
Nie lubię nazwy “stosik wstydu”. Czytam sporo, więcej mi się nie udaje i nie mam się czego wstydzić.
Finkla, ratujesz honor rasy ludzkiej. Chciałbym czytać przynajmniej połowę tego, co czytasz Ty. Ale – i podkreślam to “ale”… ;)
Światowy Dzień Braku Czasu na Czytanie?
Jim, nikt nie czyta, bo wszyscy zajęci są pisaniem. Ot, brak czasu. ;)
Zarówno twist, jak i poczucie humoru w moim stylu. Brawo! Klikam!
Siekierezada dziecięca. Mocna rzecz. Nie można pozostać obojętnym wobec tego opka i Twojego sposobu pisania. Klikam! :)
Uwaga na ten akapit: “Ciało profesora zwiotczało na moment. Potem wyprostowało się z nienaturalną gracją. Odwrócił się”. Może powinno być “Odwróciło się [ciało]”.
Generalnie. Bardzo dobre, dojrzałe sci-fi z klimatem – brakuje tylko lekkiego „odchudzenia” stylu i mocniejszego zakotwiczenia emocjonalnego, żeby wskoczyć na poziom już bardzo, bardzo wysoki. Co działa świetnie? Klimat. Gęsty, konsekwentny, momentami wręcz duszny. Bardzo dobrze budujesz narastające poczucie utraty kontroli i „rozpuszczania się” tożsamości.
Pomysł rewela. Połączenie AI + biologii + czegoś quasi-kosmicznego (trochę lovecraftowskie, ale unowocześnione) działa bardzo dobrze. Brawo!!!
“Teraz będę wiedzieć”. Też tak kiedyś mówiłem i do dzisiaj nie wiem. :)
Rozumiem, że nawiązujesz do naszych wyzwań? Jeśli tak, to tam nie ma konkurowania, a jedynie zabawa…
Mam ja te swoje zabawki, piszę co chcę, kiedy chcę. ;)
można pójść śladem paru innych użytkowników i zostawić chociażby ocenę gwiazdkową, jeśli już przeczytałeś.
O tak, gwiazdki staram się zostawiać. Twój tekst też ostatnio oceniłem. ;)
Brawa za klimat! Świetnie budujesz groteskowo-mroczny ton z domieszką humoru. Czuć inspirację konwencją fantasy, ale z własnym skrzywieniem (dentystyczno-alchemicznym, co jest bardzo, bardzo, bardzo świeże). Klikamy!
Witaj Berig,
dzięki za tak długi komentarz.
Cieszy mnie to, że skorzystałeś z linków. I że pan pustelnik (jego podejście do życia) Ciebie zainteresował.
Z metaforami pewnie przesadziłem. Biję się w pierś.
Czy dobrze wszystko opowiedziałem? Czy dałoby się inaczej, lepiej? Nie wiem. Ale wiem jedno: nie mogłem tego nie opisać (jako wielokrotny bywalce okolic Wzgórza przy Wilczej i rozmówca pana Edwarda, bo miałem przyjemność go poznać osobiście).
Pozdrawiam – MZ:)
Czołem Beeeecki!
Jeszcze Ci nie podziękowałem, więc spieszę, by to zrobić, no cóż, z opóźnieniem, ale jednak.
Ty wydajesz się stać zupełnie obok, niezależnie. I ten tekst bardzo taki jest.
Ktoś kiedyś mi napisał tak: “Masz ty te swoje zabawki”. To prawda. Mam.
pozwala Czytelnikowi myśleć, myśleć dużo i głęboko.
O to chodzi. A kiedyś było inaczej. Choć to trudne, bo chce się być precyzyjnym, to staram się ufać czytelnikowi.
Serdecznie pozdrawiam – MZ :)
Dzięki, Robercie, za klik symboliczny.
Dzięki raz jeszcze, JolkaK. Poprawiłem te dwa wskazane momenty. Chyba teraz jest dobrze.
MichaelBullfinch, dzięki nie za jeden komentarz, za dwa.
Bardzo się cieszę, że pojawiłeś się tutaj aż dwa razy. I że wysiliłeś się, bo to jest zawsze wysiłek (odkryć intencje autora), by zinterpretować tekst. :)
Bardzo mi się podoba, czułem, że jest w tym coś więcej, dlatego już wczoraj wiedziałem, że muszę przeczytać jeszcze raz, na świeżo, ze skupieniem.
Dzięki, Betweenthelines, dzięki zwłaszcza za docenienie owego pęknięcia rzeczywistości. To nie realizm magiczny, to coś więcej. Pachnie, chciałoby się powiedzieć, kreacją świata – i właśnie o to mi chodziło. Pozdrawiam serdecznie, MZ:)
Twoje zdania są bardzo szczególne, bo szalenie osobiste. Są po prostu piękne.
Reg, ja to sobie wydrukuję i powieszę nad łóżkiem. :))
OldGuard, witaj! :)
Jakoza poprawiona.
Dzięki za miłe słowa, jak również – te krytyczne.
Pozwól, że się wytłumaczę. Co do aktywności na forum… Czasu niewiele. Muzyka konkuruje u mnie z literaturą. Staram się czytać innych, ale mam spore zaległości. Nawet jak czytam, nie zawsze komentuję. Do niedawna sądziłem też, że – jakby to Bruce powiedziała – klikanie podwójne zarezerwowane jest wyłącznie dla loży. Poważnie, nic na ten temat nie wiedziałem.
Jeszcze zdanie na temat konkursów… No cóż, sztuka to nie sport. Osobiście nie biorę w konkursach udziału i nie mam zamiaru brać.
Serdeczności – MZ
OldGuard: Bal z okazji Końca Świata
Finkla, nie ma sprawy, doceniam głos szczery, dzięki. :)
Pozwól, że spytam. Na imię Ci Jola czy to tylko ksywka? Nawiasem mówiąc: szkoda, że na “Nowej” nie używamy prawdziwych imion i nazwisk. Ksywy często nic nie mówią.
Dzięki, Drogi Robercie. Klik może i symboliczny, ale się liczy. Dla mnie.
Mój nauczyciel matmy z liceum zwykł mawiać: “matematyka dla wytrwałych, muzyka dla wybranych”. Ale matmy mnie nie nauczył. Jak to dużo zależy od nauczyciela. Chciałoby się umieć i rozumieć, ale może już za późno na to. :(
Zbereźnica z Ciebie, Finkla. Lubię to. ;)
Pewnie, że pozytywnie pachniesz. Gratuluję dostania się do Biblioteki. Nie ma za co. :)
Nie, nie, wszystko klarownie wyjaśniłaś, już zabieram się za poprawianie tego, dzięki wielkie, Jolu (imienniczko Reg… no proszę, proszę). :)
Zastanawiam się jeszcze nad tytułem, choć jest chyba niezły… No nie wiem… Może “Miasto pamięta wcześniej”? Tytuł ustawia odbiór, ustawia interpretację. Sam nie wiem…
Niemniej gdybyś chciał zapytać o jakieś konkretne zagadnienie, w miarę możliwości postarałbym się udzielić wyjaśnień (np. w wątku z pomocą merytoryczną).
Dobrze wiedzieć. Bardzo dziękuję. Również pozdrawiam. :)
Z tym chińskim to dobry przykład, bo sugeruje, że muzyka to czarna magia.
Ja mam podobnie z matematyką, z tym że chciałbym ją rozumieć i imponują mi ci, co ją ogarniają (na poziomie polibudy czy uniwerku).
No, to mi, Rybaku, radość przed nocą (u mnie na zegarze 22.00) zrobiłeś. Dzięki wielkie. Dodam tylko, że jeszcze to i owo szlifowałem. A to, że opowiadanko w ogóle powstało, sprawił przypadek. Po prostu wszedłem na szczególne wzgórze, skojarzyłem pewne fakty i nie mogłem tego nie opowiedzieć. :)
Bruce, jedna z moich bliskich koleżanek ucierpiała w powodzi w 2025 roku. Jestem w szoku, jak bardzo niektórzy ludzie zdają się godzić ze swym losem, np. w takich Racławicach Śl. Są tam domy i rodziny w tych domach mieszkające, które “podlewa” średnio raz na 5-6 lat. I nic. Nie wieszają się. Ja bym już dawno ze sobą skończył. Taka prawda.
Ale – bo powiało pesymizmem, wręcz tragizmem – by nie było za smutno, powiem tylko, że Wrocławia ostatnio nie zalało i chyba już nie zaleje. Jest bezpieczny.
Witaj Reg.
Nie pozostaje mi nic innego, jak odwiedzić klikarnię i nominowalnię.
Aż tak. Tylko nie to. Człowiek się musi potem męczyć z korektami i redakcjami. ;)
A tak na poważnie… Dla mnie największą nagrodą są Twoje łapanki i Twój komentarz. I wiesz, że piszę to bez lizusowstwa, bo wielokrotnie to już podkreślałem.
Pięknie dziękuję – MZ:)
Dzięki, Bruce. Ja tylko robiłem to, co robili inni. To dawało nam nadzieję.
Co do tekstu i Twojego komentarza… Dziękuję za podwójne kliknięcie. Za ciepłe słowa. Za docenienie klimatu i tytułu. I za piosenkę. Już zapomniałem, że Niemen w nagraniu uczestniczył. :)
Z pozdrowieniami – Maciek
Czytając Ciebie, dowiaduję się czegoś o sobie. Mam nadzieję, że masz, że będziesz miała więcej lekcji dla nas. Swoją drogą to na pewno nie jest łatwe wpleść fantastykę w historię powszechną. Ale Tobie się to udaje. :)
Misiu Macieju, Ty musisz być niepoprawnym optymistą w życiu niefantastycznym, nie znam ani jednego szorta w Twoim wydaniu w tonie minorowym albo horrorowym.
“Oko za oko, ząb za ząb”. Gdyby ktoś mnie skrzywdził, to może nie zrobiłbym nic. Czekałbym na sprawiedliwość, na sąd. Gdyby ktoś zrobił coś złego (najgorszego może) moim bliskim, zabiłbym.
Dobrze, że dajesz nam, Bruce, takie lekcje. Wywołujesz emocje, a jednocześnie uczysz. Dzięki. :)
Dzięki, Ślimaku, za wyczerpujący komentarz i ciepłe słowa.
I właśnie tak powinno pisać się komentarze! Boże, kiedy ja się nauczę.
Hermetyczność części środkowej jest niestety nieunikniona. Możesz mi wierzyć lub nie, we wcześniejszej wersji tekst był o wiele bardziej techniczny i przez to hermetyczny. Była to w zasadzie analiza muzyczna. Z jednej strony miałem esej, z drugiej – wielkie słowo – literaturę. Jedno z drugim nie zazębiało się i trzeba to było poprawić.
Mam nadzieję, że Finkla się na mnie nie obraziła. W sumie to nie wiadomo, czy nie lubi muzyki i tylko tyle? Czy też nie ma słuchu ani kompetencji muzycznych? Jeśli to drugie, to faktycznie daltonizm (niezależny od niej).
Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję, za słowa i za kliknięcie – MZ
Dzięki, Galicyjski!
Fajnie byłoby stać się na moment Bachem i z tej perspektywy podziwiać jego dzieła.
Fajnie byłoby poczuć się jak hitmaker z USA albo UK.
Szort to umożliwia. Szkoda, że to fikcja. :(
Ukłony i pozdrowienia!
Dzięki, Drodzy Moi, za opinie i kliknięcia. Wrócę z dłuższym komentarzem do komentarzy. Teraz napiszę tylko trzy rzeczy: 1) przeżyłem, i ją pamiętam, powódź we Wrocławiu, nosiłem wraz z dziadkiem worki na plecach; wybór miejsca akcji (Wrocław) ma tu duże znaczenie; inne miasta – Poznań, Kraków, Warszawa – nie sprawdziłyby się; 2) bohaterowie to archetypy, są nośnikami sposobów rozumienia świata; 3) bohaterowie to archetypy, ale też i osoby z krwi i kości; jeśli kojarzycie KFC i Pizza Hut, to już wiecie, kim jest (był swego czasu) Henry.
Z jednej strony mamy Pałac Hollendrów, z drugiej Wzgórze przy Wilczej. Jedno od drugiego oddalone jest o 10 minut drogi pieszo. Bywając tam i rozmawiając z ludźmi, takimi właśnie jak pan Edward, nie można było nie napisać tego opowiadania. I tak długo zwlekałem. :)
Pozdrawiam Wszystkich tu obecnych! :)
Wrócę z dłuższym komentarzem do komentarza. ;)
Dzięki, Michaele, za kliknięcie i ciepłe słowa.
Gdyby nie muzyka pewnie połowy swoich tekstów bym nie napisał, a każdy kojarzy mi się z jakimś utworem/płytą/zespołem, którego słuchałem w czasie słuchania…
Według mnie warto podawać informację o inspirującym nas utworze w przedmowie. Może ktoś, kto czyta Twój tekst, również połknie tego bakcyla i złapie tę samą fazkę, którą przeżyłeś / przeżywałeś. Muzyka może być akompaniamentem dla tekstu.
OldGuard, ja nie, ja mam teraz inną zabawę, horror o skrzatach miałem pisać, odbić sobie wszystkie braki fantastyki w moich tekstach, już nawet po lasach, odpowiednio gęstych, zacząłem się szwendać – tak na maksa. ;)
Lekko i zabawnie, jak to u Ciebie. Misiowo. :)
Głupi naród, zawsze wykrwawiał się za innych!
A byłby mądry, gdyby wykrwawiał się za swój kraj, przecież kraj to ludzie? Pytam prowokacyjnie. Czesi to ogarniają.
Brawo, Bruce. Dałaś nam wszystkim lekcję. :)
Na tym portalu szorty kończą się na dziesięciu tysiącach znaków.
Nigdy tego nie mogę zapamiętać, kurka wodna. :)
Najbardziej podoba mi się wersja Finkli, jeśli mam być szczery. Kapitalna zabawa. Powodzenia wszystkim, którzy biorą w niej udział. :)
Witaj OldGuard,
będzie fantastyka. Szykuję coś o leśnych skrzatach w konwencji horror-fantasy. Trzymaj, proszę, kciuki. :)
Z pozdrowieniami i podziękowaniami – MZ
Dzięki, MichaelBullfinch. Może to kryzys wieku średniego i stąd ta nostalgia. ;) Pozdrawiam.
Misiu, czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem, bo sam szykuję coś o lesie magicznym i magicznych różnych sprawach. Fajne, pomysłowe i z humorem. :)
Dzięki za wizytę tutaj i pozdroklika, Robert. :)
Prestidigitator, nie ma za co, do usług.
Napisałem też wersję bardziej literacką (różnice nie są wielkie, ale są):
„Człowiek od cudzych piosenek”
Spojrzałem na dłonie. Były stare, pomarszczone, jakby nie moje. Miałem przecież czterdzieści lat – przynajmniej tak mi się wydawało.
– Are you Rick? Rick Chertoff?
Zawahałem się. Chciałem zaprzeczyć, ale w tej samej chwili coś się przesunęło – jakby powietrze w pociągu zgęstniało, jakby dźwięk kół na chwilę zmienił rytm. Siedziałem tak samo jak przed chwilą, a jednak nie całkiem ja.
Odpowiedź przyszła sama, zanim zdążyłem ją powstrzymać:
– Yes. It’s me.
Dziewczyna skinęła głową i wróciła do telefonu. A ja zostałem z tym zdaniem, które zabrzmiało zbyt pewnie, by było pomyłką.
*
Piosenka nie rodzi się w chwili, kiedy ktoś ją śpiewa.
Rodzi się wcześniej – w pustym studiu, w powtarzanym bez końca motywie, w zmęczeniu, które każe zostawić coś „tak jak jest”, choć można by lepiej. W decyzji, żeby nie poprawiać refrenu, bo właśnie w tej niedoskonałości coś się zatrzymuje.
Radiowy przebój nie jest najpiękniejszy. Ani najambitniejszy.
To raczej taki utwór, który potrafi zamieszkać w przestrzeni – między rozmową a ciszą, między jednym przystankiem a drugim. Taki, który nie potrzebuje uwagi, a i tak zostaje. Nie powstał tutaj, a jednak pasuje. Do tego krajobrazu, do tamtego, do każdego.
Jest jedna taka piosenka.
„Right Beside You”.
Powstała szybko. Czwartego dnia ktoś powiedział, żeby uprościć linię basu. Piątego – żeby zostawić ją tak, jak jest. Szóstego dnia przestała być nasza.
Słoneczna, z połowy lat dziewięćdziesiątych. Z tych, które brzmią dobrze o każdej porze dnia i w każdym miejscu. Z tych, które nie starzeją się razem z nami.
Zaczyna się lekko – syntetyczny arpeggiator, jakby oddech okaryny. Potem pojawiają się smyczki, falują i znikają. Bas odzywa się rzadko, ale za każdym razem trafia w punkt.
„Right Beside You” nie domaga się uwagi. Jest obok.
Zawsze obok.
*
Pociąg kołysał się miarowo. Za oknem przesuwał się krajobraz – drzewa, domy, pola – jakby ktoś zmieniał slajdy.
Dziewczyna puściła muzykę. Cicho, prawie niedosłyszalnie.
Wystarczyło kilka sekund.
„Right Beside You”.
Obraz zaczął pulsować w rytm.
A może było odwrotnie – może to muzyka dopasowała się do świata. Do tych wszystkich migotów za szybą i pod powiekami.
Zamknąłem oczy.
Ten charakterystyczny puls – miękki, a jednak wyraźny. Jak coś, co zna się od zawsze, choć nie pamięta się pierwszego razu.
Pamiętam za to studio.
Małe. Bez okien. Powietrze ciężkie od kabli i kurzu. Ktoś liczy: raz, dwa, trzy, cztery. Wchodzę minimalnie za wcześnie. Ktoś mówi: zostaw, jest dobrze.
Zostaw.
Najważniejsze rzeczy zawsze ktoś kazał zostawić.
To dziwne uczucie: słyszeć coś, co zna cały świat, i nie mieć już do tego dostępu inaczej niż wszyscy.
Jakby własny ślad w tej melodii należał już do kogoś innego.
Obecny i nieobecny.
*
– Rick? Rick Chertoff?
Otworzyłem oczy.
– Tak?
– Przepraszam… wydaje mi się, że pana kojarzę.
Uśmiechnąłem się lekko.
– Możliwe.
Zawahała się, jakby chciała powiedzieć coś więcej.
– Ta piosenka… „Right Beside You”… leci wszędzie. Zawsze ją gdzieś słyszę.
Skinąłem głową.
Na chwilę wróciło to małe studio. Ten moment zawahania przed kolejnym podejściem. Ten bas, którego nikt już nie zmieniał.
Ale pociąg jechał dalej, a takie rzeczy źle znoszą ruch.
– Dobra jest – powiedziałem tylko.
Uśmiechnęła się.
Wróciła do telefonu.
*
Krajobraz pulsował.
Muzyka trwała.
Ta sama.
Nie moja.
Nie twoja.
Zamknąłem oczy jeszcze raz.
Tym razem bez obrazu studia.
Tylko dźwięk.
Niczyja.
A jednak – wspólna.
Oj tak, zgadzam się z Finklą, że to ten ktoś częścią naszego świata się staje.