- Opowiadanie: jadordook - Kombinat

Kombinat

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kombinat

Słońce przepalało rzeczywistość na wylot, zostawiając po sobie tylko spłowiałe odcienie sepii i wszechobecny, suchy kurz. Stoję na środku jałowej łąki i czuję, jak żar wyciska ze mnie resztki przytomności. Świat wokół faluje, a krawędzie rozpadających się kamienic Schowka rozmywają się w oddali, jakby były tylko dekoracją namalowaną na płótnie, które zaraz zacznie płonąć. Moje zmęczenie nie jest już zwykłym brakiem snu. To ciężki, ołowiany stan, w którym każdy krok zdaje się czynnością wykonywaną w gęstym, gorącym syropie. Nie wiem, czy to, co widzę, dzieje się naprawdę, czy to tylko kolejny powidok zrodzony z gorączki.

Dziewczynka leży kilka metrów przede mną, wciśnięta w pożółkłą, kruchą trawę. Wygląda nienaturalnie biało na tle tej brudnej ziemi, jakby ktoś wyciął jej kształt z papieru i rzucił na pastwę lejącego się z nieba gorąca. Nie potrafię myśleć o niej jak o martwym dziecku. Jest tylko punktem w krajobrazie, kolejną niewiadomą w równaniu, którego nie umiem rozwiązać. Przymykam na chwilę oczy, a pod powiekami wciąż widzę ten sam żółtawy blask. Mam wrażenie, że jeśli zostanę tu zbyt długo, sam zmienię się w stertę suchego pyłu, którą wiatr rozniesie po spalonym żarem polu.

Obok ciała kuca technik. Porusza się z mechaniczną precyzją, powolny i całkowicie niewzruszony, jakby upał nie miał na niego żadnego wpływu. Patrzę na jego dłonie w niebieskich, lateksowych rękawiczkach i mam wrażenie, że lśnią od potu. Z wysiłkiem przenoszę spojrzenie na twarz pozbawioną jakichkolwiek emocji. Rozumiem, że on też nie patrzy na dziewczynkę jak na tragedię. Po prostu ją inwentaryzował, przesuwając pędzelkiem po jej skórze, zbierając niewidoczne ślady z taką samą obojętnością, z jaką muchy spacerowały po jej rozchylonych ustach. Byli do siebie podobni, technik i te muchy. Wykonywali swoją robotę w tym sennym, lepkim upale.

Ponownie zaciskam powieki, inaczej nie dam rady oderwać wzroku od ciała. Unoszę głowę i oddycham głęboko, a do mojego gardła i płuc wdziera się duszące gorąco. Na horyzoncie, po drugiej stronie Schowka, majaczy gargantuiczna bryła Kombinatu. Choć dzieli nas cała szerokość dzielnicy, jego czarne kominy i tak wydają się być nienaturalnie blisko, jakby wyrastały prosto z moich pleców. Mimo odległości, dociera do mnie to dziwne, niskie drżenie. Bardziej je czuję, niż słyszę. Jest jak echo pracującej w oddali maszyny, która nigdy nie bierze wolnego. Zastanawiam się, czy to moje własne tętno tak wariuje od tego słońca, czy może ziemia pod moimi stopami rzeczywiście jest w nieustannym ruchu. Czuję się kompletnie zagubiony. Ta sprawa, to miejsce, nieustające buczenie, wszystko zlewa się w oniryczny stan, koszmar senny, z którego nie jestem w stanie się wybudzić. Chcę tylko stąd odejść, zanim słońce spali mnie jak trawę pod moimi stopami.

Odwracam się plecami do technika, much i bladego, nieruchomego kształtu, bo moja cierpliwość do tej sceny właśnie się wyczerpała. Chcę znaleźć się w cieniu, choćby był on tak samo gorący i duszny jak to, co mam tutaj. Robię pierwszy krok i czuję, jak grunt pode mną lekko ustępuje, a sucha trawa trzeszczy z pretensją, jakby każdy mój ruch był dla tej ziemi zbędnym wysiłkiem.

Wtedy słyszę wysoki, urwany krzyk, przecinający ciężkie powietrze powoli niczym tępy nóż. Przy krawędzi łąki, tam gdzie stoi policyjny radiowóz, trwa jakieś zamieszanie. Dwóch mundurowych trzyma kobietę wyrywającą się im z siłą, o jaką nigdy bym jej nie podejrzewał, patrząc na wychudzone, rachityczne ciało. Ma twarz wykrzywioną w grymasie, który w tym sepiowym świetle wygląda jak pęknięcie na starej masce. Pokazuje palcem w stronę ciała, wyrzuca z siebie potoki niezrozumiałych słów, a jej głos załamuje się i przechodzi w skowyt, nie mający w sobie nic z ludzkiej mowy.

To matka tej dziewczynki. Świadomość tego spływa na mnie wraz z kolejną falą gorąca. Patrzę na nią i jedyne, co czuję, to irytacja. Jej rozpacz jest zbyt głośna, zbyt jaskrawa i zbyt wymagająca jak na moje obecne możliwości. Jej krzyk rani moje uszy i drażni moje zmęczone neurony, więc po prostu odwracam wzrok, a potem całego siebie.

Ponownie mijam technika i martwe ciało, upiorny duet spleciony w niemalże nieruchomym tańcu. Wybieram dłuższą drogę przez pas rdzewiejących hal i magazynów, oddzielających jałowe pole od serca Schowka, jeśli to miejsce w ogóle ma serce. Wolę iść kilometr dłużej w tym morderczym upale, niż zmierzyć się z echem jej cierpienia. Każdy krok jest walką z grawitacją, która tutaj zdaje się działać ze zdwojoną siłą. Wchodzę między pierwsze budynki i natychmiast otacza mnie zapach starej cegły, smaru i czegoś, co kojarzy mi się z powolnym gniciem materiałów nieorganicznych. Ściany hal są tak nagrzane, że bije od nich żar, który czuję na twarzy nawet z odległości kilku metrów.

Idę wąskim przesmykiem, a głębokie i gęste cienie wydają się substancją stałą, przez którą muszę się przedzierać. Schowek pochłania mnie jak nowotwór infekujący kolejne komórki w chorym ciele. Mijam wybite okna, za którymi panuje absolutna ciemność, i sterty śmieci, powoli spopielane przez bezlitosne słońce. Wszystko tutaj jest tak samo zmęczone i wyeksploatowane jak ja. Czuję, że granica między moim ciałem a tymi kruszejącymi murami staje się coraz cieńsza.

Gdzieś w oddali, ponad dachami magazynów, widzę kominy Kombinatu. Dym, który z nich wypływa, wydaje się gęstszy niż zwykle. Mam wrażenie, że Kombinat obserwuje mój powrót, liczy każdy krok w tym labiryncie zapomnienia. Moje nogi stają się coraz cięższe, a obraz przed oczami zaczyna drgać, jakby cały świat miał się zaraz rozpuścić i zlać w jedną, bezkształtną masę. 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałem dłużej niż godzinę. Upał sprawia, że sen staje się płytki i lepki, pełen obrazów, których nie potrafię później poskładać w całość. Kiedy się budzę, nie zawsze wiem, czy to już jawa, czy wciąż ten sam, sepiowy koszmar. Moje ciało stało się ciężkie i obce. Poruszam się jak automat, wykonując wyuczone czynności, podczas gdy moje myśli dryfują gdzieś daleko, poza zasięgiem logiki.

Jestem tu obcy, ale Schowek zdaje się tego nie zauważać. Kiedy przejeżdżałem przez rdzawą bramę dzielnicy, poczułem, jak wszystko, co było wcześniej, zostaje starte przez ten wszechobecny, żółty pył. Ta dzielnica wchłania każdego z taką samą apatią. Ludzie mijają mnie na ulicach jak cienie, nie patrząc w oczy, jakby bali się, że mogliby tam zobaczyć swoje własne odbicie. Moja obecność niczego nie zmienia, moje nazwisko nie ma tutaj znaczenia, moja przeszłość również. Jestem po prostu śledczym. Funkcją, którą przydzielono do tego konkretnego problemu. Sprawy, które prowadzę, morderstwa dzieci, są dla nich tylko kolejną warstwą brudu osiadającego na oknach. W ich spojrzeniach nie ma w nich strachu, jest tylko rezygnacja.

Kombinat dominuje nad wszystkim. Nawet gdy zamykam oczy, widzę zarys nieskończenie wielkiej bryły i dziesiątek kominów sięgających chmur, jakby pod powiekami na stałe wypalił mi się jego cień. Kombinat to jedyny stały punkt w tym rozpadającym się świecie. 

Kiedyś Schowek miał swoją prawdziwą nazwę, ale nikt już jej nie pamięta. W starych dokumentach w archiwum, pożółkłych arkuszach, które kruszyły się w palcach jak sucha skóra, ten obszar miasta określany był po prostu mianem sektora fabrycznego. Było to miejsce przeznaczone dla ludzi z żelaza i węgla. Powstało w czasach wielkiego optymizmu, kiedy dym z kominów oznaczał postęp, a nie powolne duszenie się świata. Dzielnica robotnicza rosła organicznie wokół skupiska hut, warsztatów i magazynów, karmiąc się ich energią. Ludzie żyli wtedy w rytm syren, które wyznaczały czas pracy i odpoczynku. Wtedy wszystko miało jeszcze sens, nawet jeśli był to sens surowy i brudny.

A potem nadeszły zmiany. Nikt nie potrafi wskazać konkretnego dnia, ale w pewnym momencie to, co było zbiorem niezależnych fabryk, zaczęło się ze sobą zrastać. Mur, który pierwotnie otaczał tylko jeden zakład, rozciągnął się wzdłuż ulic niczym wylegujący się na na piasku wąż, anektując kolejne budynki. Właściciele spółek znikali jeden po drugim, a ich miejsc nie zajmowali nowi, po prostu przestano o nich pytać. Przemysłowy sektor miasta, jego dymiące płuca i tłoczące stal serce, zamieniły się w jedną, niepodzielną bryłę. 

Tak narodził się Kombinat.

Wraz z jego wzrostem, reszta miasta zaczęła się cofać. Ludzie z innych części miasta najpierw przestali tu zaglądać, a potem zaczęli udawać, że sektor fabryczny nigdy nie istniał. Nowe drogi budowano tak, by omijały dzielnicę szerokim łukiem. Przestała być potrzebna, bo Kombinat nie potrzebował ludzi w taki sposób, w jaki potrzebowały ich dawne huty, warsztaty i zakłady. Nie było już rekrutacji, nie było bram otwartych dla robotników. Kombinat zamknął się w sobie, a ci, którzy zostali na zewnątrz, w cieniu jego murów, stali się zbędnym osadem, łuszczącą się skórą na spracowanych dłoniach trupa.

Nazwa „Schowek” przylgnęła do tego miejsca naturalnie, jak pleśń do wilgotnej ściany. W naturalny sposób zaczęli tu napływać wszyscy, których miasto nie chciało oglądać: biedacy, nieudacznicy i ludzie zawieszeni w martwym punkcie. Dzielnica stała się poczekalnią dla nikogo z rozkładem jazdy do nikąd. Dzisiejsi mieszkańcy to już drugie, trzecie, a może i czwarte pokolenie tych, którzy zostali „schowani”. Są tak samo wypłowiali jak te kamienice, z których odpada tynk, odsłaniając cegłę niemal identyczną jak ta w murach Kombinatu.

Schowek to nie tylko miejsce. To stan skupienia materii, która przestała być użyteczna, ale wciąż zajmuje miejsce w przestrzeni. Mieszkańcy są jak kurz osiadający na wielkich maszynach Kombinatu, nieistotni, dopóki nie wpływają na pracę. Mijam ludzi siedzących na niskich murkach i w cieniach bram, nie patrzą na mnie, nie patrzą na siebie, ich wzrok utknął gdzieś w punkcie, który dla mnie pozostaje niewidoczny. 

Są chudzi, przepaleni słońcem do samej kości, ale nie widzę na nich ani kropli potu, jakby ich organizmy dawno już zrezygnowały z próby chłodzenia się i po prostu pogodziły się z tym, że zostaną wysuszone na wiór. Siedzą nieruchomo, z dłońmi spoczywającymi na kolanach, przypominając raczej rzeźby wykonane z porowatego piaskowca niż istoty z krwi i tkanki. Ich egzystencja sprowadza się do powolnego, płytkiego oddechu, który ledwie porusza klatkami piersiowymi, i do tego jednostajnego trwania, które nie potrzebuje celu ani nadziei. Nie widzę tu żadnych oznak życia, nie ma gwaru, nie ma dzieci ganiających między budynkami, nie ma nawet cienia gniewu na ten morderczy skwar. Ci ludzie są po prostu kolejną warstwą niemego inwentarza, wchłonięci przez architekturę Schowka.

Uderza mnie przy tym coś, co od początku budzi we mnie instynktowny niepokój, choć dopiero teraz, w tym otępiającym zmęczeniu, potrafię to nazwać. Schowek jest nienaturalnie, niemal sterylnie czysty. Na chodnikach nie ma ani jednego porzuconego papierka, ani jednej butelki, żadnych resztek jedzenia czy gazet pędzonych przez wiatr. Nawet pył, który osiada na wszystkim, wydaje się ułożony w idealnie równe warstwy, jakby ktoś co noc przeczesywał te ulice drobnym grzebieniem. Ta czystość jest gorsza niż brud, bo sugeruje brak jakiejkolwiek ludzkiej aktywności, brak bałaganu, który zawsze towarzyszy życiu. To miejsce wygląda jak makieta, a my jesteśmy tylko statystami, których zapomniano usunąć z kadru przed rozpoczęciem zdjęć. Sterylność Schowka zaburza moją percepcję i sprawia, że zaczynam wątpić w solidność przedmiotów, których dotykam; wszystko wydaje się zbyt gładkie, zbyt celowe, zbyt martwe.

W końcu docieram do schronienia w kamienicy, starym, robotniczym gmaszysku, którego cegły mają kolor zaschniętej krwi. Na oświetlonej kilkoma lichymi żarówkami klatce schodowej uderza mnie zapach chłodnej wilgoci, przynosząc chwilową ulgę moim spieczonym płucom. Wspinam się po drewnianych schodach, licząc każdy stopień, a skrzypienie moich kroków niesie się nienaturalnie głośno w grobowej ciszy budynku. Moje operacyjne lokum to tylko jeden ciasny pokój z oknem wychodzącym na zachód, w którego szybach słońce powinno teraz wypalać dziury, ale tak się nie dzieje.

Podchodzę do okna i opieram czoło o szybę. Kusi mnie, żeby uchylić okno i przewietrzyć wilgotny zaduch, ale jestem zbyt zmęczony, by sięgnąć ręką do haczyka w drewnianej ramie. Przechylam więc głowę, nie odrywając jej od chłodnego szkła i spoglądam na zewnątrz. Ponad dachami sąsiednich magazynów wyrasta pionowa ściana Kombinatu, tak bliska i tak ogromna, że całkowicie zasłania tarczę słońca. Gargantuiczny, ceglany monolit rzuca na moją kamienicę głęboki, fioletowo czarny cień, który jest teraz jedynym wybawieniem. 

W łaskawie ofiarowanym przez Kombinat cieniu upał odpuszcza, a powietrze staje się lżejsze, niemal kojące. Patrzę na jego ślepe mury i czuję dziwną wdzięczność, której nie potrafię logicznie uzasadnić. W tym chłodnym cieniu ceglanej ściany, jedyną formę litości, na jaką zasłużyłem, moje zmęczenie w końcu bierze górę. Zamykam oczy, wsłuchując się w ledwie wyczuwalne tętno Kombinatu, które tutaj, wewnątrz kamienicy, wydaje się bardziej rytmiczne i spokojne.

Nie rejestruję, kiedy kładę się na twardym materacu, a cień Kombinatu przykrywa mnie jak ciężki, chłodny całun. Nie zamykam oczu, po prostu przestaję widzieć ściany pokoju i znów stoję na wyschniętej łące. Teraz jednak sepiowy blask słońca zniknął, a światło jest sine, jakby biło z setek jarzeniówek ukrytych gdzieś wysoko w unoszącym się nad Schowkiem całunie dymu. Patrzę na ciało dziewczynki. Nie jest już plastikowym przedmiotem. Widzę nacięcia na jej skórze, które pulsują słabym, błękitnym światłem i uświadamiam sobie, że to nie są rany, tylko ścieżki przewodzące. Wystające z jej klatki piersiowej pogruchotane żebra układają się na moich oczach w precyzyjny raster, identyczny z konstrukcją hali montażowej, której szkielet widziałem kiedyś na starej fotografii.

Niewzruszony technik klęczy obok niej, ale nie ma już pędzelka. W dłoniach trzyma mosiężny przyrząd, który przypomina połączenie suwaka logarytmicznego z igłą lekarską. Przesuwa nim nad ciałem, a urządzenie wydaje ciche, miarowe tykanie. Sprawdzam tylko przepustowość, mówi, nie podnosząc wzroku. Jego głos jest suchy, pozbawiony echa. Musi zamykać obwód. Inaczej ciśnienie w kotle czwartym rozerwie rury. Skinieniem głowy pokazuje w stronę Schowka, a ja odruchowo spoglądam w tamtą stronę.

Łąka znika, a ja idę między kamienicami jedną z tych sterylnie czystych uliczek. Mieszkańcy siedzą na schodach i murkach, oparci o ściany budynków, ale teraz ich skóra ma teksturę wypalonej gliny. Są częścią fundamentów. Matka dziewczynki stoi na środku, nie mogę jej wyminąć, ani się ukryć. Jej usta są szeroko otwarte, ale zamiast krzyku wydobywa się z nich niski, monotonny dźwięk, to samo głębokie buczenie, które czuję całym sobą na jawie. Nagle dociera do mnie, że kobieta nie rozpacza, tylko emituje sygnał ostrzegawczy.

Dociera do mnie, że wszędzie wokół dostrzegam wzory. Pęknięcia na tynku układają się w schematy połączeń hydraulicznych. Cienie rzucane przez latarnie tworzą na chodniku rzuty pionowe turbin. Wszystko jest połączone. Każde ciało, które znalazłem tego lata, było tylko wymianą zużytego podzespołu.

Wchodzę w ciemną bramę, która zamienia się w głęboki, betonowy szyb. Na jego dnie, czterdzieści lat stąd, stoi moja siostra. Ma dwanaście lat i jej niebieska sukienka jest nietknięta, mimo że wokół niej piętrzą się rdzewiejące koła zębate. Patrzy na mnie z dołu, z nieprzeniknionej ciemności, w którą wpadła tyle lat temu, i uśmiecha się blado. Tu nie ma żadnego szybu, słyszę jej głos w mojej głowie. To tylko jeden z wielu wlotów powietrza, wciąż muszę pomagać chłodzić rdzeń. Nabiera powietrza, a ja czuję, jak potężna siła wciąga mnie w czeluści nieskończenie wielkiej machiny.

Budzę się gwałtownie, ale moje ciało pozostaje ciężkie, przejście do pozycji siedzącej wymaga wiele wysiłku. Czuję, jak wymięta koszula klei się do moich pleców, ale nic z tym nie robię. W pokoju nadal panuje fioletowy półmrok, siedzę więc nieruchomo, a pot wysycha na mojej skórze, pozostawiając po sobie nieprzyjemne uczucie lepkości. W głowie wciąż słyszę głos siostry. Wlot powietrza. Chłodzenie rdzenia. Te słowa brzmią jak precyzyjne dane techniczne, które w końcu trafiły do właściwego folderu w moim mózgu. Patrzę na swoje dłonie. Drżą w rytm tego niskiego, miarowego buczenia, które teraz, po przebudzeniu, wydaje się bardziej intensywne niż kiedykolwiek wcześniej.

Wzory. Widzę je teraz wyraźnie.

Wstaję ciężko i podchodzę do stołu, na którym leżą porozrzucane zdjęcia z miejsc zbrodni. Zapalam ostatniego papierosa z pogniecionej paczki i pociągam za wiszący nad stołem sznurek włączający wiekowy żyrandol. Nawet w niemrawym świetle wydającej ostatnie tchnienia żarówki uwiecznione na zdjęciach okaleczenia na ciałach dzieci przestają być ranami. Widzę w nich czystą funkcjonalność, złożone schematy obejściowe. Każda ofiara to punkt styku, miejsce, w którym naruszona struktura rzeczywistości wymagała wzmocnienia. Morderca, którego szukałem, nie istnieje. To tylko narzędzie pracujące na zlecenie organizmu naprawiającego swoje własne mankamenty.

Czuję, jak narasta we mnie coś, czego nie potrafię nazwać. Wiem, że nie znajdę odpowiedzi w żadnym miejscu zbrodni. W mojej głowie rodzi się przygnębiająca i jednocześnie przerażająca myśl, że wszystkie martwe spojrzenia prowadzą w jedno miejsce. Gaszę światło i podchodzę do okna. Tym razem otwieram je na oścież, przysuwam krzesło i siadam, wydmuchując dym w noc. Ściana Kombinatu przesłania niebo, jest tak blisko, że wydaje się, iż mógłbym jej dotknąć, gdybym tylko wystawił rękę wystarczająco daleko. Wiem, że muszę tam wejść. Nie jako śledczy, nawet nie jako człowiek, ale jako ktoś, kto zrozumiał instrukcję obsługi.

Sięgam po marynarkę, choć zdaje się ona zbędnym balastem, wciąż jest niezwykle duszno i gorąco, mimo iż słońce już zaszło. Wychodzę z pokoju, a schody kamienicy skrzypią teraz inaczej, jakby odpowiadały na drżenie moich własnych kości. Schowek trwa w swoim sennym, sterylnym bezruchu. Apatyczni mieszkańcy wciąż siedzą w cieniach, a ja mijam ich, wiedząc już, że oni też są tylko częścią tego mechanicznego układu. Idę, by przestać być obserwatorem i stać się częścią procesu.

Rozumiem teraz to, czego inni nie widzą. Nie jesteśmy ofiarami, tylko paliwem i częściami zamiennymi w mechanizmie, który powstał na długo przed moim narodzeniem i potrwa długo po tym, jak moje kości zastąpią kolejne przeżarte rdzą fragmenty rusztowań. Kombinat na mnie czeka. Nie czuję strachu, tylko pewność. Muszę poznać prawdziwą naturę tego olbrzyma. Muszę zobaczyć rdzeń, który od czterdziestu lat chłodzi swoim oddechem moja młodsza siostra. 

Ruszam w stronę muru, który okazuje się być zaledwie niewysokim ceglanym murkiem oddzielającym ulicę od zagraconego placu fabrycznego. Przeskakuję przez niego bez problemu i zagłębiam się w labirynt starych części, wdychając intensywny zapach smaru, rdzy i jeszcze czegoś, czegoś metalicznego. Nagle ziemia usuwa się spod moich nóg, a ja spadam w doskonale znany mi szyb bez dna, ale nie boję się. Jestem po prostu kolejnym elementem, który musi zostać właściwie zainstalowany.

Koniec

Komentarze

Jadordooku, ponad dziewiętnaście tysięcy znaków to już nie szort. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na OPOWIADANIE.

Na tym portalu szorty kończą się na dziesięciu tysiącach znaków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na tym portalu szorty kończą się na dziesięciu tysiącach znaków.

Nigdy tego nie mogę zapamiętać, kurka wodna. :)

Kurka wodna, to teraz zapamietasz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka