Moje pierwsze bliskie spotkanie. Tytuły alternatywne: “Słoik”, “Insekcja”, “Owad nie z tej ziemi”...
Moje pierwsze bliskie spotkanie. Tytuły alternatywne: “Słoik”, “Insekcja”, “Owad nie z tej ziemi”...
Dzieciństwo to jedyna kopalnia, z której wciąż wydobywam surowiec. Nigdy się nie wyczerpuje.
Na ławce w martwym kurorcie siedzą dziadkowie – objęci, nieruchomi, jakby już należeli do mgły. Tylko ich papierosy tlą się jeszcze, dwa czerwone punkty w szarości. Mgła sunie między pniami, wolna i gęsta. Ja w trawie – wilgoć na kolanach, na dłoniach, w ustach.
Wtedy pojawia się on.
Pancerz odbija niebo jak rtęć. Ruch – zbyt czysty, jakby grawitacja go nie dotyczyła. Na głowie delikatna, metaliczna koronka – herb innego świata, innego porządku.
Nagły błysk. I jeszcze jeden. Światło gaśnie równie szybko, co się pojawiło.
Pochylam się. Słoik w pogotowiu. Chcę zamknąć istotę w szkle razem z tą chwilą.
Lecz głos z werandy tnie powietrze: „Kolacja”. Dziadkowie gaszą papierosy. Idziemy.
Nazajutrz trawa sucha. Mgła się rozwiała. Po nim ani śladu. Jakby zabrał ze sobą część powietrza, którym wtedy oddychałem – i całą tajemnicę.
Do dziś wystarczy zapach wilgotnej ziemi – i nagle znowu mam pięć lat, a w rękach słoik.
Ciii. Jestem już tuż-tuż…
I znowu – tylko echo własnych kroków.
Jako czytelnik uśmiechnąłem się od pierwszego zdania :)
Krótka forma, a działa jak zapach po deszczu – nagle człowiek sam wraca do swoich „słoików” z dzieciństwa. Bardzo lubię to niedopowiedzenie i to, że tajemnica nie chce dać się złapać, mimo że ręce już „tuż-tuż”. Fajny, lekki tekst, który zostaje w głowie dłużej, niż się spodziewałem.
https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta
Bardzo fajne :) Takie prozą wydłużone haiku.
XXI century is a fucking failure!
Maćku, jestem przekonana, że z kopalni dzieciństwa dobędziesz jeszcze mnóstwo urobku. Jestem też pewna, że zaprezentujesz mnóstwo równie ślicznych szortów. A może trafi się także znacznie dłuższe opowiadanie. :)
Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak odwiedzić klikarnię. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Bardzo ładny szorciak :)
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Na razie tylko ogólnie podziękuję za oceny i komentarze, potem jeszcze wrócę.
Pięknie ożywione wspomnienie Faktycznie, ma taki wydźwięk haiku. Bardzo sympatyczne, a to tylko tysiąc znaków!
Witaj. :)
Bardzo poetyckie, wzruszające, nostalgiczne. ;)
Mnie taki słoik kojarzy się zawsze i nieodmiennie z łapaniem pająków. Nadal stoi i czeka na półce. Zawsze jest w pogotowiu. :) A kiedy w domu zjawia się ów nieproszony gość – łapię szybko i wypuszczam w bezpiecznym miejscu, z dala od Dzieci. :) Od dzieciństwa mam wpojone: pająków zabijać nie wolno! :) I tylko błogosławię, że polskie pająki takie małe i raczej niegroźne. ;)
A teraz słoik ze złapanym stworzonkiem kojarzy się Milusińskim głównie z robieniem mięsnych pierożków (”Smacznego”, serial MiN, YT):
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Musiałem kilka razy przeczytać, żeby wczuć się w całą sytuację. I chyba zabrakło mi opisu, jak wygląda “on”.
i nagle znowu mam pięć lat, a w rękach słoik.
Ciii. Jestem już tuż-tuż…
I znowu – tylko echo własnych kroków.
Jakie to smutne. Cofamy się w wyobraźnii i już jest dobrze, świetnie nawet… – i odbijamy się od ściany. Pozostaje tajemnica i to, w jaki sposób rzecz zapamiętaliśmy, przy czym to zapamiętane ma się nijak do rzeczywistości. I właśnie to jest najlepsze. To jest fenomen.
Cześć Bruce!
Dzięki za ilustrację, komentarz i ocenę (klik). Nie mów, proszę, nic o robakach spożywczych.
No proszę: dowiaduję się o Tobie coraz więcej, wiem np., że robisz doskonałe nalewki. ;)
Dzięki, Droga Reg.
A może trafi się także znacznie dłuższe opowiadanie.
Oj! Trafi się, trafi. :)
Bardzo lubię to niedopowiedzenie i to, że tajemnica nie chce dać się złapać…
Trzeba szanować czytelnika. Czytelnik jest inteligentny i sam sobie wiele rzeczy dopowie, bo ma wyobraźnię. Ja o tym czasami zapominam. Niestety. Wielkie dzięki za wizytę tutaj, d.pankovski.
Tomaszg, Galicyjski, Beeeecki, Caern – dziękuję. Faktycznie, to konkretne mikroopowiadanie coś z haiku ma. Haiku też się nie rymuje, choć może. I jest krótkie, mięsiste, zagęszczone do esencji.
Ujęło mnie wszystkimi łapkami i trzyma! Pięknie napisane! Z cyklu takich: Chciałabym tak napisać!
Zagęszczenie emocjonalne tego krótkiego tekstu sprawia, że zostaje pod skórą. Moje gratulacje! Udało Ci się zmieścić i poezję i codzienność w krótkim wspomnieniu z dzieciństwa. I dodać magię.
Klik!
Pozdrawiam serdecznie!
Cześć Bruce!
Dzięki za ilustrację, komentarz i ocenę (klik). Nie mów, proszę, nic o robakach spożywczych.
I ja dziękuje. O, nie, nie, ta gącha była tylko dla zabawy, pierożki przygotowywano z mielonego. :))
No proszę: dowiaduję się o Tobie coraz więcej, wiem np., że robisz doskonałe nalewki. ;)
Czas przeszły, ale zawsze. :)
Pecunia non olet
Oj! Trafi się, trafi. :)
Maćku, w takim razie pozostaje mi tylko uzbroić się w cierpliwość. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Wspomnienia, wspomnienia… Dobrze, że są. :)
Ech, ładnie napisane, ale znowu nie ma fantastyki…
Babska logika rządzi!
Chciałabym tak napisać!
Dzięki, Jolka, za komplement, zwłaszcza taki, które płynie z Twoich ust.
Cieszę się, Finkla, że się podobało. Wytłumaczę się, jeśli pozwolisz. Myślałem, że ten robaczek to “robaczek kosmiczny”. Inna sprawa, czy można wierzyć dziecku? I czy późniejszy dorosły może ufać pamięci?
Dobrze powiedziane, Misiu. Dziękuję i pozdrawiam.
Wielkie dzięki, Droga Reg. Nie powinienem tego robić, bo tu piszemy komentarze, ale co tam – zrobię wyjątek. Specjalnie dla Ciebie stworzyłem wersję dłuższą. Proszę, oto ona:
„Nie z tej ziemi”
Dzieciństwo to jedyna kopalnia, z której wciąż wydobywam surowiec. Nigdy się nie wyczerpuje. Każde wspomnienie jest jak żyła złota, ukryta pod warstwami lat, a ja, niczym niestrudzony górnik, schodzę w te głębiny z latarnią pamięci. Czasem wystarczy drobny impuls – zapach wilgotnej ziemi po deszczu, szelest liści w porannej mgle – i nagle jestem tam znów, małym chłopcem o szeroko otwartych oczach, pełnym zdumienia i tajemnicy, która nigdy nie została rozwiązana.
Było to w martwym kurorcie, jednym z tych zapomnianych miejsc nad Bałtykiem, gdzie sezon kończył się wraz z ostatnim letnim słońcem, a jesień przynosiła tylko ciszę i mgłę. Dom dziadków stał na skraju lasu, otoczony sosnami, które szeptały sekrety wiatru. Dziadek, dawny marynarz o skórze pooranej solą morską, siedział na ławce z babcią, swoją wierną towarzyszką od półwiecza. Objęci ramionami, nieruchomi jak posągi z mgły, zdawali się już należeć do tego szarego, eterycznego świata. Tylko ich papierosy tliły się jeszcze – dwa czerwone punkty w bezkresnej szarości, jak odległe latarnie morskie w nocy. Mgła sunęła między pniami drzew, wolna i gęsta, niczym duch lasu budzący się o zachodzie. Ja, pięcioletni wówczas, klęczałem w trawie – wilgoć przenikała kolana moich spodni, osiadała na dłoniach, a nawet w ustach, smakując słonością ziemi i morza.
Kurort był martwy, bo turyści wyjechali, pozostawiając po sobie tylko echo śmiechów i zapach smażonych ryb. Dziadkowie przyjechali tu na emeryturę, uciekając od hałasu metropolii, ale ja, dziecko, widziałem w tym miejscu królestwo przygód. Las za domem był moim królestwem – pełen ukrytych ścieżek, szeleszczących krzaków i tajemniczych elfów. Tamtego ranka, gdy mgła była gęstsza niż zwykle, wędrowałem po trawie ze słoikiem w ręku. Słoik był moim skarbem: ot, zwykły, szklany pojemnik po dżemie, z nakrętką pełną dziurek, które dziadek wybił scyzorykiem. "Na chrabąszcze i motyle" – mówił, śmiejąc się, ale ja wiedziałem, że to narzędzie do chwytania cudów.
Wtedy pojawił się on.
Nie usłyszałem go najpierw – nie było szelestu, nie było trzepotu. Po prostu był. Pancerz odbijał niebo jak rtęć, lśniąc srebrzystym blaskiem, który zdawał się pochłaniać i oddawać światło jednocześnie. Ruch jego był zbyt czysty, zbyt płynny, jakby grawitacja go nie dotyczyła, jakby pochodził z innego wymiaru, gdzie prawa fizyki są tylko sugestiami. Na głowie nosił delikatną, metaliczną koronkę – precyzyjną jak narzędzie z koszmaru, a zarazem herbową ozdobę innego świata i innego porządku. Była to korona z cienkich, splatających się nici, migoczących jak pajęczyna utkana z gwiazdek. Nagły błysk rozświetlił mgłę, potem drugi, jak iskra w mroku, ale światło zgasło równie szybko, co się pojawiło, pozostawiając po sobie tylko echo w moich oczach.
Kim był? Czym był? Nie wiedziałem. Może chrabąszczem, ale przecież żaden chrabąszcz nie lśni tak, nie porusza się z taką gracją. Może robotem z bajek, które dziadek opowiadał wieczorami, o maszynach z dalekich planet. A może czymś więcej – fragmentem snu, który wymknął się z nocy i zabłądził w dniu. Serce biło mi mocno, dłonie drżały lekko, ale ciekawość zwyciężyła strach. Pochyliłem się powoli, dzierżąc słoik w pogotowiu. Chciałem zamknąć tę istotę w szkle razem z tą chwilą – z mgłą, z wilgocią, z ciszą morskiego ustronia. Chciałem zachować tajemnicę na zawsze, jak skarb w butelce wyrzuconej na brzeg.
Ale nagły głos z werandy przeciął powietrze jak ostrze: "Kolacja!". To pani Stasia nas wołała – jej ciepły, ale stanowczy głos, niosący zapach zupy grzybowej i świeżego chleba. Dziadkowie zgniatali papierosy pod butami, wstając z ławki z tym charakterystycznym skrzypieniem stawów. "Chodź, mały, zanim wystygnie" – mruknął dziadek, biorąc mnie za rękę. Istota zniknęła we mgle, jakby nigdy jej nie było. Poszliśmy do domu, gdzie światło lampy rozproszyło resztki tajemnicy, a kolacja smakowała jak zawsze – prosto i bezpiecznie.
Nazajutrz trawa była sucha, słońce przebijało się przez chmury, a mgła rozwiała się jak zły sen. Szukałem go wszędzie: pod krzakami, między korzeniami sosen, w zagłębieniach ziemi. Ani śladu. Jakby zabrał ze sobą część powietrza, którym wtedy oddychałem – lżejszego, pełnego cudów – i całą tajemnicę. Słoik stał pusty na parapecie, a ja patrzyłem na niego z żalem, jakby to on był winny ucieczce.
Lata minęły. Kurort nadal stoi, choć dziadkowie odeszli – najpierw dziadek, w ciszy szpitalnego pokoju, potem babcia, z papierosem w dłoni do końca. Ja dorosłem, świat stał się bardziej konkretny, pełen rachunków, pracy i codziennych trosk. Ale dzieciństwo nie kończy się nigdy. Do dziś wystarczy zapach wilgotnej ziemi po burzy – ten ziemisty, świeży aromat, mieszający się z wonią liści – i nagle znowu mam pięć lat, a w rękach słoik. Czuję wilgoć na kolanach, słyszę szept mgły, bo tak – ona szepce.
Ciii. Jestem już tuż-tuż. Mam to już prawie…
Nachylam się, serce bije szybciej, dłonie gotowe do chwytu. A potem – tylko echo własnych kroków, odbijające się w pustce pamięci.
Czasem, w bezsenne noce, wracam do tamtego lasu w myślach. Wyobrażam sobie, co by było, gdyby głos gosposi nie przerwał chwili. Czy schwytana istota nadal lśniłaby w słoiku? Czy jej korona z metalu ujawniłaby sekrety innego świata? A może to nie ona była tajemnicą, lecz ja – dziecko próbujące ujarzmić nieuchwytne. Słoik stał się dla mnie metaforą: szkłem, w którym zamykamy wspomnienia, by nie uciekły, ale one zawsze znajdują drogę na wolność, zostawiając tylko echo.
W dorosłym życiu próbowałem szukać odpowiedzi, racjonalizować. Czytałem książki o owadach, o zjawiskach optycznych w mgle, o iluzjach dziecięcej wyobraźni. Bo co ja właściwie widziałem? Może to był zwykły żuk majowy, którego pancerz odbijał światło w niezwykły sposób. Może halucynacja zmęczonego dziecka. Ale… głęboko w sobie wiem, że to było coś więcej. To było echo innego wymiaru, błysk nieznanego, który na chwilę przeniknął mój świat.
Dziś, gdy spaceruję po lesie z własnymi dziećmi, opowiadam im tę historię. One śmieją się, biorą słoiki i gonią motyle. A ja… patrzę w mgłę i czekam.
Ciii. Jestem już tuż-tuż…
I choć echo kroków jest tylko moje, tajemnica trwa. Bo dzieciństwo to kopalnia bez dna, a surowiec – nieskończony. Wciąż wydobywam, wciąż szukam tego błysku w rtęciowym pancerzu. I może kiedyś, w kolejnej mgle, go znajdę.
Maćku, pięknie dziękuję! 
Jestem szalenie wzruszona i bardzo doceniam, że z „Echa kroków” powstał nowy szort „Nie z tej ziemi”.
I choć to nadal krótka forma, zawarłeś w tej opowieści znacznie więcej, obszerniej opisałeś wspomnienia pięcioletniego chłopca. Okazuje się, że ów wieczór był dla dzieciaka niezwykle ważny, skoro tak mocno zachował go w pamięci, a pewne okoliczności nadal sprzyjają odświeżaniu szczególnego wspomnienia i pozwalają tamtej chwili trwać nadal.
Dobrze, że takie wydarzenia z dalekiej przeszłości są przechowywane i stają się pożywką, którą karmią się wszelkie pomysły na Twoje szorty i opowiadania. Wiem, że tej pożywki masz jeszcze wielki zapas, że na długo jej wystarczy.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Nie ma za co, Reg. Dla Ciebie wszystko.
Wiesz… to takie trochę bajanie i nie wszystko zgodne jest z prawdą…
A pożywki pewnie wystarczy, ale najbardziej szkoda mi tego, czego nie zapamiętałem, bo tamten stary świad odszedł, tamci ludzie odeszli bezpowrotnie, a ja tak się niekiedy czuję, jakbym spłacał dług wobec dziadków, wobec ciotek, wobec kolegów, z których już nie wszyscy żyją. Chciałoby się pamiętać więcej, a niestety mam tyle lat, ile mam. Może trzeba było pomyśleć o tym wcześniej i wcześniej zacząć też pisać, nie po czterdziestce.
Pięknie Ci dziękuję za ciepłe słowa i do miłego… :))
Maćku, nie czyń sobie wyrzutów, że nie wszystko pamietasz tak wyraźnie, jak byś sobie życzył i nie tłumacz tego tym, ile masz teraz lat, a raczej zważ, że zdarzenia zapamiętane w wieku pięciu lat nigdy nie będą idealne i po latach nierzadko będziemy je widzieć inaczej. Ciesz się, że miałeś wspaniałe dzieciństwo i że możesz ciągle czerpać z tej skarbnicy. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cieszę się, cieszę się bardzo. :)
To dobrze, Maćku, niech radość Cię nie opuszcza. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Jakie to słodkie i pyszne. Taki powrót do dziecięcych wspomnień. Nie dziwię się, że trafiło do biblio.
Czarna, dzięki. Mnie się podoba dodatkowo to, że jest krótki. Każde zdanie coś wnosi, bez gadulstwa. Reszta – siedzi w wyobraźni czytelnika.
Bardzo ładnie napisane i nostalgiczne, choć tytuł nieco horrorowy.
Faktycznie tekst ma w sobie coś z haiku.
Swoją drogą chciałbym nauczyć się je pisać, może czas spróbować ;>
Storm, dzięki. Haiku nie musi się rymować, choć może. Haiku jest krótkie. Haiku jest głębokie, proste i uważne. Same pozytywy! :)