- Opowiadanie: maciekzolnowski - Człowiek od cudzych piosenek

Człowiek od cudzych piosenek

Ważny dla mnie tekst. Nie bądźcie, proszę, zbyt surowi.  :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Człowiek od cudzych piosenek

Spojrzałem na dłonie. Były stare, pomarszczone, jakby nie moje. Miałem przecież czterdzieści lat – przynajmniej tak mi się wydawało.

– Are you Rick? Rick Chertoff?

Zawahałem się. Próbowałem zaprzeczyć, ale w tej samej chwili poczułem coś dziwnego: powietrze w pociągu zmieniło się, krzesła, okna, szum torów… – i nagle byłem Rickiem Chertoffem. Siedziałem tam nie jako ja, zwykły pasażer, lecz jako siedemdziesięciosześcioletni nowojorczyk, producent, który stworzył setki hitów i mimo wieku czuł puls każdej melodii.

Odpowiedź przyszła sama, zanim zdążyłem pomyśleć:

– Yes. It’s me.

Dziewczyna skinęła głową i wróciła do telefonu. A ja zostałem z tym zdaniem, które zabrzmiało zbyt pewnie, by było pomyłką.

*

Piosenka nie rodzi się w chwili, kiedy ktoś ją śpiewa.

Rodzi się wcześniej – w pustym studiu, w powtarzanym bez końca motywie, w zmęczeniu, które każe zostawić coś „tak jak jest”, choć można by lepiej. W decyzji, żeby nie poprawiać refrenu, bo właśnie w tej niedoskonałości coś się zatrzymuje.

Radiowy przebój nie jest najpiękniejszy. Ani najambitniejszy.

To raczej taki utwór, który potrafi zamieszkać w przestrzeni – między rozmową a ciszą, między jednym przystankiem a drugim. Taki, który nie potrzebuje uwagi, a i tak zostaje. Nie powstał w Polsce, a do Polski pasuje. I do Niemiec, i do Rosji, i do Czech, i do każdego innego kraju.

Jest jedna taka piosenka.

„Right Beside You”.

Powstała w kilka dni. Czwartego dnia ktoś powiedział, żeby uprościć linię basu. Piątego – żeby zostawić ją tak, jak jest. Szóstego dnia przestała być nasza.

Słoneczna, z połowy lat dziewięćdziesiątych. Z tych, które brzmią dobrze o każdej porze dnia i w każdym miejscu. Z tych, które nie starzeją się razem z nami.

Zaczyna się lekko – syntetyczny arpeggiator, jakby oddech okaryny. Potem pojawiają się smyczki, falują i znikają. Bas – riff z elementami slapowania – odzywa się rzadko, ale za każdym razem trafia w punkt.

„Right Beside You” nie domaga się uwagi. Jest obok.

Zawsze obok.

*

Pociąg kołysał się miarowo. Za oknem przesuwał się krajobraz – drzewa, domy, pola – jakby ktoś zmieniał slajdy.

Dziewczyna puściła muzykę. Cicho, prawie niedosłyszalnie.

Wystarczyło kilka sekund.

„Right Beside You”.

Obraz zaczął pulsować w rytm.

A może było odwrotnie – może to muzyka dopasowała się do świata. Do tych wszystkich migotów za szybą i pod powiekami.

Zamknąłem oczy.

Ten charakterystyczny puls – miękki, a jednak wyraźny. Jak coś, co zna się od zawsze, choć nie pamięta się pierwszego razu.

Pamiętam za to studio.

Małe. Bez okien. Powietrze ciężkie od kabli i kurzu. Ktoś liczy: raz, dwa, trzy, cztery. Wchodzę minimalnie za wcześnie. Ktoś mówi: zostaw, jest dobrze.

Zostaw.

Najważniejsze rzeczy zawsze ktoś kazał zostawić.

To dziwne uczucie: słyszeć coś, co zna cały świat, i wiedzieć, że to twoje. A jednocześnie wiedzieć, że nikt nie skojarzy melodii z tobą.

Że jesteś tylko cieniem schowanym za dźwiękiem.

Obecny i nieobecny.

*

– Rick? Rick Chertoff?

Otworzyłem oczy.

– Tak?

– Przepraszam… wydaje mi się, że pana kojarzę.

Uśmiechnąłem się lekko. Odpowiedź przyszła sama.

– Możliwe.

Zawahała się, jakby chciała powiedzieć coś więcej.

– Ta piosenka… „Right Beside You”… leci wszędzie. Zawsze ją gdzieś słyszę.

Skinąłem głową.

Chciałem potwierdzić: grałem w niej.

Chciałem powiedzieć: to ja zdecydowałem, żeby zostawić ten bas.

Chciałem powiedzieć: to jedyna rzecz, która naprawdę mi się udała.

Ale pociąg jechał dalej, a takie zdania źle znoszą ruch.

– Dobra jest – odburknąłem tylko.

Uśmiechnęła się.

Wróciła do telefonu.

*

Krajobraz pulsował.

Muzyka trwała.

Ta sama.

Nie moja.

Nie twoja.

Zamknąłem oczy jeszcze raz.

Tym razem bez obrazu studia.

Tylko dźwięk.

Niczyja.

A jednak – wspólna.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Muzyka do mnie jakoś niespecjalnie przemawia, więc i ten szort przeszedł obok.

A fantastyka?

Babska logika rządzi!

Fantastyka jest. Cudowna przemiana narratora w hitmakera. :)

 

Muzyka do mnie jakoś niespecjalnie przemawia, więc i ten szort przeszedł obok.

Ta konkretna muzyczka czy muzyka w ogóle? A to ciekawe. 

Muzyka w ogóle.

Babska logika rządzi!

Czyli nie narkotyzujesz się, bo muzyka to narkotyk (doping). youtube.com/watch?v=53DgueAtsFo :)

Podoba mi się motyw bohatera, który jest cieniem schowanym za dziełem, nierozpoznawalnym na pierwszy rzut oka niczym redaktorzy opowiadań, to zawsze autorzy będą na pierwszym planie. 

 

Nie do końca natomiast rozumiem kto jest narratorem, widzę, że następuje magiczna przemiana kogoś w Ricka, potem już do końca śledzimy Ricka bez wspomnienia poprzedniego narratora. To zabieg czysto po to, żeby to zaklasyfikować do fantastyki, prawda?

 

No i jako aspirujący pisarz, przemawia do mnie motyw ‘zostaw jak jest’. Ostatnio usłyszałem cytat dosłownie w tym klimacie, który świetnie oddaje tę samą myśl ‘[Pisarz] nie przestaje pracować nad tekstem. Po prostu stwierdza, że dalsze zmiany go nie poprawią.' I w muzyce, i w pisaniu chodzi o to samo: umiejętność odpuszczenia, uznania, że niedoskonałość bywa częścią całości.

Prestidigitator

Skad ja to znam?

Rick wiedział, co mówi. W czasach nagrywania analogowego nie było możliwości ciągłej, szybkiej edycji śladu, dlatego niektóre zespoły wchodziły do studia i nagrywały na setę wszystko w ciągu dnia, dwóch. Ciekawa rzecz a propos Bee Gees, ci z kolei śpiewali swoje partie jednocześnie. Dzisiejsze nagrywanie, komputerowe mixmastering dają potężne możliwości, ale jest coś unikatowego, magia, w nagraniach z czasów analogowych. Któraś z polskich piosenkarek powiedziała… Sparafrazuję: piosenkę nagrywało się od początku do końca, był to zapis nie tylko dźwięku, ale niepowtarzalny wycinek chwili, emocji i pomimo, że niedoskonały, to właśnie dlatego tak wartościowy. 

Nagrywanie to proces, okraszony godzinami spędzonymi w studio :-) Numer się zna, grywało się go setki razy, a przy rejestrowaniu ciągle coś nowego można się dowiedzieć. Za każdym razem świeża artykulacja. 

Bardzo dobrze napisany szort, Macieju. Super oddajesz klimat studia, splątane kable, atmosfera gęsta, wysiłek przy pracy. I obecność muzyki, która jest wszędzie i będzie z nami do końca. A gdy nas pochłonie czas, ona będzie trwać wiecznie. 

Klik

Pozdrawiam

Czyli nie narkotyzujesz się, bo muzyka to narkotyk (doping). youtube.com/watch?v=53DgueAtsFo :)

Nie. Żadnych narkotyków. 

Babska logika rządzi!

Maćku, tym razem piszesz o kimś, o kim pierwszy raz słyszę. Ponadto mamy tu piosenkę, której również nie znam, a jeśli do tego dodać – co potwierdził Hesket – znakomicie pokazaną pracę muzyków w studiu, to muszę powiedzieć, że niewiele z tego szorta dotarło do mnie i pewnie niewiele zostanie w pamięci.

Ale cieszę się, że „Człowiek od cudzych piosenek” jest napisany bardzo porządnie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Muzyka, która niejako odrywa słuchacza od ciała, to chyba dość powszechne doświadczenie, ale żeby dzięki niej transmigrować w ten sposób… Uznaję więc element fantastyczny, nawet jeśli można rzecz czytać również niedosłownie.

Podobało mi się. Ładne, liryczne, kontemplacyjne. Prawie jak wiersz, więc nie dziwię się, że Finkla, która nigdy nie ukrywała swojego nastawienia do poezji, kręci głową ;)  

w pisaniu chodzi o to samo: umiejętność odpuszczenia, uznania, że niedoskonałość bywa częścią całości

Zgadzam się z Prestidigitatorem. Utwór, w którym “wszystko lśni”, nic nie jest zbędne, a każdy przedmiot znajduje się na swoim miejscu to niekoniecznie ideał. Zresztą w sztuce nie ma (na szczęście) jednego, najlepszego wzorca, do którego wszyscy powinni równać. Różni mądrzy ludzie mają różne szczegółowe teorie dotyczące pisania dobrej prozy, począwszy od tego, jak należy konstruować zdania, a skończywszy na tym, jak budować fabularną strukturę. Ja sam lubię czasem czytać zawikłane wizje, w których nie ma prostego porządku konstrukcyjnego, rytm oraz szyk zdań nieco się chwieją i generalnie – zasady ze szkolnych podręczników i poradników dobrego pisania są łamane. Wizje te miewają – paradoksalnie? – więcej życia, mięsa i generalnie autentyzmu niż te tworzone “przepisowo”.

Oczywiście, że klikam do biblioteki.  

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ale muszę Ci powiedzieć Finkla, że jesteś pierwszą osobą, z którą się zetknąłem, co nie lubi muzyki. Dla mnie to sensacja. Nie potępiam Cię, ale to sensacja.

Jest taka ciekawostaka: mój profesor od skrzypiec twierdzi, że jego kolega, również skrzypek, nie cierpi muzyki. Czyli wychodzi na to, że można grać, uprawiać sztukę i jej nie uznawać, nie lubić. Taka ciekawostka.

Ale wiesz, że istnieje zw. muzyki z matematyką? I że muzyka dobrze wpływa na rozwój człowieka – jego pamięć, abstrakcyjne myślenie… ??? 

Dzięki za wizytę, Reg. :)

Rick Chertoff jest producentem znanych hitów muzycznych, takich jak “Time After Time” czy właśnie “Right Beside Yo”. Współpracował z samymi sławami: Cyndi Lauper, Joan Osborne, Sophie B. Hawkins. Bohater mojego mikroopowiadania, jadąc pociągiem, staje się owym Rickiem. Przemiana jest mentalna, fizyczna i nade wszystko symboliczna. Ma poczuć, jak to jest być kompozytorem hitu, który wszyscy mają na ustach. W tle pojawiają się pytania i kwestie generalne: jak to jest, że muzyka importowana tak dobrze odnajduje się w warunkach Polskich? W jaki sposób muzyka żyje własnym życiem? Do kogo należy hit? Co to jest utwór radiowy?

Mam nadzieję, że trochę pomogłem. :)

Jeroh, dzięki Ci za kliknięcie i miłe słowa. Podpisuję się pod wszystkim, co napisałeś. Dodam kilka luźnych refleksji. Można poprawiać, ale w końcu trzeba przestać, bo skończy się jak Proust:  ;) 

Marcel Proust był znany z obsesyjnego poprawiania swoich dzieł, szczególnie monumentalnego cyklu „W poszukiwaniu straconego czasu”. Wprowadzał poprawki nawet w trakcie druku, rozbudowując zdania i dodając całe akapity na korektach (tzw. "bon à tirer"), co sprawiało wydawcom ogromne trudności. Jego proces twórczy był ciągłym dążeniem do perfekcji.

Co do hitów radiowych, wg mnie one brzmią najlepiej w oryginale, mogą być niedoskonałe, ale potęga wersji oryginalnej jest przeogromna. 

 

Co do naszej Finkli, jeśli nie kocha muzyki, to nigdy nie pokocha rytmu, wręcz melodii poezji, nie ma takiej możliwości. Ja osobiście poezji nie uprawiam, ale tylko dlatego, że jest techniczna, no po prostu trudna. 

Maćku, dziękuję za wyjaśnienia. Mam nadzieję, że coś z tego, czego dużo teraz piszesz, okaże się dla mnie bardziej czytelne i nie będzie wymagało dodatkowych tłumaczeń. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

piosenkę nagrywało się od początku do końca, był to zapis nie tylko dźwięku, ale niepowtarzalny wycinek chwili, emocji i pomimo, że niedoskonały, to właśnie dlatego tak wartościowy.

Pełna zgoda. Dodam: na koncertach albo się umie śpiewać / grać, albo nie. Nie ma możliwości powtarzania do momentu – aż wyjdzie. 

 

Dzięki za ciepłe słowa, ocenę i kliknięcie, Hesket. Z tego, co widzę, muzyka nie jest Ci obca. Wy tam w Łańcucie muzykalni. ;)

to zawsze autorzy będą na pierwszym planie. 

Prestidigitator, zobacz, jakie to wszystko niesprawiedliwe. W rozrywce liczą się wokaliści, nie producenci czy kompozytorzy – ci zawsze są w tle. W kinie celebruje się dokonania aktorów i reżyserów, nigdy scenarzystów. Jak to jest?

Co do kompozytorów jeszcze… Był sobie taki J. S. Bach. Z jego pracy korzystają pokolenia, a za życie nie cieszył się aż takim uznaniem (jeśli już, to jako organista-wirtuoz). Ludzkości dał wiele, a co ludzkość dała jemu?

Dzięki Ci, Prestidigitator, za ciepłe słowa i bardzo ciekawy głos w dyskusji. 

 

I w muzyce, i w pisaniu chodzi o to samo: umiejętność odpuszczenia, uznania, że niedoskonałość bywa częścią całości.

To chyba mnie dotyczy. ;) Pełna zgoda. 

Nie do końca natomiast rozumiem kto jest narratorem, widzę, że następuje magiczna przemiana kogoś w Ricka, potem już do końca śledzimy Ricka bez wspomnienia poprzedniego narratora. To zabieg czysto po to, żeby to zaklasyfikować do fantastyki, prawda?

Prestidigitator, sorki, że rozbiłem odpowiedź, skierowaną do Ciebie, na osobne bloki. 

Tak, chciałem, by pojawił się mocny akcent fantastyczny, choć z drugiej strony przemiana w Rickiego jest też symboliczna. Zadaję po prostu pytanie, jak to jest być hitmakerem? Jakie uczucie, niedostępne “zwykłym śmiertelnikom”, temu towarzyszy. Mój bohater, ulegając metamorfozie, może to przeżyć.

Tak. Zapewne masz na myśli koncerty w łańcuckim zamku. W parku ćwiczą skrzypkowie :-) Takie pytanie: Czy grywałeś Kaprys 24?

Pozdrawiam

Ale muszę Ci powiedzieć Finkla, że jesteś pierwszą osobą, z którą się zetknąłem, co nie lubi muzyki.

“Nie lubi” to zbyt mocno powiedziane. Muzyka prawie na mnie nie działa. Ale jak ktoś inny puści, to niech sobie coś w tle plumka, nie będzie mi to przeszkadzać.

Babska logika rządzi!

maciekzolnowski

To ciekawe spojrzenie z tą przemianą, w sumie nie myślałem o tym w ten sposób.

Ale czy sięgając po biografię kogoś znanego nie stajemy się częścią jego świata? Czy doczytując szczegóły życia aktora/autora/reżysera/kompozytora nie przyjmujemy części jego cech?

 

Pamiętam, jak czytałem kiedyś biografię Steva Jobsa i potem starałem się w pracy dopieszczać detale i nie dopuszczać ‘przeciętności’. To była przemiana, taka jak opisana w twojej opowieści, tylko bardziej symboliczna. Dzięki za otworzenie mi nowej klapki w mózgu! laugh

Prestidigitator

Ale czy sięgając po biografię kogoś znanego nie stajemy się częścią jego świata?

Nie sądzę. To ten ktoś staje się częścią naszego świata.

Babska logika rządzi!

Oj tak, zgadzam się z Finklą, że to ten ktoś częścią naszego świata się staje. 

 

Cześć,

jak zwykle ładne i nostalgiczne. Specjalizujesz się w krótkich formach i dobrze (a przynajmniej dla mnie trafnie) oddajesz klimat miejsca i uczuć. Nie wiem, co sądzić o fantastyce – z jednej strony trochę szkoda, że jest jej mało, dość oszczędnie i subtelnie dawkowana, ale z drugiej to też jest plus. Może nadmiar fantastyki przykryłby tę nostalgiczność w Twoich tekstach. Nie wiem…

Pozdroklik.

Napisałem też wersję bardziej literacką (różnice nie są wielkie, ale są):

 

„Człowiek od cudzych piosenek”

Spojrzałem na dłonie. Były stare, pomarszczone, jakby nie moje. Miałem przecież czterdzieści lat – przynajmniej tak mi się wydawało.

– Are you Rick? Rick Chertoff?

Zawahałem się. Chciałem zaprzeczyć, ale w tej samej chwili coś się przesunęło – jakby powietrze w pociągu zgęstniało, jakby dźwięk kół na chwilę zmienił rytm. Siedziałem tak samo jak przed chwilą, a jednak nie całkiem ja.

Odpowiedź przyszła sama, zanim zdążyłem ją powstrzymać:

– Yes. It’s me.

Dziewczyna skinęła głową i wróciła do telefonu. A ja zostałem z tym zdaniem, które zabrzmiało zbyt pewnie, by było pomyłką.

*

Piosenka nie rodzi się w chwili, kiedy ktoś ją śpiewa.

Rodzi się wcześniej – w pustym studiu, w powtarzanym bez końca motywie, w zmęczeniu, które każe zostawić coś „tak jak jest”, choć można by lepiej. W decyzji, żeby nie poprawiać refrenu, bo właśnie w tej niedoskonałości coś się zatrzymuje.

Radiowy przebój nie jest najpiękniejszy. Ani najambitniejszy.

To raczej taki utwór, który potrafi zamieszkać w przestrzeni – między rozmową a ciszą, między jednym przystankiem a drugim. Taki, który nie potrzebuje uwagi, a i tak zostaje. Nie powstał tutaj, a jednak pasuje. Do tego krajobrazu, do tamtego, do każdego.

Jest jedna taka piosenka.

„Right Beside You”.

Powstała szybko. Czwartego dnia ktoś powiedział, żeby uprościć linię basu. Piątego – żeby zostawić ją tak, jak jest. Szóstego dnia przestała być nasza.

Słoneczna, z połowy lat dziewięćdziesiątych. Z tych, które brzmią dobrze o każdej porze dnia i w każdym miejscu. Z tych, które nie starzeją się razem z nami.

Zaczyna się lekko – syntetyczny arpeggiator, jakby oddech okaryny. Potem pojawiają się smyczki, falują i znikają. Bas odzywa się rzadko, ale za każdym razem trafia w punkt.

„Right Beside You” nie domaga się uwagi. Jest obok.

Zawsze obok.

*

Pociąg kołysał się miarowo. Za oknem przesuwał się krajobraz – drzewa, domy, pola – jakby ktoś zmieniał slajdy.

Dziewczyna puściła muzykę. Cicho, prawie niedosłyszalnie.

Wystarczyło kilka sekund.

„Right Beside You”.

Obraz zaczął pulsować w rytm.

A może było odwrotnie – może to muzyka dopasowała się do świata. Do tych wszystkich migotów za szybą i pod powiekami.

Zamknąłem oczy.

Ten charakterystyczny puls – miękki, a jednak wyraźny. Jak coś, co zna się od zawsze, choć nie pamięta się pierwszego razu.

Pamiętam za to studio.

Małe. Bez okien. Powietrze ciężkie od kabli i kurzu. Ktoś liczy: raz, dwa, trzy, cztery. Wchodzę minimalnie za wcześnie. Ktoś mówi: zostaw, jest dobrze.

Zostaw.

Najważniejsze rzeczy zawsze ktoś kazał zostawić.

To dziwne uczucie: słyszeć coś, co zna cały świat, i nie mieć już do tego dostępu inaczej niż wszyscy.

Jakby własny ślad w tej melodii należał już do kogoś innego.

Obecny i nieobecny.

*

– Rick? Rick Chertoff?

Otworzyłem oczy.

– Tak?

– Przepraszam… wydaje mi się, że pana kojarzę.

Uśmiechnąłem się lekko.

– Możliwe.

Zawahała się, jakby chciała powiedzieć coś więcej.

– Ta piosenka… „Right Beside You”… leci wszędzie. Zawsze ją gdzieś słyszę.

Skinąłem głową.

Na chwilę wróciło to małe studio. Ten moment zawahania przed kolejnym podejściem. Ten bas, którego nikt już nie zmieniał.

Ale pociąg jechał dalej, a takie rzeczy źle znoszą ruch.

– Dobra jest – powiedziałem tylko.

Uśmiechnęła się.

Wróciła do telefonu.

*

Krajobraz pulsował.

Muzyka trwała.

Ta sama.

Nie moja.

Nie twoja.

Zamknąłem oczy jeszcze raz.

Tym razem bez obrazu studia.

Tylko dźwięk.

Niczyja.

A jednak – wspólna.

 

Prestidigitator, nie ma za co, do usług. 

Dzięki za wizytę tutaj i pozdroklika, Robert. :)

Nowa Fantastyka