Tekst w stylu Pilcha.
Tekst w stylu Pilcha.
Mój Boże, ileż było takich historii – owianych mgłą półprawd, sąsiedzkiego szeptu, dziecięcego urojenia – które z każdym powtórzeniem twardniały, aż stawały się prywatnymi legendami, małymi kamieniami w kieszeni pamięci. Większość już wyblakła, bo świat dziecka rządzi się własnymi prawami i zwykłe rzeczy potrafi obdarzyć aurą tajemnicy, której dorosły nigdy nie odnajdzie. Na przykład taka sieczkarka. Metalowa, hałaśliwa, rolnicza – a jednak od tamtej pory sama jej nazwa brzmi we mnie jak łoskot, jakby ktoś przeciągnął gwoździem po szkle.
Miałem starszego kolegę, Adama Bochenka z Ogrodowej. Mieszkał z Basią i Tomkiem w domu, który w mojej pamięci pozostaje enklawą dziecięcej wolności graniczącej z anarchią. Adam był większy, silniejszy, patrzył na świat z miną człowieka, który dawno przestał pytać o pozwolenie. W wieku trzynastu lat posiadał komplet cech, których ja jeszcze nie miałem i nie wiedziałem, skąd je wziąć.
U nich każdy robił, co chciał. Rodzice mieli swoje sprawy, dzieci – swoje. Można było biegać po całym budynku, chować się wśród stert zawilgoconych ubrań, wymyślać gry bez reguł, robić rzeczy, za które u mnie groziłyby reprymendy i tygodniowe zakazy. W powietrzu unosiło się pierze – pamiątka po brojlerze, który kilka dni wcześniej skończył żywot na kuchennym stole. Na podłodze walały się puste butelki po winie owocowym, kawałki jakiegoś sznurka, stara „Angora”, łyżka z resztką marmolady. Ojciec jeździł mopikiem do pegeeru, matka paliła „Sporty” bez filtra i co jakiś czas podejmowała heroiczną, z góry skazaną na porażkę walkę z bałaganem. Najmłodszy Tomek potrafił wrócić ze szkoły tak głodny, że raz wypił pomyje z wiadra – i twierdził, że smakowały lepiej niż barszcz z uszkami.
A jednak było wesoło. Śmialiśmy się z byle czego, rechotaliśmy do łez. Wieczorami leżeliśmy na kanapie i oglądaliśmy „Sąsiadów”, a potem – po raz pierwszy w życiu – „Terminatora”. Pamiętam, jak siedziałem z otwartymi ustami i myślałem, że to najpiękniejsza rzecz, jaką widziałem.
Pamiętam też, jak babcia poszła raz do Bochenków po cukier. Zapukała. Z wnętrza dobiegł wściekły krzyk:
– E ty, kurwa mać! Zaraz jak ci walnę, cholero jedna!
Chwila ciszy, potem szybka, skruszona poprawka:
– A, to pani Goździkowa. Przepraszam bardzo. Myślałam, że to znowu te małe diabły kręcą się po sieni.
– Nic się nie stało – odpowiedziała babcia z godnością, której nikt jej nie odbierze.
Taki właśnie był ten dom: głośny, chaotyczny, pachnący dymem tytoniowym, drożdżami i wolnością. Czasem, kiedy wszyscy byli w akcji, z mieszkania unosił się prawdziwy poemat bluzgów – najpierw basowy ryk Tomka, potem kontrapunkty Basi, wreszcie finał Adama, który potrafił przekląć tak, że echo odbijało się od ścian jak dzwon.
– Słuchaj, Adam – zagadnąłem kiedyś, chowając się za stertą ubrań – czy wy naprawdę zawsze tak żyjecie?
– A co, nie podoba ci się? – odpowiedział, rozkładając ręce. – U nas jest jak w cyrku. Chcesz popcornu, czy rzucamy stołem?
Nie wiedziałem wtedy, czy żartuje, czy mówi poważnie. Ale właśnie to było piękne: nigdy nie można było zgadnąć.
Nie zdziwiłem się, kiedy dotarła do mnie wieść, że Adamowi sieczkarka obcięła palec. Nie widziałem tego na własne oczy. Ale w tamtym Bochenkowym królestwie wszystko wydawało się możliwe.
Ojciec wrzucał trawę, mlecz, buraki cukrowe. Adam podawał je do gardzieli maszyny – miała wyjść pasza dla królików. Silnik warczał równo, noże wirowały z przyjemnym, hipnotycznym świstem. Wystarczało trzymać rytm, nie spieszyć się, nie zawahać.
Przez chwilę wszystko szło jak w podręcznikowej spółdzielni. A potem coś się zmieniło. Adam znieruchomiał. Przed oczami – dokładnie w linii noży – pojawił się królik. Nie zwykły, szary gryzoń, lecz wielki, biały, pluszowy, z oczami czarnymi jak mokry węgiel. Patrzył prosto na niego, ufnie, niemal czule. Zęby miał metalowe, lśniące, ale niegroźne – raczej jak maleńkie klawisze fortepianu, które czekają na dotyk. Adam poczuł nagle, że chce go pogłaskać. Wyciągnął rękę, żeby musnąć miękkie futro między uszami – jak kiedyś z prawdziwymi królikami za stodołą.
W tej samej sekundzie noże chrupnęły. Palec odleciał czysto, jakby nigdy nie był częścią dłoni.
W szpitalu było jasno i zimno. Pachniało spirytusem i metalem, jakby ktoś ostrzył narzędzia. Adam leżał blady, ale przytomny. Patrzył w sufit i uśmiechał się tym spokojnym uśmiechem, który zawsze mnie trochę denerwował, bo wyglądał tak, jakby nic na świecie nie mogło go naprawdę zaskoczyć. Lekarz oglądał odcięty palec przez chwilę w milczeniu, jakby sprawdzał, czy to w ogóle ma sens. Potem powiedział:
– Spróbujemy.
Mówiono, że operacja się udała i wszyscy zaczęli się śmiać. Adam jeszcze tego samego dnia ruszył palcem, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę do niego wrócił.
Nie wiem, ile w tym prawdy, a ile dziecięcej legendy. Z każdym powtórzeniem historia rosła, nabierała barw, aż stała się czymś więcej niż faktem – stała się przestrogą, którą opowiadano przyciszonym głosem, ale zawsze z uśmiechem w kąciku ust. Jedno jest pewne: od tamtego dnia słowo „sieczkarka” brzmi w mych uszach jak cichy, metaliczny zgrzyt – i zawsze będzie.
A Bochenkowie? Matka odeszła na raka – po latach wina owocowego, „Sportów” i tej beztroski, która kiedyś była w tym domu jak powietrze. Dzieci skończyły szkoły, znalazły pracę, pozakładały rodziny. Domy, ogródki, pociechy w podstawówce, raty na czas. Żyją spokojnie. Nawet – co przyznaję z lekkim ukłuciem zazdrości – lepiej ode mnie.
Bo chaos, który kiedyś wydawał się nędzą, stał się ich tarczą. A porządek, który ja dostałem w spadku, okazał się klatką, do której klucza nigdy nie odnalazłem.
Dlatego kiedy mijam na ulicy kogoś, kto wygląda jak dorosły Adam Bochenek – z tym samym spokojnym, trochę zblazowanym uśmiechem – zawsze się zastanawiam: czy on też pamięta białego pluszowego królika? I czy kiedy zamyka oczy, słyszy ten sam zgrzyt.
Bo ja słyszę. Gdzieś w oddali znów rusza sieczkarka.
Jak zwykle jestem pod wrażeniem. Taki powrót do młodzieńczych lat, trochę szalonych i bardzo wolnych, aż się łezka w oku zakręciła. Moja babcia nie miała palca wskazującego, zawsze jak pytaliśmy odpowiadała, że odgryzł jej pluszowy królik, więc coś z mini musi być na rzeczy.
Dzięki, Czarna, Starałem się. Szkoda, że tak mało już pamiętam. :(
Moja babcia nie miała palca wskazującego, zawsze jak pytaliśmy odpowiadała, że odgryzł jej pluszowy królik…
Czyli pomysł nie jest aż tak oryginalny, jak się wydaje. Istnieje więcej osób – ofiar pluszowego królika. ;)
Na to wygląda. Coś te króliki mają do nas.
Cześć, Maciej
Też miałem ciekawych sąsiadów, później się wyprowadzili i sprzedali dom.
Niby zwyczajnie… bałagan, sieczkarnia, wino, papierosy i zapach spirytusu już w szpitalu. Wprowadzasz poetykę w życie codzienne, malujesz słowem i robisz to w sposób, który nie męczy, ponieważ z tym można łatwo przedobrzyć. U Ciebie jest to zaleta tekstu, delikatnie wyczuwalny smak. Zastanawiam się, kiedy napiszesz coś dłuższego.
Widzę w tym siebie, grę w rzucanie scyzorykiem, walkę na kije, skoki, salta w zaspy śniegu, wskakiwanie wczesną wiosną do rzeki, jeżdżenie do zmroku na worku wypchanym sianem, przejazd przez ulicę i lądowanie na zamarzniętej rzece. Gdy tak myślę, co wyrabiałem jako dzieciak, czuję się szczęśliwy, że mogłem żyć w tamtych czasach. I nie, nie jest to sentyment typu: Boże… jak dobrze wtedy smakowała Kaskada albo lody w kubku za pięćdziesiąt groszy.
Klik!
Pozdrawiam
Dzięki, cieszę się, Hesket. Pamiętam wszystkie te rzeczy, o których mówisz: lody w kubku za grosze, worek wypchany sianem itp. To były inne, lepsze czasy. :)
Opis rozgardiaszu panującego w domu Bochenków uświadomił mi, że tę historię już czytałam, ale nie mogę powiedzieć, że powtórna lektura była przykrością. Wręcz przeciwnie – jak zwykle z ogromną przyjemnością wracam do Twoich opowieści z dzieciństwa. :)
Zęby miał metalowe, lśniące, ale nie groźne… → Zęby miał metalowe, lśniące, ale niegroźne…
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Łeee, znowu nie ma fantastyki.
Babska logika rządzi!
Finkla, a królik? :)
Że sobie dzieciak wyobraził królika? Bo ja tam widziałam dziecięcą wyobraźnię.
Babska logika rządzi!
Mógłbym to bardziej ufantastycznić. ???
No, gdyby tego królika widziało nie tylko jedno dziecko… Gdyby ktoś gdzieś znalazł strzępki białego futerka, gdyby znikała marchewka…
Babska logika rządzi!
E tam.
Według mnie tekst jest naprawdę dobry. I każdy literat, doszukujący się ukrytych znaczeń tam gdzie ich nie ma, wyłapie ironię – “follow the white rabbit” ;)
Tym razem nie, żeby sprawdzić jak głęboka jest królicza nora, ale jak wygląda szpital od środka…
Dzięki, Reg, za mini-łapankę i miłe słowa. Ciężko napisać jest dobre opowiadanie. To tutaj ma dwie wielkie wady: 1) jest przegadane, 2) miesza realizm z realizmem magicznym i fantastyką, miesza literaturę z esejem (to pod koniec) i głosem moralizatorskim. Pod koniec opowiadanie nie pozostawia miejsca na interpretację i “głos” czytelnika, wszystko “piknie” dopowiada. Ale mimo wszystko cieszę się, że Ci przypadło do gustu i że wady nie przeszkadzały w odbiorze, w czytaniu. :)
Maćku, owszem, irytują mnie czasem opowiadania przegadane, ale ten szort taki nie jest. Czy tu mieszają się wymienione przez Ciebie gatunki – nie wnikam, bo dobrze się czytało, nawet po raz drugi.
A poza tym, każdy kto ma dobre wspomnienia i czuje potrzebę dzielenia się nimi, niech pisze ile dusza zapragnie, najcześciej ku zadowoleniu czytelników. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Gdyby ktoś gdzieś znalazł strzępki białego futerka, gdyby znikała marchewka…
To są bardzo fajne pomysły, Finkla. Jeśli chodzi o ten tekst, to nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Wrócę do niego. Sentymentalny kawałek… :)
niech pisze ile dusza zapragnie, najcześciej ku zadowoleniu czytelników.
Cieszę się, Reg, że tak mówisz. Właśnie napisałem nowy tekst o Racławicach. Może ci się akurat spodoba… :)
Dzięki za ciepłe słowa, Silver. Mam sentyment do tej historii. Starałem się ją opisać sprawnie i plastycznie, oczywiście na miarę własnych możliwości.