Profil użytkownika

Nie można porządnie podać miejsc inspirujących twórczość w zakładce Miasto, więc będą tutaj. Przede wszystkim Trójmiasto i Podhale. Mogą się zlewać we wspólny nieokreślony twór (coś jakby Turów Róg).


komentarze: 2907, w dziale opowiadań: 2210, opowiadania: 647

Ostatnie sto komentarzy

Cześć, bruce!

Dziękuję za miłą lekturę przed snem. Na pewno warto było to spisać, pomysł takiego połączenia legendy o Syrence i mitu Amazonek jest nader plastyczny i oryginalny, dźwiga tekst. I jeszcze z mitologią grecką (choć czy tamte pierwotne syreny nie były bardziej ptasie?). Prawdę mówiąc, dotąd raczej się nie stykałem z Amazonkami w kontekście słowiańskim, chociaż było w epilogu Balladyny “choć pewien uczonek / mniema, iż pochodziła z kraju Amazonek”, więc coś gdzieś dzwoni. Pomysł z fikcyjną etymologią też ładny, inicjalne “a” z czasem mogłoby się zlać z przyimkiem “na”… Dlaczego “Zawa”, a nie tradycyjna “Sawa”?

Konwencja baśni dziecięcej utrzymana dość dobrze. Syrenka wypada, powiedziałbym, pomnikowo, jakby deklarowała uczucia zamiast je przeżywać, ale może to ma sens, skoro faktycznie występuje pod postacią pomnika i relacjonuje zdarzenia z dystansu więcej niż millenium. Mocno rzucają się w oczy wskazywane już przez Przedmówców szczegóły, które zakłócają spójność konstrukcji świata (jak choćby z tym “szukając jakiejkolwiek strawy” czy z kolei znajomością smaku i składników placka). Albo tutaj:

nadal jeszcze z trudem powstrzymywałam naturalne żądze. A te były zgubne dla wszystkich śmiertelników bez żadnego wyjątku!

Spoglądałam na niego i zastanawiałam się, czy jest kolejnym mordercą, który rzuci się na mnie z zamiarem zabicia. Ileż razy to już przerabiałam, iluż mężczyzn musiałam z tego powodu rozszarpać…

To jednak trzeba się zdecydować, czy rozszarpywała mężczyzn z powodu zgubnych naturalnych żądz, czy w samoobronie.

Inne przypadkowe uwagi redakcyjne:

W tej obcej, przepełnionej chłodem krainie(-,) nie czułam się bezpieczna.

Bez przecinka między grupą podmiotu a orzeczenia.

W dodatku mimo opuszczenia rodzinnych, ciepłych mórz i błąkania się wiekami po północnych krańcach świata, nadal jeszcze z trudem powstrzymywałam naturalne żądze.

Cała ta grupa od “mimo” do “świata” to niewyraźne wtrącenie, które wydzielamy przecinkami obustronnie lub wcale.

wszczął pożar

Wzniecić pożar (wszcząć alarm, bójkę).

tajemniczej armii walecznych białogłowych

Białogłów. (Zdaje się, że zwykle oznaczano tym wyrazem mężatki).

Ukochany, skromny Wars o gołębim sercu(-,) został wkrótce księciem osady

Znów między grupą podmiotu i orzeczenia (“skromny Wars o gołębim sercu” nie jest tutaj wtrąceniem, bo “ukochany” to przydawka Warsa, a nie podmiot).

 

Pozdrawiam serdecznie!

Z okazji majówki można zapoznać się z wstępnym podsumowaniem:

 

OldGuard – Bal z okazji Końca Świata – 17/5 głosów, 2 TAKI (MichaelBullfinch, bruce, regulatorzy, Marszawa), nominacja!

MichaelBullfinch – Nie poprosicie o więcej – 9/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

jeroh – Żądza i śmierć – tak musi być – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

maciekzolnowski – Ci, którzy pamiętają jutro – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

kronos.maximus – Artefakt na Tytanie – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

JolkaKJesteś? – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch);

Szuwar – Głupie suki – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

MordercaBezSerca – 1‰ Echo – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

betweenthelines – Zguba – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

melendur88Modelowy ksiądz – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

MichaelBullfinch – Nie poprosicie o więcej (Finkla).

Staram się wyciągać wnioski z komentarzy, a Twój o pewnej przypadkowości w doborze słów dał mi do myślenia. Dlatego doceniam każdą uwagę, a już szczególnie te, które punktują konkretne mankamenty, bo widzę dokładniej na co zwracać uwagę.

Dziękuję! Nie zamierzam sobie przypisywać jakiejś nadmiernej roli, nie była to jakaś wyjątkowo głęboka uwaga, ale bardzo się cieszę, skoro uważasz, że Ci pomogła.

Pogrzebałam też sobie w tym temacie i może da się to obronić – jeśli taki obiekt nadleciałby od strony słońca, mógłby nie zostać wykryty do czasu, aż byłoby za późno [w tym miejscu był link, ale po kliknięciu pojawia się błąd, więc zostawiam tytuł artykułu: Słońce ukrywa śmiercionośne asteroidy. Tych kolizji nie unikniemy… / geekweek]

Tytuł brzmi rażąco “clickbaitowo”, ale musi chodzić o planetoidy z grupy Atiry. Są rzeczywiście najtrudniejsze w obserwacjach, ale stosunkowo mało liczne, obecnie nie przecinają toru ruchu Ziemi i mają skłonność do stabilności orbit. Wydaje mi się, że również w tej grupie co najmniej znaczna większość obiektów dość dużych, by grozić globalną katastrofą w razie kolizji, została już wykryta. Niemniej astronomią interesuję się kompletnie amatorsko, więc też chętnie poznałbym opinię eksperta, na ile da się to obronić.

Cześć, OldGuard!

Bardzo solidne opowiadanie. Znana historia, ale ukazałaś przekrój prawdopodobnych reakcji społecznych chyba z większą lekkością i trafnością niż cokolwiek podobnego, co czytałem. Zresztą widać, choćby po imionach bohaterów, że utwór celowo pogrywa z różnymi kontekstami, nie dystansuje się od nich. Jednocześnie za pośrednictwem tej apokaliptycznej wizji mówisz coś o codzienności, taki sposób przekonywania do brania spraw w swoje ręce i aktywnego korzystania z życia, na ile komu umożliwiają to inne zobowiązania, może mi się podobać, nie razi tanim dydaktyzmem.

Przypomniałem sobie, jak kiedyś czytałem anegdotę o pacjencie, który był na profilaktycznym badaniu USG i technik stażysta ucieszył się głośno, że widzi prostatę (znalezienie zdrowej prostaty nie jest, nomen omen, proste). A ten delikwent uznał to za wyrok, przemodelował swoje życie dość radykalnie, zaczął spełniać różne marzenia, po paru tygodniach wrócił zapytać, czy to umieranie będzie bardzo bolało, i usłyszał, że jego prostata jest całkowicie prawidłowa… Albo inne skojarzenie, na dużo poważniejszą nutę – ile rodzin przynajmniej pomyślało o postąpieniu tak jak Romain, gdy na początku pandemii zaczęło stawać się jasne, że będzie zakaz odwiedzin w szpitalach i domach opieki i pacjenci będą umierać w samotności?

Pod względem językowym opowiadanie wydaje mi się lepsze od Twoich poprzednich, które czytałem, dobór słów i fraz wyważony, pasujący do tematu. Nawet pojedyncze miejsca zastanawiające pod kątem interpunkcji (“tańczyła sama, z zamkniętymi oczami i nikt nie patrzył na nią z politowaniem”; “potem, jednym płynnym ruchem ją zdjął”) wyglądają bardziej na świadome próby stylizacji niż na błędy. Nie jestem natomiast przekonany w sprawie wyboru asteroidy (planetoidy) jako przyczyny katastrofy. Po wysiłkach z lat dwutysięcznych praktycznie wszystkie planetoidy o rozmiarach grożących globalną katastrofą w razie zderzenia i poruszające się w pobliżu orbity Ziemi zostały sklasyfikowane i objęte monitoringiem, a ich tory lotu są obliczane na setki lat naprzód; jedynym takim nowym obiektem odkrytym w ciągu ostatnich kilkunastu lat jest https://en.wikipedia.org/wiki/2022_AP7. Z tego względu bardziej prawdopodobnym zagrożeniem wydałaby mi się nieznana kometa długookresowa: oczywiście musielibyśmy mieć niesamowitego pecha, żeby taka trafiła w Ziemię, ale w razie czego mogłoby to zostać wykryte zaledwie kilka miesięcy przed zderzeniem, co pewnie dałoby nam jeszcze dość czasu na wystrzelenie rakiety z ładunkiem jądrowym celem odchylenia jej toru lotu, ale niekoniecznie na plan B.

Gratuluję szybkiego trafienia do Biblioteki. Widzę już, że dojdzie też do głosowania piórkowego. Jak wspomniałem, nie jest to oryginalny pomysł, ale czy cała literatura musi być na siłę oryginalna? Mam jeszcze prawie miesiąc do namysłu, przekonam się, na ile tekst mi zapadnie w pamięć i czy przyjdą mi do głowy jakieś nowe uwagi, ale w tej chwili skłaniam się wyraźnie w stronę TAK-a.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Betując często zapominam skomentować, ale teraz nie popełnię tego błędu.

Bądź co bądź dla wszystkich jest jasne, że wtedy to bardziej niedopatrzenie niż “prawdziwy” brak komentarza lożowego.

To raczej autor się ślini na myśl o koronkowym peniuarze

Wtem trzaska sopel w wielki mróz

i z hukiem toczy się po rynnie…

a my naprawdę śpimy już

i uśmiechamy się niewinnie.

Jeżeli tylko pozwalają Ci okoliczności zewnętrzne (a cóż może powstrzymać smoka?), to nie tęsknij, a częściej zaglądaj, nam także Ciebie brakuje!

Dziękuję za zainteresowanie poruszonym tematem, zwabienie takiej Smoczycy jak Ty to niewątpliwy sukces! Wszystko się zgadza, i właśnie w powyższych wpisach starałem się obliczyć, czy ta słaba poświata może pochodzić od światła wtórnie odbitego od Ziemi, tak samo jak w przypadku światła popielatego Księżyca.

Hej!

Także bardzo się cieszę, że mogę Cię tutaj gościć, nowe komentarze pod tak starym tekstem to zawsze gratka. Aż trudno mi uwierzyć, że w piątek minie pięć lat od dnia publikacji, naprawdę nie czuję się tak, jakbym tu był od tak dawna!

To prawda, że na tamtym etapie rozwoju literackiego miałem duże skłonności do popadania w opisowość i statycznego prowadzenia akcji. Ładny język nieco to ratuje i pewnie dzięki temu możesz uznać, że opowiadanie jest wymagające w korzystnym sensie. Bynajmniej nie poczyniłem od tego czasu takich postępów twórczych, jakich bym pragnął, ale staram się wprowadzać podobne elementy w bardziej zrównoważony i zróżnicowany sposób.

Co do rozgrywki szachowej, zależało mi przy pisaniu tego opowiadania, żeby pokazać piękno i głębię gry i w miarę możliwości zainteresować nią laików, ale wyraźnie zabrakło mi umiejętności pisarskich na takie wyzwanie (i dziś wydałoby mi się bardzo ambitne). Gra w szachy z uosobioną Śmiercią była używana literacko o wiele zbyt często, żeby dało się znaleźć coś wartościowego w tym motywie, ale zgodzę się, że pomysł z remisem chyba był dość oryginalny.

Pozdrawiam!

Z tego, co kojarzę, Capablanca używał obrony Caro-Kann jako debiutu drugiego wyboru, kiedy chciał przede wszystkim zagrać czarnymi bezpiecznie, bez ryzyka porażki, i rzeczywiście przez całą zawodową karierę nie przegrał w niej ani jednej partii. Wprawdzie z perspektywy czasu mam w ogóle duże wątpliwości, czy konstruowanie fikcyjnej partii genialnego szachisty było adekwatnym narzędziem literackim, ale starałem się, żeby pokazany styl gry miał pełne umocowanie historyczne.

W sumie właśnie po to zastosowałem porównanie do danych, które znalazłem na temat jasności światła popielatego Księżyca, żeby móc tylko policzyć proporcję i pominąć wymienione przez Ciebie parametry, które powinny być analogiczne.

Ze względu na jasność sierpa podnosiłem możliwość wykorzystania okultacji, ale to są tak naprawdę dwa różne pytania, które w pierwszym wpisie nieostrożnie splątałem w jedno: czy świecenie Wenus światłem odbitym od Ziemi jest możliwe do stwierdzenia w specjalnie zaprojektowanej obserwacji oraz czy może tłumaczyć dotychczasowe doniesienia o świetle popielatym. Co do drugiego, wyraźnie masz rację, warto zdać się na “literaturę przedmiotu”, że odpowiedź brzmi “nie”.

Co do pierwszego, na podstawie obliczeń chyba mogę przypuszczać, że tak, obserwuje się przecież gwiazdy o wiele słabsze niż 15. wielkości. Tylko nie wiem (jak mówiłem, nie znam się wcale na astronomii praktycznej), jak bardzo to utrudnia dostrzeżenie i zarejestrowanie obiektu, że przy danej jasności nie jest punktowym źródłem światła, lecz rozproszonym na kilkadziesiąt sekund kątowych średnicy – musi to mieć spore znaczenie, zwłaszcza w niekorzystnych warunkach obserwacji.

Jeszcze raz dziękuję za zainteresowanie moim problemem fizycznym i pomoc w uporządkowaniu przemyśleń!

Jerohu, to miłe, że Cię nieco zaciekawiłem. Podniesioną przez Ciebie kwestię trochę brałem pod uwagę, ale widzę teraz, że zbyt niedbale. Mianowicie: jasne, że całe obliczenie należy wykonać dla pozycji Wenus, w których dokonywano tych spekulatywnych obserwacji światła popielatego, a nie dla najbliższego możliwego położenia (które, ściśle biorąc, i tak oznaczałoby tranzyt). Założyłem, że różnica jest zaniedbywalna, bo tak czy inaczej mówimy o sierpie, ale teraz widzę, że niekoniecznie. Kiedy Wenus pojawia się na najciemniejszym niebie, czyli w maksymalnej elongacji wschodniej lub zachodniej, jej odległość od Ziemi nie wynosi około 40 milionów km, lecz (liczę w pamięci) około 100. To elegancko dodaje do rachunku kolejne 4 stopnie wielkości obserwowanej. A tak naprawdę 4,75, bo jest jeszcze ta kwestia, że ten dochodzący już do kwadry “sierp” pozostawia po zasłonięciu połowę powierzchni odbijającej światło wtórne.

Co prawda, chyba przesadzam z tą maksymalną elongacją, bo istniejące doniesienia o świetle popielatym Wenus wyraźnie dotyczyły sierpa, a nie kwadry. Przypominam sobie, czytałem kiedyś, że poświata przestaje być istotna w obserwacjach, gdy Słońce zejdzie 18 stopni łuku pod horyzont. Tu już rachunki robią się kłopotliwe, bo trzeba by uwzględnić nachylenie ekliptyki do horyzontu, położenie planety względem jej płaszczyzny i może coś jeszcze, ale odgaduję, że w optymalnym układzie dwadzieścia kilka stopni odległości kątowej Wenus od Słońca powinno do tego wystarczyć? Przy około 25–26 stopniach odległość między planetami to 70 mln km (z twierdzenia cosinusów po podstawieniu wartości 110, 150, cos gamma = 0,9) i w obliczenia wchodzi współczynnik 1,75^4 dokładający niespełna 2,5 stopnia wielkości widomej, czyli przy takim oszacowaniu jasność światła popielatego Wenus w badanym mechanizmie wyniosłaby około 14,5 (plus drobna poprawka na grubość sierpa).

Dzięki za pomoc w skorygowaniu obliczeń! Prawdę mówiąc, teraz jeszcze bardziej nie wiem, co o tym myśleć – na pewno przy perfekcyjnym przygotowaniu obserwacji dałoby się to zarejestrować, ale czy tak słabe światło ktoś mógłby przypadkowo zobaczyć w obiektywie teleskopu tuż przy jasnym sierpie, czy jednak należy, zgodnie z literaturą przedmiotu, tłumaczyć takie doniesienia innym mechanizmem świecenia lub iluzją optyczną?…

Ja też się cieszę, że tu trafiłeś! Nie chciałem Cię obligować do czytania i komentowania, ale skoro także interesujesz się szachami, to naturalnie zmienia postać rzeczy. Nie jestem pewien, czy dotychczas o tym nie wspominałeś, czy jakoś mi umknęło.

Elegancko wychwytujesz szczegóły i nawiązania, z Katarzyną oczywiście trafiłeś. Jak już wyżej wspominałem, w czasie pisania tego tekstu nie orientowałem się jeszcze, jak bardzo ten topos gry w szachy ze Śmiercią jest zużyty literacko. Miałem ambicję pokazać piękno szachów czytelnikom, którzy w nie dotychczas nie grali, ale jeżeli opowiadanie dobrze przemawia do miłośników gry, to także pewien sukces.

Choć nie wiem, czy jeszcze lepiej tego nie oddaliście wierszami z DyingPoet ostatnią partyjką :)

Dziękuję za komplement! Bardzo liczę, że DyingPoet będzie tu się jeszcze zjawiać, ma zadatki na nieprzeciętną autorkę i członkinię naszej społeczności. Nie jestem pewien, czy na razie miałbym siły na kolejną wierszowaną partię, ale nie wątpię, że my dwaj też prędzej czy później znajdziemy okazję do gry.

Również pozdrawiam!

A teraz to ja mam problem fizyczny! Myślę, że nie będzie całkiem trywialny.

Otóż zaczęło się od tego, że wczoraj wieczorem zauważyłem fenomen “światła popielatego” Księżyca, czyli jasny sierp i reszta tarczy blado świecąca światłem wtórnie odbitym od Ziemi (a więc jak w balladzie: I saw the new moon late yestreen / With old moon in her arms). Zainspirowało mnie to, żeby zastanowić się nad podobnym zjawiskiem dla Wenus (https://en.wikipedia.org/wiki/Ashen_light). Jak dotąd nie potwierdzono, czy w tym przypadku jest ono w ogóle prawdziwe, paru astronomów twierdzi, że je widziało, innym nie udawało się mimo wielu prób. Proponowano różne potencjalne wyjaśnienia, dlaczego Wenus mogłaby samoistnie świecić (emisja cieplna, błyskawice, zorze), ale dostępne źródła twierdzą, że nie może to być zjawisko analogiczne do księżycowego – świecenie światłem wtórnie odbitym od Ziemi – bo ilość tego światła jest zwyczajnie zbyt niewielka (https://explainingscience.org/2025/11/15/the-mystery-of-the-ashen-light-of-venus/).

Postanowiłem to jednak przeliczyć. Zapewne zgodzicie się ze mną, że siła światła wtórnie odbitego od danego obiektu wracającego do obserwatora jest odwrotnie proporcjonalna do czwartej potęgi odległości od tego obiektu, wprost proporcjonalna do kwadratu jego promienia i wprost proporcjonalna do jego albedo – to w sumie podstawy optyki, ale dla pewności sprawdziłem, że artykuł https://iopscience.iop.org/article/10.1088/0143-0807/37/4/049401 podaje tak samo. Wenus (w fazie sierpa) jest około 100 razy dalej niż Księżyc, ma około 3,5 razy większy promień i około 6 razy większe albedo, co daje proporcję 12,25*6/100^4 = około 1/1,36*10^6. To po zlogarytmowaniu daje różnicę około 15,33 w wielkości widomej. Ponieważ dla światła popielatego Księżyca zmierzono wielkość -3,22, dla światła popielatego Wenus otrzymujemy tym samym 12,11, czyli daleko poza możliwościami gołego oka (zwłaszcza że cała Wenus jest i tak postrzegana punktowo, może oprócz osób o wybitnie dobrym wzroku), ale spokojnie w granicach obserwacji zwykłym teleskopem czy nawet bardzo silną lornetką.

Pierwsza wątpliwość: skoro profesjonalni astronomowie nie brali pod uwagę takiego mechanizmu, czy nie wkradł mi się mimo wszystko jakiś podstępny błąd w to rozumowanie?

Druga wątpliwość: jeżeli nieoświetlona część Wenus rzeczywiście jest tak “jasna”, dlaczego większości obserwatorów nie udaje się jej dostrzec? Tutaj mam pewne koncepcje, ale trudno mi ocenić ich wartość, bo zupełnie się nie znam na praktycznej stronie astronomii. Mianowicie wydaje mi się, że rozpraszanie światła sierpa Wenus w atmosferze ziemskiej może w typowych warunkach uniemożliwiać obserwację tarczy. Zapewne zatem szansa dostrzeżenia zjawiska byłaby największa podczas okultacji Wenus przez Księżyc, jak na podlinkowanym w Wikipedii filmie https://www.youtube.com/watch?v=r6TsRBQaMzI. Wciąż jednak: nieoświetlona część tarczy Księżyca jest w tym przypadku o ładne parę rzędów wielkości jaśniejsza od nieoświetlonej części tarczy Wenus, więc nic dziwnego, że kiedy pierwsza jest na nagraniu dość blada, to drugiej wcale nie widać. (Na filmie o jakości umożliwiającej wyraźną rejestrację obiektów 13. wielkości gwiazdowej byłoby przecież pełno małych kropek, a nie tańczącego ziarna jak tutaj, dobrze myślę?) Jak mniemam, taki kontrast może też powodować różne efekty optyczne już w obiektywie, czyli pewnie miałoby sens użycie częściowej przesłony, żeby w ogóle nie obserwować światła popielatego Księżyca, a tylko niebo tuż obok. Ponieważ całe zjawisko jest rzadkie i trwa kilkanaście sekund, a ruch własny Księżyca jest znaczący w stosunku do potrzebnych powiększeń, wszystko razem według moich amatorskich pojęć wygląda na gigantyczne wyzwanie.

Mam nadzieję, że temat warto było poruszyć i nikogo nie zanudziłem. Z radością poznam opinię Użytkowników wprawnych w fizyce i astronomii co do tych przemyśleń i pytań!

Dzięki! Podany filmik jest pouczający. Chociaż – wciąż nie jestem pewien: po pierwsze, czy gdyby nie ta płyta pancerna, która spowolniła pocisk i rozchwiała jego tor lotu, to w torsie nie byłoby po prostu otworu wlotowego i wylotowego, a po drugie, czy gdyby obok tego manekina czy tym bardziej za nim stał drugi, to nie zostałby także poważnie uszkodzony. W każdym razie myślę, że wiarygodność tej sceny nie jest intuicyjna dla kogoś niezaznajomionego z balistyką i może to rozpraszać czytelników, ale w kontekście całego utworu to nieznaczący szczegół.

Zygfryd słusznie zwrócił uwagę, że pojedyncze rzucające się w oczy błędy nie powinny przesłaniać ładnego ogółem języka. Tekst ma dosyć walorów, by w niektórych przypadkach i sytuacjach mógł komuś dać do myślenia więcej niż autentyczne relacje wojenne. Jak pisałem w pierwszym komentarzu, te szale są bardzo wyrównane, ale wątpliwości wypada rozstrzygać na korzyść utworu i piórkowo zagłosuję na TAK.

Pozdrawiam w trybie Ślimaka Wiosennego!

Uznałem, że warto odezwać się dodatkowo z uzasadnieniem głosu na NIE. Bardzo doceniam jakość warsztatową, gładkie poprowadzenie historii, umiejętność nawiązania do klimatu i wzorców klasycznej literatury rosyjskiej. Jak już pisałem, ujęcie tytułowego upadku wydało mi się zbyt pospieszne, bardzo szczegółowo przedstawiłaś pierwsze drobne kroczki, ale nie pomogłaś mi zrozumieć momentu przekroczenia progu, co się musi stać w człowieku, kiedy dochodzi do przełomowych zmian na gorsze. A kolejne komentarze utwierdziły mnie w przekonaniu, że Twoja próba wbudowania w utwór utajonego przesłania na temat postępowania instytucji kościelnych, jakkolwiek ambitna i sprawnie zrobiona, nie jest jednak w pełni udana, ponieważ nawet wyrobiony czytelnik odbierze ją – świadomie czy podprogowo – jako tyczącą się wyłącznie stosunków rosyjsko-prawosławnych, a nie aplikowalną uniwersalnie. Opowiadanie leży moim zdaniem przy samej granicy Piórka, gdyby jeden z tych dwóch punktów wyszedł tylko nieco lepiej, głosowałbym na “tak”. Zaskakuje mnie nieco Twój własny krytyczny pogląd, jako że nieraz dawałaś “taki” tekstom słabszym od tego dosłownie w każdej kategorii oceny literackiej, jaka mi chwilowo przychodzi na myśl.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak

Mówiłem, że poprzeczka dla komentatorów jest wysoko! Masz rację, tematyka cierpienia pod różnymi postaciami spaja kompozycyjnie Twój utwór i stanowi to wyraźny walor, który powinienem był odnotować w tak rozbudowanym wpisie. Z drugiej strony naprawdę nie miałem poczucia, żeby tekst powiedział mi o cierpieniu coś oryginalnego, tak jak wspomniałem, upiór wydał mi się raczej dekoracją niż czymś odsłaniającym głębsze warstwy ludzkiej tożsamości i uczuć.

Rozumiem, że nie formułujesz zarzutów, ale sam nieraz pisałem, że mimo szczerych chęci nie da się ustalić w pełni obiektywnych kryteriów oceny literatury i nie jest to dla mnie komfortowe. Tu chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, łatwość otrzymania nominacji jest różna w różnych okresach, choćby z uwagi na zmienną aktywność Dyżurnych (serdeczne wyrazy uznania dla bruce!), a większość członków Loży stara się, by te kryteria były możliwie stabilne: sam przecież także dajesz teraz wyraźnie mniejszy odsetek TAK-ów niż przez większość zeszłego roku. Po drugie, wszystko, co tutaj robimy, to w pewnym sensie ćwiczenia literackie przed ewentualnym wypłynięciem na szersze wody, w tym opowiadaniu próbowałeś czegoś nowego, sięgnąłeś po wyraźnie inną tematykę i stylistykę niż zwykle, myślę więc, że już nominację do naszego najwyższego wyróżnienia masz prawo uważać za sukces.

Również pisząc bez jakichkolwiek zarzutów lub złośliwości: skoro otrzymywanie głosów na “NIE” jest dla Ciebie w jakiejś mierze dotkliwe i jednocześnie masz silne przekonanie, że wynikają one z subiektywnych preferencji czytelniczych, a nie z przydatnej dla Ciebie wiedzy literackiej, to może znaczy, że już czas przejść do kolejnego etapu rozwoju i mniej opowiadań dawać bezpośrednio na Portal, a więcej betować i posyłać do papierowego NF lub w inne miejsca? Rzecz jasna bardzo bym chciał, żebyś pozostał przy tym aktywnym członkiem Społeczności, ja cały czas uważam, że Twoje komentarze są zazwyczaj celne i cenne.

Dziękuję i ponownie pozdrawiam!

Również dziękuję za tak miłą odpowiedź! Trudno byłoby mi udzielać wskazówek co do komentowania, bo sam mam wrażenie, że przychodzi mi ono z nieproporcjonalnym trudem, udzielam się tutaj wyraźnie mniej, niż bym chciał. Jednak Twój utwór akurat podsunął mi kilka wątków łączących się w spójną całość i wpis spłynął z klawiatury prawie sam. Z matematyką to ciekawe porównanie, bo ją właśnie swobodnie “ogarniam” i chociaż na poziomie intelektualnym zdaję sobie sprawę, że większość społeczeństwa nie ma takich zdolności, to nie zawsze łatwo mi sobie wyobrazić perspektywę kogoś takiego. Niemniej gdybyś chciał zapytać o jakieś konkretne zagadnienie, w miarę możliwości postarałbym się udzielić wyjaśnień (np. w wątku z pomocą merytoryczną).

Pozdrawiam serdecznie!

Cześć, Bardzie!

Wysoko tutaj zawiesiłeś poprzeczkę czytelnikom i komentatorom. Jeżeli poprawnie rozbieram tekst, wyłoniłbym w nim dwa główne wątki. Pierwszy – to szeryf poszukujący sprawcy zbrodni. Jeździ po Wielkich Równinach i rozmawia z mormonami i Indianami, przynajmniej miejscami bardziej przypomina to dramat psychologiczny niż typowe śledztwo kryminalne, zwłaszcza że sprawcę z wysokim prawdopodobieństwem znaliśmy od początku (nie piszę “na pewno” ze względu na zdrowie psychiczne Wyjącego Wilka, z którego perspektywy widzieliśmy tę scenę). W zakończeniu udało Ci się jednak zmieścić zwrot akcji. Łącznie jest to ładna historia przygodowa, utrzymana w konwencji westernu bez kopiowania najbardziej schematycznych rozwiązań, ale moim zdaniem brakuje jej pewnego pogłębienia. Na koniec szeryf z rezygnacją aprobuje dokonany samosąd – a my nie wiemy: w wąskim sensie, dlaczego był tak pewien, że żony i zwłaszcza dzieci (!) Celeba zasłużyły na taki los; w szerokim sensie, czy należy odczytać tę aprobatę dla samosądu jako myśl przewodnią opowiadania i czy miałaby ona być uniwersalna, czy ograniczona epoką i przyczyną.

Drugi wątek to tajemnicze widmo żywiące się cierpieniem i przybierające postaci kolejnych ofiar. Niszczy Celeba i Hyruma, którzy poczytują je mylnie za istotę ze swoich wierzeń, pomaga Wyjącemu Wilkowi znaleźć determinację do dalszego życia po śmierci dziecka oraz docenia organizację mentalną szeryfa, ale przy całej danej mu przestrzeni wywarło na mnie wrażenie raczej niesamowitej dekoracji niż czegoś związanego z rozwojem akcji. Jeżeli w Twoim zamyśle miało odegrać głębszą rolę metaforyczną, to wydaje mi się, że bardzo trudno to dostrzec. Poszarpana narracja pewnie ma tu uzasadnienie, dla ukazania niepewności i cząstkowej perspektywy poszczególnych bohaterów, ale nie jestem pewien, czy takie korzyści kompozycyjne rekompensują utrudnienie odbioru fabuły.

Język opowiadania zrobił na mnie średnie wrażenie, ale raczej z powodu niefortunnych rozwiązań redakcyjnych niż poważnych błędów – wątpię, czy jest sens się o tym rozpisywać, bo jeśli już dwie czytelniczki dawały Ci znać, że zdanie “Wrzaski zastąpiły okrzyki” jest niezgrabne, i go nie zmieniłeś, to pewnie nie odniesiesz większych korzyści z tego, że powiem Ci to po raz trzeci.

W nocy źle spał. Nie z powodu nogi, ale migreny. Tak długo cierpiał na bóle głowy, że gdy ustały, obudził się nagle.

Nie zgadza się to z moimi doświadczeniami i wiedzą – przy silnym bólu głowy trudno jest zasnąć, ale kiedy już się uda, to sen naturalnie przynosi ulgę i trudno mi sobie wyobrazić zbudzenie się z tego powodu. Nie chciałbym się jednak upierać, indywidualne odczucia mogą być bardzo różne.

– Kolano? – zapytał doktor

– Tak, będzie mnie rwać aż do śmierci.

– Miałeś szczęście, że jej nie straciłeś. Nim wyjedziesz, dam ci coś na nią.

Mowa o kolanie – więc rodzaj nijaki, czy też męskoosobowy.

 

Nie mowa o nodze. O kolanie mówił szeryf, a lekarz mówi o nodze. Znowu chcesz bym wszystko opisywał. To nie jest czytanka dla dzieci by każdy szczegół znalazł się w tekście. 

– Niech zostanie z dziwkami, na razie. Kto wie, może znajdę jakiegoś żywego krewnego tej małej. – Szeryf wstał, uważając na lewą nogę.

– Kolano? – zapytał doktor.

– Tak, będzie mnie rwać aż do śmierci.

Doktor pytał o kolano, o nodze mówił tylko narrator wszechwiedzący. Czytanka dla dzieci, powiadasz?… Poza tym to brzmi dość dziwnie, gdy szeryf mówi, że będzie go rwać aż do śmierci, tak jakby doktor nie wiedział lepiej od niego, czy kontuzja rokuje jakąś poprawę – przypomniało mi się, że czytałem kiedyś o człowieku, którego ostatnie słowa brzmiały “To nie jest śmiertelna rana, doktorze”.

 

Opowiadanie ma niezaprzeczalne zalety, nie sądzę, żebym potrafił oddać klimat Wielkich Równin i napięć pomiędzy bohaterami opierającymi swą moralność na zupełnie odmiennych podstawach tak dobrze jak Ty, niemniej uważam, że tych zastrzeżeń i wątpliwości jest zbyt wiele jak na Piórko.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak

Cześć, Caernie! Dosyć dawno się tu niczym nie dzieliłeś…

Po pierwszej sekcji pomyślałem sobie mniej więcej tak: dobrze, bohaterka wydaje się wiarygodna psychologicznie i budzi sympatię, dystopia chyba względnie typowa (oprócz tego, że włoska), chcę wiedzieć, co będzie dalej, masz moją pełną uwagę, ale trudno Ci będzie to uciągnąć, żeby mnie przekonać, że po pierwsze – państwo potrzebuje akurat Floriany na tyle, żeby w nią inwestować i wyświadczać uprzejmości rodzinie, a po drugie – nie jest to kolejna sztampowa historyjka o nastolatce z niższych warstw i reżimie, ma coś do przekazania o naszej rzeczywistości. Jednak po przeczytaniu całości mogę powiedzieć, że obydwa punkty udało Ci się zrealizować właściwie w pełni. Co do pierwszego: tytuł i początkowe sceny musiały skierować moje myśli w stronę totalitaryzmu z cybernetycznym podziałem na kasty, ale w szerszej perspektywie widać, że przedstawiany ustrój ma więcej cech skrajnie kapitalistycznych, a opłacane badania na dzieciach z klauzulą poufności jak najbardziej mają w tych realiach sens. Co do drugiego: zarys zakończenia dało się odgadnąć, ale z dwóch przewidywalnych wariantów “duży zawód i problemy zdrowotne” na pewno jest bardziej wiarygodny i zapewne ma większy potencjał literacki niż “wytrenowanie Floriany na astronautkę”. Przy tym świetnie wypośrodkowałeś te problemy, nie są ani łatwe do przewidzenia, ani zbyt błahe, ani zbyt drastyczne, za to mają poszukiwany przeze mnie wymiar symboliczny: Floriana widzi zanieczyszczenia tak, jak w naszej rzeczywistości dzieci wpychane do show-biznesu tracą niewinne spojrzenie na świat (oczywiście pasuje to też do obrazu). Tempo dosyć wolne, ale to mi nie przeszkadzało, lubię taką niespieszną narrację; może wątek prześladowania bohaterki przez rówieśniczki wydał mi się najpierw męczący i niewiele wnoszący do rozwoju fabuły, ale domknąłeś go mocno.

Podobnie jak Przedmówca, w paru miejscach zwróciłem uwagę na nadmiarowe przecinki, na przykład na samym początku dwa razy przed “niż” (przecinek przed “niż” stawiamy tylko wtedy, gdy ten spójnik rozdziela zdania podrzędne) albo tutaj:

Zarówno ty, jak i rodzice(-,) dotrzymaliście warunków umowy o zachowaniu poufności

Nie rozdzielamy grupy podmiotu i orzeczenia (“jak i rodzice” nie jest wtrąceniem).

Wyobrażała sobie, że tam, gdzie mieszkali lepsi ludzie, nikt nie umierał z powodu gruźlicy albo różyczki.

Równorzędne wyliczenie gruźlicy i różyczki wygląda dziwnie, bo nieleczona gruźlica jest rzeczywiście chorobą śmiertelną, a różyczka ma łagodny przebieg, dopiero po chwili poszukiwań udało mi się znaleźć wzmiankę o śmiertelności: “nie większa niż jeden na kilkanaście tysięcy, w wielu seriach przypadków zerowa”. Oczywiście czym innym jest syndrom różyczki wrodzonej (zespół Gregga).

oraz zastanawiać się, dlaczego jednak tej spalarni nie przeniesiono. Bo tak byłoby, wydaje się, ekonomiczniej.

Albo przenieść kosmodrom do jakiejś Włoskiej Afryki Wschodniej…

 

Reasumując, mamy tu ciekawą, szczegółową sportretowaną bohaterkę, dobrze poprowadzoną opowieść, godną uwagi zarówno samą w sobie, jak i przez odniesienia do rzeczywistości – myślę, że głos na TAK jest uzasadniony.

Pozdrawiam ślimaczo!

Dzięki za uważną i obszerną odpowiedź, dobrze wiedzieć, że nie czujesz się skrzywdzony moją oceną i nawet komentarz Cię w jakimś stopniu zadowolił. Twoje komplementy podtrzymują na duchu, ponieważ sam nie zawsze ufam, czy moje wpisy “bardzo dużo wnoszą” i są “fascynujące w sferze interpretacji”: nieraz mam poczucie, że inni lożanie komentują zwięźlej, celniej i rzeczywiście pomocnie w rozwoju literackim, gdy ja rozwlekam nieważne uwagi i wybrzydzam. Na pewno sam muszę się jeszcze bardzo wiele nauczyć o literaturze i w dużej mierze po to udzielam się na Portalu.

Cóż, założenie przyjąłem na zasadzie puzzli. To znaczy, każdy archanioł widział każdy poszczególny puzzel, wiedział o jego istnieniu (…) Infantylne tłumaczenie, ale naprawdę tak sam to sobie wyjaśniałem.

Nie, nie wydaje mi się to infantylne – choć może nie ja powinienem to oceniać, bo zdarzało się, że bardziej doświadczeni użytkownicy uznawali moje opowiadania za literaturę młodzieżową, gdy wcale nie miałem takiego zamiaru… Tego założenia po prostu nie odczytałem z samego tekstu, chyba nie było to dość dobrze opisane, chociaż może przeoczyłem sens jakiegoś ważnego zdania. Teraz domyślam się, że fraza “ostateczny aspekt”, którą punktowałem jako niejasną, miała oznaczać jeden lub kilka z tych puzzli, fragment najpóźniejszy na linii czasu? Jednak pewnie dałoby się to trafniej nazwać lub zawczasu zdefiniować.

Pozwól, że na ten moment nie naniosę tych poprawek, może nie każdy Lożanin jeszcze czytał. Poprawiałem w trakcie, ale na ten moment zostawię już wady tekstu, niech i one będą ocenione. Potem je wdrożę.

Jasne, to Twoja decyzja, choć nie ma żadnych formalnych przeciwwskazań, żeby poprawiać tekst między wizytami członków Loży. Za to skorzystałem z okazji i doszlifowałem redakcyjnie powyższy wpis (usunięcie podwójnego “stosunkowo” i uważniejsze przytoczenie jednego z cytatów).

“solniczka mi się w kieszeni nie otworzyła”

Ładne!

Hej, beeeecki!

Opowiadanie jest solidnie zrobione, ale muszę przyznać, że zachwytu nie odczułem. Historia jest znana i opowiedziana względnie przewidywalnie. Stosunkowo świeżym i trafnym pomysłem jest wprawdzie to odwrócenie ról, w którym Lucyfer okazuje się niemal biurokratą buntującym się przez to, że chciał trzymać się regulacji ściślej od szefa, a inni archaniołowie potrafią zawierzyć ciepłym uczuciom, mają “serce po właściwej stronie”. Jednak wydaje mi się to za mało, żeby utwór pogłębił moje rozumienie emocji i wyborów i zapadł mi w pamięć na dłużej. Nie jest dla mnie jasne, na ile Zamysł był bohaterom ujawniony i dlaczego, bo gdyby znali go dość dobrze, to chyba musieliby rozumieć od początku, że wybór między nim a służbą człowiekowi to fałszywa dychotomia. Sporo obiecywałem sobie po zdaniu “Obcy jest nam czas, ale i tak zrozumienie nie przychodzi od razu”, ale niestety w dalszej części archaniołowie żyją i rozumują jak inne istoty związane czasem, moim zdaniem nie udało Ci się znaleźć przekonującego pomysłu na naturę osoby będącej obok czy ponad nim. Z tych względów w głosowaniu piórkowym będę na NIE.

Jednak pozytywne skojarzenie to za mało, by odpowiednio docenić tekst.

Pod względem warsztatowym i językowym jest wspaniale. W sumie to nie miałam czego poprawiać. Oczywiście Tarnina by coś znalazła, ale gdzie mi do Tarniny. Dla mnie było w porządku.

Nie spodziewałem się, aby kiedyś usłyszeć od kogoś, kogo uważam za spory autorytet językowy, że jest “wspaniale”. Miło heart

A że Tarnina w każdym zdaniu znalazłaby tu niedoskonałość, cóż… nie wątpię laugh (i czekam Tarnino!)

Ooo, mnie również miło, aczkolwiek samą siebie nigdy bym tak nie określiła. Z pewnością autorytetami językowymi są regTarnina Ślimak. Nie ma już więcej miejsca w Świętej Trójcy Językowej :)

Hyhy. To to teraz ciekawe jak się do tego owa Trójca odniesie. Cóż, Melendur zaraźliwie skutecznie posługuje się tym swoim “top 6”/”top 5”, więc może chociaż tam pozwolisz się umieścić? laugh

I jak tu się odnieść… Mnie również bardzo miło, acz nie chciałbym stawiać się w jednym rzędzie z Tarniną i Reg, nawet jeżeli czasami trochę lepiej znam literę zasad, to One mają znacznie lepiej opanowane tajniki stylistyki, umiejętność i śmiałość wytykania rozwiązań formalnie poprawnych, ale słabych redakcyjnie, a więc pomagania w rozwoju na tym stopniu, który dzieli wyrobników od artystów języka. Są też inni Użytkownicy wyróżniający się świetną polszczyzną, może mniej się udzielający, wspomnę tylko przykładowo Ninedin i Jeroha. Tutaj warsztat językowy nie wydał mi się “wspaniały”, miejscami wyraźnie się potykałem przy lekturze (piszę o pierwszym wrażeniu, jeszcze sprzed sprawdzenia komentarzy, nie chodzi mi o to, żeby coś Wam koniecznie udowadniać). Na pewno nie wyszukam niedoskonałości tak skutecznie jak Tarnina (która, jestem pewien, wniosłaby tu też wiele cennych uwag natury teologicznej), ale postaram się trochę pomóc…

Jest nienaturalnie silny, a nosi w sobie zapowiedź czegoś jeszcze mocniejszego.

Lepiej “niesie”, podmuch jest czymś jednokrotnym.

Podmuch mija, a pogoda się uspokaja.

Nie dawałbym spójnika “a”, tu nie ma rozłączności składniowo-logicznej, podmuch jest częścią pogody.

Była osią, wokół której krążyli wszyscy goście, tak, jak Ziemia i inne planety krążyły wokół Słońca.

“Tak” oddzielamy przecinkiem z jednej strony (tu raczej przed), bo albo uzupełnia zdanie poprzedzające (wtedy zwykle pada na nie akcent zdaniowy), albo dookreśla znaczenie spójnika.

Nawet Michał ze swojej pozycji, podświadomie wodził za nią wzrokiem.

Bez przecinka między grupą podmiotu a orzeczenia.

przeźroczystą

Lepiej “przezroczystą”, choć obie formy są już dopuszczone.

tłumów białych szat.

Mocno barokowa synekdocha, może “tłumów w białych szatach” lub np. “gęstwiny, zawiei białych szat”.

zauważył Michał, wskazując latarnię, którą przysłonięto niewielką, granatową narzutką, przypominającą rozgwieżdżone niebo.

Dwa imiesłowy “ąc” w jednym zdaniu to zawsze drobna niezręczność.

– Inny aspekt Zamysłu, inne piękno – powiedział i pokazał narzutkę lampy.

Przed chwilą wskazywał ją Michał, więc może jakieś “także”.

przyznał Michał, samemu mając tendencję do poważnienia, gdy inni się weselili.

Chyba lepiej “który sam miał”.

Lucyfer rzucił mu krótkie spojrzenie, w którym wygasające rozczarowanie ustąpiło miłości.

– Spróbuj to przypomnieć swemu bratu! – rzucił Lucyfer, wskazując wybijającego się ponad chór Gabriela, który mocną arią zakończył śpiew.

Zdecydowany nadmiar imiesłowów.

Ktoś dostrzega mroczne cienie, szybujące ponad nami. Wrony? Kruki? Zataczają dziwne kręgi

Ładny fragment.

Takie miały miejsce tylko na początku, a wtedy to Michał i jego bracia byli gośćmi.

Wyrzuciłbym “to”, jest trochę zawieszone w próżni bez wskazania, kto teraz jest gościem.

Teraz jako gospodarze swojej wolnej woli, odczuwali jedynie subtelne przypływy obecności Zamysłu.

“Jako gospodarze swojej wolnej woli” to niewyraźne wtrącenie, wydzielić przecinkami obustronnie lub wcale.

Jak zawsze, towarzyszyło temu jednakowe uczucie samotności.

Jednakowe z czym?

Michał nie potrafił pojąć, dlaczego je odczuwa.

Odczuwa uczucie?

Wobec Zamysłu Michał miał wrażenie konfrontacji z samym sobą i doznawania druzgocącej porażki. Próbując zbierać się po kolejnych ciosach, otrzymywał następne.

Wyrzuciłbym “doznawania” i “kolejnych”, nic nie wnoszą i rozwlekają zdanie.

Sięganie do tego wspomnienia przyprawiało go o drżenie.

Konglomerat czasowników odrzeczownikowych.

Stał przed Zamysłem, którego znał jedynie ostateczny aspekt.

Nie jest dla mnie jasne, w jakim sensie używasz (ponownie) wyrażenia “ostateczny aspekt”.

„Mnie też”, chciał odpowiedzieć Michał, ale milczał.

Gabriel tylko czekał na te pytania.

Na razie to było jedno pytanie.

Czeluść nie ma dna, a z jej głębi zieje jedynie czerń i unosi się duszący dym.

Usunąłbym “jedynie”.

Zbocze jest pionowe i pełne ostrych skał tak, że nie sposób zejść.

Zgodnie z wcześniejszą uwagą: albo przesunąłbym przecinek przed “tak”, albo samo “tak” dał wcześniej w toku zdania dla naturalności szyku, bo w tej pozycji trudno je zaakcentować.

Nawet Gabriel, aspirujący do roli przewodnika i lidera

słuchając zaangażowany.

Lepiej “słuchając z zaangażowaniem” lub “słuchał zaangażowany”.

że człowiek odwróci się od nas?

Bardziej naturalny szyk: “że człowiek się od nas odwróci”.

Uważam, że człowiek swoim przyszłym, a pewnym, nieposłuszeństwem, może zniweczyć zbawienie

Bez dwóch ostatnich przecinków. “A pewnym” to nie jest wtrącenie, gdyż “przyszłym” i “pewnym” wspólnie określają nieposłuszeństwo. A przecinek przed “może” stałby po prostu między grupą podmiotu a orzeczenia.

Niech każdy z was dojdzie do własnego, bo czasu jest niewiele.

Czas miał im być obcy…

Mam wrażenie, że ścieżka przed nami staje się coraz węższa.

Przed chwilą było “coraz gęstszy”.

Michał gnuśniał z każdym dniem coraz bardziej.

Nie do końca pasuje mi to do znaczenia słowa “gnuśnieć” (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/gnu%C5%9Bnie%C4%87;5430840).

Wiedział, że istnieje nienawiść tak silna, że słaby człowiek nie da rady się jej oprzeć.

Zdaje się, że przyczyną biblijnego upadku nie do końca była nienawiść… Może ogólniej “uczucia tak silne”?

Nie spodziewał się, aby sam Zamysł akceptował upadek.

Michał zamrugał, znów będąc w swoim ciele.

“Będąc” moim zdaniem niepotrzebne.

Płonie coraz bardziej

Może “coraz silniej”?

parząc moją dłoń.

Parząc mi dłoń.

iglice niczym szpice

Dziwny przypadkowy rym.

mrocznych wrót do twierdzy.

Zbędne “do”.

od lepkiej mgły, po płomienną rzekę.

Bez przecinka, te wyrażenia przyimkowe wspólnie definiują zakres.

Wyglądają na równie wyniszczonych, jak my

Też niepotrzebny przecinek przed takim jednowyrazowym porównaniem.

skoro dłużej wystawieni są na działania tego obcego miejsca. Ich skrzydła wydają się zwiędnięte

Lepiej jedno “działanie” i “zwiędłe”.

Wytężam wzrok i widzę wśród wrzącej przemocy wizję ogrodu

To już chyba nadmiar, cały ten fragment nie ma takich cech organizacji poetyckiej, żeby warto było stosować aliterację.

Miecz sam składa się do ciosu, a ja mu nie oponuję.

Zbędne “mu”.

gdy ten, w ostatnim momencie skacze, rozwija zwiędnięte skrzydła

Bez pierwszego przecinka. Zwiędłe.

odrzucając go w tył, krzyczącego z bólu.

Może po prostu “odrzuca”.

które odliczano do dnia nastania ostatecznego aspektu.

Powtórzę, że wyrażenie “ostateczny aspekt” wydaje się bardzo niejasne.

W środku zastał pustkę wielkich pomieszczeń, których mimo miłości do Zamysłu i jeszcze większej nienawiści do ludzi, Lucyfer nie był w stanie wypełnić.

“Mimo miłości… do ludzi” to niewyraźne wtrącenie, przecinki obustronnie lub wcale.

 

Również pozdrawiam wiosennie i ślimaczo!

Ładne małe opowiadanie, sprawne językowo, jak na mój gust dobrze posługujesz się powtórzeniami i wyliczeniami, chociaż trudno powiedzieć, jak wypadłoby to w dłuższym tekście. Ciekawie jest porównać obie wersje, na co zwracasz uwagę i starasz się doszlifować.

Cała środkowa część, niestety, sprawia na mnie wrażenie hermetycznej: jeżeli ktoś nie ma własnych doświadczeń z nagrywaniem muzyki, trudno odczuć napięcie i znaczenie zwrotów takich jak “Czwartego dnia ktoś powiedział, żeby uprościć linię basu” lub “Wchodzę minimalnie za wcześnie”, odnaleźć się w tym klimacie. Jednak myśl o sztuce pozostawiania niedoskonałości jest oczywiście klarowna.

Zawirowanie wyobraźni i tożsamości bohatera można uznać za motyw fantastyczny, ale wydaje mi się opisane z przejmującą wiarygodnością. Gdyby przydarzyło mi się takie złudzenie pod wpływem błahego impulsu, gdzie indziej niż na samej granicy snu, zacząłbym się realnie martwić. To rzecz jasna zaleta utworu, że skłania do takich przemyśleń.

Ale wiesz, że istnieje zw. muzyki z matematyką? I że muzyka dobrze wpływa na rozwój człowieka – jego pamięć, abstrakcyjne myślenie… ??? (…) Co do naszej Finkli, jeśli nie kocha muzyki, to nigdy nie pokocha rytmu, wręcz melodii poezji, nie ma takiej możliwości. Ja osobiście poezji nie uprawiam, ale tylko dlatego, że jest techniczna, no po prostu trudna.

To może podzielę się doświadczeniem, bo obawiam się, że bardzo nie doceniasz tutaj zróżnicowania ludzi. Otóż jeśli odtworzysz mi dwa dźwięki różniące się o półton, często nie będę w stanie powiedzieć, który był wyższy. Nie jestem w stanie wystukać rytmu usłyszanej przed chwilą piosenki, a co dopiero czegokolwiek poprawnie zaśpiewać. Doskonale zdaję sobie sprawę ze związków muzyki z matematyką i nie wątpię, że Finkla także, ale Twoje uwagi są mniej więcej tak niestosowne, jak gdybyś pouczał daltonistę, że oglądanie kompozycji barwnych dobrze wpływa na rozwój człowieka i że poszczególne kolory mają różne długości fali. A poezję uwielbiam i włożyłem wcale znaczny wysiłek w poznawanie teorii metryki i wersyfikacji, żeby to moje ograniczone poczucie rytmu wspomóc i rozwinąć.

W tle pojawiają się pytania i kwestie generalne: jak to jest, że muzyka importowana tak dobrze odnajduje się w warunkach polskich?

Pewnie częściowo dlatego, że ludzie (jak zauważyłem) nie zwracają uwagi na słowa. Mogę nieraz z przyjemnością posłuchać piosenek, jednak ważniejsza jest wtedy treść (a więc poezja śpiewana, owszem, chętnie), melodia to raczej dodatek, który wprawdzie jakoś odczuwam, ale bardzo trudno mi to zdefiniować i wyrazić. Inni tymczasem traktują takie “Twist in My Sobriety” czy “Zombie” jako utwory pasujące do wesołej zabawy i tańca…

Punkt do Biblioteki wydaje mi się zasłużony.

Pozdrawiam,

Ślimak

Agroelingu, ależ to bardzo dobrze, że napisałeś ten artykuł z potrzeby serca, a ja na pewno nie komentuję go po to, żebyś czuł się w obowiązku usprawiedliwiać. Nie namawiam Cię do stosowania przypisów i aspirowania do poziomu pracy literaturoznawczej, tylko staram się pokazać podejście, które pomogłoby Ci sprawnie podzielić się swoją pasją, wyrazić tę “potrzebę serca” i zaintrygować nią czytelników.

Tekst jest pełen przymiotników oceniających, które nic odbiorcy nie mówią, a i Ty przecież pewnie czułeś potrzebę przekazać więcej niż to, że coś jest “genialne”, coś “wyborne”, coś “szczególne”, coś “średnio udane”, a coś innego “koszmarne”. Gdybyś zapytał mnie na przykład o Słowackiego, mógłbym bardzo długo mówić o tym, co w jego wierszach jest pięknego, jakie w nich znajduję emocje, jakie stosował nowatorskie czy nietypowe rozwiązania, w jaki sposób wynika to z jego biografii i realiów, w których żył… Nie powiedziałbym, że Słowacki mnie zachwyca, albowiem wielkim poetą był. Dajże czytelnikowi szansę poczuć to, co Ty, dowiedzieć się, czym się zachłysnąłeś przy lekturze kolejnych wyliczanych opowiadań i po które z nich miałby ewentualnie ochotę sięgnąć. W tym momencie nie ma w tekście absolutnie nic, co wyjaśniłoby mi na przykład, kto i dlaczego powinien przeczytać “Pokój na poddaszu”, dlaczego Agroeling uważa go za opowiadanie “wyborne, wręcz modelowe” i oparte na “frapującym pomyśle”, po co o nim w ogóle pisze.

Osobną kwestią jest warstwa językowa, bo nawet najlepszym koncepcyjnie artykułem można zrazić odbiorcę, jeżeli będzie się składał z niezgrabnych, nieprecyzyjnie wyrażających myśli, jeżących się od literówek zdań. Kiedy w tekście pojawiają się liczne zapisy w rodzaju “rzecz nieomal zjawiskowa, o wspomnianym już kosmicznym rodowodzie i nasycone lovecraftovską mitologią”, “Price`a”, “Jarośińskiego”, “z odcieczą” – to sugeruje po prostu, że nie był uważnie przeczytany przed publikacją.

Przypełzam na wezwanie, dziękuję za chęć podzielenia się tym utworem. Dobrze napisany, choć ze względu na prywatny ładunek emocji trudno tu wyrażać opinię typowo literacką. Poczucie absurdu, że wszystko dookoła trwa jak dawniej, jest prawdziwe i celnie podane. Widywałem już taką myśl w literaturze, nawet dosłowniej tę samą niż w cytacie trafnie przytoczonym przez Jima, ale nie umiem teraz powiedzieć gdzie. Ostatnie zdanie cechuje się mocną prostotą. Świetnie, że nie chciałaś udawać, iż ten kawałek prozy to wiersz, szanuję takie podejście.

Pozdrawiam ślimaczo i obiecuję się pilnie przyklejać do skał!

W pierwszym z serii powyższych wpisów wspomniałem rzeczywiście o filozofii nauki, ale była to odpowiedź na pytania z Shoutboxa wymagające w głównej mierze wyjaśnień fizycznych, uznałem więc za stosowne zamieścić ją w wątku “Fizyka”. Nie wątpię, że gdyby w toku dyskusji pojawiły się dalsze pytania dotykające bardziej wiedzy z dziedziny filozofii, moglibyśmy liczyć na Twoją pomoc. Rekomendacja lektury przyjęta i doceniona, wędruje dość wysoko w mentalnym stosiku książek do przeczytania (ta sterta lektur, z którymi stanowczo powinienem się zapoznać, tylko rośnie).

Wobec tego serdecznie życzę powodzenia z życiem osobistym i zawodowym, ja także spróbuję zerknąć na mój “backlog”. Mam nadzieję, że nadarzy nam się jeszcze wiele okazji do ciekawych i owocnych dyskusji!

Widzę, że chyba jestem pierwszym, który zajrzał do tego artykułu, ponad tydzień po publikacji. Ten dział Portalu regularnie sprawdza niewielu użytkowników, więc pochwalenie się nowym tekstem na przykład na Shoutboksie uważam w jego przypadku za dopuszczalne.

Niestety tutaj nie ma czego reklamować, artykuł jest moim zdaniem przygnębiająco słaby. Zresztą to nie powód do wstydu, publicystyka jest umiejętnością czy też sztuką, którą autor piszący nawet dobre opowiadania potrzebuje opanować osobno. Tutaj najbardziej rzucającym się w oczy problemem – oprócz znacznych wad językowo-redakcyjnych – jest brak ważnego nawyku uzasadniania tez. Niepodobna przekonać czytelnika do swoich racji i zachęcić do lektury opisywanych utworów, jeżeli tylko mu mówisz, jak według Ciebie jest, a nie wyjaśniasz, dlaczego tak jest, co o tym świadczy i co Cię skłoniło, by o tym napisać. Niektóre konkrety:

Z oczywistych powodów są one mniej znane od tych kanonicznych, oryginalnych opowiadań…

To znaczy z jakich powodów – nie są zwykle drukowane jako opowiadania Lovecrafta, lecz pod jakimiś nieznanymi nazwiskami? Czy jego współautorstwo jest faktem powszechnie dostępnym czytelnikom, znanym tylko badaczom literatury, czy w ogóle wynikiem Twoich oryginalnych badań?

Dla kogoś, kto nie przepada za twórczością samego H.P.L.-a, te sześć utworów paradoksalnie może się właśnie okazać czymś odkrywczym i bardziej przyswajalnym.

Co w tym paradoksalnego?

Opowiadanie to być może ma najbardziej dziwaczną i najdłuższą genezę w historii.

Spośród opowiadań Lovecrafta czy w ogóle w historii literatury, bo z konstrukcji zdania wynikałoby to drugie?

Bodajże w roku 1923 Lovecraft zapisał w swoim dzienniku frapujący pomysł na opowiadanie

Z jakich względów frapujący? Najpierw wyjaśnienie, potem ocena!

wraz z kilkoma innymi tekstami, a tak naprawdę pastiszami

Czy pastisz nie jest tak naprawdę tekstem?

Dzisiaj teksty te są uważane za średnio udane, a wyróżnia się spośród nich właśnie "Pokój na poddaszu". To wyborne, wręcz modelowe opowiadanie grozy

To Twoja czy czyjaś opinia; dlaczego uznałeś ją za godną przytoczenia? Z jakichś względów ten ma być modelowy, a tamte średnio udane, odbiorca zasługuje na bliższe wyjaśnienie przyczyn.

Uważany za wybitne osiągnięcie nowelistyczne bez podziału na gatunki, "Nocny ocean" został tak naprawdę napisany przez młodziutkiego, ledwie osiemnastoletniego chłopca.

Tu nie ma żadnego przeciwstawienia usprawiedliwiającego użycie zwrotu “tak naprawdę”. Gdyby pierwsza część zdania brzmiała “Uważany za jedno z ostatnich dzieł Lovecrafta”, całość miałaby więcej sensu.

10 procent

“Dziesięć procent” lub ewentualnie “10%” (spójność stylistyczna).

Młody Barlow po śmierci Lovecrafta, która nastąpiła kilka miesięcy później, odstąpił od dalszej kariery literackiej. Odniósł później pewne sukcesy na polu antropologii, a w roku 1951 popełnił samobójstwo.

Niezręczne powtórzenie. Chyba niezamierzenie humorystyczne streszczenie życiorysu.

Niestety, jego koszmarne, wręcz odstręczające tłumaczenie na przeszło dwadzieścia lat zepsuło odbiór tego genialnego, jak chcą niektórzy, opowiadania w naszym kraju. Na szczęście od roku 2018 dostępny jest doskonały przekład Radosława Jarosińskiego.

Cała masa niczym niepopartych ocen! To gorzej niż zwykła słabość artykułu: w tym miejscu ktoś mógłby wręcz nabrać podejrzeń, że pisze to jakiś agent czy znajomek Jarosińskiego oczerniający dawniejszego tłumacza. Co to w ogóle znaczy “genialnego, jak chcą niektórzy, opowiadania”, jacy “niektórzy”?? “Niektórzy” chcą, żeby “Z dymem pożarów” było szczytowym osiągnięciem poezji polskiej. Ian Stewart nazwał to kiedyś trafnie “dowodem z niejasnego autorytetu”, a gdzieś indziej napotkałem sformułowanie “Są ludzie, którzy żonglują gęśmi”.

W zasadzie odbył się tu odwrotny proces, niż to miało miejsce przy tworzeniu "Okna na poddaszu",tym razem to Lovecraft na bazie szczątkowego pomysłu napisał całe opowiadanie.

Nie można mówić o odwrotnym procesie, proces jest ten sam, jeden z autorów pisze opowiadanie według pomysłu drugiego. Wcześniej podawałeś tytuł “Pokój na poddaszu”. Brakuje spacji po przecinku (a wyżej w tym akapicie jest zbędna przed przecinkiem).

Niestety, przekład Andrzeja Ledwożywa, jedyny mi dostępny, uniemożliwia w pełni docenienie tego tekstu.

Ale próbowałeś go docenić w oryginale – prawda? – bo z tego zdania to raczej nie wynika…

Wydaje się to niewiarygodne, ale konstrukt tego niedługiego opowiadania przypomina trochę sławną powieść SF Cixina Liu "Problem trzech ciał".

Rzeczywiście jest niewiarygodne, żeby konstrukt przypominał powieść (zobacz, co to jest “konstrukt”), ale po poprawce słownikowej twierdzenie o niewiarygodności będzie bezprzedmiotowe, bo nie ma w tym nic niezwykłego, że opowiadanie antycypuje późniejszą powieść pod względem pomysłu czy nawet konstrukcji.

 

Może wystarczy, nie chcę zasypywać tekstu całą lawiną krytycznych uwag, mam nadzieję, że napisałem dosyć, żebyś mógł wyciągnąć przydatne na przyszłość wnioski.

Pozdrawiam i życzę wiele sił do rozwoju twórczego,

Ślimak Zagłady

Silverze, taki tylko dopisek po paru dniach: wydaje mi się, że odpowiedziałem już na Twoje wątpliwości w pierwszym z dwu powyższych wpisów, starałem się dobrze pokazać, że rozwój fizyki opiera się na obserwacjach i ulepszaniu istniejących teorii, a nie na jakimś widzimisię naukowców. Jeżeli masz dalsze pytania, zadawaj je śmiało, ja lub Użytkownicy lepsi ode mnie z fizyki na pewno postaramy się pomóc, ale dobrze by było, żeby to były trudności napotkane przy samodzielnych lekturach (mogę polecić “Feynmana wykłady z fizyki”), a nie takie ogólnikowe hasła.

Skądinąd przykładowo przytaczana przez Ciebie teoria eteru jak najbardziej była solidnie ugruntowana w kontekście XIX-wiecznej wiedzy fizycznej, gdy obserwowano falową naturę światła i przypuszczano, że każda fala musi rozchodzić się w ośrodku o odpowiednich własnościach (sprężystym). Obalające jej główne warianty doświadczenie Michelsona-Morleya (1887) jest powszechnie uważane za jeden z najważniejszych eksperymentów w historii fizyki.

Dziękuję za rzeczową, przemyślaną odpowiedź!

Mam wrażenie, że trochę sobie dopowiadasz, ta historia nie jest aż tak złożona :) Nie zakładałam, że to doświadczenie “naprawi” Witka ani że magicznie poukłada mu życie. To raczej wstrząs, który coś w nim zmienia, ale nie ma tu nic o długofalowych zmianach. Druga część tego fragmentu komentarza to już psychologizowanie i interpretacja wykraczająca dość daleko poza to, co zostało pokazane.

Istotnie, trochę sobie dopowiedziałem, bo w tekście nie ma nic o długofalowości zmian. Ufam, że nie zrazi Cię, iż w dużej mierze chciałbym jednak bronić swojej interpretacji. Sednem opowiadania na pewno jest myśl dotycząca natury ludzkiej, zacytowany fragment dowodzi tego dość jawnie, w każdym razie nie jest to (na szczęście) przygodówka z akcją umieszczoną w getcie warszawskim. I chyba poprawnie identyfikuję tę myśl: że współczesne trudności emocjonalne wynikają z tego, że ludzie nie zdają sobie sprawy, w jak dobrym świecie żyją, a krótka ekspozycja na prawdziwe cierpienie zaleczyłaby je natychmiast. Otóż nie zgadzam się z takim podejściem, bo – jak w powyższym wpisie – mnie ani większości ludzi, których znam, świadomość tego, że inni mają czy mieli gorzej, naprawdę nie poprawia nastroju ani nie ułatwia konstruktywnych działań, prawienie takich morałów budzi tylko (co przecież opisujesz) ogromny, jeszcze obniżający samopoczucie wstyd. Gdyby doprowadzić historię do punktu, w którym dalsze funkcjonowanie Witka tylko się pogarsza, opowiadanie pewnie wydałoby mi się lepsze.

I drugą nadinterpretację widzę tutaj

A tu nie mam czego bronić, poprawnie rozpoznajesz, do czego nawiązuję, a ponieważ mignęła mi gdzieś wyżej w komentarzu Twoja wzmianka o tragediach górskich przewartościowujących spojrzenie na świat, to pomyślałem, że może też chciałaś do tego nawiązać – ale to tylko takie ulotne skojarzenie, bez żadnego wpływu na całokształt tekstu.

bruce, pozwól, że przede wszystkim wyrażę uznanie dla Twoich znakomitych skojarzeń literackich i cytatów! Twoja wrażliwość wzbogaca odbiór opowiadań, wydaje mi się, że potrafisz wczuć się w położenie bohaterów i znaleźć w nim dużo więcej emocji niż typowy czytelnik… Jednak dla mnie ten utwór był przede wszystkim o tym, że nikt naprawdę nie wie, jak zachowałby się w godzinie próby, a wojna jest łamiącą charaktery okropnością – a więc właściwie nie brałem pod uwagę, że czytelnik mógłby “jednoznacznie potępić” Kazika, porównywanie go z inną hipotetyczną postacią, która nie odczuwałaby wyrzutów sumienia, nie było dla mnie treścią rozważań.

Pozdrawiam serdecznie!

Ślimaki w maśle czosnkowo-pietruszkowym wyglądały wyśmienicie.

Słyszałem, że prosiaczki w maśle czosnkowo-pietruszkowym także wyglądają wyśmienicie. Mniam, mniam.

Niektóre opisy są tutaj pięknie zrobione, bardzo zapadające w pamięć. Goście cofający się do fazy oralnej, Alain i Michael zwodzący się nawzajem, taniec rudozłotej dziewczyny na stole (nie że o rudozłotych włosach, tylko cała jest rudozłota) – mistrzostwo! Zgadzam się też, że główny pomysł fantastyczny opowiadania miał poważny potencjał. Chyba nie będę bardzo oryginalny: gdybyż tylko ten pomysł był należycie rozwinięty i osadzony w regułach świata, i w końcu połączony z przedstawieniem uczty – mielibyśmy przed sobą wybitny utwór.

Obecnie jednak brakuje bardzo wielu wyjaśnień, bez których w moim odczuciu cała fabuła traci sens: co goście robią na co dzień, dlaczego Adam zdecydował się ich tylu przyjąć do głowy, dlaczego Alain z Michaelem mogą rozmawiać, gdy reszta musi milczeć, kim w ogóle jest Michael (najbardziej wygląda na jakiś implant zarządzający, ale czym wobec tego różni się od Marii) i tak dalej… A może przede wszystkim – jaką prawdę starasz się wyrazić w tym opowiadaniu – bo chyba nie tylko to, że hedonizm krewnych i znajomych robi człowiekowi bałagan w głowie. Spędziłem niejaki czas na poszukiwaniu w opisach przyjęcia tłumaczących to wszystko metafor, ale bez powodzenia, wobec czego w głosowaniu piórkowym pozostanę na NIE. Nie umiem jednak zupełnie odrzucić możliwości, że jest do tego jakiś klucz, który dostrzegłby bardziej wyrobiony ode mnie czytelnik.

Pod względem językowym ten tekst wydał mi się lepszy od Twoich poprzednich. Wskażę, że niektóre rozwiązania składniowe, służące pewnie wydobyciu akcentu zdaniowego, uderzały jednak swoją nienaturalnością:

Ostatnie podrzucił, wygiął bawoli kark do tyłu, i się owocem zadławił.

Z łazienki, w której spędziła blisko godzinę, wyszła Letycja.

Nie mógł powiedzieć, że oszczędzał ośrodek mowy w mózgu, z którym ostatnio, w związku z niedokrwiennym udarem, było gorzej.

Pozdrawiam serdecznie!

Ślimaku – mam nadzieję, że sen przychodzi do Ciebie w innych porach, skoro w środku nocy czytasz opka! Cieszę się, że ładne!

Dziękuję! Nie zawsze przychodzi tyle i wtedy, kiedy bym chciał, ale zauważyłem, że nastrój Twoich opowiadań może czasem trochę pomóc.

Gdyby przechodzili przemianę razem, mogliby jej nie zauważyć. Potrzebny jest kontrast, a tutaj jest jeszcze zderzenie kobiety – cielesnej i wrażliwej z “mechaniczną” męskością.

Masz rację, może to nieuważnie wyraziłem, ale nie chciałem sugerować, żeby tak przerobić główny wątek tekstu. Chodziło mi tylko o ewentualne zasygnalizowanie takiej możliwości, by wymowa utworu była mniej scentrowana na bohaterce jako ofierze, którą Michał samolubnie porzuca. A pomysł odwrócenia ról płciowych godny uwagi!

Nie, jeśli na końcu zdania jest pojedyncze słówko pytające, to bez przecinka. “Nie rozumiała dlaczego”, chociaż “Nie rozumiała, dlaczego tak się stało”.

Rozdział 12 w moim i Tarniny poradniku… ale też dowiedzieliśmy się tego od Finkli.

Oto i imponujące podsumowanie końcowe:

 

Outta Sewer  –  Ostatni oddech lata – 14/5 głosów, 2 TAKI (regulatorzy, MichaelBullfinch, bruce, Marszawa), nominacja!

Caern Gdy zostanę lepszym człowiekiem – 14/5 głosów, 2 TAKI (MichaelBullfinch, bruce, Marszawa, regulatorzy), nominacja!

Bardjaskier – Czarny cylinder – 11/5 głosów, 1,5 TAKA (bruce, MichaelBullfinch, regulatorzy), nominacja!

lugosiDama – 11/5 głosów, 1,5 TAKA (MichaelBullfinch, bruce, regulatorzy), nominacja!

prosiaczek – Zamki w głowie – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

beeeecki – Raport z dnia potępienia – 6/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch), nominacja!

OldGuard –  Most Westchnień – 5/5 głosów, nominacja!

MarzanCharon i Nila: Rzeka mieczy – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (regulatorzy);

przemyslaw_kher – Spoczywaj w pokoju, Celeste – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

MichaelBullfinch – Ikhlwa i ihawu – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Vacter – Jej ciemne wspomnienie – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Jamesmas – Sekwencja – 2/5 głosów;

Old Guard – Studnia w Witherthorn Dell – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

Jamesmas – Sekwencja (HollyHell91);

adanbareth – Rok (HollyHell91);

Caern Gdy zostanę lepszym człowiekiem (HollyHell91);

Finkla – Historia upadku Dymitra Siergiejewicza (HollyHell91);

Outta Sewer  –  Ostatni oddech lata (JolkaK);

MichaelBullfinch – Ikhlwa i ihawu (Finkla).

Cześć, OldGuard!

Opowiadanie przeczytałem z zajęciem, ale w dużej mierze do mnie nie trafiło, co postaram się naświetlić. W odniesieniu do kluczowego fragmentu (przy okazji zaznaczam brakujący przecinek i niezręczne powtórzenie):

Witek poczuł coś, czego się nie spodziewał. Wstyd. Obezwładniający wstyd.

Przez całe życie mylił dyskomfort z cierpieniem. Zwolnienie z pracy, kosz od dziewczyny, rodzina, która go nie rozumiała – całe to starannie skatalogowane nieszczęście, które nosił ze sobą jak wór kamieni, było tylko niepokojem człowieka, któremu dużo dano i mało zabrano. Tu, na wysokości kilku metrów, ten wór po prostu zniknął.

Witek niespodziewanie dla samego siebie wbiegł do płonącego budynku, żeby ratować obcą staruszkę, a w nagrodę jakaś siła wyższa uparła się go zawstydzić, otrzymał nauczkę na poziomie “zjedz grzecznie obiadek, bo dzieci w Etiopii głodują”. Wydaje mi się skrajnie mało prawdopodobne, żeby w jakikolwiek sposób pomogło mu to ułożyć sobie życie. Przeciwnie, będzie się mierzył z traumą, poczuciem unieważnienia swoich emocji, że nie ma prawa do niezadowolenia z czegokolwiek. Ponieważ przedstawienie takiej pedagogiki w korzystnym świetle zdaje się główną myślą opowiadania, nie mogę czuć się zadowolony z lektury, choć poza tym historia była interesująca. Zwróciłem tu jeszcze uwagę na sformułowanie “Tu, na wysokości kilku metrów, ten wór po prostu zniknął”, które jakby nawiązuje do wyjaśnień wielu osób, po co wyprawiają się w góry – i widzę z Twoich komentarzy, że może to nie być przypadek.

Chętnie za to pochwalę solidność opisów historycznych, sposób oddania atmosfery ciągłego zagrożenia i wszechogarniającego strachu, zresztą wykorzystanie samej kładki nad Chłodną także. Poziom zażenowania błahym, pretekstowym potraktowaniem tematu, które niemal zawsze odczuwam przy fikcyjnych opisach Holocaustu, naprawdę był tutaj niski. Jednak wytrąciło mnie z zawieszenia niewiary, że Witek nie wyróżniał się na pierwszy rzut oka w tym współczesnym stroju, mam silne wrażenie, że parę plam z błota nie pomogłoby mu nic a nic, “mimo wszystko mógł przyciągać niepotrzebną uwagę” wygląda na groteskowe niedopowiedzenie.

Nad językiem opowiadania można by jeszcze popracować, dość często miałem wrażenie pospiesznego, nieoptymalnego doboru słów, przykładowo z tego jednego miejsca:

bo w czarnych dżinsach i sportowej kurtce wyglądał jak przybysz z innej epoki.

…bo przecież nim był?

Kilka kałuż zrobiło mu przysługę

Wyświadczyło?

Powietrze na zewnątrz było inne, niż pamiętał ze swoich czasów.

“Ze swoich czasów” niekoniecznie potrzebne. Przy rozbieżnych orzeczeniach stawiamy przecinek przed “niż”.

zbiorowym strachem, wydzielanym przez tysiące ludzi

Ludzie raczej nie wydzielają strachu (mogą nim emanować, ale to nie to samo).

Dodawał do tego swoją cegiełkę

Lepiej “dokładał”.

 

Komentarz Jima robi duże wrażenie. I ja się zgadzam, że ten tekst jest pod pewnymi względami bardzo dobry. Gdy jednak pytacie mnie o szczerą opinię, czy należy do ścisłej czołówki najlepszych na Portalu, czy jest wzorem do polecania początkującym autorom, to tak nie uważam. Punkt do Biblioteki dałbym bez zastrzeżeń, piórkowo na NIE.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak (dziś chyba nie Zagłady)

Niezmiernie ciekawy był również przegląd, jak różnie obrazy zostały zinterpretowane, a osobiście niezmiernie żałuję, że Ślimakowi nie udało się opublikować swojego opowiadania do “Jesieni”.

Dziękuję, jest dla mnie nadzwyczajnie miłe, że tak piszesz! Jeżeli uda mi się po czasie poskładać w całość i spisać opowiadanie, które obmyślałem na ten konkurs, na pewno dam Ci znać. Jednak nie czułem się na siłach tutaj z Tobą mierzyć, widziałem, że nawet jeśli napiszę tekst sprawniejszy technicznie, nie będzie on poruszał takich strun i tęsknot jak Twój, że obraz wykorzystałbym pretekstowo, a nie w tak istotny i piękny sposób. Szkoda, że nie udało Ci się uniknąć pewnych niedociągnięć fabuły i konstrukcji, o których już rozmawialiśmy, bo moim zdaniem pomysł miał poważny potencjał. Ze wskazanych przez innych Komentatorów zastrzeżeń zgadzam się zwłaszcza z tym, że Timur i “okrutny młody chan” powinni być lepiej zbudowani jako spójna postać, mieć zarysowane cechy wspólne (może byłby szarmancki, ale zaborczy, z silną potrzebą kontroli, Anna mogłaby się zastanawiać, czy naprawdę zmienił się pod wpływem studiów na Zachodzie i szanuje jej autonomię, czy tylko udaje…).

Była zgrabna, bardzo kobieca i była przywiązana… → Nie brzmi to najlepiej.

Była zgrabna, bardzo kobieca i była przywiązana za kostkę złotym łańcuszkiem do drewnianego słupa na środku jurty. – powtórzenie?

Była zgrabna, bardzo kobieca i była przywiązana

W miarę kolejnych uwag na ten temat coraz bardziej przekonuję się do pierwotnej konstrukcji zdania – powtórzone “była” kładzie dramatyczny nacisk na pierwsze wrażenie przy spotkaniu z Ałtyn, a po opuszczeniu drugiego “była” zdanie miałoby silne nacechowanie komiczne, niekoniecznie tu pożądane.

Pozdrawiam serdecznie!

Hej, Outta!

Zafundowałem sobie pobieżną lekturę Twojego tekstu niedługo po publikacji. Może warto by było dać znać i podziękować, ale słaby jestem w tych krótkich grzecznościowych wpisach, a raczej miałem ochotę szybko wyrzucić go z głowy, niż układać solidny merytoryczny komentarz. Od razu powiem, że to wyrzucanie nie poszło dobrze, opowiadanie zapada w pamięć, co korzystnie o nim świadczy. Skoro wpadło w obowiązki lożowe, przeczytałem drugi raz, uważniej…

Z mocnych stron: na pewno cechuje się porządnym warsztatem literackim w sensie odmalowania szczegółów świata, drobiazgów zachowań i reakcji, nadania bohaterom indywidualności, żeby nie byli tylko płaskimi narzędziami narracyjnymi. Podoba mi się, że opis jest rzeczowy, nie popada w melodramatyzm, emocje wydają mi się wynikać z podanych zdarzeń, a nie z manipulacji czytelnikiem. Przez dłuższy czas po lekturze współdzieliłem podnoszoną wielokrotnie wątpliwość, czy utopienie Franka mogło być dość ciche, czy Kazik nie mógł postąpić inaczej i skuteczniej – ale połapałem się w końcu, że to jest dobrze zrobione, bo podsuwasz odbiorcy te same rozterki, które musiały nękać sumienie bohatera: “może mogłem go tylko ogłuszyć, przecież i tak rozległo się niezłe pluśnięcie, może ten żołnierz w ogóle był przygłuchy…”.

Nie spodobało mi się natomiast, że z ciężkostrawnego emocjonalnie, o nikłej wartości rozrywkowej opowiadania nie wyniosłem też użytecznych przemyśleń czy morału, bo naprawdę zdaję sobie sprawę, że wojna jest okropieństwem i nikt nie wie, jak zachowałby się w sytuacji skrajnej. To jednak zarzut ściśle subiektywny, ponieważ niewątpliwie istnieją czytelnicy, którzy bardzo potrzebują odświeżenia tego ważnego przesłania, zwłaszcza dziś, gdy pokolenie naprawdę pamiętające wojnę wymiera. (Ciekawe, że nikt dotąd nie podniósł, iż można też zachować się… jak Franek – to znaczy zacząć histerycznie szlochać czy rechotać i dać się udusić lub utopić ratującym własne życie towarzyszom – naprawdę zdarza się nie tylko sześciolatkom). Bardziej obiektywny mam zarzut konstrukcyjny: wydaje mi się dosyć rażące, że całość jest zbudowana jak opowiadanie obyczajowe osadzone w realiach kampanii wrześniowej, z elementami fantastycznymi wyraźnie dodanymi po to, by wpasować się w założenia portalu i konkursu.

Zastanawiam się, dlaczego nie wprowadzasz poprawek, to “wgłąb” to dość uderzający ortograf i już parę osób zwracało Ci na niego uwagę. Poprawiłbym też zwłaszcza “W jej wnętrze boleśnie wżynała się pozbawiona rzemyka, przedziurawiona moneta” – powinno być “wrzynała”, od rżnięcia, a nie od żęcia. Odnośnie do dyskusji z Holly: prawda, tekst czytałoby się lepiej, gdyby był wyjustowany, a nie wyrównany do lewej. “Na twarzy malowała się powaga” – dla mnie to normalne użycie, https://sjp.pwn.pl/sjp/malowa%C4%87-si%C4%99;2480881.html. Jednak określenia “rachityczny” nie stosowałbym do czegoś, co nie jest z ciała lub przynajmniej litej materii (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/rachityczny;5488368). W sprawie nieszczęsnego Feliksa wydaje mi się, że takie obrażenia (rozerwanie tułowia na “krwawy strzęp”, urazowa amputacja ręki) wymagałyby więcej niż jednego trafienia z działka 20 mm, a w takim razie stojący przy nim Kazik miałby małe szanse, żeby również nie oberwać choćby wskutek nadpenetracji; oczywiście nie jest to niemożliwe, ale analizowanie tego zatrzymało mnie na moment podczas lektury.

Łącznie biorąc, te zalety i zastrzeżenia ważą się w miarę równo, kwestię Piórka wolałbym jeszcze przetrawić, chyba że oczekujesz stanowczej decyzji.

Pozdrawiam serdecznie,

Ś.

Dziękuję za miłą odpowiedź! Jeżeli dobrze liczę, wynikałoby z tego, że należałeś do najwcześniejszego pokolenia polskich programistów i zaczynałeś chyba jeszcze na kartach perforowanych? Myślę, że w żaden sposób nie kasuje to mojego komplementu, wręcz przeciwnie. Co do meritum, nie zetknąłeś się z potocznym określeniem “kilowat” na oznaczenie kilowatogodziny? Oczywiście jest ono błędne (bo prawidłowo kilowat oznacza co innego, tak jak piszesz), ale tutaj przyjąłbym, jak wyżej, że to celowy element charakteryzacji języka postaci.

Najpierw skopiuję jeszcze mój dawniejszy wpis z Shoutboxa o interpretacjach mechaniki kwantowej (znalazłem też, że Golodh i Tarnina rozmawiali kiedyś na podobny temat w bliźniaczym wątku https://fantastyka.pl/hydepark/pokaz/28078):

 

Mechanika kwantowa sama z siebie nie wymaga żadnego obserwatora. Koncepcja obserwatora może być wprowadzona w celu rozwiązania tak zwanego “problemu pomiaru”. Otóż: funkcja falowa opisująca system kwantowy jest superpozycją liniową wektorów własnych stanów kwantowych (eigenstates), zmieniającą się w czasie zgodnie z równaniem Schrödingera. Jednak pomiar systemu umiejscawia go zawsze w określonym stanie kwantowym, co odpowiada funkcji falowej składającej się tylko z jednego eigenstate’u i nie jest wynikiem ewolucji opisanej przez równanie Schrödingera. Ten kolaps funkcji falowej jest głównym źródłem rozdźwięku między mechaniką kwantową a klasyczną, a “problem pomiaru” sprowadza się do wytłumaczenia jego przyczyn; jest to problem na tyle centralny, że jego możliwe rozwiązania nazywa się “interpretacjami” mechaniki kwantowej.

Tak zwane interpretacje typu kopenhaskiego stwierdzają, że kolaps następuje pod wpływem obserwacji – postulują szczególną rolę obserwatora, zasadniczo jednak nie podając definicji tegoż. Z jednej strony ich zwolennicy zgadzają się, że foton obserwatorem nie jest, z drugiej strony pomysł, że obserwator musiałby być świadomy, uchodzi za interpretację ekscentryczną i źle ugruntowaną. Oprócz interpretacji typu kopenhaskiego istnieje interpretacja wieloświatowa, interpretacja fali pilota, interpretacja z kolapsem obiektywnym oraz inne rzadsze. Wśród współczesnych fizyków kwantowych kopenhaska jest najbardziej popularna, ale nie większościowa. Oczywiście prawda naukowa nie jest ustalana ankietami, tak tylko informuję; należy zaznaczyć, że o ile interpretacje mechaniki kwantowej nie są całkowicie niefalsyfikowalne, ich weryfikacja leży poza możliwościami dzisiejszej nauki.

 

A teraz w sprawie Twojej imponującej wypowiedzi, Jimie:

Cóż, coraz częściej widać trend by krytykować naukę w czambuł, za wszystko co się da i nie da, przy czym krytykami są zazwyczaj “humaniści”

Owszem, też to dostrzegam i na pewno jest to zjawisko idące w parze z rozrostem pseudonauki i teorii spiskowych, choć chyba nie tożsame? Z ludźmi, którym wszczepiono zwykle mylne przekonanie, że nauki ścisłe lub przyrodnicze to coś powyżej ich poziomu intelektualnego, więc instynktownie je odrzucają, warto jeszcze rozmawiać i tłumaczyć – a są naturalnym nabytkiem dla wszelkich propagandzistów i oszustów podważających wiedzę powszechną. Przynajmniej tak sobie myślę…

jak wiesz, teraz po wielu latach uważam, że “konstruuje” jest najbliższe temu, jak matematyka jest tworzona

Tutaj rozmawiamy w dosyć specyficznym kontekście i jeżeli chodzi o takie gałęzie jak analiza na rozmaitościach, rozwijające się głównie do opisu abstrakcyjnych pojęć fizycznych, to uznaję Twój punkt widzenia, że określenie “konstruuje” – z którym nie zgodziłbym się dla teorii liczb czy kombinatoryki – może być dobrze uzasadnione. Zresztą dostrzegam przecież, że na fizyce znasz się nieporównanie lepiej ode mnie.

czy zastanawiałeś się kiedyś, Ślimaku, czy odpowiednio złożone równanie mogłoby być samoświadome?

Przyznam, że nie zastanawiałem się nad tym. W jakiej formie właściwie? Rozumie się, że nie zapisane na kartce*, to nie jest równanie jako takie, lecz jego reprezentacja. Raczej nie mam kłopotu z przyjęciem, że w świecie idei Platona odpowiednio złożone równanie mogłoby być samoświadome, ale w naszej rzeczywistości równanie nie jest konkretem…

– Jakiej kartce? Mógłbym nim zapisać dwa tomy tej wielkości. – I porwany zapałem uderzył w świętego Chryzostoma in folio, pod którego ciężarem uginał się stół.

D’Artagnan zadrżał.

wspominał mi, że metod z teorii strun używa się przykładowo do liczenia (modelowania) tzw. "dziwnych metali" czy zachowania nadprzewodników, układów silnie skorelowanych itp.

Też mam kumpla zajmującego się fizyką na bardzo wysokim poziomie, który opowiadał mi o możliwych związkach między teorią strun a poszukiwaniem nadprzewodników wysokotemperaturowych, ale nie pojąłem tego na tyle dobrze, żeby próbować Ci zreferować.

Ale nie przerzucając się hasełkami pustymi znaczeniowo, albo kiepsko maskowanymi próbami zdyskredytowania dyskutantów czy atakami personalnymi itp.

Owszem, tylko jak wyżej – często mam kłopot z wyczuciem intencji i rozpoznaniem, kto ma nieelegancki styl dyskusji, ale jest zainteresowany moim punktem widzenia i warto mu tłumaczyć, dlaczego moim zdaniem się myli, a kto jest nastawiony wrogo i należy tylko chronić innych przed jego kłamstwami.

Idąc dalej – Ziemia, a ściślej układ Ziemia – Księżyc – nie jest typowy itp.

Są to miejsca, gdzie zasada kopernikańska niejako walczy z zasadą antropiczną :)

Patrzysz na to w ciekawy dla mnie sposób, ponieważ dotąd nigdy nie dostrzegałem rozdźwięku między zasadą kopernikańską a antropiczną – raczej wydawały mi się naturalnie uzupełniać nawzajem, w sensie, że jeśli nasze położenie wydaje się wyróżnione pod jakimś względem, to możemy wnioskować (bayesowsko), że położenie bardziej typowe najpewniej nie byłoby sprzyjające powstaniu rozumnego życia. Czyli może w układzie czerwonego karła jest to nieprawdopodobne, a przynajmniej o rząd lub dwa wielkości mniej prawdopodobne niż w układzie gwiazdy typu G2. Co do czasu to nawet ciekawsze: można się zastanawiać, czy obecna epoka nie jest “wyróżniona pod jakimś względem” (np. wyższy stosunek Fe/H z jakiegoś powodu przeszkadzałby w powstaniu życia), a nawet, czy w obserwacje dowodzące przyspieszającej ekspansji Wszechświata nie wkradł się jakiś systemowy błąd. Z drugiej strony – któraś cywilizacja musi być pierwsza ze wszystkich…

Co do Ziemi i Księżyca: to raczej anegdota niż poważny argument, ale spotkałem się z uwagą, że gdyby w naszej galaktyce istnieli kosmici zdolni do podróży międzygwiezdnych, mielibyśmy tu tłumy turystów, bo statystycznie rzecz biorąc, możemy być jedynym miejscem z tak spektakularnymi i zróżnicowanymi zaćmieniami (oraz w najszerszym rozumieniu przyzwoitym klimatem – gazy szlachetne nie zamarzają, metale się nie topią).

czasem wydaje się, że dokonujemy swoistej autocenzury. (…) Ale może to moje zboczenie, bo zawsze wartości były w centrum mojego rozumienia nie tylko takich, ale również o wiele bardziej jednostkowych porządków.

Raczej nie tylko Twoje zboczenie, bo słyszałem, że jak już komuś wyrwą paznokcie i zęby, to zwykle szybko wyzbywa się przekonania, że “nie istnieje wyróżniona w sensie wartości kultura czy ustrój polityczny”. To, że udało Ci się dojść do tego wniosku bez podobnych pomocy poznawczych, świadczy raczej o zdrowym rozsądku.

Owszem, to trudne, a czasem i beznadziejne, ale laikom trzeba próbować tłumaczyć czym jest i jak działa nauka – i pod tym względem, cieszę się, że jesteś tu, @Ślimak Zagłady na posterunku.

Dzięki, trudno mi czasem przejść obojętnie, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że piszesz ze znacznie większą swadą i swobodą od mojej, wiele kluczowych kwestii masz głębiej przemyślanych, w ogóle wolę nie myśleć, ile czasu by mi zajęło ułożenie wpisu tak długiego jak Twój.

Pozdrawiam!

W odniesieniu do wpisu Silver_adventa na Shoutboksie, który może będzie chciał tu skopiować:

 

Nie zajmuję się fizyką wysokich energii i oddziaływań fundamentalnych, obawiam się więc, że trudno mi będzie Ci wyczerpująco odpowiedzieć… Na pewno wiesz, że wiele cząstek przewidzianych teoretycznie zostało później wykrytych doświadczalnie, zwłaszcza znana jest historia bozonu Higgsa. W istocie natura współczesnych eksperymentów w tej działce jest taka, że trzeba znacznej podbudowy teoretycznej do weryfikacji, nie prowadzi się ich na zasadzie “włączmy akcelerator i zobaczmy, co się stanie”. Potrzeba dalszego rozwoju dziedziny wynika z naszych podstawowych braków w rozumieniu praw rządzących Wszechświatem – pisałem tu jakiś czas temu o nieznanej naturze kolapsu funkcji falowej, inne takie kwestie to przykładowo unifikacja mechaniki kwantowej z teorią grawitacji oraz problem stałej kosmologicznej (dlaczego dane obserwacyjne wskazują, że jest niezerowa, ale niewyobrażalnie mała, 50–120 rzędów wielkości mniejsza, niż mogłoby to wynikać z obliczeń). Dlatego poszukuje się podejść teoretycznych, które pozwoliłyby wyjaśnić te problemy, i zarazem (lub raczej następnie) sposobów ich falsyfikacji.

Jako drobną, cząstkową ilustrację trudności z tym związanych – oraz aparatu pojęciowego, jaki trzeba opanować, żeby zajmować się takimi zagadnieniami – można zobaczyć wpis https://www.quora.com/Why-cant-string-theorists-find-a-Calabi-Yau-or-Joyce-manifold-that-fits-our-universe/answer/Lubo%C5%A1-Motl (choćby rzetelne zrozumienie, czym jest rozmaitość Calabi-Yau, wymaga lat studiów). Naturalnie, krytyka na gruncie filozofii nauki istnieje i niektóre zarzuty wydają się zasadne: dlaczego tyle uwagi, również w formie przyznawanych grantów, jest poświęcane teorii strun, która przez pół wieku istnienia nie doczekała się solidnej nadziei na falsyfikację, a nie innym, słabiej rozpoznanym kierunkom badań. Niemniej mam nadzieję Cię przekonać, że przyrównywanie tych ważnych i fascynujących zagadnień do “diabłów na końcu szpilki” jest bezzasadne i może być odebrane jako dotkliwe przez błyskotliwie inteligentnych ludzi, którzy poświęcają życie na ich zgłębianie. Skądinąd byłoby bardzo miło, gdyby osoby powołujące się na Kopernika w podważaniu konsensusu naukowego rzeczywiście zajmowały się proponowaniem np. innowacyjnych modeli teoretycznych grawitacji kwantowej, a nie pokrzykiwaniem na prawdy naukowe wykazane doświadczalnie ponad rozsądną wątpliwość.

Cześć, Jolko!

Jakoś ostatnio chęć lektury Twoich miniatur dopada mnie w nocy. Ta jest bardzo ładna, poetycko oddaje pewną wątpliwość, jak daleko możemy się rozwinąć i ulepszyć, żeby nie stracić tego, co jest dla nas najważniejsze i określa nasze człowieczeństwo. Jednak jest to nieźle znany temat, utwór skupia się na przedstawieniu emocji, ciekawej perspektywie narracji, a chyba w mniejszym stopniu pokusiłaś się o nowatorskie przemyślenia. Mnie tutaj od razu zastanawia (ale to tylko jeden możliwy kierunek eksploracji): czy aby nie jest tak, że gdyby razem przechodzili przemianę, mogliby współdzielić myśli, pogłębiać swoją więź na nowych poziomach intelektualnych i nie znudzić się sobą już nigdy, ale bohaterka nie zaufała nauce i lekarzom, nie skorzystała z tej szansy i w rezultacie porzuciła męża? Dyskutowany fragment mnie nie raził, trochę odstaje stylistycznie, ale naświetla, na czym polega przemiana, że Michał myśli wyraźnie innymi torami.

Atmosfera kojarzy mi się jakoś z Cohenem, konfrontacja indywidualnych słodko-gorzkich uczuć i kruchości z ponadczasową potęgą i mitem, przykładowo: Oh, you loved me as a loser, now you’re worried that I might just win. You would know how to stop me, but you don’t have the discipline

Miniprzegląd językowy:

Obserwował, jak oceniała, nieufna, wycofana.

Wzmocnienia mięśni, inny kolor unerwienia

Lepiej jedno “wzmocnienie”. Nerwy nie są widoczne przez skórę, z tego, co piszesz w komentarzu, chyba miałaś na myśli kolor unaczynienia.

Nie odpowiedział, zastanawiając się chwilę.

Niezręczne użycie imiesłowu współczesnego – dałbym po prostu “Nie odpowiedział, zastanawiał się chwilę”.

Pozdrawiam ślimaczo!

Cześć! Ślimak Zagłady nadpełza…

Przeczytałem z mieszanymi uczuciami. Opowiadanie ma niewątpliwe mocne punkty, takie jak cały wątek opieki psychologicznej nad Łukaszem, jego przejścia od gniewu i rezygnacji do cieszenia się chwilą. Opis tańca Japonki też był szczególnie ładny. Więcej jednak jest kwestii, których ujęcie i cel mi umykają, wydają się niedostatecznie osadzone w toku historii. Z czego to wynika, że Śmierć została uwięziona w obrazie, a jednak ludzie w świecie przedstawionym normalnie umierają? Dlaczego nagle się okazuje, że Łukasz, przez większość narracji opisywany jako umierający, dożył jednak starości? Od czego zależy, które życzenia bohaterka może spełniać, a których nie – czy stoi za tym jakaś logika, a nie tylko potrzeba fabularna? I akurat Łukasz sprawił jej główne kłopoty, gdy wyraźnie pokazujesz, że jego przypadek był jeszcze oazą normalności na pustyni kuriozalnych życzeń? Czemu właściwie służą sceny bałwochwalczej dewocji i hipokryzji, które na pewno mogą wyobcować część czytelników, a mam wrażenie, że nie wiążą się do głównego wątku opowieści? Widzę, że do niektórych zbliżonych wątpliwości odnosiłeś się już we wcześniejszych komentarzach, ale chyba byłoby skrajnie trudno wykoncypować te wyjaśnienia z samego tekstu. Gdyby potrzebny był jeszcze głos do Biblioteki, kliknąłbym chętnie, do poziomu piórkowego moim zdaniem brakuje.

Pod względem językowym jest przyzwoicie, chyba najczęściej potykałem się na monotonii rytmu, długie serie po jednym epitecie do rzeczownika. Przykładowo:

Japonka czekała na nią niezmiennie, wybijając parasolką nerwowy rytm na marmurowej posadzce. Przez jej zmęczoną twarz przebiegał cień autentycznego lęku, który natychmiast maskowała furią, gdy tylko srebrzysta tafla lustra wypluwała Damę z powrotem.

Pozdrawiam serdecznie i przesyłam najlepsze życzenia wielkanocne!

Pomyślałem, że skomentuję chociaż część tekstów, które mnie tu na chwilę zatrzymały, z góry przepraszam pominiętych, może uda mi się później wrócić po więcej. To także ćwiczenie, żeby umieć się do czegoś odnieść zwięźle i w punkt, nie rozpisywać się zawsze na akapity…

Bardzie: zgrabny opis, jednocześnie niepokojący i zmysłowy, ładne porównanie ze śpiącym tygrysem. “Na nieruchomej twarzy dostrzegłam ruch” wygląda na sprzeczne, dodałbym jakieś “dotąd” czy “z pozoru”.

UnaBombo: dobrze budowałaś oczekiwanie, czuć już było, że zbliża się taki czy inny kontrapunkt. W jakimś głębszym sensie tekst podobny do mojego, chociaż mówi bardziej wprost o rozbieżności między wyobrażeniami o kimś a rzeczywistością.

Holly: mało tutaj było opisu, za to oryginalny fantastyczny pomysł na wyjaśnienie przeczuć zwierząt. Trochę szkoda takiego utworu na wyzwanie, z którym ma mało wspólnego, miał potencjał na dobry samodzielny szort lub drabble.

Berigu: dobrze, że niczego nie usuwałeś, piękne wyobrażenie, poetycko opowiadasz o tęsknocie za czymś niewypowiedzianym, może relacją o głębszym znaczeniu. Prawdopodobnie miała być “ceglastoruda” (“ruda z odcieniem ceglastości”), a nie “ceglasto-ruda” (“miejscami ceglasta, miejscami ruda”).

Lugosi: broni się jako sposób wprowadzenia konkretnej postaci, wyczerpanego światem cynika u progu psychozy, ale wydaje mi się, że dłuższa historia opowiedziana z perspektywy takiego narratora mogłaby być bardzo, bardzo męcząca.

 

Najmocniej dziękuję za uwagi do mojego tekstu. Świetnie, że doceniacie jakość opisu, starałem się o to. Dostrzegliście też, że myślą przewodnią jest kontrast między przedmiotem a podmiotem – to, iż pomniki służą do projektowania na nie swoich wyobrażeń, a w człowieku wypadałoby jednak uznać jego autonomię. To próbują przekazać narratorowi postaci z jego wpółsennej wizji. Podane urywki mają (w moim zamyśle) nieoczywiste, wielorakie odniesienia, dotyczące żółwi, pomników, stanowienia o sobie i innych podobnych kwestii.

Nie podnosi mnie to na duchu, że obligujesz do wcielania się w uważnego czytelnika, przy takim nawale nominacji, ale zobaczę, co się da zrobić…

Cześć, Bardzie!

Rzeczywiście wesołe, nie ma co. Ładny eksperyment z tempem i obrazowaniem, wydaje mi się, że spełnił swoją rolę, można trochę poczuć perspektywę tego konającego starca i nie jest to najprzyjemniejsze doświadczenie. Ciekawe, że o głuchocie wspominasz tylko mimochodem, jest wyrażona przede wszystkim dominacją bodźców wizualnych w opisie. Jednak od razu zwróciłem uwagę, że bardzo dużo czerpiesz z Sądu nad Goyą Kaczmarskiego, sposób odnoszenia się do kolejnych obrazów krótkimi rzutami i nawet w dużej mierze porządek tych obrazów; oczywiście też tytuł. W każdym razie myślę, że dopchanie do Biblioteki jest całkiem uzasadnione.

W drzwi staje Arrieta.

Tu już Finkla odnotowała, że coś się nie zgadza gramatycznie.

Arrieta wychodzi, w ciszy.

Bez przecinka.

A tu nie zgodzę się z Jolką, wolno w ten sposób zaznaczyć dopowiedzenie, nie jest to typowe rozwiązanie i na maturze może bym nie radził, ale w prozie jak najbardziej decyzja autorska.

Opadają i podnoszą się pomału, jak nagie piersi Mai. Tej, która już nic nie ma do ukrycia. Obnażona rumieni się mniej niż w ubraniu.

Rzeczywiście, nigdy na to nie zwróciłem uwagi, bystra obserwacja!

Zielonobiałe banderillas sterczą z grzbietu.

Pewnie miały być “zielono-białe” (“w białe i zielone pasy”), a nie “zielonobiałe” (“białe z odcieniem zieleni”).

„Potrzebuję modlitwy”. Szepcze w myślach starzec. “Może wtedy odejdą”

“Potrzebuję modlitwy”, szepcze w myślach starzec. “Może wtedy odejdą”.

Albo:

“Potrzebuję modlitwy”. Starzec szepcze w myślach. “Może wtedy odejdą”.

 

Dziękuję za wrażenia czytelnicze, pozdrawiam i życzę fantastycznych Świąt!

PS. Nie zdążyłem kliknąć, ktoś dopchał dwie minuty przede mną.

Hej, Michaelu!

Może dla odmiany zacznę od przeglądu językowego…

Nie musiałem pytać, kto.

Bez przecinka (samotny zaimek względny na końcu zdania).

zacisnęły się na mojej krtani

Lepiej “zacisnęły mi się na krtani”.

W świetle ogniska zobaczyłem, że pod jego skórą pulsują czarne żyły

Niejasne odniesienie zaimka (pod skórą ogniska, ryku, gardła?), lepiej dać np. “napastnika”.

Dłoń sama odszukała drzewce iklwy.

Tu chyba “h” zabrakło.

Spojrzałem na swoje drżące dłonie, potem na bezkształtną masę u moich stóp.

Nadmiar zaimków.

A ja miałem być daniem głównym.

Komediowa klisza, moim zdaniem nieprzystająca stylistycznie do reszty tekstu.

Rozlało się w kościach, głęboko w szpiku.

Może lepiej: Rozlało się głęboko, w kościach, w szpiku.

Jej próg wymuszał pokłon na każdym wrogu – by odsłonił szyję, a ci, którzy przed nikim nie uginali karku – by wreszcie schylili czoło z szacunkiem.

Chyba powinno być “a na tych”, rozważyłbym też, czy w ogóle nie rozbić tego na trzy zdania.

Oczy nie śledziły ruchu. Dwa mętne kamienie, które przewiercały nas na wylot.

Do mnie ten opis nie trafia – to właśnie żywe oczy mogą przewiercać na wylot, a mętne kamienie nijak.

Stwór wydał wysoki, świdrujący gwizd. Moi wojownicy nie drgnęli. Zaczęli nucić – niski, wibrujący dźwięk

Niezręczne moim zdaniem powtórzenie konstrukcji w minimalnym odstępie.

Wbiłem ostrze prosto w gnijącą , odsłoniętą szyję.

Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

W odniesieniu do całości: ładne krótkie opowiadanie, na pewno widać, że starałeś się oddać tkankę dźwiękową opisywanych miejsc i żeby dobór zdań z nią harmonizował. Trochę widać, że bohater myśli o świecie w innych kategoriach niż Europejczycy, ale raczej nie rzuca się to w oczy bardzo mocno. Moim zdaniem trochę mało treści na Piórko – pomysł z włócznią i tarczą wydaje mi się tylko klamrą spinającą tekst, w moim odczuciu nie wyraża jakiejś głębokiej prawdy o świecie i roli przywódcy – ale bez wątpienia warto było przeczytać!

Wyłowione z komentarzy:

A to bardzo ciekawe. Ale nie wiem czy się zgodzę. Powtarzam poetyckość – okej. Ale sama historia? Jakaś śmierć pojawia się w praktycznie każdym tekście na tym portalu

Zwróciłem na to uwagę o tyle, że w moich opowiadaniach jak dotąd właściwie nie było scen śmierci ważniejszych bohaterów, jak już ktoś umierał, to poza kadrem albo postać trzecioplanowa. Chyba jest to jakiś kierunek do eksploracji.

Nie mam nic do niego, oceniłem go jedynie jaki jest, jest mocno inwersyjny, poetycki na granicy z literackim. Pewnie Ślimak by zrobił z tego esej, ale ja jestem prosty chłop. Nie krytykuję stylu.

Mam nadzieję, że tu nie zawiodłem jakoś mocno, ale po ostatniej rozmowie o rozwiązaniach stylistycznych staram się już bardziej uważać, żeby nie być źle zrozumianym.

Pozdrawiam ślimaczo!

Z okazji przełomu miesięcy i Wielkiej Środy prezentuję wstępne podsumowanie. Bez dowcipów primaaprilisowych, naprawdę mamy już w tej chwili 10 (słownie: dziesięć) marcowych nominacji.

 

Bardjaskier – Czarny cylinder – 11/5 głosów, 1,5 TAKA (bruce, MichaelBullfinch, regulatorzy), nominacja!

Outta Sewer  –  Ostatni oddech lata – 8/5 głosów, 1 TAK (regulatorzy, MichaelBullfinch), nominacja!

prosiaczek – Zamki w głowie – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

beeeecki – Raport z dnia potępienia – 6/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch), nominacja!

lugosiDama – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch), nominacja!

Caern Gdy zostanę lepszym człowiekiem – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch), nominacja!

przemyslaw_kher – Spoczywaj w pokoju, Celeste – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

MichaelBullfinch – Ikhlwa i ihawu – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

OldGuard –  Most Westchnień – 3/5 głosów;

Jamesmas – Sekwencja – 2/5 głosów;

Old Guard – Studnia w Witherthorn Dell – 1/5 głosów;

MarzanCharon i Nila: Rzeka mieczy – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

Jamesmas – Sekwencja (HollyHell91);

adanbareth – Rok (HollyHell91);

Caern Gdy zostanę lepszym człowiekiem (HollyHell91);

Finkla – Historia upadku Dymitra Siergiejewicza (HollyHell91);

Outta Sewer  –  Ostatni oddech lata (JolkaK);

MichaelBullfinch – Ikhlwa i ihawu (Finkla).

Hej, adanbareth! Chyba jeszcze nic Twojego nie komentowałem?

To opowiadanie mnie, niestety, nie wciągnęło. Na pewno umiałaś zbudować klimat, jednak konflikt między dawną a jeszcze dawniejszą wiarą jest dla współczesnego czytelnika abstrakcją i nie wydaje mi się, żeby cokolwiek w tekście pozwalało go odnieść do bardziej aktualnych problemów. Dynamiki pomiędzy głównymi bohaterkami nie wyczułem, nie wiem, co było przyczyną zazdrości Nawoi, gdy przecież nie traktowała poszukiwania Roka tak poważnie jak Mojmira, głównie licząc na przeżycie przygody. Reszta postaci to tylko parada dwuczłonowych imion. Język i redakcja budzą zastrzeżenia, postaram się przejrzeć chociaż początek tekstu:

ale nie znajomy, jak ten który płonął

Ale nie znajomy jak ten, który płonął… (logiczny podział zdania).

– Zamyśliłam się. – Dziewczyna odparła wymijająco

– Zamyśliłam się – odparła dziewczyna wymijająco (czynność gębowa).

Samboja odsunęła się od córki równie nagle, co przed chwilą ją przytuliła.

Lepiej “jak” (okolicznik sposobu).

przyniosła dla ciebie prezent. Trzymała je jako pamiątkę

Liczba się nie zgadza.

wpatrzona szeroko otwartymi oczami w dwie złote bransolety – prezent od sąsiadki. Znów ujrzała je oczyma wyobraźni takimi, jakie były tamtej nocy

Napisałbym po prostu “w wyobraźni”, żeby nie powtarzać “oczu” i nie tworzyć wrażenia, że to oczy jakieś były tamtej nocy.

a także ludziach, którzy, obdarzeni błogosławieństwem Roka, dokonywali wielkich czynów.

Zaimek względny, w przeciwieństwie do spójnika, nie kasuje przecinka otwierającego wtrącenie.

jego wierne służki, Rodzanice stawały u porodu

“Rodzanice” to niewyraźne wtrącenie, wydzielić przecinkami obustronnie lub wcale. Staje się raczej do czegoś.

opowiadała Mojmira szeptem, uważając, by ani słowo nie wydostało się poza ściany izby.

Zdanie podrzędne.

w niesprawiedliwej sprawie

Niezręczne.

Takie cuda niegdyś działy się na porządku dziennym

Utarta fraza to “być na porządku dziennym” – i nijak nie pasuje tu stylistycznie, bo pochodzi od porządku obrad w nowoczesnych instytucjach.

w całej wsi nie było już nikogo poza Mojmirą, kto odważyłby się opowiadać o Roku, i w efekcie ona także czuła się, jako słuchaczka, wyjątkowa.

Domknięcie wtrącenia.

A przynajmniej przed nikim innym, niż Mojmira.

Bez przecinka – nie ma rozbieżnych orzeczeń.

Każdego lata w przeddzień Kupały, Nawoja i Mojmira wybierały się w sekrecie na Uroczysko

Grupy okolicznika na początku zdania nie wydzielamy przecinkiem.

a lud prosił go o błogosławieństwa

w sekrecie czciły zapomnianego boga w przeddzień Kupały.

Niezręczne.

Nieuchronnie zbliżało się lato, w którym

Którego (podczas którego).

W ciemności emanowała blaskiem, jakby sama była kupalnym ogniskiem, i Nawoja poczuła przyjemny dreszcz

Domknięcie wtrącenia.

jako symbol wszechogarniającego spojrzenia Roka.

Woda nieprzerwanie spływała w dół wzgórza

W dół ze wzgórza (w dół zbocza).

Zaledwie kilka minut później, obie dziewczęta zbiegały gorączkowo po stromym wzgórzu

Obie dziewczyny, oboje dziewcząt. Ze stromego wzgórza (po stromym zboczu). Bez przecinka (grupa okolicznika na początku zdania).

sucha ziemia obciera im nagie stopy.

Tu subtelniejsza kwestia stylistyczna – jeżeli ktoś nie ma butów wskutek ubóstwa, zapóźnienia cywilizacyjnego czy dlatego, że kulturowo używa ich tylko w zimnej porze roku, to mówimy raczej o “bosych” stopach; “nagich” wtedy, gdy brak obuwia miałby być czymś niezwyczajnym w danym kontekście, wskazywać na jakąś szczególną wrażliwość, odgrywać rolę erotyczną czy obrzędową.

Ich wzrok przykuty był do nieprzerwanie płynącej strużki wody i nic innego nie było w stanie go od niej oderwać.

Nic innego od czego tak właściwie?

 

Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę pomóc, dziękuję za możliwość lektury i pozdrawiam –

Ślimak Zagłady

Cześć, Jerry! Ślimak wpełza i rozgląda się po łaciatym pobojowisku…

Ja także, o ile sobie przypominam, nie miałem przyjemności zetknąć się z “Garym”, o którym wspominają starsi stażem Użytkownicy.

Myślę, że oceniasz tekst trochę surowo, nazywając go “wymęczonym i męczącym”, ale zgodzę się, że w tym planie trudno byłoby wycisnąć z niego wiele więcej: zbyt duża jest rozpiętość między poważną, bogatą w aktualne odniesienia wypowiedzią o człowieku, którego całe życie składa się z maskowania i udawania kogoś, kim się nie jest, komicznym potraktowaniem finału a absurdalnością całej koncepcji. Może gdyby pojawił się jakiś kontrmodel, barwne porównanie z kimś, kto pozwala sobie na zachowania spontaniczne?…

Zwróciłem uwagę na trocheiczny początek wybijający rytm marszu (“Sierżant Malik Awad Alla szedł przez wioskę, każdym krokiem”…), ładny zabieg, pewnie byłby wyraźniejszy, gdyby rozciągnął się nieco dłużej.

Drobiazgi redakcyjne:

Starsza kobieta, ogryzająca resztki mięsa z kości grubszej niż jej ręka, obdarzyła go nawet uśmiechem. W normalnych okolicznościach uznałby to za objaw szaleństwa lub znak, że wchodzi w pułapkę. Jako że okoliczności normalne nie były, odpowiedział uśmiechem.

Niezręczne powtórzenie.

Gdyby mylił krok od makabrycznych widoków, zginąłby, zanim został kapralem.

Zdanie podrzędne.

Mógł, rzecz jasna, kazać prowadzić się do szejcha(-,) albo wrzaskiem domagać się, żeby szejch przyszedł do niego.

Tutaj przecinek nie jest uzasadniony, spójnik rozłączny, drugi człon nie ma wyraźnych cech dopowiedzenia.

– Kimże jesteś, że uzurpujesz prawo do odbierania boskich darów, ty, który przelewasz ludzką krew? – kontynuował perory szejch.

Chyba powinno być “uzurpujesz sobie”, też raczej jedną “perorę”.

– Nie ma między nami waśni, bracie. – oznajmił Malik.

Czynność gębowa, bez kropki.

Czy sądzisz, że wolą najwyższego było, żeby jego dary poszły na zatracenie w trzewiach padlinożerców i much?

Pisownia małą literą zaskakująca, ale może zrobiłeś to celowo, żeby zasugerować, że bohater jest jakimś synkretycznym politeistą uznającym Allaha za jednego z bogów?

– Trofeum godne wielkiego szejcha – oznajmił

Trzeci raz “oznajmił” w dość krótkim dialogu.

– Wiesz, co to jest? – spytał, po raz pierwszy patrząc rozmówcy w oczy.

– Nadajnik GPS. – Szejch zniżył głos do szeptu.

po przejęciu kontrabandy toombaku.

Miał być “tombak” czy to jakaś inna, nieznana mi substancja?

Zaraz ją włączę, żebyś na własne oczy przekonał się, o co chodzi z krowami z nieba.

W bazie mieli dwa komputery, ale korzystać z nich można było tylko pod okiem łącznościowca

Z tego, co czytałem, obecnie już w Afryce dużo łatwiej o telefony z dostępem do Internetu niż o komputery. Oczywiście przytaczam to jako ciekawostkę, nie wadę tekstu, bo może jest on osadzony trochę w przeszłości, może jakieś specyficzne miejscowe realia.

nie interesowało go, skąd i dlaczego się wzięły.

Polecam do Biblioteki, pozdrawiam i życzę, by wena szła w parze z ambicjami!

Cześć, Marzanie!

A na inne opinie pewnie trochę poczekam. A mogłem napisać szorta :P

Chyba nie jest aż tak źle – piszesz na tyle umiejętnie, że szkoda by było, gdybyś ograniczał się do szortów. Kiedy tekst się dobrze czyta, jego długość to raczej zaleta niż wada, wcale nie pragnąłem, by się już kończył. Doceniłem świadomą konstrukcję świata i postaci, widać, że autor ma ukształtowane pomysły, wie, co chce przekazać. Mocną stroną utworu są ładne prozatorskie opisy otoczenia i uczuć, naturalnie wkomponowane w narrację, a więc niesprawiające nachalnego wrażenia, że służą głównie do zademonstrowania umiejętności pisania (co mnie się chyba zdarza). Słowem – warsztat literacki moim zdaniem zasługuje na pochwały.

W odbiorze całej historii zwróciłem uwagę na jej wielowątkowość i fragmentaryczność. Co do Nili widzimy, że w jakimś sensie traci dziecięcą jasność spojrzenia, ale poza tym opowieść o niej nie postępuje znacznie na tych kartach i kończy się cliffhangerem (takim nawet już spadającym, ale rozumiesz sens). Charon nabrał śmiałości do samodzielnych działań i stworzył początki więzi z Cerberem, ale też nie był to w moim odczuciu taki przełom i problem na tyle ośrodkowy, żeby satysfakcjonująco spinał fabułę. Wzajemne relacje Nili i Charona – prawie się nie posunęły do przodu. Epidemia – gdzieś tam jest w tle, ale zupełnie się nie zajmujesz jej wpływem na społeczeństwo czy czymkolwiek, co moglibyśmy odnieść do własnych doświadczeń. Właściwie spodziewałem się tak do połowy, że jądrem utworu będzie pomysł na powiązanie mitologii klasycznej i nordyckiej, a więc Prometeusz (Iksjona oczywiście nie przewidziałem) zostanie utożsamiony z Odynem, a Nila stanie się psychopompką z prawdziwego zdarzenia. Może i tak będzie, ale już widzę, że daleko później – czyli mam wrażenie, że konstrukcyjnie to raczej fragment ze środka naprawdę obiecującej powieści niż opowiadanie. Przyganiał kocioł garnkowi, sam notorycznie zmagam się z bladymi zakończeniami i pomysłami niemieszczącymi się w ramach tekstu…

Pod kątem językowo-redakcyjnym jest raczej dobrze, tylko miejscami rzucały mi się w oczy braki w przecinkach, zwykle tych domykających wtrącenia, przykładowo:

Zrobił dwa kroki w jej stronę, a zobaczywszy na jej twarzy przerażenie, odstawił drąg pod ścianę.

Przypomina mi się ciało, wiszące bezwładnie na drzewie, i mimowolnie drżę, kiedy się do mnie zbliża.

Kliknięcie do Biblioteki oczywiście się należy. Pozdrawiam!

PS. Przy wzmiankach o niedźwiedziu robiłem się bardzo czujny, czy nie szykujesz połączenia z uniwersum “Żaby”.

Dziękuję za przywrócenie inicjatywy wyzwań! Bardzo dobry pomysł. Widać, że mamy spore zapotrzebowanie społeczne. Nie obiecuję, że będę w tym partycypował całkiem regularnie, ale postaram się czasem wsuwać czułki…


Spoglądałem na nią ukradkiem już od jakiegoś czasu, była bardziej intrygująca niż występ ulicznych artystów, dla którego tu najpierw przystanąłem. Był wieczór, melodie wibrowały w wilgotnym powietrzu.

Siedziała na wysokim cokole górującego nad placem pomnika, gdzie ledwie z trudnością mógłbym się wdrapać: na pewno ktoś ją podsadził. Wprost nad jej głowę kierował się miecz sławnego odkrywcy, pionowo opuszczony między fałdami płaszcza, zielony od ciepłych deszczów. Kobieta czy może dziewczyna, twarz mało mówiąca o wieku, nieco przywodziła na myśl Syrenkę Ludwiki Nitschowej. Zresztą mogłaby być częścią grupy rzeźbiarskiej, ale nie, na pewno żywa. Po lewej siedziba banku, po prawej jakichś władz administracyjnych, za mną rząd straganów ze świeżymi cytrusami.

Miała rzemienne sandałki i prostą beżową sukienkę, chyba lnianą, chyba ręcznej roboty. Nie podjąłbym się zgadywać, czy to paryskie lub mediolańskie haute couture za grube tysiące euro, czy giezło wyciągnięte z masy spadkowej po prababce. Siedziała sztywno, ze złączonymi kolanami i kostkami, tym z początku przykuła moją uwagę. Stopniowo dostrzegałem, że to może nie tylko kwestia skromności, bo też przedramiona trzymała cały czas splecione za plecami i cała wydawała się nienaturalnie nieruchoma. Jednak kolejne, coraz mniej dyskretne spojrzenia nie ujawniały niczego nadzwyczajnego: widać aż tak się zasłuchała w muzyce.

Pomimo to owładnęło mną fantastyczne przypuszczenie, że gdybym został na tym placu do końca występu i dłużej, i wracał o różnych porach doby, zawsze zastałbym ją tak samo nieporuszoną, dumną, obojętną wobec spojrzeń i domysłów. Może tylko przekonałbym się z czasem, że na godzinę lub dwie przed świtem, gdy mrok jest najgęstszy i życie zamiera na ulicach nawet takiego portowego miasta, na pomnik jego założyciela i na cokół ktoś zarzuca ogromną płachtę z napisem „Renowacja i utrzymanie bieżące” lub innym urzędowym wyrażeniem stosownym w tego rodzaju okolicznościach.

Wtedy rano zebrałbym się wreszcie na odwagę i zapytał tajemniczą postać, czy wszystko jest w porządku, czy nie potrzebuje pomocy. Może nie odpowiedziałaby nic, a może nakazałaby świdrującym szeptem, bym oddalił się czym żwawiej i postarał o niej zapomnieć. A ja podchodziłbym już do policjanta (stał tam zawsze policjant przy schodkach banku, także posągowa sylwetka, ale oni przynajmniej się zmieniali):

– Przepraszam, odnoszę wrażenie, że tamta obywatelka nie czuje się komfortowo, że należy jej pomóc. – Zbyt formalnie, jak zwykle gdy zwracam się do kogoś w obcym języku i z napięciem.

– Co takiego, czy to znaczy, że pan ją widzi? – Szarpnąłby głową jak spłoszony koń.

– Jasne, widzę, dlaczego miałbym nie widzieć?

– A coś pan za jeden, skąd pan jest?

– Z Polski, jestem Polakiem.

Wówczas policjant zagwizdałby z ulgą, a może to gwiżdżą statki stojące na redzie?

– To nam się obydwu upiekło, gdyby pan nie był Polakiem, musiałbym pana chyba zastrzelić na miejscu.

– Ależ co pan takiego mówi, dlaczego zastrzelić?

– Proszę podejść tam – pokazałby palcem – żółw wytłumaczy lepiej, niż ja bym potrafił.

– Żółw?…

Ponieważ na wewnętrznym dziedzińcu siedziby urzędów istotnie znajdowała się obsypana kwiatami sadzawka, przeszedłem tam energicznym krokiem. Na podwodnym głazie tkwił z wystawionym łbem ozdobny, duży żółw. Ze względu na zupełny bezruch wziąłem go już stanowczo za rzeźbę, aż dopiero po paru minutach dostrzegłem, że miarowo rozdyma i zwęża podgardle, ruchy co najwyżej trzymilimetrowe. I gdy tak się nad nim nachylałem, on nagle, acz powoli uniósł łeb i spojrzał mi w oczy. Z tą chwilą rozbłysły mi w myślach napotkane gdzieś kiedyś cytaty i urywki, wiele naraz:

– Zwiedzając Katedrę Mariacką…

– …trzymaj moją głowę nad wodą.

– Co robi narkoman na skrzyżowaniu?…

– …po czym dostał się pod silny ostrzał z gmachu Czterech Sądów i leżał tam do końca powstania.

– Jeżeli spotkasz po drodze Buddę…

Co takiego chciałeś mi powiedzieć, żółwiu? Jak być posągiem? Czy: jak nie być posągiem? Czy: co to znaczy być posągiem?

Cześć, ta_od_horrorów!

Bardzo miło Cię przywitać na Portalu. Utwór, niestety, mnie nie zachwycił. Trudno tutaj dopatrzyć się rytmu, poetyckiego frazowania, doboru środków stylistycznych, w ogóle cech typowych dla wierszy. Połączenia wyrazów są w dużej części zgrane, podawane na zasadzie hasło-odzew: bogini najwyższa… chłodny dotyk… ciemna otchłań… nici przeznaczenia… gdy siłą liryki bywa właśnie zaskoczenie odbiorcy świeżymi kolokacjami. Wielki nadmiar zaimków dzierżawczych (swe, mą, swą, moich, mój, mego…) – to Anglicy utykają je gdzie popadnie, po polsku gospodarujemy nimi oszczędnie. Dwa razy “spowić, spowinąć” tuż obok siebie. I wreszcie: mnie jako czytelnika interesowałoby przecież, czym mianowicie ta Lilith uwiodła podmiot liryczną, co ma takiego do zaoferowania, większego od współczesnego świata, wolności i zdrowia.

Oddałam Ci ja, wszystko to co miałam.

Oddałam Ci ja wszystko to, co miałam (logiczny podział zdania).

Ah!

Piszemy “ach” (ale “aha”).

 

Mam oczywiście nadzieję, że nie zrażą Cię liczne uwagi, jak najbardziej zachęcam do dalszych prób i rozwoju w układaniu wierszy! Początkującym użytkownikom zawsze staram się polecać poradnik Drakainy, świetnie objaśniający reguły udzielania się na forum i różne aspekty tutejszego funkcjonowania. W każdym razie najważniejsze – to czytać i komentować, zgodnie z ideą wzajemnej pomocy literackiej.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Cześć! Myślałem, że będę witał świeżego użytkownika, a tu głęboka historia Portalu…

Opowiadanie można naturalnie podzielić na dwie części. Pierwsza jest moim zdaniem bardziej zajmująca, dobrze przedstawia realia świata, chociaż to, na ile przykuje uwagę czytelnika, może mocno zależeć od jego zainteresowania klimatami industrialnymi. Mogę dodać, że te dwa zdania omówione przez Jima mnie także mocno wytrąciły z zanurzenia w lekturze. Pierwsze ma sens, tylko trzeba by rozłożyć akcenty troszkę inaczej (że to dziwne, że zamiast otrzymywać transfer danych, musi kierować swoje kamery na światełka, czerwone czy jakiekolwiek inne). Drugie moim zdaniem wymaga zmiany: na przykład wyrzucając piłkę przez okno, nie zadajesz przecież fizyce pytania, gdzie upadnie, tylko sobie możesz je zadać. “Odpowiedź niezgodną z równaniami” rozumiałbym wyłącznie jako sytuację, w której wypisałeś poprawne równania, ale potem pomyliłeś się przy ich rozwiązywaniu – a w tym kontekście zabrzmiało to bardziej tak, jakby bohater obawiał się, że prawa fizyki na chwilę przestaną obowiązywać, bo stoi za nimi jakaś świadoma Fizyka i chce mu zrobić na złość.

Co do części drugiej, chyba nie będę nazbyt oryginalny: poczułem się wrzucony w środek mało interesującej dla mnie rozgrywki między ludźmi, których nie znam z charakteru, ukrytych motywów, wzajemnych zaszłości, więc trudno mi przywiązywać wagę do jej wyniku. Wprawdzie chwilami odnosiłem wrażenie, że odtwarzasz w zmienionej otoczce przebieg zdarzeń, który doprowadził do wyboru Narutowicza, ale jeżeli był to celowy zabieg, to nie odgaduję, jaki stał za nim zamysł artystyczny (zwłaszcza skoro Weryński przeżył).

Pod względem językowym udatne, chyba żadnych większych wpadek, może jeden czy drugi przecinek przed “i” wydał mi się nadmiarowy.

Gratuluję trafienia do Biblioteki i pozdrawiam ślimaczo!

Masz rację! Przecież byłem prawie pewien, że komentowałem jeszcze coś Twojego, a potem patrzę na Twój profil i dowodów nie widać. Teraz oczywiście pamiętam, limeryk o cierpliwym ksenofilu był świetny! I owszem, nieraz krytycznie się wypowiadałem o tym, że ktoś kasuje swój tekst i nie można odzyskać własnych komentarzy, mam nadzieję, że w nowej wersji Portalu będzie to inaczej rozwiązane. Gdybyś miał coś na priv, na przykład ochotę podzielić się jakimś utworem, którego wolisz nie pokazywać publicznie, to rzecz jasna z przyjemnością odbiorę taką wiadomość.

Na Wieczór Wagarowicza dodaję specjalne podsumowanie końcowe, odtajniające głosy jurorów konkursu “Między płótnem a słowem” (podkreślone linijki, w których coś się zmieniło):

 

marzan – Rzeka – 13/5 głosów, 1,5 TAKA (regulatorzy, MichaelBullfinch, bruce; Marszawa), nominacja!

GalicyjskiZakapiorgdzie akurat nie patrzysz – 11/5 głosów, 1,5 TAKA (MichaelBullfinch, bruce, regulatorzy), nominacja!

prosiaczek – N-arc: REGULACJA – 9/5 głosów, 1,5 TAKA (bruce, regulatorzy, MichaelBullfinch), nominacja!

betweenthelines – Kołysanki Strażniczki – 9/5 głosów, 1,5 TAKA (MichaelBullfinch, bruce, beeeecki), nominacja!

MichaelBullfinch – Utopię waszą utopię – 8/5 głosów, 1 TAK (bruce, beeeecki), nominacja!

MichaelBullfinch – Plaża z kamienia – 7/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

Bardjaskier – Po drugiej stronie zdjęcia – 6/5 głosów, 1 TAK (MichaelBullfinch, bruce), nominacja!

beeeecki – Ostatni zjazd – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Storm – Czarny Egzekutor – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch);

HollyHell91 – Księżniczka zamknięta w wieży – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Finn Katera – Trzysta dwadzieścia trzy – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

d.pankovski – Białe płótno – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce).

 

Zgłoszenia Loży:

MichaelBullfinch – Utopię waszą utopię (Bardjaskier);

marzan – Rzeka (Bardjaskier);

OldGuard – Cienie umierają dwa razy (zygfryd89);

d.pankovski – Białe płótno (HollyHell91).

Dziękuję, to bardzo miłe, że tak piszesz! Prawdę mówiąc, wygląda na to, że dotychczas skomentowałem tylko jeden Twój utwór – może to mieć coś wspólnego z tym, że pozostałe publikowałeś wcześniej, niż zjawiłem się na Portalu. Tak czy inaczej: mnie też trudno uwolnić się od tego transakcyjnego podejścia, ale bywa też tak, że jeden tekst wręcz prowokuje Cię do dzielenia się myślami i komentarz sam spływa z klawiatury, a drugi, choćby bardzo dobry, budzi na tyle skomplikowane uczucia i przemyślenia, że prawie się nie da nic napisać. Zakładam, że w skali całego forum te indywidualne różnice jakoś się kompensują. Jestem pewien, że mógłbym jeszcze wiele skorzystać na Twoich radach, zarówno przy opowiadaniach, jak i wierszach!

Aktualizacja składu Loży!

 

Nowa wiadomość do przekazania: na początku marca postanowił zrezygnować z funkcji cezary_cezary.

Dziękujemy mu za całą sumienną pracę i życzymy wspaniałych przeżyć poza Lożą, wiele czasu i sił do rozwoju pasji literackiej i innych.

Na podstawie uzyskanej w wyborach liczby głosów wakat zgodziła się zapełnić, począwszy od tekstów marcowych, pierwsza rezerwowa dogsdumpling.

Jaka miła niespodzianka, nowy komentarz po tak długim czasie! Jak rozumiem, czytałeś “Namiestnika” niedługo po publikacji, więc tym bardziej doceniam, że znalazłeś chęć do niego wrócić, przetworzyć swoje wrażenia i podzielić się wartościowymi uwagami.

Twoje przemyślenia na temat kompozycji w dużej mierze pokrywają się z tym, co pisali inni czytelnicy i co sam sobie od tamtego czasu ułożyłem w głowie. Jednak nikt chyba przed Tobą nie wskazał, że scena spotkania i w ogóle relacja z Lenką może być także zbyt szybka, “upchnięta w sobie”, to ważna obserwacja.

Świetnie, że spodobało Ci się “e” kreskowane, bo pewnie nie wszyscy odbiorcy podzieliliby Twój sentyment! W procesie twórczym wyglądało to tak, że wahałem się między zapisem “jedenastą” a “jedynastą” (zgodnym z Kordianem, a przynajmniej z wydaniem, z którego wtedy korzystałem, ale mogącym wyglądać jak zwykła literówka) i w końcu poszedłem na taki kompromis. Pomysł barwny, ale w pojedynczym wystąpieniu źle ugruntowany, Marók powinien posługiwać się tą głoską jeżeli nie stale, to przynajmniej wtedy, gdy mówiąc szybko czy w nerwach, powracałby do form dialektalnych. Naturalnie łatwiej byłoby to zmieścić w dłuższej formie.

Reasumując, wiele wskazuje na to, że niechcący wtłoczyłem tu w ramy opowiadania pomysł na powieść. Myślałem o tym, żeby siąść do rozbudowy, ale nie czułem się na siłach, chyba dlatego, że zbyt mało wiem o realiach pracy i życia takiego historycznego namiestnika, żeby to połączyć z koncepcjami fabularnymi i poukładać sobie w wyobraźni. Pewnie musiałbym znaleźć i poczytać jakieś pamiętniki brytyjskich administratorów kolonialnych w Indiach, może Saga rodu Forsyte’ów też nie byłaby od rzeczy.

O grozie nic nie powiem, nie pamiętam tego typu poruszeń, gdy czytałem, więc jeśli się pojawiły, to nieznaczne. Tylko że na mnie horror działa w stopniu ograniczonym.

To w ogóle jest zagadnienie, w którym zdałem sobie pomału sprawę z własnych niedostatków i chętnie bym je rozwikłał – co tworzy grozę, od czego to zależy, że w tekstach innych autorów losy bohaterów śledzi się z niepokojem, a w moich raczej z ciekawością.

Cieszę się, że nie żałujesz poświęconego czasu, serdecznie pozdrawiam!

Odrobina archeologii okolicznościowej, to znaczy opowiadanie o archeologu wykopane z głębin Portalu na dzień św. Patryka… Zabawny szczegół, że tekst został opublikowany niespełna miesiąc po mojej rejestracji tutaj; jednak nie przypominam sobie, żebym go wtedy czytał.

Lektura była dosyć satysfakcjonująca: fabuła sensownie obmyślona, postaci wiarygodnie nakreślone na tle epoki, widać przygotowanie merytoryczne. Nawiązania do irlandzkich utworów też smakowite. Tylko zakończenie nieco mnie rozczarowało, bo jak to – Grace się budzi i zapowiada zemstę (co można było przewidzieć), i po prostu koniec? Przyszła mi na myśl jako możliwe uzupełnienie scena zamykająca, w której pani o’Malley inspiruje Collinsa i spółkę do opracowania prawideł nowoczesnej wojny partyzanckiej. Oprócz tego nie przekonało mnie też, gdy bohater, który już od początku pokazał, że umie posługiwać się bronią, dla wymogów fabuły nagle wyrzucił karabin pod nogi ścigających go ludzi.

Przeszkadzały mi w lekturze dość liczne uchybienia redakcyjne, głównie interpunkcja. Wypiszę parę przykładów z początku tekstu:

– Co się tyczy wydarzeń z 24 kwietnia, słyszałem, że kolega dzielnie bronił naszej Alma Mater?

I jak tam, nie prześladuje Cię duch profesora Mahaffy’ego za insynuacje, jakoby nie umiał odmienić Almae Matris?

Nie ma o czym mówić. – Odparłem, raczej w celu zyskania na czasie.

Czynność gębowa, bez kropki i od małej litery.

Doszedłem do Liffey i dalej szedłem wzdłuż nabrzeża.

Niezręczne powtórzenie (“dotarłem”).

mogą mnie uznać za szpiega, czy kogoś podobnego

“Czy” w znaczeniu współrzędnym “lub”, bez przecinka.

Pamiętam że zamieniliśmy kilka słów

Myślę sobie… myślę że to przez tego papierosa.

Przecinki przed “że”.

pozwalając sobie co najwyżej na kiwnięcie głową(-,) lub delikatne poruszenie brwi. 

Muszę powiedzieć, że poczułem raczej tremę(-,) niż podekscytowanie. Stanowczo potrzebowałem chwili, by ułożyć sobie wszystko w głowie

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

W żadnym wypadku nie chciałbym Cię zrażać. Przeciwnie, pisanie komentarzy i publikowanie tekstów to najważniejsze, co można tu robić, bez tego forum by po prostu nie działało. Z czasem poznasz nasze zwyczaje, zasady, skróty myślowe; nawet jeśli zajmie Ci to dłużej, każdy doświadczony użytkownik chętnie postara się pomóc. Tylko proszę o to ogólne założenie dobrej woli, że wszyscy tutaj uprawiamy wspólną pasję i jeśli nie rozumiesz, czemu ktoś coś napisał, to prawdopodobnie nie po to, żeby Ci zaszkodzić czy dopiec. Oczywiście też możesz w takich sytuacjach dzielić się cennymi wskazówkami, co akurat było dla Ciebie niejasne przy Twoim nietypowym odbiorze pewnych rzeczy, jaka informacja by Ci pomogła, gdybyś ją wcześniej przeczytał.

Ogromne podziękowania dla bruce za cierpliwe i pełne ciepła tłumaczenia!

Pozdrawiam.

Członkowie Loży zobowiązują się zamieszczać komentarze merytoryczne przy opowiadaniach, które oceniają pod kątem przyznania Piórka. Jest zwyczajem (choć nie regułą) informować w takim wpisie, jaki głos zamierza się oddać. Tak czy inaczej, to dobrze, kiedy komentarz jest rzeczowo krytyczny, wskazuje, co zdaniem czytelnika dałoby się poprawić czy zrobić lepiej. Nie wiem, co masz na myśli, pisząc “niezwiązany z tematyką samego konkursu”, moim zdaniem nie da się jej w ten sposób oddzielać od kwestii ogólnoliterackich.

Warto natomiast ufać jury i Loży, że wykażą wzajemną niezależność ocen; przykładem zeszłoroczna Przebojowa Alfa i Omega, gdzie jedyne piórko zdobył tekst spoza podium konkursu. Na Twoim miejscu rozważyłbym, czy Przedmówczyniom nie należą się przeprosiny, gdy zarzuciłeś im epatowanie czymś i próbę wpływania na wyniki konkursu tylko dlatego, że podjęły się pełnienia funkcji społecznej, a Ty nie zdążyłeś jeszcze poznać naszych zasad i zwyczajów.

Musi mieć fragment biblioteczny i trafić do Biblioteki w ciągu miesiąca od publikacji. Nie mam pewności, czy przedmowa jest niezbędna, ale na pewno lepiej ją wpisać, podobnie jak co najmniej jeden tag.

Cześć, Bardzie!

Obawiam się, że nie uda mi się napisać nic bardzo oryginalnego: ścieżka bohatera była dla mnie przewidywalna, dystopia też raczej klasyczna (w szczególności przeludnienie związane z ograniczeniami prawnymi posiadania dzieci oraz przymusem udziału w misjach wojskowych i kolonizacyjnych skojarzyło mi się z Grą Endera, choć oczywiście są różnice). Ułożyłeś zamysł i zrealizowałeś go poprawnie, sceny pomiędzy dwoma głównymi bohaterami na tle życia koszarowego wypadają na moje oko żywo i wiarygodnie, więc na pewno jest to solidny, zasłużenie biblioteczny tekst, ale piórkowo pozostaję na NIE. Dość ważna kwestia w konstrukcji świata wydała mi się niejasna lub niedopracowana, chyba że coś mi umknęło, mianowicie obywatelstwo – czy jego otrzymanie zależy od zdania specjalnych egzaminów, odsłużenia lat w wojsku, jednego lub drugiego, jednego i drugiego, którejś z tych rzeczy tylko w przypadku dzieci “nadmiarowych” tudzież urodzonych bez pozwolenia?…

Pod względem języka – podtrzymuję wrażenie, że uczyniłeś wyraźny postęp. Tutaj chyba najbardziej potykałem się na Joem: istnieje pewna kontrowersja, czy należy odmieniać to imię (garść linków: https://nck.pl/projekty-kulturalne/projekty/ojczysty-dodaj-do-ulubionych/ciekawostki-jezykowe/dzielny-zeglarz-joehttps://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;3727.htmlhttps://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/joe;21810.html), ale na pewno musi to być ujednolicone w obrębie tekstu. Oprócz tego parę przypadkowo spostrzeżonych błędów:

To pewnie był sen. Nie pamiętał, o czym.

Bez przecinka (samotny zaimek względny na końcu zdania).

Po drugiej stronie

Tu chyba czegoś zabrakło? (Może dwukropka, a może w ogóle ucięło część zdania).

– Dobry strzał, Piątka. – Ktoś zakomunikował.

Czynność gębowa, bez kropki i od małej litery.

– Za Czwórkę! – Zatrzeszczał komunikator.

Jak wyżej, chyba że najpierw nadał komunikat, a potem zatrzeszczał, to wtedy odwrotny szyk:

– Za Czwórkę! – zatrzeszczał komunikator.

– Za Czwórkę! – Komunikator zatrzeszczał.

Idę w stronę drzewa, a im jestem bliżej, tym woda jest bardziej gęsta.

Lepiej po prostu “gęstsza”.

Gdyby nie było Szóstej Dywizji, zabijali by się między sobą.

“By” z formami osobowymi czasownika łącznie.

 

Pozdrawiam w trybie Ślimaka Nocnego!

Cześć, Jimie!

Nieco mi tutaj zabiłeś ćwieka, bo nawet przy moim wątłym słuchu rytmicznym czuję, że tekst w jakimś sensie “dobrze brzmi”, jest zbudowany na jakiejś zasadzie. Natomiast moja wiedza o wersologii nie pozwala znaleźć tej zasady i formalnie rozpisać metrum, mam pewne pomysły, ale nic przekonującego.

Co do treści, jest to zgrabny wyraz zrozumiałej oczywiście dezaprobaty i frustracji, ewentualnie mogę mieć odległe skojarzenie z “Hitler Has Only Got One Ball” (co niekoniecznie stanowi zaletę). Na pewno zgodzisz się ze mną, że trudno temu przyznawać istotną wartość poetycką.

Pozdrawiam serdecznie!

EDIT: Ślimak pięknie to wyjaśnił.

Dzięki, ale to “Czy ja wiem, czy to fantasy?” mogło rzeczywiście wywrzeć takie wrażenie, jakbyś brała pod uwagę głównie przypisaną kategorię.

Otagowanie raczej nie – w tym przypadku tagów nie było, a jednak opowiadanie jest widoczne na stronie głównej.

To dla mnie zaskakujące, zawsze sądziłem, że do ekspozycji na stronie głównej oprócz fragmentu bibliotecznego jest potrzebny co najmniej jeden tag, ale osobiście tego nie testowałem.

Jasne, jest specjalna zakładka “tagi”, ale czy często stosowana przez czytelników?

Trudno mi powiedzieć, jak często. Tam jest jeszcze taka ciekawostka, że nie da się przechodzić na kolejne podstrony (więc widać tylko pierwszych 50 tekstów o danym tagu). Jednak znalazłem kiedyś sposób, żeby to obejść – opis w komentarzu do poradnika Drakainy.

Ale mimo wszystko pewnie masz rację. Jak forum daje takie narzędzia jak tagi, to trzeba z nich korzystać :)

Nie chodzi mi o jakiś abstrakcyjny imperatyw moralny ani nie zależy mi na tym zbyt mocno, tylko zakładam, że niektórym czytelnikom poprawia to odbiór, jak mogą szybko spojrzeć, z jakiego rodzaju tekstem mają do czynienia.

Hej, Finklo!

Dziękuję za podzielenie się opowiadaniem, wymiernie mi uprzyjemniłaś wieczór. Narracja przemyślana i pewnie poprowadzona, tytuły rozdziałów smakowite, klimat odzwierciedla to, co pewnie oboje znamy z rosyjskiej literatury. Język ładny, bez jakichś fajerwerków czy nachalnych popisów, po prostu precyzyjnie wyraża myśli i nie odwraca uwagi od zdarzeń.

Fantastyki niewiele, bo nie zmieniłoby to istotnie fabuły, gdyby pan Swietłyj był tylko znanym podróżnikiem czy przemysłowcem – osadzenie opowieści w czasach “Aleksego II” ma jednak większe znaczenie, skoro przedstawiasz stosunki społeczne, które w realnej carskiej Rosji nie wystąpiły, ale w kolejnych dekadach mogłoby do tego dojść.

Szkoda, że ujęcie upadku bohatera wydało mi się skrótowe. Owszem, szkicujesz w kilku zdaniach ten mechanizm, że nie może rozmawiać z żoną o pracy, a potrzebuje się wygadać, więc coraz częściej wymyka się wieczorami z domu i oddala od niej emocjonalnie, śródtytuły też trochę dopowiadają – ale mam wrażenie, że “Mijały miesiące” na początku rozdziału 8 zasłoniło coś bardzo ważnego, co pomogłoby czytelnikowi lepiej pojąć sedno tej ewolucji i w razie potrzeby dostrzegać podobne objawy we własnym otoczeniu.

Wątpię, czy niebogata gospodyni domowa we wczesnym XX wieku spanikowałaby i chciała wzywać lekarza z powodu zwykłej infekcji u dziecka. Gdyby na przykład Paszka dostał drgawek gorączkowych, pewnie łatwiej bym w to uwierzył.

Wyłowione z tekstu (to nie jest przypadkowy wybór, lecz faktycznie jedyne drobiazgi, które spostrzegłem przy w miarę uważnej lekturze):

Tym chętniej gawędziło mi się z Lionią albo i z Maszą.

Tym chętniej gawędziłem (tym lepiej, gładziej gawędziło mi się).

Na pewno byśmy go znaleźli, ale wątpię, że wyszłoby to dziecku na dobre.

Chyba naturalniej “wątpię, czy”.

A poza tym poza moralnym upadkiem chciałam pokazać coś jeszcze, ale o tym nie chcę mówić na głos. Niech czytelnicy sami szukają.

Chodzi o długofalowo niekorzystny wpływ zbliżania się kościoła do władzy na jego interesy i poważanie wśród wiernych, dobrze sobie myślę? Świadczyłoby to o Twoim warsztacie: koronkowa robótka, tak wszyć główne przesłanie opowiadania, żeby naturalnie wypływało z obrazu świata przedstawionego i nawet czujny czytelnik myślał, że sam wyciągnął wniosek. Z drugiej strony specyfika Rosji i prawosławia może sprawić, że w typowym odbiorze ten wniosek nie będzie ekstrapolowany na inne związki wyznaniowe.

Pozdrawiam i polecam do Biblioteki,

Ślimak

Cześć, OldGuard!

Zgrabna alegoryczna opowieść o pogodzeniu z przemijaniem, może powiedziałbym nawet: o ars moriendi. Pod kątem piórkowym zamierzam zagłosować na NIE, co moim zdaniem usprawiedliwia ograniczone rozwinięcie fabuły i niedobór szczególnie oryginalnych, zapadających w pamięć przemyśleń. Cieszę się jednak, że zostałem tu zwabiony nominacją i miałem okazję się z Twoim utworem zapoznać. Mogę dodać, że rozważanie pytań w rodzaju “co robiłbyś, gdybyś wiedział, że został ci jeden dzień życia” nigdy nie wydawało mi się nazbyt korzystne dla zdrowia psychicznego, ale pewnie każdy odbiera to indywidualnie.

Mały przesiew językowy…

A ja dostałem cały dzień – od jego wschodu do zachodu.

Jego?

czekając, aż staruszek wreszcie się obudzi.

rozdzielanie od siebie dwóch mokrych kartek.

Po prostu “rozdzielanie” (albo “oddzielanie od siebie”).

czy będę potrafił samodzielnie chodzić

W normie wzorcowej “potrafić” nie tworzy form złożonych czasu przyszłego (https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/czas-przyszly-potrafic;19968.html).

został pociągnięty w stronę wyjścia. Zostałem sam między podłogą a porankiem.

Jego właściciel/towarzysz pociągnął go w stronę wyjścia?

Robiłem to, co zrobiłby każdy cień bez człowieka – sprawdzałem granice.

Proponuję “robiłby” (uzgodnienie aspektu).

Zaglądałem na klatkę schodową, gdy drzwi zostały otwarte

Ewidentny nadmiar czasownika “zostać”.

Na przykład przyczepić się do obcej nogi i zobaczyć, gdzie mnie zaprowadzi.

Lepiej “dokąd”.

Ostatni fragment światła zsunął się z dachów miasta i nastała noc.

Może być promień, poblask, ogienek, smuga, macka, liźnięcie, muśnięcie… zresztą to sztampowe propozycje, na pewno znajdzie się coś lepszego, ale przecież nie “fragment”.

 

W odniesieniu do komentarzy:

Punkt 5. Nie mieści się w obranym przez autorkę gatunku.

Czy ja wiem, czy to fantasy? Bardziej opowiastka filozoficzna albo realizm magiczny.

Jedynie do 5 mogę mieć wątpliwości, bo to kwestia oznaczenia, ale też rozumiem, że a) może to mieć znaczenie, b) ten jeden punkt przeważyłby szalę w drugą stronę.

Czuję tutaj potrzebę włączenia się do dyskusji. Sądziłbym, że punkt 5 tyczy się błędów warsztatowych związanych z niespójnością gatunkową i stylistyczną (np. autor nie może się zdecydować, czy pisze high fantasy, czy komedię slapstickową; bez wyraźnego celu artystycznego miesza biblizmy z cechami zawiadomienia urzędniczego). Rzeczywiście, w mojej ocenie piórkowej takie wady tekstu oznaczałyby prawie automatyczny głos na nie, a nie tylko odebranie jednego podpunktu z dziewięciu możliwych. Zapewne i temu opowiadaniu można stawiać (słabszy) zarzut, że ma jakieś cechy baśni, jakieś przypowieści filozoficznej czy czego innego i łączy je niekoniecznie korzystnie. Nie jest to jednak tak proste jak stwierdzenie, że tekst nie pasuje do nadanej mu głównej kategorii, które przecież mamy dostępne zaledwie cztery: sam nie wiem, czy to bardziej “fantasy”, czy “inne”, osobiście nie uważam, żeby ocena poprawności kategoryzacji była moją rolą jako lożanina, wolę pozostawić to moderacji lub Reg.

Niemniej na pewno warto sięgać po dodatkowe tagi, wstawienie nad tekstem kategorii w rodzaju “baśń, filozofia, realizm magiczny, śmierć” pomogłoby lepiej dostroić oczekiwania czytelników. Zresztą część użytkowników na tej podstawie wyszukuje utwory, które ich interesują. Nie wspominając już o tym, że otagowanie (i fragment biblioteczny) jest niezbędne, żeby po trafieniu do Biblioteki opowiadanie było eksponowane na stronie głównej.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Nie mogę powiedzieć, żebym poczuł się stuprocentowo przekonany, ale być może masz rację, że Twoja wizja tej decyzji jest prawdopodobna. Pewnie dałoby się tam dopisać coś, dzięki czemu łatwiej uwierzyłbym, że Twój ksiądz widział tylko dwie skrajne opcje i nie było go stać na subtelniejszy przekaz, ale nie wiem, czy to dobra porada (czy poprawiłoby to odbiór w oczach przeciętnego czytelnika, a nie tylko moich). Ogółem wczuwanie się w kogoś, kto myśli mniej lub płycej ode mnie, nigdy nie było moją mocną stroną, jeżeli Tobie będzie się to regularnie i wiarygodnie udawało, to naturalnie stanowi poważny atut twórczy.

Inspirujących snów!

Pora na podsumowanie (prawie) końcowe. Nominacje opowiadań biorących udział w konkursie “Między płótnem a słowem”, których dokonali jurorzy tego konkursu, pozostają na razie utajnione, jest zatem możliwe, że pod głosowanie Loży trafi tekst tutaj niepodany. Kompletny wykaz nominacji i punktów nominacyjnych pojawi się wraz z ogłoszeniem Piórek za luty.

 

GalicyjskiZakapiorgdzie akurat nie patrzysz – 11/5 głosów, 1,5 TAKA (MichaelBullfinch, bruce, regulatorzy), nominacja!

prosiaczek – N-arc: REGULACJA – 9/5 głosów, 1,5 TAKA (bruce, regulatorzy, MichaelBullfinch), nominacja!

betweenthelines – Kołysanki Strażniczki – 9/5 głosów, 1,5 TAKA (MichaelBullfinch, bruce, beeeecki), nominacja!

MichaelBullfinch – Utopię waszą utopię – 8/5 głosów, 1 TAK (bruce, beeeecki), nominacja!

MichaelBullfinch – Plaża z kamienia – 7/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

marzan – Rzeka – 6/5 głosów, 0,5 TAKA (regulatorzy), nominacja!

beeeecki – Ostatni zjazd – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Storm – Czarny Egzekutor – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch);

HollyHell91 – Księżniczka zamknięta w wieży – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Finn Katera – Trzysta dwadzieścia trzy – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce).

 

Zgłoszenia Loży:

MichaelBullfinch – Utopię waszą utopię (Bardjaskier);

marzan – Rzeka (Bardjaskier);

OldGuard – Cienie umierają dwa razy (zygfryd89).

Teraz stoimy na rozdrożu, czy ktoś wybrałby, żeby przekazać prawdę, bo dotknął go podstęp, czy jednak pomija to, bo ma okazję, żeby stać się ikoną dla nowego świata.

Nie widzę tylko, dlaczego w Twoim przekonaniu, w sytuacji opisanej w tekście, ma to być alternatywa nie do pogodzenia. Dlaczego główny bohater nie mógłby podjąć próby ułożenia przekazu w taki sposób, żeby wyjść na bohatera, a jednocześnie zamieścić mniej lub bardziej zakamuflowaną przestrogę przed swoimi błędami.

Pozdrawiam serdecznie!

Ale właśnie tu wchodzi jedna, prosta rzecz w którą chciałem uderzyć. Ludzka próżność i wieczna próba przedstawienia siebie w jak najlepszym świetle. W historii do momentu “Oto słowo Boże”, czyli to co spisał ksiądz, nasz bohater jest bohaterem. (…) Więc powód był taki, że zrobił to dla własnych celów, ale specjalnie nie napisałem tego wprost, bo nikt się nigdy do takich rzeczy nie przyznaje, nawet przed samym sobą

To nie budziło moich wątpliwości, może co najwyżej napisałem o tym zbyt skrótowo (“nie przejmował się najbardziej tym, czego potrzebują ludzie, lecz tym, żeby samego siebie nie ukazać w nazbyt złym świetle”). Jednak wyraźnie go to dotknęło, że padł ofiarą podstępu i poprowadził swoich wyznawców w pułapkę, wobec czego trudno mi zrozumieć, dlaczego (w Twoim zamyśle) nie starał się spisać historii tak, żeby zarazem przedstawić się jako bohater i ostrzec przed podobnymi manipulacjami.

Tak, o mój Boże, tak. Czytałem to już dawno, ale nie masz pojęcie jaką przyjemność sprawiłeś mi tym porównaniem i samym przypomnieniem o tym opowiadaniu! Wspaniały komplement!

Gdybym twierdził, że Twoje opowiadanie jest tak samo udane czy w jakimś sensie porównywalne, to rzeczywiście byłby gigantyczny komplement, wręcz pochlebstwo; prawdę jednak mówiąc, moje skojarzenie wypłynęło głównie z wątku powodzi. Mogę dodać, że nie umiem dokładnie wyjaśnić, skąd wziął mi się pomysł na pseudonim, z jakiego całokształtu pojęć, ale ten utwór prawie na pewno był jakąś cząstkową, podświadomą inspiracją.

Cześć, Prosiaczku!

Kreacja Zegarnicy jest bardzo pomysłowa i zapadająca w pamięć, spodobało mi się też wartkie, przykuwające uwagę tempo akcji. Z drugiej strony niektóre informacje pojawiają się moim zdaniem zbyt nagle i bez dobrego wyjaśnienia, gdy są potrzebne w toku fabuły, jak to, że Bonny może wyrządzać dowolne krzywdy zwykłym obywatelom i nawet jest do tego zachęcana (choć jeszcze nie jest N-osobą?) albo to, że to Damian był tym pacjentem, któremu Marysia bezprawnie pomogła. Również charakter samej Marysi budził moje wątpliwości – że czasem wydawała się bardzo dojrzała, a czasem naprawdę naiwna (ale nie bierz tego zbyt serio, nigdy nie twierdziłem, że znam się na ocenie charakterów). Co do zakończenia, na pewno miało mocno wybrzmieć, ale zgodzę się z którymś z przedmówców, że to mało wiarygodne, żeby niepowodzenia z Marysią aż tak wpłynęły na psychikę Bonny: czyżby nie miała innych więźniów do maltretowania, innych wiosek do pacyfikacji? Łącznie to wszystko wywiera na mnie wrażenie, jakby świat przedstawiony za bardzo opierał się na narrativum, spontanicznym rozwoju akcji, a nie na własnej spójnej konstrukcji.

Pod względem języka nie jest źle, chociaż niektóre miejsca i decyzje budziły moje zastrzeżenia, przykładowo z jednej sekcji:

pili drinki, zaczynając od dającej kopa blood and sand, by później rozdzielić się i poznać nowe, spocone towarzystwo.

To wychodzi tak, jakby drugim drinkiem było rozdzielenie się.

razem z paczkami cygar, pękniętym zegarem ściennym, poczuciem winy oraz pustym opakowaniem po soczewkach nocnych, które kupili z Jerrym w drodze do suburbiów.

Osobliwe wyliczenie, w kontekście wymowy całości trudno traktować je humorystycznie. “Przedmieść” nie ładniej?

Mdłości delikatnie falowały gdzieś pod gardłem.

Poszukałbym innego przysłówka, “delikatnie” jest nadużywane i słabo pasuje do mdłości.

jakby nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mogłaby mu pozwolić się do siebie zbliżyć.

Znajdowali się pół dnia pieszej wędrówki od kolejnej destynacji.

Celu.

Przesłaniające słońce sekwoje

Tu mi się wyobraźnia trochę zawiesiła – one mają tę taką nie za dużą iglastą koronę ze sto metrów nad ziemią – rzeczywiście mogą rosnąć tak gęsto, żeby przesłaniać słońce?

Jerry otaksował ją.

To raczej wymaga dopełnienia (“wzrokiem”), zresztą co otaksował – brakującą fiolkę?

które rozpaliły jego umysł.

Chyba lepiej “które rozpaliły mu umysł”.

zaatakował go pies, wierny towarzysz Zegarnicy.

Skoro jest wiele Zegarnic i to jakby gatunek fantastycznej istoty, to w sumie pisałbym małą literą.

Jerry wyjął z ust cygaro, zagwizdał z podziwem.

A co wzbudziło jego podziw?

Żeby łagodzić tarcia. – I dokończyła z irytacją. – Zrobiła niedopuszczalną rzecz i teraz muszę ją ścigać.

Czynność gębowa, więc dałbym dwukropek i kontynuację wypowiedzi od nowej linii.

– Znasz opowieść o granicach?

Jerremu zrzedła mina.

Jerry’emu. Dziwne, przed chwilą wspomniał o granicach w monologu wewnętrznym i nic mu nie zrzedło.

Kiedy przeszli przez ułożony z gałęzi portal

To chyba nie były ozdobne wrota w określonym stylu architektonicznym ani portal czasoprzestrzenny, tylko po prostu brama podwórza?

Ze stojącego pośrodku schroniska dwupiętrowego budynku

Jeżeli pośrodku schroniska stoi dwupiętrowy budynek, to co właściwie rozumiesz przez schronisko?

 

Gdyby jeszcze było trzeba, oczywiście z przyjemnością kliknąłbym do Biblioteki. Do poziomu piórkowego w mojej skromnej ocenie nieco tym razem brakuje. Pamiętam, że W cieniu jądra półleżąc zrobiło na mnie duże wrażenie w początkach mojej bytności na Portalu, i nie wątpię, że jeszcze nie raz napiszesz coś równie udanego!

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Temu, którego nie potrafił ukarać, wysłał prezent w postaci szczurków. Tak mi się wydaje.

Czarna2, to jasne, tylko nie wiadomo, kto to konkretnie miał być. Dlatego przywołuję postać Justyniana, z którego imieniem wiąże się najdawniejsza prawdopodobna pandemia dżumy, i piszę, że mi tu nie chce pasować.

Cześć, Michaelu! Ślimak znów nadciąga…

Z Twoich opowiadań, które dotychczas poznałem, to spodobało mi się wyraźnie najbardziej. Przeczytałem je jakiś czas temu, wczoraj przeczytałem ponownie, pomyślałem, poczytałem komentarze… Bardzo dużo cennych uwag już Ci napisano, ale myślę, że mnie też uda się dołożyć coś oryginalnego.

Ważną warstwą tekstu jest kwestia kreacji zapisywanej historii, rozdźwięku między tym, co się wydarzyło, a tym, co ma zostać przekazane. O ile uważam, że opierając na tym całą kompozycję, potrafiłeś to ukazać plastycznie i przekonująco, zostały mi jednak spore znaki zapytania. Raczej nie ma wątpliwości, że główny bohater nie przejmował się najbardziej tym, czego potrzebują ludzie, lecz tym, żeby samego siebie nie ukazać w nazbyt złym świetle. Jednak to nie tłumaczy wystarczająco, dlaczego postanowił uwiecznić i kontynuować manipulację, której sam był ofiarą i narzędziem. Poza tym mamy świadomość, że kosmici od początku wpływali bezpośrednio na jego myśli, co też utrudnia porównywanie postępowania tej postaci z typowym ludzkim. Reasumując, próba kreacji przegranego, który nie walczy o zachowanie swojej wersji historii, lecz jeszcze pomaga zwycięzcom pisać ich wersję, jest na pewno ambitna, ale nie wiem, czy uniwersalna albo nawet prawdopodobna.

Drugie główne zagadnienie to losy ludzkie w obliczu katastrofy i wpływ wiary. Wskazywano Ci już, że pójście gatunkowo w kierunku przypowieści utrudniło czytelnikom przejęcie się tymi losami postaci, co na dłuższą metę może osłabiać odbiór tekstu. Przy tym nie wynika z niego jasno, czy ci, którzy pozostali, przeciętnie wyszli na tym lepiej, czy gorzej od tych, którzy poszli za głównym bohaterem. To zresztą wyszło ciekawie w odbiorze, bo dostałeś opinie na oba bieguny – że utwór ma krytykować wiarę równo z gruntem albo pochwalać ją jako pomoc w przetrwaniu sytuacji krańcowych – każdy jakby podkłada sobie to, co mu pasuje lub z czym chce polemizować. Godne uwagi, choć nie piszesz tego wprost, że bohater mówi frazesami i ogólnikami, nie przejmuje się losami podopiecznych i przyprowadza tylko garstkę. Wielcy liderzy ruchów społecznych i religijnych bywali znani raczej z tego, że w tłumie, który porywali za sobą, potrafili każdemu poświęcić czas i uwagę, przemówić kilkoma słowami do jego najgłębszych tęsknot i obaw. Jeżeli Twoi kosmici traktują ten przypadek jako wyczerpujące studium roli religii w życiu człowieka, to znaczy, że mało jeszcze zrozumieli naturę ludzką i mogą się bardzo zdziwić: trudno mi powiedzieć, na ile warto byłoby to rozwinąć w tekście.

Podoba mi się, jak starałeś się tutaj zawrzeć wiele sensów i przemyśleń w zwartej konstrukcji. Wprawdzie po lekturze został mi w głowie mętlik pytań i wątpliwości, a nie jasne wnioski, ale też to doceniam, że inspirujesz do rozważań zamiast podawać arbitralne odpowiedzi. Zgodzę się, że komiczny tytuł słabo pasuje do zawartości, jednak mam wrażenie, że może to pomóc w lepszym zapamiętaniu opowiadania. Powiązanie powodzi z mistycznymi przeżyciami ma tutaj oczywiste korzenie biblijne, ale przypomniało mi się też Sto lat samotności oraz wspaniałe opowiadanie Huellego Winniczki, kałuże, deszcz, więc wielodniową, niemogącą się skończyć wędrówkę przez miasto zamknąłem sobie w takiej konwencji realizmu magicznego. Jak widać, wrażenia mam bardzo zróżnicowane i decyzja piórkowa będzie tutaj trudna, na pewno nie wykluczam.

Raczej taka, która osiada powoli, dzień po dniu, aż przestaje się odróżniać od własnych myśli.

Czy tutaj nie zabrakło “ją”?

A wypowiedziany na głos lęk jest łatwiejszy do zniesienia, niż ten drzemiący gdzieś wewnątrz nas.

Bez przecinka (brak odrębnych orzeczeń).

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Cześć, Marzanie!

Ładna scenka, dopracowana językowo i technicznie, widać, że każdy element układanki znalazł się na swoim miejscu. Co najwyżej nie wiadomo, kim miał być “ten, którego nie potrafił ukarać” (Justynian jakoś mi nie chce pasować), ale rozumiem, że to fragment większego obrazu. Bardzo mocno przypomniał mi się Słowacki:

Pluton cię kochał, boś mu w dom książęcy

Zarażającej miłości nie wniosła,

A nad ogień go nie kochałaś więcej,

Więc ci zaufał i użył za posła,

A matce oddał cię na sześć miesięcy,

Abyś piekielne w domu jajo zniosła.

Pozdrawiam ślimaczo!

Dziękuję za wpadnięcie z wizytą! Świetnie, że przy tylu aktualnych nominacjach wymagających obsłużenia masz jeszcze energię grzebać w starych piórkach.

Jak nieraz wspominałem, mam bardzo dobre zdanie o Twoim warsztacie, umiejętności kształtowania narracji i przedstawiania świata czytelnikowi, toteż szczerze mnie cieszą Twoje pochwały. Początkowo nie bardzo wierzyłem w to opowiadanie, dopiero z czasem zacząłem dostrzegać, że jednak nieźle mi wyszło.

jest ładna stylizacja i konsekwentnie utrzymana – “serowata masa” mi się tylko nie podobała w ustach Słowackiego, i gdy boginka sama siebie nazywa “duchem kultu plemiennego”, jakby była kolonialnym religioznawcą, a nie duchem właśnie.

Mimo wszystko ta stylizacja trochę nierówna – zwrócę uwagę na te miejsca, gdy będę szlifował tekst pod kątem druku (co, mam nadzieję, w końcu nastąpi), ale na pewno znajdą się też inne do poprawy.

Pojedynek na rymy z mumią jedynie wydał mi się… hm, przesadą.

Powinien jakoś tam pasować do obyczajów, ducha epoki, ale możliwe, że zabrakło mu ugruntowania w logice opowieści, dlaczego w ogóle miałby nastąpić.

Dziwnie wyglądają mi te myślniki. (…) Tak się robi?

Współcześnie raczej się nie robi, starałem się w ten sposób od razu zasygnalizować romantyczną stylizację, wrzucić czytelnika w konwencję. Mnie też się wydaje, że wolno ich tak użyć, ale poza tym nie radziłbym niczego przyjmować na wiarę “ze względu na osobę autora”, polszczyzna potrafi być naprawdę zawiła i też cały czas odkrywam nowe tajniki.

 

P.S. Wieszcz i niewolnica 2: Galicyjski Zakapior kontra Afrorosyjska Mumia?

Też myślę, że wszystko sobie wyjaśniliśmy, na piśmie jednak zawsze łatwiej o nieporozumienia niż w rozmowie na żywo. Uważam, że należy się skrupulatnie wystrzegać negatywnych odniesień do osoby autora zamiast do komentowanego tekstu, moją rolą nie jest dawanie komukolwiek “pstryczków w nos”, dlatego Twój pierwotny odbiór mojego wpisu wprawił mnie w duże zakłopotanie. A wiek o niczym nie przesądza, toż niektórzy w dwadzieścia lat zbiorą więcej ważnych doświadczeń, w tym takich godnych serdecznego współczucia, niż inni przez całe długie życie.

Jak najbardziej zachęcam, żebyś dalej pracował nad tą techniką, w końcu po to tutaj jesteśmy, żeby móc ćwiczyć nowe rzeczy i rozwijać się literacko. Postaram się zaglądać do Twoich kolejnych opowiadań, zresztą w kolejce czeka jeszcze jedno z nominacji, a komentarze na pewno będę uważnie analizował przed wysłaniem.

Pozdrawiam serdecznie!

Uważam za równie odważne zakładanie, że ktoś nie ma prawdziwie bogatych doświadczeń życiowych na podstawie kilku zdań. Nie twierdzę, że nie masz racji, może nie mam, może i ciężko mieć w wieku 27 lat. Ale zakładasz to na jakiejś podstawie, która chyba nie do końca jest adekwatna.

Wyraziłem ogólny sąd o pewnej technice narracyjnej, absolutnie nie napisałem nic, co w moim zamiarze miałoby się odnosić do Ciebie jako osoby. Wyjaśniłem, dlaczego uważam ją za ryzykowną; mogę dodać, choć przecież wynikało to w domyśle z poprzedniego wpisu, że sam nie mam odwagi jej używać, bo moje doświadczenia nie są dostatecznie bogate, żeby od niechcenia wmasowywać czytelnikowi prawdy życiowe. Na pytanie, czy Twoje doświadczenia są, musiałbyś sobie odpowiedzieć sam, ja przecież prawie nic o Tobie nie wiem i nie mam najmniejszego prawa się o tym wypowiadać. Świadomie posłużyłem się stopniowaniem, napisałem, że łatwo o “żenujące wpadki”, ale wskazane niefortunne zdanie jest co najwyżej “potknięciem”.

Kolejny raz powtórzę, że nie próbuje się wykłócać, zacząłeś bardzo interesujący temat Ślimaku.

Wierzę, że nie próbujesz się wykłócać, być może istotnie wyraziłem się tak niefortunnie, że można było to tak odczytać. Oględnie mówiąc, nie dodaje mi to wiary w siebie jako komentatorowi. Faktem pozostaje jednak, że odebrałeś moją wypowiedź jako podły atak osobisty, gdy przy minimalnym założeniu dobrej woli dałoby się chyba wyrozumieć ten sens, który teraz doprecyzowuję. Nawet jeżeli twierdzisz, że nie poczułeś się dotknięty, to mój komentarz – gdyby Twoja interpretacja była słuszna – rażąco przekraczałby standardy dialogu, których oczekuję od siebie i innych.

Pozdrawiam,

Ślimak Zagłady

Cześć, Michaelu!

Bardzo ładny język, naprawdę mało do czego miałem ochotę się przyczepić (może podkreślenie “pytania wyczerpały się same” uważam za niefortunne, bo i tak nijak nie mogłyby się wyczerpać z cudzą pomocą). Natomiast od razu powiem, że fabuła wydaje mi się tutaj zbyt szczątkowa, żeby myśleć o tym opowiadaniu w kategoriach piórkowych. Widać, że masz odwagę próbować przekazywać głębokie prawdy w lapidarnych, naturalnie wplatanych w narrację zdaniach (“Rutyna nie starzeje się wraz z człowiekiem”), co – kiedy się udaje – znamionuje literaturę wysokich lotów. Piszę jednak, że wymaga to odwagi, bo kiedy autor nie ma prawdziwie bogatych doświadczeń życiowych i lotności sformułowań, zbyt łatwo przy tym o żenujące wpadki. Tutaj za takie potknięcie uznałbym “Pomyślał, że samotność nie polega na braku ludzi. Samotność to brak kierunku” – przecież izolacja społeczna i poczucie bezcelowości czy bezsensu życia to dwa zupełnie różne braki! Co więcej, czytałem nieraz, że tylko niewielki odsetek ludzi jest zdolny do życia całkowicie pustelniczego, typowo po kilku miesiącach zupełnej samotności człowiek traci zainteresowanie nawet tak podstawowym celem jak przeżycie, przestaje wykonywać podstawowe czynności około siebie i umiera.

Odczytałem, że przesłanie ma dotyczyć doktryny podwójnego skutku, przyznajesz bohaterowi prawo do starania się o uśmierzenie swojego bólu wszelkimi sposobami, choć przyjęta “dawka” będzie z całą pewnością śmiertelna, oczywiście można to przyswoić metaforycznie. Z drugiej strony rozumiem i w dużej mierze przyjmuję zastrzeżenia Finkli, że tekst zbliża się nieprzyjemnie do romantyzowania samobójstwa.

Trochę jak z bardzo starymi alpinistami, którzy jeszcze raz idą w góry. Każdy z nich wie, że może nie wrócić. Gdyby patrzeć wyłącznie Twoją logiką “czy jest szansa przeżyć”, to większość takich historii też należałoby uznać za formę samobójstwa.

Przecież to zupełnie nie tak. Co innego wiedzieć, że możesz nie wrócić, a co innego nie mieć szansy na przeżycie. Oczywiście, że zdarzają się alpiniści, którzy nie godzą się z ograniczeniami starzejącego się organizmu, więc chodzą ponad siły i podejmują nadmierne z perspektywy zdrowego człowieka ryzyko, ale nie możesz tego porównywać z wypłynięciem dziurawą łodzią w zabójczą magiczną mgłę. Jeżeli temat Cię bliżej interesuje, pewnie powinieneś poczytać Władysława Cywińskiego, który realizował właśnie tę filozofię i nienajgorzej pisał.

Pozdrawiam serdecznie!

Cześć, Zakapiorze!

Przeczytałem z przyjemnością, prawie jednym tchem, aż musiałem się upewnić, czy to naprawdę ponad 25 tysięcy znaków. Opisy są szczegółowe, plastyczne, przemawiające do wyobraźni, jak zresztą zwykle u Ciebie, w tym względzie masz bardzo dobry warsztat. Wiedziałem, że niebezpieczeństwo Pawła jakoś w lesie doścignie, ale nie wpadłem na to rozwiązanie, taki bystry pomysł z całą pewnością zasługiwał na realizację w formie opowiadania.

Jak już wiesz, pod kątem głosowań piórkowych jestem dość wybredny, staram się, żeby tę nagrodę otrzymywały utwory rzeczywiście “najlepsze na Portalu”, wyjątkowo dobre, jeżeli nie wybitne. I tutaj nie jestem do końca przekonany, ponieważ cała konstrukcja wydaje mi się schematyczna (bohatera prześladuje zjawisko nadprzyrodzone czy halucynacje i popada w szaleństwo ze strachu, nie sprawdzając realności zagrożenia), służąca głównie doprowadzeniu do błyskotliwego finału. Gdybym miał pomóc ulepszyć tekst, pewnie proponowałbym położyć większy nacisk na metaforyczne odniesienie tej fabuły do typowych doświadczeń życiowych trwania w uporze, jak pierwotnie mało ważna decyzja czy odmówienie drobnej prośbie może powracać z konsekwencjami i eskalować w czyimś umyśle, aż zniszczy całe jego funkcjonowanie, choć teoretycznie wciąż mógłby się z niej wycofać, ale zakotwiczył się mentalnie tak bardzo, że już mu to nie przyjdzie do głowy. Absolutnie jednak nie twierdzę, że sam potrafiłbym to lepiej napisać!

Językowo potykałem się na drobiazgach typu:

Brzmiało to, jakby kobieta z parkingu chciała jedynie przypomnieć mi o swojej obecności…

Zdanie podrzędne.

Umysł podsuwał mi obrazy wynaturzonych paluchów zaciskających mi się na gardle

Usunąłbym jeden z dwóch zaimków “mi”.

Porwałem z szafki portfel i kluczyki(-,) i pobiegłem prosto do samochodu

“I” pełnią różne role składniowe, więc nie traktujemy tego jak powtórzonego spójnika.

– Płaci pan kartą(-,) czy gotówką?

Niepowtórzona partykuła pytajna.

Kształt szybko okazał się o wiele dłuższy(-,) niż ludzki palec

Brak odrębnych orzeczeń.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak

Marszawo, w żadnym razie nie chciałbym być niedelikatnym Ślimakiem, ale wyżej w tym wątku już się upewniałaś i potwierdzono Ci, że uprawnienia dyżurnej masz dopiero do tekstów marcowych.

Z drobnym opóźnieniem spowodowanym dyskusjami regulaminowymi dzielę się z Wami wstępnym podsumowaniem. Uwaga: niektóre nominacje opowiadań biorących udział w konkursie “Między płótnem a słowem” mogą pozostać utajnione.

 

betweenthelines – Kołysanki Strażniczki – 9/5 głosów, 1,5 TAKA (MichaelBullfinch, bruce, beeeecki), nominacja!

MichaelBullfinch – Utopię waszą utopię – 8/5 głosów, 1 TAK (bruce, beeeecki), nominacja!

prosiaczek – N-arc: REGULACJA – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

marzan – Rzeka – 6/5 głosów, 0,5 TAKA (regulatorzy), nominacja!

Storm – Czarny Egzekutor – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch);

HollyHell91 – Księżniczka zamknięta w wieży – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

beeeecki – Ostatni zjazd – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

MichaelBullfinch – Plaża z kamienia – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Finn Katera – Trzysta dwadzieścia trzy – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

GalicyjskiZakapiorgdzie akurat nie patrzysz – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (MichaelBullfinch).

 

Zgłoszenia Loży:

MichaelBullfinch – Utopię waszą utopię (Bardjaskier);

marzan – Rzeka (Bardjaskier).

Cześć, bruce!

Pewnie mi ta miniaturka nie zapadnie wyjątkowo w pamięć, ale zawsze potrafisz przybliżyć coś ciekawego. Wątek klątwy i zemsty zza grobu podobny do tego, który nakreśliłaś chociażby w tamtym tekście o Henryku Grubym. Niektóre wypowiedzi bohaterów rozkosznie przerysowane. Tragedia bardzo w stylu epoki (tak tylko mi się przypomniała Jadwiga Janczewska).

– Tym nienarodzonym, czy tym żywym?

Bez przecinka (niepowtórzona partykuła pytajna).

Pobladli, widząc upiora córki.

Chyba obie formy są poprawne, ale na wszelki wypadek dam znać, że bardziej naturalnie brzmiałoby mi pobledli.

Pozdrawiam serdecznie!

Owszem, mnie też zdarzało się zauważać podwójne spacje w tekstach, ale kiedy sam próbuję taką wstawić, to bez dodatkowych sztuczek jednak kasuje. Pewnie to musi zależeć, z jakiego edytora tekstowego coś wklejasz i co dokładnie masz w ustawieniach.

Edytor portalowy niestety kasuje “nadmiarowe” spacje. Wydaje mi się, że dwukrotne kliknięcie pomiędzy dublowanymi spacjami np. Ctrl+B  m o ż e  zadziałać.

Edycja: nie zadziałało. A gdyby po prostu pogrubić jedną z dwóch sąsiadujących spacji? – Tak, teraz dobrze.

Tutaj chodzi o dwie różne kwestie. Na podstronę Opowiadania → Biblioteka trafiają wszystkie teksty, które dostaną się do Biblioteki, i domyślnie są tam sortowane według daty powstania (ale można ręcznie zmienić sposób sortowania, a nawet wybrać sobie w ustawieniach profilu, żeby domyślnym kluczem była data ostatniego komentarza). Na stronę główną (Start → Strona główna) trafiają tylko te teksty, które dostaną się do Biblioteki w ciągu miesiąca od publikacji oraz w tym momencie mają fragment reprezentacyjny i co najmniej jeden tag; są tam uporządkowane według daty trafienia do Biblioteki. Tradycyjnie polecam wspaniały poradnik Drakainy.

Dziękuję! Tak ogólnie się z Tobą zgadzam, raczej mamy takie samo podejście do bezzasadnych pretensji. Tylko wyobraziłem sobie, jak niezręczne by to było, gdybym Ci teraz naopowiadał, że taki łańcuch nie jest groźny, a potem użył go z powodzeniem w naszej następnej partii. (Rzeczywiście – zwykle nie jest, ale szachy nie byłyby tak piękne, gdyby strategię dało się sprowadzić do prostych formułek).

Cześć, Międzylinijko (jeżeli wolno mi się tak familiarnie zwrócić)!

Ładny, świadomie skonstruowany tekst. Ponieważ widzę, że przyjdzie do głosowania piórkowego, od razu powiem, że moim skromnym zdaniem do tego poziomu jeszcze trochę brakuje. Sęk przede wszystkim w tym, że warstwa metaforyczna potężnie zaciążyła tutaj nad warstwą opowiadanej historii. Nawet bez wstępu bardzo szybko widać, że tworzysz przenośnię samotnego macierzyństwa i temu podporządkowany jest cały utwór, co nie pozwala wczuć się w świat i bohaterkę, traktować ich jako samoistnych bytów i przejmować ich losami. To jednak tylko moje odczucia, w szczególności dopuszczam myśl, że tekst dużo silniej przemawia do odbiorców, którzy mają własne doświadczenie rodzicielstwa i czytają go przez ten pryzmat. Na pewno opowiadanie jest bardzo udane jako ćwiczenie literackie dotyczące metafor – nie chciałbym Cię przypadkiem urazić tym stwierdzeniem, bo nie wątpię, że pisałaś je z głębi serca i dzieliłaś się szczerymi myślami – ale to naprawdę dobrze rokuje na przyszłość, że potrafiłaś je tak spójnie zbudować w określonym celu, stworzyć jasny przekaz. Z czasem na pewno uda Ci się łączyć takie treści z porywającymi historiami fantastycznymi, a w końcu po to tu jesteśmy, żeby się rozwijać literacko i pomagać sobie nawzajem.

Oprócz tego potykałem się na różnych szczegółach językowych. Postaram się przejrzeć chociaż początek:

W odległym świecie leżała kraina ognia i trzech słońc. Jedno blade i chłodne, drugie małe, lecz intensywnie czerwone, a trzecie srebrzyste, odbijające światło dwóch pozostałych.

Jeżeli tylko odbija światło dwóch pozostałych, to tak nie bardzo jest słońcem…

Powietrze Cindery pachniało popiołem

Źródłosłów bije po oczach, ale nie twierdzę, iżbym był dużo lepszy w wymyślaniu nazw.

przy jeziorze o wodach w kolorze szmaragdu

Chyba naturalniej “nad jeziorem”.

Dachy przykrywały mchy i popielate porosty, które pochłaniały wilgoć unoszącą się znad wód.

Mieszkańcami były istoty Ignaris, które nie miały serc, lecz rozżarzone węgielki, nadające moc i sens istnienia. Gdy nadchodził właściwy czas, Rozpłomyki zbierały w sobie całą siłę i miłość

Brakuje mi jakiegoś wyjaśnienia, czym jest Rozpłomyk w stosunku do Ignaris: określeniem jakiegoś podtypu tego gatunku czy dowolnego pojedynczego przedstawiciela, czy przedstawiciela konkretnej płci lub w konkretnym stadium życiowym?…

zielonych i spokojnych, jak jeziora Cindery oczach

Bez przecinka.

Zamknęła oczy, wsłuchała w siebie, w żar, który ją palił, i pozwoliła prowadzić instynktowi.

Może jakieś “wsłuchała się w głąb siebie”? Doceniam chęć uniknięcia nadmiaru zaimków, ale jak wychodzi na to, że wsłuchała oczy, to też niezbyt dobrze. Zaznaczam brakujący przecinek (domknięcie wtrącenia).

Wreszcie nadszedł właściwy moment, Cindera zamilkła, a wszechobecny ogień zdawał się przygasać.

W wielu konstrukcjach po prostu nie można tego “się” opuścić, całe wyzwanie w tym, żeby nie kłaść ich zbyt często obok siebie.

a ognisko we wnętrzu rozgrzało gwałtownie.

“Rozgrzało się” albo “rozgorzało”.

Ignaris mawiali, że demony powstają z fal uczuć, bijących w sercach Strażniczek w chwilach największej czystości i troski.

Jak Afrodyta z piany morskiej?… Chyba nie chodziło Ci o to, że powstają z fal uczuć, lecz że są przez nie przywabiane.

przyciągał ich

Je (te demony).

Pożerały, to co najszczersze we wnętrzu

Przestawiłbym przecinek za “to”, Twoja wersja nie jest ściśle błędna, ale tak zdecydowanie bardziej naturalnie.

 

Może na razie wystarczy, mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłem! Z pełnym przekonaniem polecam do Biblioteki i pozdrawiam ślimaczo.

Nie ma sprawy, że dopiero teraz. Właściwie to od paru dni chodziło mi po głowie, żeby może do Ciebie napisać, ale nie miałem pewności, czy w ogóle tu jeszcze zaglądasz, więc bardzo się cieszę, że się odezwałaś!

Dziękuję za wskazówki odnośnie szachów!! Gdy kiedyś przytrafi mi się taki łańcuch pionów, będę pamiętać, że nie jest groźny.

Wiesz, od prawie każdej reguły są wyjątki (tu takim rzadkim wyjątkiem byłby tzw. atak większościowy na skrzydle hetmańskim), więc ufam, że nie będziesz miała pretensji, kiedy ja lub ktoś inny ogra Cię jednak przy użyciu takiej struktury.

(W ogóle świetne nowe zdjęcie profilowe.)

Dziękuję! Dostałem tę grafikę dawno temu od Ninedin – która już prawie się nie udziela na portalu, odkąd została redaktorką czasopisma Nowa Fantastyka – i postanowiłem wtedy, chyba logicznie, że będzie mi się należała dopiero, gdy zdobędę drugie Piórko.

Dobrej resztki wieczoru!

Doczytałem, że promil z rzeczownikami całkowitymi można traktować odmiennie lub nieodmiennie (trzy promile lub trzy promil), tylko z ułamkowymi odmiana jest obowiązkowa. W każdym razie zachowuje się wyraźnie inaczej niż procent, ale nie udało mi się znaleźć dokładnej przyczyny, chyba przypadkowa zaszłość.

Cześć, Chalbarczyk!

Naturalnie musiałem zobaczyć, jak podeszłaś do wykorzystania obrazu, który oboje wybraliśmy. I powiem Ci, że tekst do niego pasuje, moim zdaniem bardzo dobrze trafia w nastrój, po lekturze nie mam przekonania, czy podejmę się także zmierzyć z tematem. Fantastyka jest raczej subtelna, podoba mi się, jak powiązałaś ją z egzotyką kulturową zamiast tworzyć jakiś sztampowy obcy świat. Co prawda, utwór nie mówi czytelnikom wiele o kulturze kirgiskiej, ona nie pojawia się sama dla siebie, lecz jako wpółsenny impuls dany bohaterce, żeby miała odwagę kierować swoim życiem i poszukiwać szczęścia. Dla przykładu wątpię, czy często tam się zdarza, żeby babka towarzyszyła wnukowi wyjeżdżającemu za granicę na studia, raczej to Twoja baśniowa wizja, ale może się mylę, bez solidnej wiedzy o danych realiach trudno zgadywać. Kojarzę natomiast, że Środkowy Wschód wciąż pozostaje regionem w największym stopniu dotkniętym problemem porwań matrymonialnych, więc pewnie nie przedstawiłaś tej kultury rażąco niesprawiedliwie. Nie pierwszy raz znajduję u Ciebie ten sienkiewiczowski, ewidentnie przywołujący ucieczkę Baśki do Chreptiowa obraz dziewczyny jadącej konno przez step: może prześladuje Cię taka scena i ćwiczysz tu na Portalu, żeby kiedyś rzucić nią na kolana szerszy krąg odbiorców? Pozwól, że teraz trochę pomarudzę, ale to na zasadzie: co w moim odczuciu dzieli bardzo porządne opowiadanie od wybitności.

Dostrzegam dwa problemy konstrukcyjne. Jeden to czas osadzenia akcji: polski Lwów i wyjazd “do wód” do Truskawca silnie podpowiada lata międzywojenne, ale gdy wgryzam się w szczegóły, nic się nie chce zgadzać. Anna wymienia Gdańsk jednym tchem z Warszawą, jak gdyby nie leżał za granicą; są w tym Lwowie trolejbusy (przypuszczałem i dla pewności sprawdziłem, że pojawiły się dopiero w czasach radzieckich); Timur nosi dżinsy, które w międzywojniu pozostawały tylko amerykańskim strojem roboczym; odwiedza koleżankę ze studiów pod nieobecność jej rodziców i nie wywołuje tym skandalu; Anna narzeka na zarobki, ale stać ją na dalekodystansowy bilet kolejowy i to nie w trzeciej klasie; wyjazd na wschód nie wymaga wizy, a młody chan nie jest ściganym przez sowieckie służby uciekinierem… Mając dobre zdanie o Twojej wiedzy historycznej, wpadłem w końcu na to, że chyba umieszczasz tekst w latach 60.–70. w alternatywnej rzeczywistości, w której III Rzesza i ZSRR szybko upadły, a kontynuacja II RP prosperuje – jednak nieznający Cię odbiorca musiałby założyć, że to niedbale przedstawione dwudziestolecie. Wypadałoby dodać parę zdań umiejscawiających uważnego czytelnika w tym kierunku, da się to zrobić prawie niepostrzeżenie (np. wspomnianego profesora Anny przytoczyć z nazwiska jako podeszłego w lata kierownika katedry, ale niech to będzie człowiek, który w naszej rzeczywistości zginął na Wzgórzach Wuleckich).

Drugim problemem jest zbyt pospieszne moim zdaniem zakończenie. Wszystko dzieje się bardzo nagle, nie wiadomo, czemu Timur pali obraz, który dawałby mu magiczny kontakt z ojczyzną, a może i szansę wywiezienia tam podstępem Anny. Nie jest jasne, jak bohaterka doszła z takim przekonaniem do wniosku, że kraina z wizji jest w pełni realna i można się tam dostać po prostu pociągiem: orle pióro to jednak słaby dowód, gospodarze mogli je jej wsunąć jako dowcip praktyczny, gdy leżała upojona kumysem, pomijając już poziom zużycia tropu literackiego “fant pozostały ze snu”. Zaprezentowanie czytelnikom rozmowy z Syrdarią mogłoby część tych wad dość łatwo naprawić (swoją drogą osobliwe imię, ale skoro u nas mogła się zdarzyć Wisława…).

Przedmówcy zwrócili już uwagę na większość niedociągnięć technicznych, ale postaram się coś jeszcze wykryć:

Timur, który był jej kolegą ze studiów

W imię redukcji “byłozy” można po prostu “Timur, jej kolega ze studiów”.

nie, żeby były z tego jakieś duże pieniądze

Bez przecinka.

Z lustra patrzyła na nią dziewczyna w bogatym, orientalnym stroju i z utrefionymi włosami.

Druga Anna, uszczęśliwiona z powodu świecidełek i złotych cacek, zaczęła ją namawiać:

im słodszy, tym bardziej

żeby sprawdzić, czy na pewno wszystko to jest namalowane, i znów poczuła, jak świat wiruje wokół niej.

była przywiązana za kostkę złotym łańcuszkiem

Jeśli za każdym razem używasz formy “przywiązana” zamiast “przykuta”, to jednak sugeruje, że ktoś wiązał węzły na łańcuszku jak na sznurze (co oczywiście jest możliwe, ale skuteczność wykazuje raczej umowną).

Na horyzoncie błękitniały góry, unosząc się nad dolinami pełnymi mgły.

Chyba miało być “unoszące”.

Ałtyn pomogła jej usadzić się w siodle.

Lepiej “usadowić”.

Dotarły do aułu pod wieczór, gdzie zostały przyjęte jak księżniczki.

Poprawny szyk “dotarły pod wieczór do aułu”.

Jurta, którą dostały, była wspaniała, jasna i przestronna, u wejścia z kapą haftowaną jedwabiem i ozdobioną perłowymi muszelkami.

Coś się nie zgadza logicznie (co było u wejścia?).

Anna podniosła orle pióro, które zgubił szlachetny ptak, i schowała je do kieszeni.

Domknięcie wtrącenia. Jednak to jest piękne, jak bierzesz tę ucieczkę w nawias logiki snu, jak dziewczyny jednocześnie obawiają się pogoni i nie odczuwają żadnej presji.

Związali całą we łzach Ałtyn, chociaż z szacunkiem, jaki się jej należał.

To zdanie paskudnie trudno poprawić, ale może spróbujmy tak: Ałtyn zalała się łzami, gdy nakładali jej więzy, chociaż okazywali przy tym cały szacunek, jaki się jej należał.

szybkie orły i powolne wielbłądy

Wielbłąd może jest powolny w porównaniu z orłem, ale na dobrym wielbłądzie można jechać prawie tak szybko jak rozstawnymi końmi, więc epitet wydaje mi się niefortunny.

Kiedy wreszcie dotarła na Kochanowskiego, była prawie w rozpaczy.

Odniosę się jeszcze krótko do komentarzy – konkretnie zwrócił moją uwagę wpis Marzana, co do którego chciałbym podkreślić z uznaniem, że inspiruje do przemyśleń i pogłębia zrozumienie opowiadania:

Wątpię, czy Anna podczas pierwszej przejażdżki na koniu mogłaby o czymkolwiek zapomnieć, zaczynając od bolącego tyłka, a kończąc na plecach. Wsadzasz bohaterkę po raz pierwszy na konia i od razu zabierasz ją na całodzienny rajd przez step. Niestety jest to bullshit. Może warto wspomnieć, że kiedyś, jako dziecko jeździła konno, żeby wybrnąć z problemu?

Ależ to sen, widziadło… W baśniowej wizji to nawet ja mogę jeździć konno jak urodzony Tatar. Jeżeli bohaterka sądzi, że na prawdziwym stepie będzie się trzymała w siodle równie dobrze jak w mieszkaniu Akylaj, w ewentualnym sequelu mógłby z tego być ładny wątek komiczny.

Wybrała spory kamień i wróciła do dziewczyny. Po kilku uderzeniach oczka pękły

Gdyby miała dwa kamienie, pękłyby pewnie szybciej.

W pierwszej chwili o tym nie pomyślałem, ale uwaga słuszna: tłuczenie kamieniem o ogniwa na miękkiej podłodze namiotu byłoby bezproduktywne, chyba że to ozdobny łańcuszek, który silny facet zerwałby w palcach; a mając drugi kamień jako kowadło, można już wiele zdziałać. Z drugiej strony to także scena ze snu i może ma bardziej oddawać naiwne wyobrażenia Anny niż realne czynności.

Poza tym dziewczyny uciekały raptem dwa dni, Anna słabo jeździła konno, dogonienie ich nie było wyzwaniem. Ten akapit wydaje się takim strzałem z armaty do muchy.

W tym sensie go odebrałem: jako podkreślenie, że są w tym najlepsi na świecie, dogoniliby każdego, więc bohaterki nie mają co myśleć o prawdziwej ucieczce i równie dobrze mogą się cieszyć chwilą.

Była zgrabna, bardzo kobieca i była przywiązana za kostkę złotym łańcuszkiem do drewnianego słupa na środku jurty.

Do przemyślenia – niby można opuścić to drugie “była”, ale bez niego wychodzi dość komiczna zeugma.

 

Dziękuję za możliwość lektury i z przyjemnością polecam do Biblioteki!

Uwaga, uwaga!

Powiadamiam wszystkich zainteresowanych, że nowy skład Loży zagłosował za tym, bym pozostał jej przewodniczącym. Będę się starał pełnić funkcję nie gorzej niż dotychczas i pozostać otwarty na merytoryczną krytykę.

Oprócz tego zapadły postanowienia o drobnych modyfikacjach organizacji pracy:

Nieznacznie rozszerzono prawo członków Loży do wstrzymywania się od głosu – zmiana ta mówi o wątpliwościach co do obiektywności uwarunkowanych związkami osobistymi z autorem opowiadania i należy się spodziewać, że na razie pozostanie czysto teoretyczna.

Zwiększenie kworum w głosowaniach piórkowych z sześciu do siedmiu członków, ogłaszane już tutaj 18 II 2024, zostało ponownie przegłosowane i z dwuletnim opóźnieniem trafiło do regulaminu Loży.

Nie potrafię w rymy, ale chciałem spróbować. Zobaczyć czy warto się męczyć:). (…) Raczej to nie bajka :) Dziękuje ci bardzo tę opinię i poświęcony czas ;)

Na pewno nie chciałbym Cię zrażać. Myślę, że nie napisałem nic takiego, czego nie dałoby się przyswoić i spróbować wcielić w życie.

Ale, że Dijkstrę wyczaiłeś to gratki bo nie wszyscy potrafili :) Brawo.

A wiesz, jakoś się go domyśliłem, ale opisywanie go jako “knura” też wydaje mi się takim trochę… myleniem nieba z gwiazdami odbitymi na powierzchni stawu.

Cześć!

Poetą też nie jestem, ale w technikaliach się orientuję i powiem Ci, że to wymaga jeszcze mnóstwa pracy.

Niektóre rymy są wadliwe – nie poleca się stosowania rymów gramatycznych (snuje – kieruje, w mniejszym stopniu wytworny – niesforny) ani opartych na wspólnym rdzeniu wyrazowym (powagę – uwagę). Rytm niestabilny, przeważa dwunastozgłoskowiec 6+6, ale zdarzają się na przykład wersy 6+7 (W komnacie, gdzie zapach cynamonu się snuje), 7+6 (Ona uczonym tonem wygłasza wzniośle) czy 5+6 (Z miejsca przykuwa tej sowy uwagę). Jeżeli wiersz nie ma być w pełni nieregularny, to należy trzymać się jednego metrum, takie rozchwianie daje w odbiorze wrażenie niedbałości.

Brakuje sięgnięcia po właściwe poezji środki stylistyczne, jak chociażby metafory, porównania czy wyliczenia. Gdybym bardzo chciał się czegoś doszukać, to pewnie “zgubił się w uczuć rzemiośle” można uznać za metaforę, ale fatalnie splątaną, rzemiosło nie labirynt. Styl moim zdaniem jest sztucznie wzniosły, zwłaszcza razi nadużywanie zaimków (swym słowie, swym kącie, swej dłoni). Niektóre zwroty są po prostu błędne językowo: wygłaszać trzeba coś, ten czasownik nie obejdzie się bez dopełnienia; knur może chrumkać, ale nie można chrumkać knurem, a tym mniej gryfem lub sową.

Sowa to Filippa Eilhart, knur chyba Dijkstra, gryf jakiś wiedźmin, skoro z medalionem, ale nie przypominam sobie takiego wątku w sadze, choć może wziąłeś to z którejś gry.

Pozdrawiam, życzę wiele weny i zapału do pracy –

Ślimak Zagłady

Cześć, Marzanie!

Naprawdę się cieszę, że jednak się nadal pojawiasz – czytam z ciekawością Twoje opowiadania, jak i komentarze, stanowczo jestem zdania, że potrafisz wnieść coś wartościowego do naszej społeczności. I ten utwór wchłonąłem ze szczerą przyjemnością, wiele tu dobrze świadczy o Twoim warsztacie pisarskim: rozwój akcji płynny, konstrukcja świata wiarygodna, postaci trochę schematyczne, ale w klasycznej otoczce to nie razi, a jednocześnie mówisz o uniwersalnych wartościach, głównie potrzebie bliskości. Zawiodłem się wszakże na tym, że Nila jednak żyje, zbyt łatwe to wyjście z nagromadzonego napięcia, jakby unieważniało dramat tych, którzy jednak nie żyli i monet nie mieli. Nie upieram się, że umiałbym to rozwiązać lepiej – ale gdyby – gdyby Przewoźnik się w końcu zbuntował i dostarczył ją za darmo – a Hades chciałby oboje ukarać i wygłosił przemowę na ten temat, kompromitując się na całej linii? Skąd poszłaby albo po prostu metafora bezduszności urzędniczej, albo mógłbyś to połączyć z krytyką katolickiej koncepcji limbo, przez analogię wykazując rozłąkę jej proponentów z intuicją moralną i zdrowym rozsądkiem? Co do ewentualnego happy endu, w niektórych mitach Persefona potrafiła stawiać na swoim…

Muszę jeszcze przytoczyć cytaty, które uparcie nasuwały mi się przy lekturze:

Płynie rzeka wąwozem jak dnem koleiny, która sama siebie żłobiła,

rosną ściany wąwozu, z obu stron coraz wyżej, tam na górze są ponoć równiny.

I im więcej tej wody, tym się głębiej potoczy,

sama biorąc na siebie cień zboczy.

 

I ten:

Otwórzcie wrota dla tragedii,

która na czarnym wjechała bawole,

żeby wziąć wasze dusze – i bez intermedii

zwieźć je nad Styks, nad Marnę czy na czyste pole

 

Uchybień redakcyjnych prawie nie zauważałem, ale jest jedno na samym początku:

Zaczekał, aż koniec sięgnie dna, i naprężył ramiona.

Domknięcie wtrącenia.

Z satysfakcją dobijam do Biblioteki i pozdrawiam ślimaczo!

Ślimak wpełza i wita Prosiaczka…

Swój wygląd zawdzięczał niskiej grawitacji Tytana. Co ciekawe, mimo to był o pół głowy niższy od Lucjana.

Widocznie postanowił Lucjana odwiedzić, co robił niezwykle rzadko, gdyż wraz z matką lata temu do życia upodobali sobie księżyc Jowisza. (…)

Za ostatnimi, prowadzącymi na Tytan, ojciec zniknął.

Ależ Tytan jest księżycem Saturna!! Poza tym: na kogo? na co? na Tytana.

W owalu tej drugiej matka Lucjana położyła się na podłodze i w zadumie obserwowała widoczne kilkadziesiąt metrów niżej brunatno-czerwone jeziora metanu. Ojciec, ze łzami w oczach, wykorzystywał właśnie niską grawitację, by odbijać się od ścian i szybować niczym papierowy samolot. (…)

Ostatnie wydarzenia przeżywała inaczej niż mąż, w głębi serca wiedząc, iż niepożądane doświadczenia są nieodłączną częścią dorastania.

Jeżeli narrator trzecioosobowy wielokrotnie zapewnia, że Charles i Mary są mężem i żoną, rodzicami Lucjana – trudno to podciągnąć pod narrację pozornie zależną – to zwrot akcji w drugiej części opowiadania nie ma żadnego uzasadnienia, jest nielogiczny. Myślę, że tekst mógłby być znacznie lepszy, gdyby poprzestać na opowieści o transhumanizmie i bólu rodziców pojmujących, że dziecko jest samoistnym bytem, a nie polem do realizacji swoich ambicji w zakresie eksperymentów genetycznych. Zamiana ról wydaje mi się zbędnym udziwnieniem, bo nie mam też wrażenia, żeby autor chciał się tutaj podzielić jakimiś świeżymi przemyśleniami na temat parentyfikacji.

A dziewiętnastoletnią dziewczynkę używają jako inkubatora.

Dziewczynki używają jako inkubatora (a gdybyś koniecznie chciał posłużyć się archaiczną składnią biernikową, to też trzeba obustronnie: dziewczynkę używają jako inkubator).

W mieszkaniu Lucjana asystent Charlesa był nieaktywny, ani na poziomie fizycznym, ani w kontekście emocji

Nie był aktywny ani, ani… albo: był nieaktywny zarówno, jak i

Fakt o niespodziewanej wizycie ojca

Fakt niespodziewanej wizyty ojca.

Drugie i trzecie, nazwane już dziećmi, popełniły samobójstwa.

Popełnić można tylko jedno samobójstwo (podobnie też: odebrały sobie życie, nie “życia”).

nieustannie strojony przez niewidzialne siły, którym z niezbadanych przyczyn

Paskudnie brzmi to potrójne zaprzeczenie.

na Ziemi światło tłumiące mroki strefy abisalnej, tętniącej z cicha życiodajnymi kominami hydrotermalnymi;

Przecież ziemska część mieszkania Lucjana wychodziła na przybrzeżną rafę koralową, a nie na abisal.

Teraz musiał wykazać się cierpliwością, która, o dziwo, nie była czymś zupełnie nowym, a bardziej zapomnianym. Przywodziła na myśl pokryty patyną kieliszek zatopionego statku

Lepiej “raczej” niż “bardziej”. Gdzie zatopiony statek ma kieliszek lub dlaczego przypomina kieliszek?

której niezaspokojona potrzeba czasami paliła do żywca.

Żywcem, do żywego.

Pragnęłam pęknięcia w kloszu.

W ogóle widzę teraz, że część z błędów, które tropię, została Ci już wskazana przez poprzednich komentujących, na czele z niezastąpioną Reg. Dziwię się, że ich dotychczas nie poprawiłeś: kiedy starasz się grać pięknem języka, przeplatanie (moim zdaniem przesadnie) kunsztownych fraz w rodzaju “Oświetlenie wewnątrz tkało z fotonów atmosferę przekwitłej radości” z pospolitymi pomyłkami wywiera fatalne wrażenie.

 

Utwór ma istotne, niezaprzeczalne zalety. Widać świadome, przemyślane kształtowanie świata, przemawianie do wyobraźni czytelnika pięknie rozplanowanymi obrazami, które jednocześnie odgrywają rolę symboliczną, gdy na przykład mieszkanie rozrzucone portalami po różnych planetach odpowiada trudnościom członków rodziny ze znalezieniem bliskości emocjonalnej. Wobec wykazanych powyżej wad nie mogę poprzeć przyznania mu Piórka, ale widzę, że otrzymałeś już liczne entuzjastyczne opinie i będzie to symboliczny (sic) głos sprzeciwu.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Utwór problemowy, trudny w odbiorze, moim zdaniem niezbyt udany artystycznie, co postaram się naświetlić. Namęczyłem się niepomiernie przy układaniu komentarza, okropnie trudno jest dobrać słowa, żeby wskazać, jak tekst mógłby pomóc lepiej zrozumieć bohatera, a nie sprawić wrażenia, że chciałbym go bronić czy się z nim utożsamiać. Rozumiem oczywiście, dlaczego Cię przytłoczył wszechobecny teraz w mediach temat i potrzebowałeś się tym podzielić. Próba wniknięcia w umysł postaci niezdrowo zafascynowanej urodą dziewczęcą jest ambitna, ale nie odkrywcza, Nabokov w Lolicie zrobił już to znacznie obszerniej i chyba jednak lepiej. I tutaj…

Lubię je dokładnie w tym wieku – szesnaście, siedemnaście, osiemnaście. Jeszcze pachną szkołą, już pachną sobą. Lolity, które nie wiedzą, jak bardzo są niebezpieczne.

Po lekturze krótszej wersji byłem przekonany, że opisywana dziewczynka może mieć najwyżej ze dwanaście lat, jak zresztą oryginalna Lolita. Wiek zgody w Polsce wynosi lat piętnaście; szesnastolatka za zgodą sądu może wyjść za mąż. Opinia, że choćby chęć spojrzenia na osobę przed osiemnastką czyni kogoś niebezpiecznym dewiantem, pochodzi z purytańskiej kultury niektórych stanów USA.

Dlaczego uważam to za tak ważne? Tekst zlewa w jedno dwa kompletnie różne zjawiska! Jeżeli ktoś sądzi, że cierpi na zaburzenia popędu płciowego, a tak naprawdę jego pragnienia są biologicznie naturalne, tylko społecznie uznane za niestosowne (czy nawet nielegalne), to nie ma narzędzi, żeby nazwać swoje uczucia i zmierzyć się z nimi. Gdyby utwór dał odbiorcom takie narzędzia, byłby świetną robotą. Coś takiego odgaduję u bohatera: podoba mu się wizualnie dziewczyna dojrzała płciowo, wchodząca w optymalny wiek do rodzenia dzieci. Zamiast wzruszyć ramionami nad zwykłym, prymitywnym odruchem i dalej szukać partnerki bliższej sobie wiekiem, z którą mógłby nawiązać prawdziwą więź duchową, zaczął zadręczać się swoją rzekomą pedofilią, rozdmuchiwać konflikt wewnętrzny i obsesyjne myśli, aż uszkadza to całe jego funkcjonowanie. Jednak Autor o tym nie pisze i większość Czytelników nie zauważa. Przyklasnę słowom bruce:

Piszesz w Przedmowie, że starasz się zrozumieć. Ale – co? Zafascynowanie dziewczynami? To zwyczajna sprawa. Chyba że przekracza pewne granice. W Twoim tekście wydaje mi się, że już je przekracza i to bardzo niebezpiecznie.

Oczywiście, że tutaj to przekracza bezpieczne granice. Czego mi zatem brakuje w tekście? Krótko mówiąc: wyrównania proporcji między estetycznym opisem urody dziewczęcej a warstwą psychologiczną. Może na początek choćby migawkowego ujęcia, że te uczennice jednak czują się niepewnie, kiedy krok w krok za nimi człapie obcy facet. Potem dokładniejszego niż “Dom wygrał. Czasem nie wraca jej sylwetka. Wraca tamto zawieszenie na rozstaju – chwila, w której wzrok przestał być niewinny” pokazania konfliktu wewnętrznego bohatera, tak jak opisałem wyżej, zależnie od decyzji autorskiej co do wieku obserwowanej panienki. Jego lęku (choćby bezpodstawnego), że któregoś razu nie opanuje instynktu i zrobi jej krzywdę. I lęku, że nie może się nigdzie zwrócić po pomoc, bo spotka się z odrzuceniem przez każdego, na kim mu zależy, bo zostanie zniszczony przez system. To rzeczywiście pomogłoby zrozumieć tę postać i wyciągnąć cenne wnioski, co w obecnej wersji opowiadania – jak widzę z reakcji większości Przedmówców – raczej się nie powiodło.

Nosiła rajstopy bazmajtkowe.

Bezmajtkowe.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Ja również dziękuję! To tylko taki symboliczny wyraz zadowolenia, uznałem, że należy mi się drobna zmiana z okazji drugiego Piórka.

Nowa Fantastyka