Profil użytkownika

Nie można porządnie podać miejsc inspirujących twórczość w zakładce Miasto, więc będą tutaj. Przede wszystkim Trójmiasto i Podhale. Mogą się zlewać we wspólny nieokreślony twór (coś jakby Turów Róg).


komentarze: 2670, w dziale opowiadań: 2059, opowiadania: 588

Ostatnie sto komentarzy

Cześć, Maćku!

Z Twoich tekstów, które dotychczas czytałem, ten podoba mi się chyba najbardziej, pomimo całej mojej sympatii dla motywów górskich. Jest napisany przepięknym językiem. Bardzo dobre wykorzystanie środków stylistycznych, zwłaszcza powtórzeń i porównań. W ogóle nie klasyfikowałbym go jako typowego opowiadania, wydaje mi się bliższy prozie poetyckiej. Czyli co do formy praktycznie nie mam zastrzeżeń, mogę zaproponować co najwyżej drobne szlify:

którą od lat próbuję bezskutecznie zmęczyć

Odwróciłbym szyk – przecież chodzi o to, że bezskutecznie próbuje, a nie że bezskutecznie zmęczyć.

I wtedy zrozumiałem, dlaczego czasem nie używa smyczka: coś trzymało jej rękę od tyłu. A teraz (I teraz?) długie, czarne palce bez paznokci oplatały jej nadgarstki, prowadząc łokcie w górę i w dół, w doskonałym rytmie etiudy.

“Czasem” wygląda mi na niezasadne, bo poza tym nic w tekście nie wskazuje, żeby czasem jednak używała smyczka, przeciwnie, to szarpanie strun gołymi rękami i kaleczenie palców pełni ważną rolę symboliczną. Przeciwstawienie “wtedy” i “teraz” rozbija spójność sceny, która powinna rozgrywać się jednoczasowo.

 

Z treścią sprawa jest trudniejsza. Doceniam obserwację, że w żałobie ludzie niekiedy rezygnują z zajęć dających im radość i powrót do nich po czasie jest zawsze wart rozważenia, ale to mimo wszystko prosta myśl. Niełatwo natomiast odgadnąć, jaką rolę symboliczną odgrywa tutaj duch obcej dziewczyny, związanej z bohaterem tylko tym, że zmarła około tego samego czasu co jego matka. Pomyślałem nawet, że może to wyobrażenie rodem z Dziadów II – że pokutuje za samobójstwo (jakby wiedziała, że za chwilę wszystko się skończy), błąkając się po mieście, dopóki nie przywróci komuś sensu życia; wtedy jednak ta zbieżność czasowa nie byłaby potrzebna i w ogóle możliwe, że dopisuję interpretacje na siłę.

Wracając jeszcze na chwilę do formy: dostrzegam pewne próby rytmizacji tekstu, ale nie mogę znaleźć ich związku z drugą etiudą Kreutzera. Wyobrażam sobie, jak mogłoby to wyglądać: akapity lub długie zdania po dwadzieścia akcentów, grupowanych wyraźnymi działami składniowymi na części po cztery akcenty, przy czym w każdej takiej grupie pierwszy i czwarty akcent byłby na sylabie “ciemnej” (o, u, y, nosówki), a drugi i trzeci na “jasnej” (e, i; a mogłoby się zjawiać w obydwu rolach); aż końcówka wyfrunęłaby z tego schematu, gdy bohater przekracza w swojej grze dwudziesty takt? Gdyby udało Ci się tak skomponować tekst, przy zachowaniu pozostałych zalet, niewątpliwie byłby to wybitny utwór.

Tymczasem pozostaje jeszcze decyzja piórkowa. Skłaniam się w stronę NIE, ze względu na tę szczupłość i niejasność fabuły, która stanowi jednak kluczowe kryterium w ocenie opowiadań. Niemniej dam sobie jeszcze chwilę czasu do namysłu, bo językiem rzeczywiście można się zachwycić.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Cześć, Marszawo!

Na początek podziękuję, że postanowiłaś zostać tutaj na dłużej i dzielić się swoją twórczością. To przeczytałem z przyjemnością, ale bez wyjątkowego zachwytu. Wydaje się jakoś zawieszone między kryminalno-przygodowym fantasy a metaforyczną dyskusją o prawach uchodźców i imigrantów. Oczywiście sama obecność w tekście odniesień do problemów realnego świata powinna być korzystna, więc to zawsze niepewne i trudne do zobiektywizowania, kiedy takie elementy z różnych warstw będą się nawzajem dopełniać, a kiedy wydadzą się niekompletne. Choćby jednak konstrukcja głównej bohaterki: raz wydaje się twardą, doświadczoną panią detektyw, gotową brać za rogi niemal nieprzezwyciężalne problemy, a raz naiwną panienką, przez pryzmat reakcji której mamy zobaczyć okropieństwa realiów świata przedstawionego. Przy czym oczywiście nie zaprzeczam, że w poszczególnych miejscach pokazujesz jej emocje przekonująco, prawie na pewno lepiej, niż sam byłbym w stanie to zrobić. Na dobrą sprawę Tarnina zgłębiła już i przeanalizowała te kwestie dużo obszerniej – wspaniały komentarz, czapki z czułków!

Po wprowadzeniu poprawek tekst wygląda bardzo solidnie językowo. Parę drobiazgów z początkowej części:

nie potrzeba licencji detektywa, by si€ domyślić, że ktoś chciał zatuszować sprawę.

Znak euro zamiast “ę” to świadomy zabieg czy wypadek przy pracy?

Nie czekając na resztę, pobiegłam wzdłuż hali dworca. Pchnęłam barkiem ciężkie drzwi prowadzące na perony i wypadłam na zewnątrz. Wzdrygnęłam się od mroźnego listopadowego wiatru, który plątał mi włosy i próbował wepchnąć z powrotem do hali dworca.

Niepotrzebne powtórzenie. Poza tym napisałbym “na wydanie reszty”, ponieważ wyrażenie “czekać na resztę” odnosi się normalnie do reszty jakiejś grupy ludzi.

panoramiczne okna, z których roztaczał się widok na Tiefencastel – niewielkie szwajcarskie miasteczko, które właśnie zasypywał pierwszy śnieg.

Nie jest to rażące, ale też nieźle byłoby znaleźć inne rozwiązanie.

 

Poza tym wydaje mi się, że wciąż nieco nadużywasz czasownika “rzucić”. W każdym razie zrobiłaś bardzo wyraźny postęp od czasu pierwszego Twojego opowiadania, które komentowałem. Pod względem piórkowym tym razem jeszcze na NIE, ale ciekaw jestem dalszych prób.

Pozdrawiam ślimaczo!

W tym miejscu nasza historia się kończy:

plac bitwy zarósł od krzewów i kłączy,

zamek padł, większość obrońców wycięta,

reszta poddała się i poszła w pęta,

lecz napastnicy dość strat też ponieśli

i było wiele roboty dla cieśli.

Niektórzy twierdzą, że po owej wojnie

Pan Mroku jednak zachował się dwornie:

księżniczce cierpieć nie kazał w niewoli,

ale przyuczał ją do nowej roli

i z biegiem czasu wybiła się przy nim

jako na równi wprawna dowódczyni,

razem udane toczyli kampanie…

(A teraz wy będziecie czekać na nie,

na przyszłą pieśń buduje się apetyt).

Prawda to, czy życzenia wierszoklety?

 

***

Mnie również grało się i pisało ogromnie miło, dziękuję za zajmującą wspólną rozrywkę! Podzielę się jeszcze odrobiną analiz co do przebiegu partii – oczywiście nie roszczę sobie tutaj wyłączności, wszyscy są zaproszeni do rozmowy.

2. Sc3 po 1. d4 gra się rzadko, bo w otwarciach zamkniętych pion c zwykle służy do walki o centrum i nie warto go blokować, ale nie jest to jeszcze błąd. Błędem było moim zdaniem 4. b3, posunięcie niepomocne w rozwoju (c5-c4 nie stanowiło przecież żadnego zagrożenia) i odsłaniające skoczka c3 na niebezpieczne związanie. Po 6. e3, odcinającym gońca od obrony skoczka, białe nie mogą już uniknąć poważnych strat – w istocie, grając 5… e6, miałem już na widoku tę sytuację do dziewiątego ruchu i chyba dalej.

Przy ruchu 16… a6 miałem zaplanowaną piękną kombinację matową: 17. b:a6 W:a6 18. Kb1 W:a2! 19. K:a2 Sc5! i wkrótce mat (np. Kb1 Wa8 Kc1 Wa1#). Szkoda wobec tego, że wolałaś 17. b6, ale oczywiście obiektywnie był to lepszy wybór. I wtedy, decydując się na Wb8 z oddaniem wieży, policzyłem dokładnie, że będę w stanie odzyskać ten materiał i przejść do łatwo wygranej końcówki: 18. G:b8 W:b8

19. Whf1 W:b6 20. Wd3 (inaczej … Gb2+ i … Sc3; zresztą tak samo 19. Wd3 W:b6 20. Wf1) Gb2+ 21. Kd1 Sc5 22. Wd2 Gc3 i białe nie mogą uratować wieży ze względu na 23. We2 Wb1#;

albo 19. Wdf1 W:b6 20. Kd1 (lub np. 20. f3 Sd2 z groźbą mata) S:f2+ 21. W:f2 Wb1+ 22. Ke2 W:h1 23. W:f7+ Kd6 z rozstrzygającą przewagą czarnych.

 

Bardzie, ja na razie potrzebuję chwili odpoczynku, ale jeżeli nikt szybciej nie podejmie rzuconej rękawicy, to jasne, że za jakiś czas chętnie z Tobą zagram.

Mam również nadzieję, że nikt chorym muzułmanom nie odstawia kroplówek podczas ramadanu.

Na pewno wielu Użytkowników rozumie się tutaj na islamie znacznie lepiej ode mnie, ale skoro nikt się nie wyrywa do odpowiedzi: zasadniczo nie. W przeważających wykładniach obowiązek zachowania postu w ramadanie nie dotyczy dzieci, osób starszych i chorych, kobiet ciężarnych i karmiących i pewnie kogoś jeszcze. Jak jednak wiadomo, islam (w przeciwieństwie do takiego katolicyzmu) nie dysponuje scentralizowaną wykładnią teologiczną, a realia geopolityczne Bliskiego Wschodu sprawiają, że nawet stosunkowo mniejsze i zradykalizowane poglądy nieraz decydują o stanowieniu prawa w różnych krajach, trudno mi więc powiedzieć, czy nigdzie na świecie nie dzieje się coś w tym stylu.

Wślizguję się z podsumowaniem końcowym:

 

Bardjaskier – Hodowcy dusz – 13/5 głosów, 1,5 TAKA (beeeecki, bruce, regulatorzy), nominacja!

AP – Domator – 9/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

maciekzolnowski – Etiuda Niedokończona – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

Marszawa – Bernina Express – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, beeeecki), nominacja!

Sajmon15 – Azyl – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

Ślimak Zagłady – I szli po zagiętej plaży – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

HollyHell91 – Burdel King [16+] – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Robert Raks – W niedalekiej przyszłości: Rodzina – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Adexx – Randka w szambie – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

aTucholka2 – Tz'akat ha-nefesh – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Ambush – Burdel Queen – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

sesi19 – Jastrząb i kret – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

JolkaK – Sto lat samotności i… czekania – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

Bardjaskier – Hodowcy dusz (cezary_cezary);

HollyHell91 – Burdel King [16+] (Ambush);

Sajmon15 – Azyl (Bardjaskier);

AP – Domator (Bardjaskier);

Marszawa Bernina Express (Ambush).

Mnie też się bardzo podoba! Jednak nie zgodzę się z Twoją interpretacją, ponieważ “zdefekować” znaczy “oddać kał”, a nie “zanieczyścić”. Ażeby zdefekować spodnie czy stół na przykład, Twój miś musiałby je wcześniej połknąć, a i wtedy nie jestem pewien, czy byłoby to w pełni poprawne zastosowanie. Zdefekowania samego siebie nie chcę sobie nawet wyobrażać.

27… Gf6:a1

Pękają wieże, walą się budowle,

a czarny Kapłan znów pędzi przez pole.

Akurat współczesna steganografia działa bardziej przez ukrywanie danych w "niepotrzebnych" bajtach obrazka.

Dobrze, wspomniałem o tym wyżej, ale moim zdaniem nie jest to zarzut do tekstu: da się ukrywać dane taką metodą, a fabuła jest ciekawsza, gdy bohaterowie dopatrzą się czegoś w konturach obrazka, niż gdyby napisać tylko, że Xian wydobył coś z najmniej znaczących bitów czy ze “śmieciowego” przedłużenia metadanych.

Czy możemy to zapisać Twoim sposobem? Możemy. Ale czy nie sensowniej byłoby te liczby przełożyć na kod czwórkowy? Bezpośrednio? Wtedy byłyby krótsze (tu wygodna tabelka: https://en.wikipedia.org/wiki/Quaternary_numeral_system): 11111111(bin) to 3333(quad), o ile się nie mylę. Można zmieścić dwa razy więcej informacji syntaktycznej.

Przecież to są dwa równoważne sposoby opisu tego samego kodu, nie wiem, jak Ci wyszło, że “można zmieścić dwa razy więcej informacji syntaktycznej”. Przykładowo “Cytozyna odpowiada sekwencji cyfr 10 w zapisie binarnym” i “Cytozyna odpowiada cyfrze 2 w zapisie czwórkowym” to zdania równoważne.

Dlatego pisałem “na pewno przyjąłbym założenie robocze, że poszukiwany kod jest binarny” – nawet jeśli autorzy pierwotnie nie myśleli o nim w ten sposób, a z przełożenia go na binarny uczynili drugi etap dekodowania, to przecież mogę w wyobraźni połączyć te dwa etapy w jeden.

26… Wa2-a1

Jedni biegają w kółko, drudzy krzyczą,

widząc sunącą wieżę oblężniczą,

co na dziedziniec zjechała ze skłonu

i zagroziła obronie donżonu.

25… Wb2:a2

Wieżo, rób swoje, zgniataj niedościgle

resztkę piechoty na zachodnim skrzydle:

krzyk, turkot osi, chrzęst łamanych kości –

nikt tu obrońcom zamku nie zazdrości.

To jest Mars. Nie ma lasów, papier bardzo rzadko występuje, więc i ołówek niepotrzebny.

Ten dopisek w nawiasie w ogóle podałem tylko jako groteskową alternatywę dla odczytu komputerowego.

Wzięłam najbardziej wydajny sposób zapisu, na jaki wpadłam. Nie przeładowujmy tej biednej bakterii megabajtami zbędnego DNA.

Widzę, ale osoby łamiące szyfr muszą liczyć się z tym, że przeciwnik nie wybrał najbardziej wydajnego sposobu zapisu, dlatego nazwałem to założenie “ryzykownym” z ich strony.

Imiesłowy. Hmmm. Wydawało mi się, że obydwa zdarzenia muszą zachodzić jednocześnie. Jedno nie musi być rozciągnięte bardziej niż drugie. Dla mnie zdanie “idąc, pogwizdywał wesoło” jest w porządku. “Robiąc coś tam, upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu” – też mi nie zgrzyta. Ale jesteście bardziej wyczuleni językowo niż ja.

Nie wiem, czy bardziej: akurat w tym temacie pamiętam, że kiedyś w którymś Twoim tekście zwróciłem uwagę na równoważnik imiesłowowy użyty z wyjątkowym smakiem, lepiej niż sam bym potrafił; nie mogę tego teraz znaleźć. Jasne, że mogą być tak samo rozciągnięte, Twoje przykłady są w porządku i nic innego nie chciałem sugerować.

Z tego, co wyżej pisałem, wynika raczej, że imiesłów nie powinien mieć węższego zakresu czasowego niż orzeczenie zdania głównego. “Zwiedzając Laponię, przeprawiał się wpław przez wezbrane rzeki” nie budzi zastrzeżeń, natomiast “Zwiedzał Laponię, przeprawiając się wpław przez wezbrane rzeki” jest już konstrukcją mocno podejrzaną, a co najmniej sugerującą, że przymusowe morsowanie jest jedynie prawdziwą formą zwiedzania Laponii.

Niemniej to, do czego głównie odnosiły się uwagi Tarniny i w jakim zakresie starałem się je objaśnić, to zagadnienie zastępowania równoważnikami imiesłowowymi zdań podrzędnych okolicznikowych (innych niż czasu).

To dwie strony tej samej monety. Jak załatać dziury, kiedy się nie wie o ich istnieniu ani rozległości?

Jasne, pisałem raczej od strony, że trudno oczekiwać, żebyś próbowała jeszcze łatać te dziury, kiedy już włożyłaś tyle pracy w ich wyszczególnienie i nie do końca jest to rolą jurora.

O, to, to. Nie można na to liczyć.

Jednak w tekście jest to raczej usprawiedliwione: skoro złoczyńcy umówili się na przekazanie informacji w ten sposób, to dużo łatwiej od osób postronnych odgadną, że nienaturalnie wygięty palec wskazuje kluczowe miejsce na mapie. Udana steganografia często opiera się na takim dorozumianym kontekście. Naturalnie do zasady Kerckhoffsa ma się to nijak, ale to już osobny temat.

Yyyy… oni chyba nie śpią wszyscy razem XD

Myślałem na przykład o przerwie w Ważnym Zebraniu, ale widzę teraz, że tymi słowami musiałem Ci podsunąć wizję wspólnej sypialni na obozie młodzieżowym!

Tak, tylko co z tego, skoro nie znamy kodu, którym wiadomość jest zapisana?

Właśnie to, co opisałem. Kiedy już wiemy, że wiadomość zaczyna się prawdopodobnie w określonym miejscu, a w dodatku przypuszczamy, że tym początkiem jest na przykład nagłówek pliku graficznego, to już daje realną możliwość dopasowywania różnych kodów, żeby siłą lub sprytem trafić na ten właściwy. Nie czuję się jakimś ekspertem w dziedzinie kryptologii, ale to jest w miarę blisko podstaw, nie wymyślam sobie tego na bieżąco.

Hmmmm. Sęk w tym, że tutaj podmiot nie dostrzega, co jest raczej rozciągłe. Gdyby coś dostrzegł, miałabym poważne wątpliwości, czy to poprawne.

Prawda, w tym samym kontekście napisałbym raczej “nie znalazłszy” niż “nie znajdując”.

Właściwie chyba mamy podobne wątpliwości, jakie dokładnie są zasady rządzące bizarro tudzież weirdem i jak wpisać się w założenia tych gatunków.

Hm, a dlaczego akurat to Cię zastanawia?

Ponieważ nie wiem, czy to element czysto rozrywkowy, czy też chciałaś się w ten sposób podzielić jakimiś przemyśleniami na temat naszego świata, a jeżeli tak, to jakimi właściwie.

Hę? Myślałam, że defekować się jest czasownikiem zwrotnym.

Według mojego rozeznania raczej nie jest, nie wskazywałaby na to też porada https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/defekowac;8350.html, być może w użyciu potocznym ta strona zwrotna występuje, ale pytanie, na ile Ci to pasuje do stylistyki całej wypowiedzi.

Jaka tu się zajmująca dyskusja wywiązała! Może na początek przyznam, że odbiłem się z hukiem od tego tekstu, kiedy jeszcze był anonimowy. Znalazłem rozwiniętą kolonię górniczą, która ma komórkę FBI, ale nie ma sądów i prawników, znalazłem narkotyk, który daje programowalne tripy (gdyby chociaż w koordynacji z zestawem VR!) i stwierdziłem, że to jakieś naiwne SF, którego nijak nie mam siły analizować i dekonstruować krok po kroku. Możliwe też, że odrobinę zraziły mnie wulgaryzmy, choć całkowicie uzasadnione fabularnie. Pozostaje wyrazić podziw dla Tarniny, że dała radę się tym tak rzetelnie zająć.

Niemniej skoro już poznałem autorstwo i przeczytałem opowiadanie od deski do deski, miałem z tego przyjemność. Wysiłki bohaterów pracujących nad znalezieniem tajnej wiadomości są barwnie odmalowane, można je śledzić z zainteresowaniem i samemu myśleć – nie wypadając zbyt mocno z zawieszenia niewiary, nawet jeśli po uczciwej analizie trzeba przyznać, że intryga jest mocno naciągana. Poszczególne wątpliwości, które z perspektywy jurora naturalnie wymagają przede wszystkim skrytykowania do gruntu, z perspektywy pomocnego czytelnika na portalu literackim są jednak wyzwaniem do załatania (jak choćby wyżej wzmianka o zestawie VR).

Tak przy okazji, gdzie Ty widzisz tę Afrykę w logo UNICEF? Rozumiem, że trzeba zwracać uwagę na białe tło. Kiedy patrzę od strony głów obojga, mam coś jakby grzyb wznoszący pięść w górę lub kobiecy układ rozrodczy z usuniętym jednym przydatkiem. A od strony szyi dziecka garbaty trójkąt ostrokątny z przesmykiem u szczytu, w którym od wielkiej biedy (ignorując cały ten teren po lewej) mógłbym się raczej dopatrzyć Ameryki Południowej. Ach, czekaj… rączka dziecka wchodzi na tło Afryki, no przecież! Jednak ten kontur jest bardzo nieprecyzyjny i myślę, że mało kto wpadłby na takie skojarzenie bez podpowiedzi.

Wracając do łatania dziur fabularnych: mapa. Przesyłanie jej zamiast koordynat geograficznych to zaćmienie umysłowe, które zdarza się najlepszym – ale nie jest wiarygodne, by przestępcy i śledczy doznali dokładnie tego samego zaćmienia. Wystarczy jednak dopisać w jednym-dwóch zdaniach to, co przecież jest już zasugerowane lub niemal zasugerowane: że informator umieszczony w mafii dowiedział się, iż będą próbowali fizycznie przemycić mapę, bo uznali to za bezpieczniejsze niż przesyłanie jej cyfrowo wobec kosztu transferu danych, a co za tym idzie – nieuchronnych podejrzeń i szczegółowej analizy podanego obrazka. Być może utyskiwał przy tym na poziom umysłowy środowiska, w którym jest zmuszony pracować.

Dalej w sprawie Paula. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi bez pomocy Tarniny, która wydaje się bardziej wyczulona na te kwestie, ale w tej chwili on rzeczywiście trochę wygląda jak naszkicowana grubą kreską postać z broszurki propagandowej pt. “Religijność jako zaburzenie umysłowe”. Sam zlecił badania kodu genetycznego pod kątem ukrytej przez ludzi wiadomości i zamówił drogi sprzęt, a kiedy znaleziono tam kiepską ikonę, upiera się, że to dowód na inteligentny projekt?! Nie chciałbym zabrzmieć, jakbym Cię pouczał, bo wiem, że potrafisz szkicować charakter postaci dużo wiarygodniej ode mnie – może dałoby się szerzej pokazać napięcia między nim z jednej strony a Aleksem i Eriką z drugiej, od scenek komediowych (głośno odmawia nowennę za dusze dzieci nienarodzonych, kiedy inni próbują spać, co daje podkład dla podejrzeń Eriki) do poważnych (można by rozwinąć, że krytykuje ich za sypianie ze sobą bez ślubu i daje do zrozumienia, że zamierza ich rozdzielić przy pierwszej nadarzającej się okazji), co dałoby miejsce dla ugruntowania jego dziwactw, a także rozbudowania osobowości tych dwojga?

I wreszcie kwestia, która najbardziej mnie tutaj zwabiła, czyli samo dekodowanie wiadomości. Sposób wpadnięcia na to, że znajduje się ona w kodzie genetycznym bakterii, przedstawiasz moim zdaniem w pełni wiarygodnie. Chyba to także realistyczne, że ogół materiału DNA jest łatwy do pozyskania, a prawdziwe wyzwanie stanowiłoby wyizolowanie zeń genomów poszczególnych bakterii, nie jestem pewien, jak to dokładnie wygląda, ale zapewne robiłaś jakiś przegląd źródeł. Wątpliwości co do samej formy kodowania to ciekawy temat. Skoro informacja ma być odczytana komputerowo (a nie przez człowieka z mikroskopem, notesem i ołówkiem…) oraz w ogóle przypuszczamy, że jest to zapis pliku graficznego, na pewno przyjąłbym założenie robocze, że poszukiwany kod jest binarny. Przyjęte przez bohaterów opowiadania przypuszczenie, że A, C, T, G odpowiadają w jakimś porządku 00, 01, 10, 11 jest naturalne, ale już znacznie bardziej ryzykowne. Równie dobrze mógłby to być, jak pisze Tarnina, kod zdegenerowany, w którym całe kodony DNA reprezentują zera lub jedynki. Albo – taki pomysł mi się nasunął – zapis binarny na ostatnich pozycjach trójek, tak żeby szyfr nie zmieniał funkcjonalności edytowanego genomu.

Typową metodą poszukiwania szyfrogramu (w tym steganogramu) w tekście jest badanie zmian częstotliwości poszczególnych znaków, a także ich par itp. Pierwsze, co chciałbym znaleźć na miejscu bohaterów opowiadania, to obszar, na którym odczytywany genom zachowuje się dziwnie (obecność kodonów stopu jeden obok drugiego, zaburzenia https://en.wikipedia.org/wiki/Codon_usage_bias i różne takie). Dopiero następnym logicznym krokiem byłaby próba dopasowania początku tego obszaru do wzorców nagłówka pliku .jpg (czy innych znanych formatów graficznych) według różnych wyobrażalnych metod kodowania zapisu binarnego. Inna rzecz, że gdybym już wyodrębnił plik i widział tam jakiś pozbawiony znaczenia obrazek, pierwszą myślą byłoby sprawdzenie, czy nic nie zostało w nim ukryte metodą najmniej znaczącego bitu (https://en.wikipedia.org/wiki/Bit_numbering). Wspominasz wprawdzie, że Xian “stosował rozmaite transformacje”, ale na mój gust sugeruje to raczej jakieś przekształcenia afiniczne czy zmiany kolorystyki.

I na koniec odnośnie do imiesłowów… Wiadomo, że najbardziej typowe i wskazane zastosowanie imiesłowu przysłówkowego współczesnego to opisanie czynności rozciągniętej, podczas której lub równocześnie z którą zachodzi inna czynność lub zdarzenie. “Jadąc na rowerze, minąłem się z policjantami”. Zastępowanie takim imiesłowem okolicznika przyczyny jest konstrukcją utartą i moim zdaniem całkowicie dopuszczalną: “Nie dostrzegając przyjaciółki na przystanku, popędziłem za dwoma facetami niosącymi zrolowany dywan”. Podobnie zastępuje się okolicznik sposobu: “Przeprowadzając skomplikowane obliczenia, wypełniałem kolejne pozycje tabeli”. Jednak zastępowanie imiesłowem okolicznika celu, co tutaj próbowałaś zrobić, zwykle jest już uchybieniem stylistycznym (broni się jeszcze najczęściej przy użyciu “chcąc, pragnąc”). Na przykład “Wprowadźmy system badań prenatalnych, wykrywając zawczasu groźne dla życia mutacje” ma wyraźnie inny odcień znaczeniowy niż “żeby zawczasu wykrywać” i nie jest szczególnie sensowne. Jeszcze wyraźniejszym błędem jest zastępowanie w taki sposób okoliczników warunku czy przyzwolenia. Wydaje mi się, że Tarnina dostrzega tę wadę w tekstach znacznie częściej i bardziej systematycznie ode mnie, wprawdzie czasem też wytykając konstrukcje, które ja byłbym jeszcze skłonny uznać za dopuszczalne.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!

Z przyjemnością przeczytałam liryczną odpowiedź – mam nadzieję, że istotnie rozpocznę znów opowieści…

Dziękuję! Na razie jeszcze zmienię na “na sępa spada słup”, bo słup siadający na sępie był chyba nadmierną abstrakcją, nawet jeśli tuż obok piszę o “piachu nonsensu”. Zastanawiam się też: czy zamysł stojący za tym wersem w nawiasie jest czytelny? W każdym razie myślę, że tamten sonet o czarodziejce i złowrogim kotku był wyraźnie bardziej udany.

Cześć, Holly!

Całkiem przyjemne komediowe opowiadanko, chociaż nie ujęło mnie jakoś wyjątkowo. Udane zabawy językowe (zwłaszcza zwróciłem uwagę na “wkulwił”). Widać odniesienia do naszej rzeczywistości, ale często nie jestem pewien, co chcesz przez nie powiedzieć – chociażby scena z odpowiednikiem seppuku nie jest dla mnie ani specjalnie zabawna, ani sensowna (przy tym główny bohater naprawdę powinien od razu pomyśleć, że klucz ma ten, kto wstawił nowe drzwi…), zastanawia mnie też, że w obrębie świata przedstawionego prawdziwa okazuje się dziwaczna teoria spiskowa o porywaniu “ludzi”, żeby produkować narkotyki z ich ciał. Raz piszesz, że prawie wszystkie misie chodzą nago, a raz, że pracownice mają sukienki i ich guziki mają dla nich jakieś kluczowe – mistyczne czy może anatomiczne? – znaczenie. Chwyt “jak wiesz, przyjacielu” (postaci mówią sobie dla naszego pożytku rzeczy, które obie strony w rozmowie muszą doskonale wiedzieć, jak choćby z tymi żelkami Karibo) jest wyraźnie nadużywany, choć domyślam się, że trudno było to obejść.

Nie będę kłamał, prawie się zdefekowałem.

“Prawie zdefekowałem” (lub “prawie się zanieczyściłem”).


Nie znałem dotychczas tego chwytu z białą linią, dziękuję za podsunięcie! Podsuwasz także “Dolores Claiborne”, skoro mówisz, że warto, może zrobię z niej pierwszą pozycję do odhaczenia, kiedy mnie najdzie na Kinga.

Wydaje mi się, że tym razem nie jest to poziom piórkowy, natomiast trafienie do Biblioteki oczywiście całkowicie zasłużone. Pozdrawiam ślimaczo!

Ponownie dziękuję za chęć obszernej dyskusji i tłumaczeń, doceniam Twoje zaangażowanie w dialog! Tak, na pewno w znacznej mierze udało Ci się odpowiedzieć na mój komentarz i co najmniej wskazać, czym różni się nasze podejście. Sedno może tkwić tutaj:

Nie udało mi się przekazać Ci tego co sam czułem podczas pisania – bo gdyby mi się to udało, to byś nie racjonalizował lęków bohaterów, tylko byś się im poddał. Przekładając na humor Woodyego, śmiałbyś się z jego ułomności i równocześnie zastanawiał nad swoimi, zamiast zastanawiać się czemu ten gość jest tak irytującą ofermą ;)

Rzeczywiście przy jego filmach nad tym się głównie zastanawiałem… Trudno mi się powstrzymywać od tej skłonności do racjonalizowania i rozkładania na czynniki pierwsze, można powiedzieć, że to jedna z moich głównych cech jako czytelnika. Twój tekst naprawdę kusił, żeby poddać się lękom bohaterów i nie analizować, ale taki sposób odbioru wydawałby mi się powierzchowny, niedbały. Jasne, że łatwiej byłoby napisać “świetna atmosfera, szczerze się przestraszyłem”, niż rozpisywać się na całe akapity, próbując sprecyzować i naświetlić własne wątpliwości.

W zakresie pytań, powiedzmy, bardziej osobistych… Czy dałbym radę prawidłowo zareagować przy spotkaniu z niedźwiedziem? Myślę, że tak, w przypadku dzików szło mi dotąd dobrze, ale na niedźwiedzia jeszcze się nie natknąłem, więc pewności nie mam. Istotnie w moich eskapadach leśnych i górskich dużo bardziej obawiam się psów (zdziczałych, pasterskich czy po prostu puszczonych luzem), które nie mają naturalnego lęku przed człowiekiem, bez porównania częściej atakują niesprowokowane i nie ma tak prostych metod postępowania. Ile razy w życiu mogłem podjąć działanie, ale odpuściłem? Na pewno wiele razy, zdarzało się też odwrotnie – że reagowałem i może się narażałem w sytuacjach, które nijak tego nie wymagały. Nie mam nic przeciwko pogadaniu o tym, ale przyznasz, że niezupełnie tego dotyczyły moje wcześniejsze uwagi.

Napisałeś, że Kronosa wystarczyło dźgnąć śrubokrętem. W mojej ocenie nie, trzeba było zrobić coś znacznie trudniejszego, pokonać paraliżujący lęk, przed kimś, kim kieruje instynkt, stawić czoła osobie bezwzględnej, gotowej na wszystko

Tu na pewno masz rację, może nieprecyzyjnie się wyraziłem. Miałem tylko na myśli, że po lekturze nie było dla mnie jasne, w którym punkcie i na jakiej podstawie bohaterowie doszli do wniosku, że “Kronos” jest dla nich takim skrajnym, nieprzezwyciężalnym wręcz zagrożeniem.

 

W każdym razie nie chodziło mi przecież o słuszność zachowań bohaterów, lecz o ich wiarygodność. Twierdzę i podtrzymuję, że człowiek jest istotą stadną i starając się przeżyć w sytuacji skrajnej, mamy naturalną skłonność do łączenia się w grupy, kulturową jak i genetyczną, nie jesteśmy samotnie polującymi tygrysami… Czytałeś na przykład o robinsonach warszawskich? Książka Studniarka podkreśla wielokrotnie (np. strona 14, 56 i następne), że spośród nich ukrywający się samotnie byli wyjątkami, prawie wszyscy tworzyli mniejsze lub większe komórki społeczne. W sytuacji, gdy zdrada jednego z członków grupy oznaczała prawie pewną śmierć wszystkich! Nie uważam za realne, że Twoi bohaterowie drżą każde z osobna w strachu przed jednym socjopatą i dają się krzywdzić po kolei, zamiast zgromadzić dla ochrony – oraz oczywiście dla łatwiejszego przezwyciężania innych trudności bytowych. Jeżeli jednak Twój tekst nie miał mówić o zachowaniach zwykłych ludzi w sytuacji krańcowej, lecz stanowić metaforyczne studium zachowań osób dotkniętych ciężkim lękiem społecznym, to apokaliptyczny sztafaż skutecznie udaremnił mi odbiór tego zamysłu.

Co do interpretacji “towarzyszy”, rozumiem teraz Twoją ideę, po prostu wydaje mi się ona trudna do przyswojenia na podstawie samego tekstu, ale oczywiście warto poczekać na kolejne komentarze, być może dla części odbiorców jest to intuicyjne.

 

Także mam nadzieję, że tym razem udało mi się już klarownie podzielić wrażeniami z lektury i nie napisałem niechcący nic, co mogłoby zaboleć. Ponownie i wciąż noworocznie Was pozdrawiam!

Witaj!

Moim zdaniem to ładna refleksja noworoczna, trochę korzysta z utartych klisz, ale niektóre frazy trafiają głęboko (zwłaszcza “Gdzie nic nie powstaje / i nic nie jest zapamiętywane”). Nie czuję się znawcą nowoczesnego wiersza nieregularnego, ale wydaje mi się, że masz tutaj jakieś próby świadomego kształtowania rytmu, chociaż trudno byłoby mi je opisać.

Gdyby nie znajomość jednej czy dwóch portalowych sztuczek, nie miałbym szans odgadnąć Twojej tożsamości. Wciąż jestem tylko na 99% pewien, ale już wiem, że mój pierwszy typ był kompletnie błędny. Jak najbardziej jestem za tym i proszę, byś przemówiła i wstała: na pewno masz nam wiele do powiedzenia, poza tym podobno zbliża się Mityczna Nowa Wersja i doświadczeni użytkownicy bardzo się przydadzą.

Pozdrawiam,

Ślimak

P.S. Malutka odpowiedź liryczna…

 

Pytałem o jej grób. Mówili mi: srebrzysty

cmentarzyk jest w pustyni, gdzie nikt nie zagląda

oprócz może turysty, lecz mapę wpierw zgłęb:

tam tylko piach nonsensu w powietrznych płynie prądach,

na słupie siada sęp, na sępa spada słup.

 

Wziąłem sześć litrów wody i kilka czekolad…

Po całodziennym marszu dotarłem tam. Nie umiem

zgadnąć, gdzie ona leży wśród identycznych trumien,

więc stoję jak turysta, jak niepyszny małolat.

 

Wtem jedna z srebrnych pokryw uniosła się jawnie

i z pustej jamy świetlik wiódł mnie w mrok pustyni,

aż zaszliśmy do puszczy. Leśna gospodyni

(hipopotamy dwa zza drzew widziałem i lwa)

rozpoczyna opowieść. Słucham jej jak dawniej.

A oto i specjalne podsumowanie noworoczne! Najwyraźniej okres świąteczny i przełom roku sprzyjają powstawaniu wartościowych tekstów lub ich nominowaniu, gdyż obfitość zgłoszeń jest tym razem wręcz nadzwyczajna.

 

Bardjaskier – Hodowcy dusz – 13/5 głosów, 1,5 TAKA (beeeecki, bruce, regulatorzy), nominacja!

maciekzolnowski – Etiuda Niedokończona – 6/5 głosów, 1 TAK (bruce, regulatorzy), nominacja!

Sajmon15 – Azyl – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

AP – Domator – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

Ślimak Zagłady – I szli po zagiętej plaży – 5/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce), nominacja!

HollyHell91 – Burdel King [16+] – 4/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Anonim – Bernina Express – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Adexx – Randka w szambie – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

aTucholka2 – Tz'akat ha-nefesh – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Ambush – Burdel Queen – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

sesi19 – Jastrząb i kret – 3/5 głosów, 0,5 TAKA (bruce);

Anonim – Sto lat samotności i… czekania – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

Bardjaskier – Hodowcy dusz (cezary_cezary);

HollyHell91 – Burdel King [16+] (Ambush);

Sajmon15 – Azyl (Bardjaskier);

AP – Domator (Bardjaskier);

Anonim Bernina Ekspres (Ambush).

 

Jak poprzednio przypominam, że Autorzy Anonimowi zobowiązani są podać Loży swoje personalia (nicki), by ich teksty mogły być poddane pod głosowanie piórkowe! Dane, które nie mogą być ujawnione publicznie ze względu na wymogi konkursu, proszę przekazywać wiadomością prywatną do Finkli.

Hej, dzięki za szczegółową odpowiedź! Parę razy piszesz o tym, że opowiadanie mi się nie podobało czy nie jest dla mnie. Pewnie jest w tym część prawdy, bo nigdy nie byłem fanem horrorów i czytałem ich bardzo niewiele, ale tutaj – jak od razu zaznaczyłem – Twoja zdolność kreowania atmosfery wszechogarniającego lęku wywiera dobre wrażenie i chciałbym coś z tego od Ciebie podłapać. Naprawdę poświęciłem sporo czasu na poprzedni komentarz, starając się zobiektywizować te moje wątpliwości, wskazać, co uważam za wady w konstrukcji świata przedstawionego.

Tylko, że tłumaczenie tego jest, wybacz, męczące. Bo jeśli nie przekonałem Cię do tego czemu każdy z bohaterów wolał pozostać w bezpiecznym schronieniu – to znaczy, że zwyczajnie to nie jest opowiadanie, które by Cię interesowało.  

Tylko że nie robię tego po to, żebyś się tłumaczył, absolutnie nie czuj się zobligowany. Staram się przekazać informację zwrotną, co moim zdaniem nie zagrało – ale Ty sam na pewno masz spójną wizję swojego świata i jeżeli uznasz, że inni czytelnicy, może bardziej obeznani z horrorami, odebrali Twoje intencje właściwie, to oczywiście moje uwagi przydadzą Ci się mniej. Po przeglądzie poprzednich wpisów widzę, że większość Przedmówców słusznie zachwycała się atmosferą, niekoniecznie jednak zwracając uwagę na budowę świata i przesłanie.

Sam kataklizm jest tylko pretestem do postawienia bohaterów w trudnej sytuacji (…) No właśnie, opowiadanie jest o lękach, samotności, niepewności – bohaterowie są w ciągłym strachu.

Właśnie przez ten kataklizm (którego dziwność, skądinąd, pewnie pasuje do założeń konkursu) zafiksowałem się na myśleniu, że utwór ma być opowieścią o zachowaniu zwykłych ludzi w sytuacji skrajnej. Jeżeli zamierzyłeś alegorię lęku uogólnionego i izolacji społecznej, może warto byłoby zrezygnować z pretekstowej katastrofy, nawet kosztem pozostawienia bez wyjaśnień, dlaczego bohaterowie żyją tak, jak żyją? Albo dać zakończenie w stylu Seksmisji, że wychodzą na powierzchnię i okazuje się, iż w sumie jest zielono i przyjaźnie (sceny, w których “towarzysze” przynoszą ciepło słońca, poniekąd by to antycypowały)? Oczywiście nie zdawaj się na mnie z tą oceną, nawet gdybyś przypadkiem chciał przerabiać tekst po zakończeniu konkursu, to przy propozycjach głębokich zmian konstrukcyjnych zawsze warto poczekać na opinie większej liczby czytelników.

Rury nie działają jak telefony, wybacz ale trywializowanie tego fragmentu powoduje, że chyba nie poczułeś opowiadania lub zwyczajnie Ci się nie podobało

Nie rozumiem, jak trywializowanie fragmentu miałoby to spowodować, ale postaci dają radę przesyłać sobie długie wiadomości, choć nic nie wskazuje, by wszystkie były biegłe w kodzie Morse’a czy innym znanym systemie, a w scenie, gdy Kronos pożera Tomasza, wprost słychać jego głos i jęki. Czyli owszem, rury działają jak telefony.

Finkla twierdzi, że każdy ma duszę, tu też trudno prowadzić polemikę – to jak próbować przekonać weganina do jedzenia mięsa ;). 

Wiesz: właśnie scena, w której okazuje się, że Kronos nie ma “towarzysza”, przekonała mnie, że nie odpowiadają oni po prostu duszom i trzeba szukać bardziej złożonego wyjaśnienia czy symboliki. Może się mylę, ale moim zdaniem mało który czytelnik założy, że w świecie przedstawionym istnienie duszy ludzkiej jest faktem, a jednak ktoś może duszy nie mieć i mimo to żyć, logicznie myśleć i wykazywać napęd psychoruchowy.

Pozdrawiam!

Cześć, Bardzie!

Na pewno udało Ci się wykreować efektowną, niepokojącą atmosferę. Czytelnik może wczuć się w położenie bohatera i autentycznie zająć jego losem, akapity wydają się przewlekać, na pewno umiesz to osiągać znacznie lepiej ode mnie. Jednak po przejrzeniu tej warstwy pozostała treść wydaje mi się zagmatwana, stanowiąca mozaikę przypadkowych pomysłów i zachowań.

O co chodzi z tym, że Ziemia “przestała się kręcić”? Jeżeli w Twoim świecie ma “ciemną stronę”, to pewnie znaczyłoby, że obrót wokół własnej osi zsynchronizował się z obiegiem wokół Słońca, nie zaś całkiem ustał; niemniej nie ma żadnej znanej katastrofy naturalnej, wskutek której mogłoby do tego dojść szybciej niż na przestrzeni miliardów lat. Dziwne są też te rury, pozwalające komunikować się niemal jak przez telefon. Postaci regularnie wychodzą ze swoich kryjówek w poszukiwaniu jedzenia, cierpią też z samotności, nie jest zatem jasne, czemu nigdy wcześniej nie próbowały spotkać się i połączyć sił. Wydaje mi się, że w sytuacji postapokaliptycznej, ewentualnie z wyjątkiem pandemii, ocalali raczej naturalnie staraliby się tworzyć grupy. Nie wiadomo, jak Kronos wyrobił sobie opinię i urósł do rangi mistycznego zagrożenia, skoro w praktyce wystarczyło go dziabnąć śrubokrętem i czmychnął jak niepyszny. Fragment o “zjedzeniu od nóg” wydał mi się raczej groteskowy niż straszny, a ten o “ludzkim perpetuum mobile” mocno bezsensowny. Co do zakończenia, mam wątpliwości, czy w opisanych warunkach bytowych bohaterowie w ogóle zachowaliby płodność, a tym bardziej co do pomyślnego urodzenia i opieki nad dzieckiem.

Zastanawiam się, jak interpretować “towarzyszy”. Mam wrażenie, że nie są to dusze ludzkie jako takie, coś niezbędnego do istnienia samoświadomości, lecz chyba tytułowi “hodowcy dusz”, fantastyczne byty symbiotyczne, które pomagają ludziom wykształcać osobowość i rozwijać się duchowo, osiągać walory takie jak empatia czy potrzeba wspólnoty. W każdym razie nie jest to zbyt czytelne – jak patrzę na poprzednie komentarze, chyba nikt nie nazwał tego podobnie (choć może skojarzenie z dajmonami z Mrocznych materii jest zbliżone, tylko że ich utrata prowadziła do śmierci?) – i wraz z tą dziwną katastrofą astronomiczną stanowi dwa bardzo duże grzyby w krótkim barszczu.

Mam wrażenie, że pod względem redakcyjnym uczyniłeś istotne postępy, przy lekturze Twoich najnowszych tekstów potykam się wyraźnie rzadziej niż dawniej.

Noc przynosi mi tę chwilę wytchnienia, jaką psu daje spuszczenie ze smyczy.

“Tę, którą” albo “taką, jaką”.

Nie podobał mi się zimny, zły, metaliczny głos towarzysza pana Ciekawskiego ani jego długie, białe zęby.

 

Patrzyłem, jak Jakub gasi kolejne świeczki. Wyjście z domu nie podobało mi się tak samo jak mojemu właścicielowi

Spróbowałbym usunąć powtórzenie.

 

Podsumowując, Twój utwór raczej mnie zmieszał niż zachwycił, ale na pewno będę o nim jeszcze myślał. Pozdrawiam serdecznie i noworocznie!

Nie widzę tutaj żadnego “przyganiał kocioł garnkowi”, bo w niektórych tekstach (w tym, nie wątpię, wielu Twoich) takie otwarte zakończenie jest trafną decyzją twórczą, a w innych zupełnie nie. Mnie z jednej strony wciąż brakuje umiejętności układania dobrych klasycznych zakończeń, a z drugiej tym razem rzeczywiście wierzyłem, że moja metaforyczna opowieść drogi zyska na takiej subtelnej puencie więcej niż na domykaniu wątków, które powinny zachować walor dziwności. To jednak zawsze ocenia czytelnik.

Ave, Cezary! (x2)

Interesująco się składa, że Twój tekst, który ostatnio komentowałem, także zaczynał się od kwestii związków między dziwnością a nielogicznością. Choć nie inspirowałem się bezpośrednio tamtą rozmową, zależało mi, żeby stworzyć tu świat, który wyda się czytelnikowi możliwie dziwny, aczkolwiek będą nim rządziły spójne reguły. Sądząc po Twojej ocenie, nie wypadło to całkiem źle.

Twoje skojarzenia co do fabuły i bohaterki na pewno mają sens. Słusznie zauważasz, że tekst zyskałby, gdyby udało mi się wymyślić i zmieścić w nim pogłębienie postaci Alicji, nadanie jej własnych, dodatkowych celów i czytelnego powiązania z myślą przewodnią całej historii. Jasne, że to mogłoby też pomóc w konstrukcji zakończenia czy chociaż nadaniu mu należnej wagi, chociaż nie jestem pewien, co starasz się wyrazić, gdy piszesz, że teraz nie jest ono “z prawdziwego zdarzenia”. Od początku wiedziałem, że chcę tak zamknąć utwór, cały był zbudowany pod tę puentę, w której oprócz rozwiązania dosłownej fabuły (Olkowie rozwiązali zagadkę i odnaleźli drogę) bardzo uważnie dobieram słowa, by odebranie bohaterów jako jednej, dojrzewającej i zyskującej spójność osoby było uprawnione nie tylko na poziomie głęboko abstrakcyjnej metafory, ale też by nie zamknąć drogi czytelnikowi, który wolałby zapamiętać ich jako grupę przyjaciół. Jednakże nie przeczę, że budowa zakończeń wciąż należy do moich głównych problemów twórczych, więc i tym razem mogła mi się przydarzyć jakaś niewykryta wada.

Bądź co bądź naprawdę mi przyjemnie, że uważasz czas poświęcony na lekturę za dobrze spożytkowany: przyjmuję komplement, rozpływając się i rozpełzając z zachwytu! I Tobie także powodzenia.

Nie uważam się za szczególnie wyrozumiałego, ale Twoje komentarze cenię wysoko i nawet tak krótki wpis potrafi mi z jednej strony przypomnieć, jaki postęp już uczyniłem, a z drugiej zmotywować do dalszego rozwoju.

Gratulacje i dziękuję za głosy! Trafnie spostrzeżoną przez Finklę homogeniczność odbieram jako cenny wyraz aprobaty, ale nie znaczy to, żebym miał mniej uważnie wsłuchiwać się w głosy krytyki.

Regulatorzy, dziękuję za wizytę i ocenę tekstu! Cieszę się, że zdołał na moment zatrzymać Twoją uwagę, a w przyszłym roku już na pewno postaram się przygotować coś, co do Ciebie lepiej trafi.

Niektóre opowiadania z konkursu będę potrzebował dopiero poznać. Z kimś już ostatnio rozmawiałem o tym, że warsztat literacki to nie tylko opanowanie języka… W każdym razie dziękuję za życzenia i również Ci kibicuję, byś w nadchodzącym roku osiągał nieprzewidziane dotąd szczyty!

Ten topór ma dwa ostrza: jeżeli chcę, żeby przyszły rok był dla mnie bardziej udany i owocny niż ten, to jednak będę musiał robić więcej rzeczy pomimo nastroju lub wbrew niemu (niekoniecznie akurat czytać poezję).

Co do Statku pijanego, ważną jego treścią na pewno jest metafora chaotycznego życia artysty-awanturnika, który na pewnym etapie zaczyna odczuwać potrzebę spokoju – z czym Twoja interpretacja przecież wyraźnie się wiąże, najwyżej podeszłaś do tego od trochę nietypowej strony. Inna oś czy zakres odczytu to wypowiedź o tym, jak postrzeganie zmysłowe wpływa na stawanie się poetą i na prognozowanie przyszłości, ale w tym wątku także czuję się dużo mniej pewnie.

W Simsy rzeczywiście nie gram, raz kiedyś spróbowałem, ale znudziłem się nadzwyczaj szybko. Patent ze zmianą języka w telefonie istotnie ciekawy.

Co sprawia, że…

Co sprawia, że dzielimy go przecinkami, które wskazałem i pogrubiłem. Interpunkcję szeregów okoliczników obszernie omówiliśmy z Tarniną w poradniku (rozdział 10).

Co do braku symetrii, zgadzam się że człowiek wielu sytuacjach cierpi bardziej, ale też tylko człowiek potrafi świadomie dręczyć. (…) Kretyn, który nie sterylizuje suki, a potem karze ją za rozwiązłość, powinien mieć na własność jedynie insekty.

Prawda, o tym nie napisałem, ale zakaz posiadania zwierząt również wydaje mi się bardzo rozsądnym i potrzebnym środkiem w takich przypadkach.

Tak, to bardzo celne porównanie, niestety było mi dane się nad nim zastanowić dopiero po przeczytaniu komentarza AP, sam na to nie wpadłem czytając.

To jeszcze nic w porównaniu z tym, że sam na to nie wpadłem pisząc. I jak tu wymagać od czytelników rozpoznawania odwołań literackich… Oczywiście moim absolutnym rekordem pod tym względem było nieświadome nawiązanie do Balladyny w Rodzicach chrzestnych.

nie opuszczało mnie skojarzenie z “Solaris”. W “Solaris” też zaczynało się dość hmm… groteskowo, dziwnie? A historia szła dalej w stronę dość poważnych refleksji. Nie wiem czy dobrze to tłumaczę.

Dobrze tłumaczysz, to już głębsze skojarzenie konstrukcyjne, ale wydaje się uprawnione, tak jak to opisujesz.

Hmm. Myślisz, że tak od ręki? (…) Nie czytałem wszystkiego od Miłosza, ale śmiem wątpić, że wszystko co napisał on, czy inne wielkie nazwiska, było genialne.

Oczywiście też wszystkiego nie czytałem i niewątpliwie miał wiele słabszych pism czy wierszy. Niemniej właśnie przy lekturze Miłosza wielokrotnie zwracałem uwagę na to, jak w zdaniach nawet na całkiem pospolity temat potrafił zagrać elegancją języka, doborem konstrukcji gramatycznej, subtelnymi niedopowiedzeniami. Kałnoberże jak przetłumaczyć? Chyba: Brzozowa Góra. Spójrz na niemiecką mapę sztabową z czasu pierwszej wojny: to jest dolina Niewiaży, samo serce Litwy.

Serdecznie i uporczywie pozdrawiam!

Cześć, Ambush!

Twoje opowiadanie wzbudziło we mnie uczucie wyobcowania moralnego, którym spróbuję się podzielić w możliwie wyważonych słowach ze względu na delikatność tematu. Niebiańska biurokracja, która nie może odmówić nieświadomie makabrycznym modlitwom grzecznej dziewczynki, to malowniczy przejaw czarnego humoru i pod tym względem tekst jest bardzo udany. Jego zasadniczą treścią jest jednak fantasy zemsty, wyobrażenie okrutnie mordowanych prześladowców zwierząt. Tego rodzaju katartyczna literatura, w której złoczyńców spotykają okropne rzeczy i ma to przynieść ulgę czytelnikowi, ma całkiem dobrą tradycję, ale nie jestem pewien, czy tutaj to udanie wypadło.

Otóż przywiązanie człowieka do drzewa i pozostawienie go na śmierć nie znaczy, że “spotkało go to samo” co psa przywiązanego przezeń do drzewa. Pies cierpi i boi się, ale (według naszej najlepszej wiedzy) nie analizuje świadomie czekającej go perspektywy wielogodzinnej agonii, nie przypomina sobie znanej mu literatury opisującej podobne sytuacje, nie martwi się, że już nigdy nie zobaczy wnuków i jak one sobie bez niego poradzą. Z tego względu wypuszczenie z laboratorium wirusa ospy prawdziwej jako broni biologicznej byłoby jedną z najgorszych wyobrażalnych zbrodni, a użycie spokrewnionej z nią myksomatozy do eksterminacji królików w Australii budzi sprzeciw tylko najbardziej sfanatyzowanych obrońców zwierząt: to nie są czyny mierzone tą samą miarą, ponieważ człowiek postrzega padanie ofiarą epidemii śmiertelnej choroby jako dramat własny, rodzinny i cywilizacyjny, a nie jako szereg oderwanych przykrych impulsów!

Nie chciałbym pozostawić żadnych wątpliwości: znęcanie się nad zwierzętami dla przyjemności jest dla mnie czymś niepojętym i odrażającym, jak najbardziej uważam, że osoby takie muszą ponosić konsekwencje. Zapewne w najbardziej drastycznych przypadkach uzasadniona jest kara więzienia, zapewne w wielu innych wystarczą prace społeczne czy ocena psychologiczna i edukacja – w każdym razie powinni o tym decydować ludzie bardziej kompetentni ode mnie. Przez gros historii ludzkości zrównywanie zwierząt z rzeczami, które można kopnąć i wyrzucić, było smutną normą, dziś na szczęście uczyniliśmy postęp, przynajmniej w Polsce, bo w innych krajach i kręgach kulturowych bywa różnie. Nie rozumiem, jak ktoś z jakimkolwiek wykształceniem może nie wiedzieć lub nie przejmować się, że zwierzęta także odczuwają cierpienie, ale nie rozumiem też, jak dorosły człowiek może odczuwać potrzebę fantazjowania o brutalnej zemście na tym pierwszym.

– Tylko że te morderstwa nie pasują do seryjnego – wtrąciła Natalia Białko, analityk – … przynajmniej do jednego.

Ten wielokropek po myślniku nie wydaje mi się potrzebny.

zostały porzucone, związane w odludnym miejscu, w wyniku czego zmarły z wycieńczenia lub wychłodzenia.

Domknięcie wtrącenia.

Brak jakiegokolwiek rytuału, znaków, ognia, napisów, czy motywów.

Bez ostatniego przecinka (“czy” w znaczeniu “lub”).

Te utopione, zwykle ginęły we własnych szaflikach.

Bez przecinka między podmiotem a orzeczeniem. W życiu nie widziałem szaflika, nawet jeśli czasem się jeszcze pojawia na małopolskiej wsi, to trudno przypuszczać, żeby miała go większość ofiar.

Z sektorów wychodzili parami, czy trójkami

Jak poprzednio.

Liczne zastępy spłynęły w dół łagodnie, kolejno, jak śnieg albo mgła.

Szereg współrzędny okoliczników sposobu.

Śliczne, wiotkie, jasnowłose niczym elfy porwał szybko wiatr i uniósł między chmury.

Nie jestem pewien, czy nie zgubiłaś tutaj podmiotu (“istoty”?), nie twierdzę, że taka konstrukcja jest błędna, ale wygląda ciut archaicznie.

dosiadły, co która tam znalazła, i ruszyły w drogę

Domknięcie wtrącenia.

Wśród syków uszczelek i zgrzytania metalu, z wrót sektora siódmego wyskoczyło dwóch muskularnych młodzieńców.

Okoliczniki mają wyraźnie różny charakter (“wśród syków” to okolicznik czynnika towarzyszącego, “z wrót” to okolicznik miejsca), więc nie stawiamy między nimi przecinka.

Przykucnęli, naprężając ramiona, jakby brali udział w pokazie kulturystów, i zaryczeli dziko

Domknięcie wtrącenia.

Ręka zawisła nad klawiaturą, bo wciąż nie mógł uwierzyć(-,) w to, co zobaczył.

Prawidłowy logicznie podział zdania. Twój wybór broniłby się tylko wówczas, gdybyś mogła położyć bardzo silny akcent zdaniowy na “uwierzyć”, innymi słowy – gdyby “w to” wiązało się składniowo do “co zobaczył”, a nie do “nie mógł uwierzyć”: “Tomasz Dydymus nie przyjmował zmartwychwstania do wiadomości, więc Chrystus mu się pokazał, ale on wciąż nie mógł uwierzyć, w to co zobaczył”.

Helenka klęczała przy łóżku w piżamce w koniki pony, wpatrzona błękitnymi oczami w święty obrazek na ścianie, i odmawiała kolejną modlitwę:

Piżamka może być w kucyki z My Little Pony (albo w koniki polne), ale ta wersja nie wydaje mi się poprawna. Domknięcie wtrącenia.

Ten cichnący w oddali, psi jęk

Raczej nie stawiałbym przecinka, choć może to być dyskusyjne, “cichnący w oddali” i “psi” nie są moim zdaniem określeniami równorzędnymi.

 

Gratuluję szybkiego trafienia do Biblioteki, pozdrawiam i posyłam najlepsze ślimacze życzenia na 2026!

Wobec tego proszę przyjąć najszczersze gratulacje za osiągnięcie pięknego wieku wśród zalet takich, jak sprawność intelektualna, nadążanie za światem cyfrowym i zmianami w języku – oraz życzenia zdrowia i wspaniałych lektur w nadchodzącym roku!

Pozwolę sobie wszakże pozostać przy zdaniu, że we mnie właśnie niesmak budzi ruganie autora za “okropną polszczyznę”, gdy świadomie użył żargonu w wypowiedzi postaci. Można o tym merytorycznie dyskutować, czy ten akurat środek językowy adekwatnie charakteryzuje tego bohatera, ale w tym celu niewątpliwie trzeba przeczytać całość.

24… Wb6-b2

Znów wśród obrońców zgiełk i przestrach urósł:

machina toczy się przez wyłom muru,

wpada do twierdzy. Podest ma wysoki,

skąd można razić na obydwa boki

i który już zaroił się załogą.

Nic, tylko patrzeć, aż zastrzelą kogo.

Hej!

Na początek: doceniam i jest dla mnie bardzo miłe, że włożyłeś określoną ilość pracy w poszukiwanie sensu i przekazu mojej opowiastki. Myślę, że to, jak ją odebrałeś, jest zupełnie trafne – dodałbym może, iż jedna z wersji Olka zostaje odrzucona, ale pozostałe zbliżają się ku sobie, czyli właśnie lepiej rozumie swoje potrzeby i uczy się ich regulacji, żeby się na przykład nie miotał taki niezdecydowany między lękiem a potrzebą kontroli. AP bardzo ciekawie wskazał zarówno podobieństwa, jak i różnice względem Czarnoksiężnika z krainy Oz, gdzie bohaterowie wyruszają w podróż po to, żeby odnaleźć cechy, którymi tak naprawdę już dysponują, ale w siebie wątpią i potrzebują utwierdzenia czy po prostu placebo. Można dyskutować, czy w istocie nie jest to dojrzalsza myśl. Z drugiej strony nie komplikowałem tu przesłania dosyć świadomie, bo przy dwóch czy trzech moich wcześniejszych tekstach pojawiały się uwagi, że chciałem upchnąć zbyt złożone zagadnienia na zbyt małej przestrzeni i tego nie udźwignąłem.

Nie jestem dobry z matematyki, nie jest to moja mocna strona, ale nie będę kłamał – akurat w tym opowiadaniu podobała mi się ta wstawka. Nadała ciekawego klimatu, dość dla mnie nowego, może dlatego, że nie czytam za często takich rzeczy. Może powinienem.

“Takich rzeczy” w ogóle nie ma za dużo, rozmawialiśmy o tym wyżej z Finklą. Chętnie jeszcze w przyszłości popróbuję wykorzystać matematykę w kreacji światów fantastycznych.

Domyślam się, że opowiadanie zostanie mi w głowie na dłużej.

Tekst oczywiście genialnie napisany.

Dziękuję, ale “oczywiście” i “genialnie” nie idą dla mnie w parze. Jak solidnego warsztatu językowego bym nie miał, nie mogę automatycznie liczyć na to, że w każdym tekście pojawi mi się choćby jeden przebłysk istotnego geniuszu. A potem zaglądam do takiego Miłosza i widzę, że prawie od ręki formułował zdania przekraczające urodą cokolwiek, co zdarzyło mi się popełnić.

Jedyny minus jaki widzę (czysto subiektywny) to to, że w moim mniemaniu Święty Mikołaj odbiera trochę powagi już z początku. Dla mnie ciekawiej byłoby, gdyby był inny czynnik zsyłający na tajemniczą plażę. Ale tak jak mówię, to czysto subiektywna opinia

Pewne rzeczy, poniekąd oczywiste, warto jednak wyrazić na głos. Święty Mikołaj pasował mi tu pod paroma względami (nie wyłączając grudniowej publikacji) i zakładałem optymistycznie, że skoro u Lewisa nie zmniejszył powagi opowieści, to i mnie się uda. Tam jednak mógł udzielić bohaterom tylko ograniczonego wsparcia przeciw Czarownicy, a tu jest głównym motorem wydarzeń, przez co czytelnik może łatwo odgadywać: to on we własnej dobrodusznej osobie z nadwagą zaprojektował przygodę Olków, czyli nie przyjdzie na nich żadna straszna trwoga. Jeżeli kilkoro Przedmówców podnosiło, że nie przejęli się losem postaci, to jest to częściowe wyjaśnienie. Częściowe, bo miewałem podobne uwagi i przy opowiadaniach, w których żadnego Świętego Mikołaja nie było.

Serdecznie Cię pozdrawiam, dzięki za kawał dobrego opowiadania, szczególnie, że to chyba pierwszy tekst, jaki od Ciebie czytam (poza poezją). Będę musiał w końcu nadrobić resztę. Na klika się nie załapałem, ale do nominacji jeszcze zdążę, więc pędzę.

I Ciebie serdecznie, ślimaczo pozdrawiam! Bardzo dziękuję za obszerny, przemyślany komentarz, a także za dobicie do nominacji piórkowej. Naturalnie największym komplementem jest tutaj, że spodobało Ci się na tyle, byś ewentualnie chciał pozaglądać do moich starszych tekstów, ale nie czuj się w żaden sposób zobowiązany.

Witaj ponownie, Julianie!

Interesujące. Specjalnie zabawny ten drobiażdżek dla mnie nie jest, ale czuć, że kłębią mu się pod skórą jakieś przemyślenia o świecie, których autorowi nie udało się lub nie chciał do końca wyrazić. Możemy tylko zgadywać, dlaczego w perspektywie bohatera zakup wędliny osiąga powagę godną spraw ostatecznych. I dlaczego policjanci strzelają do gościa, który w sumie nic szkodliwego nie robi, tylko się unosi i świeci.

łuną światła bijącego z jego wnętrza.

Rozważyłbym formę “bijącego mu z wnętrza”.

Biskup, który przybył odprawić egzorcyzm, na widok chwały Jana padł na kolana w modlitwie.

Z konstrukcją tego zdania może być jakiś subtelniejszy kłopot, sens jest jasny, ale traktuje to jako przeciwstawienie, a zasadniczą częścią egzorcyzmu powinna być także modlitwa.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Cześć, Holly!

Dlaczego formalnie?

I skoro biedaczysko, to wyglądało na gotowe do płaczu.

“Formalnie” w znaczeniu 3 z Doroszewskiego “w rzeczywistości, naprawdę, prawdziwie, po prostu, istotnie” z paroma ładnymi przykładami z prozy.

Na “biedaczysko” poświęciłem dużo czasu, ponieważ wiem, że w takich konstrukcjach występuje z orzeczeniami rodzaju męskiego, ale trudno mi to formalnie (sic!) Ci wyjaśnić. Znalazłem w końcu, że “Kategoria rodzaju i przypadka polskiego rzeczownika” Wiesława Stefańczyka uznaje je po prostu za rzeczownik dwurodzajowy, męsko-nijaki.

To zamierzona aliteracja?

W pewnym sensie – nie powiedziałem sobie jawnie przy pisaniu “teraz użyję aliteracji”, ale miałem wrażenie, że ten zwrot lepiej odda wrażenie jęku niż “o rany”.

Hahaha, podoba mi się, że naturyści są Niemcami, to takie prawdziwe! Jeden z najbardziej bezpruderyjnych narodów, jakie miałam okazję poznać.

Cudownie, że Ci się podoba! Dla mnie to bardziej wiedza z lektur, choć trochę też z doświadczenia, w każdym razie od razu czułem, że Niemcy będą tu najlepiej pasować.

Brzmi nienaturalnie, nikt tak nie mówi.

Racja, dziękuję za spostrzeżenie! To może tak: “To musi być jakiś test, zagadka do rozwiązania”?

Chyba lepsza byłaby zwykła kropka na końcu.

Ja chyba nie widzę istotnej różnicy, mogę podmienić.

Hę? Myślałam, że koło nie ma żadnych boków.

Oni tutaj przekładają kijek dookoła okręgu, czyli wpisują weń wielobok. Miałem nadzieję, że opisałem to dość plastycznie, by czytelnik mógł sobie wyobrazić tę scenę.

Próbowałam sprawdzić, co to jest, ale na widok tylu wzorów i liczb moja dyskalkulia od razu mi przewraca żołądek na drugą stronę.

Dlatego w następnych paru zdaniach Olkowie wyjaśniają sobie konsekwencje praktyczne tego stwierdzenia.

Nie rozumiem.

Może przekombinowałem: wydało mi się, że to ładna fraza, ale może lepiej byłoby napisać po prostu “kiedy już porządnie zachrypnie”.

Co to znaczy? Nie mogę nigdzie znaleźć tego słowa, a Portal je traktuje jako błąd.

bruce prześlicznie wyjaśniła, dziękuję!

Czyli kto, czyj to cytat? Bo nie mogę znaleźć.

Aslan, bóg-lew z Opowieści z Narnii; w pierwszym tomie pojawiła się także postać Świętego Mikołaja i nie ma powodu wątpić, że w obrębie tego uniwersum powinni być sobie znajomi.

Niezrozumiałe były dla mnie pojęcia matematyczno-fizyczne, ale z perspektywy mojego stereotypowego do bólu umysłu humanisty to nie jest żadna nowość.

Zależało mi na napisaniu opowiadania tak, by stereotypowy humanista mógł odczuć sens geometrii hiperbolicznej na podstawie rozwoju fabuły zamiast szukać definicji i wzorów i je analizować. Jeżeli w Tobie budzi wyobcowanie, pewnie to się nie całkiem udało.

Mam nadzieję, że się nie obrazisz, jak napiszę, że… troszeczkę się wynudziłam. W sumie to niewiele się dzieje. Domyślam się, że taki też był Twój zamysł

Nie mam powodu się obrażać, mam powód się zastanawiać, ponieważ o ile spokojny, refleksyjny nastrój mógł należeć do mojego zamysłu, to na pewno wolałbym, żeby czytelnik zainteresował się losami bohatera, a nawet o nie zaniepokoił.

Twój warsztat jest niekwestionowany, ale to zapewne już wiesz. Język poetycki, ale jednocześnie nie nadęty, nie purpurowy. Mam nadzieję, że kiedyś też będę umiała znaleźć ten złoty środek.

Bardzo dziękuję, takie pochwały zawsze motywują! Obawiam się, że w innych aspektach twórczości nigdy nie osiągnę takiego poziomu jak językowy, ale będę się starał rozwijać.

Powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie!

Również serdecznie pozdrawiam!

Zasadniczo też lubię poznawać, choć czasami wolę najpierw poczekać na odpowiedni nastrój. Co do “Statku pijanego”, jest to oryginalna interpretacja, nie główna, ale niekoniecznie całkiem nieuprawniona. Skupiłaś się pewnie na scenie powrotu do Europy, każdemu niekiedy się zdarza tak osadzić odczyt na pojedynczej, dosłownie wziętej frazie – i umysłom ścisłym chyba częściej. Kiedyś już tu opowiadałem, jak rozpisałem się na całe strony o “późnym wnuku” Norwida, że niby dotyczy łączności kulturowej z przeszłością, którą zapewniają osoby chcące słuchać ludzi z pokolenia swoich dziadków i pradziadków…

Naprawdę nie mam zamiaru Cię nakłaniać i przymuszać do powrotu do “Pana Tadeusza”, pisałem tylko, że moim zdaniem ogromnie zyskuje na lekturze w dobrym współczesnym opracowaniu, objaśniającym czytelnikowi wszystkie niejasne już zwroty i przebłyski humoru… W przeciwieństwie do przeciętnego odbiorcy, na ogół swobodnie czytam XIX-wieczną polszczyznę, a jednak tutaj była to dla mnie duża różnica.

W sprawie nauki greckiego – ponownie gratuluję ambicji! Trochę podobnie myślę o swoim niemieckim, że bardzo chętnie podciągnąłbym go na tyle, żeby móc czytać z pełnym zrozumieniem na przykład Goethego; tu na pewno mam poziom wyższy niż A1, ale już od dłuższego czasu jakoś nie mogę znaleźć zapału i energii do dalszej nauki.

Dziękuję za lekturę i komentarz, poczyniłeś tu szereg drobnych, ale bardzo ciekawych obserwacji!

Bardziej zaciekawia niż wzbudza emocje. W jaki sposób bohater poradzi sobie w nieeuklidesowym świecie? A nie: żeby tylko mu się udało!

W sumie nie pierwszy raz otrzymuję podobną uwagę. Interesujące byłoby zbadanie, od czego to zależy i w jaki sposób uzyskuje się efekt “żeby tylko mu się udało”.

Przejrzałem pobieżnie komentarze, więc nie wiem, czy padł Czarnoksiężnik z krainy Oz. Jeśli nie, to dorzucam to skojarzenie.

Nie padł i w sumie o nim dotychczas nie pomyślałem, ale skojarzenie śliczne i zasadne! Gdzieś wyżej uprzedzałem, że czasem mi wychodzi intertekstualność głębsza, niż sam przypuszczam.

Olek Szef na początku jest niezdecydowany, choć Kanar wydaje się mieć cechy zgodne z przezwiskiem. Podobnie jest z Sawką.

Od razu pokazuję, że przezwisko Szefa jest ironiczne, ale pewnie rzeczywiście część odbiorców może to uznać za drobny problem kompozycyjny.

Opowiadanie inteligentne, wymagające od czytelnika skupienia i zaangażowania, pełne subtelnego humoru

Dziękuję!

I dzieje się przed zastąpieniem marek na euro. Trochę mnie to zastanowiło.

Nawet tego głębiej nie analizowałem, zeszło mi gładko z klawiatury, po prostu “Zahlung nur in Mark” brzmi dużo efektowniej niż “Zahlung nur in Euro” – i skoro ten jakiś świat równoległy jest zdominowany przez Niemców, to dlaczego nie mieliby używać marki niemieckiej.

 

Pozdrawiam!

Hej, Marszawo!

Bardzo mi miło, że wciągnęłaś się w historię i dobrze Ci się czytało. Co do wątpliwości, chyba rozumiem, co starasz się powiedzieć – że brakuje Ci wyraźnego powiązania pomiędzy warstwą matematyczną a warstwą rozwoju postaci i przez to nie byłaś pewna, jak odebrać zakończenie. Mnie ten związek wydawał się klarowny, wręcz intuicyjny: złożoność możliwych wyborów życiowych i dróg samorozwoju jest tak duża, że błądzenie w zwykłej przestrzeni nie wystarczyłoby jako ich przenośnia i dopiero trzeba wprowadzić geometrię hiperboliczną. Jeśli jednak nie udało mi się tego dostatecznie naświetlić i czytelnik nie wychwyci tej myśli, pewnie może to dać wrażenie pomieszania tematów i pogorszyć odbiór tekstu (choć wciąż mam po prostu świat o ciekawych zasadach, w którym umieszczam opowiadaną historię). Być może to właśnie próbował wyżej powiedzieć Fanthomas.

Przypuszczam, że Twoim wykonaniu nawet przepis na naleśniki czytałoby się jak dobrą literaturę piękną.

To uroczy komplement, tylko może lepiej, żeby nikt potem nie próbował jeść tych naleśników!

 

Dziękuję za symboliczny klik i również pozdrawiam, życzę wspaniałej poświątecznej atmosfery!

23… Gb2-f6

Tymczasem Kapłan wraca do obozu,

zadowolony, że jego na pozór

niegroźne sztuczki tak wiele zdziałały,

że mało co, a zburzyłby gród cały.

Nie ma problemu: jeżeli wraz z rozwojem fabuły nie odczułeś wzrostu zainteresowania i napięcia, to rzeczywiście świadczyłoby o jakichś trudnościach warsztatowych z mojej strony, bo rozstanie z Alicją i scena zachodu słońca na pustyni zdecydowanie miały temu służyć. Jeżeli miałeś jakąś konkretną wizję dalszego ciągu, nie miałbym nic przeciwko, żebyś się nią podzielił, ale też oczywiście nie nalegam.

W sensie chciałeś powiedzieć w delikatny sposób, że jestem zbyt głupi, żeby to ogarnąć, prawda? Może i tak jest, aczkolwiek czuję się lekko urażony.

Nie miałem zamiaru Cię subtelnie obrażać, przepraszam, jeżeli odniosłeś takie wrażenie. Odpisałem Ci w retoryce umiarkowanego absurdu, którą – jak mi się wydało – zastosowałeś w komentarzu. Chciałem powiedzieć, że o gustach się nie dyskutuje i jeżeli jako juror odrzucisz tekst, bo zawiera “naukowe wtręty” (naprawdę co najwyżej popularnonaukowe), godzę się z takim werdyktem bez zastrzeżeń.

Gdybyś wskazał jakąkolwiek uchwytną wadę opowiadania, podziękowałbym Ci za cenną wskazówkę lub podjął polemikę, jak nieraz w komentarzach powyżej. Jednak Twój wpis uznałem za całkowicie oparty na subiektywnych kryteriach estetycznych, a przez to nieotwierający pola do dyskusji. Dlatego zresztą nie rwałem się nigdy do organizacji konkursów i miewam duże wątpliwości co do swoich działań w Loży, że mimo najlepszych starań nie jestem w stanie zapewnić obiektywności oceny tekstów, więc i Tobie nie mogę z tego czynić zarzutu.

 

bruce, pięknie dziękuję za Twoje zaufanie do moich dobrych intencji i chęć pomocy w objaśnieniach! Również Cię świątecznie pozdrawiam i życzę, by nic nie wyczerpywało Twoich pokładów czułości i zrozumienia.

22… Sf2:h1

Ten Czarny Rycerz skłonny do zabijaństw

spina wierzchowca i skacze w zawijas,

proch podkładając u podstawy wieży:

tam dym, błysk, huk!… Dokoła gruz się jeży…

Dziękuję za przyjurorowanie się do tekstu! Zdaję sobie sprawę, że pójście w weird z wątkami matematycznymi było decyzją, która nie trafi w gust każdego odbiorcy, ale trudno mi o tym merytorycznie dyskutować. Lepiej się odpowiednio wkręcić w klimat niż w klimatyzator. Konsultuj się, ale mogę od razu podać prawdopodobną diagnozę według klasyfikacji ICD-10: X59.9 “ekspozycja na inny czynnik zewnętrzny wywołujący inny lub nieokreślony uraz”.

A żeby zawczasu wpaść na jakiś pomysł, to już nie jest tak prosto. Jak z jajkiem Kolumba.

Prawda. I bardzo ładna, klasyczna analogia – chyba pierwszy raz mi się zdarzyło, żeby ktoś jej użył w rozmowie, widziałem ją tylko parę razy w jakichś starszych książkach.

Nawiązania. Tytułu w ogóle nie kojarzę. Wodeckiego wyłapałam. Przy bujnej grzywie zastanawiałam się, czy chodzi o Aslana, ale nigdy tego nie czytałam, więc nie potrafiłam rozstrzygnąć.

O Aslana, słusznie. Nawet jeśli ktoś czytał, to ma prawo nie pamiętać tych akurat słów Lwa. Co do wyboru tytułu, inspiracją było https://en.wikipedia.org/wiki/And_He_Built_a_Crooked_House.

A tak, możesz spokojnie wykorzystywać matematykę w fantastyce. Lubimy to. :-)

Rozumiem, zamówienie przyjęte! Mam nadzieję, że będą mnie napadać nowe pomysły w tym zakresie, a gdybyś miała jakieś źródła inspiracji, oczywiście śmiało możesz podsuwać.

Najwyraźniej ten Olek nie przeszedł tego etapu.

Czy może – przyjmując interpretację “jedności Olka” – zaczyna go właśnie przechodzić w obrębie fabuły opowiadania, pozbywa się tych odruchów. Opowieść o dynamie pouczająca, zwłaszcza w warstwie, że Ty zapamiętałaś tę sytuację i wyciągnęłaś wnioski, a co do kolegi, to nie jest to powiedziane.

Wszystkich nawiązań pewnie nie wyłapałam.

Carroll jest oczywisty i obszernie już omówiony, więc w sumie głównie mnie ciekawi, na ile czytelne są nawiązania w strukturze tytułu (do znanego opowiadania również wykorzystującego matematykę) oraz w zdaniu “Jak mawia pewien jego znajomy z bujną grzywą, każdy potrzebuje znać tylko własną historię”.

Cześć, Finklo!

Świetnie, że spodobał Ci się aspekt matematyczny, tak myślałem, że dla Ciebie to może być atrakcyjna strona tekstu. Powinienem postarać się częściej wykorzystywać znajomość tej dziedziny w kreacji światów fantastycznych, ale dotychczas nie miałem na to dobrych pomysłów. Kiedyś już rozmawialiśmy o SzyszkowymDziadku, oczywiście czytałem jego nowe opowiadania (te, które publikował tu w ostatnich latach) i pod jednym stoczyłem nawet bardzo długą dyskusję, zamierzam jeszcze kiedyś zajrzeć do tych starszych.

Ja odebrałam opowiadanie metaforycznie, acz mam sporo wątpliwości. Dlaczego Olek musiał stracić Siłę? Siła sama w sobie nie jest zła. OK, co innego brutalna siła, a co innego siła wypływająca z psyche, z doświadczenia, z treningu… Siła kontrolowana i kontrolująca.

To cenna uwaga. Siła w moim zamyśle nie miał symbolizować siły jako takiej, lecz raczej zapędy do rozwiązywania wszelkich problemów siłą, taki stan umysłu kogoś, kto na przykład doprowadza kolegów do płaczu czy chce ratować wcale sobie tego nieżyczące “księżniczki” – i z czego można wyrosnąć przy dobrym wychowaniu czy pod wpływem kształtujących charakter wydarzeń. Miałem nadzieję, że to zupełnie jasne, ale jeżeli Ty masz wątpliwości, byłby to istotny problem konstrukcyjny, może dało się tę postać lepiej naszkicować, może nawet należało ją inaczej nazwać? Siłę mądrą i kontrolowaną reprezentuje raczej Kanar, choć on z kolei uczy się odpuszczać tę potrzebę poczucia kontroli.

Nawiązania na plus.

Dziękuję! Parę ich tu jest, sporo na pewno wyłapałaś, nie wiem, czy wszystkie; sam nie wiem, czy wszystkie wyłapałem, może coś powiązałem podświadomie: czasami wychodziła mi głębsza intertekstualność, niż przypuszczałem.

Szacun dla Alicji. Feministka we mnie z satysfakcją wyciąga wniosek, że babka z opaską na oczach jest bardziej kumata niż czterech chłopa bez opasek. ;-)

Mimo wszystko miała nad nimi nieuczciwą przewagę, będąc w jakiś nie do końca wyjaśniony sposób powiązana z tym miejscem oraz będąc znajomą Świętego Mikołaja. Niemniej w żadnej mierze mnie nie razi, że jesteś w stanie to odczytać w ten sposób, Twoje interpretacje feministyczne zawsze wzbogacają odbiór tekstu – przede wszystkim cieszę się, że nie uznałaś Alicji za niedostatecznie zbudowaną i potraktowaną przedmiotowo.

Imponująca dyskusja. Chyba dłużej czytałam komentarze niż tekst właściwy (i ze dwa razy na nich przysnęłam ;-) ).

Mam nadzieję, że jeszcze nie zmierza ku końcowi, w każdym razie dołożyłaś do niej piękną cegiełkę. Bardzo dziękuję za wartościowy komentarz i dopchnięcie do Biblioteki oraz serdecznie, świątecznie pozdrawiam!

Hej! Nie ma sprawy, wiadomo przecież, że oboje mamy różne obowiązki i to nie jest najpilniejsza sprawa – świetnie, że dialog nam się jakoś toczy naprzód. Poza tym nawet się nie spodziewałem, że będziesz chciała poznać wszystkie te wiersze Staffa przed odpisaniem, to miłe i ambitne. Głównie cieszę się, że tak dobrze trafiłem z “Zaledwo wiem”, na nim zależało mi najbardziej z tego wyboru i teraz mamy już wspólny wiersz w ścisłej czołówce ulubionych! Ma kunsztowny rytm, niesamowitą płynność wypowiedzi, nie znam drugiego takiego wyrazu nostalgii w polskiej poezji, ale też nie jest jednoznacznie smutny, wydaje mi się, że mieści w sobie akceptację i szczęście, że można było coś tak pięknego przeżyć.

Skoro Pean Ci nie wpadł w ręce, to podaję:

Nie ściszajcie mi tłumikiem wielkiego Peanu,

Błagam was: “Nie oskrobujcie ryby z Oceanu!”

 

Dajcie mi szerokie pole, trudno wciąż iść miedzą.

Może to mój wiersz ostatni, a diabli go wiedzą.

 

Kiedy dzieją się potężne wciąż gusła i czary,

Trudno dziwić się, że śpiewak nie utrzyma miary.

 

Kiedy dnie przestały dawno jeździć na ślimaku,

Trudno jest na pegazowym nie wierzgać rumaku.

 

Wszystko wznosi się i rośnie, choć leżało w gruzach,

Myśli moje się krzątają w robotniczych bluzach.

 

Wieże biegną w niebo, w jutro pędzą wszystkie drogi,

Drzewa, chmury, rzeki, góry, toż to wszystko bogi.

 

Gdy zwycięski rytm wybijam na lirze pogańskiej,

Już nie jestem olimpijski ani franciszkański.

 

Gdy w błękicie letnim płyną chmury nad mą głową,

Widzę, jak się przechadzają tam Jowisz z Jehową.

 

I wybucham, odurzony dni pięknem i chwałą.

Wszystkie bogi są prawdziwe i jest ich za mało.

Przechodzą mnie lekkie ciarki w związku z tym, co piszesz o Panu Tadeuszu: raz, że wyobrażam sobie ból głowy, jakim skończyłaby się dla mnie taka próba lektury, a dwa, że naprawdę nie zasłużył na takie traktowanie. Bądź co bądź nie zgrywam świętoszka, wszyscy wiemy, jak jest z lekturami szkolnymi – starałem się każdą przeczytać od deski do deski, ale na pewno nie każdej poświęciłem tyle czasu i uwagi, ile by należało. A Kwiaty polskie Tuwima są śliczne i ogromnie bogate w konteksty, chociaż (nie ma co kłamać) trudne w odbiorze.

Shakespeare jest powszechnie uznawany za najwybitniejszego dramatopisarza w dziejach ludzkości, ale i poetą był na tyle świetnym, że trudno oczekiwać, by tłumaczenia trzymały jego oryginalny poziom. Zdecydowanie warto sięgać po oryginały. Na pewno to samo dotyczy Kawafisa, ale nie znając greki, musimy zadowolić się substytutem (chyba że Cię nie doceniam i jego także czytałaś w oryginale, w takim wypadku przepraszam). Spróbuję do niego siąść gdzieś w okresie świątecznym, gdy odsunę z drogi pilniejsze sprawy!

Robercie, wolałbym, żebyś nie czuł się w jakimkolwiek stopniu zaambarasowany swoją propozycją. To prawda, że trudno jest podać nową redakcję sceny, która wpasuje się dokładnie w intencje autora i jego wizję świata przedstawionego, ale taka próba może być pożytecznym ćwiczeniem dla obu stron. Nie widzę nic zdrożnego w przepisaniu paru zdań na nowo w komentarzu i sam to nieraz robiłem – oczywiście nie przymuszając autora do ich zmiany, lecz w formule “zobacz, czy tak nie spodoba Ci się bardziej”. Ma to sens zwłaszcza, gdy nad daną kwestią redakcyjną jest już obszerna dyskusja i nie widać prostego rozwiązania.

Na razie spróbuję przywrócić “tekstylia” w formie podanej rano, ale z pewnością nie wykluczam dalszego szlifowania tego fragmentu.

Bardzo mi przyjemnie, że dyskusja tak ładnie rozkwita!

 

Robercie, w żadnym razie nie jest to nietakt czy wtrącanie się, warto proponować swoje rozwiązania redakcyjne, zwłaszcza gdy autor do tego zachęca. Jednak tę wersję uważam za słabszą od mojej, co postaram się choć w przybliżeniu uzasadnić.

Zrezygnowałem ze zdania „Inaczej niż młodzieńcy, mieli przy sobie różne rzeczy”, bo i tak wiele nie wnosi, (wiadomo, że bohaterowie „przybyli” bez sprzętów wakacyjnych), a przy okazji znika powtórzenie „Najmłodszy z…” / „inaczej niż młodzieńcy”.

W moim odczuciu to zdanie sporo wnosi. Kiedy Mikołaj przeniósł Olków i zostali bez czegokolwiek, co mieli przy sobie, to musieli początkowo przypuszczać, że tak właśnie działają portale czy przejścia do tego świata, więc byłoby pierwszym, na co zwrócą uwagę, że bywalcy jednak mają różne rzeczy – a narracja tutaj podąża za perspektywą bohaterów. “Młodzieńcy” dałoby się podmienić choćby na “nowo przybyli”, ale nie wydaje mi się, żeby ten wspólny rdzeń słowotwórczy był rażący w przeciwstawieniu.

W zdaniu otwierającym akapit zmieniłem też „Plaża była…” na „Miejsce było”, żeby uniknąć powtórzenia „plaża / plażowy ekwipunek”, zwłaszcza że w akapicie wcześniej pojawia się już „Plaża wydawała się…”

To wszystko rozmywa konkret, głównym celem tego miejsca jest żywiołowe odmalowanie obrazu, który rozpościera się przed oczami Olków, i szoku, jakiego doznają na ten widok – w ogóle tematyka przetwarzania bodźców wizualnych lub jego braku, przynajmniej w moim zamyśle, spina kompozycyjnie całe opowiadanie! – wobec czego wolę pisać o plaży niż o miejscu i na pewno wolę dłuższe wyliczenie różnych dostrzeganych przedmiotów niż “cały plażowy dobytek”.

Mogę napisać o tekstyliach w charakterze mrugnięcia okiem do zorientowanego czytelnika, jednak moim skromnym zdaniem wyraz “tekstylny” byłby tu nietrafiony: po pierwsze dlatego, że to w końcu żargonowe określenie, którego odbiorca ma prawo nie znać, po drugie dlatego, że – ponownie – narracja śledzi tutaj perspektywę bohatera, który nie należy do subkultury naturystów i nie ma powodu, żeby to właśnie słowo przyszło mu na myśl.

 

bruce i Ramshiri:

Co do opowiadania, myślę, że masz z nim tak, jak miałam w dzieciństwie z “Alicjami” (bo klimat jest bardzo podobny, zagadkowość – także)

Może coś w tym jest. Mówili, że z wiekiem będzie inaczej – poważniejsza literatura, bogatsze słownictwo – a ja wciąż [prawie] tak samo dziecinny :p

To jest niesamowicie miła i pochlebna opinia, ale naprawdę nie posuwałbym się aż do supozycji, jakoby moje opowiadanie mogło zyskiwać na ponownej lekturze podobnie jak arcydzieło Carrolla.

 

bruce, nie wiem, czy zauważyłaś moje poprzednie pytanko, ale w żadnym razie nie nalegam, jeśli nie masz teraz do tego głowy.

 

Dziękuję i ostrożnie posyłam wstępne, przedświąteczne życzenia!

Szanowny crimenie!

Jesteśmy na portalu literackim, co oznacza, że użytkownik może spotykać się tutaj z różnymi wizjami ludzkiej twórczości i rozwijać na tej podstawie – Loża to po prostu przekrojowy wybór takich wizji spośród co bardziej doświadczonych członków społeczności. Znaczy to także, iż celem naszych rozmów tutaj jest ćwiczenie samodzielnego pisania, również w komentarzach i w Hyde Parku. Ty zaś serwujesz nam ścianę tekstu niemal na pewno wygenerowanego przez duży model językowy, z charakterystyczną dla nich retoryką tautologicznego bełkotu (np. “Werdykt 4,5 do 4, przy silnej opozycji wewnątrz Loży (cztery głosy na NIE: Bardjaskier, cezary_cezary, dogsdumpling, Verus), pokazuje, że nie był to wybór jednomyślny”).

Okazałbyś szacunek, o którym zapewniasz, pisząc zwięźle własnymi słowami, z jakiej racji uważasz któreś opowiadanie za niesprawiedliwie pominięte oraz co skłoniło Cię do zabrania głosu w tej materii, skoro nie byłeś dotychczas aktywny w naszej społeczności. Przypomnę, że same wyrównane wyniki głosowań nie są żadnym świadectwem nieprawidłowości systemu. Obecnie nie ma tutaj absolutnie nic godnego uwagi czy polemiki i nie rekomendowałbym pozostałym członkom Loży marnowania czasu na tę sprawę.

Jako niedoświadczonego użytkownika mogę Cię jeszcze odesłać do znakomitego poradnika Drakainy https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842842, który pomoże zorientować się w naszych realiach i zwyczajach.

Wesołych Świąt życzy –

Ślimak Zagłady

Ramshiri:

Ok, czyli coś jest na rzeczy. Jeszcze jedno przyszło mi do głowy odnośnie Siły z Twojego opowiadania.

Jak mówi stare chińskie przysłowie: "Dopiero gdy komar usiądzie ci na jaj***, zdasz sobie sprawę, że nie wszystko da się rozwiązać siłą"

Mocno obrazowe, ale ładne. Zauważ jeszcze, że to Siła dał impuls do rozpoczęcia przygody, w wyniku której wypadł z grupy przyjaciół (czy raczej – w odczycie symbolicznym – przestał być częścią osobowości dojrzewającego Olka).

W mojej wersji poszli zgłosić zgubę Zguby na komisariacie.

Prawda, teraz mi się przypomniało! Oczywiście takie sytuacje są realnym problemem osób o bardzo nietypowych nazwiskach (np. “Piszpan” czy “Cyps albo Zyps”).

 

bruce:

mnie się to rozwiązanie podoba i moim skromnym zdaniem powtórzenie nie razi. :) Jeśli w ogóle chcesz to zmieniać. :) 

Jeszcze się trochę zastanowię, ale myślę, że będę chciał to zmienić, jeżeli nie pojawią się inne opinie lub sugestie.

i wierszem o Stolarzu, Morsie i Ostrygach. :)

Właściwie to mi przypomniałaś, że od dawna mam w szufladzie tłumaczenie tego wiersza. Chyba nie tak dobre, żebym chciał je zamieszczać jako osobny utwór, ale mógłbym Ci przesłać na priv, gdybyś oczywiście była zainteresowana.

 

Pozdrawiam Was ślimaczo!

bruce, po przespaniu (części) nocy popatrzyłem na to zdanie trochę świeższym okiem i tak sobie myślę:

Inaczej niż młodzieńcy, mieli przy sobie różne rzeczy – leżeli na ręcznikach, w parawanach, z książkami, torebkami, walizeczkami nawet – ale nigdzie nie było widać choćby śladu tekstyliów/odzieży. A gdyby zmienić ostatni człon na “ale na sobie żaden nie miał choćby śladu tekstyliów”? Rozwiązałoby to problem logiczny, ale z kolei to powtórzenie wydaje mi się zrobione na siłę, trochę brzydkie… Oczywiście chętnie poznam też zdanie innych z Was.

 

Hej, Ramshiri!

To miłe, że uważasz tekst za dobrze napisany. Nie mógł być dla Ciebie tak całkiem niezrozumiały w dalszej części, skoro połapałeś się, że stopniowe rozcieńczanie różnic pomiędzy postaciami to świadomy zabieg. Niemniej każdy ma inny gust i Twoje wątpliwości równie dobrze mogą wynikać z przyczyn zupełnie subiektywnych, jak z realnych wad, których nie udało nam się na razie zidentyfikować.

P.S. Początek przypomniał mi żart o trzech gościach. Zguba, Stulpysk i Kultura poszli do lasu. Zguba się zgubił…

Chyba gdzieś kiedyś słyszałem coś podobnego. “– Stulpyyysk! – Gdzie twoja kultura? – Zgubiłem ją. – To słychać”, dobrze kombinuję?

Pozdrawiam!

Dzięki za słowa wsparcia, ale jak najbardziej lubię takie dyskusje o drobiazgach redakcyjnych i absolutnie nie odniosłem wrażenia, by ktokolwiek z Was chciał kwestionować na tej podstawie całość opowiadania, tak że nie ma się czym przejmować!

Dosłowne znaczenie znałem, natomiast w procesie twórczym dokładniej wyglądało to tak, że gdzieś na tym etapie miałem przelotną myśl, żeby portale do tego świata nie przepuszczały tkanin i dzianin. Po chwili uznałem, że byłoby to zbyt sztampowe i bardziej mi zależy na kocykach i innych takich, ale tego śladu nie zatarłem – przy końcowym przeglądzie uznałem go za odniesienie kulturowe, tak jak to omówiliśmy, przeoczając bezsens całości zdania.

W moim odczuciu cudzysłowy w prozie dość mocno wytrącają z toku narracji (już mniej ryzykowne wydają mi się nawiasy), choć akurat tutaj mogłyby być zasadne. Będę się jeszcze zastanawiał, albo może ktoś z pozostałych Czytelników zdoła coś podpowiedzieć.

Hej, Bardzie!

Dziękuję za ciekawy komentarz. Masz godne uwagi przemyślenia i skojarzenia, zadajesz sensowne pytania i sam udzielasz sobie na nie odpowiedzi pewnie nie gorszych od tych, które mógłbym Ci zaserwować. Nie sądzę, żebyś przeoczył tutaj coś bardzo ważnego w zakresie przesłania, istotnie zamyśliłem takie weirdowe opowiadanie drogi o niejednoznacznej treści, którą każdy czytelnik miałby szansę przetrawić i dopasować do własnych doświadczeń (w nadziei, że mój warsztat pozwala już na taką próbę).

Podkreślę tylko, że nie oczekuję kategorycznie uznania Olka za jedną, doraźnie rozdzieloną osobę. Ta metaforyczna interpretacja Olków jako grup cech charakteru jest preferowana – świadczy o tym zwłaszcza zakończenie, a także powtarzające się otwarcia akapitów – ale jeżeli odbiorca po lekturze będzie chciał ich wciąż uważać za grupę przyjaciół, ma przecież do tego prawo. I tak wlałem w tekst moje wyczucie tego, jak trudna, niezwykła wycieczka czy wyprawa ma na ogół pozytywny wpływ zarówno na pojedynczą osobowość, jej dojrzewanie psychiczne, jak i na kontakty międzyludzkie, może scementować przyjaźń, ale też pomóc pozbyć się z otoczenia kogoś bądź to toksycznego, bądź tylko niepasującego do reszty i akurat w danym towarzystwie nieszczęśliwego.

Wydaje mi się, że postać i zamiary Alicji (która zresztą wprost mówi o “odnalezieniu siebie”) przeniknąłeś bardzo dobrze. Ona przy tym przyznaje się do znajomości z Mikołajem (i jeszcze z kimś…), czyli to jasne, że na jakimś poziomie współpracują, nawet jeśli nie uzgadniali między sobą konkretnie przypadku Olka.

Dziękuję też za kliknięcie i pozdrawiam!

 

Robercie:

Twój protest brzmi dość stanowczo! Skoro ten drobiazg miał poważny wpływ na to, że opowiadanie Ci się tak spodobało – i bruce chyba także przytaczała to skojarzenie jako zaletę – chętnie bym go utrzymał. Niestety uwaga Zakapiora była słuszna, zwłaszcza ręczniki niezaprzeczalnie należą do tekstyliów i zdanie w poprzedniej formie stanowiło po prostu bzdurę logiczną, więc na razie nie bardzo wiem, jak to ugryźć.

yesSkojarzenie choćby ze słynnym przebojem Wodeckiego.smiley 

I to w sumie jest kolejny powód, żeby ten wyraz podmienić, bo w opowiadaniu chyba nie ma nic z atmosfery piosenki i raczej chciałbym uciec od skojarzeń wykreowanej przeze mnie plaży naturystów z tamtą. Jeszcze raz dziękuję za cenne uwagi!

Ciekawie wypadło to połączenie matematyki i psychologii. Hiperboliczna plaża na pewno mocno przemówiła do mojej wyobraźni – znalezienie drogi, w sytuacji, gdy geometria “wpycha” nam pod nogi niemalże nieskończone przestrzenie

To dobrze, że tak to odebrałeś, dziękuję za podzielenie się wrażeniami! Już od dawna miałem na uwadze, że w takim świecie można by osadzić intrygującą opowieść, ale też ostatnio ktoś mi podsunął myśl, żeby może bardziej wykorzystywać matematykę przy pisaniu – i kiedy trzeci lub czwarty raz obejrzałem listę haseł konkursowych, coś mi “kliknęło”.

Może czegoś nie rozumiem, a może się czepiam bez sensu i przesadnie, ale czy ręczniki, parawany i torebki nie są zazwyczaj z tekstyliów?

Wzięło mi się to stąd, że naturyści czasem używają określenia “tekstylni” względem osób noszących ubrania (pewnie zwłaszcza takich, które wpakują się w ich przestrzeń bez zaproszenia), ale masz rację, lepiej napisać normalnie “choćby śladu odzieży”.

Jedyne, co mniej mnie tu przekonuje, to postać Alicji. Pojawia się znikąd i mówi akurat to, co jest potrzebne fabule – ale jeśli coś zaszkodziłoby fabule, to “reguły” zabraniają jej tłumaczyć. To nawet pewnie ma sens z tego psychologicznego punktu widzenia, że Olek/Olki muszą sami pokonać przeszkodę, żeby coś z tego mieć, ale odebrałem to jako bardzo “wygodne”.

Może w takiej konwencji to jest OK, dla mnie wszelkie bizarry to zawsze trudny orzech w odbiorze.

Też nie czuję się swobodnie w tej konwencji, więc mam nadzieję, że to się jakoś broni, ale nie będę Cię o tym zapewniał. Głównie miałem na uwadze ten sens psychologiczny oraz dobrą tradycję na wpół onirycznych Alicji mówiących bohaterowi tylko część tego, co potrzebowałby usłyszeć. Trudno mi jednak zaprzeczyć, że jest bardziej narzędziem narracyjnym niż samodzielną postacią z własnymi celami i dążeniami, co czytelnik ma prawo uznać za niezadowalające.

Pozdrawiam ślimaczo!

Dzień dobry, Robercie R.

To zdecydowanie satysfakcjonujące dla autora, że tyle aspektów opowiadania oceniasz tak korzystnie. Czasami taki krótki i szczery komentarz jest większym komplementem niż obszerne popisy retoryczne.

Dziękuję za wizytę, komentarz i podwójne kliknięcie, pozdrawiam!

kiedy opublikowałam tutaj na Konkurs Świąteczny wiersz pt. “Święta serc”, nawiązujący do słynnej baśni Andersena o umierającej dziewczynce z zapałkami

To był bardzo dobry utwór, moim zdaniem najlepszy ze znanych nam wierszy bruce do czasu “Kaprysów Herostratesa”, ale te dwa są tak różne gatunkowo, że trudno je rozsądnie porównać. Pamiętam z niego refren “W każdym domu choinka, / a za oknem dziewczynka / z zapałkami w zmarzniętych dłoniach”, różne pojedyncze wersy i jeszcze taki fragment:

Święci triumf konfesjonał:

każdy grzechy pokonał,

serca wszystkich są czyste jak kryształ.

Gdyby lampy dziś zdławić

i te serca ustawić,

kościół cały by w blasku ich błyszczał!

Szkoda, że utraciliśmy ten wiersz, choć oczywiście to decyzja Autorki. Próbowałem go kiedyś wyszarpać z otchłani Portalu, ale mi się nie powiodło; skoro został usunięty, a nie tylko schowany, być może nawet narzędzia administracyjne by w tym nie pomogły.

 

Przy okazji – podziękowania dla autorów kolejnych kartek! Czyta się to i ogląda bardzo przyjemnie. Nie dawałem rady komentować na bieżąco, więc nie chciałbym teraz nikogo niesprawiedliwie wyróżniać, ale wszyscy pomagacie zaprowadzić na NF przyjazną, świąteczną atmosferę.

Znalazłem jeszcze przeoczony wcześniej wpis Ambush:

piękny wierszyk, który przypomniał mi ten o dwunastu, czy dziesięciu małych bałwankach. Czytałam dzieciom.

Bardzo dziękuję!

O, a to ciekawe spostrzeżenie, bo ja nawet nie wiem, czym są manipulatorskie chwyty. Czy potrafiłbyś podać jakiś przykład z jakiegoś opowiadania albo książki? Bo jestem autentycznie ciekawa.

Chodzi mi o coś w rodzaju, że chciałabyś, żeby czytelnik współczuł złodziejce, ale zamiast nakreślić złożoną, wiarygodną postać, z którą mógłby się utożsamiać i odnajdywać jej motywy postępowania we własnych, zrobiłabyś z niej półsierotę z ojcem alkoholikiem, wujem sadystą, sześciorgiem głodującego młodszego rodzeństwa i żółwiem chorym na raka, byle temperatura emocjonalna była jak najwyższa. Rozumie się, że zwykle postrzegam takie wyczyny w kategoriach błędu pisarskiego, a nie etycznego, chyba że w całkiem skrajnych przypadkach. Zresztą jestem pewien, że rzecz musi być znana w teorii literatury, ale w tej chwili nie jestem w stanie przytoczyć konkretnych źródeł. Możesz jeszcze chcieć spojrzeć na moją dyskusję z Realucem na Wiklinowym fotelu pod jabłonią.

Z życzliwą zazdrością patrzyłam, jak wystawiasz piękne, merytoryczne komentarze pod innymi tekstami i czekałam, aż w końcu zostawisz feedback pod którymś moim tekstem. No i się doczekałam, nie tylko komentarzy, ale nawet TAKa w głosowaniu Piórkowym.

Żałuję, że nie daję rady tutaj więcej komentować, jest mnóstwo tekstów zasługujących na uwagę, które przeglądam i do nich nie wracam albo całkiem przeoczam, ale niestety często nie mam na to weny, ostatnio kosztuje mnie jakoś więcej czasu i wysiłku, żeby zebrać myśli i ułożyć merytoryczny wpis. Lożowanie z jednej strony trzyma mnie na jakimś poziomie systematycznej aktywności, a z drugiej też blokuje, trudno mi się zabrać za przypadkowe opowiadanie, kiedy widzę, że wisi nade mną jak miecz Damoklesa jeszcze pięć takich z nominacji. Dwa poprzednie głosy NIE na Twoje utwory oddawałem z niemałym wahaniem i naprawdę się cieszę, że udało Ci się wreszcie przeważyć szalę na stronę TAK.

I proszę bez fałszywej czy też szczerej skromności, bo bez wątpienia jesteś ważną osobistością na Portalu i dysponujesz wybitnym warsztatem pisarskim, więc jest za co Cię podziwiać.

Serdecznie dziękuję! Na pewno dysponuję bardzo dobrym warsztatem językowym, chociaż o wybitności wolałbym mówić w przypadku czołowych polonistów akademickich (zresztą porównaj mnie nawet z Tarniną). Jednak pisarstwo to nie tylko język, a w warstwach takich jak konstrukcja fabuły czy zwłaszcza życie wewnętrzne bohaterów mam jeszcze mnóstwo do nadrobienia. Naprawdę wciąż chciałbym się na naszym Portalu wiele nauczyć, a nie tylko dzielić wiedzą; i łatwo zrezygnowałbym z wyborów do Loży, gdybym widział dziewięć lepszych od siebie kandydatur. Tak zresztą zrobiłem trzy lata temu, gdy oszacowałem zawczasu, że mógłbym przypadkiem odebrać miejsce Drakainie – i ani przez chwilę nie żałowałem tej decyzji, bo rzeczywiście dostała się z dziewiątej pozycji.

 

Również dziękuję i serdecznie, przedświątecznie pozdrawiam!

prawdziwe perełki i tutaj taką właśnie znalazłam – w Twoim opowiadaniu jest ten wyjątkowy, specyficzny klimat, tak wyraźnie nawiązujący do Alicji, że nie sposób przejść nad nim obojętnie. :)

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że uniwersum Alicji Carrolla jest dziwniejsze, głębiej przemyślane i po prostu pełne artyzmu, ale samo to, że znalazłaś tutaj podobieństwo wykraczające poza błahe skojarzenia z imieniem bohaterki, stanowi ogromny komplement!

byłam wprawdzie z matmy jako-taka, lecz jakiekolwiek pilniejsze śledzenie każdego dowodzenia przerastało już moje skromne możliwości i “matematyczne zdolności”… :)

Uważam, że matematyka jest fascynująca i przydaje się w życiu, szanuję natomiast, że nie każdy ma do niej predyspozycje. Zorientowałem się niedawno, że właściwie nie wykorzystywałem jej dotąd w kreacji swoich światów fantastycznych, i uznałem, że najwyższy czas to nadrobić, w miarę możliwości zrozumiale dla odbiorcy…

Nagość – po uprzedzeniu w Przedmowie – jest podana subtelnie i nienachalnie, oczywiście za to także dziękuję (zapomniałam poprzednio, przepraszam). :) 

Przecież nie ma za co, ten sens był dla mnie dostatecznie czytelny w Twoim poprzednim wpisie i dlatego się do niego odniosłem.

Nie, nie, co do powtórzeń, ja zawsze wolę dopytać, wiem, że często są zamierzone, użyte celowo, bo mają podkreślić pewne treści, w żadnym wypadku tutaj nic nie razi. :) 

Ależ to drugie powtórzenie było naprawdę niefortunne, stanowczo należało to miejsce przeredagować i bardzo dziękuję, że je wychwyciłaś!

 

Ja także ponownie pozdrawiam i dosyłam ślimacze uściski!

Witaj, bruce – najmocniej dziękuję za pierwszy komentarz!

To wspaniale, że znalazłaś tu tyle ciekawych spostrzeżeń i dopatrzyłaś się tylu zalet, nie zawsze przeze mnie nawet oczekiwanych. Opowiadanie jest moją pierwszą wyprawą do krainy weird (jeśli w ogóle tam trafiłem, ale to oceni jury!) od czasu Wyrywania zębów przy użyciu testów ciążowych, nie całkiem więc byłem pewien, jak mi to wyjdzie. Wprawdzie sięgnąłem po zagadnienia matematyczne, w których czuję się kompetentny, ale tekst dotyka też psychologii i wzorców zachowań, gdzie na pewno mi kompetencji brakuje. Na pewno się cieszę, że udało mi się opisać plażę naturystów na tyle subtelnie, by nie urazić Twojego bardzo dobrego smaku literackiego.

Miałam wiele skojarzeń, trzech błądzących w ciemności nawet przywiodło mi na myśl… mędrców ze Wschodu, podążających za gwiazdą do Betlejem (czas ku temu sposobny…). :) 

Nadzwyczajne skojarzenie! Przyznaję bez oporów, że wcale na to nie wpadłem przy pisaniu, ale jest to uprawniony pomysł wzbogacający odczyt.

Najbardziej jednak kojarzyłam pewne sceny ze słynną “Alicją”, pada tam wszak “tasowanie”, są zagadki matematyczne i ich rozwiązywanie, dzięki któremu można podążać dalej. (…) Wiele dziwności, wiele tajemniczości i zagadek, typowych dla klimatu, tak specyficznego dla “obu Alicji”. :)

Tak, to nie budzi wątpliwości, nawiązania do “Alicji w Krainie Czarów” (i “Po drugiej stronie lustra”) są celowe i istotne dla budowy utworu – świetnie, że to Twoim zdaniem czytelne. Zresztą Lewis Carroll nie jest jedynym Lewisem, do którego się tutaj odwołuję. “Tasowanie” miało po prostu obrazowo pokazać, jak bohaterowie schodzą do brzegu morza, jednocześnie zmniejszając dystans jeden od drugiego, tak jak składa się talię kart w dłoni, ale skoro dostrzegłaś w tym dodatkową intertekstualność, to tym lepiej.

Niemieckojęzyczne wstawki przetłumaczyłam w google, co ułatwiło zrozumienie fabuły. :) 

Starałem się, żeby nie były kluczowe dla fabuły – żeby jeśli ktoś ich nie zrozumie, mógł zamiast tego odczuć razem z Olkami ich zagubienie i wyobcowanie.

Dopytam o dwa powtórzenia, czy są celowe (?)

Pierwsze jest celowe, ale jeśli uważasz, że źle brzmi, na pewno to jeszcze przemyślę. Drugie za moment załatam (nie widzę w regulaminie konkursu żadnego zakazu drobnych poprawek), dziękuję!

Jak rozumiem, Olek ostatecznie był zarówno czterema kompanami, jak i owym tytułowym, jednym, zagubionym turystą. :)

Zależało mi, żeby pozostała tu wieloznaczność, nie będę narzucał czytelnikom – nazwijmy to – statusu ontologicznego Olka i jego roli względem hasła konkursowego.

Pozdrawiam serdecznie, podwójny klik, powodzenia. :) 

Podwójny klik to zawsze przemiłe zaskoczenie, mogę tylko żywić nadzieję, że kierowałaś się bardziej jakością opowiadania niż przedświąteczną dobrocią dla Ślimaków i innych fantastycznych stworzeń!

Naturalnie również serdecznie pozdrawiam oraz życzę Ci powodzenia we wszelkich sprawach, literackich i nie tylko!

21… Se4-f2+

A Czarny Rycerz zaśmiał się jedynie,

przez wyrwę w murze skoczył na dziedziniec,

grożąc Królowi i jego rodzinie.

Już szereg gwardii chwieje się strwożony,

widząc, że zamek nie da mu obrony,

że zewsząd mogą dostać się intruzi,

a wieże zaraz zawalą się w gruzy.

Również uważam, że ładne. Można to czytać zarówno jako oderwaną scenkę przeprawy przez śniegi, jak i przez pryzmat szerszych refleksji egzystencjalnych. Pasowałoby mi, gdybyś opublikował to tydzień wcześniej, bo “płomień świecy wbitej w śnieg” kojarzy się z tradycyjnymi pochodami skandynawskimi w dniu świętej Łucji. Klimat wydaje się jakoś cięższy niż “Przystając w lesie w śnieżny wieczór”, mam chyba przypadkowe reminiscencje z Leśmiana i Jasieńskiego, ale najmocniej przypomina mi się taki fragment (autorstwa nie pamiętam):

Andrzej Wróblewski malarz, który wyszedł

w białą okolicę śniegu i nie wrócił,

Andrzej Wróblewski malarz o twarzy niebieskiej

pojednał się ze śniegiem.

Cześć ponownie, Holly!

Nie bez kozery pisałem, żebyś jeszcze nie otwierała szampana, ponieważ od początku wiedziałem, że będę tutaj miał spory zgryz przy głosowaniu piórkowym. Konstrukcja świata i bohatera jest bardzo porządna, historia daje się śledzić z zainteresowaniem zarówno sama w sobie, jak i pod kątem odniesień metaforycznych do naszej rzeczywistości – a to już dużo. Opowiadanie dobrze zapadło mi w pamięć, potrafisz wzbudzić emocje czytelnika bez sięgania po manipulatorskie chwyty. Jedyną większą wadą – ale niestety bardzo poważną, mogącą łatwo zdominować odbiór tekstu – jest zesłanie Mieszka na podstawie prymitywnej intrygi, kłócące się z całą resztą opisu realiów, wytrącające z zawieszenia niewiary; nazwałbym to niechlujnością fabularną. Ostatecznie łatwiej ją naprawić, wiarygodnie rozwiązując problem umieszczenia bohatera na Stultus, niż podrobić pozostałe zalety: myślę zatem, że głos na TAK jest bardziej sprawiedliwą decyzją.

Cześć, Anonimie!

Intrygujące opowiadanie, spodobał mi się pomysł, w którym konwencja paragrafówki nie jest głównym budulcem tekstu, lecz motywem fantastycznym i pretekstem do rozmowy o dokonywaniu wyborów. Ładne są też opisy życia codziennego bohaterów, detale takie jak syn martwiący się potencjalnymi objawami demencji, pomaga to wczuć się w świat i zainteresować ich losami. Zwróciłem uwagę na kreatywne wykorzystanie efektu Mandeli. Językowo na niczym się nie potykałem, chociaż może nie szukałem błędów wyjątkowo pilnie. Z drugiej strony nie znalazłem w opowiadaniu niczego w rodzaju myśli przewodniej, zaczyna się drastyczną sceną i sprawia wrażenie, że będzie mówiło o konsekwencjach impulsywnych decyzji z fantastyczną otoczką dającą szanse ich uniknięcia, a potem przechodzimy do obyczajowej opowieści o starszym panu, który w pewnych wersjach swojego wieloświata nie został wdowcem i nie wie, czy naprawdę może odzyskać żonę, czy to tylko ułuda. Poza tym opowieść jest dziwnie streszczona, bez wyjaśnień autorskich moim zdaniem byłoby zbyt trudno wymyślić, jak dokładnie działa to przechodzenie między liniami świata, na jakiej zasadzie bohater jest w stanie to odczytać z mapy i zastosować.

W sumie głos do Biblioteki jest absolutnie zasłużony, do jakości piórkowej moim zdaniem nieco brakuje.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

20… Gc3-b2+

Kapłan ponury, co zabił rycerza,

opodal murów przyczajony leżał,

czarami zamku konstrukcję osłabiał,

kryjąc się płaszczem, jak kiedy wiatr zawiał,

żeby wyglądać jak zbocze i piach.

Mamrotał inkantacje po dwie słowie,

aż teraz nagle przypomniał o sobie

chrapliwym krzykiem: “Szach!”.

 

***

Tak się zastanawiam: jak pamiętasz, w pierwszych wpisach proponowałem ze względu na Ciebie pomysł, żeby w ramach opowiadanej historii Twoja armia była dowodzona przez “księżniczkę”, ale w najnowszych fragmentach piszesz normalnie o “królu” i “monarsze”, rozumiem więc, że wolisz taką konwencję?

19… Wb8:b6

I oto nadszedł sądny moment, w którym

wieża powoli ruszyła pod mury,

przez co nastroje w zamku nie są sielskie:

niepowstrzymana, swym drewnianym cielskiem

toczy się naprzód. Przejeżdżając szaniec

z jednym obrońcą, zmiażdżyła go na nic.

18… Wh8:b8

Z upadku wieży cieszą się wymownie,

lecz pod jej szczątkiem padł dzielny harcownik.

Druga wnet zajmie jej miejsce w ataku,

bowiem napastnik ma rezerw aż nadto.

Zastanowię się nad Twoimi uwagami. Na tym etapie nie chcę już za bardzo czegokolwiek zmieniać, ale może poprawię to zdanie o odzyskaniu wzroku.

Tak sobie myślałem, że może napisałbym po prostu “zyskać wzrok”. Również dziękuję za zaangażowanie i ciekawą odpowiedź!

17… Wa8-b8

Po owym ruchu Mroczny Władca pojął:

obrońcy nie chcą paść w otwartym boju,

tylko blokują linie i transzeje.

Dlatego orzekł: co chce, niech się dzieje.

Za wszelką cenę, by nie zostać z niczym,

trzeba wprowadzić wieże oblężnicze.

16… a7-a6

Ledwie tamtemu głowa z ramion spadła,

a drugi żołnierz już nadstawia gardła.

15… b7-b5

Piesi żołnierze Pana Mroku są to

bezwolne stwory – trolle, orki, gnomy –

którym na myśli nałożył chomąto

i skuł je. Taki będzie nieruchomy

stał na paradzie choć w największy upał,

z rozkazów czerpie całą swą energię.

“Rozłup mu czaszkę!” – już czaszkę rozłupał.

“Idź pod miecz!” – pójdzie. “Nawet nie drgnij!” – nie drgnie.

Cześć, AP!

Jestem pod wrażeniem. Znakomity, głęboki, onieśmielająco dziwny tekst o człowieku, który nie daje sobie rady z kontaktami społecznymi i typowym funkcjonowaniem (chyba spektrum autyzmu lub innego rodzaju neuroróżnorodność), i gromadzi w swoim wnętrzu coraz więcej drobiazgów, zaszłości, rzeczy i spraw zrozumiałych tylko dla siebie, aż jakakolwiek próba poukładania się i zmiany na lepsze staje się walką na śmierć i życie. Jedyne drobniutkie zawahanie miałbym takie, że może warto było dać więcej miejsca rozbudowie sensu tej metafory, jej przełożenia na realny świat, a nie niemożliwym szczegółom fizjologicznym, ale nie jest to istotna wada i na pewno nie twierdzę, jakobym umiał to lepiej napisać. Nie wątpię, że Twój pomysł zostanie ze mną na dłużej.

Jakiś prywatny przemycik

Jakoś mi to nie pasuje do bohatera, on ledwo sobie radzi z wyjściem na plażę, więc gdzie tu myśleć o przemycie?

Odchody odprowadzane były bezpośrednio do jelita

Właściwie to odchody powstają w jelicie…

Chciałem odzyskać wzrok

A to kiedy bohater stracił wzrok?

Pracowałem dla małej firmy jako technik elektronik. Lutowałem układy scalone, wmontowywałem czipy w obwody, łączyłem tranzystory, rezystory i kondensatory, integrowałem, scalałem i obudowywałem. Jednym słowem znałem się na tym.

Nie wiem, czy inni czytelnicy postrzegają to tak samo, ale kiedy wcześniej czytałem o jego niedostosowaniu społecznym i koncentracji na jednym osobliwym hobby, wyobrażałem sobie raczej wiecznego studenta lub NEET-a niż człowieka z konkretnym fachem w ręku.

 

Przypuszczałem, że konkurencja w tym konkursie będzie raczej niewielka, a teraz widzę, że muszę się bardzo mocno przyłożyć do pisanego właśnie opowiadania, żeby zachować bodaj śladowe szanse na zwycięstwo. Gratuluję sprawnego trafienia do Biblioteki i pozdrawiam!

Moim zdaniem Częstotliwość zerowa to Sonata. Styl i sposób narracji wydają się bardzo charakterystyczne, ale może się mylę, skoro nikt tak wcześniej nie obstawiał.

Cześć! Ślimak nadciąga z oślizgłym szuraniem…

Cisza to po prostu częstotliwość, której ludzkie ucho – ten niedoskonały, ewoluujący zbyt wolno kawałek chrząstki – nie potrafi zdekodować.

Cóż, nie. Cisza to brak fal dźwiękowych. Jak nie ma fal, to nie ma co mieć częstotliwości.

Udane opowiadanie, napisane ładnym, przemawiającym do wyobraźni językiem. Wartościowa próba przedstawienia perspektywy osoby, która postrzega świat głównie przez pryzmat dźwięków i jest na nie bardzo wrażliwa. Sam miewam tego rodzaju trudności, na szczęście wcale nie tak nasilone, ale czasem nie mogę wyłapać, co ktoś do mnie głośno mówi, a czasem wyprowadza mnie z równowagi brzęczenie lodówki (nie wspominając już o jednym przypadku, gdy narobiłem alarmu, że gaz się ulatnia, a to w sąsiednim pokoju szklanka coli stała na blacie), więc oczywiście cieszę się, że temat jest dostrzegany w literaturze. Mam jednak wątpliwości, na ile to wiarygodne, że raz Eliasz nie może wytrzymać jakichkolwiek dźwięków i stara się od nich na wszelkie sposoby odizolować, a raz jest w stanie się w nie wsłuchiwać i wychwytywać najdrobniejsze subtelności. Zakończenie jest o tyle dziwne, że nawet zakładając, iż bohater sobie tego “pożarcia” nie wyobraził, to ktoś niemający jego talentu słuchowego z pewnością nie zdoła go “usłyszeć w ciszy”. W sumie opowiadanie stanowczo warte lektury, ale wydaje mi się, że jest zbyt skromne fabularnie jak na Piórko.

Do cennych uwag Regulatorzy dołożę jeszcze taki drobiażdżek:

Stałem na skrzyżowaniach, kręcąc głową jak anteną radarową

Antena radarowa nie ma głowy, którą mogłaby kręcić.

Ach – i drugi wyraz tytułu pewnie powinien być od małej litery, chyba że to Eliasz ma na nazwisko Zerow.

 

Dziękuję za podzielenie się utworem i pozdrawiam ślimaczo!

Myślę, że nigdy nie miałem jednego ulubionego wiersza, może we wczesnym dzieciństwie… zawsze była to krótsza lub dłuższa lista, raczej coraz dłuższa. Jak wyżej, utwory Mickiewicza łapały się na nią raczej nie na czele. Za to jeśli chodzi o ulubiony epos, Pan Tadeusz nie ma realnej konkurencji; nawet licząc łącznie z poematami dygresyjnymi, uczciwie musiałbym go oceniać wyżej od BeniowskiegoDon JuanaKwiatów polskich czy Mariny. Chociaż takie wybory to dosyć arbitralna zabawa, oparta bardziej na gustach niż solidnej argumentacji. Barańczak o tym napisał z grubsza tak: “Ktoś może utrzymywać, jeśli się bardzo uprze, że Pochwała teściowej Różewicza jest lepszym wierszem niż Ehej, jak gwałtem obrotne obłoki Sępa-Szarzyńskiego, ale będzie mu trudno się wytłumaczyć, na podstawie jakich kryteriów tak twierdzi i dlaczego takie porównanie w ogóle ma sens”.

Zacząłem przeglądać Twoje propozycje. Staff stanowczo należy do najbardziej przeze mnie cenionych polskich poetów, ale jego poziom bywał z kolei bardzo nierówny, a Kochać i tracić to taki drobiażdżek, na który nigdy nie zwróciłem baczniejszej uwagi. Przyznaję jednak, że coś oddaje, pewną wizję świata i chęć pogodzenia się z nim, etap kształtowania światopoglądu stoickiego? Naprawdę wspaniałym utworem jest w mojej opinii Zaledwo wiem, lubię Dziesiątą muzę, z dłuższych form Krystę spod płota, oczywiście też Deszcz jesienny; z ostatniego etapu twórczości chociażby Pean czy Pytasz mnie, jak się czuję… – rzecz jasna Cię nie naciskam, żebyś to wszystko teraz czytała.

Tego utworu Wordswortha w ogóle nie znałem, co było pewnie sporą luką, bo wygląda na istotny dla wczesnego kształtowania nurtu romantycznego. Dziękuję! Przeczytałem w oryginale i przekładzie, i muszę powiedzieć, że tłumaczenie jest jak dla mnie mierne – czego najlepszym świadectwem, że łatwiej tu zrozumieć XVIII-wieczną angielszczyznę niż XIX-wieczną polszczyznę. Wordsworth pisał prostymi słowami i podał zupełnie klarowną konstrukcję myślową (inna rzecz, na ile rozsądną): że skoro bez naszego nakierowanego wysiłku oczy stale odbierają bodźce wizualne, uszy dźwiękowe, skóra czuje dotyk i temperaturę i tak dalej, to dlaczego sądzić, iż przyroda nie podsuwa równie samorzutnie naszemu umysłowi coraz to nowych prawd? Tymczasem polska wersja zaciera ten sens w niepotrzebnie egzaltowanym doborze sformułowań.

Gdy najdą mnie jakieś wartościowe myśli po przeczytaniu lub odświeżeniu sobie pozostałych propozycji, też na pewno dam Ci znać! I tak już od dawna sobie obiecywałem, że w końcu siądę do Kawafisa.

W niewoli praw Twych i w ludzkiej niewoli

żyłem wśród zwierząt, obce karmiąc plemię;

jeśli na drodze do wolności stoisz,

prawa odrzucę precz, a Boga zmienię!

 

Uważam, że smakowicie Ci to wyszło. Tekst przygodowy i humorystyczny, z wyrazistym, przekonującym bohaterem. Nie jest to pusta rozrywka, ponieważ widać zawartość przemyśleń o świecie – wolność jako dobro nadrzędne, kpina z religii obiecujących wyznawcom dobra materialne w raju, odniesienia do tradycji powstańczych – ale ideologia nie przytłacza fabuły, co moim zdaniem bywało problemem Twoich utworów. Widzę, że od wczoraj nieco doszlifowałeś opowiadanie redakcyjnie. Zręcznie bawisz się językiem (zaniewidziałem na lewe oko… w danych okolicznościach przyrody miałem definitywnie przerąbane… rosochate drzewiszcze… tenże skinął niedbale głową…). Ogółem znać warsztat literacki.

drakkaru  zasadził mi sążnistego kopa

Podwójna spacja (tu i jeszcze w paru miejscach się znajdzie).

A tu raptem jeden róg na dobę na łeb, i co z tego, że większy od krowiego wymienia.

– Znaczy rzeź i hopsasa? – zapytałem z nadzieją?

Czemu pytajnik na końcu?

Ktoś tam, ciężko dysząc, opuścił miecz.

Dzień dwadzieścia dwudziestek dwudziestek i trzeci

Niby żaden intelektualista, a twardo doliczył dzień po dniu do dwudziestu dwóch lat bez miesiąca.

przepłyniemy każdą rzekę tego pożal się bogowie, raju.

“Pożal się bogowie” to niewyraźne wtrącenie, wydzielić przecinkami obustronnie lub wcale.

 

Z przyjemnością klikam i pozdrawiam!

14… Ke8:d7

Obaj zginęli od wzajemnych strzałów.

Czarny Król podszedł, ażeby tę całą

scenę dokładnie obejrzeć do końca,

i na pamiątkę zabrał kuszę gońca.

Barwne, fantastyka odrobinę kostiumowa, ale trudno ją rozbudować w tak krótkim tekście.

Mnie natomiast ta miniaturka przypomniała o istnieniu rozkosznego słowa “paszczęka”, za co serdecznie dziękuję.

Jest dosyć prawdopodobne, że z kolei Autorowi przypomniał o nim Rybak na Shoutboksie, a być może była to nawet pierwsza inspiracja drabble’a?

Widzę kilka różnych opcji i nie wiem, którą poeta miał na myśli.

Wprawdzie od razu odgadnąłem intencję, ale jedna rzecz w tekście z nią nie współgra. Otóż jeżeli narrator wszechwiedzący oznajmia, że “jej oczy rozszerzyły się w wyrazie zdumienia i przerażenia”, to ewidentnie znaczy, że się Ewce nie spodobało. Gdyby chociaż napisać “zdumienia i chyba przerażenia”, sens końcowej sceny byłby pewnie dużo czytelniejszy.

Może to kwestia płci, że dla Was takie rozwiązanie jest bardzo prawdopodobne, a dla mnie niekoniecznie.

Może tak, choć zakładałbym, że byłaby to raczej różnica doświadczeń związanych z rolami płciowymi niż fundamentalnie myślenia. Widzę tu jednak też inne zagadnienie: zapewne moglibyśmy obejrzeć bez przykrości hentai, w którym banda napalonych orków zabawia się ze schwytaną elfką, ale przy takim, w którym banda napalonych “orków” zabawia się ze schwytaną Ukrainką, zrobiłoby nam się niedobrze i chcielibyśmy zapytać autora, co on sobie właściwie myśli. Jest zatem bardzo istotne (dla prawdopodobieństwa rozwiązania), czy w świecie przedstawionym walki elfów z orkami należą do fikcji lub zamierzchłej przeszłości, czy też stanowią współczesne realia i tylko Baśka z Ewką spotkały się na neutralnym gruncie (np. krasnoludzkiej uczelni). Zabrakło tła opowieści.

 

W ogóle myślę, że utwór udusił się w wymiarze drabble’a, trochę więcej miejsca pomogłoby też choćby wyraźniej pokazać, czy “Przysięgam, niedługo będziesz sobie szukać nowej współlokatorki!” jest istotnie przysięgą, czy rutynowym wyrazem lekkiej irytacji.

Pozdrawiam Was serdecznie!

A oto i zasłużone podsumowanie końcowe:

 

HollyHell91 – Cogito ergo stultus sum – 6/5 głosów, 0,5 TAKA (beeeecki), nominacja!

Robert Raks – Pierwszy oddech – 3/5 głosów;

crev – Największy z kolektorów – 2/5 głosów;

Anonim – Mapa do szczęścia – 2/5 głosów;

krar85 – Przeznaczenie Kapibarnika – 1/5 głosów;

fanthomas – Tajemnicze osoby odwiedzające nas nocą, gdy śpimy – 1/5 głosów;

Ray Ramsay – Jutrzenka – 1/5 głosów.

 

Zgłoszenia Loży:

HollyHell91 – Cogito ergo stultus sum (Finkla);

Anonim – Częstotliwość zerowa (Finkla);

cezary_cezary – Wąsy w prezencie dla żony, czyli krótka (…) (Bardjaskier);

AnonimParagrafówka (Bardjaskier);

Anonim – Wszystko przez Krzycha (Ambush).

 

Ponownie przypominam Autorom Anonimowym o wymogu podania Loży swoich nicków. Dopuszczalną metodą wciąż pozostaje wiadomość prywatna do Finkli.

Na pewno widzę tutaj też motyw nietrwałości pamięci i środków przekazu, o którym parę razy rozmawialiśmy z Autorem. Trudniej mi się dopatrzyć, czemu służy odesłanie odbiorcy tytułem do Dalego lub Grochowiaka.

Co do "Śniła mi się zima" to Mickiewicz miał jakieś strasznie poetyckie sny hahah.

Tak łatwo bym się nie założył, ile w tym sprawozdania, a ile poetyckiej autokreacji. Zauważ tylko, że w tym wierszu użył snu – mniejsza o to, na ile prawdziwego – jako materiału do psychoanalizy prawie na wiek przed Freudem.

Dziewczyna dostała karę, by straszyć innych, co w sumie równa się temu, że jej kara polega na tym, by dalej była podła. I to dla mnie dziwne, bo przecież w wymierzeniu kary powinno chodzić o sprawiedliwość.

To przekonanie, że dusze czyśćcowe błąkają się po ziemi i szukają ukojenia, występowało wówczas w kulturze ludowej. Mickiewicz wyróżniał się tym, że tych wątków ludowych, ośrodkowych dla powstania romantyzmu, nie kopiował niewolniczo jak wielu pośledniejszych autorów, lecz od samego początku je kreatywnie przetwarzał i nawet z nich żartował. Trudno mi to wysłowić, ale myślę, że w tym wierszu najbardziej ujmuje mnie właśnie kontrast, gdy z jednej strony lokalne wierzenia są potraktowane z szacunkiem i powagą, a z drugiej fabularne spotkanie z marą – obrócone w komizm. Czytelnik widzi, że wypowiedź narratora jest sarkastyczna, a niebiański wymiar sprawiedliwości traktuje ją dosłownie…

Ja ogólnie z Mickiewiczem mam tak, że gdy przeczytam jakiś jego utwór, to myślę "ładne", a potem zapominam. Z drugiej strony są wiersze, który nie potrafię zapomnieć (jak np. "Pytasz, co w moim życiu…" Lechonia) i na tle tych wierszy Mickiewicz wypada dobrze, ale po prostu nie aż tak dobrze.

Zgodziłbym się zasadniczo z Twoją oceną: Mickiewicz trzymał bardzo wysoki i równy poziom, który jednak inni poeci potrafili przekraczać w pojedynczych najlepszych utworach, nawet jeśli przeciętnie pisali słabiej. Twój przykład jest ciekawy, ten wiersz Lechonia uważam naturalnie za bardzo udany, ale nigdy nie zapadł mi jakoś szczególnie w pamięć. W ogóle to mógłby być fajny pomysł na zabawę, żeby każdy uczestnik polecał innym swoje ulubione nieoczywiste wiersze.

13… Gc8-d7

Gdy nagle trzeba reakcji na szarżę

zagrażającą samemu Monarsze,

w bój drugi Kapłan rusza. Mimo wszystko,

pchając przed sobą pokaźne brzuszysko,

Mrocznego Władcę wesprze swoją sztuką:

mniej wprawny w magii, lecz arcymistrz łuku,

jak miech kowalski sapie, dyszy, bucha,

kiedy dociąga cięciwę do ucha.

12… Sf6-e4

Znów drugi Rycerz w czerni wlazł na wzgórze

i mruczał “Długiej obrony nie wróżę…”,

i śmiał się w kułak, oglądając z bliska

mur dość już uszkodzonego zamczyska.

Poproszę na spróbowanie “Zagubiony turysta na plaży naturystów”. Najwyżej się nie wyrobię.

11… Ha5:a4

W dłoniach piekielnej Królowej

widniał (nie miała już kopii)

karabin z zamkiem kołowym,

ręcznej, misternej roboty.

Już mierzy wprost w Hetmana,

już go pod brodę ubodła,

rozkwita śmiertelna rana

i Hetman osuwa się z siodła.

Gdy nad nim stała, wyniosła –

tej sceny nie zapomnisz –

podkradł się do niej z ukosa

prosty, młodziutki żołnierz,

chcąc pomścić los swego wodza.

Szepnęła chłopcu “Do dzieła”,

jakby niestraszna jej groza,

jakby jej nawet pragnęła.

10… Gb4:c3

Złowrogi kapłan jakby z cieniem żalu

podszedł i przebił go sztychem kindżału.

 

Długą roszadę zapisuje się zwykle jako O-O-O (a krótką jako O-O). Zwróć uwagę, że to wielkie litery “o”, nie zera (akurat ten błąd sam długo popełniałem).

Cześć, Marzenko!

Przy lekturze nasuwają mi się różne wątpliwości…

kiedy faktycznie przystąpił do realizacji swojej zapowiedzi, wielu gryzło się w język

A nie kiedy ją zrealizował po prostu? W tej wersji mam taką wizję, że on prowadzi awionetkę i zbliża się do tego zbocza góry, a dookoła stoją gapie i gryzą się w język.

Zawsze miał na myśli jakąś prawdę życiową, a raczej nieznoszące wyjątku prawo architektury bytu.

Ten dopisek coś wnosi znaczeniowo?

No i Mariusz wyleciał w powietrze.

Raczej rozkwasił się na mokrą plamę.

Sama nie jestem historyczką, ale widziałam jedną zasadniczą cechę wspólną: obaj byli po prostu martwi.

Może “teraz widziałam”, żeby się to nie odnosiło do młodych lat Mariusza, kiedy raczej nie był martwy.

Funkcjonariusze odnaleźli miejsce tego, co zdecydowanie było zdarzeniem komunikacyjnym, ale wątpliwości tylko się nawarstwiały. Założenia wstępne śledztwa uznano za wątpliwe

Tu jest jakiś duży przeskok – drugie zdanie chyba nie dotyczy momentu odnalezienia szczątków, lecz podsumowuje całe śledztwo, ale to nie jest czytelne.

czujni nie dostrzegali

“Pomimo uważnego oglądania nie dało się na nich dostrzec”?

Same jego zainteresowania, łączące historię tajnych stowarzyszeń, okultyzm i orientalną mistykę, czyniły z niego idealną ofiarę ciemnych sił.

Brakuje jakiegoś nawiązania do tego, że dotychczas poznaliśmy raczej jego zainteresowanie lotnictwem i starożytnym Rzymem.

 Chłodny dotyk dreszczu

Lepiej po prostu “chłodny dreszcz”.

Od początku posiadałam własną teorię

Lepiej “miałam” (i może “hipotezę”).

Niemniej odczuwałam silną potrzebę zdobycia empirycznego potwierdzenia.

Nie pisałbym “niemniej”, bo tu nie ma przeciwstawienia, chęć potwierdzenia swojej hipotezy jest zupełnie logiczna.

do końca jechał wbrew nawigacji, tak więc szybko skończyliśmy w jakichś bliżej nieokreślonych szuwarach.

“Ugrzęźliśmy”?

natknąć się jedynie na cygańskie koczowiska.

Raczej na jedno koczowisko (albo: w ciągu kilku godzin natykać się na koczowiska).

Spiskowcy, dokonujący egzekucji spisku w takich warunkach

Realizujący swoje knowania (i bez przecinka).

Przemoczeni, cudem znaleźliśmy samochód, a wróciwszy do miasta, przystąpiliśmy do konsumpcji

Wydzielanie równoważników zdań podrzędnych.

wydał z ust ekstazę nirwany

Że co niby zrobił?

Wyrzucając niedopałek na usyfioną pyłem płytę lotniska, żegnał się ostatecznie z ziemskimi przyjemnościami, wybierając uciechy niebiańskie.

Lepiej “i wybierał”, gromadzenie w taki sposób grup imiesłowów to spora niezręczność.

obecnie zbija nim piątki

Zbija piątki własnym ciałem?

odpowiednie służby głowią się nad tym, co uważają za porażkę śledztwa. Nie ukrywają żadnej ze swoich mrocznych machinacji, lecz machinację innych sił, potężniejszych od nich samych.

Tu bohaterka mogłaby się zdecydować, czy służby głowią się nad porażką śledztwa, czy też rozumieją, co zaszło, i ukrywają machinacje innych sił, bo na razie mówi dwie sprzeczne rzeczy naraz.

forma przejścia w inną formułę bytu

Usunąć powtórzenie (sposób?).

Może też nie naśladować go wcale.

Jeżeli postanowi go naśladować, to nie może go nie naśladować…

Potem poprawiłam się w krześle

Potem, to znaczy po tym, jak wiedziała? Na krześle, w fotelu.

Przez krótką chwilę zastanawiałam się, za ile papierosów sama będę gotowa

Zdanie podrzędne.

ledwo wyobrażalna końcówka

Zbędny ogonek.

 

W moim odczuciu przekombinowane. Po pierwszych akapitach spodziewałem się ładnej historyjki o tym, jak to bohaterka mówi do grona przyjaciół, a zarazem sama układa sobie w głowie i pociesza się, że Mariusz umarł szczęśliwy, bo w swoim stanie chorobowym był przekonany, że leci połączyć się ze swoim idolem Gajuszem Mariuszem; może z elementem fantastycznym w postaci pozostawienia cienia nadziei, że w świecie przedstawionym istotnie tak się stało. Tymczasem dostałem męczące wywody o nikłej moim skromnym zdaniem wartości filozoficznej. Lepsza wiadomość jest taka, że językowo w sumie nieźle, problemy wynikały tu raczej z chęci ozdobnej komplikacji niż z jakichś fundamentalnych niedociągnięć.

Nowym użytkownikom zawsze staram się polecać poradnik Drakainy https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842842, znajdziesz tam mnóstwo przydatnej wiedzy o funkcjonowaniu Portalu. Jeżeli chcesz, możesz przywitać się ze wszystkimi w wątku https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/56842845. A co najważniejsze, zachęcam do możliwie intensywnego czytania i komentowania tekstów innych autorów – w końcu opieramy się na zasadzie wzajemnej pomocy literackiej!

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Ładne, bruce! Pierwsze to taka klasyczna kolęda, spełnia wszystkie wymogi gatunkowe, może nie rzuca mnie na kolana jako wiersz (tylko nie pytaj, gdzie Ślimak ma kolana), ale chętnie bym jej posłuchał umiejętnie zaśpiewanej. Drugie to zdecydowanie bardziej nowoczesna impresja, ciekawie balansuje między prostotą a subtelnością. Obydwa mają dobrze utrzymany rytm, oczywiście w zupełnie różny sposób.

Pozostając przy tak zwanych ekscerptach (fragmentach większych utworów dających się traktować jako samodzielne), świetna jest ballada “Alpuhara”Konrada Wallenroda.

Stosunkowo mało znanym i chyba niedocenianym wierszem Mickiewicza, na moje wyczucie znacznie wyprzedzającym swoje czasy, jest “Śniła się zima”.

Z pierwszej serii ballad bardzo przyjemne wrażenie wywarło na mnie “To lubię”, z późniejszych chyba najchętniej poleciłbym “Czaty”.

I oczywiście – choć to już ambitniejsze wyzwanie – zawsze warto wrócić do Pana Tadeusza w dobrym wydaniu krytycznym (Ossolineum), żeby móc docenić wszystkie żarty, smaczki językowe, bogactwo kreacji świata i postaci…

Cześć, Cezary!

Na początku tekstu zwróciłem uwagę na rozmaite potknięcia:

utrwaliły mnie jednak w przekonaniu

Utwierdziły mnie w przekonaniu (utrwaliły we mnie przekonanie).

Bo wyobraźcie sobie taki oto obrazek.

Wyobraźcie obrazek – nie za dobrze to brzmi.

Wielokrotnie słyszałem, że coś, co jest dziwne, nie musi być z automatu nielogiczne. Wydarzenia minionej środy utrwaliły mnie jednak w przekonaniu, że niekoniecznie jest to prawda. (…) I to wszystko zdało mi się nie tylko dziwne, ale i zdecydowanie nielogiczne.

To się nie do końca spina w całość: konkretny wypadek, w którym coś okazało się zarówno dziwne, jak i nielogiczne, nie jest mocnym argumentem przeciw tezie, że dziwność nie implikuje nielogiczności. Zapewne mógłby utwierdzić bohatera w takim przekonaniu, ale wymagałoby to ugruntowania w licznych podobnych prawidłowościach, które zdarzało mu się już obserwować.

o odcieni zleżałego moczu

O odcieniu (“odcień” jest rodzaju męskiego, ale już “żółcień” żeńskiego…).

zawirował. Zupełnie zignorowałem zawodzenia

Jakby za dużo “z”.

z szóstego przykazania zorganizowała spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością

Rozumiem, że miało to być zabawne, ale dla mnie wygląda bardziej jak błędnie skonstruowane zdanie, spółki raczej nie organizuje się “z czegoś”, a co dopiero z przykazania.

 

W ogóle nic mnie tutaj niestety nie rozbawiło. Prosty fabularnie tekst na znany temat, że mniej lub bardziej wyimaginowane defekty kosmetyczne nie są prawdziwym źródłem problemów życiowych. Szanuję sprawność dopasowania do hasła konkursowego, ale piórkowo na NIE.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Nowa Fantastyka