Jaka tu się zajmująca dyskusja wywiązała! Może na początek przyznam, że odbiłem się z hukiem od tego tekstu, kiedy jeszcze był anonimowy. Znalazłem rozwiniętą kolonię górniczą, która ma komórkę FBI, ale nie ma sądów i prawników, znalazłem narkotyk, który daje programowalne tripy (gdyby chociaż w koordynacji z zestawem VR!) i stwierdziłem, że to jakieś naiwne SF, którego nijak nie mam siły analizować i dekonstruować krok po kroku. Możliwe też, że odrobinę zraziły mnie wulgaryzmy, choć całkowicie uzasadnione fabularnie. Pozostaje wyrazić podziw dla Tarniny, że dała radę się tym tak rzetelnie zająć.
Niemniej skoro już poznałem autorstwo i przeczytałem opowiadanie od deski do deski, miałem z tego przyjemność. Wysiłki bohaterów pracujących nad znalezieniem tajnej wiadomości są barwnie odmalowane, można je śledzić z zainteresowaniem i samemu myśleć – nie wypadając zbyt mocno z zawieszenia niewiary, nawet jeśli po uczciwej analizie trzeba przyznać, że intryga jest mocno naciągana. Poszczególne wątpliwości, które z perspektywy jurora naturalnie wymagają przede wszystkim skrytykowania do gruntu, z perspektywy pomocnego czytelnika na portalu literackim są jednak wyzwaniem do załatania (jak choćby wyżej wzmianka o zestawie VR).
Tak przy okazji, gdzie Ty widzisz tę Afrykę w logo UNICEF? Rozumiem, że trzeba zwracać uwagę na białe tło. Kiedy patrzę od strony głów obojga, mam coś jakby grzyb wznoszący pięść w górę lub kobiecy układ rozrodczy z usuniętym jednym przydatkiem. A od strony szyi dziecka garbaty trójkąt ostrokątny z przesmykiem u szczytu, w którym od wielkiej biedy (ignorując cały ten teren po lewej) mógłbym się raczej dopatrzyć Ameryki Południowej. Ach, czekaj… rączka dziecka wchodzi na tło Afryki, no przecież! Jednak ten kontur jest bardzo nieprecyzyjny i myślę, że mało kto wpadłby na takie skojarzenie bez podpowiedzi.
Wracając do łatania dziur fabularnych: mapa. Przesyłanie jej zamiast koordynat geograficznych to zaćmienie umysłowe, które zdarza się najlepszym – ale nie jest wiarygodne, by przestępcy i śledczy doznali dokładnie tego samego zaćmienia. Wystarczy jednak dopisać w jednym-dwóch zdaniach to, co przecież jest już zasugerowane lub niemal zasugerowane: że informator umieszczony w mafii dowiedział się, iż będą próbowali fizycznie przemycić mapę, bo uznali to za bezpieczniejsze niż przesyłanie jej cyfrowo wobec kosztu transferu danych, a co za tym idzie – nieuchronnych podejrzeń i szczegółowej analizy podanego obrazka. Być może utyskiwał przy tym na poziom umysłowy środowiska, w którym jest zmuszony pracować.
Dalej w sprawie Paula. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi bez pomocy Tarniny, która wydaje się bardziej wyczulona na te kwestie, ale w tej chwili on rzeczywiście trochę wygląda jak naszkicowana grubą kreską postać z broszurki propagandowej pt. “Religijność jako zaburzenie umysłowe”. Sam zlecił badania kodu genetycznego pod kątem ukrytej przez ludzi wiadomości i zamówił drogi sprzęt, a kiedy znaleziono tam kiepską ikonę, upiera się, że to dowód na inteligentny projekt?! Nie chciałbym zabrzmieć, jakbym Cię pouczał, bo wiem, że potrafisz szkicować charakter postaci dużo wiarygodniej ode mnie – może dałoby się szerzej pokazać napięcia między nim z jednej strony a Aleksem i Eriką z drugiej, od scenek komediowych (głośno odmawia nowennę za dusze dzieci nienarodzonych, kiedy inni próbują spać, co daje podkład dla podejrzeń Eriki) do poważnych (można by rozwinąć, że krytykuje ich za sypianie ze sobą bez ślubu i daje do zrozumienia, że zamierza ich rozdzielić przy pierwszej nadarzającej się okazji), co dałoby miejsce dla ugruntowania jego dziwactw, a także rozbudowania osobowości tych dwojga?
I wreszcie kwestia, która najbardziej mnie tutaj zwabiła, czyli samo dekodowanie wiadomości. Sposób wpadnięcia na to, że znajduje się ona w kodzie genetycznym bakterii, przedstawiasz moim zdaniem w pełni wiarygodnie. Chyba to także realistyczne, że ogół materiału DNA jest łatwy do pozyskania, a prawdziwe wyzwanie stanowiłoby wyizolowanie zeń genomów poszczególnych bakterii, nie jestem pewien, jak to dokładnie wygląda, ale zapewne robiłaś jakiś przegląd źródeł. Wątpliwości co do samej formy kodowania to ciekawy temat. Skoro informacja ma być odczytana komputerowo (a nie przez człowieka z mikroskopem, notesem i ołówkiem…) oraz w ogóle przypuszczamy, że jest to zapis pliku graficznego, na pewno przyjąłbym założenie robocze, że poszukiwany kod jest binarny. Przyjęte przez bohaterów opowiadania przypuszczenie, że A, C, T, G odpowiadają w jakimś porządku 00, 01, 10, 11 jest naturalne, ale już znacznie bardziej ryzykowne. Równie dobrze mógłby to być, jak pisze Tarnina, kod zdegenerowany, w którym całe kodony DNA reprezentują zera lub jedynki. Albo – taki pomysł mi się nasunął – zapis binarny na ostatnich pozycjach trójek, tak żeby szyfr nie zmieniał funkcjonalności edytowanego genomu.
Typową metodą poszukiwania szyfrogramu (w tym steganogramu) w tekście jest badanie zmian częstotliwości poszczególnych znaków, a także ich par itp. Pierwsze, co chciałbym znaleźć na miejscu bohaterów opowiadania, to obszar, na którym odczytywany genom zachowuje się dziwnie (obecność kodonów stopu jeden obok drugiego, zaburzenia https://en.wikipedia.org/wiki/Codon_usage_bias i różne takie). Dopiero następnym logicznym krokiem byłaby próba dopasowania początku tego obszaru do wzorców nagłówka pliku .jpg (czy innych znanych formatów graficznych) według różnych wyobrażalnych metod kodowania zapisu binarnego. Inna rzecz, że gdybym już wyodrębnił plik i widział tam jakiś pozbawiony znaczenia obrazek, pierwszą myślą byłoby sprawdzenie, czy nic nie zostało w nim ukryte metodą najmniej znaczącego bitu (https://en.wikipedia.org/wiki/Bit_numbering). Wspominasz wprawdzie, że Xian “stosował rozmaite transformacje”, ale na mój gust sugeruje to raczej jakieś przekształcenia afiniczne czy zmiany kolorystyki.
I na koniec odnośnie do imiesłowów… Wiadomo, że najbardziej typowe i wskazane zastosowanie imiesłowu przysłówkowego współczesnego to opisanie czynności rozciągniętej, podczas której lub równocześnie z którą zachodzi inna czynność lub zdarzenie. “Jadąc na rowerze, minąłem się z policjantami”. Zastępowanie takim imiesłowem okolicznika przyczyny jest konstrukcją utartą i moim zdaniem całkowicie dopuszczalną: “Nie dostrzegając przyjaciółki na przystanku, popędziłem za dwoma facetami niosącymi zrolowany dywan”. Podobnie zastępuje się okolicznik sposobu: “Przeprowadzając skomplikowane obliczenia, wypełniałem kolejne pozycje tabeli”. Jednak zastępowanie imiesłowem okolicznika celu, co tutaj próbowałaś zrobić, zwykle jest już uchybieniem stylistycznym (broni się jeszcze najczęściej przy użyciu “chcąc, pragnąc”). Na przykład “Wprowadźmy system badań prenatalnych, wykrywając zawczasu groźne dla życia mutacje” ma wyraźnie inny odcień znaczeniowy niż “żeby zawczasu wykrywać” i nie jest szczególnie sensowne. Jeszcze wyraźniejszym błędem jest zastępowanie w taki sposób okoliczników warunku czy przyzwolenia. Wydaje mi się, że Tarnina dostrzega tę wadę w tekstach znacznie częściej i bardziej systematycznie ode mnie, wprawdzie czasem też wytykając konstrukcje, które ja byłbym jeszcze skłonny uznać za dopuszczalne.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!