- Opowiadanie: AP - Paragrafówka

Paragrafówka

Osoba

Prze­su­nię­cie mię­dzy świa­ta­mi

Strych

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Paragrafówka

Ulicz­ki sta­rów­ki po­now­nie za­czę­ły wy­peł­niać się ludź­mi. Tu­ry­ści na­sy­ce­ni atrak­cja­mi mia­sta i oko­lic szu­ka­li naj­lep­sze­go miej­sca, by gdzieś usiąść i zjeść.

To był ostat­ni dzień urlo­pu Igna­ce­go i Ka­ro­li­ny. Na­za­jutrz rano mieli lot do kraju, więc tym razem po­sta­wi­li na ko­la­cję w swoim apar­ta­men­cie. Na po­cząt­ku prze­dłu­żo­ne­go week­en­do­we­go wy­pa­du – przy oka­zji de­gu­sta­cji w mod­nej bot­ti­glie­rii – ku­pi­li bu­tel­kę lo­kal­ne­go czer­wo­ne­go wina i aż do tego dnia nie mieli oka­zji go wypić.

Zbli­żał się zmierzch. Przed ko­la­cją wy­bra­li się na ostat­ni spa­cer, by, nim za­pad­nie zmrok, po­że­gnać się z mia­stem. Szli nie­mal pustą nad­mor­ską pro­me­na­dą w kie­run­ku portu. Prze­chadz­kę po­sta­no­wi­li za­koń­czyć tuż przed Te­atrem Mar­ghe­ri­ta.

We­szli na molo, mi­nę­li opu­sto­sza­łe stra­ga­ny targu ryb­ne­go, by stam­tąd jesz­cze raz po­pa­trzeć na pięk­ną fa­sa­dę bu­dyn­ku. Gdy usta­wia­li się do sel­fie, jeden z trzech ko­czu­ją­cych w po­bli­żu męż­czyzn pod­szedł do nich i ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną za­pro­po­no­wał swoje usłu­gi. Był szczu­pły i wy­so­ki, nawet przy­stoj­ny. Miał na sobie mar­ko­we ciu­chy. Gdyby nie ota­czał go smród potu, szczyn i al­ko­ho­lu, wy­glą­dał­by jak tu­ry­sta. Igna­cy po­czuł lekką obawę, ale prze­mógł się i podał nie­zna­jo­me­mu te­le­fon.

Męż­czy­zna prze­jął ko­mór­kę, zro­bił parze kilka zdjęć i za­pro­po­no­wał zmia­nę po­zy­cji. Póź­niej za­czął wy­my­ślać nowe uję­cia. Sy­tu­acja sta­wa­ła się iry­tu­ją­ca i gdy grzecz­ne próby za­koń­cze­nia sesji nie przy­nio­sły re­zul­ta­tu, Igna­cy sta­now­czo za­żą­dał zwro­tu te­le­fo­nu. Sa­mo­zwań­czy fo­to­graf nic sobie z tego nie robił i coraz bar­dziej roz­ba­wio­ny, nie prze­sta­jąc pstry­ka­nia, za­czął się wy­co­fy­wać w kie­run­ku swo­ich kom­pa­nów, któ­rzy ze śmie­chem ob­ser­wo­wa­li całą scenę. Igna­cy po­dą­żył za nim, mimo usil­nych prób Ka­ro­li­ny, by go po­wstrzy­mać. Poza nimi i włó­czę­ga­mi ni­ko­go na molo nie było. Igna­cy do­sko­na­le zda­wał sobie spra­wę z nie­rów­no­wa­gi sił, ale nie od­pusz­czał.

– Want this? Jump! – Ban­dy­ta za­mach­nął się i rzu­cił ko­mór­kę w morze, po czym splu­nął i usiadł przy kum­plach.

Igna­cy stał oszo­ło­mio­ny. Ka­ro­li­na po­de­szła do niego, chwy­ci­ła za rękaw i po­cią­gnę­ła.

– Prze­cież wiesz, że mu­sisz uwa­żać na serce – pró­bo­wa­ła prze­ko­nać męża do odej­ścia.

– Co? – Męż­czy­zna tępo spoj­rzał na żonę, jakby nie ro­zu­miał, co się dzie­je.

Nie było sensu tu po­zo­sta­wać. Za­czę­ło się ściem­niać i, jak się prze­ko­na­li, nie­bez­piecz­nie. Igna­cy w końcu zro­bił kilka kro­ków za żoną, ale pchnię­ty ja­kimś im­pul­sem za­wró­cił. Chwy­cił ka­mień przy­trzy­mu­ją­cy plan­de­kę na jed­nym z kra­mów i pod­szedł do grup­ki ko­czow­ni­ków, któ­rzy naj­wy­raź­niej już zdą­ży­li o wszyst­kim za­po­mnieć.

Pierw­szy cios w skroń po­wa­lił bez­dom­ne­go. Na­past­nik nie prze­sta­wał ude­rzać. Cały świat wokół prze­stał ist­nieć. Gdy z głowy ofia­ry zo­sta­ła tylko krwa­wa mia­zga, wy­pro­sto­wał się i roz­ju­szo­ny z wy­zy­wa­ją­cą pozą spoj­rzał na to­wa­rzy­szy za­mor­do­wa­ne­go. Włó­czę­dzy po pierw­szym cio­sie ze­rwa­li się na równe nogi, a potem stali prze­ra­że­ni, nie ro­zu­mie­jąc, co się dzie­je. Nie byli chęt­ni do walki. W końcu jeden z nich po­ko­nał pa­ra­liż i wziął nogi za pas. Po­biegł w głąb mola mię­dzy sto­ją­ce tam bu­dyn­ki. Dru­gie­go to otrzeź­wi­ło i rów­nież uciekł. W bar­ło­gu zo­sta­wi­li wszyst­kie swoje skar­by – pa­miąt­ki, szma­ty, to­boł­ki, po pro­stu swoje życie oraz to­wa­rzy­sza po­zba­wio­ne­go głowy. Igna­cy na­brał po­wie­trza. Spoj­rzał na zszo­ko­wa­ną żonę i za­py­tał:

– O co ci cho­dzi­ło z tym ser­cem?

– Ko­cha­nie, wra­caj­my do domu – Ka­ro­li­na sta­ra­ła się mówić spo­koj­nie. Po­wo­li ode­bra­ła ka­mień z ręki męża i ci­snę­ła w wodę.

 

Po­bie­gli w kie­run­ku mia­sta. Szyb­ko do nich do­tar­ło, że jeśli nie chcie­li wzbu­dzać po­dej­rzeń, to po­win­ni się uspo­ko­ić. Przy­ha­mo­wa­li i teraz już po­wo­li prze­mie­rza­li ulicz­ki za­byt­ko­wej czę­ści me­tro­po­lii. Igna­cy miał krew na rę­kach i ubra­niu, ale było już ciem­no, więc na szczę­ście dla nich nikt tego nie za­uwa­żał. We­szli w jakiś cia­sny za­ułek. Ka­ro­li­na roz­pu­ści­ła włosy, za­ło­ży­ła kurt­kę, którą za­bra­ła do ple­ca­ka, a Igna­ce­mu ka­za­ła zdjąć swe­ter. Po­now­nie wmie­sza­li się w tłum, by klu­cząc ulicz­ka­mi w końcu wyjść ze sta­rów­ki. Przy ja­kimś po­ideł­ku umyli ręce. Pró­bo­wa­li mylić tropy. Za­cho­dzi­li do róż­no­ra­kich lo­ka­li, by, jeśli to moż­li­we, innym wyj­ściem, zmie­nia­jąc jakiś ele­ment gar­de­ro­by, kon­ty­nu­ować wę­drów­kę. Ka­ro­li­na śmia­ła się, coś szep­ta­ła do męża, za­sta­na­wia­ła się nad kup­nem su­we­ni­rów. Kie­ro­wa­ła ma­ska­ra­dą, a Igna­cy, nic nie mó­wiąc, pod­da­wał się jej re­ży­se­rii.

W apar­ta­men­cie Ka­ro­li­na wrzu­ci­ła ubra­nie do pral­ki, mę­żo­wi ka­za­ła wejść pod prysz­nic i za­bra­ła się do przy­go­to­wa­nia ko­la­cji. Gdy Igna­cy wy­szedł z ła­zien­ki, spa­ghet­ti frut­ti di mare cze­ka­ło na stole.

– Otwo­rzysz? – za­py­ta­ła z uśmie­chem, jak gdyby nigdy nic, wska­zu­jąc bu­tel­kę wina.

– Mu­si­my iść na po­li­cję – Igna­cy, który pod zim­nym stru­mie­niem wody tro­chę ochło­nął, pierw­szy raz od in­cy­den­tu na molo w końcu wy­do­był z sie­bie głos.

– I co im po­wie­my? – za­py­ta­ła trzeź­wo żona.

– Praw­dę.

– Czyli?

– Za­mor­do­wa­łem czło­wie­ka.

– Czło­wie­ka? Je­steś pe­wien? A może to był zwy­kły…

– Jak mo­żesz tak mówić? Cały czas po­wta­rzasz „kto nisz­czy jedno życie, jakby znisz­czył cały świat”. A teraz to?

– Nie zro­zu­mia­łeś! Sza­nu­ję każde życie. Ale wiesz, co myślę o świe­cie, o na­szej roli, o wę­drów­ce…

– Nie! Nie i nie! Nie chcę już słu­chać tego ne­wa­ge’owego pier­do­le­nia. My­śla­łem, że trzy­dzie­ści lat temu z tym skoń­czy­łaś!

– Dobra. Po pierw­sze, skąd ci się wziął ten new age? To, co myślę, wy­ni­ka z czy­stej fi­zy­ki, ze wzo­rów i… I… I nie ro­zu­miem, czemu przy­wo­łu­jesz te ar­gu­men­ty… Te głu­pie ar­gu­men­ty… Jak mo­żesz? To takie… Ale okej, nie wra­caj­my do tego. – Ka­ro­li­na za­ci­snę­ła zęby i kon­ty­nu­owa­ła: – Za­mor­do­wa­łeś, tak? A ja po­mo­głam ci uciec. Za­mor­do­wa­łeś? Ty za­mor­do­wa­łeś! Ty! I my­ślisz, że tylko ty po­nie­siesz karę? A po­my­śla­łeś o mnie, o dzie­ciach? Czemu chcesz nas karać za swój durny czyn? Coś ci się nagle w mózgu na kilka se­kund prze­sta­wi­ło. Kilka se­kund za­mro­cze­nia i chcesz prze­kre­ślić całe życie?

– Prze­stań…

– To był jakiś de­ge­ne­rat. Za­bi­łeś czło­wie­ka? Ty? Byłeś wtedy sobą? My­śla­łeś lo­gicz­nie? To ten śmieć prze­sta­wił ci waj­chę w mózgu i zro­bił z cie­bie za­bój­cę. To on jest od­po­wie­dzial­ny! A ty chcesz uka­rać wszyst­kich swo­ich bli­skich? O nie, mój drogi, nie za­słu­ży­li­śmy na to! Uczci­wie bę­dzie, jak sam po­nie­siesz ten krzyż i ni­ko­go wię­cej nim nie ob­cią­żysz. Wiem, bę­dzie cięż­ko, ale nie od­wró­ci­my tego i nic do­bre­go nie wy­nik­nie, jak się przy­znasz.

Ka­ro­li­na mó­wi­ła i mó­wi­ła. Sama otwo­rzy­ła wino i roz­la­ła do kie­lisz­ków. I mó­wi­ła. Na­pi­ła się, zja­dła i mó­wi­ła.

– Od­na­leź­li­śmy się. Nawet nie wiesz, jakie to trud­ne… Jak dwie po­łów­ki po­ma­rań­czy… Mó­wisz, że mnie ko­chasz. Jeśli tak, to za­po­mni­my o wszyst­kim albo i nie za­po­mni­my, ale ni­ko­mu nie po­wie­my… Od­na­leź­li­śmy się. Nawet nie wiesz… – beł­ko­ta­ła. Al­ko­hol robił swoje.

– Nie je­stem głod­ny. Idę spać.

A ona wciąż mó­wi­ła. Do­koń­czy­ła ko­la­cję, do­pi­ła wino, włą­czy­ła zmy­war­kę i po­ło­ży­ła się obok męża.

 

Pierw­sza wsta­ła Ka­ro­li­na. Do worka na śmie­ci wło­ży­ła za­war­tość pral­ki. Do­pa­ko­wa­ła przy­go­to­wa­ne na po­wrót ple­ca­ki, sprząt­nę­ła ła­zien­kę, opróż­ni­ła lo­dów­kę, wzię­ła prysz­nic. I obu­dzi­ła męża.

Wy­rwa­ny ze snu Igna­cy szyb­ko przy­po­mniał sobie zda­rze­nia po­przed­nie­go dnia.

 – Zła­pią nas – po­wie­dział w taki spo­sób, jakby to nie było stwier­dze­nie faktu, ale py­ta­nie o plan.

– Wąt­pię. Ta trój­ka pew­nie była tu nie­le­gal­nie. Byli na­ćpa­ni. Znaj­dą ciało, pew­nie już zna­leź­li, po­li­cja uzna, że to była kłót­nia mię­dzy nimi. Tych dwóch ucie­kło i będą się ukry­wać. A nawet, jak ich znaj­dą, to co po­wie­dzą? Że za­ata­ko­wa­ła ich para sta­rusz­ków? Kto im uwie­rzy? A nawet jeśli… Tu są ty­sią­ce tu­ry­stów… Nie, nie… To się kupy nie trzy­ma. Umo­rzą, nie będą drą­żyć, za­mio­tą pod dywan.

– A ka­me­ry?

– Jakie ka­me­ry? Może nie ma tam kamer? Ko­czo­wa­li na molo od ja­kie­goś czasu… Jakby były ka­me­ry, to po­li­cja prze­go­ni­ła­by ich już dawno. Tamci też pew­nie wy­bra­li takie miej­sce, by być nie­wi­docz­ni… Wąt­pię, by były tam ka­me­ry. I to nie były świę­tosz­ki. Pew­nie mieli nie­jed­no na su­mie­niu. Nar­ko­ty­ki, kra­dzie­że… Kry­mi­na­li­ści… I do tego byli nie­le­gal­ni… Nie… Na pewno ucie­kli… Po­li­cja przyj­mie, że to były po­ra­chun­ki mię­dzy nimi… Kto im uwie­rzy, że para sta­rusz­ków…

– Prze­stań już z tymi sta­rusz­ka­mi!

– …tak ni z tego, ni z owego ich za­ata­ko­wa­ła? Nie. Nie! Oni byli nie­le­gal­ni…

– Jak wró­ci­my bez mojej ko­mór­ki? – Igna­cy prze­rwał wy­wo­dy żony. Przy­jął jej ar­gu­men­ty (nie miał wyj­ścia) i teraz chciał po­su­nąć spra­wy do przo­du. – Mó­wi­łem, żeby na wszel­ki wy­pa­dek wy­dru­ko­wać bi­le­ty. Teraz mu­si­my u cie­bie za­in­sta­lo­wać apli­ka­cję Ry­ana­ira.

– Mam pdfy. Prze­sła­łeś mi. Pa­mię­tasz? Już spraw­dzi­łam. Mam bi­le­ty w po­bra­nych.

Na lot­ni­sko do­tar­li au­to­bu­sem pod­miej­skim. Przej­rze­li pol­skie por­ta­le in­for­ma­cyj­ne. Nie było żad­nej wzmian­ki o zbrod­ni. Głę­biej, choć ich ku­si­ło, za­da­jąc szcze­gó­ło­we py­ta­nia, nie szu­ka­li.

Ka­ro­li­na wy­lo­so­wa­ła miej­sce z przo­du sa­mo­lo­tu, a Igna­cy z tyłu. Roz­sta­li się tuż przed wej­ściem na po­kład.

– Uwa­żaj na sie­bie! Ko­cham cię.

– Ja cie­bie też. Nie wy­trzy­mam tych dwóch go­dzin.

– Może uda się nam prze­siąść. A jak nie, to tylko dwie go­dzi­ny. Mamy przed sobą całe życie. Zrób­my wszyst­ko, by spę­dzić je razem. Od­na­leź­li­śmy się, nie strać­my tego. Nawet jeśli to bę­dzie wię­cej niż dwie go­dzi­ny… – Ko­bie­ta urwa­ła w pół zda­nia, wy­tar­ła łzy, przy­tu­li­ła męża i szep­nę­ła do ucha: – Ko­cham nasze dzie­ci, ale to ty je­steś moim skar­bem i szczę­ściem, je­dy­ną osobą, dla któ­rej widzę sens, by żyć. Pa­mię­taj i nie rób ni­cze­go głu­pie­go, pro­szę!

Igna­cy zajął miej­sce przy oknie. Fo­te­le obok były puste. Trzy­mał kciu­ki, żeby tak zo­sta­ło do od­lo­tu. Gdy wszy­scy pa­sa­że­ro­wie byli już we­wnątrz i za­mknę­ły się drzwi, po­pro­sił ste­war­de­sę, by przy­pro­wa­dzi­ła żonę. Nie­ste­ty mu­siał za­cze­kać, aż wy­star­tu­ją i osią­gną od­po­wied­ni pułap. Niby to tylko kilka minut, ale po­czuł, jak ogar­nia go nie­po­kój.

Sa­mo­lot za­czął ko­ło­wać.

– Dzień dobry, mówi ka­pi­tan Jakub Da Costa. Mam dla Pań­stwa kilka in­for­ma­cji do­ty­czą­cych na­sze­go lotu…

Panie z ob­słu­gi sta­nę­ły w przej­ściu i ma­cha­ły rę­ka­mi, ilu­stru­jąc do­by­wa­ją­ce się z gło­śni­ków ko­mu­ni­ka­ty.

Wszyst­kie czyn­no­ści zda­wa­ły się trwać wiecz­ność i nie­po­kój za­czął za­mie­niać się w pa­ni­kę. Gdy można już było od­piąć pasy, na po­kła­dzie za­czął się ruch i zanim Igna­cy zdo­łał przy­po­mnieć się ste­war­de­sie, jakiś facet zajął miej­sce obok, a chwi­lę póź­niej do­sia­dła się ko­bie­ta.

– Prze­pra­szam, ale to sie­dze­nie jest za­ję­te.

– Przez kogo?

– Tu zaraz przyj­dzie moja żona.

– Ma wy­ku­pio­ny bilet na to miej­sce?

– Nie, ale roz­ma­wia­łem już z ob­słu­gą…

– Wie pan, kto pierw­szy ten lep­szy. A poza tym i tak na na­szych fo­te­lach już ktoś sie­dzi.

Igna­cy pod­dał się. Wie­dział, że nic nie ugra, a i tak zro­bi­ło się nie­przy­jem­nie. Tylko ze­psuł humor współ­pa­sa­że­rom. Od­ru­cho­wo się­gnął do kie­sze­ni i wyjął ta­blet­kę. Po­pro­sił prze­cho­dzą­cą obok ste­war­de­sę o wodę i zanim do­cze­kał się pla­sti­ko­we­go kubka, przyj­rzał się pi­guł­ce. Wcze­śniej nigdy żad­nych le­karstw na uspo­ko­je­nie nie za­ży­wał i nie przy­po­mi­nał sobie, żeby miał je przy sobie. Pew­nie to ro­bo­ta Ka­ro­li­ny – po­my­ślał.

Przy­sy­pia­jąc, le­d­wie prze­trwał do Py­rzo­wic. Z sa­mo­lo­tu wy­szedł jako jeden z ostat­nich. Nie miał sił po­wal­czyć o swoje, w ogóle nigdy nie był zbyt prze­bo­jo­wy i prze­pusz­czał wszyst­kich, jak leci. Gdy w końcu zna­lazł się na ze­wnątrz, nikt na niego nie cze­kał. Tkwił tak bez­myśl­nie jesz­cze chwi­lę, aż ka­za­no mu opu­ścić płytę lot­ni­ska. W hali przy­lo­tów też nie zna­lazł żony. Cały bu­dy­nek opu­sto­szał i tylko gdzie­nie­gdzie krę­ci­li się pra­cow­ni­cy portu. Igna­cy był za­gu­bio­ny i bez­rad­ny. Nie miał po­ję­cia, co robić.

– Tu je­steś! No, cześć, tato. Uma­wia­li­śmy się przed wej­ściem. Pa­mię­tasz? Jak było? Opa­li­łeś się!

– Cze­kam na matkę. Jest z tobą?

– Tato, do­brze się czu­jesz? – Tomka zmro­zi­ły słowa ojca.

– Tak, tak, po pro­stu… tak się za­sta­na­wiam… Za­my­śli­łem się. – Igna­cy po­czuł, że za chwi­lę na­pły­ną mu łzy do oczu. Nie chciał, by syn to za­uwa­żył, więc prze­rwał tłu­ma­cze­nia. – Gdzie sto­isz? – za­py­tał i ru­szył dziar­skim kro­kiem w kie­run­ku par­kin­gu.

To­masz pełen nie­po­ko­ju ru­szył za ojcem. Za­sta­na­wiał się, czy py­ta­nie o matkę było tylko efek­tem ja­kie­goś wzru­sza­ją­ce­go wspo­mnie­nia, które zo­sta­ło wy­wo­ła­ne wy­pra­wą na po­łu­dnie Włoch, czy świad­czy­ło o de­men­cji. Żad­nych oznak wcze­śniej nie za­uwa­żył, ale teraz bę­dzie mu­siał uważ­nie ob­ser­wo­wać za­cho­wa­nie ro­dzi­ca.

Je­cha­li w mil­cze­niu. Igna­cy pró­bo­wał po­ukła­dać sobie zda­rze­nia ostat­nich ty­go­dni. Miał wra­że­nie, że jego życie roz­sy­pa­ło się jak kloc­ki puz­zli, a nie­któ­re ka­wał­ki po­cho­dzi­ły z in­ne­go ze­sta­wu. Bę­dzie mu­siał na nowo je po­skła­dać. Nad­mia­ro­we frag­men­ty naj­wy­żej wy­rzu­ci do śmie­ci.

Po­pro­sił syna, by zbo­czył z drogi i za­je­chał na cmen­tarz.

Usiadł na ła­wecz­ce i na spo­koj­nie od­two­rzył sobie ostat­nie trzy­dzie­ści kilka lat. Ślub, potem dzie­ci, do­ra­bia­nie się i… Burz­li­we za­koń­cze­nie ka­rie­ry Ka­ro­li­ny na uczel­ni. Wspie­rał ją, ale nie miał prze­ko­na­nia, że racja leży po stro­nie żony. Po­dej­rze­wał nawet, że jej od­bi­ło albo, że do­sta­ła się pod wpły­wy ja­kiejś da­le­ko­wschod­niej sekty. Potem wszyst­ko wró­ci­ło do normy. Mał­żeń­stwo. Małe ra­do­ści i wiel­kie pro­ble­my. Kłót­nie i pre­ten­sje. Co­dzien­ne trud­no­ści, fi­nan­so­we za­wi­ro­wa­nia, kre­dy­ty, ro­man­se… Ale i plany da­le­kich po­dró­ży i wiecz­ne ich od­kła­da­nie. Nie do­cze­ka­li się. Żonę do­tknę­ła cho­ler­na chiń­ska za­ra­za.

Je­dy­nie ostat­ni ty­dzień był wyrwą w tym smut­nym świe­cie, który sobie przy gro­bie po­ukła­dał. Były dwie rów­no­praw­ne wer­sje. Ta praw­dzi­wa: ła­że­nie po miej­scach ki­czo­wa­tych i nud­nych, po­zna­wa­nie do­łu­ją­cej hi­sto­rii kraju i do­świad­cza­nie mar­ke­tin­go­we­go prze­krę­tu, wy­ko­rzy­stu­ją­ce­go obiek­tyw­nie pięk­ne wi­do­ki i dla ludzi pół­no­cy uro­czy wa­ka­cyj­ny (po­se­zo­no­wy) kli­mat oraz ta druga, ro­man­tycz­na: trzy­ma­nie uko­cha­nej za rękę, do­świad­cza­nie przy­jem­nej tem­pe­ra­tu­ry, ożyw­czej bryzy, na­pa­wa­nie się wscho­da­mi słoń­ca, za­byt­ka­mi, smacz­ną kuch­nią, wy­śmie­ni­tym winem i sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym sek­sem.

– Nie od­bie­ra­łeś. Masz wy­łą­czo­ny te­le­fon? – za­py­tał syn, gdy z po­wro­tem sie­dzie­li w sa­mo­cho­dzie.

– Wpadł mi do wody. Nie­chcą­cy wy­pu­ści­łem go z ręki, gdy ro­bi­łem zdję­cie.

– To masz kło­pot. Trze­ba ci szyb­ko kupić nowy. Zdję­cia pew­nie są w chmu­rze, ale…

– Wiesz, że ja nie lubię ta­kich rze­czy. Nie mam żad­nej chmu­ry. Nie dam się in­wi­gi­lo­wać.

– Oj, tato, dobra już. Ważne, żebyś miał wspo­mnie­nia.

Chmu­ra, pie­przo­na chmu­ra – Igna­cy nie mógł prze­stać o niej my­śleć. Mar­twił się, co może w niej zna­leźć.

Zje­cha­li z au­to­stra­dy. W gło­wie Igna­ce­go się ko­tło­wa­ło. Roz­są­dek pod­po­wia­dał psy­chicz­ne za­ła­ma­nie, ale całym ser­cem się przed tym bun­to­wał. Mę­czy­ły go te myśli, ale i coś z ze­wnątrz, czego nie po­tra­fił zde­fi­nio­wać. W końcu uświa­do­mił sobie, co było źró­dłem nie­po­ko­ju. Gwał­tow­nym ru­chem wy­łą­czył radio aku­rat, gdy usły­szał „Idziesz wiecz­nie sam i już nic nie zmie­ni się…”.

Tomek ledwo się po­wstrzy­mał, by nie włą­czyć mu­zy­ki z po­wro­tem, za­gryzł wargi, ale zaraz, nie bez wy­rzu­tu, po­wie­dział:

– To była ulu­bio­na pio­sen­ka mamy.

– My­ślisz, że nie wiem?

– Za­do­wo­lo­ny je­steś z urlo­pu? – za­py­tał po chwi­li, by zmie­nić temat.

– Jak cho­le­ra!

Od­po­wiedź ojca tylko utwier­dzi­ła obawy, ale za­miast de­li­kat­nie po­dejść do wy­ja­śnie­nia, co było źró­dłem fru­stra­cji ojca, stwier­dził:

 – Z domu pa­mię­tam tylko cią­głe kłót­nie.

 – Ko­cha­łem twoją matkę. Mie­li­śmy kło­po­ty, ale by­li­śmy szczę­śli­wi. Wiesz, nie bierz tego do sie­bie, ale… – Igna­cy po­wstrzy­mał się. O re­la­cji z Ka­ro­li­ną chciał po­wie­dzieć sy­no­wi mniej wię­cej to samo, co na ten temat usły­szał od niej tuż przed roz­sta­niem, gdy wcho­dzi­li do sa­mo­lo­tu, ale się po­wstrzy­mał i tylko rzu­cił – to nie twoja spra­wa.

Pod­je­cha­li pod dom. Igna­cy miał na­dzie­ję zo­stać sam, ale Tomek nie od­pusz­czał. Wszedł za ojcem, zdjął buty i za­czął krę­cić się po kuch­ni.

– Po­ra­dzę sobie. Dzię­ki za wszyst­ko. Po­zdrów dzie­cia­ki.

– Magda przy­go­to­wa­ła obiad. Od­grze­ję i zaraz po­ja­dę. Ty się ogar­nij.

– Jaka Magda?

– Moja żona, matka two­ich wnu­ków – Tomek od­po­wie­dział ze śmie­chem, ale i od­no­to­wał w pa­mię­ci ko­lej­ny nie­po­ko­ją­cy przy­pa­dek.

– A tak, jasne, bo wiesz, po­zna­łem taką jedną i teraz… nie­waż­ne…

Igna­cy bez­rad­ny stał przez chwi­lę. Wo­lał­by po­zbyć się syna z domu, by na spo­koj­nie włą­czyć lap­to­pa i przej­rzeć chmu­rę bez na­ra­ża­nia się, że zo­sta­nie przy­ła­pa­ny. Za­miast tego rzu­cił ple­cak w kąt i po­szedł na strych. Nie lubił tam za­glą­dać. Przed otwar­ciem drzwi za­wsze robił dużo ha­ła­su, by prze­go­nić myszy.

Przez lata wy­no­si­li na pod­da­sze wszyst­kie skar­by, rze­czy, które po­win­ni wy­rzu­cić na śmiet­nik. Ze ster­ty pudeł wy­do­był kar­ton pod­pi­sa­ny Ka­ro­li­na Praca. Po­sta­wił go na sto­li­ku i usiadł na ta­bo­re­cie. Za­czął wyj­mo­wać wszyst­ko ze środ­ka. Część rze­czy roz­po­znał – sam je tam pa­ko­wał. Były to ja­kieś książ­ki, bro­szu­ry: Gor­giasz – myśli, Wit­t­gen­ste­ina O pew­no­ści, ja­kieś tecz­ki z nie­opu­bli­ko­wa­ny­mi pra­ca­mi żony – Krzy­wa Eb­bin­ghau­sa – nowe spoj­rze­nie, Po­zor­nie za­mknię­te krzy­we cza­so­po­dob­ne, czyli jak unik­nąć pa­ra­dok­sów pętli cza­so­wych, Splą­ta­ne rze­czy­wi­sto­ści so­lip­sy­stycz­nych umy­słów. Wstęp do teo­rii i dużo in­nych. Poza ster­tą pa­pie­rów w pudle zna­lazł różne przed­mio­ty. Har­cer­ski nóż w skó­rza­nym fu­te­ra­le, dzia­ła­ją­cą la­tar­kę na ba­te­rię R12, plik klu­czy, ro­we­ro­wą pomp­kę i…

Po­czuł ukłu­cie w sercu.

Będąc bar­dzo małym dziec­kiem, Igna­cy cią­gle sły­szał ja­kieś sza­lo­ne hi­sto­rie o wujku. Był prze­ko­na­ny, że wła­śnie od niego do­stał finkę. Gdy tro­chę do­rósł, do­wie­dział się, że to nie mogła być praw­da. Uro­dził się bo­wiem długo po tym, jak brat mamy wy­je­chał z kraju. Wtedy stra­cił zu­peł­nie sen­ty­ment do noża i gdzieś go za­po­dział.

Kie­dyś w szko­le ko­le­dzy za­mknę­li go w piw­ni­cy. Strasz­nie się bał. Zna­lazł wyj­ście dzię­ki la­tar­ce, którą na­ma­cał na jed­nym z me­ta­lo­wych re­ga­łów i o któ­rej kom­plet­nie za­po­mniał, kiedy wró­cił do domu.

Ro­we­ro­wej pomp­ki po­zbył się pod­czas wy­ciecz­ki ze zna­jo­my­mi. Jedna z ko­le­ża­nek zła­pa­ła gumę. Po­mógł jej za­kle­ić dziu­rę, ale oka­za­ło się, że jego pomp­ka nie pa­so­wa­ła do wen­ty­la w dętce dziew­czy­ny. Razem z ko­le­żan­ką pro­wa­dzi­li ro­we­ry przez kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów. Potem byli parą przez wiele lat.

Pew­ne­go dnia, kiedy z Ka­ro­li­ną ro­bi­li po­rząd­ki, zna­leź­li te wszyst­kie przed­mio­ty mię­dzy róż­ny­mi ru­pie­cia­mi. Igna­cy wahał się, czy ich nie wy­rzu­cić, ale żona nie po­zwo­li­ła na to. Scho­wa­ła je, nie wia­do­mo po co, do pudła na stry­chu.

Wszyst­kie te rze­czy miały swoją hi­sto­rię. To, że zna­la­zły się w domu, było dziw­ne, ale jakoś da­wa­ło się wy­tłu­ma­czyć.

A co z tym?

Wyjął ko­mór­kę i przy­ło­żył kciuk. Ba­te­ria była na­ła­do­wa­na w osiem­dzie­się­ciu pro­cen­tach. Za­wa­hał się, ale po chwi­li klep­nął w ga­le­rię. Ekran wy­peł­nił się iko­na­mi zdjęć. Prze­wi­nął listę i stuk­nął na jedno, zro­bio­ne trzy dni wcze­śniej.

Uśmiech­nię­ta Ka­ro­li­na stała na tle domu ze spi­cza­stym da­chem. Prze­wi­nął dzie­siąt­ki zdjęć, by z Al­be­ro­bel­lo prze­nieść się do Po­li­gna­no a Mare. Wy­głu­piał się, ro­biąc stój­kę na jed­nej nodze i śpie­wa­jąc „Vo­la­re oh, oh”. I ko­lej­ne: pod po­mni­kiem Świę­te­go Mi­ko­ła­ja, z pro­fi­te­rol­ką na ta­le­rzu i ape­ro­lem w kie­lisz­ku i w końcu te z ostat­nie­go dnia, gdy szli pro­me­na­dą Lun­go­ma­re. Serce biło jak sza­lo­ne.

Nie zda­wał sobie spra­wy, jak dużo chwil utrwa­lił. Na­strój, pięk­ne wi­do­ki i po­czu­cie, że za chwi­lę skoń­czy się ta idyl­la. Sel­fie, Ka­ro­li­na, on, pocz­tów­ka i ko­lej­ne mniej lub bar­dziej udane, z lampą nad głową i takie, które wy­szły głu­pio, bo za­mknię­te oczy, bo mina nie taka, bo ktoś coś, bo na­pa­to­czył się ni z tego, ni z owego jakiś gru­bas, nie ba­cząc na wy­si­łek za­ko­cha­nej pary, by uję­cie było ide­al­ne, bo ucię­te nogi, bo prze­świe­tlo­ne…

A w dali teatr „na wo­dzie” i be­to­no­we molo. Uni­kał ludzi. Chciał uwiecz­nić tylko sie­bie z Ka­ro­li­ną w pięk­nym oto­cze­niu. Oni i scena. Morze, fale roz­bi­ja­ją­ce się o ka­mie­nie, czy­ste niebo, pro­me­na­da, za­bu­do­wa­nia i… Ko­czu­ją­cy na molo włó­czę­dzy. Czemu wcze­śniej ich nie za­uwa­żył? Tak pil­nie przy­mie­rzał się do każ­de­go uję­cia. Od­cze­ki­wał, aż inni znik­ną z ekra­nu i będą sami. Ale gdzieś tam w tle, w miarę wę­drów­ki coraz bli­żej, nie­mal na każ­dej fotce uwiecz­nił trój­kę bez­dom­nych. Naj­pierw sie­dzie­li w swoim bar­ło­gu. Potem spo­strze­gli zbli­ża­ją­cą się parę. Któ­ryś wy­cią­gnął rękę, Igna­cy zbli­żył, apa­rat miał dobry, więc na po­więk­sze­niu do­strzegł za­ci­śnię­tą pięść z wy­cią­gnię­tym środ­ko­wym pal­cem. Potem już, gdy byli bli­sko, wy­raź­nie roz­po­znał emo­cje fo­to­gra­fo­wa­ne­go „ele­men­tu” tła, na­da­ją­ce­go ko­lo­ry­tu miej­scu. Złość, fru­stra­cja, wy­pię­ta blada goła dupa…

I seria zdjęć z Igna­cym i Ka­ro­li­ną na tle ciem­no­zie­lo­nej fa­sa­dy Te­atru „Mar­ghe­ri­ta”. Pro­fe­sjo­nal­nie wy­ka­dro­wa­ne i oświe­tlo­ne, z od­po­wied­nio do­bra­ną głę­bią ostro­ści, a oni z uśmie­chem, bez żad­nych cieni na po­licz­kach, nie­zła­pa­ni na mru­ga­niu ani z prze­krzy­wio­ny­mi mi­na­mi.

I ko­lej­na grupa zdjęć. On z za­ci­śnię­ty­mi usta­mi, ona z mie­szan­ką bez­rad­no­ści i zło­ści na twa­rzy, za­tro­ska­na i ma­cha­ją­ca rę­ka­mi w ge­ście re­zy­gna­cji.

Igna­cy nie roz­po­zna­wał sie­bie. Po­twor­nie zde­ner­wo­wa­ny, z pre­ten­sją i wzgar­dą pa­trzą­cy w kie­run­ku trzy­ma­ją­ce­go apa­rat.

I ostat­nie zdję­cie. Jakiś bla­do­nie­bie­ski ma­ziaj z wy­raź­ny­mi kro­pla­mi wody u góry. Smart­fon wpa­da­jąc do wody, uwiecz­nił chwi­lę tuż przed za­nu­rze­niem.

Igna­cy za­blo­ko­wał ekran i odło­żył te­le­fon z po­wro­tem do pudła. Był wstrzą­śnię­ty tym, co zo­ba­czył, ale nie po to tu przy­szedł.

Ka­ro­li­na kie­dyś pró­bo­wa­ła wy­tłu­ma­czyć mu swoje kon­cep­cje, to, na co wpa­dła w toku badań. Przyj­mo­wał jej opo­wie­ści z po­bła­ża­niem, ale i z prze­stra­chem, czy nie traci uko­cha­nej. Był prze­ko­na­ny, że po­grą­ża­ła się w obłę­dzie i gdy się pod­da­ła, zwol­ni­ła z pracy i za­ję­ła domem, to mu ulży­ło. Mu­sie­li ra­dzić sobie z jed­nej pen­sji, ale przy­naj­mniej było nor­mal­nie. Z kło­po­ta­mi, ale nor­mal­nie.

Wcze­śniej, jesz­cze przed kon­flik­tem na uczel­ni, pró­bo­wa­ła mu wy­tłu­ma­czyć, nad czym pra­cu­je. Przy­po­mniał sobie o tym, słu­cha­jąc w sa­mo­cho­dzie Szczę­śli­wej drogi, już czas.

W od­zy­ska­nym ze­szy­cie for­ma­tu A4, w któ­rym jako dziec­ko pro­wa­dzi­ła różne za­pi­ski, a okład­kę ozdo­bi­ła na­ma­lo­wa­nym od­ręcz­nie ser­cem, na jed­nej z nie­licz­nych po­zo­sta­łych kar­tek na­pi­sa­ła „Mapa życia”. Dłu­go­pi­sem na­nio­sła kilka linii, a od nich parę od­ga­łę­zień.

– To linie two­je­go życia – po­wie­dzia­ła. – Wszyst­kie po­ten­cjal­ne.

Potem wzię­ła czer­wo­ny fla­ma­ster i po­pro­wa­dzi­ła ko­lej­ną.

– Ta rów­nież sym­bo­li­zu­je twoje życie. Ale to praw­dzi­we. Źle mówię. One wszyst­kie sym­bo­li­zu­ją praw­dzi­we rze­czy­wi­sto­ści, ale tylko w tej jed­nej masz coś, co mo­że­my na­zwać, po­wiedz­my dla uprosz­cze­nia, świa­do­mo­ścią. Ro­zu­miesz?

– Duszą?

– Niech bę­dzie. Te inne linie rów­nież re­pre­zen­tu­ją rze­czy­wi­sto­ści wy­ni­ka­ją­ce z two­je­go ist­nie­nia i co wię­cej mo­żesz prze­ska­ki­wać mię­dzy nimi, oczy­wi­ście pod pew­ny­mi wa­run­ka­mi. One, choć roz­wi­ja­ją się tylko po­ten­cjal­nie, to zgod­nie ze wzo­ra­mi, z fi­zy­ką, ist­nie­ją. Te wszyst­kie rze­czy­wi­sto­ści są twoją ema­na­cją, ma­te­ma­tycz­nym bytem, ale tylko jedna jest ma­te­ria­li­zo­wa­na twoją duszą. I cza­sa­mi, zda­rza się to bar­dzo rzad­ko, jest to nie­zwy­kle mało praw­do­po­dob­ne, jedna z tych linii jest wspól­na dla dwóch dusz. I po­wiedz­my, że twoja czer­wo­na linia po­łą­czy się z jakąś inną, niech bę­dzie żółtą. Gdy się złą­czą, dadzą po­ma­rań­czo­wą ścież­kę rze­czy­wi­sto­ści. Ro­zu­miesz? W tej chwi­li to wszyst­ko wokół two­rzy­my razem, my we dwoje. Zna­leź­li­śmy się.

Nie trak­to­wał wy­wo­dów żony po­waż­nie. Brał je jako wyraz mi­ło­ści, po­etyc­ką opo­wieść czer­pią­cą z za­so­bu pojęć teo­rii wie­lo­świa­tów, któ­ry­mi zaj­mo­wa­ła się na­uko­wo.

Pró­bo­wał po­le­mi­zo­wać.

– Te świa­ty muszą być iden­tycz­ne.

– Czemu tak my­ślisz?

– Skoro prze­ska­ku­ję z jed­nej do dru­giej rze­czy­wi­sto­ści i tego nie za­uwa­żam, to jakie jest inne wy­tłu­ma­cze­nie?

– Cza­sa­mi za­uwa­żasz, ale szyb­ko za­po­mi­nasz. Pa­mię­tasz to, co jest sen­sow­ne, co przy­dat­ne w nowym świe­cie, inne wspo­mnie­nia trak­tu­jesz jak sen… Przyj­mu­jesz, że pa­mięć płata figle. Déjà vu, cze­goś szu­kasz i nie ma, potem omia­tasz wzro­kiem to samo miej­sce i jest. A taki efekt Man­de­li? Ten dzia­łacz zmarł w la­tach osiem­dzie­sią­tych, a wciąż wielu twier­dzi, że wy­szedł z wię­zie­nia, zo­stał pre­zy­den­tem RPA i spo­ty­kał się z naj­waż­niej­szy­mi przy­wód­ca­mi świa­ta.

Na wszyst­ko miała od­po­wiedź.

Z cza­sem zo­rien­to­wał się, że mó­wi­ła serio. Uznał, że jej od­bi­ło. Ze­świ­ro­wa­ła na punk­cie swo­ich kon­cep­cji i od­rzu­ce­nia ich przez śro­do­wi­sko. Re­zy­gna­cja z ka­rie­ry była wy­ba­wie­niem. Wszyst­ko wró­ci­ło do normy.

Otwo­rzył ze­szyt na pierw­szej stro­nie. U góry znaj­do­wał się zna­jo­my napis, któ­rym Ka­ro­li­na za­ty­tu­ło­wa­ła szkic: „Mapa życia”. Pod nim resz­ta kart­ki była cał­ko­wi­cie za­ma­za­na. Linie pięły się ku górze, gdzie­nie­gdzie lekko skrę­ca­ły to w jedną, to drugą stro­nę, a cza­sa­mi się za­pę­tla­ły, two­rzy­ły wiry, w cen­trum któ­rych nie można było już do­strzec osob­nej kre­ski. Linia po­ma­rań­czo­wa wiła się w tym gąsz­czu i już na samym szczy­cie tej plą­ta­ni­ny roz­dzie­li­ła się na dwie: żółtą i czer­wo­ną. Ta ostat­nia zo­sta­ła zwień­czo­na znacz­ni­kiem lo­ka­li­za­cji, który wi­du­je się na tu­ry­stycz­nych ma­pach. „Tu je­steś. Zo­bacz na na­stęp­nej stro­nie”. Prze­wró­cił kart­kę. Szyb­ko prze­ana­li­zo­wał ry­su­nek przy­po­mi­na­ją­cy sche­mat blo­ko­wy.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Ener­gicz­nie spa­ko­wał wszyst­kie szpar­ga­ły z po­wro­tem do pudła i od­sta­wił je na miej­sce. Zszedł na dół i, mi­ja­jąc salon, skie­ro­wał się do wyj­ścia.

– Gdzie byłeś? Wy­cho­dzisz? Obiad jest go­to­wy, zaraz na­kry­ję do stołu.

Igna­cy spoj­rzał na syna roz­sta­wia­ją­ce­go ta­le­rze i potem na ze­ga­rek. Miał nie­wie­le czasu, ale pod­szedł do Tomka.

– Co tam, tato? Zgłod­nia­łeś?

Oj­ciec za­wa­hał się.

– Kiedy zmarł Man­de­la? – za­py­tał.

– Kto?

– Nel­son Man­de­la. Mo­żesz spraw­dzić?

Tomek wy­cią­gnął ko­mór­kę i po chwi­li od­po­wie­dział:

– Mi­ster Gugel nie zna czło­wie­ka. Czemu py­tasz?

– A nic, tak tylko mi się przy­po­mnia­ło. Pa­mię­taj, że cię ko­cham. Nie martw się. Bę­dzie, co ma być – po­wie­dział i szyb­ko wy­szedł z domu.

Na chod­ni­ku spoj­rzał po­now­nie na ze­ga­rek, po czym za­mknął oczy i od­li­czał se­kun­dy „sto dwa­dzie­ścia jeden, sto dwa­dzie­ścia dwa…” do sze­ściu, po czym zro­bił krok na­przód wprost pod nad­jeż­dża­ją­ce bmw.

 

Nie spał spo­koj­nie. Czuł się obo­la­ły, miał kosz­ma­ry i do tego do­bie­gał go na­tar­czy­wy hałas.

– Panie, mu­sisz pan tak cały czas oglą­dać te wia­do­mo­ści? – za­py­tał z wy­rzu­tem są­sia­da, gdy otrzą­snął się ze snu.

– Śro­dek dnia jest. Co mam robić?

Ka­ro­li­na wciąż nie wra­ca­ła z pa­pie­ra­mi. Już chyba z go­dzi­nę drze­mał na nie­wy­god­nym krze­śle.

Spoj­rzał na te­le­wi­zor. Od kilku dni re­la­cjo­no­wa­li zda­rze­nia z Bari. Za­miesz­ki, próby pod­pa­leń, de­mon­stra­cje w obro­nie ata­ko­wa­nych uchodź­ców. Sy­tu­acja po­wo­li się uspo­ka­ja­ła, gdy nagle po­ja­wił się prze­ciek, że po­li­cja ma na­gra­nie za­bój­ców, któ­rzy ucie­ka­li tuż po mor­der­stwie. Chcia­no ukrę­cić spra­wie łeb, ale plik wy­ciekł do me­diów. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że „za­bój­stwo na molo” nie było we­wnętrz­ną spraw­ką w gru­pie mi­gran­tów.

W rogu ekra­nu sie­dzia­ło kilku eks­per­tów, któ­rzy na czyn­ni­ki pierw­sze roz­kła­da­li wszyst­kie aspek­ty zwią­za­ne ze zda­rze­niem, a resz­tę wy­peł­niał za­pę­tlo­ny fil­mik, jak tuż po mor­der­stwie z mola ucie­ka para star­szych osób, ko­bie­ta i męż­czy­zna.

– Ten facet wy­glą­da jak ty, iden­tycz­ny swe­te­rek – za­uwa­żył ze śmie­chem Tomek, który wszedł do sali. Zaraz za nim po­ja­wi­ła się rów­nież Ka­ro­li­na.

– Je­ste­ście w końcu. Macie wypis?

– Tak, mo­że­my iść.

– Pokaż.

– Tomek się spie­szy. Prze­czy­tasz w domu, ale ni­cze­go no­we­go się nie do­wiesz. Wy­ni­ki masz w po­rząd­ku. Nic nie wska­zu­je na zawał. Do­sta­łeś re­cep­tę, coś na uspo­ko­je­nie. No i za­le­ce­nie, by skon­sul­to­wać się z neu­ro­lo­giem i psy­cho­lo­giem.

– To jed­nak coś zna­leź­li?

– We­dług dok­to­ra to był bar­dzo silny atak ner­wi­cy, „żoł­nier­skie serce”, jak to na­zwał.

– Ta, wiem.

Za­pa­ko­wa­li się do sa­mo­cho­du i ru­szy­li do domu.

– Szko­da, że mi się to przy­tra­fi­ło. Za trzy ty­go­dnie mie­li­śmy je­chać na urlop.

– A czemu mie­li­by­śmy nie je­chać? Dok­tor po­wie­dział, że mamy żyć, jak wcze­śniej. A za parę dni wszyst­ko w tym Bari się uspo­koi. Nie masz się czego oba­wiać.

Po chwi­li do­da­ła:

– A ten facet rze­czy­wi­ście wy­glą­dał jak ty.

– Jaki facet?

– Ten na molo, iden­tycz­ny. I nie cho­dzi tylko o swe­ter. Tak samo śmiesz­nie sta­wia nogi, jak bie­gnie, ale prze­cież masz alibi, le­ża­łeś w tym cza­sie w szpi­ta­lu.

Ka­ro­li­na z synem mieli dobry humor. Całą drogę żar­to­wa­li.

– Tato, na­pę­dzi­łeś wszyst­kim stra­cha. Ner­wi­ca, kto by przy­pusz­czał? No nic, trzy­maj­cie się zdro­wo. Lecę. W nie­dzie­lę wi­dzi­my się u nas. Anka już pie­cze cia­sta.

Po­że­gna­li syna i we­szli do domu. Ka­ro­li­na za­czę­ła przy­go­to­wy­wać obiad, a mę­żo­wi ka­za­ła od­po­czy­wać w fo­te­lu. Igna­cy jed­nak nie mógł usie­dzieć. Po­szedł na strych.

– I po co tam le­ziesz? – za­py­ta­ła, sto­jąc u dołu scho­dów, gdy już miał otwie­rać drzwi.

– Muszę coś spraw­dzić.

– Nie mu­sisz. To ja.

– No wiem, że ty. Któż by inny?

– To ja – po­wtó­rzy­ła z uśmie­chem, ale sta­now­czo i za­wró­ci­ła do kuch­ni.

Igna­cy wyjął z pudła ze­szyt z ser­cem na okład­ce. Na dru­giej stro­nie zo­ba­czył…

 

Wy­bie­raj!

Linia po­ma­rań­czo­wa

…po­ma­rań­czo­wą linię.

Linia czer­wo­na

…czer­wo­ną linię.

 

Koniec

Komentarze

 

 

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,

ślad swój zostawiłam,

uważnie przeczytałam,

za udział podziękowałam;

bruce :)

Pecunia non olet

Ze stery pudeł wydobył karton podpisany Karolina Praca. Postawił go na stolik i usiadł na taborecie.

Chyba ze sterty i na pewno na stoliku ;)

Doskonałe, naprawdę doskonałe. Ciekawy pomysł, historia świetnie poprowadzona, technicznie też jest bardzo dobrze, poza taką drobną kosmetyką jak powyższe.

Bardzo mi się podobało :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Na początku trochę się zmieszałem: postawili na kolację w apartamencie, ale przeszli się, ale coś jeszcze, bo mieli butelkę… a potem nagle historia ruszyła i nie mogłem się oderwać. Majstersztyk, wg mnie. Dawno nic nie wciągnęło mnie aż tak. Chociaż końcówki, to jednak nie zrozumiałem. “Co ona?”

 

Dziękuję za historię i pozdrawiam!

Us, jurorko @bruce!

 

Hej, @Nana!

 

Trochę mnie zatkało. Wielkie dzięki!

 

Hej, @Kurojatka!

 

Łał! Bardzo dziękuję za opinię!

 

Ignacy nie był pewny, czy ta ostatnia Karolina jest prawdziwa, czy „wirtualna”. Wcześniej zorientował się, że mapa na bieżąco pokazuje, na jakim jest etapie życia, więc poszedł na strych, by poszukać odpowiedzi. Linia pomarańczowa oznaczałaby, że to ta, dla której rzucił się pod samochód. Linia czerwona znaczyłaby, że w tym świecie jest sam. Autor postanowił, by zakończenie tej historii wybrał sobie czytelnik.

 

Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Us, jurorko @bruce!

heart

 

 

Pecunia non olet

blush

 

Ahoj, @Tarnino!

Stopy wody pod kilem :)

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hej, 

Zacznę do końca, bo też miałem chwilę zwątpienia na końcówce. Czyli znając miejsca przecięcia się linii życia, można połączyć dwa różne życia? Ale, czy to oznacza również, że te życie się zmienia staje się alternatywnym? Twoje tłumaczenie Anonimie nie wyjaśnia wszystkiego, ale coś tam wyjaśnia;). Dobra, bo jestem słaby w takich gierkach naukowo fantastycznych. Za to doceniam jak jest zbudowana relacja między Ignacym, a Karoliną. Przedstawienie więzi za pomocą przedmiotów na strychu i zbudowanie w ten sposób bohaterów naprawdę mi się podoba. Konstrukcję opowiadania uważam za pełną, mimo, że nadal mam wrażenie, że działanie mapy gdzieś mi uciekło, i szalenie wciągającą. Bardzo dobry tekst :). Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Czołem, @śniąca!

Meldunek przyjęty. Dziękuję!

Hej, @BardJaskrze!

 

Narrator wie tyle, co z teorii Karoliny zrozumiał i zapamiętał Ignacy. To nie wyjaśnia wszystkiego, co się wydarzyło w opowiadaniu i zapewne teoria Karoliny też nie dałaby kompletu odpowiedzi.

Dziękuję za opinię i klika. 

 

 

Hej,

Bardzo dobry tekst. Już przedmówcy napisali to, co sam bym napisał, więc szkoda się powtarzać. Dodam tylko, że lubię takie niejasne zakończenia, to wyszło naprawdę świetnie. Powodzenia w konkursie.

Serdecznie pozdrawiam i oczywiście klikam!

You cannot petition the Lord with prayer!

@MichaelBullfinch, witaj!

Bardzo mi miło. 

Dziękuję za wizytę, komentarz i klika.

Pozdrawiam!

delulu managment

@Ambush, hello!

Ciekawy pomysł na konkurs. Mapa naprawdę oryginalna.

Ja też trochę się pogubiłam w końcówce. 

Nie bardzo również rozumiem, jak to możliwe, że bohater przeskakuje między liniami na swojej mapie.

Babska logika rządzi!

Cześć, @Finkla!

W opowiadaniu jest sugestia, że przeskok następuje pod wpływem jakiegoś zdarzenia, które wywołuje silne emocje (T1, T2… – trigery).

Dzięki za miłe słowa.

Oświadczam, że znam Autora tekstu – otrzymałam pw wymaganą przez regulamin Loży.

Babska logika rządzi!

Intrygujące opowiadanie, trzymające w napięciu do końca, ale nie mogę powiedzieć, że wszystko zrozumiałam, a zwłaszcza nie pojmuję plątaniny linii na mapie i nie bardzo wiem, jak Ignacy się w tym wszystkim orientował.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

– Co? – Męż­czy­zna tempo spoj­rzał na żonę… → – Co? – Męż­czy­zna tępo spoj­rzał na żonę

Sprawdź znaczenie słów tempotępo.

 

Za­czę­ło robić się ciem­no i, jak się prze­ko­na­li, nie­bez­piecz­nie. Igna­cy w końcu zro­bił kilka kro­ków… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w pierwszym zdaniu: Zaczęło się ściemniać

 

i za­bra­ła się za ko­la­cję. → …i za­bra­ła się do przygotowania kolacji.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

Do­koń­czy­ła ko­la­cję, do­pi­ła wino, za­pu­ści­ła zmy­war­kę… → Raczej: Do­koń­czy­ła ko­la­cję, do­pi­ła wino, włączyła/ uruchomiła zmy­war­kę

Zapuścić to potocyzm, a tych unikamy w narracji.

 

tak ni z tego, ni z owego ich za­ata­ko­wa­ła? → Zbędna spacja po wielokropku.

 

Re­zy­gna­cja z ka­rie­ry było wy­ba­wie­niem. → Literówka.

 

po­wie­dział i szyb­kim kro­kiem wy­szedł z domu. → A może zwyczajnie: …po­wie­dział i szyb­ko wy­szedł z domu.

 

Linia po­ma­rań­czo­wa

… po­ma­rań­czo­wą linię.

Linia czer­wo­na

… czer­wo­ną linię. → Zbędne spacje po wielokropkach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, @regulatorzy!

Linii rzeczywistości jest tyle, ile możliwości, które pojawiają w trakcie życia. Ignacy zobaczył na mapie znaczek z napisem „Tu jesteś. Zobacz na następnej stronie”. Gdyby nie to, nie połapałby się. Na następnej stronie był powiększony fragment mapy. Tam zapewne zobaczył, że za chwilę jego aktualna linia się rozgałęzi, a on pójdzie jedną lub inną ścieżką rzeczywistości w zależności od tego, jaką podejmie decyzję. Z dalszej części możemy się domyślić, że gdyby nie wpadł pod samochód, to nie przeskoczyłby do świata, w którym żyje Karolina.

 

Mężczyzna tempo spojrzał na żonę… → Nie wierzę. Ale wpadka! Niech to pozostanie między nami. Pozostałe babole również poprawiłem.

 

Bardzo dziękuję za wizytę, komentarz i łapankę.

 

Pozdrawiam!

Anonimie, bardzo dziękuje za wyjaśnienia – kiedy mam do czynienia z więcej niż jedną rzeczywistością, zazwyczaj się gubię i głupieję do imentu.

 

Niech to pozostanie między nami. 

Wedle życzenia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zakończenie. mi nie podeszło. 

Ale od początku. Jet ciekawie. Przedstawiona historia wciąga, choć przemknęło mi przez chwilę, że to przecież miało być o szukaniu skarbu. No, ale w ostatecznym rozliczeniu to jest o szukaniu skarbu – tego najcenniejszego! Jest również mapa! Sam pomysł bardzo ciekawy – zapętlenie czasów, wieloświaty, – naprawdę dobre! Za to w końcówce mi zabrakło wszystkiego! Nieco wyjaśnień, nieco atmosfery, która wcześniej jest tak dobrze zrobiona! 

Generalnie dobra robota – i warsztatowo, i fabularnie, z tym małym jednym wyjątkiem – końcówki. 

Ale, Anonimie, jak wiesz, opinie tu są bardzo subiektywne i na pewno wielu czytelnikom podejdzie bardziej. 

Pozdrawiam i powodzenia! :)

@JolkaK, cześć!

Dzięki za podzielenie się wrażeniami.

Skarbem jest osoba (to też wynika z przedmowy), ale to już wiesz. Ciekaw jestem Twojej interpretacji – kto konkretnie?

Co masz na myśli, pisząc “końcówka”? Samo ostatnie wejście na strych, czy trochę wcześniej?

Pozdrawiam!

Od “Nie spał spokojnie”. :) A jeszcze pytanko o tytuł: skąd taki? 

laugh

Paragrafówka to inaczej gra paragrafowa. W życiu jak w grze co jakiś czas podejmuje się decyzje, od których zależą dalsze losy. Ignacy (tuż przed “Nie spał spokojnie”) zobaczył na mapie wskazówkę, w jaki sposób przeskoczyć do innej rzeczywistości. Mógł wybrać. To jedna interpretacja tytułu. Czyli życie jest taką grą paragrafową, w której podejmuje się co jakiś czas kluczowe decyzje.

Inna jest taka, że autor dał wybór czytelnikowi, jak zakończyć tę historię. Wybranie linii czerwonej (wybranie paragrafu) znaczy, że bohater po przeskoczeniu jest dalej sam (Karolina jest "wirtualna"). Wybranie linii pomarańczowej oznacza, że bohater przeskoczył do linii, w której Karolina jest prawdziwa.

 

 

Aaa, dziękuję za wyjaśnienie! Teraz rozumiem! :)

To świetnie!

Możliwa jest też trzecia interpretacja. Ignacy dosłownie (a nie tylko metaforycznie) uczestniczy w grze paragrafowej. Za taką wersją przemawia istnienie mapy. Bohater kończy jakiś etap, idzie na strych i z mapy, która jest swego rodzaju instrukcją, dowiaduje się, jaki ma wybór. Dodatkowo gromadzi przedmioty, które, jak się wydaje, są z innej wersji rzeczywistości. W grach paragrafowych czasami zbiera się jakieś trofea. W tym przypadku są to latarka, pompka rowerowa, finka i smartfon.

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

@Koalo75, dziękuję!

Gutyn Morgyn,

 

Nazajutrz rano mieli lot do kraju, więc tym razem postawili na kolację w swoim apartamencie.

Do jakiego kraju? Jeśli nie chcesz jeszcze tego precyzować, to równie dobrze możesz napisać:

→ Nazajutrz rano mieli zaplanowany lot, więc tym razem postawili na kolację w swoim apartamencie.

 

Ignacy poczuł lekką obawę, ale przemógł się i podał nieznajomemu telefon.

Ukazanie już na samym początku opowiadania głównego bohatera jako idioty nie jest dobrym posunięciem. Niewielu czytelników ma ochotę kibicować czy śledzić losy upośledzonego intelektualnie.

 

Karolina zacisnęła zęby i kontynuowała – Zamordowałeś, tak?

→ Karolina zacisnęła zęby i kontynuowała: – Zamordowałeś, tak?

 

Przejrzeli polskie portale informacyjne. Nie było żadnej informacji o zbrodni.

→ Przejrzeli polskie portale informacyjne. Nie było żadnej wzmianki o zbrodni.

 

Głębiej, choć ich kusiło, zadając szczegółowe pytania, nie szukali.

To zdanie jest chaotyczne i zbędne.

 

Nawet, jeśli to będzie więcej niż dwie godziny… – kobieta urwała w pół zdania, wytarła łzy, przytuliła męża i szepnęła do ucha – kocham nasze dzieci

→ Nawet jeśli to będzie więcej niż dwie godziny… – Kobieta urwała w pół zdania, wytarła łzy, przytuliła męża i szepnęła do ucha: – Kocham nasze dzieci

 

Nie miał sił powalczyć o swoje, w ogóle nigdy nie był zbyt przebojowy i przepuszczał wszystkich, jak leci. Gdy w końcu znalazł się na zewnątrz, nikt na niego nie czekał. Tkwił tak bezmyślnie jeszcze chwilę, aż kazano mu opuścić płytę lotniska. W hali przylotów też nie było żony. Cały budynek opustoszał i tylko gdzieniegdzie kręcili się pracownicy portu. Ignacy był zagubiony i bezradny. Nie miał pojęcia, co robić.

Byłoza.

 

Cały budynek opustoszał i tylko gdzieniegdzie kręcili się pracownicy portu. Ignacy był zagubiony i bezradny. Nie miał pojęcia, co robić.

– Tu jesteś! No, cześć, tato. Umawialiśmy się przed wejściem. Pamiętasz? Jak było? Opaliłeś się!

?

Rozumiem, że syn nagle zaczął mówić w jego głowie, tak?

 

ale Tomek nie odpuszczał. Wszedł za ojcem, zdjął buty i zaczął kręcić się po kuchni.

– Poradzę sobie. Dzięki za wszystko. Pozdrów dzieciaki.

Zapis sugeruje, że to powiedział Tomek, ale po chwili wychodzi na to, że jednak Ignacy.

 

już na samym szczycie tej plątaniny rozdzieliła się na dwie żółtą i czerwoną.

→ już na samym szczycie tej plątaniny rozdzieliła się na dwie: żółtą i czerwoną.

 

 

Hm. Pomysł ciekawy, tylko szkoda, że nie do końca wykorzystany. Miejscami ekspozycja cierpiała przez chaotyczne i gnające tempo opowiadania.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Allo, HollyHell91!

 

Do jakiego kraju?

Kraj jako synonim ojczyzny, ale bez górnolotnego zabarwienia.

 

Ukazanie już na samym początku opowiadania głównego bohatera jako idioty nie jest dobrym posunięciem. Niewielu czytelników ma ochotę kibicować czy śledzić losy upośledzonego intelektualnie.

Idiota? Upośledzony intelektualnie? Skąd ten wniosek?

 

Rozumiem, że syn nagle zaczął mówić w jego głowie, tak?

Nie. Ignacy rozglądał się i nikogo poza pracownikami lotniska nie widział. Syn mógł nadejść nagle i zagadać do zamyślonego ojca.

 

Dziękuję za przeczytanie, analizę i wskazówki.

Pozdrawiam!

Ja tylko tak…

Do jakiego kraju?

Tak się mówi. Do kraju. Naprawdę zaczynam się czuć stara…

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

No jest to trochę zawiłe, ale czytało się dobrze i generalnie mi się podobało.

 

Dobrze zagrało to przechodzenie między liniami.

 

Ta sugestia o paragrafówce trochę niedociągnięta, moim zdaniem, gdyby nie tytuł nigdy bym nie wpadł na taką interpretację tekstu.

 

Oddanie telefonu jakiemuś bylekomu faktycznie może wydawać się mało wiarygodne. Może jakieś zdanie więcej komentarza od narratora by się przydało. Z drugiej strony utrata telefonu to nie koniec świata, ludzie telefonami stoliki/krzesła w restauracjach zajmują i cziki briki.

 

Klikam i pozdrawiam

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Witajże, @GalicyjskiZakapiorze!

 

Ufff… Bardzo mnie cieszy, że się podobało.

A zawiłe, bo to opowiadanie z gatunku mind-game stories (nazwa wymyślona przeze mnie na bazie nazwy filmowego gatunku mind-game films).

 

Ta sugestia o paragrafówce trochę niedociągnięta, moim zdaniem, gdyby nie tytuł nigdy bym nie wpadł na taką interpretację tekstu.

W odpowiedzi Jolce podane są trzy możliwe interpretacje (1. metafora życia, 2. bohater dosłownie jest uczestnikiem gry, 3. czytelnik wybiera zakończenie). O której piszesz? 

 

Oddanie telefonu jakiemuś bylekomu faktycznie może wydawać się mało wiarygodne.

Często w sytuacjach turystycznych korzysta się z czyjejś uprzejmości lub samemu robi się obcym ich komórkami zdjęcia. 

 

 Dzięki za klika. Pozdrawiam!

 

Do jakiego kraju?

Kraj jako synonim ojczyzny, ale bez górnolotnego zabarwienia.

Do jakiego kraju?

Tak się mówi. Do kraju. Naprawdę zaczynam się czuć stara…

Tylko że kraj to nie jest synonim ojczyzny. Synonimem kraju jest państwo na przykład. Ale nie ojczyzna.

Gdyby było napisane: Mieli wrócić do kraju, to jest wszystko jasne. Ale autor napisał: Mieli lot do kraju. Skąd mam wiedzieć, że do ojczyny? To jest dopiero początek opowiadania, może robią sobie jakieś tournee po świecie?

 

Ukazanie już na samym początku opowiadania głównego bohatera jako idioty nie jest dobrym posunięciem. Niewielu czytelników ma ochotę kibicować czy śledzić losy upośledzonego intelektualnie.

Idiota? Upośledzony intelektualnie? Skąd ten wniosek?

A nie uważasz, że idiotyzmem jest dawać telefon obcemu, który śmierdzi alkoholem? :)

 

Rozumiem, że syn nagle zaczął mówić w jego głowie, tak?

Nie. Ignacy rozglądał się i nikogo poza pracownikami lotniska nie widział. Syn mógł nadejść nagle i zagadać do zamyślonego ojca.

No właśnie, mógł, ale tego nie pokazałeś. Z mojej perspektywy scena wyszła bardzo pokracznie, wręcz groteskowo. Nikogo nie ma, a tu nagle syn wyrasta jak spod ziemi i staje przed bohaterem. Niepokojące.

Jeśli chcesz zaznaczyć, że ojciec był zamyślony, to można dopisać: Nawet nie zauważyłem, kiedy Tomek do mnie podszedł. czy coś takiego.

 

Dziękuję za przeczytanie, analizę i wskazówki.

 Nie za ma co :)

 

Często w sytuacjach turystycznych korzysta się z czyjejś uprzejmości lub samemu robi się obcym ich komórkami zdjęcia. 

Hm, naprawdę? Ja nawet ładnie pachnącej i zadbanej osobie bym nie oddała telefonu, a co dopiero śmierdzącemu menelowi ;p Ale to może ja jestem dziwna :P

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Tylko że kraj to nie jest synonim ojczyzny. Synonimem kraju jest państwo na przykład. Ale nie ojczyzna.

Owszem, ale takie powiedzenie się utarło. Chyba (nie wiem) tylko w języku polskim.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

HollyHell91, większość Twoich uwag została uwzględniona (byłoza we wskazanym fragmencie zredukowana, interpunkcja w dialogach poprawiona, „informacji” zmienione na „wzmianki”). Polemika dotyczy jedynie kilku kwestii.

 

Tylko że kraj to nie jest synonim ojczyzny.

W opowiadaniu słowo kraj zostało w taki sposób użyte. Jeśli robiliby sobie tournée po świecie, to miałoby sens napisać: „rano mieli zaplanowany lot” lub dookreślić: „mieli lot do Turcji”.

Internetowe słowniki Synonimy.pl i Synonim.net wymieniają słowo „kraj” jako synonim „ojczyzny”. Zdaję sobie sprawę, że trzeba ostrożnie podchodzić do tego typu źródeł.

Zostawię ten kraj, jak jest.

 

No właśnie, mógł, ale tego nie pokazałeś. Z mojej perspektywy scena wyszła bardzo pokracznie, wręcz groteskowo. Nikogo nie ma, a tu nagle syn wyrasta jak spod ziemi i staje przed bohaterem. Niepokojące.

Nigdy nie doświadczyłaś sytuacji, że ktoś nagle „wyrasta jak spod ziemi”? Ignacy rozglądał się za żoną, był zagubiony, zamyślił się, nie spodziewał się syna. Ale…

Ale w zasadzie, odebrałaś tę scenę mniej więcej zgodnie z moją intencją. W tym momencie czytelnik dowiaduje się, że wszystko, co do tej pory czytał, nie było prawdą lub musi inaczej spojrzeć na całą dotychczasową historię. Został przerwany ciąg narracyjny. Już wcześniej został wprowadzony element niepokoju: co tu się dzieje, co stało się z Karoliną? Ale dopiero teraz okazało się, że narrator jest niewiarygodny. Co jest prawdą? Czy może, jak zasugerowałaś wcześniej, tylko według mnie przez przypadek, jest niestabilny psychicznie.

 

A nie uważasz, że idiotyzmem jest dawać telefon obcemu, który śmierdzi alkoholem? :)

 

To jest normalna praktyka, że korzysta się z uprzejmości obcych, gdy grupa chce mieć wspólne zdjęcie. Ludzie sobie dają telefony i nawzajem robią zdjęcia. Jest to zjawisko powszechne.

Ignacy był człowiekiem otwartym, może mało asertywnym („w ogóle nigdy nie był zbyt przebojowy i przepuszczał wszystkich, jak leci”). Nie chciał poddać się stereotypowi, który wywołał w nim obawę, więc się przemógł i podał telefon bezdomnemu. Gdy jednak bezdomny wyrzucił ten telefon, to poza stratą materialną Ignacy doznał poczucia zdrady, ktoś mu powiedział tym gestem: jesteś frajerem, idiotą, upośledzony umysłowo. To nim wstrząsnęło, było impulsem, który pchnął go fatalnego czynu. 

Anonimie, to Twoje opowiadanie i Ty tu rządzisz :) Skoro uważasz, że wskazane przeze mnie punkty Cię nie uwierają, to chyba jest w porządku. Wszystkie uwagi są sugestiami i mają pomóc pisarzom rozwijać swój warsztat.

Pozdrawiam Cię serdecznie i jeszcze raz życzę powodzenia w konkursie :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Mamy na te same sprawy różne spojrzenia. To jest naturalne. Zaskoczyła mnie Twoja wątpliwość dotycząca oddania telefonu, którą zresztą podzielił GalicyjskiZakapior. Wydawało mi się raczej, że kontrowersje wzbudzi nieproporcjonalna reakcja Ignacego na stratę.

Dziękuję za stymulującą wymianę zdań i również pozdrawiam!

Hej, 

początkowo również nie zrozumiałam zakończenia, ale po przeczytaniu Twojego komentarza z wyjaśnieniem wszystko zaczęło mi się układać w całość. Przy okazji poczytałam, czym dokładnie jest gra paragrafowa, i muszę przyznać, że to naprawdę świetny pomysł, żeby wykorzystać ją w opowiadaniu.

Sama historia wciąga. Moje pogubienie się pewnie można zrzucić na to, że wcześniej nie znałam pojęcia „paragrafówki” ani jej zasad. I tak myślę, że może przydałaby sie w przedmowie jakaś mała wskazówka? Odesłanie do wikipedii, wszystkich tych, którzy nie znają tej gry i nie zrozumieli tytułu. :D 

Ale z drugiej strony, to mogłoby trochę spoilerować, że będziemy przeskakiwać przez różne linie rzeczywistości…  

Powodzenia w konkursie i pozdrawiam! :) 

Witaj, @Marszawo!

Miło mi, że wskoczyłaś za Ignacym w tę opowieść. Wielkie dzięki.

Już sam zestaw haseł spoilerował. Trochę mnie to martwiło.

Pozdrawiam!

Ave, Anonimie!

 

Bardzo fajny pomysł na połączenie koncepcji wieloświatów, gry paragrafowej i historii miłości dwojga ludzi. Początkowo zakładałem, że Ignacy cierpi na urojenia, albo ma demencję, więc na plus zaliczę też nieoczywisty twist fabularny.

 

Przewinął dziesiątki zdjęć, by z Alberobello przenieść się do Polignano a Mare. Wygłupiał się, robiąc stójkę na jednej nodze i śpiewając „Volare oh, oh”. I kolejne: pod pomnikiem Świętego Mikołaja, z profiterolką na talerzu i aperolem w kieliszku i w końcu te z ostatniego dnia, gdy szli promenadą Lungomare

Ech, tutaj zdobyłeś (aś?), Anonimie nieuczciwą przewagę, bo obudziły się moje wspomnienia z wymiany studenckiej do Bari właśnie… :P I jak mam teraz zachować obiektywizm?

 

Ze zrozumieniem zakończenia nie miałem problemów, dość mocno spinało mi się z wcześniejszymi wskazówkami odnośnie podróży między światami/rzeczywistościami w oparciu o “mapę życia”.

 

Pod względem językowym całość wypada solidnie, nic nie zgrzytało podczas lektury.

 

Fabularnie najmniej podobał mi się fragment, w którym Karolina tłumaczyła Ignacemu koncepcję wieloświatów. Troszkę infodumpowo to wypadło, ale z drugiej strony na niewielkiej ilości znaków trudno byłoby inaczej wyjaśnić czytelnikowi, o co tutaj właściwie chodzi, więc przyjmuję takie rozwiązanie ze zrozumieniem.

 

I ogólnie sama fabuła nie jest może pełna zwrotów akcji, dramatycznych scen, czy elementów przygodowych, ale skupia się na relacji (trudnej, bo rozgałęzionej na różne sposoby, nie pomijając śmierci Karoliny w jednej z rzeczywistości) małżonków i robi to dobrze.

 

Opowiadanie nie jest idealne, ale spędziłem przy nim bardzo dobry czas. Do tego “plusów dodatnich” jest więcej niż ujemnych, więc piórkowo będę na TAK.

 

Powodzenia w konkursie!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Ave, cezary_cezary!

Obiektywizm jest przereklamowany.

Bardzo dziękuję.

Pozdrawiam!

Cześć, Anonimie!

Intrygujące opowiadanie, spodobał mi się pomysł, w którym konwencja paragrafówki nie jest głównym budulcem tekstu, lecz motywem fantastycznym i pretekstem do rozmowy o dokonywaniu wyborów. Ładne są też opisy życia codziennego bohaterów, detale takie jak syn martwiący się potencjalnymi objawami demencji, pomaga to wczuć się w świat i zainteresować ich losami. Zwróciłem uwagę na kreatywne wykorzystanie efektu Mandeli. Językowo na niczym się nie potykałem, chociaż może nie szukałem błędów wyjątkowo pilnie. Z drugiej strony nie znalazłem w opowiadaniu niczego w rodzaju myśli przewodniej, zaczyna się drastyczną sceną i sprawia wrażenie, że będzie mówiło o konsekwencjach impulsywnych decyzji z fantastyczną otoczką dającą szanse ich uniknięcia, a potem przechodzimy do obyczajowej opowieści o starszym panu, który w pewnych wersjach swojego wieloświata nie został wdowcem i nie wie, czy naprawdę może odzyskać żonę, czy to tylko ułuda. Poza tym opowieść jest dziwnie streszczona, bez wyjaśnień autorskich moim zdaniem byłoby zbyt trudno wymyślić, jak dokładnie działa to przechodzenie między liniami świata, na jakiej zasadzie bohater jest w stanie to odczytać z mapy i zastosować.

W sumie głos do Biblioteki jest absolutnie zasłużony, do jakości piórkowej moim zdaniem nieco brakuje.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Cześć, Ślimaku Zagłady!

Bardzo dziękuję za opinię i głos do Biblioteki.

Pozdrawiam!

 

Sorry, Anonimowy Winnetou, ale jestem na NIE.

Być może oberwałeś rykoszetem tym, że nie lubię paragrafówek (IMO, to autor powinien decydować, jak wygląda dzieło, a nie odbiorca), ale mam nadzieję, że nie.

Już przy pierwszym czytaniu, kiedy jeszcze nie wiedziałam o nominacji do piórka, fabuła mi nie przypadła do gustu. Znaczy – poszczególne wydarzenia w porządku, nie mam uwag, ale nie rozumiem, dlaczego bohater przeskakuje między różnymi liniami. Znaczy, pakuje się pod samochód, ale nie wybiera przy tym czerwonej ani pomarańczowej linii. Być może koncepcja jest taka, że po dojściu do końca jednej linii bohatera rzuca do losowo wybranej innej linii, która nadal trwa. Być może, ale z tekstu to nie wynika.

Jeśli tak, to mapa niewiele daje – masz informację, w którym miejscu powinieneś skręcić, ale nie możesz świadomie tego skrętu wykonać.

Piszesz w komentarzu, że przeskoki są powodowane przez silne emocje. Hmmm. Słabo umiem w emocje, więc nie zwracam uwagi na takie rzeczy.

Pamiętaj jednak, że moje (czy czyjekolwiek inne) NIE to jeszcze nie koniec świata. Tekst ma swoje zalety, nie przeczę. Tylko dla mnie nie wystarczyło ich na piórko. :-/

Babska logika rządzi!

Heja, heja!

Finklo, dziękuję za ponowne pochylenie się nad tekstem i wyjaśnienie decyzji.

to jeszcze nie koniec świata

Spoks, my Indianie jesteśmy twardzi :'(

 

Howgh!

Od samego początku opowiadania zastanawiałem, się czy bohater uczestniczy w paragrafówce, w sumie wciąż się nad tym zastanawiam. Tekst szybko wciąga, podobają mi się też różnego rodzaju detale i wykorzystanie prawdziwych zjawisk. Proces przeskakiwania między rzeczywistościami wydał mi się nieco mglisty, zwłaszcza ich przyczyna. Zaskoczył mnie również wiek bohaterów, czytając, długo nie sygnalizujesz, że to staruszkowie :)

Cześć, Zygfrydzie89!

“Staruszkowie” padają z ust Karoliny. Ignacy uważał, podobnie jak ja, że to na wyrost i służyło tylko wzmocnieniu przekazu, że podejrzewanie ich będzie absurdalne.

Ignacy ma dorosłego syna, jest dziadkiem. Może być przed sześćdziesiątką.

Dzięki za przeczytanie i podzielenie się wrażeniami.

Pozdrawiam!

 

Moje uszanowanie!

 

Bardzo oryginalny pomysł na historię. Uwielbiam motyw wieloświata! Miło się czytało, akcja świetnie zbudowana, może jedynie pod koniec odczułem lekki chaos. Zgodzę się jeszcze z przedmówcami, iż niektóre kwestie pozostają niejasne. Od siebie dodam, że do tego opowiadania pasowałyby w paru miejscach nieco dłuższe opisy, zwłaszcza w scenach gdzie krzyżują się różne rzeczywistości. Zwiększyłaby się wtedy obrazowość tego odrealnienia. 

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

PS

 

Widzę, że za limit przyjąłeś trzydzieści tysięcy znaków. Cóż, trochę szkoda, bo opowiadanie jeszcze lepiej wypadłoby, moim zdaniem, właśnie w wersji rozciągniętej. 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Cześć, Robercie!

Dziękuję za miłe słowa i wskazówki.

niektóre kwestie pozostają niejasne

Narrator opowiada historię, podążając za bohaterem, który sam musi ogarnąć, co się dzieje. Przeskoki między rzeczywistościami „resetują” jego postrzeganie świata (następuje gwałtowne cięcie). Przejmuje życie swojej „wirtualnej” wersji. Z poprzedniej pamięta niewiele, bo nie jest mu to w nowym życiu potrzebne. To, co mu się nie zgadza, jakoś racjonalizuje. Sam mechanizm przeskoku nie jest opisany, ale można się domyślić, że jest wywołany silnymi emocjami. Stąd powtarzający się motyw serca. Wydarzenie na molo było tak mocne, że pamięć o nim przetrwała przeskok. Przez to zapamiętał dwie różne wersje pobytu na urlopie. Nie potrafił sobie z tym poradzić, więc doszedł do wniosku, że może w teoriach żony, dotyczących wieloświata, jest jakaś prawda . Poszedł na strych i sięgnął do materiałów. Odnalazł „mapę życia”, która okazała się „interaktywna” – została zaktualizowana. Z niej wyczytał, co zrobić, by przeskoczyć do innej linii.

Oj, chyba za dużo wyjaśnień. Nie wiem poza tym, czy odnoszą się do niejasności. Trudno.

 

Pozdrawiam!

Sam mechanizm przeskoku nie jest opisany, ale można się domyślić, że jest wywołany z silnymi emocjami. Stąd powtarzający się motyw serca. Wydarzenie na molo było tak mocne, że pamięć o nim przetrwała przeskok. Przez to zapamiętał dwie różne wersje pobytu na urlopie.

Okej, to ma sens. Ciekawie wymyślone.

 

Również pozdrawiam i powodzenia na konkursie! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Wyniki już na stronie. A oto opinia:

Komentarz tuż po przeczytaniu:

Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie. :)

 

Opowiadanie zagadkowe, nie do końca jasne i nie do końca klarowne. :) Pełne znaków zapytania i tajemniczości. :) Tytuł jednoznacznie wskazuje na niepokojącą grę. :) Oryginalność oraz zagadkowość to najważniejsze atuty tego nietuzinkowego tekstu. :)

 

Sprawy językowe i nasuwające się przy czytaniu wątpliwości oraz sugestie (tylko do przeanalizowania):

Później zaczął wymyślał nowe ujęcia. – literówka?

A nawet (przecinek?) jak ich znajdą, to co powiedzą?

Jakby były kamery, to policja przegoniłaby ich już dawno. Tamci też pewnie wybrali takie miejsce, by być niewidoczni… Wątpię, by były tam kamery. I to nie były świętoszki. – powtórzenia?

– Wie, pan, kto pierwszy ten lepszy. – zbędny pierwszy przecinek?

Wstęp do teorii i dużo innych. Poza stertą papierów w pudle znalazł różne inne przedmioty. – powtórzenie?

Ale gdzieś tam w tle, w miarę wędrówki coraz bliżej (przecinek?) niemal na każdej fotce uwiecznił trójkę bezdomnych.

Karolina kiedyś próbowała wytłumaczyć mu swoje koncepcje, to, na co wpadła w toku swoich badań. – powtórzenie?

Przypomniał sobie o tym, słuchając w samochodzie Szczęśliwej drogi (przecinek?) już czas.

Rezygnacja z kariery było wybawieniem. – literówka?

Linie pięły się ku górze, gdzieniegdzie lekko skręcały to w jedną (przecinek?) to drugą stronę, a czasami się zapętlały, tworzyły wiry, w centrum których nie można było już dostrzec osobnej kreski.

Linia pomarańczowa wiła się w tym gąszczu i już na samym szczycie tej plątaniny rozdzieliła się na dwie (myślnik lub przecinek?) żółtą i czerwoną.

Zszedł na dół i (przecinek?) mijając salon, skierował się do wyjścia.

 

Pozdrawiam serdecznie i ponownie dziękuję za udział. Klik biblioteczny. :)

Pecunia non olet

Cześć, bruce!

 

Literówki i przecinki poprawione, powtórzenia usunięte (poza tymi w dialogu). 

 

Dzięki za włożoną pracę w analizę tekstu, opinię i klik biblioteczny.

 

Pozdrawiam!

To zawsze jedynie sugestie, do przemyślenia. :)

Miło poznać Autora, witaj, AP. :)

Pozdrawiam noworocznie, także dziękuję. :)

Pecunia non olet

Ciekawy pomysł na mapę życia :)

Opowieść jest intrygująca, trzyma w napięciu. Zakończenie z jednej strony nie jest oczywiste, ale z drugiej w sumie od pewnego momentu czegoś takiego się spodziewałam. Ładnie napisane.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tekst – labirynt, ale jest w nim nić Ariadny, i kiedy się ją odnajdzie, można dojść do Minotaura, tylko odrobinę się przy tym potykając.

 

Początkowo bohater zachowuje się co najmniej dziwnie. Jest stary i ufny, ale młody i zadziorny. Ma chore serce, ale wcale nie ma. Reaguje to zbyt potulnie, to zdumiewająco agresywnie. Jego żona bardzo trzeźwo i, na ile mogę to oceniać, profesjonalnie odnajduje się w sytuacji, kiedy jej spokojny mąż właśnie z premedytacją zamordował żula na ulicy turystycznego miasta, dziwnie pustego o wieczorze. Kłócą się o rzeczy, o których nie mówili od trzydziestu lat. Ignacy zmienia zdanie bez ostrzeżenia i wyraźnego sensu.

 

Gdzieś przy wsiadaniu do samolotu byłam już gotowa postawić dowolne pieniądze, że bawisz się tu czasem. Myślałam jednak raczej o kimś, kto "redaguje" bieg własnego (albo i cudzego) życia – może powinnam była zwrócić większą uwagę na tytuł. Ale zaskoczyłeś mnie. I to w ten dobry sposób, ten "aha!". Więcej, brany jako całość tekst jest wręcz geometrycznie nakreślony i spójny. Nie zauważyłam, żeby któryś element się zgubił albo był zbędny – wszystko wraca jak bumerang. Doceniam też Gorgiasza, który w naszym świecie niczego nie napisał, o ile wiem (a przynajmniej się nie zachowało).

 

Pofilozofujmy jednak odrobinę o naturze rzeczywistości (tylko troszeczkę) – bo chociaż Ty ustalasz zasady tego świata, musisz jednak przestrzegać tych, którym podlegają wszystkie światy, czyli prawom wyłączonego środka, niesprzeczności i tożsamości. A i definicje należałoby albo ustalić jakoś wcześnie, albo używać tych powszechnie przyjętych, bo inaczej ryzykujesz, że nikt niczego nie zrozumie.

 

Otóż: nie ma czegoś takiego, jak "nieprawdziwa rzeczywistość". Rzeczywistość na tym polega, że jest prawdziwa. Nie bardzo rozumiem, czym miałyby być "rzeczywistości wynikające z twojego istnienia" – pomyślałam, bo nakierowujesz na to w ekspozycji, że to, hmm, ścieżki czy linie świata (tak to się nazywa? zapomniałam), różne możliwe biegi życia Ignacego. Ale kiedy mówisz "Te wszystkie rzeczywistości są twoją emanacją, matematycznym bytem, ale tylko jedna jest materializowana twoją duszą." kręci mi się w głowie, bo przecież dusza, czy świadomość (w sumie nie wiem, co Karolina ma na myśli) niczego nie materializuje, a raczej (zgodnie z koncepcjami hylemorfizmu – najbardziej trzymającymi się kupy, przynajmniej spośród tych, o których wiem) określa, formuje. Zresztą byty matematyczne to też czyste formy, poza fizyką i materią. I co ma do tego wszystkiego emanacja? Chodzi o to, że gdzieś poza czasoprzestrzenią (czasoprzestrzeniami? one się przecież troszkę przenikają, więc może jednak czasoprzestrzenią? Albo i Czasoprzestrzenią?) jest jakieś transcendentalne Ja, i ono promieniuje te linie na wszystkie światy, w których one mogłyby istnieć? Ale jak by ta wspólnota miała działać, skoro linie są "emanacjami" dusz? Coś w tym stylu napisał kiedyś Dick, i też nie wiem, jak u niego działało.

 

Ale to jest czepialstwo na gruncie zawodowym.

 

Jeszcze z mojej działki – argumentacja. To w sumie mało kto zauważy i nie jest to błąd, ale muszę wytknąć, że w kłótni Ignacego z Karoliną on nie przywołuje właściwie żadnych argumentów (tylko ad hominem i "nie chcę tego słuchać"). Ona tak, ale posługuje się tzw. galopem Gisha (natłok argumentów, które mogą być dowolnie słabe – ważne, żeby oponenta oszołomić), co oczywiście może przekonać Ignacego. Ale narratora wszechwiedzącego nie powinno.

 

Tak czy owak, zagadka okazała się satysfakcjonująca, a warstwa uczuciowa interpretowalna na co najmniej dwa różne, skłaniające do myślenia sposoby.

 

Językowo nie jest źle, choć mogłoby być przejrzyściej – zdania dość sztywne, drewniane, miejscami źle się parsują. Ekspozycji jest tu trochę, ale żeby ją wpleść w dialogi, tekst musiałby być co najmniej dwa razy dłuższy i w limicie konkursowym na pewno by się nie zmieścił, a nie wiem, czy nie przekroczyłby wytrzymałości czytelnika, więc to chyba zło konieczne, zwłaszcza, że nie dajesz tej ekspozycji więcej, niż trzeba. Nie raz i nie dwa podwajasz informacje i tłumaczysz, etykietujesz, zamiast pokazywać. Podwajanie w niektórych punktach ma rację bytu – pozwala przemycić informację odrobinę zmienioną tak, żeby czytelnik nie od razu się zorientował – ale czasami albo jej nie ma, albo ja jej nie widzę. Nie ma tu prawie purpury, na całe szczęście, bo tekst nie jest łatwy w odbiorze (trzeba trochę pracować głową) i purpura za bardzo obciążałaby czytelnika poznawczo – chociaż używasz słów z dość wysokiego rejestru. Niejasności, których można by było uniknąć, polecałabym Ci jednak uniknąć, bo – tekst nie jest łatwy w odbiorze. Nie mógłby taki być, chociażby dlatego, że to, co w innym tekście byłoby błędem (znikający telefon Ignacego na przykład) tutaj wcale nim nie jest, ma uzasadnienie i przekazuje sens – ale czytelnik jednak się potyka. Mimo wszystko nie ma co tego odbioru niepotrzebnie utrudniać, skoro pewna trudność jest już nieunikniona.

 

Makaronizmy piszemy kursywą: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Obce-wyrazy-kursywa;10414.html – nie zawsze to robisz.

 

Trafiła się przygarść angielskich konstrukcji: "Szybko do nich dotarło, że jeśli nie chcieli wzbudzać podejrzeń, to powinni się uspokoić." jeśli nie chcą wzbudzać podejrzeń (to w ogóle angielskawa konstrukcja, ale pozbądź się przynajmniej consecutio temporum).

 

"W końcu uświadomił sobie, co było źródłem niepokoju." – ma być "jest", bo consecutio temporum nie ma w polszczyźnie zastosowania (przypominam, że ono dotyczy – w językach wywodzących się z łaciny – zdań podrzędnych opisujących postrzeganie, myśli itp.). To zdanie w ogóle zawiera c.t., powtórzenie i błąd frazeologiczny, a może nawet dwa: "Odpowiedź ojca tylko utwierdziła obawy, ale zamiast delikatnie podejść do wyjaśnienia, co było źródłem frustracji ojca, stwierdził:" – obawy można potwierdzić, ale utwierdzić można tylko kogoś w przekonaniu. Reszta zdania jest bardzo nienaturalna i streszczająca i w sumie nie wiem, jaki z niej pożytek.

 

"Był przekonany, że pogrążała się w obłędzie" to też consecutio temporum.

 

Z aspektem czasownika nie masz w zasadzie kłopotów, tylko: "Nie miał sił powalczyć o swoje" nie wiem, dlaczego tu jest aspekt dokonany. Przecież nie walczył w końcu. I skoro linia się wiła, to potem się rozdzielała, nie rozdzieliła (aspekty muszą się zgadzać).

 

Inne potknięcia gramatyki są nieliczne. Nie: "nie przestając pstrykania" tylko: nie przestając pstrykać albo nie zaprzestając pstrykania. Fraza: "wyprostował się i rozjuszony z wyzywającą pozą spojrzał na towarzyszy zamordowanego" nawet poprawiona do: wyprostował się i rozjuszony, w wyzywającej pozie, spojrzał na towarzyszy zamordowanego; i tak nie brzmi dobrze.

 

Tutaj moje wątpliwości budzi raczej wodolejstwo: "by, jeśli to możliwe, innym wyjściem, zmieniając jakiś element garderoby, kontynuować wędrówkę", i to, że wędrówki nie można "kontynuować wyjściem", ale nie dam głowy za ten imiesłów.

 

Tu: "nic dobrego nie wyniknie, jak się przyznasz." niestety, bez "tego" się nie obejdzie. 

 

"Głębiej, choć ich kusiło, zadając szczegółowe pytania, nie szukali." co kusiło i zadawało pytania? Czyli co jest agensem imiesłowu? Bo chyba nie Karolina z Ignacym.

 

Ta fraza: "jedyną osobą, dla której widzę sens, by żyć" ma bardzo dziwną składnię. Trudno to poprawić bez wymiany niektórych słów, ale może: tylko dla ciebie mógłbym żyć? Tylko przy tobie widzę sens życia? Coś w tym rodzaju.

 

Stewardesy: "machały rękami, ilustrując dobywające się z głośników komunikaty." lepiej, żeby: Machaniem rękami ilustrowały wydobywające się z głośników komunikaty.

 

Miejscami myli czytelnika szyk, np. tutaj: "Do worka na śmieci włożyła zawartość pralki." podkreśla worek na śmieci – jakby musiała do niego coś włożyć i wybrała do tego celu zawartość pralki (mokrą?).

 

Kiedy Karolina: "założyła kurtkę, którą zabrała do plecaka," brzmi to tak, jakby założyła kurtkę, a potem włożyła ją do plecaka. Jaśniej będzie: założyła kurtkę, którą miała w plecaku. Albo nawet: założyła kurtkę wyjętą z plecaka.

 

Fraza "w miarę wędrówki coraz bliżej niemal na każdej fotce uwiecznił trójkę bezdomnych" wymaga chwili zastanowienia, a można by po prostu wyciąć "coraz bliżej".

 

Tu po prostu zaimek się obsunął: "Karolina kiedyś próbowała wytłumaczyć mu swoje koncepcje, to, na co wpadła w toku swoich badań." może być: Karolina próbowała mu kiedyś wytłumaczyć swoje koncepcje; albo: Karolina kiedyś próbowała mu wytłumaczyć swoje koncepcje.

 

"W głowie Ignacego się kotłowało." – lepiej: Ignacemu kotłowało się w głowie. Tu mieszają się podmioty: "Odczekiwał, aż inni znikną z ekranu i będą sami." nie inni mają być sami, tylko Ignacy z Karoliną.

 

Przykładów powtórzeń i etykiet wypisałam tylko trochę: "Mężczyzna tempo spojrzał na żonę, jakby nie rozumiał, co się dzieje." spojrzał na nią tępo, ale czy jest sens mówić to dwa razy, różnymi słowami?

 

"Ignacy był zagubiony i bezradny. Nie miał pojęcia, co robić." – dwa razy ta sama informacja, i to nie pokazana, tylko nazwana. Zamiast zapewniać, że "Tomka zmroziły słowa ojca" pokaż jego minę, gest pełen troski, przerażenie – cokolwiek.

 

I najdłuższa część każdego z moich komentarzy konkursowych, czyli niestylistyczne słowa i zdania. W pierwszej scenie, gdzie słowa są ogólnie dość formalne, straszy kolokwialne "nie odpuszczał".

 

Promujesz hazard: "tym razem postawili na kolację w swoim apartamencie" – :D a serio, nie kalkuj po telewizji (i – do czego odnosi się "swoim"?).

 

Wino jest miejscowe, nie "lokalne". To "zaproponował swoje usługi" jakieś takie ni to ironiczne, ni to – nie wiem.

 

Gdzie molo ma głąb? Karolina albo wyjęła kamień z ręki męża, albo odebrała kamień mężowi. Czy można się "poddać reżyserii"? "Zabrać się za kolację" to raczej zacząć jeść, niż gotować.

 

"Dopakować" można coś do paczki, a Karolina po prostu skończyła pakować plecaki.

 

Niedobrze brzmi zdanie: "Wszystkie czynności zdawały się trwać wieczność i niepokój zaczął zamieniać się w panikę." Także "Poprosił przechodzącą obok stewardesę o wodę i zanim doczekał się plastikowego kubka, przyjrzał się pigułce." dość wydumane – kubek jako metonim wody?

 

To co prawda lampshade: "Miał wrażenie, że jego życie rozsypało się jak klocki puzzli, a niektóre kawałki pochodziły z innego zestawu. Będzie musiał na nowo je poskładać. Nadmiarowe fragmenty najwyżej wyrzuci do śmieci.", ale potwierdza to, czego czytelnik się domyśla, więc niech tam – tylko "elementy", nie "fragmenty", bo fragmenty to odłamki: https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842880

 

Jakie to jest "burzliwe" zakończenie? Zdanie "Wspierał ją, ale nie miał przekonania, że racja leży po stronie żony." mało naturalne.

 

Tu nastąpił nagły atak niewytłumaczalnej purpury: "Jedynie ostatni tydzień był wyrwą w tym smutnym świecie, który sobie przy grobie poukładał. " – wyrwą w świecie? Poza tym, że wyrwa raczej pejoratywna, a jemu ten tydzień się chyba podobał?

 

Znów siedzieli; z powrotem usiedli. Nie "psychiczne załamanie" tylko załamanie nerwowe (to cecha istotna, więc idzie za rzeczownik). Powtarzam (na puszczy), że "zdefiniować" to nie to samo, co określić (https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842860).

 

Jeśli przed tym, to się wzbraniał, jeśli wobec tego, to się buntował. Do samolotu czy innego środka transportu się wsiada, nie wchodzi. Kluczy może być pęk, ale nie "plik" (plik jest papierów, albo w komputerze).

 

Nie: "nie bacząc na wysiłek", tylko na wysiłki (to idiom).

 

Fotograf: "Tak pilnie przymierzał się do każdego ujęcia" starannie tak, ale pilnie? Pilny jest uczeń, tu nie o to chodzi.

 

"Musieli radzić sobie z jednej pensji" mogli sobie radzić z jedną pensją, ale musieli wyżyć z jednej pensji. W jaki sposób zeszyt Karoliny jest "odzyskany"?

 

Średnio mi się podoba: "Długopisem naniosła kilka linii, a od nich parę odgałęzień" – może: Długopisem narysowała parę linii, a potem dodała im odgałęzienia.

 

"Brał je jako wyraz miłości" brał je za wyraz miłości. Czemu Ignacy "polemizuje" z czymś, czego nie bierze serio?

 

"Ta ostatnia została zwieńczona znacznikiem lokalizacji, który widuje się na turystycznych mapach." nie brzmi dobrze.

 

Przegadana fraza: "do tego dobiegał go natarczywy hałas" – może po prostu dręczył go hałas?

 

Zapytał sąsiada z wyrzutem; albo z wyrzutem zapytał sąsiada. Idiom brzmi: Nie mógł usiedzieć na miejscu (albo: w miejscu).

 

Więcej równie wnikliwych uwag możesz zamówić drogą mailową.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Błędy w zapisie dialogu. Historia jak dla mnie nieco naiwna i sztywna.

Okropna ta scena z zabiciem bezdomnego, ale robi wrażenie.

Generalnie są sceny fajne i plastyczne, ale między nimi sporo wypełniaczy. 

 

delulu managment

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Jasne, bruce!

Zawsze analizuję propozycję zmian. Niektóre są oczywiste, inne wymagają pomyślenia lub sprawdzenia. Zastanowił mnie tytuł Szczęśliwej drogi, już czas. Różne źródła różnie podają, a przecinek zmienia trochę znaczenie. Jednak Twoja wersja wydaje się prawidłowa.

Jeszcze raz dzięki!

Cześć, śniąca!

Dziękuję za miłe słowa.

Pozdrawiam!

Cześć, Tarnino!

 

Dzięki za Talizman i szczegółową analizę!

 

Gdzieś przy wsiadaniu do samolotu byłam już gotowa postawić dowolne pieniądze, że bawisz się tu czasem.

Przed wejściem do samolotu Ignacy rozstaje się z Karoliną. Musiałem podać w przedmowie, co jest skarbem (osoba) i jak jest ukryty (przesunięcie między światami). Trochę mnie to martwiło, choć z drugiej strony, jak ja zaczynam czytać, to zapominam o tytule, tagach i przedmowie, wiec miałem nadzieję, że czytelnicy też o tym zapomną.

 

Ale zaskoczyłeś mnie. I to w ten dobry sposób, ten "aha!". Więcej, brany jako całość tekst jest wręcz geometrycznie nakreślony i spójny. Nie zauważyłam, żeby któryś element się zgubił albo był zbędny – wszystko wraca jak bumerang.

Bardzo cieszą mnie te słowa.

 

Pofilozofujmy jednak odrobinę o naturze rzeczywistości…

nie ma czegoś takiego, jak "nieprawdziwa rzeczywistość"

 

Nie czułbym się na siłach dawać jakiegoś sensownego wykładu na temat teorii Karoliny. Dlatego kazałem jej wytłumaczyć możliwie prostymi, zrozumiałymi dla Ignacego słowami, czym się zajmuje. Karolina dobiera słowa, godzi się na uproszczenia itd. Wiadomo, ktoś bardziej obyty ode mnie, a ona według moich wyobrażeń taka jest, zrobiłby to lepiej.

 

Więcej równie wnikliwych uwag możesz zamówić drogą mailową.

Zgłoszę się po całość.

 

Pozdrawiam!

Cześć, Ambush!

Błędy w zapisie dialogu.

Ale tak po całości? Dobra, sprawdzę po kolei.

Historia jak dla mnie nieco naiwna

Zastanawiało mnie to, aż sprawdziłem w słowniku, czy dobrze rozumiem znaczenie słowa „naiwny”.

sporo wypełniaczy

Wydawało mi się, że każdy dialog, scena ma znaczenie dla historii, ale nie wykluczam, że gdzieś nie uniknąłem wodolejstwa.

 

Dzięki za opinię.

 

Pozdrawiam!

Cześć, Anet!

Bardzo mnie to cieszy!

Pozdrawiam!

Dzięki za Talizman i szczegółową analizę!

^^

Trochę mnie to martwiło, choć z drugiej strony, jak ja zaczynam czytać, to zapominam o tytule, tagach i przedmowie, wiec miałem nadzieję, że czytelnicy też o tym zapomną.

Mmmm, ja też zapominam…

Wiadomo, ktoś bardziej obyty ode mnie, a ona według moich wyobrażeń taka jest, zrobiłby to lepiej.

Hmmm, dobra. Tylko wiesz, to jest ryzykowny zabieg.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

^^

Talizman

 

Tylko wiesz, to jest ryzykowny zabieg.

Wiem. „Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz.” 

Nowa Fantastyka