“a później to hulaj dusza, kosmos albo kusza :) “
Kosmos :)
Hasła: metale ziem rzadkich, pożarcie, skała.
“a później to hulaj dusza, kosmos albo kusza :) “
Kosmos :)
Hasła: metale ziem rzadkich, pożarcie, skała.
Steve uciekał, ile sił w nogach. Nie było tych sił wiele, więc goniący go dealer z „Black Wasps” sukcesywnie skracał dystans. Zboczenie w ślepy zaułek pogrzebało wszelkie szanse, ale Steve za największego skręta świata nie przypomniałby sobie rozkładu uliczek. Po chwili leżał w kałuży rzadkiego błocka i obiecywał, że odda dług co do centa. Niestety, żadne przysięgi nie zadziałały.
Nie minęły dwie godziny, a Steve, z sercem wściekle walącym ze strachu i głodu, leżał w jakimś zapomnianym magazynie u stóp Blizny, szefa „Black Wasps”, który perorował:
– Normalnie ujebalibyśmy ci palec albo dwa, żebyś lepiej pamiętał o terminach płatności.
– Oddam wszystko w przyszłym tygodniu, obiecuję!
– Morda, śmieciu! Teraz ja mówię! – Rozkaz został poparty kopniakiem w żebra wymierzonym przez przybocznego Blizny. – Ale dzisiaj mam świetny humor, więc dam ci wybór.
Steve bał się odezwać, ale pokiwał głową tak energicznie, że niemal wyrżnął czołem o beton.
– Możesz albo natychmiast spłacić dług wraz z odsetkami, albo rozstać się z dwoma palcami, albo wyświadczyć nam drobną przysługę…
– Zrobię wszystko, czego będziecie chcieli!
Blizna uśmiechnął się pogardliwie, jakby nie oczekiwał innej reakcji.
– Trzeba dostarczyć pewną mapę do naszych przyjaciół…
– Możecie na mnie liczyć – zapewnił gorliwie Steve.
– …na Marsie – dokończył Blizna tak cicho, że chyba nikt go nie usłyszał. – Wtedy anulujemy ci dług i jeszcze dorzucimy dziesięć koła za fatygę.
Steve nigdy w życiu nie widział takiego szmalu. Aż pogubił się w obliczeniach, ile to by było działek…
***
Robienie pompek lub podnoszenie ciężarów w marsjańskiej grawitacji mijało się z celem. Agenci Martian Federal Bureau of Investigation, żeby utrzymać się w formie, podczas ćwiczeń obwieszali się obciążnikami niczym fani country skórzanymi dodatkami. Wyrafinowane narzędzia tortur w siłowni bazowały na elastycznych taśmach. W rezultacie można się było nieźle zmachać.
Erika tym bardziej musiała więc docenić lekki, konwersacyjny ton Aleksa, który, nie przerywając wysiłków na wioślarzu, spytał:
– Coś nowego w sprawie złóż marsjanitu?
Teoretycznie Erika nie miała prawa dzielić się posiadanymi informacjami, ale… Po półroczu (marsjańskim!) sypiania z Aleksem doskonale wiedziała, że jest straszliwie cięty na narkobaronów wszelkiej maści, że nigdy w życiu nie daruje im tego, co wyrządzili jego młodszemu bratu, że ma doktorat z m-geologii i świra na punkcie marsjanitu… Ona sama o tym minerale wiedziała tylko najważniejsze rzeczy; po pierwsze, do tej pory znaleziono go wyłącznie na Marsie, po drugie, najpopularniejsza teoria głosiła, że kryształki powstają, kiedy spory meteoryt z grupy pallasytów uderza w skały zawierające metale ziem rzadkich (a konkretnie skand lub itr). Koniecznie w warunkach beztlenowych – w obecności tlenu marsjanit bardzo szybko przekształcał się w niezbyt ciekawą ekonomicznie rudę. Po trzecie, jeśli udało się tego uniknąć, z minerału produkowało się biżuterię, która, po zabezpieczeniu przezroczystą żywicą, na Ziemi osiągała ceny porównywalne z platyną. Alternatywne zastosowanie przynosiło jeszcze większe zyski – wystarczyło zaoszczędzić na kosztach transportu międzyplanetarnego, przeprowadzić kilka stosunkowo prostych reakcji, produkując narkotyk zwany marsylianką, i sprzedawać go na miejscu. Marsylianka dawała w dużym stopniu programowalne tripy, szybko i silnie uzależniała, a potem wykańczała wątrobę. Na ogół przed upływem pięciuset soli.
Na dobrą sprawę to właśnie Alex powinien prowadzić tę sprawę, a Paul nie włączył go tylko dlatego, że sam był republikański i religijny do szpiku kości i nie potrafił zaakceptować ich nieformalnego związku. Erika podejrzewała, że szef wystarał się o pracę na Marsie przede wszystkim z tego powodu, że aborcja została tu obłożona mnóstwem ograniczeń – kolonia potrzebowała ludzi i taniej wychodziło zrobienie ich na miejscu niż sprowadzanie z Ziemi.
Poza tym biuro MFBI w Bradbury City było maleńkie, wszyscy agenci siłą rzeczy musieli polegać na kolegach i ufać im, a sądy i prawnicy chwilowo znajdowali się dalej niż sto pięćdziesiąt milionów mil stąd. Po szybkiej analizie wszystkich argumentów Erika odpowiedziała więc:
– Paul przekazał mi dane na temat niejakiego Stevena Berkera. To ćpun i degenerat, ale nasi podopieczni z Wirginii wykupili dla niego bilet na Marsa. – Agentka zbeształa się w duchu, bo nie udało jej się wypowiedzieć tego zdania bez sapnięcia. Cichutkiego, lecz Alex z pewnością usłyszał. A mama setki razy powtarzała, że kobieta musi być dwukrotnie lepsza od faceta, żeby ten uwierzył, że jest tylko dwukrotnie gorsza. – Podejrzewamy, że spróbuje przemycić mapę tego złoża.
– Chyba że to podpucha, a prawdziwą mapę przewiezie jakiś inżynier górnictwa albo dziennikarz…
– Oczywiście, że bierzemy taką możliwość pod uwagę. Ale bilety są drogie, nawet jak na kieszeń gangstera.
– Co zamierzasz zrobić?
– Przetrzepać go dokładnie w kosmoporcie. To ćpun, na pewno algorytm go wyłapie, czy będzie na haju, czy na głodzie. Gotowy pretekst, żeby rozebrać jego bagaż na czynniki pierwsze i wziąć na osobistą.
***
– Jak to nic przy nim nie znaleźliście? – wrzeszczała Erika do telefonu.
– Powtarzam – tłumaczył jakiś uparty celnik – przetrzepaliśmy bagaż tego Berkera. – Obejrzeliśmy każdą parę jego gaci, także pod mikroskopem i w ultrafiolecie. Wzięliśmy go na osobistą, grzebaliśmy w uszach, w dupie i w pępku. Nigdzie nie ma ani śladu mapy.
Erika wściekała się w milczeniu. Wszyscy agenci wierzyli, że mapę złóż marsjanitu trzeba przewieźć fizycznie – przesyłanie wiadomości na Ziemię lub z powrotem kosztowało tak wiele, że rzadko kto korzystał z tego kanału, więc władze kolonii miały nad nim lepszą kontrolę niż rodzice nastolatka nad jego mediami społecznościowymi. Steven Berker był najbardziej obiecującym kandydatem na przemytnika, a tu fiasko. Próbowała jeszcze kłócić się z losem i faktami:
– Musi gdzieś być! Oni nikogo innego tu nie przysłali.
– Ja tam nie wiem. Nic nie znaleźliśmy, chociaż szukaliśmy bardzo dokładnie. Może na Ziemi faceta zahipnotyzowali, a teraz, po usłyszeniu jakiejś melodyjki, narysuje mapę z pamięci? Chociaż wątpię, bo to kretyn, jakich mało.
– Takich sztuczek to nawet my nie potrafimy robić – odburknęła Erika. – Protestował przeciwko naruszeniu nietykalności i tak dalej?
– Niespecjalnie. Tak, jak mówiłaś; we krwi miał tyle substancji zakazanych, że na Ziemi można by go zapuszkować za posiadanie, więc wpadł w panikę, gdy tylko ktoś do niego zagadał.
– No, dobrze… – myślała na głos Erika. – Spytajcie go…
– Jakie „spytajcie”? Nie znaleźliśmy żadnego przemytu i musieliśmy puścić gościa wolno. To jest Mars.
Żarciki z waszyngtońskiej kampanii reklamowej „This is Mars” na ogół Erikę śmieszyły, ale nie tym razem.
– Co takiego?! Dopiero teraz mi to mówisz?! Czy ktoś za nim poszedł?
– Zdaje się, że ktoś od was siadł temu Berkerowi na ogonie. Albo przynajmniej posłał minidrona.
– Okej, dzięki za informację. Będziemy w kontakcie.
***
Kiedy tylko poczuł, że może oddalić się od kibla na więcej niż dwadzieścia stóp, Steve wyszedł na powietrze. Piwo od Douga zdecydowanie nie wyszło mu na zdrowie – dostał sraczki gorszej niż po starej rybie. Ale Doug był w porządku. Wypłacił obiecane dziesięć kafli, chociaż Steve nie miał pojęcia, czym zarobił na taką kasę. A oprócz tego dostał pięknego i długiego skręta.
Doug coś tam marudził, żeby nie palić byle gdzie, ale ubicie interesu życia wymagało uczczenia, a poza tym Steve nie miał ochoty na wysłuchiwanie kazań. Rozejrzał się, nie zobaczył żywej duszy. W ogóle ta mieścina wyglądała na wymarłą. Pełno pyłu jak na jakiejś pustyni, ale przynajmniej upał nie doskwierał. Steve wręcz czuł się rześko i dziwnie lekko. Ta chwila wymagała specjalnego akcentu i koniec.
Zaciągnął się głęboko, z przyjemnością. Mary Jane wniknęła do płuc i zaczęła poprawiać świat. Aż nagle wszystko się spieprzyło. Dookoła zaroiło się od wrzeszczących ludzi. Ktoś wyrwał mu skręta i zadeptał. Steve ani się obejrzał, a już miał obrączki na nadgarstkach. Chyba jednak trzeba było uważniej słuchać Douga.
***
– Bradbury City, dwieście osiemnasty dzień pięćdziesiątego siódmego marsjańskiego roku, godzina dwunasta czterdzieści trzy. Agentka MFBI Erika Mueller i zatrzymany Steven Berker, przesłuchanie pierwsze – Erika przelatywała przez obowiązkowe formułki szybko, ale wyraźnie. – Zatrzymany oświadczył wcześniej, że nie ma adwokata i go nie potrzebuje. Czy rozumiesz, pod jakimi zarzutami zostałeś zatrzymany?
– Nie kumam, o co ci chodzi.
– Paliłeś, a to tutaj absolutnie zakazane.
– Ale aresztować za jednego małego skręta?
– Nawet za papierosa.
– Co?! Fajki też są zabronione? Co to za pojebany stan? Za przeproszeniem – zreflektował się Steve.
– Jesteśmy na Marsie – wyjaśniła Erika ponuro. Jej nadzieje na uzyskanie jakiejkolwiek wartościowej informacji od tego ćpuna parowały szybciej niż woda w kałuży poza kopułą. – Nie wolno marnować tlenu na takie rzeczy. A uszkodzenie kopuły na skutek pożaru to śmiertelne zagrożenie dla nas wszystkich.
– Niemożliwe! Co robią palacze?
– Przyjmują nikotynę w inny sposób: plastry, tabletki, guma do żucia, tabaka… Jeśli ich stać. Nieważne. Skąd wziąłeś jointa?
– Jakiego jointa?
Erika westchnęła.
– Tego, za który cię policja zatrzymała.
– Jesteś z policji?
– Z MFBI. Mówiłam ci to już dwa razy. Kto dał lub sprzedał ci ostatniego skręta?
– Doug.
– Doug. A dalej co?
Zatrzymany myślał przez dłuższą chwilę, po czym ogłosił triumfalnie:
– Douglass.
– Skąd wziąłeś dziesięć tysięcy dolarów, które przy tobie znaleźliśmy? Nie miałeś ich tuż po lądowaniu.
– Ile? Nigdy nie trzymałem w rękach takiej forsy. Ale mogę cię zabrać na drinka. Niezła z ciebie loszka.
Erika próbowała stworzyć jakiś spójny raport ze strzępków informacji wydobytych z Berkera. A nie uzbierało się tego wiele. Zdołała ustalić, że gang na Ziemi trzymał go przez kilka dni. Przez ten czas Berker nabawił się rozwolnienia, podawali mu jakieś tabletki (i nie były to dropsy amfetaminowe), chyba antybiotyki. Oczywiście przez cały okres przestępcy karmili, poili i zaopatrywali w narkotyki swojego posłańca. Przesłuchiwany nie przypominał sobie przekazywania mapy, w ogóle żadnego dokumentu papierowego ani nośnika danych elektronicznych.
Drugą biegunkę Berker przeżył już na Marsie, w norze lokalnych bandytów. Sposób dotarcia do nich wbijano zatrzymanemu do pustego łba jeszcze na Ziemi. To tutejszy gang dał Berkerowi dziesięć tysięcy (a więc musieli dostać mapę, przecież nie płaciliby za sam przylot!). To również oni poczęstowali narkomana jointem, który ostatecznie posłał go do aresztu.
Po rozmowie z doktorem Graystonem, z którym MFBI zazwyczaj konsultowało się w sprawach medycznych, Erika znowu widziała światełko w tunelu. Lekarz zasugerował, że mapa została przemycona w genomie jakiejś bakterii w organizmie Berkera. Technologie związane z kodowaniem nietypowych treści w DNA rozwijały się jak szalone. Skoro jakiś influencer mógł zapisać swój wiersz (kiepski zresztą, jak twierdzili krytycy) w Escherichia coli wyekstrahowanej z własnych odchodów, tym samym zalewając wszechświat miliardami kopii utworu, to dlaczego przestępcy nie mieliby przemycić w bakteriach mapy?
W wyniku konsultacji z Graystonem Berker trafił do celi z wiadrem zamiast kanalizacji i tam po raz kolejny nieświadomie spożył środek przeczyszczający.
***
Zespół agentów spotkał się, aby przedyskutować plan działania. Skład został okrojony – informatyk Xian wciąż zmagał się z zapaleniem płuc spowodowanym przez wszechobecny pył. Za to, ze względu na wagę sprawy, dołączył Paul, szef całej marsjańskiej placówki. Chwilowo dokooptowano również techniczkę Becky. To właśnie ona miała najwięcej do powiedzenia:
– W jelitach przeciętnego człowieka żyje około tysiąca gatunków bakterii. Ten cały Berker wydaje się mieć zubożony mikrobiom, albo na skutek ćpania i chlania, albo to skutek uboczny procedury pożarcia mapy. Na sczytanie genomu jednego gatunku potrzebuję niecałych trzech soli. Od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu pięciu godzin, w zależności od długości łańcucha i innych czynników, którymi nie chcę was zanudzać, bo i tak nie zapamiętacie.
Jakoś nikt nie żywił wątpliwości, że Becky, mówiąc „nie zapamiętacie”, miała na myśli „nie zrozumiecie”.
– Ale posłuchaj, te złoża… – zaczęła Erika.
– Tak, wiem, słyszałam to już jakieś pięć tysięcy razy. Wszystkie wiewiórki szczebioczą, że goście z Modern Martian Miners najprawdopodobniej wykryli największe dotychczas znalezione złoża marsjanitu. Jeśli chociaż ćwierć z tych plotek jest prawdą, to marsylianki starczyłoby na uzależnienie i wykończenie wszystkich kolonistów. Tak z dziesięć razy. Ale to nie przyspiesza pracy urządzeń laboratoryjnych.
– Musimy mieć tę mapę. I to szybciej niż w… – Erika zastanawiała się przez chwilę – cztery i pół roku.
– To trzeba było uważniej słuchać, gdy narzekałam, że mam za mało sprzętu i to przestarzałego. Teraz najbliższy statek z Ziemi ląduje za ponad dwa miesiące. O ile mi wiadomo, nie ma w ładowniach ani jednego sekwenatora ani termocyklera. A w locie nikt go nie załaduje.
– Spokojnie, pomyślmy logicznie – łagodził Paul. – Obiecuję, że zamówię schematy do drukarek trzy D. Na trzy urządzenia, które sama wybierzesz. Teraz skoncentrujmy się na tym, co możemy zrobić w tej chwili. Bandyci chyba nie zaryzykowaliby modyfikowania jakiegoś nielicznego szczepu bakterii, który dzisiaj jest, ale jutro może wyginąć. Skupmy się na tych dwudziestu najliczniejszych.
– To jest jakiś pomysł. – Becky kiwała z namysłem głową. – Ale bakterie to naprawdę malutkie sukinkoty, mnożą się jak opętane i mamy ich w sobie mnóstwo. Tych zbyt licznych, by zniknąć, będzie co najmniej sto pięćdziesiąt. To już tylko czterysta pięćdziesiąt soli.
– Momencik! – Erika uśmiechała się szeroko. – Mapa powinna zawierać mnóstwo białych pikseli obok siebie i sporo czarnych. Czy możemy poszukać w całym materiale genetycznym hurtem nienaturalnie długich sekwencji adenozyny…
– Adeniny! – poprawiła Becky, teatralnie przewracając oczyma.
– Wiadomo, o co chodzi. Adeniny i pozostałych zasad?
– To ma sens – zgodziła się techniczka.
– No, to do roboty! – zarządził Paul.
***
Następne zebranie zaczęło się w o wiele gorszym nastroju. Kiedy Becky referowała absolutny brak rezultatów przy szukaniu czarnych lub białych pikseli, przerwało jej pogardliwe prychnięcie wreszcie ozdrowiałego Xiana:
– Co wy wyprawiacie? Trzeba być ciężkim kretynem, żeby kodować bitmapę piksel po pikselu! Takie rzeczy to się załatwia plikami jpg albo podobnymi. Ogromna oszczędność pamięci, a utrata informacji prawie żadna.
– Masz jakieś lepsze pomysły? – spytał Paul.
– Oczywiście! Pliki jpg zawierają tak zwany nagłówek. Są w nim definicje kanałów kolorów i takie tam. To właśnie tych rzeczy szukamy, kiedy czeszemy korespondencję z Ziemią. Nie myślicie chyba, że siedzę i osobiście czytam te wszystkie łzawe pozdrowienia dla ciotuchny Kate ani że otwieram każdy plik?
– Możesz mi dać listę ciągów, których szukacie? – poprosiła Becky. – Najlepiej w postaci zer i jedynek.
– Jasna sprawa. Dziesięć minut po zakończeniu zebrania będziesz ją miała u siebie na kompie.
***
Kody Xiana spełniły pokładane w nich nadzieje i już po tygodniu eksperymentów z różnymi sposobami zapisywania bajtów przy pomocy liter A, C, G oraz T Becky znalazła coś, co bardzo przypominało nagłówek pliku jpg.
Następnego dnia cały zespół stłoczył się w laboratorium, z zapartym tchem czekając na rozkodowanie mapy. Becky wywalczyła sobie nieco wolnej przestrzeni dookoła biurka, Xian zdobył miejsce siedzące, rozłożył laptop na kolanach i zerkał nad ramieniem techniczki na ciągi liter pojawiające się na jej monitorze. Już wcześniej sprawdził, jak powinna wyglądać sekwencja zasad DNA zamykająca plik, teraz nieustannie skanował wzrokiem ekran w jej poszukiwaniu.
Pozostali agenci stali za skomputeryzowaną dwójką, upakowani ciasno jak liofilizowane frykasy w ładowni.
Wreszcie Xian wyprostował się gwałtownie, jakby dźgnięty chwytakiem Opportunity w nerki.
– Jest! – wrzasnął. – Mamy to! Becky, wyślij mi sekwencję DNA do tego momentu. – Nachylił się i pokazał palcem.
– Już wysyłam. – Becky w napięciu stukała w klawiaturę. – Poszło!
Teraz wszystkie spojrzenia wwiercały się w laptop Xiena. Przy pierwszym podejściu nie udało się otworzyć pliku, ale informatyk gorączkowo odprawiał swoje czary – coś zaznaczał w otwieranych na moment okienkach, wypisywał krótkie komendy… Wreszcie pojawił się obraz, a zgromadzonych zatkało z wrażenia. Odblokowali się dopiero po kilku sekundach:
– Mój Boże!
– Ja nie mogę!
– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego – zaczął się modlić Paul, z całego serca dziękując Stwórcy za zesłanie ostatecznego dowodu na inteligentny projekt.
Bo w genomie bakterii, która wydobyła się z trzewi ćpuna Berkera, zapisano ikonę. Nieważne, że postacie przybrały nietypowe pozy, że Dzieciątko miało haczykowaty nochal godny Złej Czarownicy z Zachodu, że Madonna zdawała się mieć dodatkowy staw między prawym łokciem a nadgarstkiem… Nie było wątpliwości, że to Matka Boska Pelagonitissa. To znaczy, Paul nie miał wątpliwości, pozostali agenci widzieli ewidentnie święty obrazek.
***
Niedługo po wyjściu z aresztu Steve zatęsknił za swoimi starymi śmieciami. W tym dziwnym południowym stanie czuł się lekko, ale miał dosyć bunkrowania się z każdym skrętem, każdym buchem.
Poczłapał w stronę lotniska, na którym jakiś czas temu wylądował. Kiedy to było? Chyba nie wczoraj, bo zdążył odsiedzieć swoje na dołku. Może tydzień temu, może miesiąc. Nieważne. Dawno. Czas wracać. Lotnisko pewnie leżało daleko za miastem, ale Steve’owi nie spieszyło się aż tak. Zawsze mógł sobie zapalić, kiedy znajdzie się z dala od psów.
Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem. Jakiś koleś powiedział, że do lotniska nie da się dojść, trzeba wsiąść do śmiesznego wózeczka, jakby busika. Steve chyba kiedyś już takim jechał.
Na miejscu okazało się, że wózki startują tylko rano. Steve wzruszył ramionami i postanowił wrócić jutro. Nie do końca się powiodło, godziny przemknęły niepostrzeżenie. Dostał się do busika dopiero dwa albo trzy dni później. A potem było tylko gorzej.
Odstrojona i wypindrzona paniusia za ladą wyjaśniła Steve’owi, że to nie lotnisko, tylko port kosmiczny, jedyny na planecie. Że latają stąd helikoptery do innych miast, ale teraz akurat nie, bo zbliża się burza piaskowa. Że najbliższy prom na Ziemię startuje za trzy miesiące. I co najgorsze – że Steve’a nie stać na bilet. Pewnie nie było go stać nawet tuż po tym, jak Doug dał mu kupę kasy za frajer. Właśnie. Doug. Steve chyba powinien się do niego zgłosić. Może on coś doradzi.
***
W siedzibie MFBI zapanował dziwaczny nastrój. Nie chodziło o zwyczajną depresję spowodowaną kolejną burzą piaskową, chociaż prognozy głosiły, że potrwa co najmniej kilka tygodni i przez ten czas nie ma co liczyć na światło słoneczne (nawet teraz, latem nierozpieszczające kolonistów) w Bradbury City. Nie, do tego już się przyzwyczaili. To obraz Matki Boskiej Pelagonitissy poprzestawiał wszystko do góry nogami.
Paul poświęcił niemal połowę niemałej pensji szefa marsjańskiej placówki, by wysłać plik swojemu pastorowi. Wszystkie wolne chwile spędzał w kościele. Nie zabronił nikomu analizowania ikony, ale całym swoim zachowaniem dawał do zrozumienia, że uważa wizerunek zapisany w genomie za cud i świętość, a mapy należy szukać gdzie indziej. Becky posłusznie karmiła sprzęt laboratoryjny coraz to nowymi próbkami wyizolowanych bakterii z listy najpopularniejszych. Póki co – bez sukcesu.
Reszta zespołu podzieliła się na trzy grupki. Część w pełni popierała szefa, acz nie modliła się równie żarliwie. Najzagorzalsi ateiści zgadzali się z Paulem, że plik jpg nie zawiera mapy, lecz uważali go za niesmaczny żart. Ot, ktoś na Ziemi dla śmiechu albo w jakimś niecnym celu zapisał w bakterii zniekształconą ikonę, a Berker stał się przypadkowym nosicielem.
Agenci z tego grona argumentowali, że przestępcy wcale nie dostali mapy – MFBI od dawna ściśle monitorowało wszystkie wyprawy poza kopułę. Lekkie drony śledziły także te eskapady, których nikt nie zgłaszał władzom. I nic. Żadnej wycieczki chociaż luźno związanej z kopaniem biedaszybów.
Najmniejsza grupka; Erika, Xian i Yusuf, uważała, że mapa została zaszyfrowana gdzieś w pliku.
Xian znęcał się nad kodem na wszystkie znane informatyce sposoby – szukał znaków wodnych, stosował rozmaite transformacje… Erika i Yusuf rozglądali się za nowymi pomysłami, które mogliby jeszcze podsunąć komputerowcowi.
I tak przez ponad tydzień.
***
Coraz bardziej przypominająca konspiratorów trójka siedziała na kolejnej naradzie. Rzutnik wyświetlał na ścianie cholerną ikonę w zmieniających się losowo kolorach. Xian miał nadzieję, że może na przykład kombinacja morelowego i fiołkowego zamiast odcieni szarości nasunie komuś jakieś odkrywcze skojarzenia.
Wyjątkowo niemrawą burzę mózgów przerwało wejście Aleksa.
– Eriko, przyszedł do ciebie szyfrogram z Ziemi. Podobno to pilne. Hej, co macie wspólnego z Eudoxusem? Jakaś wycieczka?
Erika wyszła, Alex przepuścił ją w drzwiach, przy okazji dyskretnie głaszcząc po biodrze, a Yusuf zainteresował się pytaniem.
– Z czym niby mamy coś wspólnego?
– Eudoxus, krater na południowej półkuli. Dość duży, ale na pewno nie w ścisłej czołówce.
– Skąd pomysł, że tym się zajmujemy?
– No, przecież wyświetlacie go na ścianie. – Alex uznał się za zaproszonego, wszedł do pokoju i bardzo się zdziwił: – O, to część czegoś większego! Ale wszędzie rozpoznałbym te formacje skalne. Tylko ten palec trochę psuje kompozycję… Możesz wyświetlić mapę fizyczną Eudoxusa? – zwrócił się do Xiana. – Porównaj je z tym fragmentem. – Rękoma zaznaczył obszar między twarzą Marii a Jezusem.
– Już ściągam – mruknął informatyk.
Wróciła Erika.
– Oszaleć można z tymi gryzipiórkami na górze! Wiecie, co było takie ważne, żeby wysyłać priorytetowy szyfrogram? Za parę dni wygasa mi ważność licencji na broń, muszę zaliczyć strzelnicę. Normalnie kretyni!
– Mamy to! – wrzasnął Xian. Na ścianie pojawiło się zestawienie skał w kraterze Eudoxusa i odpowiedni fragment ikony. Podobieństwo było uderzające. – A to cwane sukinsyny!
– Co takiego?! – Erika potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, o czym mówią koledzy. – A niech mnie diabli! Yusuf, biegnij po Paula! Jesteś genialny! – Rzuciła się Aleksowi na szyję. – Jak na to wpadłeś?
***
Paul siedział w gabinecie i intensywnie myślał.
Teoretycznie MFBI doskonale wywiązało się ze swojego zadania – znaleźli przemyconą mapę, rozkodowali plik, nawet odgadli, że bluźnierczo zniekształcona ikona przedstawia jakiś tam krater na drugiej półkuli. No właśnie – na drugiej półkuli. Tutaj się nie spisali. Nieświadomie założyli, że skoro ziemscy gangsterzy wysłali przemytnika do Bradbury City, to znaczy, że złoża marsjanitu znajdują się gdzieś w pobliżu.
A tymczasem lokalni bandyci jakoś tam przekazali mapę do swoich chińskich odpowiedników w Tianshang Zhi Cheng, a stamtąd już dawno temu wyruszyła karawana wielkich łazików. Oficjalnie nigdzie niezgłoszona, ale zdjęcia satelitarne nie pozostawiały złudzeń – łaziki, omijając różne przeszkody terenowe, niemal po prostej dążyły w stronę Eudoxusa. Jeszcze dałoby się dolecieć tam helikopterami i zaaresztować dzikich górników, lecz pieprzona burza uniemożliwiała wszelkie loty.
Niby MFBI powinno skontaktować się z Chińczykami… Tylko że cholerne żółtki bardzo rzadko współpracowały z Amerykanami w takich sprawach. Kilkuletnie doświadczenie mówiło Paulowi, że odpowiedź brzmiałaby „nie”. Bardzo uprzejme i owinięte w kilka warstw jedwabiu, ale nadal „nie”.
Pozostawało jeszcze jedno rozwiązanie: bomba z dostosowanego do marsjańskiej atmosfery pirożelu. Marsjanit spłonąłby, aż miło. MFBI mogło zadysponować taką broń, rakiety poleciałyby mimo burzy – to nie delikatne helikopterki, żeby przeszkadzał im pył. Ale wymagało to spełnienia dwóch warunków: po pierwsze, brak zagrożenia dla życia ludzkiego i po drugie, bombardowana musiała być ziemia niczyja albo należąca do Stanów Zjednoczonych. Nie do jakiejś amerykańskiej firmy, lecz do państwa. Drugi warunek nie sprawiał problemu – nikt nie zgłosił roszczeń do krateru. Tylko ta nieszczęsna karawana bandytów bruździła… Łaziki już znajdowały się zbyt blisko celu i wybuch mógłby je rozszczelnić, a to oznaczało albo błyskawiczną śmierć pasażerów, jeśli nie mieli na sobie skafandrów, albo ryzykowny powrót do bazy w ocalałych pojazdach.
Paul nie miał prawa zażądać bombardowania. A jednocześnie miał obowiązek to zrobić, bo taka ilość marsylianki na rynku wykończyłaby tysiące uczciwych i ciężko pracujących ludzi. Westchnął ciężko. Na jednej szali życie wielu porządnych kolonistów, na drugiej – garstki przestępców. A na dodatek heretyków, którzy zbezcześcili wizerunek Najświętszej Panienki dla swoich podłych i brudnych celów. W którą stronę powinna przechylić się waga? Paul westchnął jeszcze raz i poprosił o połączenie z biurem pani gubernator.
Pokrótce nakreślił sytuację.
– Czy w pobliżu nie ma żadnych ludzi? – spytała McPherson, poinformowawszy o włączeniu nagrywania.
– Nie zgłoszono żadnej wyprawy udającej się w okolice Eudoxusa. Sprawdziłem w bazie – odpowiedział technicznie zgodnie z prawdą Paul.
– Kto jest właścicielem tego gruntu i złóż?
– To ziemia niczyja.
– Okej. Autoryzuję zniszczenie złóż marsjanitu. Wysyłam kod do dowództwa marines. – Pani gubernator nigdy nie marnowała czasu i nie przepadała za formalnościami.
***
Erika uśmiechnęła się do swojego myjącego zęby odbicia w lustrze. Nie było to banalne zadanie, ale oczy wyraźnie poweselały. Wszystko układało się lepiej niż doskonale. Alex odczytał mapę rzutem na taśmę. Jak on jej tym zaimponował! Bywała już w różnych relacjach, ale jeszcze nigdy aż tak nie szanowała swojego faceta. O dziwo, to uczucie wpłynęło na wszystkie aspekty ich związku. Kto by pomyślał? Nie romantyczne randki, nie satysfakcjonujący seks, nie pierścionek z diamentem, tylko szczery i głęboki szacunek.
W robocie również sprawy szły we właściwym kierunku. Udało się zniszczyć złoża marsjanitu. Ćpunowi Berkerowi spokojnie dałoby się udowodnić pożarcie mapy, jej przemycenie, a zatem pomocnictwo przy wytwarzaniu narkotyków i udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Tym łatwiej, że ostatnio zaczął dilować dla lokalnego gangu. Zebrane haki robiły z niego prawie idealny materiał na informatora. Wprawdzie mózg miał zbyt zryty dragami, żeby powtarzać jakieś konkrety, ale za to można go było obkleić pluskwami i nic nie zauważał.
Jeśli Erika nie dostanie awansu za przechwycenie mapy, to na pewno może się go spodziewać za nadchodzące rozwalenie największego gangu w Bradbury City. Sukcesy ją uskrzydlały, czuła się świetnie i ostatnio nawet kilka razy udało się jej zakasować Aleksa na siłowni. Ogólnie życie smakowało jak najlepsze lody w dzieciństwie.
***
Dwa dni później wszystko się posypało.
Paul pakował swoje rzeczy. Na Marsie nie używano kartonów, więc wrzucał osobiste drobiazgi do worka z cieniutkiego, ale bardzo wytrzymałego plastiku.
Awantura na temat bombardowania Eudoxusa wybuchła nie mniej spektakularnie niż marsjanit. Zginęła prawie połowa przestępców w karawanie zmierzającej do krateru. To jeszcze dałoby się zamieść pod dywan – tak po prawdzie, to nikt nie płakał po bandytach. Chińczycy podnieśli larum o zabicie swoich kolonistów, ale dali się ugłaskać ustępstwami w innych kwestiach.
Gorzej z drugim warunkiem. Jak się okazało, ludzie z Modern Martian Miners zdążyli przeprowadzić wszystkie procedury niezbędne do wejścia w posiadanie krateru Eudoxusa oraz terenów dookoła niego, tylko informacja o tym nie dotarła na czas do Bradbury. A co skłoniło zarząd do podjęcia działań? Nieszczęsna ikona Matki Boskiej Pelagonitissy, która na Ziemi wyciekła do mediów. Szefowie koncernu natychmiast zorientowali się, że szanse na przekręt z pokątną produkcją marsylianki zmalały praktycznie do zera, więc poszli mniej dochodową drogą oficjalną.
Oczywiście wkrótce po bombardowaniu prawnicy Modern Martian Miners złożyli pozew. Zniszczenie własności prywatnej. Rzecz jasna, teraz wszyscy będą udawać, że od początku zamierzali przerobić marsjanit na koszmarnie drogą biżuterię i nigdy w życiu nie słyszeli o narkotykach. Żaden sąd na Ziemi nie będzie słuchał, że wybuchy w kraterze ułatwią wydobycie metali ziem rzadkich, które zawsze towarzyszyły złożom marsjanitu.
Na dodatek szefowie czepiali się, że odsunął Aleksa od sprawy, którą powinien prowadzić. Już nie pamiętali, że na wiosnę ochrzaniali Paula za seksizm i niedawanie szans kobietom.
Najzabawniejsze było to, że sam ukręcił bicz na siebie – to przecież on wysłał rozkodowaną ikonę na Ziemię. I jeszcze słono za to zabulił. Teraz płacił dalej – stanowisko szefa placówki MFBI już utracił. Będzie mógł mówić o szczęściu, jeśli dostanie wybór, czy najbliższe kilka lat woli spędzić jako górnik na Marsie, czy więzień na Ziemi.
Koniec końców w nawale obowiązków i burzy emocji związanych z rozszyfrowaniem mapy Erika zapomniała o przedłużeniu licencji na broń. W rezultacie dwa miesiące niezbędne do wyrobienia nowej musiała spędzić przy biurku na bezsensownym przekładaniu i uzupełnianiu papierów.
Hm, hm…
Nie jestem największą fanką science fiction. Nie udało Ci się też uniknąć jakichś drobnych potknięć. Mimo to czytałam nawet z zainteresowaniem. Pomysł ciekawy – szczególnie spodobał mi się ten na zakodowanie mapy (i to jeszcze ukrytej!) w DNA bakterii :D
Mam jednak wrażenie, że o ile do momentu odszyfrowywania mapy wszystko jest opisywane w miarę w jednostajnym tempie, to potem wkrada się pewna skrótowość, jakby spieszyło się już do zakończenia.
Mimo wszystko wrażenia na plus :)
Spodziewaj się niespodziewanego
Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,
ślad swój zostawiłam,
uważnie przeczytałam,
za udział podziękowałam;
bruce :)
Pecunia non olet
Melduję, że przeczytałam.
Pisanie to latanie we śnie - N.G.
Ładna warstwa językowa i fajne SF – ciekawy pomysł na zakodowanie mapy, przedstawiony z dbałością o szczegóły typu formaty plików.
Do pełni szczęścia zabrakło mi tu trochę emocji. Niby mamy jakieś zagrożenie, ale nie znowu szczególnie palące, szajkę narkotykową można przecież rozbić już po znalezieniu przez nich złoża.
Klikam i pozdrawiam
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Anonim serdecznie dziękuje wszystkim za czas poświęcony na tekst. 
@Nana Najważniejsze, że wrażenia na plus. Chyba mapa przesłoniła całą resztę. Możesz podać te potknięcia?
Anonim wita Szanowne Jurorki.
@GalicyjskiZakapior Nuda to też emocja!
Anonim uprzejmie dziękuje za klika. Oby jak najwięcej takich zadowolonych czytelników.
Babska logika rządzi!
Bardzo dobrze napisane. Albo się znasz na zagadnieniach, które opisujesz albo był solidny risercz. W każdym razie porządna robota. Jest i humor. Nienachalny, ale widoczny („Black Wasps”, "Po półroczu (marsjańskim!) sypiania z Aleksem" – to tak tylko z początku), trochę filmowy (w autorze wyczuwam kinofila, ale takiego od starych filmów).
Sama intryga dość karkołomna. Wysłanie człowieka tańsze, niż wysłanie informacji. Hmmm…
Jasne, rozumiem, że przepływ informacji może być kontrolowany przez służby, ale między gangsterami z Ziemi i Marsa muszą być przecież jakieś kanały komunikacji. Musieli się jakoś dogadać, że będą szyfrować informacje w kodzie DNA. Pewnie też ustalili bakterię. Powiedzmy, że ustalili wcześniej, że na Ziemi dowiedzą się, gdzie znajdują się złoża marsjanitu i w DNA jakiejś konkretnej bakterii zakodują mapę, gdzie te złoża się znajdują. Potem wyślą kuriera, bo spodziewają się, że w między czasie przepływ informacji zostanie zablokowany.
Kodowanie mapy w postaci ikony, by zmylić MFBI, jest już intelektualną perwersją. Dlaczego gangsterzy na Marsie szybciej niż agenci służb mieliby się zorientować, że ikona przypomina jeden z kraterów? Nie prościej byłoby zakodować współrzędne jakiegoś marsjańskiego GPS? Albo w komunikacji posłużyć się opcją chińską? Jeśli gangi z obu planet współpracują, to muszą przelewać sobie jakąś kasę, dogadywać się itd.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Moi Kochani, Anonim serdecznie dziękuje Wam za czas poświęcony na tekst. 
@AP dziękuję także za kliknięcie biblioteczne.
Marsjańskie półrocze to około 334 soli. Jest różnica.
Wysłanie człowieka tańsze, niż wysłanie informacji. Hmmm…
Niezupełnie. Ale nie da się sprawdzić tak dokładnie każdego pasażera, jak człowiek siedzący przy jednym z niewielu nadajników może sprawdzić treść komunikatu.
Gangsterzy są dogadani. Albo już wcześniej mieli ustalony gatunek bakterii, albo jakiś inny kolonista po wylądowaniu wysłał marsjańskiego SMS-a z nazwą.
Dlaczego gangsterzy na Marsie szybciej niż agenci służb mieliby się zorientować, że ikona przypomina jeden z kraterów?
Bo wiedzą, gdzie patrzeć i czego szukać. Umówili się, że jeśli do przesłania będzie grafika, to zostanie ukryta w obrazie tak, żeby nie rzucała się w oczy. A jednocześnie widać, które fragmenty zostały zdeformowane.
Nie prościej byłoby zakodować współrzędne jakiegoś marsjańskiego GPS?
Oczywiście. Tylko wtedy nie byłoby mapy i tekstu konkursowego. :D
To by się nawet dało banalnie zakodować: “Twój ukochany wuj zmarł 25 czerwca po 18. Miał 47 lat. Stypa trwała do północy”. I tak dalej.
Anonim wita Drogą Jurorkę.
Babska logika rządzi!
Gyd myrning,
pierwszy raz, odkąd zawitałam na portalu, przeczytałam opowiadanie NF na telefonie i nie komentowałam na bieżąco. Powód był prosty: obudziłam się jak zwykle wcześnie, a nie chciało mi się wychodzić spod ciepłej kołderki. Stąd mój komentarz będzie wyglądał całkiem inaczej niż zwykle.
Już nie zanudzam i skupiam się na tekście:
Mnie się bardzo podobało, choć nie przepadam za SF. Chwilami kojarzyło mi się z Zajdlem, choć prawdopodobnie fani autora się ze mną nie zgodzą i słusznie, bo ja nie jestem dobrze zapoznana z jego twórczością. Tak czy owak skojarzenie z szanowanym pisarzem SF odebrałabym jako komplement :)
Zazgrzytało mi w pewnych miejscach, ale z tej racji, że pierwszy raz nie komentuję na bieżąco, nie pamiętam już wszystkich zgrzytów. W pamięć zapadł mi na pewno fragment, w którym Berker wyszedł z toalety, rozejrzał się po pustyni i nie widząc nikogo, zapalił sobie skręta, a nagle ni z gruchy ni z pietruchy, zrespawnowali się ludzie i naszego miłośnika mamahuany zaaresztowano. Chyba miałoby większy sens, gdyby to jakiś dron go przyłapał na tym niecnym uczynku.
Bardzo mi się spodobało ukrycie mapy, rozwiązanie nieoczywiste, a takie uwielbiam. Nie jestem technicznym czy informatycznym człowiekiem, ale dla mnie sposób kodowania i rozkodowania był sensowny.
Myślę, że to wystarczy, by nominować do Biblioteki :)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
@HollyHell91 dziękuję serdecznie za czas, komentarz i klika. Dziń dybry.
Anonim czuje się zaszczycony, że to właśnie na jego opowiadaniu testowałaś nowy sposób czytania.
Porównanie z Zajdlem jeszcze bardziej pochlebne. Jako fan Zajdla się z nim nie zgadzam ;)
Rzeczywiście, można to tak zrozumieć, ale Steve nie wyszedł bezpośrednio z toalety, tylko poczuł, że może się od niej oddalić, bo biegunka mu minęła. I tak, przyłapał go dron – wcześniej celnik wspomina, że agent chyba wysłał za nim drona. A MFBI bardzo chciało go przesłuchać pod byle jakim pozorem, więc mogli czekać za najbliższym rogiem i z zapartym tchem śledzić przekaz z drona.
Mam nadzieję, że takie uzasadnienie wystarczy.
Edycja: No i wystarczyło :)
Babska logika rządzi!
Hej, To taka sensacja w klimacie Marsa. Ciekawe. Rozwiązywanie sprawy przez MFBI mnie wkręciło, ćpun z mapą bakterią zainteresował, swoją innością. Dodał też trochę humoru do opowiadania. Całość trochę mi się skojarzyła z filmami z lat 90ty , sam nie wiem czemu, ale to dobrze :). Klikam i pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
@Bardjaskier ciepło dziękuję za odwiedziny i klika.
sensacja w klimacie Marsa.
Może i tak. W końcu jest śledztwo, jest zagrożenie dla ludności. Mogę się zgodzić z tym określeniem.
W latach 90. człowiek oglądał jakieś filmy, to coś pewnie z tego zostało.
Babska logika rządzi!
Opowiadanie mega przypadło mi do gustu. Lubię Sci-Fi, a Ty w dodatku wykorzystałeś bardzo ciekawy pomysł na zaszyfrowanie informacji w DNA i okrasiłeś go wartką akcją i solidnym światem przedstawionym, jak na tak ograniczoną długość tekstu.
Nie zrozumiałem tylko, dlaczego korpo z Ziemi miałoby odnaleźć złoża, a nie ktoś miejscowy? Może po drugim czytaniu znajdę ten wątek!
Gratuluję i życzę powodzenia!
@MCM dziękuję serdecznie za wizytę, Twój czas i komentarz :)
Drugie czytanie nie pomoże – informacja, że MMM wystrzeliło niskoorbitowego satelitę, zabarykadowała się w mojej głowie i tam została. Trudno, już nie będę tego dopisywać. Zresztą, i tak nie widać miejsca, gdzie by wyglądała naturalnie.
A zarząd wspomniał mi kiedyś w rozmowach, że nie wybierają się na Marsa, bo nie są pewni, czy w jego cienkiej atmosferze zadziała złoty spadochron. Więc to oni dysponują odkryciami na Eudoxusie i nie tylko.
Babska logika rządzi!
Cześć,
Spodobał mi się pomysł na przeszmuglowanie mapy. Nieźle to wymyśliłxś :)
Intryga mnie wciągnęła, i choć na końcu tempo trochę spadło, to czytałem z zainteresowaniem do ostatniej kropki
Do drobnej poprawy (dopuszczonej przez regulamin :) ) : W dwóch miejscach zauważyłem “agencji” zamiast “agenci”. No chyba, że tak się pisze na Marsie :)
@czeke anonim serdecznie dziękuje za wizytę, czas i komentarz.
Anonim obiecuje sprowdzić nieszczęsnych agentów z agencji.
Babska logika rządzi!
Fajna historia. Śmieszna momentami. Lekka. dzięki. Pozdrawiam
@nartrof anonim cieszy się z kolejnej wizyty i uprzejmie za nią dziękuje.
Określenia “fajna, śmieszna i lekka” uznaje za komplementy :)
Babska logika rządzi!
Tak, jak najbardziej, podobało mi się.
To bardzo dobrze :)
Babska logika rządzi!

delulu managment
Anonim wita Szanowną Jurorkę.
Babska logika rządzi!
Anonim wita Szanowne Jurorki.

Pecunia non olet
W takim razie Jurorkę Bruce Anonim wita podwójnie 
Babska logika rządzi!

Pecunia non olet
Podobał mi się pomysł i sensacyjna otoczka opowiadania. Nieźle przedstawiony bohater narkoman, agenci trochę pozbawieni osobowości. Kliknąłem bibliotekę, bo zasługuje.
@zygfryd89 pięknie dziękuję za przeczytanie, komentarz i klika
Fajnie, że chociaż narkoman dobrze wyszedł.
Anonim bardzo dziękuje wszystkim, którzy wprowadzili opowiadanie do biblioteki. Kochani jesteście 
Babska logika rządzi!
Sposób przemycenia mapy na tyle szczególny, że nie udało mi się pojąć, jak takie przedsięwzięcie było możliwe, ale cała historia została fajnie opowiedziana i lekturę uważam za satysfakcjonującą i cieszę się, że opowiadanie trafiło do Biblioteki. :)
– OK. dzięki za informację. -> – Okej, dzięki za informację.
W dialogach nie używamy skrótów.
– Przyjmują nikotynę w inny sposób; plastry, tabletki, guma do żucia, tabaka… → Raczej dwukropek zamiast średnika: – Przyjmują nikotynę w inny sposób: plastry, tabletki, guma do żucia, tabaka…
– OK. Autoryzuję zniszczenie złóż marsjanitu. → – Okej. Autoryzuję zniszczenie złóż marsjanitu.
Nie romantycznie randki… → Chyba miało być: Nie romantyczne randki…
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
@regulatorzy ślicznie dziękuję za Twój czas, komentarz i łapankę.
Anonim zaraz usunie błędy.
I ja się cieszę z biblioteki.
Babska logika rządzi!
Bardzo proszę, Anonimie. Miło mi, że mogła, się przydać. :)
Wspólne cieszenie się daje więcej zadowolenia. ;D
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Radujmy się zatem! :)
Babska logika rządzi!
:D
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Ave, Finklo Anonimie! ;]
W kwestii tożsamości autora początkowo trochę mnie zmyliły wulgaryzmy (bo z moich obserwacji pojawiają się rzadko w Twoich tekstach), ale dbałość językowa i budowa opowiadania przywodzą na myśl jedną osobę… ;]
A samo opowiadanie, to kawał porządnego SF. Narkomania to trudny temat, ale tutaj fabularnie robi robotę. Do tego mapa ukryta w DNA bakterii… Rewelacyjny pomysł ;]
Powodzenia w konkursie! ;]
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
No to teraz też już nie mam żadnych wątpliwości, bo oprócz tego, że jest świetnie napisane, ostatnio uważnie obserwowałem wątek wspólnej pomocy merytorycznej, dzięki czemu jestem pewien co do tożsamości anonima. :D
Ale pomijając zgadywanki, jest to naprawdę udany tekst, narkoman bardzo intrygujący, czytałem zaciekawiony.
Pozdrawiam serdecznie! Powodzenia w konkursie!
You cannot petition the Lord with prayer!
Pięknie napisane, Anonimie! Czytałam z zainteresowaniem, wyłapując co lepsze pomysły ( a wszystkie smakowite). Ukrycie mapy, postać Steve’a, fabuła osadzona na Marsie – no, atrakcyjnie było! Bardzo podobała mi się Marsylianka! :) : ) :)
Nawet zakończenie – nieoczywiste lecz takie bardzo prawdopodobne, przyjęłam jako bardzo dobre. Nie potrafię ocenić wszystkich naukowych szczegółów – nie znam się – ale czytało się dobrze i ze zrozumieniem.
Dość opisowy charakter opowiadania nieco odbiera mu dynamiki, ale nie zawsze przecież musi być dynamicznie – tutaj dobrze się to czytało.
Gratuluję i powodzenia! :)
Anonim z radością wita nowych czytelników i dziękuje za przeczytanie. 
@cezary_cezary Anonim nie wyobraża sobie gangsterów ponaglających dłużnika bez użycia wulgaryzmów.
Dobrze, że moje pomysły Ci się podobają.
@MichaelBullfinch brak wątpliwości to bardzo mocne stwierdzenie, ale cóż Anonim może poradzić.
Czy Anonim powinien się przejmować kondycją portalu, skoro tylu Użytkownikom podoba się narkoman?
@JolkaK z marsylianką trzeba uważać. Bardzo szybko uzależnia i niszczy wątrobę. Lepiej tego nie ruszaj. Pozostałymi atrakcjami możesz się delektować do woli.
Babska logika rządzi!
Zboczenie w ślepy zaułek
Za pierwszym razem przeczytałem “ Zboczeniec w ślepym zaułku” ;)
Bardzo ciekawy pomysł z ukryciem mapy. Kiedyś w pracy zrobiliśmy coś odwrotnego. Wysłaliśmy kod ukryty w pliku graficznym. Gość otworzył a tu zdjęcie ładnej pani. Pośmiał się. Kazaliśmy mu zmienić rozszerzenie pliku i dostał to, co naprawdę od nas potrzebował.
Wykonanie na plus, utrzymywało uwagę.
@MichałBronisław głodnemu chleb na myśli. No, zboczeniec, ćpun i diler w jednym zaułku to straszny tłok.
Anonim nie wiedział, że tak można – zmiana rozszerzenia i już załatwione. Wygląda na trudne do osiągnięcia, ale widocznie jakoś sobie poradziliście. Zacna sztuczka :)
Babska logika rządzi!
Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)
@Koala75 dziękuję, że zajrzałeś i przeczytałeś. Bardzo miłe życzenia :)
Babska logika rządzi!
@bruce anonim pyta, dlaczego ma do przeczytania 20 tekstów, skoro jemu wychodzi 14?
Babska logika rządzi!
Bo anonim tak bardzo nie ma mapy, że aż stracił parę procent komentarzy 
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
@bruce anonim pyta, dlaczego ma do przeczytania 20 tekstów, skoro jemu wychodzi 14?
Najmocniej przepraszam Szanownego Anonima, tabelę i obliczenia uzgadniałam najpierw z Jury, dostałam zielone światło do wklejenia tabeli, ale zerkam raz jeszcze do zapisu w wątku konkursowym:
Czyli po zamieszczeniu mapy w opowiadaniu jego limit znaków wynosić będzie 30 tysięcy.
Mając mapę i komentując 60 tekstów, do 25k podstawy dorzucacie 10k.
Komentując 85%, możecie korzystać z 35k bez mapy lub 40k z mapą.
Proszę w takim razie o pomoc Szefową Ambush.
Bardzo raz jeszcze przepraszam. Być może jednak coś pomyliłam.
Pecunia non olet
Spokojnie, to tylko omyłka. Każdemu się zdarza. 
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Hmmm… Z naszych obliczeń mamy, według zapisu z wątku konkursowego:
“limit zwyczajny, mapa nie jest wymagana: 25 tys.
limit, jeśli dodana jest mapa: 30 tysięcy
limit, jeśli jest mapa i 60% tekstów przeczytanych: 35 tys.
limit, jeśli brak mapy i 85% przeczytanych: 35 tys.
limit, jeśli jest mapa i 85% przeczytanych: 40 tys.”
Edit, wpisałam w obu wątkach konkursowych:
Edit, przepraszam, dopóki nie uzgodnimy raz jeszcze z Jury tabeli, porównując ją z zapisami Regulaminu, tę zamieszczoną tu wcześniej – usuwam.
Pecunia non olet
Anonim dziękuje za dotychczasowe odpowiedzi, spokojnie poczeka na rozstrzygnięcie. Czasu na czytanie jeszcze sporo, bez presji.
Babska logika rządzi!
Hej,
marsjańska przygoda, ale po amerykańsku! Wyszedł z tego świetny, trochę filmowy klimat.
Pod koniec akcja trochę zwolniła, ale sam finał był udany. To, że MFBI, mimo wykonanego zadania, dostaje po łapach, bo ktoś nabył prawa do krateru, jest świetnym podsumowaniem biurokratyczno-korporacyjnego piekiełka, przed którym nie uchroni się nawet Mars. :D
Spóźniłam się z klikiem, więc daję takiego symbolicznego!
Anonim dziękuje za dotychczasowe odpowiedzi, spokojnie poczeka na rozstrzygnięcie. Czasu na czytanie jeszcze sporo, bez presji.
Raz jeszcze przepraszam Szanownego Anonima. 

I ja czekam (staram się też spokojnie). :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Myślę, że nie ma sensu trzymać Szanownego Anonima nadal w niepewności; raz jeszcze przepraszam za stworzenie tej tabeli; jak się okazuje, całkiem inny fragment Regulaminu był podstawą naszego wspólnego, wczorajszego ustalenia przed jej publikacją na Forum, lecz rzeczywiście zapis nie jest jednoznaczny, dziś omawiany jest inny fragment i – choć nadal nie wiem, co dalej – pozwolę sobie już nie niepokoić więcej niepewnością i czekaniem Szanownego Anonima, dziękując Mu serdecznie za życzliwość, cierpliwość oraz wyrozumiałość 
– przy tej ilości znaków wymagane jest przeczytanie 14 opowiadań, biorących udział w Konkursie. :)
Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze bardzo przepraszam za całe zmieszanie oraz wprowadzenie w błąd. :)
Pecunia non olet
@Marszawa dziękuję za Twoją wizytę, komentarz i symbolicznego klika.
Anonim próbował pokazać – zgodnie z zasadami konkursu – że zdobycie mapy może w różny sposób wpłynąć na posiadacza. To i MFBI się dostało :)
@bruce dziękuję za informację. Spokojnie, nic złego się nie stało. Tyn bardziej, że rozstrzygnięcie po mojej myśli.
Babska logika rządzi!
Jestem ogromnie wdzięczna za życzliwość i wyrozumiałość.
Pecunia non olet
@bruce zawsze możesz liczyć na Anonima :)
Babska logika rządzi!
@bruce zawsze możesz liczyć na Anonima :)
Taki Anonim to na Portalu Prawdziwy Skarb. 

Pecunia non olet
Tylko mapy do niego nikt nie ma ;)
Babska logika rządzi!
Nierealna byłaby taka mapa, zbyt fantastyczna/unikatowa. 
Pecunia non olet
Hej!
To nie jest komentarz jurorki.
Zaczyna się ciekawie – ćpun i degenerat musi spłacić dług. Jedynie na minus, że komuś takiemu powierzą mapę. :p No ale okej, akcja się toczy, teraz od drugiej strony – agenci, którzy mają łapać. Sporo streszczeń, zwłaszcza dotyczących tego marsjanitu.
Ale klimat jest. Opowiadanie wciąga, a to najważniejsze. Mapa zapisana w bakteriach? Intrygujące. W sumie wysłanie kogoś takie i zabicie dla zdobycia mapy byłoby jeszcze ciekawsze. Tu gangsterzy czyhają na człowieka, żeby zabić, a tu agenci chcą znaleźć mapę bez przemocy.
W momencie, kiedy odkrywamy, że mapa jest w bakterii, akcja spada. Brakuje napięcia. Czegoś nieoczekiwanego. Fakt, plik jpg z Matką Boską w kształcie skał – pomysł super. Tylko później zamiast akcji jest opisówka. Było tak, tak, tak. Przez to nie czułam już większych emocji. Ale całość ogólnie na plus. Językowo małe potknięcia, głównie literówki. Pomysły i bohater Steve – duży plus.
Pozdrawiam,
Ananke
@bruce co jest zbyt nierealne na ten portal? Nic przecież ;)
@Ananke szkoda, że rezygnujesz z jurorowania i portalu, ale powodzenia na Twojej nowej ścieżce.
Anonim dziękuje za (nie)jurorski komentarz. Gangsterzy powierzyli mapę Steve’ovi, bo nie mógł się nie zgodzić. Do jej przewiezienia i przekazania nie trzeba było wielkiego umysłu.
Anonimowi nie przyszło do głowy zabijanie posłańca w celu wyekstrahowania mapy. A mogłoby to zmienić całą historię.
Babska logika rządzi!
@bruce co jest zbyt nierealne na ten portal? Nic przecież ;)
Są czasem takie Skarby=Perły, że nie ma zmiłuj! 
Pecunia non olet

Babska logika rządzi!
Anonim melduje przeczytanie wymaganej liczby konkurencyjnych opowiadań.
Babska logika rządzi!
Anonim (jak podejrzewam, bo nie wiem) z całą pewnością przeczytał już dawno wymaganą liczbę i za to Mu chwała!
(emotka: padam).
Pecunia non olet
![]()
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Wszyscy podejrzewają biednego Anonima ;)
Dobrze chociaż, że nie o jakieś niecne uczynki.
![]()
Babska logika rządzi!
Moje uszanowanie!
Poza tym biuro MFBI w Bradbury City było maleńkie, wszyscy agenci siłą rzeczy musieli polegać na kolegach i ufać im, a sądy i prawnicy chwilowo znajdowali się dalej niż sto pięćdziesiąt milionów mil stąd.
Odrobinkę nielogiczne. Skoro marsjańskie kolonie mają własne FBI, to znaczy, że muszą być na tyle rozwinięte (co zresztą wynika z tekstu), iż obecność sądów, a co za tym idzie też prawników, musiałaby być mandatoryjna. Czemu zatem ich nie ma?
Kiedy tylko poczuł, że może oddalić się od kibla na więcej niż dwadzieścia stóp, Steve wyszedł na powietrze. Piwo od Douga zdecydowanie nie wyszło mu na zdrowie – dostał sraczki gorszej niż po starej rybie. Ale Doug był w porządku. Wypłacił obiecane dziesięć kafli, chociaż Steve nie miał pojęcia, czym zarobił na taką kasę. A oprócz tego dostał pięknego i długiego skręta.

– Ale aresztować za jednego małego skręta?
– Nawet za papierosa.
– Co?! Fajki też są zabronione? Co to za pojebany stan? Za przeproszeniem – zreflektował się Steve.
Szczerze? Koszmar. Do kitu taka kolonia.
Skoro jakiś influencer mógł zapisać swój wiersz (kiepski zresztą, jak twierdzili krytycy) w Escherichia coli wyekstrahowanej z własnych odchodów, tym samym zalewając wszechświat miliardami kopii utworu, to dlaczego przestępcy nie mieliby przemycić w bakteriach mapy?
Wow, doprawdy intrygująca wizja!
kilka razy udało się jej zakasować Aleksa
Jasny gwint, co to znaczy?
Dobre opowiadanie, z niezłym światem przedstawionym, jeszcze lepszą historią i wprost wytrawnym językiem. Aspekty polityczno-terraformacyjne uwielbiałem zawsze, toteż bardzo mi się spodobało, że to właśnie na nich opiera się tekst.
Wkradły się jednak pewnie kwestie dla mnie nielogiczne. I jedna najważniejsza z nich; Dlaczego gangusy wysłały kogoś tak głupiego i przećpanego z tak ważną misją? Wiem, wiem, mapa w kupie to niezły szyfr, ale równie dobrze można było zainfekować kogoś bardziej rozgarniętego i zgoła mniej podejrzanego dla służb.
Pozdrawiam serdecznie!!!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA RZĄDZI !!!
@Bartkowski.robert serdecznie dziękuję za Twoją wizytę i komentarz. Anonim już zaczął myśleć, że nikt więcej tu nie zajrzy.
Jest FBI, a nie ma sądów. OK, Twój argument wygląda rozsądnie. Pewnie coś tam powinno być.
Kolonia bez papierosów. Zgoda – życie w niej dla nałogowca musi być okropne. Ale z drugiej strony – jeśli pozyskiwanie tlenu jest drogie, skomplikowane i nigdy nie ma go w nadmiarze, to marnowanie go na głupoty typu papieros albo nawet rodzinny grill nie wydaje się rozsądne. Podobno i bez palenia Mars może być szkodliwy dla płuc ze względu na pył.
Wiersz w bakterii. Cóż, ostatnio chyba wszystko, co robią influencerzy, jest dla kogoś intrygujące ;)
Jasny gwint, co to znaczy?
Zakasować? To znaczy, że Erika była lepsza niż Alex, że zwyciężyła w czymś tam.
Dlaczego gangusy wysłały kogoś tak głupiego i przećpanego z tak ważną misją?
Przy przekazywaniu tej wiadomości posłaniec nie musiał być ogarnięty ani rozgarnięty. Musiał tylko dotrzeć do odbiorcy żywy. Ktoś bystrzejszy pewnie mógłby się wysypać na przesłuchaniu. No i nie zgodziłby się lecieć na Marsa z biletem w jedną stronę. A mniej podejrzany mógłby nie zgodzić się na przemyt. A ci naprawdę wysoko mają zbyt wiele do stracenia w razie wpadki. I też pewnie nie wybierają się do kolonii.
Babska logika rządzi!
Ale z drugiej strony – jeśli pozyskiwanie tlenu jest drogie, skomplikowane i nigdy nie ma go w nadmiarze, to marnowanie go na głupoty typu papieros albo nawet rodzinny grill nie wydaje się rozsądne.
Niby to prawda, ale, jedna uwaga. Jak rozumiem, w Twoim opowiadaniu koloniści znajdują się pod kopułą. Musiałaby mieć ona w takim razie gargantuiczną maszynerią związaną z utrzymywaniem składu powietrza potrzebnym do ludzkiej egzystencji, która to, bądź, co bądź, wiąże się na każdym kroku z wydalaniem dwutlenku węgla. Czy wtedy maciupeńkie ilości tlenu spalane w papierosach robiłyby różnicę?
Zakasować? To znaczy, że Erika była lepsza niż Alex, że zwyciężyła w czymś tam.
O, może kiedyś użyję.
Ktoś bystrzejszy pewnie mógłby się wysypać na przesłuchaniu.
Wybacz, ale to bez sensu. Ktoś bystrzejszy miałby się wysypać?
No i nie zgodziłby się lecieć na Marsa z biletem w jedną stronę.
Dlaczego? Ludzi jest multum, na pewno znalazłby się masy chcące opuścić Ziemię, z setek różnych powodów. Do tego wizja sowitej zapłaty mogłaby być tutaj kluczowa.
A mniej podejrzany mógłby nie zgodzić się na przemyt.
Nie każdy przestępca wygląda podejrzanie. Na przykład u przemytników właśnie preferowany jest dość naturalny anturaż;))
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA RZĄDZI !!!
Tak są pod kopułą – na Marsie nie tylko skład atmosfery nam nie sprzyja, ale i ciśnienie jest tak malutkie, że chyba nie przeżylibyśmy nawet w czystym tlenie.
Nie wiem, czy to są maciupeńkie ilości. 22,4 litra O2 na 12 gramów węgla. Ile moli węgla jest w paczce papierosów?
Wybacz, ale to bez sensu. Ktoś bystrzejszy miałby się wysypać?
No, jeśli FBI umie przesłuchiwać, to mógłby. A Steve wypaplał wszystko, co wiedział i Erika ledwo ledwo coś z tych kawałków posklejała.
Oczywiście, że preferowany byłby ktoś, kto wygląda zbyt przyzwoicie, żeby skusić na się na dziesięć tysięcy baksów. Jakiś sztygar, menedżer, ich żony… Tylko ile oni chcieliby kasy za przemycenie? Za ryzyko, że po przyłapaniu będą za karę fedrowali na przodku przez całe lata?
Na pewno, gdyby ktoś inny przewoził mapę, opowiadanie wyglądałoby inaczej. I nie będę teraz tego zmienić.
Babska logika rządzi!
że chyba nie przeżylibyśmy nawet w czystym tlenie.
Nasze ciała zapomniałyby wtedy by oddychać i byśmy się podusili. Nieprzyjemna sprawa.
No, jeśli FBI umie przesłuchiwać, to mógłby.
Czyli im ktoś mądrzejszy, tym łatwiej go rozegrać?
Tylko ile oni chcieliby kasy za przemycenie?
Prawda, w tym masz rację.
za karę fedrowali na przodku przez całe lata?
Co to znaczy?
Na pewno, gdyby ktoś inny przewoził mapę, opowiadanie wyglądałoby inaczej. I nie będę teraz tego zmienić.
Mam tego świadomość. Sama postać mi się podoba, sprawy o które pytam, to tylko moja dociekliwość.
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA RZĄDZI !!!
22,4 litra O2 na 12 gramów węgla. Ile moli węgla jest w paczce papierosów?
Skaczesz po jednostkach :P Ktoś na pewno to wie, ale ja nie. Wg. https://aktywnarajcza.pl/ile-jest-papierosow-w-paczce-standardy-i-wyjatki standard to 20 sztuk, ale musielibyśmy wiedzieć: ile waży jedna sztuka; ile ma w sobie suchej masy; jaki procent tej masy stanowi pierwiastkowy węgiel (tu: https://ui.adsabs.harvard.edu/abs/2016AGUFM.B33E0677M/abstract piszą, że ok. 50% masy liścia to węgiel, ale to dane dla drzew, poza tym jest jeszcze bibułka).
Da się zrobić, tylko trzeba popracować na danych. Ale tak z głowy szacowałabym, że w jednej paczce może jeden mol. Może półtora.
Co to znaczy?
Że zostaliby zesłani do kopalni, by tam budować dobrobyt czerwonej planety.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
@Bartkowski.robert Oddychanie. Ciśnienie na Marsie jest kilkadziesiąt razy mniejsze niż na czubku Mount Everestu. Oczywiście, inne na Olympusie, inne w dolinie, ale i tak za małe. Nie wiem, czy zdążylibyśmy się udusić, czy raczej woda z organizmów by nam wyparowała. Na pewno to niezdrowe ciśnienie dla Homo sapiens.
Czyli im ktoś mądrzejszy, tym łatwiej go rozegrać?
Niekoniecznie. Ale im mądrzejszy, tym więcej informacji można z niego wydobyć. Steve nie powiedziałby, gdzie jest mapa, ani na torturach, ani pod wpływem serum prawdy.
Spokojnie, dociekaj do woli. Dla anonimowego autora to czysta przyjemność :)
Z fedrowaniem wyjaśniła Tarnina. Dzięki :)
@Tarnina
Skaczesz po jednostkach :P
Trochę tak XD
No, załóżmy, że jeden mol na paczkę. Do tego dochodzi tlen na spalenie mnóstwa moli wodoru (ale woda kolonistom może się przydać, więc to nie całkiem zmarnowane), trochę azotu, siarki itd., ale to już drobiazgi.
Babska logika rządzi!
Ale im mądrzejszy, tym więcej informacji można z niego wydobyć.
Nie. Im więcej wie, tym więcej można z niego wydobyć (mądrość i wiedza to różne rzeczy). Ale o tym więcej nie piszę, żeby nie dublować już przygotowanego komentarza jurorskiego.
Do tego dochodzi tlen na spalenie mnóstwa moli wodoru (ale woda kolonistom może się przydać, więc to nie całkiem zmarnowane), trochę azotu, siarki itd., ale to już drobiazgi.
Ten dwutlenek węgla, co powstanie, to też zużyje miejscowa uprawa kartofelków.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Niech będzie, że więcej informacji można wydobyć z lepiej poinformowanego. Nie wydaje mi się, że to rozróżnienie wiele wnosi w tym przypadku; Steve był głupi, więc zaczął ćpać, a teraz ma tak zryty prochami mózg, że trudno uzyskać od niego jakąkolwiek pożyteczną informację.
Dwutlenku węgla w marsjańskiej atmosferze nie brakuje, więc ten dodatkowy ze spalonej paczki nie stwarza wrażenia bardzo poszukiwanego dobra.
Babska logika rządzi!
Dwutlenku węgla w marsjańskiej atmosferze nie brakuje, więc ten dodatkowy ze spalonej paczki nie stwarza wrażenia bardzo poszukiwanego dobra.
To te kopuły są aż tak nieszczelne? Dwutlenek węgla i tak wytwarzają ludzie i insze organizmy, ale – ? Mam wrażenie, że nie rozumiem tego Marsa…
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Nie rozumiem pytania. I teraz, przed lądowaniem ludzi, atmosfera marsjańska w 95% składa się z CO2.
Babska logika rządzi!
Dobrze, ale ludzie w takiej atmosferze nie przeżyją. Więc albo terraformacja, albo zamknięte kopuły/tunele/cośtam. To co tam w końcu jest?
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
No to moje Bradbury City jest pod kopułą. Ludzie nie przeżyją ani przy takim składzie atmosfery, ani przy takim ciśnieniu. Terraformacja może pomóc na skład, ale nie zmieni grawitacji, a więc i ciśnienia.
Babska logika rządzi!
Ano. Tylko jak jest dziura, przez którą może nalecieć pył, to całe powietrze pod ciśnieniem ucieknie.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Jaka dziura?
Babska logika rządzi!
To skąd pył?
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Mnóstwo było już przed zbudowaniem kopuły. Trochę wpada przez śluzę. Ludzie wnoszą na kombinezonach. Jeśli pod kopułą jest kopalnia, to też wytwarza swoje…
Babska logika rządzi!
Kopuła nie ma fundamentów? A śluza odpylania? I po co łazić na zewnątrz? A kopalnia raczej nisko, więc pył powinien osiadać.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Ma jakieś fundamenty, ale na dole jest marsjański grunt, a nie podłoga. Nie wiem, czy warto instalować odpylanie w śluzie. Łazi się do roboty na zewnątrz, do portu, na wyprawy eksploracyjne, na wycieczki… W kopalni pył osiada na wszystkim, także na urobku i górnikach. Aha, przy wznoszeniu nowych budynków też się pyli.
Babska logika rządzi!
Wyobrażałam sobie raczej coś a’la Biosfera 2…
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Większe – dla tysięcy ludzi.
Babska logika rządzi!
Większe, ale w podstawowych założeniach podobne.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
No, a przynajmniej musi być samowystarczalne pod względem tlenu, żywności i wody.
Babska logika rządzi!
Owszem, czego się nie osiągnie bez przerabiania dwutlenku węgla na żywność i tlen.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Prawda, ale CO2 na Marsie nie jest tym czynnikiem, którego brak ograniczałby wzrost roślin.
Babska logika rządzi!
Pod kopułą może być…
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Zawsze można nałapać na zewnątrz i wypuścić w szklarni, kiedy nie ma tam ludzi. Zresztą, sądzę, że nawet pod kopułą stężenie CO2 jest wyższe niż na Ziemi.
Babska logika rządzi!
Możliwe.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Może za kilkadziesiąt lat da się sprawdzić…
Babska logika rządzi!
A może nie.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Dożyjemy, zobaczymy.
Babska logika rządzi!
Nie dożyjemy. Więc carpe diem i niech bomba najpierw spadnie na sąsiadów (i tak jutro będą mieli kaca XD).
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
No to nie zobaczymy ;)
Babska logika rządzi!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Ulubiona emotka Baila w wersji klasycznej.
Babska logika rządzi!
Wyniki na Portalu, zatem spieszę z opinią:
Komentarz tuż po przeczytaniu:
Witam serdecznie i składam podziękowania za udział w Konkursie. :)
Pięknie prowadzona fabuła, sporo fantastyki, znakomitego, lekkiego humoru, a także interesującego pomysłu na wykorzystanie haseł konkursowych, które są od początku widoczne i pełnią ważną rolę w całym opowiadaniu. :) Zakończenie wieloaspektowe i powalające! :)
Osobne podziękowania za oznaczenie wulgaryzmów. :)
Kwestie techniczne – wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):
Robienie pompek lub podnoszenie ciężarów w marsjańskiej grawitacji mijało się z celem. Agencji Martian Federal Bureau of Investigation, żeby utrzymać się w formie, podczas ćwiczeń obwieszali się obciążnikami niczym fani country skórzanymi dodatkami. – literówka – zbędne „j”?
To znaczy, Paul nie miał wątpliwości, pozostali agencji widzieli ewidentnie święty obrazek. – hmmm, powtórzony błąd – może to celowy zapis?
– Jak to nic przy nim nie znaleźliście? – wrzeszczała Erika do telefonu. – wykrzyknik przy wrzasku?
Teraz wszystkie spojrzenia wwiercały się w laptop Xiena. – tu literówka wniosła też błąd rzeczowy?
Tu podobnie – zapis imienia bohatera: Alex/Aleks.
Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję, klik biblioteczny. :)
Pecunia non olet
Dzięki, Bruce. :-)
Uff, jaka to ulga móc pisać normalnie, bez czajnikowania i używania brzydkich emotikonek. :-D
Miło mi, że znalazłaś aż tyle zalet. :-)
Acz najwyraźniej szału nie było, bo opko uplasowało się w drugiej połowie, chyba siódme od końca…
Technikalia. Część literówek już poprawiłam wcześniej. Wykrzyknik dopiszę, jak wrócę do domu.
Alex/Aleks – tu stoję na stanowisku, że jeśli w obcych słowach w mianowniku jest x, to w odmianie jednak wypadałoby pisać ks; o Aleksie, z Aleksem… Ale mogę się mylić. Przejrzę jeszcze tekst pod tym kątem.
Babska logika rządzi!
A jednak Finkla! Kurczaki, zaskoczyłaś mnie 
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Jednak to ja. :-)
I chyba nie było trudno odgadnąć. Oprócz stylu pisania i komponowania fabuły, których podrobić bym nie potrafiła, zdradzały mnie pytania. Jak ktoś w wątku ze zgadywankami słusznie zauważył, pytałam w wątku merytorycznym o zapisywanie w DNA (bo najpierw pomyślałam o wzięciu leukocytów do zapisu). Oprócz tego w konkursowym pytałam, czy ukrycie może dotyczyć mapy, a nie skarbu (u mnie to przecież mapa została połknięta). Ale tego jakoś nikt nie wyłapał. A przynajmniej się nie chwalił. :-)
Babska logika rządzi!
Mnie zaskoczył prawie każdy Autor, w tym i Ty. :) Przyznam szczerze – długo nie wiedziałam, kto stworzył ten tekst, obstawiałam raczej Mężczyznę. :)
Co do sugestii, to tylko moje przemyślenia nad miejscami, które zatrzymały mnie przy lekturze. :) Żadnym znawcą nie jestem, sama zawsze z góry przepraszam za ewentualne błędy… :)
Cóż, chciałoby się nagrodzić Was Wszystkich, naprawdę.
Dla mnie opowiadanie bardzo ciekawe i nietuzinkowe. :)
Pozdrawiam. 
Pecunia non olet
Oj, to niedobrze, jeśli Bruce pozwala się tak zaskakiwać każdemu. Kto ma zachować czujność, jeśli nie Bruce? ;-)
Fajnie, że opko Ci się podobało.
Babska logika rządzi!
Tak, zaskoczenie jest w sumie co opko, po każdym Waszym ujawnieniu.
Jednak – to dobrze, nieźle się zakamuflowaliście. :)
Fajnie, że opko Ci się podobało.
O, tak, bardzo. :)
Pecunia non olet
No to się cieszę. :-)
Babska logika rządzi!

Pecunia non olet
:-)
Babska logika rządzi!
Mam bardzo mieszane uczucia.
Z jednej strony podoba mi się postać Steve’a – jest tu dla mnie taką najbardziej autentyczną, żywą. Ciekawy jest pomysł ukrycia mapy (nie znam się, więc nie wiem, na ile jest to prawdopodobne, ale hej – to fantastyka i w tym wykonaniu ten pomysł kupuję).
Mam za to inny problem – nie kupuję intrygi jako takiej. Nie kupuję, że na Ziemi ktoś odkrył olbrzymie złoże na Marsie i to przemycanie mapy Marsa z Ziemi na Marsa… Też jakoś mało wiarygodna dla mnie jest kwestia kosztów wysłania człowieka i danych – logiczniej wydaje się coś odwrotnego niż napisałeś/aś.
PS. po ujawnieniu anonima – hmm… czuję się rozczarowana, pamiętam tyle świetnych pod każdym kątem Twoich opowiadań, Finklo. To jest jakieś takie nie Twoje (chodzi mi o tę słabą intrygę).
Pisanie to latanie we śnie - N.G.
Ponieważ nie mogę udawać, że nie wiem, kim jesteś, jedynym wnioskiem pozostaje interwencja kosmitów w Twoje procesy myślowe. Albo może pisałaś w czasie ostrego przeziębienia (w którym to przypadku mogę jedynie polecić herbatę z goździkami – trochę pomaga). A może to wszystko wynik próby zakamuflowania się, tak udanej, że gdybym nie odkryła pewnej własności portalu, dzięki której można zajrzeć za maski anonimów, w życiu bym nie pomyślała, że to Ty. Tak czy owak – przecież Ty umiesz pisać. Umiesz, do cholery! Więc co tu się odkosmiciło?
Fabuła dla idiotów. Dla zupełnych idiotów. Steve ma coś na kształt usprawiedliwienia, czyli doszczętnie zlasowany mózg, chociaż chwilami się dziwiłam, że aż tak doszczętnie (myślałam, że przed Eriką udaje, ale nie…). Mafia działa tu jeszcze najmniej durnowato, choć za mądrze też nie (ale przestępcy nie zawsze wykazują się zdrowym rozsądkiem, zresztą dziury w planie tych konkretnych nie szkodzą im, ponieważ…). Ale policja! Matko Boska, policja! Ci ludzie nie złapaliby nawet kataru, a najgorszy jest ich szef, o czym za chwilę. Wzmiankowanych idiotów z ich idiotycznym postępowaniem traktujesz śmiertelnie poważnie, bez odrobiny, nie wiem, ironii, mrugnięcia okiem, no, humoru. Gdzie się podział Twój słynny humor? Mamy wysłać rycerzy na wyprawę, żeby go odnaleźli?
Żeby nie było – policjanci jak najbardziej mogą być głupi, mogą przedkładać swoje personalne gierki i uprzedzenia nad rzetelną pracę, i mieć gdzieś dobro wspólne. To realistyczne. Ale istnieją pewne granice – realizmu. Głupota policjantów powinna mieć konsekwencje, dotykające po pierwsze ich samych, które powinny wynikać z niej, a nie z przypadku. Skończeni durnie oraz jawni szaleńcy na eksponowanych i odpowiedzialnych stanowiskach też, niestety, się trafiają – ale żeby nikt zupełnie nie zwrócił na to uwagi? Wiem, wiem, w życiu bywa różnie. Ale życie to nie literatura. Literatura ma się trzymać kupy.
Do psychologii gliniarzy wrócę za chwilę, ale najpierw – kryptografia. Są to (w tym tekście) zagadnienia powiązane, więc część psychologii załatwię razem z kodami, ale nie całą. Swoją drogą, ponoć (nie czytałam) Kamasutra wymaga od kobiet znajomości kryptografii. Nie bardzo wiem, jak to się ma do romansowania (jeśli wysyłam facetowi tajny liścik, to chciałabym, żeby on go odczytał, a nie mogła tego zrobić moja duenna, która też jest kobietą – nie?) ale podstawowe wiadomości z tej dziedziny uważam za niezbędne autorce, zwłaszcza takiej, która chce na tym zawiesić cały tekst.
Co to jest kod? Kod jest to arbitralne przypisanie znaków z jednego zestawu (alfabetu) znakom z innego zestawu. Albo innym jednoznacznie określonym cosiom: aminokwasom, ruchom maszyny itp. bo i kod DNA, i kod maszynowy – to też są kody. Szyfr natomiast to funkcja (algorytm!) przetwarzająca jeden napis w drugi (nie zawsze w ramach jednego alfabetu, np. szachownica Polibiusza zamienia litery na pary cyfr). Po co o tym mówię? Ano, szyfr, który wykazuje pewną regularność, w zasadzie zawsze da się złamać. W zasadzie, bo twórcy szyfrów nie są głupi i starają się tę regularność zakamuflować, zresztą dobry szyfr nie powinien się dać odczytać bez znajomości klucza, nawet, kiedy ktoś zna algorytm. Tutaj: https://www.schneier.com/academic/solitaire/ masz opis szyfru z Cryptonomiconu, który spełnia ten wymóg (facet zamówił u analityka szyfr do książki – to się nazywa oddanie sprawie!). Ten szyfr już złamano, ale jest całkiem genialny, zresztą szyfr Vigenère'a (indéchiffrable), którym niektórzy podobno posługują się w głowie, bez pomocy żadnych papierków, też dawno złamano. Ale to dygresja.
Zmierzam do tego, że kodu NIE DA SIĘ złamać. Czemu? Bo jest arbitralny. Jak język naturalny – nie ma przesłanek, na podstawie których można by logicznie wywnioskować, że słowo "kot" oznacza kota (tak, przy bardziej złożonych słowach można wnioskować, można też wnioskować z języków pokrewnych – ale trzymajmy się tematu. Znaczenia pewnego podstawowego zbioru słów wywnioskować nie można). Kwestię "czy samo istnienie kodu DNA wskazuje na inteligentny projekt" (poruszaną przez niektórych matematyków) zostawimy sobie na boku. Dzisiaj interesują nas kody explicite ustalone przez ludzi. Kodu nie da się złamać, ponieważ nie ma reguły, którą można by odkryć.
Ale przecież komputerowe kody i formaty plików rządzą się ścisłymi regułami?
Tak. Ale te reguły nie rządzą ich semantyką. Ich semantyką (przypisaniem znaczeń znakom) rządzi widzimisię tego, kto ustalał kod. Dlaczego w https://en.wikipedia.org/wiki/ASCII literze "f" odpowiada 1100110? Bo tak. Może ma to jakiś związek z kolejnością liter w alfabecie (też arbitralną, ustaloną ho, ho, dawno temu), ale dlaczego kody liter zaczynają się właśnie od 1100001 (61 w heksach)? Dlatego, że ponieważ. Tak komuś było wygodnie. W myląco nazwanym "szyfrze" (bo to jest kod, jak w pysk strzelił) Bacona "f" odpowiada 00101, bo tak sobie Bacon wymyślił.
A tu przesyłamy obrazek. Obrazek jest trudniejszy, bo dwuwymiarowy. Żeby go prawidłowo odtworzyć, potrzeba informacji o wymiarach (jak się linie rozjadą, to wyjdzie bałagan; swoją drogą nie zdziwiłabym się, gdyby mafiozi nie podali wymiarów w zaszyfrowanej treści, tylko wysłali je osobno, tak się robi – dwie liczby można wpleść w rozmowę, nie budząc podejrzeń). Potrzeba tego nagłówka, o którym mówią Twoi bohaterowie, z tzw. definicjami kolorów (czyli przypisaniem ich liczbom – znowu kod! wielopiętrowy!) i tych wszystkich tam… ale.
W komputerach są pewne standardy, powszechnie używane, w zasadzie na tym etapie już dlatego, że są powszechnie używane i wprowadzenie nowych byłoby kłopotliwe.
Technologię zapisywania danych w DNA mamy już teraz (https://en.wikipedia.org/wiki/DNA_digital_data_storage, zob. też https://www.youtube.com/watch?v=B55XdBXymHM), w latach 20 XXI wieku. Na razie trochę eksperymentalną, ale w przyszłości – spokojnie może istnieć. Zresztą Twoi bohaterowie o niej wiedzą. Doskonale wiedzą. Rozmawiają. Tak, jak my byśmy rozmawiali o zapisie magnetooptycznym czy czymś w tym rodzaju.
Jeżeli zaś taka technika jest w miarę powszechnie używana, to powinny w niej obowiązywać pewne standardy. Najwyraźniej nie istnieją, skoro potrzeba "eksperymentów z różnymi sposobami zapisywania bajtów przy pomocy liter A, C, G oraz T" (które to litery są, znowu, arbitralne – choć pewnie wygodne, i bajty też są arbitralne: w komputerach wygodny jest kod dwójkowy, ale w DNA naturalniej zastosować czwórkowy, za to słowo procesora niepodzielne przez trzy może być niewygodne, bo kodony mają trzy "litery"). Oczywiście, nie można oczekiwać, że gangsterzy stosują powszechnie dostępne formaty plików. Nie muszą, tym bardziej, jeśli jednak jesteśmy na etapie nowej, fascynującej techniki, z którą ludzie eksperymentują i standardy dopiero powstają (na co wskazujesz). Przypuszczam, że mafia obraca na tyle grubą forsą, żeby zapłacić komuś za opracowanie własnego standardu, który będzie najlepiej odpowiadał jej potrzebom, a przy okazji – nie da się odczytać niewtajemniczonym.
Dobra. Ale sama idea jest znana. Wiadomo, że można w ten sposób zapisywać informacje. I tu jest pies pogrzebany.
To, że znaną techniką zapisu namaziano coś, co wygląda mniej więcej jak święty obrazek (sądząc z opisu, raczej mniej), nie ma prawa zdrowemu umysłowo człowiekowi nasunąć wniosku, że oto znalazł "ostateczny dowód na inteligentny projekt". Dlaczego? Bo wiadomo, że LUDZIE mogą to zrobić, i istnieje duże prawdopodobieństwo, że jacyś ludzie to właśnie, w swoich celach, zrobili. Ludzie. Ludzie rysują i piszą różne rzeczy. Analogia: wyobraź sobie gościa, który na widok napisu na ścianie "lódzie! mam ałezozo!" dochodzi do wniosku (i nie daje się od niego wołami odciągnąć), że napis ten został zesłany z Nieba i przedstawia ważne, acz niezrozumiałe prawdy wiary. Tak właśnie zachowuje się Twój szef policji. (Zresztą później bez ostrzeżenia zmienia front i uznaje, że to dzieło jakichś "heretyków" – no, to ludzie to to zrobili, czy Absolut?)
Natomiast nie zachowuje się tak większość ludzi wierzących, nie są oni bowiem in gremio chorzy psychicznie (świry trafiają się wszędzie, chociaż w przypadku wielu religijnie świrniętych podejrzewam, że byliby równie świrnięci na innym punkcie, gdyby im go odpowiednio wcześnie w życiu podsunięto – ale to jest niesprawdzalne). Jedyna możliwość, żeby Paul uważał "wizerunek" za świętość (wizerunek, który spokojnie może być przypadkowym artefaktem metody odczytywania, więc tak czy siak – dziełem ludzi, albo w ogóle ślepego trafu – tu masz furtkę, bo ponoć nie ma przypadków, tylko znaki, ale czy z niej korzystasz? Jakoś nie…), to ta, że on tego bardzo chce. Jednym słowem – to jest wariat. I nikt tego nie zauważa. Nikt się nie przeciwstawia, nie kwestionuje, nie podnosi nawet argumentu, że prawdopodobieństwo odkrycia zakodowanej wiadomości na oślep jest bliskie zeru?
Bo oni szukają na oślep. Na siłę. Nie mogą wiedzieć, jakich sekwencji szukają, bo nie wiedzą nawet, czy kod jest zdegenerowany jak normalne DNA. Nie mogą w żaden sposób wiedzieć, które kodony (jeżeli słowem kodu jest tu pojedyncza trójka nukleotydów, a nie np. kilka trójek, albo w ogóle sekwencja kodowanych przez DNA aminokwasów, bo tego też nie wiedzą) oznaczają "czarny" a które "biały", i czy w ogóle słowa kodu oznaczają jakiekolwiek kolory, a nie liczby, które z kolei odpowiadają jakimś znakom w standardowym kodzie komputerowym. Tak, nasi genialni analitycy zakładają, że jeden nukleotyd to jeden piksel, ale jest to założenie z pupci wzięte. Nie musi być prawdziwe, i gdybym ja ten kod ustalała, nie byłoby. Nie wiedzą, gdzie zapis się zaczyna, a gdzie kończy. Skąd mają wiedzieć? (Cząsteczka DNA bakterii jest, przypominam, kolista). Nie wiedzą, czy to pełny zapis (czemu mafiozi nie mogliby podzielić informacji na części i zapisać ich w różnych gatunkach bakterii, na przykład? A w ogóle może zastosowali plazmid?). Nie wiedzą, jak wygląda nagłówek stosowanego przez mafiozów formatu (może wyglądać różnie, zależnie od potrzeb i uwarunkowań – swoją drogą, po co Twój geniusz informatyki przegląda nagłówki przysłanych z Ziemi plików? steganografia jest aż takim wielkim problemem? czy Ziemianie posyłają na Marsa tyle tajnych informacji? I po co właściwie?). Szanowny pan informatyk niby wpada na to, że hipotetyczny plik może być skompresowany (jak najbardziej może, to ma sens), ale kiedy mówi o nagłówkach i formatach plików, nie przychodzi mu na myśl pytanie, jakim algorytmem jest skompresowany (znamy w tej chwili ponad dwadzieścia) ani jak to odkryć, skoro i tak nie znają KODU, którym informacja jest zapisana (a kompresja, i to jeszcze niewiadomym algorytmem, skutecznie utrudni próby zgadnięcia tego, bo rezultat poprawny nie będzie wyglądał sensowniej od niepoprawnych – trzeba go dopiero rozkompresować, żeby wyszedł sensowny). Nie wiedzą, czy to, co próbują odczytać, to w ogóle jest obrazek, bo czemu nie koordynaty granic złoża? Według jakiejś ustalonej przez mafiozów z góry, niestandardowej siatki? (To też jest arbitralne). Wobec tego wszystkiego prawdopodobieństwo, że odczytają to, co chcą odczytać (w dowolnym skończonym czasie), jest praktycznie zerowe.
Tak więc cała, ale to cała hakierka w tym tekście jest wzięta z filmu klasy Z, a wyniki osiąga wyłącznie dlatego, że Autor Tak Chce.
Cyfrowy znak wodny: https://en.wikipedia.org/wiki/Digital_watermarking to byłaby w tym przypadku zupełna sztuka dla sztuki, i dodatkowe szyfrowanie też. A jeśli "zdeformowanie" grafiki ma przedstawiać steganografię… to przykro mi bardzo, ale tak steganografia nie działa. Steganografia to ukrywanie informacji tak, żeby nikt niewtajemniczony jej nie widział. Czyli to też byłaby sztuka dla sztuki, gdyby hakierka w tym tekście przypominała tę naszą.
Chemia jest również mało prawdopodobna, ale potraktowana po łebkach. Marsjanit to McGuffin i nie ma w sumie znaczenia, co to jest i jak się zachowuje, tylko, że wszyscy go chcą. Albo nie chcą, żeby inni mieli. Zaznaczę tylko, że "programowalne tripy" dałoby się osiągnąć za pomocą rzeczywistości wirtualnej, ale narkotyków – no, nie.
Tak w ogóle (tu poprosiłabym jakiegoś geologa lub górnika, bo to moje domysły) użyteczna mapa złoża (zdaje mi się, że istnieje coś takiego) to nie może być sam obrazek, potrzeba więcej informacji – ukształtowanie terenu, głębokość pokładu i tak dalej. Informacje potrzebne do eksploatowania tego złoża. Ale – to moje domysły. W każdym razie – nie byłaby to struktura danych dwuwymiarowa, tylko wielowymiarowa.
Przy okazji – skoro oni monitorują wszystko, to przydałoby się chociaż wspomnieć o tym, że akurat tej okolicy się nie opłaca, bo coś tam – żeby wyjaśnić, dlaczego nikt nie widział aresologów, którzy to złoże w ogóle wykryli. A jeśli aresolodzy pracują na zdjęciach satelitarnych, to na niedofinansowanie i brak sprzętu powinni narzekać właśnie oni. Ci rządowi i oficjalni. Bo skoro mafia ich uprzedziła… pracując, być może, z Ziemi… na zdjęciach satelitarnych… oooj.
Kwestii ćwiczeń siłowych i grawitacji nie badałam, choć miałam do tekstu, którego na razie i tak nie piszę. Ale coś mnie w niej uwiera.
W każdym razie – sama antynauka to jeszcze nie dość, żeby pogrążyć tekst. Poświęciłam jej dużo czasu, bo akurat mnie to obchodzi, ale wielu odbiorców nie obchodzi. Ludzie oglądają takie rzeczy, dzięki czemu funkcjonuje Hollywood. Co jest z tym tekstem nie tak na gruncie bardziej literackim?
Psychologia, jako się rzekło, leży i kwiczy – a oto sedno tego kwiczenia.
Wszystkie występujące w tekście postacie są wycięte z tektury. Co tam, tektury. Z bibułki!
Zacznijmy do federalnych (swoją drogą – policja federalna wskazuje na jakąś tam federalną państwowość, gdyby to był po prostu kawałek Marsa w jurysdykcji USA, to by było chyba po prostu FBI, albo i policja stanowa, ale na tym się nie znam; wiem tyle, że na ich stronie: https://www.fbi.gov/investigate nie ma nic o handlu narkotykami, najbliżej byłaby przestępczość zorganizowana). Pareidolia najwyraźniej nie kojarzy im się z Marsem (ekhm, "twarz na Marsie", ekhm). Skoro każdy trzeźwy człowiek uznałby, że "obrazek" powstał przypadkowo, a jego podobieństwo do znanych obrazków jest kwestią pareidolii (swoją drogą, rozpoznanie w tym mapy wymagało "geniuszu" Aleksa… kiedy na początku zakładali, że mają do czynienia z mapą…) zajmują się oni tym nieszczęsnym obrazkiem tylko i wyłącznie dlatego, że szef kazał. Uznanie "ikony" za "bluźnierczo zniekształconą" też wskazuje na ciężkiego świra u szefa, bo raz: jeśli to wiadomość od samego Najwyższego, to Najwyższy raczej nie bluźni sam sobie (czyli drogi szef jest do tego wszystkiego niekonsekwentny), a dwa – jak bardzo musiałaby być "zniekształcona", żeby jej nie uznał za ikonę? Czy uznałby za ikonę takie coś: XD ? Ten facet powinien się leczyć. Jego podwładni powinni protestować. Nie protestują. Wcale.
Grzecznie robią, co szef każe. Ale znów taki Aleks nie bardzo się z nim liczy, skoro włazi na tajną naradę, na którą go nie proszono. Bo… przyszedł list do jego dziewczyny. A drzwi najwyraźniej były otwarte. Super tajna narada. Taaak.
To jak? Czy drogi przełożony jest, u licha ciężkiego, despotą? Czy nie? Cholerowania nie pokazałaś. Despocji także nie (niby nie dopuścił Aleksa od sprawy, ale rzecz i tak rozwiązuje – Aleks). Nie widać, żeby podwładni się go bali. A mimo to nie śmią zrobić niczego bez jego aprobaty. Nawet we własnym gronie na niego nie narzekają (nie pochwalam obgadywania, zauważam tylko, że ludzie to robią. Twoi gliniarze – wcale). W ogóle wykazują całkowity brak inicjatywy – gonią za mirażem, bo (bezpośredni!) szef tak chce, zamiast się rozejrzeć za innymi śladami (tutaj, przypominam, jest permanentna inwigilacja – zapalisz skręta i już masz na karku gliny z połowy miasta). Żadnemu z nich nie przyjdzie nawet na myśl porównanie "ikony" z mapą, co jest dozwolone (wolno im ją "analizować", nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby podciągnąć pod analizę porównanie z czymś innym).
Może dzięki temu wszyscy wychodzą z tego szamba pachnący fiołkami – z wyjątkiem szefa. Ale czy ten wyjątek ma sens?
Wielki "moralny dylemat" Paula jest teatralny i sztuczny (tu muszę przyznać, że większość eksperymentów myślowych w dziedzinie etyki właśnie taka jest, ale nie układają ich pisarze – pisarzom niekiedy wychodzi to lepiej) – raz: tak, jak i jego podwładnym, facetowi nie przychodzi na myśl żadne inne rozwiązanie problemu – naprawdę nie dało się tego przepchać wyżej? Albo niżej? Skoro już i tak mamy do czynienia z, pardon my French, fakapem? Albo z rozmachem ujawnić wszystkiego i patrzeć, jak inni górnicy gnają na złamanie karku, żeby zdążyć przed tą grupą? Dwa: tylko on ma dostęp do zdjęć satelitarnych, z których wynika, że nielegalna ekspedycja jedzie do krateru? Naprawdę tylko on jeden?
A to, w jaki sposób się to ostatecznie kończy, to bardzo dziwny przykład na traf moralny – gdyby tylko pan potłuczony policmajster nie wysłał tego durnego obrazka na Ziemię, uszłoby mu na sucho spalenie kilkunastu ludzi i zaognienie sytuacji międzynarodowej. Do czego niewątpliwie doprowadził.
Tak nawiasem, gliniarze robią Steve'a "informatorem" właśnie z powodów, dla których nie powinni – ma tak zlasowany mózg, że nikt go nie dopuści do żadnej tajemnicy, bo by wypaplał, i trudno się spodziewać, żeby go prędzej czy później nie zgarnęli za palenie albo coś. A to kłopot. To samo zresztą dotyczy mafii, która posługuje się nim jako nośnikiem ważnej informacji – ktoś z paroma synapsami mniej by się rzucał w oczy.
Tyle, jeśli chodzi o policjantów w masie. Teraz członkowie zespołu jako jednostki. Niewiele da się o nich powiedzieć. Mają imiona. Mają jakieś stanowiska służbowe. Mają… niewiele poza tym. Te gierki, o których mówiłam, uprawia tylko ich szef, a i to nie na naszych oczach.
Aleks niby ma Motywację (tajemnicza tragedia brata) – ale ona nie ma żadnego wpływu na fabułę. Także dlatego, że Aleks nie ma wpływu na fabułę – równie dobrze mogłabyś go zastąpić komputerem czy innym czysto mechanicznym systemem rozpoznawania obrazów. Albowiem:
"Alex odczytał mapę rzutem na taśmę. Jak on jej tym zaimponował! Bywała już w różnych relacjach, ale jeszcze nigdy aż tak nie szanowała swojego faceta." Ten infodump podsumowuje wątek Aleksa. Wielkie osiągnięcie, za które Erika tak go podziwia (podziw i szacunek – to nie to samo…) sprowadza się do rzutu okiem na obrazek i rozpoznania w nim mapy określonej okolicy. Nie tyle wyczyn inteligencji, ile pamięci, nie mam mu tego za złe – ale jest to jedyne, co facet zrobił przez cały tekst. Zachwyty nad tym wybitnym czynem są, dyplomatycznie rzecz ujmując, nienaturalnie przesadzone. Byłyby takie nawet w usteczkach pensjonarki, twardą policjantkę czynią zaś kompletnie niewiarygodną. Zresztą to, co widzimy z jej romansu z tym cudem przyrody, sprowadza się do bycia klepaną po tyłku.
Myślę, że Aleksa jako postać mogłaś sobie spokojnie darować, a za to na przykład rozwinąć światotwórstwo, bo w ogóle nie czuć, że jesteśmy na Marsie.
Również szczegóły w rodzaju stanu zdrowia informatyka, pogardy Becky wobec zdolności intelektualnych kolegów czy problemów Eriki z biurokracją mają dla fabuły marginalne znaczenie i mogłyby zostać zastąpione czymś, co wyraźniej zarysowałoby charaktery i odmalowało tło. Za to informacje dla fabuły istotne podajesz w postaci grubych infodumpów (rozważania Eriki i Paula, ale głównie wtręty narratorskie). Swoją drogą, skoro Mars jest właśnie kolonizowany (jest tam już dość ludzi, żeby istniała policja! i bary! i wysztafirowane kobity! czyli nie wszyscy zajmują się drążeniem w regolicie), i skoro są tam wierzący, to powinni być i duchowni. Proboszcz, czy pastor, znajdujący się o parę minut świetlnych od swojej parafii raczej nie będzie właściwie wypełniał obowiązków, choćby bardzo chciał (jak udzieli komunii?). To po prostu nie jest praktyczne. Poza tym wspominasz, że ten nieszczęsny wariat Paul stale przesiaduje w kościele – coś wątpię, żeby w tym celu latał na Ziemię. Świat pozostaje więc ledwo naszkicowany.
A mafia? Mafia zrobiłaby lepiej – im plan prostszy, tym mniejsze ryzyko wpadki – gdyby wrzuciła do jakiejś dostawy pendrive'ów swój, odpowiednio oznaczony. Albo normalnie wysłała paczkę. Wtedy i steganografia miałaby rację bytu (na wszelki wypadek). Wszelkie systemy kryptograficzne ustala się z góry, czyli ktoś tam na Marsie musiał być gotowy na odbiór przesyłki (i był!), a skoro mafia mogła to załatwić, to nie widzę powodu, dla którego nie mogłaby mieć wśród celników jednego czy dwóch swoich ludzi. Nawet niekoniecznie na potrzeby tej konkretnej sprawy, tylko tak w razie czego. A nawet jeśli nie, to i wysłanie w paczce szalika z zakodowanym ciągiem liczb albo hasłem (mogę z głowy wymyślić ze trzy metody) byłoby prostsze i mniej zwracające uwagę. Albo genetycznie zmodyfikowane nasiona – to zapewne nielegalne, tak (jak na Ziemi przewóz roślin między kontynentami), ale w razie wpadki przemycane rośliny prawdopodobnie zostałyby zniszczone, co też zlikwidowałoby dowody.
Steve to idiota. Idiota tak idiotyczny, że chwilami byłam pewna, że zaraz wyjmie z kieszeni okulary i zawoła – ha! Ale was nabrałem! Ale nie. Jego przerysowana durnota okazuje się szczera. Owszem, przemytnicy podrzucają rzeczy takim głąbom na lotniskach, a przynajmniej te głąby tak się potem tłumaczą, ale tu nie chodzi o przeniesienie przez granicę podrabianego zegarka, który można odżałować. Najwyraźniej jedynym przygotowanym przez Twoich mafiozów sposobem przesyłania tajnych informacji jest fizyczne wysłanie kuriera. Kurier, oczywiście, nie musi znać treści przewożonej wiadomości (lepiej, żeby nie znał). Ale byłoby dobrze, gdyby miał minimum instynktu samozachowawczego.
Od kiedy zdjęcie satelitarne ma kompozycję? To nie jest dzieło sztuki, które ma dawać zadowolenie estetyczne, tylko dokument pokazujący, jak coś wygląda z góry.
Jeszcze o humorze. W dobrym, oglądalnym filmie klasy Z dialogi są cięte i jest się z czego pośmiać. Tu nie. "Żarciki z waszyngtońskiej kampanii reklamowej "This is Mars" na ogół Erikę śmieszyły, ale nie tym razem." to żart bez kontekstu. Nie wiem, co w nim śmiesznego. Jeśli nawiązanie do Muska – nie wiem. Coś tam o nim czytałam, ale ogólnie nie interesuję się gościem. Jest kilka innych zdań, które chyba miały być śmieszne, ale w ogóle mnie nie rozbawiły, choćby to zawierające oksymoron "niemrawa burza". W innym konkursowym tekście śmieszne są wydarzenia, a język za nimi nie nadąża – u Ciebie wydarzenia są nijak nieśmieszne, a humor chyba miał siedzieć w języku, ale zastrajkował.
No i jeszcze przeraźliwie cuchnący smrodek dydaktyczny o aborcji. Nie mam siły, ochoty ani miejsca na tłuczenie Cię po głowie prawami człowieka, historią ich powstania i podpierającymi je założeniami ontologicznymi. Powiem tylko tyle, że cywilizacja, która promuje, ba, obkłada ostracyzmem (a ostatnio i karami) za najlżejszy przejaw dezaprobaty wobec mordowania ludzi po prostu dlatego, że innym ludziom tak się spodobało, zasługuje na to, co ją w tej chwili spotyka. I to, co ją wkrótce spotka. Zresztą skoro statki i tak latają w tę i nazad (jest lotnisko, rejsowe statki, a żul został wpuszczony na pokład – swoją drogą, latają w tę i nazad, kiedy jest Ci to potrzebne, a kiedy indziej nie…), to przewóz ludzi w warunkach mniej luksusowych dałby się załatwić (Connie Willis fajnie rozwiązała ograniczenia podróży w "Pogromie komicznym", ale tam to była stacja orbitalna).
Co prawda – Mars jest średnio 12,5 minuty świetlnej od Ziemi (https://www.space.com/24701-how-long-does-it-take-to-get-to-mars.html). To trochę daleko. W dodatku odległość się zmienia (ekscentryczna orbita), ale nawet najkrótszy lot trwa dobrze ponad pół roku (Musk twierdzi, że to skróci). Ta miła pani: https://www.skyatnightmagazine.com/space-science/how-long-does-take-get-mars powiada, że jest w opracowaniu napęd laserowy, który skróci lot do trzech dni. Ale powątpiewam, czy to się da przeżyć.
Liczyłabym raczej na hibernację.
A Ty wspominasz niby o okienkach startowych i takich tam, ale (może dzięki temu, że mówisz to z perspektywy Steve'a) wypada to raczej abstrakcyjnie.
Teraz język. Też dużo poniżej Twojego poziomu. Jest nawet niewytłumaczalna pauza w środku dialogu!
Czy wszystkim uczestnikom muszę klarować, że imiesłów przysłówkowy współczesny nie mówi o związkach przyczynowych? Nawet Tobie? Przecież "przeprowadzić kilka stosunkowo prostych reakcji, produkując narkotyk zwany marsylianką" oznacza, że równocześnie (w drugim reaktorze?) produkuje się narkotyk i, nie wiem, sodę oczyszczoną?
Bo chyba większości tłumaczy, zwłaszcza pracujących dla telewizji, przydałoby się wyjaśnienie, że w języku polskim formy grzecznościowe istnieją. Nieważne, że policjantka przesłuchuje żula – to jest sytuacja oficjalna. Erika nie powinna się do Steve'a zwracać "ty", nawet, gdyby go znała. Bo to jest sytuacja oficjalna!
A także wbicie do głów łopatą (skoro inaczej nie wchodzi), że "nadal" nie jest synonimem "i tak", "mimo wszystko", "mimo to", "jednak". Choćby nie wiem, jak uprzejme i szczelnie opakowane w jedwab – i tak nim nie jest. "Technicznie" też nie jest synonimem "w zasadzie" (to także kalka z angielskiego). Kolejna kalka: "Już wcześniej sprawdził, jak powinna wyglądać sekwencja zasad DNA zamykająca plik, teraz nieustannie skanował wzrokiem ekran w jej poszukiwaniu." pomijając to, że nie miał szans tego wiedzieć (p. wyż.) to "scan" jest słowem angielskim i oznacza (w tym kontekście) "przyglądać się". Po polsku skanuje tylko urządzenie do tego przeznaczone.
Dostarcza się przesyłki przyjaciołom i przekazuje kolegom – nie do przyjaciół ani do kolegów! Można powiedzieć, że zespół spotkał się w okrojonym składzie, to nie można mówić o składzie w abstrakcji. Że został "okrojony".
Nawet, jeśli kopniak jest argumentem https://wsjp.pl/haslo/podglad/45571/poprzec/5189234/argumentami, nie wiem, czy można nim poprzeć rozkaz. Otwiera się, rozkłada i w ogóle używa laptopa (biernik). Zarabia się kasę, na kasę można ewentualnie zasłużyć. Zadysponować można cordon bleu, a broń tylko zapotrzebować. Nie można niczego "stworzyć" z czegoś innego – można sklecić raport, ułożyć go, ale nie "stworzyć". "Stworzyć" rezerwujemy dla Najwyższego i artystów.
Nie bardzo można napisać: "sam był republikański" – republikańska jest w Stanach partia, a jej zwolennik to republikanin.
W czym "przeprowadzić wszystkie procedury niezbędne do wejścia w posiadanie krateru Eudoxusa oraz terenów dookoła niego" jest lepsze od "kupić Eudoxusa z przyległościami"?
"Żaden sąd na Ziemi nie będzie słuchał, że wybuchy w kraterze ułatwią" – czego nie będzie słuchał? Argumentów? Tłumaczeń? Musi być jakiś rzeczownik. "Erika przelatywała przez obowiązkowe formułki szybko, ale wyraźnie." Jak już, to trzepała formułki.
Co znaczą zdania: "Na ścianie pojawiło się zestawienie skał w kraterze Eudoxusa i odpowiedni fragment ikony.", "Wyrafinowane narzędzia tortur w siłowni bazowały na elastycznych taśmach."?
Dlaczego odbicie Eriki myje zęby? Autonomicznie?
"M-geologia" to sierota etymologiczna – nie można tego było nazwać aresologią? Albo nie wiem, dać facetowi dyplomu z petrologii, czyli nauki o skałach?
W idiomie "zatęsknić za starymi śmieciami" nie ma zaimka. Zniekształcasz też idiom "ukręcić bicz na własne plecy". Nie wiem, czy robisz to bluźnierczo.
Książkowe "gdy" i "lecz" pasują w tekście o narkomanie i gliniarzach na Marsie jak pies do jeża. Jest kilka innych fraz nie z tej bajki, np. "tego, co wyrządzili jego młodszemu bratu" – wyrządza się krzywdę, nie jakieś coś, ale to brzmi melodramatycznie.
Plik przetrzepany przez marsjańskich celników oczekuje, jak zwykle, na mailu.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Zaczęło się nieźle. Historia dłużnika zmuszonego do lotu w kosmos mnie zaintrygowała. Natomiast biegunki, fekalia i mało kosmiczne SF jakoś mnie odstręczyło i już nie odzyskałeś mojej uwagi.
delulu managment