- Opowiadanie: Finkla - Największe złoże marsjanitu w Układzie Słonecznym

Największe złoże marsjanitu w Układzie Słonecznym

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Największe złoże marsjanitu w Układzie Słonecznym

Steve uciekał, ile sił w nogach. Nie było tych sił wiele, więc goniący go dealer z „Black Wasps” sukcesywnie skracał dystans. Zboczenie w ślepy zaułek pogrzebało wszelkie szanse, ale Steve za największego skręta świata nie przypomniałby sobie rozkładu uliczek. Po chwili leżał w kałuży rzadkiego błocka i obiecywał, że odda dług co do centa. Niestety, żadne przysięgi nie zadziałały.

Nie minęły dwie godziny, a Steve, z sercem wściekle walącym ze strachu i głodu, leżał w jakimś zapomnianym magazynie u stóp Blizny, szefa „Black Wasps”, który perorował:

– Normalnie ujebalibyśmy ci palec albo dwa, żebyś lepiej pamiętał o terminach płatności.

– Oddam wszystko w przyszłym tygodniu, obiecuję!

– Morda, śmieciu! Teraz ja mówię! – Rozkaz został poparty kopniakiem w żebra wymierzonym przez przybocznego Blizny. – Ale dzisiaj mam świetny humor, więc dam ci wybór.

Steve bał się odezwać, ale pokiwał głową tak energicznie, że niemal wyrżnął czołem o beton.

– Możesz albo natychmiast spłacić dług wraz z odsetkami, albo rozstać się z dwoma palcami, albo wyświadczyć nam drobną przysługę…

– Zrobię wszystko, czego będziecie chcieli!

Blizna uśmiechnął się pogardliwie, jakby nie oczekiwał innej reakcji.

– Trzeba dostarczyć pewną mapę do naszych przyjaciół…

– Możecie na mnie liczyć – zapewnił gorliwie Steve.

– …na Marsie – dokończył Blizna tak cicho, że chyba nikt go nie usłyszał. – Wtedy anulujemy ci dług i jeszcze dorzucimy dziesięć koła za fatygę.

Steve nigdy w życiu nie widział takiego szmalu. Aż pogubił się w obliczeniach, ile to by było działek…

 

***

 

Robienie pompek lub podnoszenie ciężarów w marsjańskiej grawitacji mijało się z celem. Agenci Martian Federal Bureau of Investigation, żeby utrzymać się w formie, podczas ćwiczeń obwieszali się obciążnikami niczym fani country skórzanymi dodatkami. Wyrafinowane narzędzia tortur w siłowni bazowały na elastycznych taśmach. W rezultacie można się było nieźle zmachać.

Erika tym bardziej musiała więc docenić lekki, konwersacyjny ton Aleksa, który, nie przerywając wysiłków na wioślarzu, spytał:

– Coś nowego w sprawie złóż marsjanitu?

Teoretycznie Erika nie miała prawa dzielić się posiadanymi informacjami, ale… Po półroczu (marsjańskim!) sypiania z Aleksem doskonale wiedziała, że jest straszliwie cięty na narkobaronów wszelkiej maści, że nigdy w życiu nie daruje im tego, co wyrządzili jego młodszemu bratu, że ma doktorat z m-geologii i świra na punkcie marsjanitu… Ona sama o tym minerale wiedziała tylko najważniejsze rzeczy; po pierwsze, do tej pory znaleziono go wyłącznie na Marsie, po drugie, najpopularniejsza teoria głosiła, że kryształki powstają, kiedy spory meteoryt z grupy pallasytów uderza w skały zawierające metale ziem rzadkich (a konkretnie skand lub itr). Koniecznie w warunkach beztlenowych – w obecności tlenu marsjanit bardzo szybko przekształcał się w niezbyt ciekawą ekonomicznie rudę. Po trzecie, jeśli udało się tego uniknąć, z minerału produkowało się biżuterię, która, po zabezpieczeniu przezroczystą żywicą, na Ziemi osiągała ceny porównywalne z platyną. Alternatywne zastosowanie przynosiło jeszcze większe zyski – wystarczyło zaoszczędzić na kosztach transportu międzyplanetarnego, przeprowadzić kilka stosunkowo prostych reakcji, produkując narkotyk zwany marsylianką, i sprzedawać go na miejscu. Marsylianka dawała w dużym stopniu programowalne tripy, szybko i silnie uzależniała, a potem wykańczała wątrobę. Na ogół przed upływem pięciuset soli.

Na dobrą sprawę to właśnie Alex powinien prowadzić tę sprawę, a Paul nie włączył go tylko dlatego, że sam był republikański i religijny do szpiku kości i nie potrafił zaakceptować ich nieformalnego związku. Erika podejrzewała, że szef wystarał się o pracę na Marsie przede wszystkim z tego powodu, że aborcja została tu obłożona mnóstwem ograniczeń – kolonia potrzebowała ludzi i taniej wychodziło zrobienie ich na miejscu niż sprowadzanie z Ziemi.

Poza tym biuro MFBI w Bradbury City było maleńkie, wszyscy agenci siłą rzeczy musieli polegać na kolegach i ufać im, a sądy i prawnicy chwilowo znajdowali się dalej niż sto pięćdziesiąt milionów mil stąd. Po szybkiej analizie wszystkich argumentów Erika odpowiedziała więc:

– Paul przekazał mi dane na temat niejakiego Stevena Berkera. To ćpun i degenerat, ale nasi podopieczni z Wirginii wykupili dla niego bilet na Marsa. – Agentka zbeształa się w duchu, bo nie udało jej się wypowiedzieć tego zdania bez sapnięcia. Cichutkiego, lecz Alex z pewnością usłyszał. A mama setki razy powtarzała, że kobieta musi być dwukrotnie lepsza od faceta, żeby ten uwierzył, że jest tylko dwukrotnie gorsza. – Podejrzewamy, że spróbuje przemycić mapę tego złoża.

– Chyba że to podpucha, a prawdziwą mapę przewiezie jakiś inżynier górnictwa albo dziennikarz…

– Oczywiście, że bierzemy taką możliwość pod uwagę. Ale bilety są drogie, nawet jak na kieszeń gangstera.

– Co zamierzasz zrobić?

– Przetrzepać go dokładnie w kosmoporcie. To ćpun, na pewno algorytm go wyłapie, czy będzie na haju, czy na głodzie. Gotowy pretekst, żeby rozebrać jego bagaż na czynniki pierwsze i wziąć na osobistą.

 

***

 

– Jak to nic przy nim nie znaleźliście? – wrzeszczała Erika do telefonu.

– Powtarzam – tłumaczył jakiś uparty celnik – przetrzepaliśmy bagaż tego Berkera. – Obejrzeliśmy każdą parę jego gaci, także pod mikroskopem i w ultrafiolecie. Wzięliśmy go na osobistą, grzebaliśmy w uszach, w dupie i w pępku. Nigdzie nie ma ani śladu mapy.

Erika wściekała się w milczeniu. Wszyscy agenci wierzyli, że mapę złóż marsjanitu trzeba przewieźć fizycznie – przesyłanie wiadomości na Ziemię lub z powrotem kosztowało tak wiele, że rzadko kto korzystał z tego kanału, więc władze kolonii miały nad nim lepszą kontrolę niż rodzice nastolatka nad jego mediami społecznościowymi. Steven Berker był najbardziej obiecującym kandydatem na przemytnika, a tu fiasko. Próbowała jeszcze kłócić się z losem i faktami:

– Musi gdzieś być! Oni nikogo innego tu nie przysłali.

– Ja tam nie wiem. Nic nie znaleźliśmy, chociaż szukaliśmy bardzo dokładnie. Może na Ziemi faceta zahipnotyzowali, a teraz, po usłyszeniu jakiejś melodyjki, narysuje mapę z pamięci? Chociaż wątpię, bo to kretyn, jakich mało.

– Takich sztuczek to nawet my nie potrafimy robić – odburknęła Erika. – Protestował przeciwko naruszeniu nietykalności i tak dalej?

– Niespecjalnie. Tak, jak mówiłaś; we krwi miał tyle substancji zakazanych, że na Ziemi można by go zapuszkować za posiadanie, więc wpadł w panikę, gdy tylko ktoś do niego zagadał.

– No, dobrze… – myślała na głos Erika. – Spytajcie go…

– Jakie „spytajcie”? Nie znaleźliśmy żadnego przemytu i musieliśmy puścić gościa wolno. To jest Mars.

Żarciki z waszyngtońskiej kampanii reklamowej „This is Mars” na ogół Erikę śmieszyły, ale nie tym razem.

– Co takiego?! Dopiero teraz mi to mówisz?! Czy ktoś za nim poszedł?

– Zdaje się, że ktoś od was siadł temu Berkerowi na ogonie. Albo przynajmniej posłał minidrona.

– Okej, dzięki za informację. Będziemy w kontakcie.

 

***

 

Kiedy tylko poczuł, że może oddalić się od kibla na więcej niż dwadzieścia stóp, Steve wyszedł na powietrze. Piwo od Douga zdecydowanie nie wyszło mu na zdrowie – dostał sraczki gorszej niż po starej rybie. Ale Doug był w porządku. Wypłacił obiecane dziesięć kafli, chociaż Steve nie miał pojęcia, czym zarobił na taką kasę. A oprócz tego dostał pięknego i długiego skręta.

Doug coś tam marudził, żeby nie palić byle gdzie, ale ubicie interesu życia wymagało uczczenia, a poza tym Steve nie miał ochoty na wysłuchiwanie kazań. Rozejrzał się, nie zobaczył żywej duszy. W ogóle ta mieścina wyglądała na wymarłą. Pełno pyłu jak na jakiejś pustyni, ale przynajmniej upał nie doskwierał. Steve wręcz czuł się rześko i dziwnie lekko. Ta chwila wymagała specjalnego akcentu i koniec.

Zaciągnął się głęboko, z przyjemnością. Mary Jane wniknęła do płuc i zaczęła poprawiać świat. Aż nagle wszystko się spieprzyło. Dookoła zaroiło się od wrzeszczących ludzi. Ktoś wyrwał mu skręta i zadeptał. Steve ani się obejrzał, a już miał obrączki na nadgarstkach. Chyba jednak trzeba było uważniej słuchać Douga.

 

***

 

– Bradbury City, dwieście osiemnasty dzień pięćdziesiątego siódmego marsjańskiego roku, godzina dwunasta czterdzieści trzy. Agentka MFBI Erika Mueller i zatrzymany Steven Berker, przesłuchanie pierwsze – Erika przelatywała przez obowiązkowe formułki szybko, ale wyraźnie. – Zatrzymany oświadczył wcześniej, że nie ma adwokata i go nie potrzebuje. Czy rozumiesz, pod jakimi zarzutami zostałeś zatrzymany?

– Nie kumam, o co ci chodzi.

– Paliłeś, a to tutaj absolutnie zakazane.

– Ale aresztować za jednego małego skręta?

– Nawet za papierosa.

– Co?! Fajki też są zabronione? Co to za pojebany stan? Za przeproszeniem – zreflektował się Steve.

– Jesteśmy na Marsie – wyjaśniła Erika ponuro. Jej nadzieje na uzyskanie jakiejkolwiek wartościowej informacji od tego ćpuna parowały szybciej niż woda w kałuży poza kopułą. – Nie wolno marnować tlenu na takie rzeczy. A uszkodzenie kopuły na skutek pożaru to śmiertelne zagrożenie dla nas wszystkich.

– Niemożliwe! Co robią palacze?

– Przyjmują nikotynę w inny sposób: plastry, tabletki, guma do żucia, tabaka… Jeśli ich stać. Nieważne. Skąd wziąłeś jointa?

– Jakiego jointa?

Erika westchnęła.

– Tego, za który cię policja zatrzymała.

– Jesteś z policji?

– Z MFBI. Mówiłam ci to już dwa razy. Kto dał lub sprzedał ci ostatniego skręta?

– Doug.

– Doug. A dalej co?

Zatrzymany myślał przez dłuższą chwilę, po czym ogłosił triumfalnie:

– Douglass.

– Skąd wziąłeś dziesięć tysięcy dolarów, które przy tobie znaleźliśmy? Nie miałeś ich tuż po lądowaniu.

– Ile? Nigdy nie trzymałem w rękach takiej forsy. Ale mogę cię zabrać na drinka. Niezła z ciebie loszka.

 

Erika próbowała stworzyć jakiś spójny raport ze strzępków informacji wydobytych z Berkera. A nie uzbierało się tego wiele. Zdołała ustalić, że gang na Ziemi trzymał go przez kilka dni. Przez ten czas Berker nabawił się rozwolnienia, podawali mu jakieś tabletki (i nie były to dropsy amfetaminowe), chyba antybiotyki. Oczywiście przez cały okres przestępcy karmili, poili i zaopatrywali w narkotyki swojego posłańca. Przesłuchiwany nie przypominał sobie przekazywania mapy, w ogóle żadnego dokumentu papierowego ani nośnika danych elektronicznych.

Drugą biegunkę Berker przeżył już na Marsie, w norze lokalnych bandytów. Sposób dotarcia do nich wbijano zatrzymanemu do pustego łba jeszcze na Ziemi. To tutejszy gang dał Berkerowi dziesięć tysięcy (a więc musieli dostać mapę, przecież nie płaciliby za sam przylot!). To również oni poczęstowali narkomana jointem, który ostatecznie posłał go do aresztu.

 

Po rozmowie z doktorem Graystonem, z którym MFBI zazwyczaj konsultowało się w sprawach medycznych, Erika znowu widziała światełko w tunelu. Lekarz zasugerował, że mapa została przemycona w genomie jakiejś bakterii w organizmie Berkera. Technologie związane z kodowaniem nietypowych treści w DNA rozwijały się jak szalone. Skoro jakiś influencer mógł zapisać swój wiersz (kiepski zresztą, jak twierdzili krytycy) w Escherichia coli wyekstrahowanej z własnych odchodów, tym samym zalewając wszechświat miliardami kopii utworu, to dlaczego przestępcy nie mieliby przemycić w bakteriach mapy?

W wyniku konsultacji z Graystonem Berker trafił do celi z wiadrem zamiast kanalizacji i tam po raz kolejny nieświadomie spożył środek przeczyszczający.

 

***

 

Zespół agentów spotkał się, aby przedyskutować plan działania. Skład został okrojony – informatyk Xian wciąż zmagał się z zapaleniem płuc spowodowanym przez wszechobecny pył. Za to, ze względu na wagę sprawy, dołączył Paul, szef całej marsjańskiej placówki. Chwilowo dokooptowano również techniczkę Becky. To właśnie ona miała najwięcej do powiedzenia:

– W jelitach przeciętnego człowieka żyje około tysiąca gatunków bakterii. Ten cały Berker wydaje się mieć zubożony mikrobiom, albo na skutek ćpania i chlania, albo to skutek uboczny procedury pożarcia mapy. Na sczytanie genomu jednego gatunku potrzebuję niecałych trzech soli. Od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu pięciu godzin, w zależności od długości łańcucha i innych czynników, którymi nie chcę was zanudzać, bo i tak nie zapamiętacie.

Jakoś nikt nie żywił wątpliwości, że Becky, mówiąc „nie zapamiętacie”, miała na myśli „nie zrozumiecie”.

– Ale posłuchaj, te złoża… – zaczęła Erika.

– Tak, wiem, słyszałam to już jakieś pięć tysięcy razy. Wszystkie wiewiórki szczebioczą, że goście z Modern Martian Miners najprawdopodobniej wykryli największe dotychczas znalezione złoża marsjanitu. Jeśli chociaż ćwierć z tych plotek jest prawdą, to marsylianki starczyłoby na uzależnienie i wykończenie wszystkich kolonistów. Tak z dziesięć razy. Ale to nie przyspiesza pracy urządzeń laboratoryjnych.

– Musimy mieć tę mapę. I to szybciej niż w… – Erika zastanawiała się przez chwilę – cztery i pół roku.

– To trzeba było uważniej słuchać, gdy narzekałam, że mam za mało sprzętu i to przestarzałego. Teraz najbliższy statek z Ziemi ląduje za ponad dwa miesiące. O ile mi wiadomo, nie ma w ładowniach ani jednego sekwenatora ani termocyklera. A w locie nikt go nie załaduje.

– Spokojnie, pomyślmy logicznie – łagodził Paul. – Obiecuję, że zamówię schematy do drukarek trzy D. Na trzy urządzenia, które sama wybierzesz. Teraz skoncentrujmy się na tym, co możemy zrobić w tej chwili. Bandyci chyba nie zaryzykowaliby modyfikowania jakiegoś nielicznego szczepu bakterii, który dzisiaj jest, ale jutro może wyginąć. Skupmy się na tych dwudziestu najliczniejszych.

– To jest jakiś pomysł. – Becky kiwała z namysłem głową. – Ale bakterie to naprawdę malutkie sukinkoty, mnożą się jak opętane i mamy ich w sobie mnóstwo. Tych zbyt licznych, by zniknąć, będzie co najmniej sto pięćdziesiąt. To już tylko czterysta pięćdziesiąt soli.

– Momencik! – Erika uśmiechała się szeroko. – Mapa powinna zawierać mnóstwo białych pikseli obok siebie i sporo czarnych. Czy możemy poszukać w całym materiale genetycznym hurtem nienaturalnie długich sekwencji adenozyny…

– Adeniny! – poprawiła Becky, teatralnie przewracając oczyma.

– Wiadomo, o co chodzi. Adeniny i pozostałych zasad?

– To ma sens – zgodziła się techniczka.

– No, to do roboty! – zarządził Paul.

 

***

 

Następne zebranie zaczęło się w o wiele gorszym nastroju. Kiedy Becky referowała absolutny brak rezultatów przy szukaniu czarnych lub białych pikseli, przerwało jej pogardliwe prychnięcie wreszcie ozdrowiałego Xiana:

– Co wy wyprawiacie? Trzeba być ciężkim kretynem, żeby kodować bitmapę piksel po pikselu! Takie rzeczy to się załatwia plikami jpg albo podobnymi. Ogromna oszczędność pamięci, a utrata informacji prawie żadna.

– Masz jakieś lepsze pomysły? – spytał Paul.

– Oczywiście! Pliki jpg zawierają tak zwany nagłówek. Są w nim definicje kanałów kolorów i takie tam. To właśnie tych rzeczy szukamy, kiedy czeszemy korespondencję z Ziemią. Nie myślicie chyba, że siedzę i osobiście czytam te wszystkie łzawe pozdrowienia dla ciotuchny Kate ani że otwieram każdy plik?

– Możesz mi dać listę ciągów, których szukacie? – poprosiła Becky. – Najlepiej w postaci zer i jedynek.

– Jasna sprawa. Dziesięć minut po zakończeniu zebrania będziesz ją miała u siebie na kompie.

 

***

 

Kody Xiana spełniły pokładane w nich nadzieje i już po tygodniu eksperymentów z różnymi sposobami zapisywania bajtów przy pomocy liter A, C, G oraz T Becky znalazła coś, co bardzo przypominało nagłówek pliku jpg.

Następnego dnia cały zespół stłoczył się w laboratorium, z zapartym tchem czekając na rozkodowanie mapy. Becky wywalczyła sobie nieco wolnej przestrzeni dookoła biurka, Xian zdobył miejsce siedzące, rozłożył laptop na kolanach i zerkał nad ramieniem techniczki na ciągi liter pojawiające się na jej monitorze. Już wcześniej sprawdził, jak powinna wyglądać sekwencja zasad DNA zamykająca plik, teraz nieustannie skanował wzrokiem ekran w jej poszukiwaniu.

Pozostali agenci stali za skomputeryzowaną dwójką, upakowani ciasno jak liofilizowane frykasy w ładowni.

Wreszcie Xian wyprostował się gwałtownie, jakby dźgnięty chwytakiem Opportunity w nerki.

– Jest! – wrzasnął. – Mamy to! Becky, wyślij mi sekwencję DNA do tego momentu. – Nachylił się i pokazał palcem.

– Już wysyłam. – Becky w napięciu stukała w klawiaturę. – Poszło!

Teraz wszystkie spojrzenia wwiercały się w laptop Xiena. Przy pierwszym podejściu nie udało się otworzyć pliku, ale informatyk gorączkowo odprawiał swoje czary – coś zaznaczał w otwieranych na moment okienkach, wypisywał krótkie komendy… Wreszcie pojawił się obraz, a zgromadzonych zatkało z wrażenia. Odblokowali się dopiero po kilku sekundach:

– Mój Boże!

– Ja nie mogę!

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego – zaczął się modlić Paul, z całego serca dziękując Stwórcy za zesłanie ostatecznego dowodu na inteligentny projekt.

Bo w genomie bakterii, która wydobyła się z trzewi ćpuna Berkera, zapisano ikonę. Nieważne, że postacie przybrały nietypowe pozy, że Dzieciątko miało haczykowaty nochal godny Złej Czarownicy z Zachodu, że Madonna zdawała się mieć dodatkowy staw między prawym łokciem a nadgarstkiem… Nie było wątpliwości, że to Matka Boska Pelagonitissa. To znaczy, Paul nie miał wątpliwości, pozostali agenci widzieli ewidentnie święty obrazek.

 

***

 

Niedługo po wyjściu z aresztu Steve zatęsknił za swoimi starymi śmieciami. W tym dziwnym południowym stanie czuł się lekko, ale miał dosyć bunkrowania się z każdym skrętem, każdym buchem.

Poczłapał w stronę lotniska, na którym jakiś czas temu wylądował. Kiedy to było? Chyba nie wczoraj, bo zdążył odsiedzieć swoje na dołku. Może tydzień temu, może miesiąc. Nieważne. Dawno. Czas wracać. Lotnisko pewnie leżało daleko za miastem, ale Steve’owi nie spieszyło się aż tak. Zawsze mógł sobie zapalić, kiedy znajdzie się z dala od psów.

Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem. Jakiś koleś powiedział, że do lotniska nie da się dojść, trzeba wsiąść do śmiesznego wózeczka, jakby busika. Steve chyba kiedyś już takim jechał.

Na miejscu okazało się, że wózki startują tylko rano. Steve wzruszył ramionami i postanowił wrócić jutro. Nie do końca się powiodło, godziny przemknęły niepostrzeżenie. Dostał się do busika dopiero dwa albo trzy dni później. A potem było tylko gorzej.

Odstrojona i wypindrzona paniusia za ladą wyjaśniła Steve’owi, że to nie lotnisko, tylko port kosmiczny, jedyny na planecie. Że latają stąd helikoptery do innych miast, ale teraz akurat nie, bo zbliża się burza piaskowa. Że najbliższy prom na Ziemię startuje za trzy miesiące. I co najgorsze – że Steve’a nie stać na bilet. Pewnie nie było go stać nawet tuż po tym, jak Doug dał mu kupę kasy za frajer. Właśnie. Doug. Steve chyba powinien się do niego zgłosić. Może on coś doradzi.

 

***

 

W siedzibie MFBI zapanował dziwaczny nastrój. Nie chodziło o zwyczajną depresję spowodowaną kolejną burzą piaskową, chociaż prognozy głosiły, że potrwa co najmniej kilka tygodni i przez ten czas nie ma co liczyć na światło słoneczne (nawet teraz, latem nierozpieszczające kolonistów) w Bradbury City. Nie, do tego już się przyzwyczaili. To obraz Matki Boskiej Pelagonitissy poprzestawiał wszystko do góry nogami.

Paul poświęcił niemal połowę niemałej pensji szefa marsjańskiej placówki, by wysłać plik swojemu pastorowi. Wszystkie wolne chwile spędzał w kościele. Nie zabronił nikomu analizowania ikony, ale całym swoim zachowaniem dawał do zrozumienia, że uważa wizerunek zapisany w genomie za cud i świętość, a mapy należy szukać gdzie indziej. Becky posłusznie karmiła sprzęt laboratoryjny coraz to nowymi próbkami wyizolowanych bakterii z listy najpopularniejszych. Póki co – bez sukcesu.

Reszta zespołu podzieliła się na trzy grupki. Część w pełni popierała szefa, acz nie modliła się równie żarliwie. Najzagorzalsi ateiści zgadzali się z Paulem, że plik jpg nie zawiera mapy, lecz uważali go za niesmaczny żart. Ot, ktoś na Ziemi dla śmiechu albo w jakimś niecnym celu zapisał w bakterii zniekształconą ikonę, a Berker stał się przypadkowym nosicielem.

Agenci z tego grona argumentowali, że przestępcy wcale nie dostali mapy – MFBI od dawna ściśle monitorowało wszystkie wyprawy poza kopułę. Lekkie drony śledziły także te eskapady, których nikt nie zgłaszał władzom. I nic. Żadnej wycieczki chociaż luźno związanej z kopaniem biedaszybów.

Najmniejsza grupka; Erika, Xian i Yusuf, uważała, że mapa została zaszyfrowana gdzieś w pliku.

Xian znęcał się nad kodem na wszystkie znane informatyce sposoby – szukał znaków wodnych, stosował rozmaite transformacje… Erika i Yusuf rozglądali się za nowymi pomysłami, które mogliby jeszcze podsunąć komputerowcowi.

I tak przez ponad tydzień.

 

***

 

Coraz bardziej przypominająca konspiratorów trójka siedziała na kolejnej naradzie. Rzutnik wyświetlał na ścianie cholerną ikonę w zmieniających się losowo kolorach. Xian miał nadzieję, że może na przykład kombinacja morelowego i fiołkowego zamiast odcieni szarości nasunie komuś jakieś odkrywcze skojarzenia.

Wyjątkowo niemrawą burzę mózgów przerwało wejście Aleksa.

– Eriko, przyszedł do ciebie szyfrogram z Ziemi. Podobno to pilne. Hej, co macie wspólnego z Eudoxusem? Jakaś wycieczka?

Erika wyszła, Alex przepuścił ją w drzwiach, przy okazji dyskretnie głaszcząc po biodrze, a Yusuf zainteresował się pytaniem.

– Z czym niby mamy coś wspólnego?

– Eudoxus, krater na południowej półkuli. Dość duży, ale na pewno nie w ścisłej czołówce.

– Skąd pomysł, że tym się zajmujemy?

– No, przecież wyświetlacie go na ścianie. – Alex uznał się za zaproszonego, wszedł do pokoju i bardzo się zdziwił: – O, to część czegoś większego! Ale wszędzie rozpoznałbym te formacje skalne. Tylko ten palec trochę psuje kompozycję… Możesz wyświetlić mapę fizyczną Eudoxusa? – zwrócił się do Xiana. – Porównaj je z tym fragmentem. – Rękoma zaznaczył obszar między twarzą Marii a Jezusem.

– Już ściągam – mruknął informatyk.

Wróciła Erika.

– Oszaleć można z tymi gryzipiórkami na górze! Wiecie, co było takie ważne, żeby wysyłać priorytetowy szyfrogram? Za parę dni wygasa mi ważność licencji na broń, muszę zaliczyć strzelnicę. Normalnie kretyni!

– Mamy to! – wrzasnął Xian. Na ścianie pojawiło się zestawienie skał w kraterze Eudoxusa i odpowiedni fragment ikony. Podobieństwo było uderzające. – A to cwane sukinsyny!

– Co takiego?! – Erika potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, o czym mówią koledzy. – A niech mnie diabli! Yusuf, biegnij po Paula! Jesteś genialny! – Rzuciła się Aleksowi na szyję. – Jak na to wpadłeś?

 

***

 

Paul siedział w gabinecie i intensywnie myślał.

Teoretycznie MFBI doskonale wywiązało się ze swojego zadania – znaleźli przemyconą mapę, rozkodowali plik, nawet odgadli, że bluźnierczo zniekształcona ikona przedstawia jakiś tam krater na drugiej półkuli. No właśnie – na drugiej półkuli. Tutaj się nie spisali. Nieświadomie założyli, że skoro ziemscy gangsterzy wysłali przemytnika do Bradbury City, to znaczy, że złoża marsjanitu znajdują się gdzieś w pobliżu.

A tymczasem lokalni bandyci jakoś tam przekazali mapę do swoich chińskich odpowiedników w Tianshang Zhi Cheng, a stamtąd już dawno temu wyruszyła karawana wielkich łazików. Oficjalnie nigdzie niezgłoszona, ale zdjęcia satelitarne nie pozostawiały złudzeń – łaziki, omijając różne przeszkody terenowe, niemal po prostej dążyły w stronę Eudoxusa. Jeszcze dałoby się dolecieć tam helikopterami i zaaresztować dzikich górników, lecz pieprzona burza uniemożliwiała wszelkie loty.

Niby MFBI powinno skontaktować się z Chińczykami… Tylko że cholerne żółtki bardzo rzadko współpracowały z Amerykanami w takich sprawach. Kilkuletnie doświadczenie mówiło Paulowi, że odpowiedź brzmiałaby „nie”. Bardzo uprzejme i owinięte w kilka warstw jedwabiu, ale nadal „nie”.

Pozostawało jeszcze jedno rozwiązanie: bomba z dostosowanego do marsjańskiej atmosfery pirożelu. Marsjanit spłonąłby, aż miło. MFBI mogło zadysponować taką broń, rakiety poleciałyby mimo burzy – to nie delikatne helikopterki, żeby przeszkadzał im pył. Ale wymagało to spełnienia dwóch warunków: po pierwsze, brak zagrożenia dla życia ludzkiego i po drugie, bombardowana musiała być ziemia niczyja albo należąca do Stanów Zjednoczonych. Nie do jakiejś amerykańskiej firmy, lecz do państwa. Drugi warunek nie sprawiał problemu – nikt nie zgłosił roszczeń do krateru. Tylko ta nieszczęsna karawana bandytów bruździła… Łaziki już znajdowały się zbyt blisko celu i wybuch mógłby je rozszczelnić, a to oznaczało albo błyskawiczną śmierć pasażerów, jeśli nie mieli na sobie skafandrów, albo ryzykowny powrót do bazy w ocalałych pojazdach.

Paul nie miał prawa zażądać bombardowania. A jednocześnie miał obowiązek to zrobić, bo taka ilość marsylianki na rynku wykończyłaby tysiące uczciwych i ciężko pracujących ludzi. Westchnął ciężko. Na jednej szali życie wielu porządnych kolonistów, na drugiej – garstki przestępców. A na dodatek heretyków, którzy zbezcześcili wizerunek Najświętszej Panienki dla swoich podłych i brudnych celów. W którą stronę powinna przechylić się waga? Paul westchnął jeszcze raz i poprosił o połączenie z biurem pani gubernator.

Pokrótce nakreślił sytuację.

– Czy w pobliżu nie ma żadnych ludzi? – spytała McPherson, poinformowawszy o włączeniu nagrywania.

– Nie zgłoszono żadnej wyprawy udającej się w okolice Eudoxusa. Sprawdziłem w bazie – odpowiedział technicznie zgodnie z prawdą Paul.

– Kto jest właścicielem tego gruntu i złóż?

– To ziemia niczyja.

– Okej. Autoryzuję zniszczenie złóż marsjanitu. Wysyłam kod do dowództwa marines. – Pani gubernator nigdy nie marnowała czasu i nie przepadała za formalnościami.

 

***

 

Erika uśmiechnęła się do swojego myjącego zęby odbicia w lustrze. Nie było to banalne zadanie, ale oczy wyraźnie poweselały. Wszystko układało się lepiej niż doskonale. Alex odczytał mapę rzutem na taśmę. Jak on jej tym zaimponował! Bywała już w różnych relacjach, ale jeszcze nigdy aż tak nie szanowała swojego faceta. O dziwo, to uczucie wpłynęło na wszystkie aspekty ich związku. Kto by pomyślał? Nie romantyczne randki, nie satysfakcjonujący seks, nie pierścionek z diamentem, tylko szczery i głęboki szacunek.

W robocie również sprawy szły we właściwym kierunku. Udało się zniszczyć złoża marsjanitu. Ćpunowi Berkerowi spokojnie dałoby się udowodnić pożarcie mapy, jej przemycenie, a zatem pomocnictwo przy wytwarzaniu narkotyków i udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Tym łatwiej, że ostatnio zaczął dilować dla lokalnego gangu. Zebrane haki robiły z niego prawie idealny materiał na informatora. Wprawdzie mózg miał zbyt zryty dragami, żeby powtarzać jakieś konkrety, ale za to można go było obkleić pluskwami i nic nie zauważał.

Jeśli Erika nie dostanie awansu za przechwycenie mapy, to na pewno może się go spodziewać za nadchodzące rozwalenie największego gangu w Bradbury City. Sukcesy ją uskrzydlały, czuła się świetnie i ostatnio nawet kilka razy udało się jej zakasować Aleksa na siłowni. Ogólnie życie smakowało jak najlepsze lody w dzieciństwie.

 

***

 

Dwa dni później wszystko się posypało.

Paul pakował swoje rzeczy. Na Marsie nie używano kartonów, więc wrzucał osobiste drobiazgi do worka z cieniutkiego, ale bardzo wytrzymałego plastiku.

Awantura na temat bombardowania Eudoxusa wybuchła nie mniej spektakularnie niż marsjanit. Zginęła prawie połowa przestępców w karawanie zmierzającej do krateru. To jeszcze dałoby się zamieść pod dywan – tak po prawdzie, to nikt nie płakał po bandytach. Chińczycy podnieśli larum o zabicie swoich kolonistów, ale dali się ugłaskać ustępstwami w innych kwestiach.

Gorzej z drugim warunkiem. Jak się okazało, ludzie z Modern Martian Miners zdążyli przeprowadzić wszystkie procedury niezbędne do wejścia w posiadanie krateru Eudoxusa oraz terenów dookoła niego, tylko informacja o tym nie dotarła na czas do Bradbury. A co skłoniło zarząd do podjęcia działań? Nieszczęsna ikona Matki Boskiej Pelagonitissy, która na Ziemi wyciekła do mediów. Szefowie koncernu natychmiast zorientowali się, że szanse na przekręt z pokątną produkcją marsylianki zmalały praktycznie do zera, więc poszli mniej dochodową drogą oficjalną.

Oczywiście wkrótce po bombardowaniu prawnicy Modern Martian Miners złożyli pozew. Zniszczenie własności prywatnej. Rzecz jasna, teraz wszyscy będą udawać, że od początku zamierzali przerobić marsjanit na koszmarnie drogą biżuterię i nigdy w życiu nie słyszeli o narkotykach. Żaden sąd na Ziemi nie będzie słuchał, że wybuchy w kraterze ułatwią wydobycie metali ziem rzadkich, które zawsze towarzyszyły złożom marsjanitu.

Na dodatek szefowie czepiali się, że odsunął Aleksa od sprawy, którą powinien prowadzić. Już nie pamiętali, że na wiosnę ochrzaniali Paula za seksizm i niedawanie szans kobietom.

Najzabawniejsze było to, że sam ukręcił bicz na siebie – to przecież on wysłał rozkodowaną ikonę na Ziemię. I jeszcze słono za to zabulił. Teraz płacił dalej – stanowisko szefa placówki MFBI już utracił. Będzie mógł mówić o szczęściu, jeśli dostanie wybór, czy najbliższe kilka lat woli spędzić jako górnik na Marsie, czy więzień na Ziemi.

 

Koniec końców w nawale obowiązków i burzy emocji związanych z rozszyfrowaniem mapy Erika zapomniała o przedłużeniu licencji na broń. W rezultacie dwa miesiące niezbędne do wyrobienia nowej musiała spędzić przy biurku na bezsensownym przekładaniu i uzupełnianiu papierów.

Koniec

Komentarze

Hm, hm…

Nie jestem największą fanką science fiction. Nie udało Ci się też uniknąć jakichś drobnych potknięć. Mimo to czytałam nawet z zainteresowaniem. Pomysł ciekawy – szczególnie spodobał mi się ten na zakodowanie mapy (i to jeszcze ukrytej!) w DNA bakterii :D

Mam jednak wrażenie, że o ile do momentu odszyfrowywania mapy wszystko jest opisywane w miarę w jednostajnym tempie, to potem wkrada się pewna skrótowość, jakby spieszyło się już do zakończenia.

Mimo wszystko wrażenia na plus :)

Spodziewaj się niespodziewanego

 

 

 

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,

ślad swój zostawiłam,

uważnie przeczytałam,

za udział podziękowałam;

bruce :)

Pecunia non olet

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ładna warstwa językowa i fajne SF – ciekawy pomysł na zakodowanie mapy, przedstawiony z dbałością o szczegóły typu formaty plików.

Do pełni szczęścia zabrakło mi tu trochę emocji. Niby mamy jakieś zagrożenie, ale nie znowu szczególnie palące, szajkę narkotykową można przecież rozbić już po znalezieniu przez nich złoża.

 

Klikam i pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Anonim serdecznie dziękuje wszystkim za czas poświęcony na tekst. heart

@Nana Najważniejsze, że wrażenia na plus. Chyba mapa przesłoniła całą resztę. Możesz podać te potknięcia?

Anonim wita Szanowne Jurorki.

@GalicyjskiZakapior Nuda to też emocja! winkAnonim uprzejmie dziękuje za klika. Oby jak najwięcej takich zadowolonych czytelników.

Babska logika rządzi!

Bardzo dobrze napisane. Albo się znasz na zagadnieniach, które opisujesz albo był solidny risercz. W każdym razie porządna robota. Jest i humor. Nienachalny, ale widoczny („Black Wasps”, "Po półroczu (marsjańskim!) sypiania z Aleksem" – to tak tylko z początku), trochę filmowy (w autorze wyczuwam kinofila, ale takiego od starych filmów).

Sama intryga dość karkołomna. Wysłanie człowieka tańsze, niż wysłanie informacji. Hmmm… 

Jasne, rozumiem, że przepływ informacji może być kontrolowany przez służby, ale między gangsterami z Ziemi i Marsa muszą być przecież jakieś kanały komunikacji. Musieli się jakoś dogadać, że będą szyfrować informacje w kodzie DNA. Pewnie też ustalili bakterię. Powiedzmy, że ustalili wcześniej, że na Ziemi dowiedzą się, gdzie znajdują się złoża marsjanitu i w DNA jakiejś konkretnej bakterii zakodują mapę, gdzie te złoża się znajdują. Potem wyślą kuriera, bo spodziewają się, że w między czasie przepływ informacji zostanie zablokowany. 

Kodowanie mapy w postaci ikony, by zmylić MFBI, jest już intelektualną perwersją. Dlaczego gangsterzy na Marsie szybciej niż agenci służb mieliby się zorientować, że ikona przypomina jeden z kraterów? Nie prościej byłoby zakodować współrzędne jakiegoś marsjańskiego GPS? Albo w komunikacji posłużyć się opcją chińską? Jeśli gangi z obu planet współpracują, to muszą przelewać sobie jakąś kasę, dogadywać się itd.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Moi Kochani, Anonim serdecznie dziękuje Wam za czas poświęcony na tekst. heart

@AP dziękuję także za kliknięcie biblioteczne.

Marsjańskie półrocze to około 334 soli. Jest różnica.

Wysłanie człowieka tańsze, niż wysłanie informacji. Hmmm… 

Niezupełnie. Ale nie da się sprawdzić tak dokładnie każdego pasażera, jak człowiek siedzący przy jednym z niewielu nadajników może sprawdzić treść komunikatu.

Gangsterzy są dogadani. Albo już wcześniej mieli ustalony gatunek bakterii, albo jakiś inny kolonista po wylądowaniu wysłał marsjańskiego SMS-a z nazwą.

Dlaczego gangsterzy na Marsie szybciej niż agenci służb mieliby się zorientować, że ikona przypomina jeden z kraterów?

Bo wiedzą, gdzie patrzeć i czego szukać. Umówili się, że jeśli do przesłania będzie grafika, to zostanie ukryta w obrazie tak, żeby nie rzucała się w oczy. A jednocześnie widać, które fragmenty zostały zdeformowane.

Nie prościej byłoby zakodować współrzędne jakiegoś marsjańskiego GPS?

Oczywiście. Tylko wtedy nie byłoby mapy i tekstu konkursowego. :D

To by się nawet dało banalnie zakodować: “Twój ukochany wuj zmarł 25 czerwca po 18. Miał 47 lat. Stypa trwała do północy”. I tak dalej.

 

Anonim wita Drogą Jurorkę.

Babska logika rządzi!

Gyd myrning,

 

pierwszy raz, odkąd zawitałam na portalu, przeczytałam opowiadanie NF na telefonie i nie komentowałam na bieżąco. Powód był prosty: obudziłam się jak zwykle wcześnie, a nie chciało mi się wychodzić spod ciepłej kołderki. Stąd mój komentarz będzie wyglądał całkiem inaczej niż zwykle.

Już nie zanudzam i skupiam się na tekście:

 

Mnie się bardzo podobało, choć nie przepadam za SF. Chwilami kojarzyło mi się z Zajdlem, choć prawdopodobnie fani autora się ze mną nie zgodzą i słusznie, bo ja nie jestem dobrze zapoznana z jego twórczością. Tak czy owak skojarzenie z szanowanym pisarzem SF odebrałabym jako komplement :)

 

Zazgrzytało mi w pewnych miejscach, ale z tej racji, że pierwszy raz nie komentuję na bieżąco, nie pamiętam już wszystkich zgrzytów. W pamięć zapadł mi na pewno fragment, w którym Berker wyszedł z toalety, rozejrzał się po pustyni i nie widząc nikogo, zapalił sobie skręta, a nagle ni z gruchy ni z pietruchy, zrespawnowali się ludzie i naszego miłośnika mamahuany zaaresztowano. Chyba miałoby większy sens, gdyby to jakiś dron go przyłapał na tym niecnym uczynku.

 

Bardzo mi się spodobało ukrycie mapy, rozwiązanie nieoczywiste, a takie uwielbiam. Nie jestem technicznym czy informatycznym człowiekiem, ale dla mnie sposób kodowania i rozkodowania był sensowny.

 

Myślę, że to wystarczy, by nominować do Biblioteki :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

@HollyHell91 dziękuję serdecznie za czas, komentarz i klika. Dziń dybry.

Anonim czuje się zaszczycony, że to właśnie na jego opowiadaniu testowałaś nowy sposób czytania.

Porównanie z Zajdlem jeszcze bardziej pochlebne. Jako fan Zajdla się z nim nie zgadzam ;)

Rzeczywiście, można to tak zrozumieć, ale Steve nie wyszedł bezpośrednio z toalety, tylko poczuł, że może się od niej oddalić, bo biegunka mu minęła. I tak, przyłapał go dron – wcześniej celnik wspomina, że agent chyba wysłał za nim drona. A MFBI bardzo chciało go przesłuchać pod byle jakim pozorem, więc mogli czekać za najbliższym rogiem i z zapartym tchem śledzić przekaz z drona.

Mam nadzieję, że takie uzasadnienie wystarczy.

 

Edycja: No i wystarczyło :)

Babska logika rządzi!

Hej, To taka sensacja w klimacie Marsa. Ciekawe. Rozwiązywanie sprawy przez MFBI mnie wkręciło, ćpun z mapą bakterią zainteresował, swoją innością. Dodał też trochę humoru do opowiadania. Całość trochę mi się skojarzyła z filmami z lat 90ty , sam nie wiem czemu, ale to dobrze :). Klikam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

@Bardjaskier ciepło dziękuję za odwiedziny i klika.

sensacja w klimacie Marsa.

Może i tak. W końcu jest śledztwo, jest zagrożenie dla ludności. Mogę się zgodzić z tym określeniem.

W latach 90. człowiek oglądał jakieś filmy, to coś pewnie z tego zostało.

 

Babska logika rządzi!

Opowiadanie mega przypadło mi do gustu. Lubię Sci-Fi, a Ty w dodatku wykorzystałeś bardzo ciekawy pomysł na zaszyfrowanie informacji w DNA i okrasiłeś go wartką akcją i solidnym światem przedstawionym, jak na tak ograniczoną długość tekstu. 

Nie zrozumiałem tylko, dlaczego korpo z Ziemi miałoby odnaleźć złoża, a nie ktoś miejscowy? Może po drugim czytaniu znajdę ten wątek! 

Gratuluję i życzę powodzenia!

@MCM dziękuję serdecznie za wizytę, Twój czas i komentarz :)

Drugie czytanie nie pomoże – informacja, że MMM wystrzeliło niskoorbitowego satelitę, zabarykadowała się w mojej głowie i tam została. Trudno, już nie będę tego dopisywać. Zresztą, i tak nie widać miejsca, gdzie by wyglądała naturalnie.

A zarząd wspomniał mi kiedyś w rozmowach, że nie wybierają się na Marsa, bo nie są pewni, czy w jego cienkiej atmosferze zadziała złoty spadochron. Więc to oni dysponują odkryciami na Eudoxusie i nie tylko.

Babska logika rządzi!

Cześć,

Spodobał mi się pomysł na przeszmuglowanie mapy. Nieźle to wymyśliłxś :)

Intryga mnie wciągnęła, i choć na końcu tempo trochę spadło, to czytałem z zainteresowaniem do ostatniej kropki

Do drobnej poprawy (dopuszczonej przez regulamin :) ) : W dwóch miejscach zauważyłem “agencji” zamiast “agenci”. No chyba, że tak się pisze na Marsie :)

@czeke anonim serdecznie dziękuje za wizytę, czas i komentarz.

Anonim obiecuje sprowdzić nieszczęsnych agentów z agencji.

Babska logika rządzi!

Fajna historia. Śmieszna momentami. Lekka. dzięki. Pozdrawiam

@nartrof anonim cieszy się z kolejnej wizyty i uprzejmie za nią dziękuje.

Określenia “fajna, śmieszna i lekka” uznaje za komplementy :)

Babska logika rządzi!

Tak, jak najbardziej, podobało mi się. 

To bardzo dobrze :)

Babska logika rządzi!

delulu managment

Anonim wita Szanowną Jurorkę.

Babska logika rządzi!

Anonim wita Szanowne Jurorki.

heart

Pecunia non olet

W takim razie Jurorkę Bruce Anonim wita podwójnie kiss

Babska logika rządzi!

smiley

Pecunia non olet

Podobał mi się pomysł i sensacyjna otoczka opowiadania. Nieźle przedstawiony bohater narkoman, agenci trochę pozbawieni osobowości. Kliknąłem bibliotekę, bo zasługuje.

@zygfryd89 pięknie dziękuję za przeczytanie, komentarz i klika smiley Fajnie, że chociaż narkoman dobrze wyszedł.

Anonim bardzo dziękuje wszystkim, którzy wprowadzili opowiadanie do biblioteki. Kochani jesteście heart

Babska logika rządzi!

Sposób przemycenia mapy na tyle szczególny, że nie udało mi się pojąć, jak takie przedsięwzięcie było możliwe, ale cała historia została fajnie opowiedziana i lekturę uważam za satysfakcjonującą i cieszę się, że opowiadanie trafiło do Biblioteki. :)

 

OK. dzię­ki za in­for­ma­cję. -> – Okej, dzię­ki za in­for­ma­cję.

W dialogach nie używamy skrótów.

 

– Przyj­mu­ją ni­ko­ty­nę w inny spo­sób; pla­stry, ta­blet­ki, guma do żucia, ta­ba­ka… → Raczej dwukropek zamiast średnika: – Przyj­mu­ją ni­ko­ty­nę w inny spo­sób: pla­stry, ta­blet­ki, guma do żucia, ta­ba­ka

 

OK. Au­to­ry­zu­ję znisz­cze­nie złóż mar­sja­ni­tu. → Okej. Au­to­ry­zu­ję znisz­cze­nie złóż mar­sja­ni­tu.

 

Nie ro­man­tycz­nie rand­ki… → Chyba miało być: Nie ro­man­tycz­ne rand­ki

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy ślicznie dziękuję za Twój czas, komentarz i łapankę.

Anonim zaraz usunie błędy.

I ja się cieszę z biblioteki.

Babska logika rządzi!

Bardzo proszę, Anonimie. Miło mi, że mogła, się przydać. :)

Wspólne cieszenie się daje więcej zadowolenia. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Radujmy się zatem! :)

Babska logika rządzi!

:D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ave, Finklo  Anonimie! ;]

 

W kwestii tożsamości autora początkowo trochę mnie zmyliły wulgaryzmy (bo z moich obserwacji pojawiają się rzadko w Twoich tekstach), ale dbałość językowa i budowa opowiadania przywodzą na myśl jedną osobę… ;]

 

A samo opowiadanie, to kawał porządnego SF. Narkomania to trudny temat, ale tutaj fabularnie robi robotę. Do tego mapa ukryta w DNA bakterii… Rewelacyjny pomysł ;]

 

Powodzenia w konkursie! ;]

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

No to teraz też już nie mam żadnych wątpliwości, bo oprócz tego, że jest świetnie napisane, ostatnio uważnie obserwowałem wątek wspólnej pomocy merytorycznej, dzięki czemu jestem pewien co do tożsamości anonima. :D

Ale pomijając zgadywanki, jest to naprawdę udany tekst, narkoman bardzo intrygujący, czytałem zaciekawiony. 

Pozdrawiam serdecznie! Powodzenia w konkursie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Pięknie napisane, Anonimie! Czytałam z zainteresowaniem, wyłapując co lepsze pomysły ( a wszystkie smakowite). Ukrycie mapy, postać Steve’a, fabuła osadzona na Marsie – no, atrakcyjnie było!  Bardzo podobała mi się Marsylianka! :) : ) :) 

Nawet zakończenie – nieoczywiste lecz takie bardzo prawdopodobne, przyjęłam jako bardzo dobre. Nie potrafię ocenić wszystkich naukowych szczegółów – nie znam się – ale czytało się dobrze i ze zrozumieniem. 

Dość opisowy charakter opowiadania nieco odbiera mu dynamiki, ale nie zawsze przecież musi być dynamicznie – tutaj dobrze się to czytało. 

Gratuluję i powodzenia! :) 

Anonim z radością wita nowych czytelników i dziękuje za przeczytanie. kiss

@cezary_cezary Anonim nie wyobraża sobie gangsterów ponaglających dłużnika bez użycia wulgaryzmów.

Dobrze, że moje pomysły Ci się podobają.

@MichaelBullfinch brak wątpliwości to bardzo mocne stwierdzenie, ale cóż Anonim może poradzić.

Czy Anonim powinien się przejmować kondycją portalu, skoro tylu Użytkownikom podoba się narkoman?

@JolkaK z marsylianką trzeba uważać. Bardzo szybko uzależnia i niszczy wątrobę. Lepiej tego nie ruszaj. Pozostałymi atrakcjami możesz się delektować do woli.

Babska logika rządzi!

 Zboczenie w ślepy zaułek

Za pierwszym razem przeczytałem “ Zboczeniec w ślepym zaułku” ;) 

 

Bardzo ciekawy pomysł z ukryciem mapy. Kiedyś w pracy zrobiliśmy coś odwrotnego. Wysłaliśmy kod ukryty w pliku graficznym. Gość otworzył a tu zdjęcie ładnej pani. Pośmiał się. Kazaliśmy mu zmienić rozszerzenie pliku i dostał to, co naprawdę od nas potrzebował.

 

Wykonanie na plus, utrzymywało uwagę.

@MichałBronisław głodnemu chleb na myśli. No, zboczeniec, ćpun i diler w jednym zaułku to straszny tłok.

Anonim nie wiedział, że tak można – zmiana rozszerzenia i już załatwione. Wygląda na trudne do osiągnięcia, ale widocznie jakoś sobie poradziliście. Zacna sztuczka :)

Babska logika rządzi!

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

@Koala75 dziękuję, że zajrzałeś i przeczytałeś. Bardzo miłe życzenia :)

Babska logika rządzi!

@bruce anonim pyta, dlaczego ma do przeczytania 20 tekstów, skoro jemu wychodzi 14?

Babska logika rządzi!

Bo anonim tak bardzo nie ma mapy, że aż stracił parę procent komentarzy cheeky

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

@bruce anonim pyta, dlaczego ma do przeczytania 20 tekstów, skoro jemu wychodzi 14?

 

Najmocniej przepraszam Szanownego Anonima, tabelę i obliczenia uzgadniałam najpierw z Jury, dostałam zielone światło do wklejenia tabeli, ale zerkam raz jeszcze do zapisu w wątku konkursowym:

 

Czyli po zamieszczeniu mapy w opowiadaniu jego limit znaków wynosić będzie 30 tysięcy.

Mając mapę i komentując 60 tekstów, do 25k podstawy dorzucacie 10k.

Komentując 85%, możecie korzystać z 35k bez mapy lub 40k z mapą.

 

Proszę w takim razie o pomoc Szefową Ambush. 

Bardzo raz jeszcze przepraszam. Być może jednak coś pomyliłam. 

Pecunia non olet

Spokojnie, to tylko omyłka. Każdemu się zdarza. heart

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Hmmm… Z naszych obliczeń mamy, według zapisu z wątku konkursowego:

“limit zwyczajny, mapa nie jest wymagana: 25 tys. 

limit, jeśli dodana jest mapa: 30 tysięcy

limit, jeśli jest mapa i 60% tekstów przeczytanych: 35 tys.

limit, jeśli brak mapy i 85% przeczytanych: 35 tys.

limit, jeśli jest mapa i 85% przeczytanych: 40 tys.”

 

Edit, wpisałam w obu wątkach konkursowych:

Edit, przepraszam, dopóki nie uzgodnimy raz jeszcze z Jury tabeli, porównując ją z zapisami Regulaminu, tę zamieszczoną tu wcześniej – usuwam.

Pecunia non olet

Anonim dziękuje za dotychczasowe odpowiedzi, spokojnie poczeka na rozstrzygnięcie. Czasu na czytanie jeszcze sporo, bez presji.

Babska logika rządzi!

Hej,

marsjańska przygoda, ale po amerykańsku! Wyszedł z tego świetny, trochę filmowy klimat.

Pod koniec akcja trochę zwolniła, ale sam finał był udany. To, że MFBI, mimo wykonanego zadania, dostaje po łapach, bo ktoś nabył prawa do krateru, jest świetnym podsumowaniem biurokratyczno-korporacyjnego piekiełka, przed którym nie uchroni się nawet Mars. :D

 

Spóźniłam się z klikiem, więc daję takiego symbolicznego!

Anonim dziękuje za dotychczasowe odpowiedzi, spokojnie poczeka na rozstrzygnięcie. Czasu na czytanie jeszcze sporo, bez presji.

Raz jeszcze przepraszam Szanownego Anonima. heartkiss

I ja czekam (staram się też spokojnie). :) 

Pozdrawiam serdecznie. :)

 

Pecunia non olet

Myślę, że nie ma sensu trzymać Szanownego Anonima nadal w niepewności; raz jeszcze przepraszam za stworzenie tej tabeli; jak się okazuje, całkiem inny fragment Regulaminu był podstawą naszego wspólnego, wczorajszego ustalenia przed jej publikacją na Forum, lecz rzeczywiście zapis nie jest jednoznaczny, dziś omawiany jest inny fragment i – choć nadal nie wiem, co dalej – pozwolę sobie już nie niepokoić więcej niepewnością i czekaniem Szanownego Anonima, dziękując Mu serdecznie za życzliwość, cierpliwość oraz wyrozumiałość heartkiss – przy tej ilości znaków wymagane jest przeczytanie 14 opowiadań, biorących udział w Konkursie. :)

Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze bardzo przepraszam za całe zmieszanie oraz wprowadzenie w błąd. :) 

Pecunia non olet

@Marszawa dziękuję za Twoją wizytę, komentarz i symbolicznego klika.

Anonim próbował pokazać – zgodnie z zasadami konkursu – że zdobycie mapy może w różny sposób wpłynąć na posiadacza. To i MFBI się dostało :)

 

@bruce dziękuję za informację. Spokojnie, nic złego się nie stało. Tyn bardziej, że rozstrzygnięcie po mojej myśli.

Babska logika rządzi!

heart Jestem ogromnie wdzięczna za życzliwość i wyrozumiałość.heart

Pecunia non olet

@bruce zawsze możesz liczyć na Anonima :)

Babska logika rządzi!

@bruce zawsze możesz liczyć na Anonima :)

 

Taki Anonim to na Portalu Prawdziwy Skarb. heartkiss

Pecunia non olet

Tylko mapy do niego nikt nie ma ;)

Babska logika rządzi!

Nierealna byłaby taka mapa, zbyt fantastyczna/unikatowa. smiley

Pecunia non olet

Hej!

To nie jest komentarz jurorki.

Zaczyna się ciekawie – ćpun i degenerat musi spłacić dług. Jedynie na minus, że komuś takiemu powierzą mapę. :p No ale okej, akcja się toczy, teraz od drugiej strony – agenci, którzy mają łapać. Sporo streszczeń, zwłaszcza dotyczących tego marsjanitu. 

Ale klimat jest. Opowiadanie wciąga, a to najważniejsze. Mapa zapisana w bakteriach? Intrygujące. W sumie wysłanie kogoś takie i zabicie dla zdobycia mapy byłoby jeszcze ciekawsze. Tu gangsterzy czyhają na człowieka, żeby zabić, a tu agenci chcą znaleźć mapę bez przemocy.

W momencie, kiedy odkrywamy, że mapa jest w bakterii, akcja spada. Brakuje napięcia. Czegoś nieoczekiwanego. Fakt, plik jpg z Matką Boską w kształcie skał – pomysł super. Tylko później zamiast akcji jest opisówka. Było tak, tak, tak. Przez to nie czułam już większych emocji. Ale całość ogólnie na plus. Językowo małe potknięcia, głównie literówki. Pomysły i bohater Steve – duży plus. 

Pozdrawiam,

Ananke

@bruce co jest zbyt nierealne na ten portal? Nic przecież ;)

 

@Ananke szkoda, że rezygnujesz z jurorowania i portalu, ale powodzenia na Twojej nowej ścieżce.

Anonim dziękuje za (nie)jurorski komentarz. Gangsterzy powierzyli mapę Steve’ovi, bo nie mógł się nie zgodzić. Do jej przewiezienia i przekazania nie trzeba było wielkiego umysłu.

Anonimowi nie przyszło do głowy zabijanie posłańca w celu wyekstrahowania mapy. A mogłoby to zmienić całą historię.

Babska logika rządzi!

@bruce co jest zbyt nierealne na ten portal? Nic przecież ;)

Są czasem takie Skarby=Perły, że nie ma zmiłujwink

Pecunia non olet

heart

Babska logika rządzi!

Anonim melduje przeczytanie wymaganej liczby konkurencyjnych opowiadań.

Babska logika rządzi!

Anonim (jak podejrzewam, bo nie wiem) z całą pewnością przeczytał już dawno wymaganą liczbę i za to Mu chwała! yes (emotka: padam). 

Pecunia non olet

yes

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Wszyscy podejrzewają biednego Anonima ;)

Dobrze chociaż, że nie o jakieś niecne uczynki.

yes

Babska logika rządzi!

Moje uszanowanie!

 

Poza tym biuro MFBI w Bradbury City było maleńkie, wszyscy agenci siłą rzeczy musieli polegać na kolegach i ufać im, a sądy i prawnicy chwilowo znajdowali się dalej niż sto pięćdziesiąt milionów mil stąd.

Odrobinkę nielogiczne. Skoro marsjańskie kolonie mają własne FBI, to znaczy, że muszą być na tyle rozwinięte (co zresztą wynika z tekstu), iż obecność sądów, a co za tym idzie też prawników, musiałaby być mandatoryjna. Czemu zatem ich nie ma?

 

Kiedy tylko poczuł, że może oddalić się od kibla na więcej niż dwadzieścia stóp, Steve wyszedł na powietrze. Piwo od Douga zdecydowanie nie wyszło mu na zdrowie – dostał sraczki gorszej niż po starej rybie. Ale Doug był w porządku. Wypłacił obiecane dziesięć kafli, chociaż Steve nie miał pojęcia, czym zarobił na taką kasę. A oprócz tego dostał pięknego i długiego skręta.

 

 

– Ale aresztować za jednego małego skręta?

– Nawet za papierosa.

– Co?! Fajki też są zabronione? Co to za pojebany stan? Za przeproszeniem – zreflektował się Steve.

Szczerze? Koszmar. Do kitu taka kolonia. 

 

Skoro jakiś influencer mógł zapisać swój wiersz (kiepski zresztą, jak twierdzili krytycy) w Escherichia coli wyekstrahowanej z własnych odchodów, tym samym zalewając wszechświat miliardami kopii utworu, to dlaczego przestępcy nie mieliby przemycić w bakteriach mapy?

Wow, doprawdy intrygująca wizja!

 

kilka razy udało się jej zakasować Aleksa

Jasny gwint, co to znaczy?

 

Dobre opowiadanie, z niezłym światem przedstawionym, jeszcze lepszą historią i wprost wytrawnym językiem. Aspekty polityczno-terraformacyjne uwielbiałem zawsze, toteż bardzo mi się spodobało, że to właśnie na nich opiera się tekst. 

Wkradły się jednak pewnie kwestie dla mnie nielogiczne. I jedna najważniejsza z nich; Dlaczego gangusy wysłały kogoś tak głupiego i przećpanego z tak ważną misją? Wiem, wiem, mapa w kupie to niezły szyfr, ale równie dobrze można było zainfekować kogoś bardziej rozgarniętego i zgoła mniej podejrzanego dla służb.

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

@Bartkowski.robert serdecznie dziękuję za Twoją wizytę i komentarz. Anonim już zaczął myśleć, że nikt więcej tu nie zajrzy.

Jest FBI, a nie ma sądów. OK, Twój argument wygląda rozsądnie. Pewnie coś tam powinno być.

Kolonia bez papierosów. Zgoda – życie w niej dla nałogowca musi być okropne. Ale z drugiej strony – jeśli pozyskiwanie tlenu jest drogie, skomplikowane i nigdy nie ma go w nadmiarze, to marnowanie go na głupoty typu papieros albo nawet rodzinny grill nie wydaje się rozsądne. Podobno i bez palenia Mars może być szkodliwy dla płuc ze względu na pył.

Wiersz w bakterii. Cóż, ostatnio chyba wszystko, co robią influencerzy, jest dla kogoś intrygujące ;)

Jasny gwint, co to znaczy?

Zakasować? To znaczy, że Erika była lepsza niż Alex, że zwyciężyła w czymś tam.

Dlaczego gangusy wysłały kogoś tak głupiego i przećpanego z tak ważną misją?

Przy przekazywaniu tej wiadomości posłaniec nie musiał być ogarnięty ani rozgarnięty. Musiał tylko dotrzeć do odbiorcy żywy. Ktoś bystrzejszy pewnie mógłby się wysypać na przesłuchaniu. No i nie zgodziłby się lecieć na Marsa z biletem w jedną stronę. A mniej podejrzany mógłby nie zgodzić się na przemyt. A ci naprawdę wysoko mają zbyt wiele do stracenia w razie wpadki. I też pewnie nie wybierają się do kolonii.

Babska logika rządzi!

Ale z drugiej strony – jeśli pozyskiwanie tlenu jest drogie, skomplikowane i nigdy nie ma go w nadmiarze, to marnowanie go na głupoty typu papieros albo nawet rodzinny grill nie wydaje się rozsądne.

Niby to prawda, ale, jedna uwaga. Jak rozumiem, w Twoim opowiadaniu koloniści znajdują się pod kopułą. Musiałaby mieć ona w takim razie gargantuiczną maszynerią związaną z utrzymywaniem składu powietrza potrzebnym do ludzkiej egzystencji, która to, bądź, co bądź, wiąże się na każdym kroku z wydalaniem dwutlenku węgla. Czy wtedy maciupeńkie ilości tlenu spalane w papierosach robiłyby różnicę? 

 

Zakasować? To znaczy, że Erika była lepsza niż Alex, że zwyciężyła w czymś tam.

O, może kiedyś użyję.

 

Ktoś bystrzejszy pewnie mógłby się wysypać na przesłuchaniu.

Wybacz, ale to bez sensu. Ktoś bystrzejszy miałby się wysypać? 

 

No i nie zgodziłby się lecieć na Marsa z biletem w jedną stronę.

Dlaczego? Ludzi jest multum, na pewno znalazłby się masy chcące opuścić Ziemię, z setek różnych powodów. Do tego wizja sowitej zapłaty mogłaby być tutaj kluczowa.

A mniej podejrzany mógłby nie zgodzić się na przemyt.

Nie każdy przestępca wygląda podejrzanie. Na przykład u przemytników właśnie preferowany jest dość naturalny anturaż;))

 

 

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Tak są pod kopułą – na Marsie nie tylko skład atmosfery nam nie sprzyja, ale i ciśnienie jest tak malutkie, że chyba nie przeżylibyśmy nawet w czystym tlenie.

Nie wiem, czy to są maciupeńkie ilości. 22,4 litra O2 na 12 gramów węgla. Ile moli węgla jest w paczce papierosów?

Wybacz, ale to bez sensu. Ktoś bystrzejszy miałby się wysypać? 

No, jeśli FBI umie przesłuchiwać, to mógłby. A Steve wypaplał wszystko, co wiedział i Erika ledwo ledwo coś z tych kawałków posklejała.

Oczywiście, że preferowany byłby ktoś, kto wygląda zbyt przyzwoicie, żeby skusić na się na dziesięć tysięcy baksów. Jakiś sztygar, menedżer, ich żony… Tylko ile oni chcieliby kasy za przemycenie? Za ryzyko, że po przyłapaniu będą za karę fedrowali na przodku przez całe lata?

Na pewno, gdyby ktoś inny przewoził mapę, opowiadanie wyglądałoby inaczej. I nie będę teraz tego zmienić.

Babska logika rządzi!

że chyba nie przeżylibyśmy nawet w czystym tlenie.

Nasze ciała zapomniałyby wtedy by oddychać i byśmy się podusili. Nieprzyjemna sprawa.

 

No, jeśli FBI umie przesłuchiwać, to mógłby.

Czyli im ktoś mądrzejszy, tym łatwiej go rozegrać?

 

Tylko ile oni chcieliby kasy za przemycenie?

Prawda, w tym masz rację.

 

za karę fedrowali na przodku przez całe lata?

Co to znaczy?

 

Na pewno, gdyby ktoś inny przewoził mapę, opowiadanie wyglądałoby inaczej. I nie będę teraz tego zmienić.

Mam tego świadomość. Sama postać mi się podoba, sprawy o które pytam, to tylko moja dociekliwość. 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

22,4 litra O2 na 12 gramów węgla. Ile moli węgla jest w paczce papierosów?

Skaczesz po jednostkach :P Ktoś na pewno to wie, ale ja nie. Wg. https://aktywnarajcza.pl/ile-jest-papierosow-w-paczce-standardy-i-wyjatki standard to 20 sztuk, ale musielibyśmy wiedzieć: ile waży jedna sztuka; ile ma w sobie suchej masy; jaki procent tej masy stanowi pierwiastkowy węgiel (tu: https://ui.adsabs.harvard.edu/abs/2016AGUFM.B33E0677M/abstract piszą, że ok. 50% masy liścia to węgiel, ale to dane dla drzew, poza tym jest jeszcze bibułka).

Da się zrobić, tylko trzeba popracować na danych. Ale tak z głowy szacowałabym, że w jednej paczce może jeden mol. Może półtora.

Co to znaczy?

Że zostaliby zesłani do kopalni, by tam budować dobrobyt czerwonej planety.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

@Bartkowski.robert Oddychanie. Ciśnienie na Marsie jest kilkadziesiąt razy mniejsze niż na czubku Mount Everestu. Oczywiście, inne na Olympusie, inne w dolinie, ale i tak za małe. Nie wiem, czy zdążylibyśmy się udusić, czy raczej woda z organizmów by nam wyparowała. Na pewno to niezdrowe ciśnienie dla Homo sapiens.

Czyli im ktoś mądrzejszy, tym łatwiej go rozegrać?

Niekoniecznie. Ale im mądrzejszy, tym więcej informacji można z niego wydobyć. Steve nie powiedziałby, gdzie jest mapa, ani na torturach, ani pod wpływem serum prawdy.

Spokojnie, dociekaj do woli. Dla anonimowego autora to czysta przyjemność :)

Z fedrowaniem wyjaśniła Tarnina. Dzięki :)

 

@Tarnina

 Skaczesz po jednostkach :P

Trochę tak XD

No, załóżmy, że jeden mol na paczkę. Do tego dochodzi tlen na spalenie mnóstwa moli wodoru (ale woda kolonistom może się przydać, więc to nie całkiem zmarnowane), trochę azotu, siarki itd., ale to już drobiazgi.

Babska logika rządzi!

Ale im mądrzejszy, tym więcej informacji można z niego wydobyć.

Nie. Im więcej wie, tym więcej można z niego wydobyć (mądrość i wiedza to różne rzeczy). Ale o tym więcej nie piszę, żeby nie dublować już przygotowanego komentarza jurorskiego.

Do tego dochodzi tlen na spalenie mnóstwa moli wodoru (ale woda kolonistom może się przydać, więc to nie całkiem zmarnowane), trochę azotu, siarki itd., ale to już drobiazgi.

Ten dwutlenek węgla, co powstanie, to też zużyje miejscowa uprawa kartofelków.

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Niech będzie, że więcej informacji można wydobyć z lepiej poinformowanego. Nie wydaje mi się, że to rozróżnienie wiele wnosi w tym przypadku; Steve był głupi, więc zaczął ćpać, a teraz ma tak zryty prochami mózg, że trudno uzyskać od niego jakąkolwiek pożyteczną informację.

Dwutlenku węgla w marsjańskiej atmosferze nie brakuje, więc ten dodatkowy ze spalonej paczki nie stwarza wrażenia bardzo poszukiwanego dobra.

Babska logika rządzi!

Dwutlenku węgla w marsjańskiej atmosferze nie brakuje, więc ten dodatkowy ze spalonej paczki nie stwarza wrażenia bardzo poszukiwanego dobra.

To te kopuły są aż tak nieszczelne? Dwutlenek węgla i tak wytwarzają ludzie i insze organizmy, ale – ? Mam wrażenie, że nie rozumiem tego Marsa…

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nie rozumiem pytania. I teraz, przed lądowaniem ludzi, atmosfera marsjańska w 95% składa się z CO2.

Babska logika rządzi!

Dobrze, ale ludzie w takiej atmosferze nie przeżyją. Więc albo terraformacja, albo zamknięte kopuły/tunele/cośtam. To co tam w końcu jest?

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

No to moje Bradbury City jest pod kopułą. Ludzie nie przeżyją ani przy takim składzie atmosfery, ani przy takim ciśnieniu. Terraformacja może pomóc na skład, ale nie zmieni grawitacji, a więc i ciśnienia.

Babska logika rządzi!

Ano. Tylko jak jest dziura, przez którą może nalecieć pył, to całe powietrze pod ciśnieniem ucieknie.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Jaka dziura? 

Babska logika rządzi!

To skąd pył?

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Mnóstwo było już przed zbudowaniem kopuły. Trochę wpada przez śluzę. Ludzie wnoszą na kombinezonach. Jeśli pod kopułą jest kopalnia, to też wytwarza swoje…

Babska logika rządzi!

Kopuła nie ma fundamentów? A śluza odpylania? I po co łazić na zewnątrz? A kopalnia raczej nisko, więc pył powinien osiadać.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Ma jakieś fundamenty, ale na dole jest marsjański grunt, a nie podłoga. Nie wiem, czy warto instalować odpylanie w śluzie. Łazi się do roboty na zewnątrz, do portu, na wyprawy eksploracyjne, na wycieczki… W kopalni pył osiada na wszystkim, także na urobku i górnikach. Aha, przy wznoszeniu nowych budynków też się pyli.

Babska logika rządzi!

Wyobrażałam sobie raczej coś a’la Biosfera 2…

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Większe – dla tysięcy ludzi.

Babska logika rządzi!

Większe, ale w podstawowych założeniach podobne.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

No, a przynajmniej musi być samowystarczalne pod względem tlenu, żywności i wody.

Babska logika rządzi!

Owszem, czego się nie osiągnie bez przerabiania dwutlenku węgla na żywność i tlen.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Prawda, ale CO2 na Marsie nie jest tym czynnikiem, którego brak ograniczałby wzrost roślin.

Babska logika rządzi!

Pod kopułą może być…

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Zawsze można nałapać na zewnątrz i wypuścić w szklarni, kiedy nie ma tam ludzi. Zresztą, sądzę, że nawet pod kopułą stężenie CO2 jest wyższe niż na Ziemi.

Babska logika rządzi!

Możliwe.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Może za kilkadziesiąt lat da się sprawdzić…

Babska logika rządzi!

A może nie.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dożyjemy, zobaczymy.

Babska logika rządzi!

Nie dożyjemy. Więc carpe diem i niech bomba najpierw spadnie na sąsiadów (i tak jutro będą mieli kaca XD).

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

No to nie zobaczymy ;)

Babska logika rządzi!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Ulubiona emotka Baila w wersji klasycznej.

Babska logika rządzi!

Wyniki na Portalu, zatem spieszę z opinią:

Komentarz tuż po przeczytaniu:

Witam serdecznie i składam podziękowania za udział w Konkursie. :)

 

Pięknie prowadzona fabuła, sporo fantastyki, znakomitego, lekkiego humoru, a także interesującego pomysłu na wykorzystanie haseł konkursowych, które są od początku widoczne i pełnią ważną rolę w całym opowiadaniu. :) Zakończenie wieloaspektowe i powalające! :)

 

Osobne podziękowania za oznaczenie wulgaryzmów. :)

 

Kwestie techniczne – wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

Robienie pompek lub podnoszenie ciężarów w marsjańskiej grawitacji mijało się z celem. Agencji Martian Federal Bureau of Investigation, żeby utrzymać się w formie, podczas ćwiczeń obwieszali się obciążnikami niczym fani country skórzanymi dodatkami. – literówka – zbędne „j”?

To znaczy, Paul nie miał wątpliwości, pozostali agencji widzieli ewidentnie święty obrazek. – hmmm, powtórzony błąd – może to celowy zapis?

– Jak to nic przy nim nie znaleźliście? – wrzeszczała Erika do telefonu. – wykrzyknik przy wrzasku?

Teraz wszystkie spojrzenia wwiercały się w laptop Xiena. – tu literówka wniosła też błąd rzeczowy?

Tu podobnie – zapis imienia bohatera: Alex/Aleks.

 

Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję, klik biblioteczny. :)

Pecunia non olet

Dzięki, Bruce. :-)

Uff, jaka to ulga móc pisać normalnie, bez czajnikowania i używania brzydkich emotikonek. :-D

Miło mi, że znalazłaś aż tyle zalet. :-)

Acz najwyraźniej szału nie było, bo opko uplasowało się w drugiej połowie, chyba siódme od końca…

Technikalia. Część literówek już poprawiłam wcześniej. Wykrzyknik dopiszę, jak wrócę do domu.

Alex/Aleks – tu stoję na stanowisku, że jeśli w obcych słowach w mianowniku jest x, to w odmianie jednak wypadałoby pisać ks; o Aleksie, z Aleksem… Ale mogę się mylić. Przejrzę jeszcze tekst pod tym kątem.

Babska logika rządzi!

A jednak Finkla! Kurczaki, zaskoczyłaś mnie laugh

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Jednak to ja. :-)

I chyba nie było trudno odgadnąć. Oprócz stylu pisania i komponowania fabuły, których podrobić bym nie potrafiła, zdradzały mnie pytania. Jak ktoś w wątku ze zgadywankami słusznie zauważył, pytałam w wątku merytorycznym o zapisywanie w DNA (bo najpierw pomyślałam o wzięciu leukocytów do zapisu). Oprócz tego w konkursowym pytałam, czy ukrycie może dotyczyć mapy, a nie skarbu (u mnie to przecież mapa została połknięta). Ale tego jakoś nikt nie wyłapał. A przynajmniej się nie chwalił. :-)

Babska logika rządzi!

Mnie zaskoczył prawie każdy Autor, w tym i Ty. :) Przyznam szczerze – długo nie wiedziałam, kto stworzył ten tekst, obstawiałam raczej Mężczyznę. :) 

Co do sugestii, to tylko moje przemyślenia nad miejscami, które zatrzymały mnie przy lekturze. :) Żadnym znawcą nie jestem, sama zawsze z góry przepraszam za ewentualne błędy… :)

Cóż, chciałoby się nagrodzić Was Wszystkich, naprawdę. heart Dla mnie opowiadanie bardzo ciekawe i nietuzinkowe. :) 

Pozdrawiam. kiss

Pecunia non olet

Oj, to niedobrze, jeśli Bruce pozwala się tak zaskakiwać każdemu. Kto ma zachować czujność, jeśli nie Bruce? ;-)

Fajnie, że opko Ci się podobało.

Babska logika rządzi!

Tak, zaskoczenie jest w sumie co opko, po każdym Waszym ujawnieniu. smiley Jednak – to dobrze, nieźle się zakamuflowaliście. :) 

Fajnie, że opko Ci się podobało.

O, tak, bardzo. :)

Pecunia non olet

No to się cieszę. :-)

Babska logika rządzi!

heart

Pecunia non olet

:-)

Babska logika rządzi!

Mam bardzo mieszane uczucia.

Z jednej strony podoba mi się postać Steve’a – jest tu dla mnie taką najbardziej autentyczną, żywą. Ciekawy jest pomysł ukrycia mapy (nie znam się, więc nie wiem, na ile jest to prawdopodobne, ale hej – to fantastyka i w tym wykonaniu ten pomysł kupuję).

Mam za to inny problem – nie kupuję intrygi jako takiej. Nie kupuję, że na Ziemi ktoś odkrył olbrzymie złoże na Marsie i to przemycanie mapy Marsa z Ziemi na Marsa… Też jakoś mało wiarygodna dla mnie jest kwestia kosztów wysłania człowieka i danych – logiczniej wydaje się coś odwrotnego niż napisałeś/aś.

 

 

PS. po ujawnieniu anonima – hmm… czuję się rozczarowana, pamiętam tyle świetnych pod każdym kątem Twoich opowiadań, Finklo. To jest jakieś takie nie Twoje (chodzi mi o tę słabą intrygę).

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ponieważ nie mogę udawać, że nie wiem, kim jesteś, jedynym wnioskiem pozostaje interwencja kosmitów w Twoje procesy myślowe. Albo może pisałaś w czasie ostrego przeziębienia (w którym to przypadku mogę jedynie polecić herbatę z goździkami – trochę pomaga). A może to wszystko wynik próby zakamuflowania się, tak udanej, że gdybym nie odkryła pewnej własności portalu, dzięki której można zajrzeć za maski anonimów, w życiu bym nie pomyślała, że to Ty. Tak czy owak – przecież Ty umiesz pisać. Umiesz, do cholery! Więc co tu się odkosmiciło?

 

Fabuła dla idiotów. Dla zupełnych idiotów. Steve ma coś na kształt usprawiedliwienia, czyli doszczętnie zlasowany mózg, chociaż chwilami się dziwiłam, że aż tak doszczętnie (myślałam, że przed Eriką udaje, ale nie…). Mafia działa tu jeszcze najmniej durnowato, choć za mądrze też nie (ale przestępcy nie zawsze wykazują się zdrowym rozsądkiem, zresztą dziury w planie tych konkretnych nie szkodzą im, ponieważ…). Ale policja! Matko Boska, policja! Ci ludzie nie złapaliby nawet kataru, a najgorszy jest ich szef, o czym za chwilę. Wzmiankowanych idiotów z ich idiotycznym postępowaniem traktujesz śmiertelnie poważnie, bez odrobiny, nie wiem, ironii, mrugnięcia okiem, no, humoru. Gdzie się podział Twój słynny humor? Mamy wysłać rycerzy na wyprawę, żeby go odnaleźli?

 

Żeby nie było – policjanci jak najbardziej mogą być głupi, mogą przedkładać swoje personalne gierki i uprzedzenia nad rzetelną pracę, i mieć gdzieś dobro wspólne. To realistyczne. Ale istnieją pewne granice – realizmu. Głupota policjantów powinna mieć konsekwencje, dotykające po pierwsze ich samych, które powinny wynikać z niej, a nie z przypadku. Skończeni durnie oraz jawni szaleńcy na eksponowanych i odpowiedzialnych stanowiskach też, niestety, się trafiają – ale żeby nikt zupełnie nie zwrócił na to uwagi? Wiem, wiem, w życiu bywa różnie. Ale życie to nie literatura. Literatura ma się trzymać kupy.

 

Do psychologii gliniarzy wrócę za chwilę, ale najpierw – kryptografia. Są to (w tym tekście) zagadnienia powiązane, więc część psychologii załatwię razem z kodami, ale nie całą. Swoją drogą, ponoć (nie czytałam) Kamasutra wymaga od kobiet znajomości kryptografii. Nie bardzo wiem, jak to się ma do romansowania (jeśli wysyłam facetowi tajny liścik, to chciałabym, żeby on go odczytał, a nie mogła tego zrobić moja duenna, która też jest kobietą – nie?) ale podstawowe wiadomości z tej dziedziny uważam za niezbędne autorce, zwłaszcza takiej, która chce na tym zawiesić cały tekst.

 

Co to jest kod? Kod jest to arbitralne przypisanie znaków z jednego zestawu (alfabetu) znakom z innego zestawu. Albo innym jednoznacznie określonym cosiom: aminokwasom, ruchom maszyny itp. bo i kod DNA, i kod maszynowy – to też są kody. Szyfr natomiast to funkcja (algorytm!) przetwarzająca jeden napis w drugi (nie zawsze w ramach jednego alfabetu, np. szachownica Polibiusza zamienia litery na pary cyfr). Po co o tym mówię? Ano, szyfr, który wykazuje pewną regularność, w zasadzie zawsze da się złamać. W zasadzie, bo twórcy szyfrów nie są głupi i starają się tę regularność zakamuflować, zresztą dobry szyfr nie powinien się dać odczytać bez znajomości klucza, nawet, kiedy ktoś zna algorytm. Tutaj: https://www.schneier.com/academic/solitaire/ masz opis szyfru z Cryptonomiconu, który spełnia ten wymóg (facet zamówił u analityka szyfr do książki – to się nazywa oddanie sprawie!). Ten szyfr już złamano, ale jest całkiem genialny, zresztą szyfr Vigenère'a (indéchiffrable), którym niektórzy podobno posługują się w głowie, bez pomocy żadnych papierków, też dawno złamano. Ale to dygresja.

 

Zmierzam do tego, że kodu NIE DA SIĘ złamać. Czemu? Bo jest arbitralny. Jak język naturalny – nie ma przesłanek, na podstawie których można by logicznie wywnioskować, że słowo "kot" oznacza kota (tak, przy bardziej złożonych słowach można wnioskować, można też wnioskować z języków pokrewnych – ale trzymajmy się tematu. Znaczenia pewnego podstawowego zbioru słów wywnioskować nie można). Kwestię "czy samo istnienie kodu DNA wskazuje na inteligentny projekt" (poruszaną przez niektórych matematyków) zostawimy sobie na boku. Dzisiaj interesują nas kody explicite ustalone przez ludzi. Kodu nie da się złamać, ponieważ nie ma reguły, którą można by odkryć.

 

Ale przecież komputerowe kody i formaty plików rządzą się ścisłymi regułami? 

 

Tak. Ale te reguły nie rządzą ich semantyką. Ich semantyką (przypisaniem znaczeń znakom) rządzi widzimisię tego, kto ustalał kod. Dlaczego w https://en.wikipedia.org/wiki/ASCII literze "f" odpowiada 1100110? Bo tak. Może ma to jakiś związek z kolejnością liter w alfabecie (też arbitralną, ustaloną ho, ho, dawno temu), ale dlaczego kody liter zaczynają się właśnie od 1100001 (61 w heksach)? Dlatego, że ponieważ. Tak komuś było wygodnie. W myląco nazwanym "szyfrze" (bo to jest kod, jak w pysk strzelił) Bacona "f" odpowiada 00101, bo tak sobie Bacon wymyślił.

 

A tu przesyłamy obrazek. Obrazek jest trudniejszy, bo dwuwymiarowy. Żeby go prawidłowo odtworzyć, potrzeba informacji o wymiarach (jak się linie rozjadą, to wyjdzie bałagan; swoją drogą nie zdziwiłabym się, gdyby mafiozi nie podali wymiarów w zaszyfrowanej treści, tylko wysłali je osobno, tak się robi – dwie liczby można wpleść w rozmowę, nie budząc podejrzeń). Potrzeba tego nagłówka, o którym mówią Twoi bohaterowie, z tzw. definicjami kolorów (czyli przypisaniem ich liczbom – znowu kod! wielopiętrowy!) i tych wszystkich tam… ale.

 

W komputerach są pewne standardy, powszechnie używane, w zasadzie na tym etapie już dlatego, że są powszechnie używane i wprowadzenie nowych byłoby kłopotliwe. 

 

Technologię zapisywania danych w DNA mamy już teraz (https://en.wikipedia.org/wiki/DNA_digital_data_storage, zob. też https://www.youtube.com/watch?v=B55XdBXymHM), w latach 20 XXI wieku. Na razie trochę eksperymentalną, ale w przyszłości – spokojnie może istnieć. Zresztą Twoi bohaterowie o niej wiedzą. Doskonale wiedzą. Rozmawiają. Tak, jak my byśmy rozmawiali o zapisie magnetooptycznym czy czymś w tym rodzaju.

 

Jeżeli zaś taka technika jest w miarę powszechnie używana, to powinny w niej obowiązywać pewne standardy. Najwyraźniej nie istnieją, skoro potrzeba "eksperymentów z różnymi sposobami zapisywania bajtów przy pomocy liter A, C, G oraz T" (które to litery są, znowu, arbitralne – choć pewnie wygodne, i bajty też są arbitralne: w komputerach wygodny jest kod dwójkowy, ale w DNA naturalniej zastosować czwórkowy, za to słowo procesora niepodzielne przez trzy może być niewygodne, bo kodony mają trzy "litery"). Oczywiście, nie można oczekiwać, że gangsterzy stosują powszechnie dostępne formaty plików. Nie muszą, tym bardziej, jeśli jednak jesteśmy na etapie nowej, fascynującej techniki, z którą ludzie eksperymentują i standardy dopiero powstają (na co wskazujesz). Przypuszczam, że mafia obraca na tyle grubą forsą, żeby zapłacić komuś za opracowanie własnego standardu, który będzie najlepiej odpowiadał jej potrzebom, a przy okazji – nie da się odczytać niewtajemniczonym.

 

Dobra. Ale sama idea jest znana. Wiadomo, że można w ten sposób zapisywać informacje. I tu jest pies pogrzebany.

 

To, że znaną techniką zapisu namaziano coś, co wygląda mniej więcej jak święty obrazek (sądząc z opisu, raczej mniej), nie ma prawa zdrowemu umysłowo człowiekowi nasunąć wniosku, że oto znalazł "ostateczny dowód na inteligentny projekt". Dlaczego? Bo wiadomo, że LUDZIE mogą to zrobić, i istnieje duże prawdopodobieństwo, że jacyś ludzie to właśnie, w swoich celach, zrobili. Ludzie. Ludzie rysują i piszą różne rzeczy. Analogia: wyobraź sobie gościa, który na widok napisu na ścianie "lódzie! mam ałezozo!" dochodzi do wniosku (i nie daje się od niego wołami odciągnąć), że napis ten został zesłany z Nieba i przedstawia ważne, acz niezrozumiałe prawdy wiary. Tak właśnie zachowuje się Twój szef policji. (Zresztą później bez ostrzeżenia zmienia front i uznaje, że to dzieło jakichś "heretyków" – no, to ludzie to to zrobili, czy Absolut?)

 

Natomiast nie zachowuje się tak większość ludzi wierzących, nie są oni bowiem in gremio chorzy psychicznie (świry trafiają się wszędzie, chociaż w przypadku wielu religijnie świrniętych podejrzewam, że byliby równie świrnięci na innym punkcie, gdyby im go odpowiednio wcześnie w życiu podsunięto – ale to jest niesprawdzalne). Jedyna możliwość, żeby Paul uważał "wizerunek" za świętość (wizerunek, który spokojnie może być przypadkowym artefaktem metody odczytywania, więc tak czy siak – dziełem ludzi, albo w ogóle ślepego trafu – tu masz furtkę, bo ponoć nie ma przypadków, tylko znaki, ale czy z niej korzystasz? Jakoś nie…), to ta, że on tego bardzo chce. Jednym słowem – to jest wariat. I nikt tego nie zauważa. Nikt się nie przeciwstawia, nie kwestionuje, nie podnosi nawet argumentu, że prawdopodobieństwo odkrycia zakodowanej wiadomości na oślep jest bliskie zeru?

 

Bo oni szukają na oślep. Na siłę. Nie mogą wiedzieć, jakich sekwencji szukają, bo nie wiedzą nawet, czy kod jest zdegenerowany jak normalne DNA. Nie mogą w żaden sposób wiedzieć, które kodony (jeżeli słowem kodu jest tu pojedyncza trójka nukleotydów, a nie np. kilka trójek, albo w ogóle sekwencja kodowanych przez DNA aminokwasów, bo tego też nie wiedzą) oznaczają "czarny" a które "biały", i czy w ogóle słowa kodu oznaczają jakiekolwiek kolory, a nie liczby, które z kolei odpowiadają jakimś znakom w standardowym kodzie komputerowym. Tak, nasi genialni analitycy zakładają, że jeden nukleotyd to jeden piksel, ale jest to założenie z pupci wzięte. Nie musi być prawdziwe, i gdybym ja ten kod ustalała, nie byłoby. Nie wiedzą, gdzie zapis się zaczyna, a gdzie kończy. Skąd mają wiedzieć? (Cząsteczka DNA bakterii jest, przypominam, kolista). Nie wiedzą, czy to pełny zapis (czemu mafiozi nie mogliby podzielić informacji na części i zapisać ich w różnych gatunkach bakterii, na przykład? A w ogóle może zastosowali plazmid?). Nie wiedzą, jak wygląda nagłówek stosowanego przez mafiozów formatu (może wyglądać różnie, zależnie od potrzeb i uwarunkowań – swoją drogą, po co Twój geniusz informatyki przegląda nagłówki przysłanych z Ziemi plików? steganografia jest aż takim wielkim problemem? czy Ziemianie posyłają na Marsa tyle tajnych informacji? I po co właściwie?). Szanowny pan informatyk niby wpada na to, że hipotetyczny plik może być skompresowany (jak najbardziej może, to ma sens), ale kiedy mówi o nagłówkach i formatach plików, nie przychodzi mu na myśl pytanie, jakim algorytmem jest skompresowany (znamy w tej chwili ponad dwadzieścia) ani jak to odkryć, skoro i tak nie znają KODU, którym informacja jest zapisana (a kompresja, i to jeszcze niewiadomym algorytmem, skutecznie utrudni próby zgadnięcia tego, bo rezultat poprawny nie będzie wyglądał sensowniej od niepoprawnych – trzeba go dopiero rozkompresować, żeby wyszedł sensowny). Nie wiedzą, czy to, co próbują odczytać, to w ogóle jest obrazek, bo czemu nie koordynaty granic złoża? Według jakiejś ustalonej przez mafiozów z góry, niestandardowej siatki? (To też jest arbitralne). Wobec tego wszystkiego prawdopodobieństwo, że odczytają to, co chcą odczytać (w dowolnym skończonym czasie), jest praktycznie zerowe.

 

Tak więc cała, ale to cała hakierka w tym tekście jest wzięta z filmu klasy Z, a wyniki osiąga wyłącznie dlatego, że Autor Tak Chce.

 

Cyfrowy znak wodny: https://en.wikipedia.org/wiki/Digital_watermarking to byłaby w tym przypadku zupełna sztuka dla sztuki, i dodatkowe szyfrowanie też. A jeśli "zdeformowanie" grafiki ma przedstawiać steganografię… to przykro mi bardzo, ale tak steganografia nie działa. Steganografia to ukrywanie informacji tak, żeby nikt niewtajemniczony jej nie widział. Czyli to też byłaby sztuka dla sztuki, gdyby hakierka w tym tekście przypominała tę naszą.

 

Chemia jest również mało prawdopodobna, ale potraktowana po łebkach. Marsjanit to McGuffin i nie ma w sumie znaczenia, co to jest i jak się zachowuje, tylko, że wszyscy go chcą. Albo nie chcą, żeby inni mieli. Zaznaczę tylko, że "programowalne tripy" dałoby się osiągnąć za pomocą rzeczywistości wirtualnej, ale narkotyków – no, nie.

 

Tak w ogóle (tu poprosiłabym jakiegoś geologa lub górnika, bo to moje domysły) użyteczna mapa złoża (zdaje mi się, że istnieje coś takiego) to nie może być sam obrazek, potrzeba więcej informacji – ukształtowanie terenu, głębokość pokładu i tak dalej. Informacje potrzebne do eksploatowania tego złoża. Ale – to moje domysły. W każdym razie – nie byłaby to struktura danych dwuwymiarowa, tylko wielowymiarowa.

 

Przy okazji – skoro oni monitorują wszystko, to przydałoby się chociaż wspomnieć o tym, że akurat tej okolicy się nie opłaca, bo coś tam – żeby wyjaśnić, dlaczego nikt nie widział aresologów, którzy to złoże w ogóle wykryli. A jeśli aresolodzy pracują na zdjęciach satelitarnych, to na niedofinansowanie i brak sprzętu powinni narzekać właśnie oni. Ci rządowi i oficjalni. Bo skoro mafia ich uprzedziła… pracując, być może, z Ziemi… na zdjęciach satelitarnych… oooj.

 

Kwestii ćwiczeń siłowych i grawitacji nie badałam, choć miałam do tekstu, którego na razie i tak nie piszę. Ale coś mnie w niej uwiera.

 

W każdym razie – sama antynauka to jeszcze nie dość, żeby pogrążyć tekst. Poświęciłam jej dużo czasu, bo akurat mnie to obchodzi, ale wielu odbiorców nie obchodzi. Ludzie oglądają takie rzeczy, dzięki czemu funkcjonuje Hollywood. Co jest z tym tekstem nie tak na gruncie bardziej literackim? 

 

Psychologia, jako się rzekło, leży i kwiczy – a oto sedno tego kwiczenia.

 

Wszystkie występujące w tekście postacie są wycięte z tektury. Co tam, tektury. Z bibułki! 

 

Zacznijmy do federalnych (swoją drogą – policja federalna wskazuje na jakąś tam federalną państwowość, gdyby to był po prostu kawałek Marsa w jurysdykcji USA, to by było chyba po prostu FBI, albo i policja stanowa, ale na tym się nie znam; wiem tyle, że na ich stronie: https://www.fbi.gov/investigate nie ma nic o handlu narkotykami, najbliżej byłaby przestępczość zorganizowana). Pareidolia najwyraźniej nie kojarzy im się z Marsem (ekhm, "twarz na Marsie", ekhm). Skoro każdy trzeźwy człowiek uznałby, że "obrazek" powstał przypadkowo, a jego podobieństwo do znanych obrazków jest kwestią pareidolii (swoją drogą, rozpoznanie w tym mapy wymagało "geniuszu" Aleksa… kiedy na początku zakładali, że mają do czynienia z mapą…) zajmują się oni tym nieszczęsnym obrazkiem tylko i wyłącznie dlatego, że szef kazał. Uznanie "ikony" za "bluźnierczo zniekształconą" też wskazuje na ciężkiego świra u szefa, bo raz: jeśli to wiadomość od samego Najwyższego, to Najwyższy raczej nie bluźni sam sobie (czyli drogi szef jest do tego wszystkiego niekonsekwentny), a dwa – jak bardzo musiałaby być "zniekształcona", żeby jej nie uznał za ikonę? Czy uznałby za ikonę takie coś: XD ? Ten facet powinien się leczyć. Jego podwładni powinni protestować. Nie protestują. Wcale.

 

Grzecznie robią, co szef każe. Ale znów taki Aleks nie bardzo się z nim liczy, skoro włazi na tajną naradę, na którą go nie proszono. Bo… przyszedł list do jego dziewczyny. A drzwi najwyraźniej były otwarte. Super tajna narada. Taaak.

 

To jak? Czy drogi przełożony jest, u licha ciężkiego, despotą? Czy nie? Cholerowania nie pokazałaś. Despocji także nie (niby nie dopuścił Aleksa od sprawy, ale rzecz i tak rozwiązuje – Aleks). Nie widać, żeby podwładni się go bali. A mimo to nie śmią zrobić niczego bez jego aprobaty. Nawet we własnym gronie na niego nie narzekają (nie pochwalam obgadywania, zauważam tylko, że ludzie to robią. Twoi gliniarze – wcale). W ogóle wykazują całkowity brak inicjatywy – gonią za mirażem, bo (bezpośredni!) szef tak chce, zamiast się rozejrzeć za innymi śladami (tutaj, przypominam, jest permanentna inwigilacja – zapalisz skręta i już masz na karku gliny z połowy miasta). Żadnemu z nich nie przyjdzie nawet na myśl porównanie "ikony" z mapą, co jest dozwolone (wolno im ją "analizować", nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby podciągnąć pod analizę porównanie z czymś innym).

 

Może dzięki temu wszyscy wychodzą z tego szamba pachnący fiołkami – z wyjątkiem szefa. Ale czy ten wyjątek ma sens?

 

Wielki "moralny dylemat" Paula jest teatralny i sztuczny (tu muszę przyznać, że większość eksperymentów myślowych w dziedzinie etyki właśnie taka jest, ale nie układają ich pisarze – pisarzom niekiedy wychodzi to lepiej) – raz: tak, jak i jego podwładnym, facetowi nie przychodzi na myśl żadne inne rozwiązanie problemu – naprawdę nie dało się tego przepchać wyżej? Albo niżej? Skoro już i tak mamy do czynienia z, pardon my French, fakapem? Albo z rozmachem ujawnić wszystkiego i patrzeć, jak inni górnicy gnają na złamanie karku, żeby zdążyć przed tą grupą? Dwa: tylko on ma dostęp do zdjęć satelitarnych, z których wynika, że nielegalna ekspedycja jedzie do krateru? Naprawdę tylko on jeden?

 

A to, w jaki sposób się to ostatecznie kończy, to bardzo dziwny przykład na traf moralny – gdyby tylko pan potłuczony policmajster nie wysłał tego durnego obrazka na Ziemię, uszłoby mu na sucho spalenie kilkunastu ludzi i zaognienie sytuacji międzynarodowej. Do czego niewątpliwie doprowadził.

 

Tak nawiasem, gliniarze robią Steve'a "informatorem" właśnie z powodów, dla których nie powinni – ma tak zlasowany mózg, że nikt go nie dopuści do żadnej tajemnicy, bo by wypaplał, i trudno się spodziewać, żeby go prędzej czy później nie zgarnęli za palenie albo coś. A to kłopot. To samo zresztą dotyczy mafii, która posługuje się nim jako nośnikiem ważnej informacji – ktoś z paroma synapsami mniej by się rzucał w oczy.

 

Tyle, jeśli chodzi o policjantów w masie. Teraz członkowie zespołu jako jednostki. Niewiele da się o nich powiedzieć. Mają imiona. Mają jakieś stanowiska służbowe. Mają… niewiele poza tym. Te gierki, o których mówiłam, uprawia tylko ich szef, a i to nie na naszych oczach.

 

Aleks niby ma Motywację (tajemnicza tragedia brata) – ale ona nie ma żadnego wpływu na fabułę. Także dlatego, że Aleks nie ma wpływu na fabułę – równie dobrze mogłabyś go zastąpić komputerem czy innym czysto mechanicznym systemem rozpoznawania obrazów. Albowiem:

"Alex odczytał mapę rzutem na taśmę. Jak on jej tym zaimponował! Bywała już w różnych relacjach, ale jeszcze nigdy aż tak nie szanowała swojego faceta." Ten infodump podsumowuje wątek Aleksa. Wielkie osiągnięcie, za które Erika tak go podziwia (podziw i szacunek – to nie to samo…) sprowadza się do rzutu okiem na obrazek i rozpoznania w nim mapy określonej okolicy. Nie tyle wyczyn inteligencji, ile pamięci, nie mam mu tego za złe – ale jest to jedyne, co facet zrobił przez cały tekst. Zachwyty nad tym wybitnym czynem są, dyplomatycznie rzecz ujmując, nienaturalnie przesadzone. Byłyby takie nawet w usteczkach pensjonarki, twardą policjantkę czynią zaś kompletnie niewiarygodną. Zresztą to, co widzimy z jej romansu z tym cudem przyrody, sprowadza się do bycia klepaną po tyłku.

 

Myślę, że Aleksa jako postać mogłaś sobie spokojnie darować, a za to na przykład rozwinąć światotwórstwo, bo w ogóle nie czuć, że jesteśmy na Marsie.

 

Również szczegóły w rodzaju stanu zdrowia informatyka, pogardy Becky wobec zdolności intelektualnych kolegów czy problemów Eriki z biurokracją mają dla fabuły marginalne znaczenie i mogłyby zostać zastąpione czymś, co wyraźniej zarysowałoby charaktery i odmalowało tło. Za to informacje dla fabuły istotne podajesz w postaci grubych infodumpów (rozważania Eriki i Paula, ale głównie wtręty narratorskie). Swoją drogą, skoro Mars jest właśnie kolonizowany (jest tam już dość ludzi, żeby istniała policja! i bary! i wysztafirowane kobity! czyli nie wszyscy zajmują się drążeniem w regolicie), i skoro są tam wierzący, to powinni być i duchowni. Proboszcz, czy pastor, znajdujący się o parę minut świetlnych od swojej parafii raczej nie będzie właściwie wypełniał obowiązków, choćby bardzo chciał (jak udzieli komunii?). To po prostu nie jest praktyczne. Poza tym wspominasz, że ten nieszczęsny wariat Paul stale przesiaduje w kościele – coś wątpię, żeby w tym celu latał na Ziemię. Świat pozostaje więc ledwo naszkicowany.

 

A mafia? Mafia zrobiłaby lepiej – im plan prostszy, tym mniejsze ryzyko wpadki – gdyby wrzuciła do jakiejś dostawy pendrive'ów swój, odpowiednio oznaczony. Albo normalnie wysłała paczkę. Wtedy i steganografia miałaby rację bytu (na wszelki wypadek). Wszelkie systemy kryptograficzne ustala się z góry, czyli ktoś tam na Marsie musiał być gotowy na odbiór przesyłki (i był!), a skoro mafia mogła to załatwić, to nie widzę powodu, dla którego nie mogłaby mieć wśród celników jednego czy dwóch swoich ludzi. Nawet niekoniecznie na potrzeby tej konkretnej sprawy, tylko tak w razie czego. A nawet jeśli nie, to i wysłanie w paczce szalika z zakodowanym ciągiem liczb albo hasłem (mogę z głowy wymyślić ze trzy metody) byłoby prostsze i mniej zwracające uwagę. Albo genetycznie zmodyfikowane nasiona – to zapewne nielegalne, tak (jak na Ziemi przewóz roślin między kontynentami), ale w razie wpadki przemycane rośliny prawdopodobnie zostałyby zniszczone, co też zlikwidowałoby dowody.

 

Steve to idiota. Idiota tak idiotyczny, że chwilami byłam pewna, że zaraz wyjmie z kieszeni okulary i zawoła – ha! Ale was nabrałem! Ale nie. Jego przerysowana durnota okazuje się szczera. Owszem, przemytnicy podrzucają rzeczy takim głąbom na lotniskach, a przynajmniej te głąby tak się potem tłumaczą, ale tu nie chodzi o przeniesienie przez granicę podrabianego zegarka, który można odżałować. Najwyraźniej jedynym przygotowanym przez Twoich mafiozów sposobem przesyłania tajnych informacji jest fizyczne wysłanie kuriera. Kurier, oczywiście, nie musi znać treści przewożonej wiadomości (lepiej, żeby nie znał). Ale byłoby dobrze, gdyby miał minimum instynktu samozachowawczego.

 

Od kiedy zdjęcie satelitarne ma kompozycję? To nie jest dzieło sztuki, które ma dawać zadowolenie estetyczne, tylko dokument pokazujący, jak coś wygląda z góry.

 

Jeszcze o humorze. W dobrym, oglądalnym filmie klasy Z dialogi są cięte i jest się z czego pośmiać. Tu nie. "Żarciki z waszyngtońskiej kampanii reklamowej "This is Mars" na ogół Erikę śmieszyły, ale nie tym razem." to żart bez kontekstu. Nie wiem, co w nim śmiesznego. Jeśli nawiązanie do Muska – nie wiem. Coś tam o nim czytałam, ale ogólnie nie interesuję się gościem. Jest kilka innych zdań, które chyba miały być śmieszne, ale w ogóle mnie nie rozbawiły, choćby to zawierające oksymoron "niemrawa burza". W innym konkursowym tekście śmieszne są wydarzenia, a język za nimi nie nadąża – u Ciebie wydarzenia są nijak nieśmieszne, a humor chyba miał siedzieć w języku, ale zastrajkował.

 

No i jeszcze przeraźliwie cuchnący smrodek dydaktyczny o aborcji. Nie mam siły, ochoty ani miejsca na tłuczenie Cię po głowie prawami człowieka, historią ich powstania i podpierającymi je założeniami ontologicznymi. Powiem tylko tyle, że cywilizacja, która promuje, ba, obkłada ostracyzmem (a ostatnio i karami) za najlżejszy przejaw dezaprobaty wobec mordowania ludzi po prostu dlatego, że innym ludziom tak się spodobało, zasługuje na to, co ją w tej chwili spotyka. I to, co ją wkrótce spotka. Zresztą skoro statki i tak latają w tę i nazad (jest lotnisko, rejsowe statki, a żul został wpuszczony na pokład – swoją drogą, latają w tę i nazad, kiedy jest Ci to potrzebne, a kiedy indziej nie…), to przewóz ludzi w warunkach mniej luksusowych dałby się załatwić (Connie Willis fajnie rozwiązała ograniczenia podróży w "Pogromie komicznym", ale tam to była stacja orbitalna).

 

Co prawda – Mars jest średnio 12,5 minuty świetlnej od Ziemi (https://www.space.com/24701-how-long-does-it-take-to-get-to-mars.html). To trochę daleko. W dodatku odległość się zmienia (ekscentryczna orbita), ale nawet najkrótszy lot trwa dobrze ponad pół roku (Musk twierdzi, że to skróci). Ta miła pani: https://www.skyatnightmagazine.com/space-science/how-long-does-take-get-mars powiada, że jest w opracowaniu napęd laserowy, który skróci lot do trzech dni. Ale powątpiewam, czy to się da przeżyć.

 

Liczyłabym raczej na hibernację.

 

A Ty wspominasz niby o okienkach startowych i takich tam, ale (może dzięki temu, że mówisz to z perspektywy Steve'a) wypada to raczej abstrakcyjnie.

 

Teraz język. Też dużo poniżej Twojego poziomu. Jest nawet niewytłumaczalna pauza w środku dialogu!

 

Czy wszystkim uczestnikom muszę klarować, że imiesłów przysłówkowy współczesny nie mówi o związkach przyczynowych? Nawet Tobie? Przecież "przeprowadzić kilka stosunkowo prostych reakcji, produkując narkotyk zwany marsylianką" oznacza, że równocześnie (w drugim reaktorze?) produkuje się narkotyk i, nie wiem, sodę oczyszczoną?

 

Bo chyba większości tłumaczy, zwłaszcza pracujących dla telewizji, przydałoby się wyjaśnienie, że w języku polskim formy grzecznościowe istnieją. Nieważne, że policjantka przesłuchuje żula – to jest sytuacja oficjalna. Erika nie powinna się do Steve'a zwracać "ty", nawet, gdyby go znała. Bo to jest sytuacja oficjalna!

 

A także wbicie do głów łopatą (skoro inaczej nie wchodzi), że "nadal" nie jest synonimem "i tak", "mimo wszystko", "mimo to", "jednak". Choćby nie wiem, jak uprzejme i szczelnie opakowane w jedwab – i tak nim nie jest. "Technicznie" też nie jest synonimem "w zasadzie" (to także kalka z angielskiego). Kolejna kalka: "Już wcześniej sprawdził, jak powinna wyglądać sekwencja zasad DNA zamykająca plik, teraz nieustannie skanował wzrokiem ekran w jej poszukiwaniu." pomijając to, że nie miał szans tego wiedzieć (p. wyż.) to "scan" jest słowem angielskim i oznacza (w tym kontekście) "przyglądać się". Po polsku skanuje tylko urządzenie do tego przeznaczone.

 

Dostarcza się przesyłki przyjaciołom i przekazuje kolegom – nie do przyjaciół ani do kolegów! Można powiedzieć, że zespół spotkał się w okrojonym składzie, to nie można mówić o składzie w abstrakcji. Że został "okrojony".

 

Nawet, jeśli kopniak jest argumentem https://wsjp.pl/haslo/podglad/45571/poprzec/5189234/argumentami, nie wiem, czy można nim poprzeć rozkaz. Otwiera się, rozkłada i w ogóle używa laptopa (biernik). Zarabia się kasę, na kasę można ewentualnie zasłużyć. Zadysponować można cordon bleu, a broń tylko zapotrzebować. Nie można niczego "stworzyć" z czegoś innego – można sklecić raport, ułożyć go, ale nie "stworzyć". "Stworzyć" rezerwujemy dla Najwyższego i artystów.

 

Nie bardzo można napisać: "sam był republikański" – republikańska jest w Stanach partia, a jej zwolennik to republikanin.

 

W czym "przeprowadzić wszystkie procedury niezbędne do wejścia w posiadanie krateru Eudoxusa oraz terenów dookoła niego" jest lepsze od "kupić Eudoxusa z przyległościami"?

 

"Żaden sąd na Ziemi nie będzie słuchał, że wybuchy w kraterze ułatwią" – czego nie będzie słuchał? Argumentów? Tłumaczeń? Musi być jakiś rzeczownik. "Erika przelatywała przez obowiązkowe formułki szybko, ale wyraźnie." Jak już, to trzepała formułki.

 

Co znaczą zdania: "Na ścianie pojawiło się zestawienie skał w kraterze Eudoxusa i odpowiedni fragment ikony.", "Wyrafinowane narzędzia tortur w siłowni bazowały na elastycznych taśmach."?

 

Dlaczego odbicie Eriki myje zęby? Autonomicznie? 

 

"M-geologia" to sierota etymologiczna – nie można tego było nazwać aresologią? Albo nie wiem, dać facetowi dyplomu z petrologii, czyli nauki o skałach?

 

W idiomie "zatęsknić za starymi śmieciami" nie ma zaimka. Zniekształcasz też idiom "ukręcić bicz na własne plecy". Nie wiem, czy robisz to bluźnierczo.

 

Książkowe "gdy" i "lecz" pasują w tekście o narkomanie i gliniarzach na Marsie jak pies do jeża. Jest kilka innych fraz nie z tej bajki, np. "tego, co wyrządzili jego młodszemu bratu" – wyrządza się krzywdę, nie jakieś coś, ale to brzmi melodramatycznie.

 

Plik przetrzepany przez marsjańskich celników oczekuje, jak zwykle, na mailu.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Zaczęło się nieźle. Historia dłużnika zmuszonego do lotu w kosmos mnie zaintrygowała. Natomiast biegunki, fekalia i mało kosmiczne SF jakoś mnie odstręczyło i już nie odzyskałeś mojej uwagi.

delulu managment

Dziękuję kolejnym Jurorkom. :-)

Aua. ;-/

 

Śniąca,

Takie ukrycie mapy prawdopodobne na pewno nie jest, ale możliwe… Hmmm, wydaje mi się, że w miarę.

Odkrycie z Ziemi. Zapomniałam wcisnąć gdzieś zdanko, że MMM odkryła złoża przy pomocy satelity. Zarząd jest na Ziemi i to oni dysponują wynikami.

Też jakoś mało wiarygodna dla mnie jest kwestia kosztów wysłania człowieka i danych – logiczniej wydaje się coś odwrotnego niż napisałeś/aś.

Nigdzie nie napisałam, że przesłanie wiadomości jest tańsze, tylko że władze są w stanie przeglądać przesyłane wiadomości. Jeśli dwóch przestępców z różnych regionów chce sobie porozmawiać o przekręcie finansowym, to oczywiście najtaniej byłoby zadzwonić. Ale jeśli obaj wiedzą, że mają pegasusa na telefonach, to tego nie zrobią, prawda?

Przykro mi, że rozczarowałam. Dobrze, że chociaż Steve wypadł nienajgorzej.

 

Tarnino,

Zacznijmy od początku. Popatrz sobie, proszę, na logo UNICEF-u. Ja tam widzę kształt Afryki między kobietą a dzieckiem. A kiedy już, dawno temu, pojawiło mi się we łbie takie skojarzenie, doszłam do wniosku, że gdybym chciała przesłać komuś tajną mapę, to zrobiłabym to właśnie w postaci obrazka na pozór przedstawiającego coś całkiem nie na temat. Kontur wyspy jako cień czy plama na podłodze itp. Tak, można to nazwać steganografią. Więc kiedy pojawił się konkurs z mapą w centrum, musiałam ten pomysł wykorzystać. Może i nie był dobry, ale był mój. I bardzo się upierał.

Swoją szosą, może ta Afryka w UNICEF-ie ma wysyłać przekaz podprogowy.

A tu przesyłamy obrazek. Obrazek jest trudniejszy, bo dwuwymiarowy. Żeby go prawidłowo odtworzyć, potrzeba informacji o wymiarach

Tak, potrzeba. Nie znam się za bardzo, ale zakładam, że między innymi ta informacja jest w nagłówku pliku jpg, skoro komputer za każdym razem otwiera obrazek, a nie wojnę czarnych i białych mrówek.

Najwyraźniej nie istnieją, skoro potrzeba "eksperymentów z różnymi sposobami zapisywania bajtów przy pomocy liter A, C, G oraz T"

W moim świecie technologia już istnieje, ale na przykład w różnych wariantach, bez jednego standardu, którego wszyscy się trzymają. Sama podajesz, że literę “f” można zapisać zerami i jedynkami na różne sposoby. Moje FBI nie ma pojęcia, czy adeninie odpowiada 00, 01, 10 czy 11. Więc ma 4! możliwych wariantów. Albo dwa razy więcej, jeśli nie wiemy, od którego końca nici DNA zaczynamy.

ale w DNA naturalniej zastosować czwórkowy, za to słowo procesora niepodzielne przez trzy może być niewygodne, bo kodony mają trzy "litery")

Oczywiście, że czwórkowy sam się prosi. A kodonów do tego nie mieszajmy, nikt z tego nie produkuje białka.

Bo wiadomo, że LUDZIE mogą to zrobić, i istnieje duże prawdopodobieństwo, że jacyś ludzie to właśnie, w swoich celach, zrobili. Ludzie. Ludzie rysują i piszą różne rzeczy.

Owszem. A jednak czasami ktoś zaczyna świrować i się modlić, bo widzi Matkę Boską w brudnej szybie.

Zresztą później bez ostrzeżenia zmienia front i uznaje, że to dzieło jakichś "heretyków" – no, to ludzie to to zrobili, czy Absolut?

Myślał, że Absolut, a tu się okazuje, że ludzie. Czuje się przez nich oszukany i wykorzystany, więc ich bardzo nie lubi.

Czy Paul jest wariatem? Trudno orzec. Spójrz w ten sposób: jest facet, który próbuje zabić syna siekierą, bo tak mu każe jakiś głos, który tylko on słyszy. Jedni powiedzą, że wariat, inni – że Abraham. Jak wypada Paul na tym tle?

Bo oni szukają na oślep.

Niezupełnie. Najpierw szukają długiego ciągu białych pikseli. Nie muszą wiedzieć, jak są zakodowane, ale rozsądne wydaje się przypisanie bieli wartości 000000 albo FFFFFF. Więc szukają nienaturalnie długiego ciągu AAAAAAAA, CCCCCCCCC, GGGGGGGG albo TTTTTTT. Nie znajdują, bo mapa nie została zapisana w tak banalny sposób.

Potem informatyk mówi im, jakich ciągów sam szuka w przesyłanych plikach, jeśli chce znaleźć plik jpg. Na przykład 000100111010111000001111010100011101111001101111000001011110001… W tym momencie mają 4! albo 4!x2 wersji do przetestowania.

Nie mieszajmy do tego kodonów – to ma być informacja, zapis 0 i 1, a nie sensowne białko.

Tak, nasi genialni analitycy zakładają, że jeden nukleotyd to jeden piksel, ale jest to założenie z pupci wzięte.

Nic takiego nie zakładają i nic takiego nie napisałam. Nie wchodziłam w te szczegóły, ale gdybym ja to kodowała, to przy obrazku czarno-białym jeden piksel opisywałyby 4 zasady, a przy kolorowym – 12. I sama raczej wysyłałabym czarno-biały.

Nie wiedzą, gdzie zapis się zaczyna, a gdzie kończy. Skąd mają wiedzieć? (Cząsteczka DNA bakterii jest, przypominam, kolista).

A muszą wiedzieć? Na przykład dowiedzieli się od informatyka, że szukamy sekwencji KLLLKMMMLLKKMLNLNKMNLKKKLLMMMNNNN, gdzie K, L, M i N oznaczają A, C, G i T, tylko nie wiadomo, co oznacza co. Jak już znajdą, to mogą zakładać, że wszystko po tej sekwencji to już samo gęste pliku jpg. Po znalezieniu poszukiwanej sekwencji trzeba ustalić, która to była bakteria, przeczytać jej genom i gotowe.

Nie wiedzą, czy to pełny zapis (czemu mafiozi nie mogliby podzielić informacji na części i zapisać ich w różnych gatunkach bakterii, na przykład?

Fajny pomysł. Ale nie wpadłam na niego. A nawet gdyby, to nie wiem, jak podsunąć policajom rozwiązanie.

Nie wiedzą, jak wygląda nagłówek stosowanego przez mafiozów formatu (może wyglądać różnie, zależnie od potrzeb i uwarunkowań

Może wyglądać różnie, ale liczba najpopularniejszych wersji jest ograniczone.

swoją drogą, po co Twój geniusz informatyki przegląda nagłówki przysłanych z Ziemi plików?

Jeśli ktoś otwarcie przesyła Bobowi zdjęcie jego malutkiego synka, to nie musi przeglądać nagłówków. A po co mocarstwa przeszukują maile, czaty itp. pod kątem słów kojarzonych z terroryzmem?

ale kiedy mówi o nagłówkach i formatach plików, nie przychodzi mu na myśl pytanie, jakim algorytmem jest skompresowany (znamy w tej chwili ponad dwadzieścia) ani jak to odkryć, skoro i tak nie znają KODU,

Nie znam się na informatyce, ale rozumiem w ten sposób: informatyk ustalił ciąg 0 i 1, które oznaczają “a teraz będzie obrazek”. To zdanie może być zapisane w różnych językach. Na różne sposoby. Sprawdzają wszystkie, to i tak szybciej niż sekwencjonowanie genomu każdej z kilkuset bakterii. A jak już znaleźli wymarzoną sekwencję, to wiedzą, w jaki sposób nukleotydy przekładają się na zera i jedynki.

 

 bo czemu nie koordynaty granic złoża?

Bo w konkursie była potrzebna mapa.

 

Dobra, na razie tyle odpowiedzi, czas rozwiesić pranie.

Babska logika rządzi!

Ciąg dalszy odpowiedzi na komentarz Tarniny.

Marsjanit to McGuffin i nie ma w sumie znaczenia, co to jest i jak się zachowuje, tylko, że wszyscy go chcą.

Trochę tak. I jeszcze musi mieć dwa zastosowanie – “dobre” i “złe”, dające większe zyski.

użyteczna mapa złoża (zdaje mi się, że istnieje coś takiego) to nie może być sam obrazek, potrzeba więcej informacji – ukształtowanie terenu, głębokość pokładu i tak dalej.

Gangsterzy nie budują normalnej kopalni, tylko taki bardziej wypasiony biedaszyb. Wypasiony w sensie, że mają odrobinę cięższego sprzętu (tak na poziomie koparki), nie muszą wszystkiego wygrzebywać ręcznie ani szpadlem. Ale stemplować tunelu raczej nie będą. A do lokalizacji biedaszybu taka mapa wystarczy – krater i paluszek Jezuska pokazujący określone miejsce w kraterze.

A jeśli aresolodzy pracują na zdjęciach satelitarnych, to na niedofinansowanie i brak sprzętu powinni narzekać właśnie oni. Ci rządowi i oficjalni. Bo skoro mafia ich uprzedziła… pracując, być może, z Ziemi…

Kolonia. Stosunkowo niewielu ludzi na stosunkowo dużej planecie. Powiedzmy, że kilkadziesiąt tysięcy we wszystkich bazach i powierzchnia mniej więcej taka sama, jak lądy ziemskie. Uważam, że z satelity można prowadzić całkiem rozsądne badania, a ludzi wysyłać w ciekawsze, wytypowane za pomocą satelitów, miejsca. I to niezupełnie tak, że mafia uprzedziła korpo. To korpo po cichutku sprzedało wiedzę gangsterom, bo w ten sposób osiągnie większe zyski. Jeśli tego nie widać w tekście, to mój błąd.

Skoro każdy trzeźwy człowiek uznałby, że "obrazek" powstał przypadkowo,

Nie. To nie jest przypadek ani rozmazane plamy przypominające Madonnę. To ikona, tylko zniekształcona, bo wciśnięto w nią mapę krateru. Przez to Jezus ma wielki nos, a Matka Boska dziwnie wygiętą rękę, ale cała reszta jest zachowana – szaty, aureole… Żaden trzeźwy człowiek nie uznałby tego za przypadek.

swoją drogą, rozpoznanie w tym mapy wymagało "geniuszu" Aleksa…

Wymagało bardzo dobrej znajomości marsjańskich kraterów. Zakładam że rozpoznasz kontury wszystkich kontynentów. I co bardziej znane wyspy – Grenlandię, Honsiu, Kubę, Cypr… A Trynidad i Tobago? A Alex rozpoznał.

zajmują się oni tym nieszczęsnym obrazkiem tylko i wyłącznie dlatego, że szef kazał.

Niekoniecznie. A nawet wręcz przeciwnie – w którymś momencie Paul uważał, że obrazek to cud, a mapa musi być gdzieś indziej.

Uznanie "ikony" za "bluźnierczo zniekształconą" też wskazuje na ciężkiego świra u szefa, bo raz: jeśli to wiadomość od samego Najwyższego, to Najwyższy raczej nie bluźni sam sobie (czyli drogi szef jest do tego wszystkiego niekonsekwentny), a dwa – jak bardzo musiałaby być "zniekształcona", żeby jej nie uznał za ikonę?

Według Ciebie tak, według mnie – nie. Z początku Paul nie wątpił, że to ikona. Trochę krzywa, ale ikona, produkt Boga, więc cudowna. A potem dowiedział się, że jakiś człowiek tę ikonę specjalnie wykrzywił, żeby służyła jego niecnym celom. I się agent wkurzył. To tak, jakby wykrył, że mafia szmugluje narkotyki w relikwiarzach. Najpierw się do tego modlił, a jak się dowiedział, że robią go w konia, to uznał, że to heretycy, bo zbezcześcili relikwie. I część wkurzenia wynika z tego, że został oszukany i modlił się do paczuszek heroiny. Dla mnie to normalna psychologicznie reakcja.

skoro włazi na tajną naradę, na którą go nie proszono. Bo… przyszedł list do jego dziewczyny. A drzwi najwyraźniej były otwarte. Super tajna narada. Taaak.

Nie zwyczajny list, tylko pilny. Tarnino, czy gdyby do kogoś pilnie zadzwonił szef jego szefa, to wywołałabyś go z zebrania? A że szefostwo czasami nadaje wysoki priorytet zwyczajnym bzdurom to już insza inszość. U mnie w robocie wszyscy siedzą przy wrażliwych danych osobowych, ale pokoje zamykamy dopiero wtedy, kiedy z nich wychodzimy. A i to nie zawsze.

To jak? Czy drogi przełożony jest, u licha ciężkiego, despotą? Czy nie?

Raczej nie. Jest religijny. Kibicuje Republikanom. Erika na odwrót, więc niespecjalnie go lubi. Jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby pokazywać obgadywanie szefa, bo to nie miało wpływu na fabułę.

tutaj, przypominam, jest permanentna inwigilacja – zapalisz skręta i już masz na karku gliny z połowy miasta

Steve’a śledzili, bo bardzo chcieli go dorwać i przesłuchać. Na zasadzie, że nie każdy idzie siedzieć za podatki, a Al Capone poszedł. Bo to można mu było udowodnić. Za Steve’m puścili mikrodrona i tylko czyhali na pretekst.

tak, jak i jego podwładnym, facetowi nie przychodzi na myśl żadne inne rozwiązanie problemu – naprawdę nie dało się tego przepchać wyżej?

No, mnie nie przyszło. Co proponujesz?

Albo z rozmachem ujawnić wszystkiego i patrzeć, jak inni górnicy gnają na złamanie karku, żeby zdążyć przed tą grupą?

Nie zdążyliby. Kilkanaście tysięcy ludzi na obszar kontynentu. Władza ma monopol na transport lotniczy. Chińscy gangsterzy dość długo jechali w stronę krateru.

Dwa: tylko on ma dostęp do zdjęć satelitarnych, z których wynika, że nielegalna ekspedycja jedzie do krateru? Naprawdę tylko on jeden?

Oczywiście, że nie tylko on. On może twierdzić, że tych zdjęć nie oglądał i nie wiedział o ekspedycji, bo nikt jej oficjalnie nie zgłaszał.

gdyby tylko pan potłuczony policmajster nie wysłał tego durnego obrazka na Ziemię, uszłoby mu na sucho spalenie kilkunastu ludzi i zaognienie sytuacji międzynarodowej. Do czego niewątpliwie doprowadził.

Raczej uduszenie niż spalenie, ale zasadniczo tak. Czy jeśli w wyniku akcji policyjnej zginie kilkunastu bandytów, to wywołuje jakieś prawdziwe oburzenie i wyciąganie konsekwencji? W tej ekspedycji nie było niewinnych.

Użyteczność Stevena jako nośnika już wcześniej omawiałam. Tak, ma zryty beret. Dlatego zgodził się polecieć na Marsa za nędzne dziesięć kafli. I nie zachowywał się nerwowo z powodu mapy, bo miał ją w dupie.

Proboszcz Paula. Tak, na Marsie byli również duchowni. Ale Paul chciał się podzielić ikoną ze swoim zaufanym pastorem, od dawna znanym. Jak masz nadzwyczajny problem z PIT-em, drażliwy i w ogóle nieciekawy, to idziesz do zaufanej księgowej, którą znasz od lat, czy do informacji w pierwszej lepszej skarbówce? Zwyczajne rzeczy jak składanie PIT-37 czy wielkanocna komunia załatwia w najbliższej placówce.

OK, mapę można było przesłać na różne sposoby.

Od kiedy zdjęcie satelitarne ma kompozycję?

OK, to nieodpowiednie słowo.

"przeprowadzić kilka stosunkowo prostych reakcji, produkując narkotyk zwany marsylianką" oznacza, że równocześnie (w drugim reaktorze?) produkuje się narkotyk i, nie wiem, sodę oczyszczoną?

Mocno nadinterpretujesz. Produkcja narkotyku sprowadza się do kilku reakcji. Przeprowadzające te reakcje, produkujesz narkotyk. Spalając wodór, wytwarzasz wodę. Skąd Ci się wzięła soda?

Formy grzecznościowe przy przesłuchaniu. No, nie wiem. Raz, że w angielskim ten pan nie jest taki naturalny, jak u nas, dwa, że przez te kilkadziesiąt lat normy mogły się zmienić.

Nadal. Traktuję to jako synonim “ciągle”. I mnie w tym zdaniu nie razi. Ale już mi się oczy kleją i nic mnie nie razi. Albo wszystko.

"M-geologia" to sierota etymologiczna – nie można tego było nazwać aresologią? Albo nie wiem, dać facetowi dyplomu z petrologii, czyli nauki o skałach?

Aresologia to nauka o Marsie. A mnie chodziło o naukę o marsjańskiej geologii. Marsjańskiej, nie ogólnej. Dlatego M.

 

Ambush, 

szkoda że Cię zagubiłam w brzydkim przemycie.

Babska logika rządzi!

Aua. ;-/

Ostrzegałam… devil

Popatrz sobie, proszę, na logo UNICEF-u. Ja tam widzę kształt Afryki między kobietą a dzieckiem.

Fajnie, tylko to, że Ty coś widzisz, nie oznacza, że to tam jest. A w każdym razie nie możesz mieć pewności, że kto inny to zobaczy (bo ja np. nie).

doszłam do wniosku, że gdybym chciała przesłać komuś tajną mapę, to zrobiłabym to właśnie w postaci obrazka na pozór przedstawiającego coś całkiem nie na temat

Dobrze, ale żeby ten ktoś odczytał mapę, musi mieć albo takie same skojarzenia, jakie masz Ty, albo z góry wiedzieć, że tam jest mapa. Tak źle i tak niedobrze.

Kontur wyspy jako cień czy plama na podłodze itp. Tak, można to nazwać steganografią.

Niezbyt dobrą. Jeśli wysyłasz obrazek czytelny (plama na podłodze), to każdy może go odczytać. A cały sens steganografii (i kryptografii) polega na tym, żeby mógł odczytać tylko ten, komu Ty chcesz przekazać wiadomość, a nie kto inny.

Sama podajesz, że literę “f” można zapisać zerami i jedynkami na różne sposoby

Właśnie o to chodzi, że można ją zapisać (jak każdą) na mnóstwo sposobów.

 Moje FBI nie ma pojęcia, czy adeninie odpowiada 00, 01, 10 czy 11. Więc ma 4! możliwych wariantów. Albo dwa razy więcej, jeśli nie wiemy, od którego końca nici DNA zaczynamy.

Ech. Czyli tłumaczenie powyżej nie odniosło skutku. Oni nie wiedzą nawet, czy pojedyncze słowo kodu odpowiada jednej zasadzie, czy trójce, czy czemu. Nic o tym kodzie nie wiedzą. I co ma do tego silnia?

A jednak czasami ktoś zaczyna świrować i się modlić, bo widzi Matkę Boską w brudnej szybie.

Chyba nie. A na pewno nie bez odpowiedniego (?) nastawienia.

Jak wypada Paul na tym tle?

Abrahama w to nie mieszaj, to jest zupełnie inna sytuacja.

Nie znajdują, bo mapa nie została zapisana w tak banalny sposób.

Właśnie…

rozsądne wydaje się przypisanie bieli wartości 000000 albo FFFFFF

Dlaczego? Skoro można mieć dowolny ciąg? To już sensowniej byłoby szukać powtarzających się sekwencji, ale – kod DNA jest zdegenerowany i ten też mógłby być, chociażby właśnie po to, żeby był trudniejszy do złamania.

Potem informatyk mówi im, jakich ciągów sam szuka w przesyłanych plikach, jeśli chce znaleźć plik jpg.

Sęk w tym, że jpg to tylko jeden z istniejących formatów plików…

Nie mieszajmy do tego kodonów – to ma być informacja, zapis 0 i 1, a nie sensowne białko.

Kodony naturalniej pasują z materiałem, w którym to-to zapisano.

Nic takiego nie zakładają i nic takiego nie napisałam.

Mmmmm, ale to jedna z możliwych interpretacji tego, co napisałaś…

A muszą wiedzieć?

Powinni. Skoro komunikat jest ukryty w szumie (który dla nich stanowi normalne bakteryjne DNA), to żeby go w ogóle odczytać, trzeba go jakoś odróżnić od szumu. Jasne, są na to metody, które nie wychodzą od założenia "tu jest początek". To już wyższa szkoła kryptograficznej jazdy (mam nadzieję się o tym trochę poduczyć, ale jeszcze nie zdążyłam). W każdym razie – jakoś trzeba.

dowiedzieli się od informatyka, że szukamy sekwencji

Ale skąd informatyk to wie? O to się rozbija cała kryptografia.

Po znalezieniu poszukiwanej sekwencji trzeba ustalić, która to była bakteria, przeczytać jej genom i gotowe.

Jak to ustalić bez przeczytania genomu? Tj. jak wyszukać określoną sekwencję w całości przez jej odczytaniem?

liczba najpopularniejszych wersji jest ograniczone

Ale mafia nie tylko nie musi używać najpopularniejszej wersji, ale wręcz byłoby to dla niej niewskazane. Jasne, może (mafiozi nie są geniuszami), ale nie musi.

A po co mocarstwa przeszukują maile, czaty itp. pod kątem słów kojarzonych z terroryzmem?

Bo permanentna inwigilacja? Ulubiona_emotka_Baila

informatyk ustalił ciąg 0 i 1, które oznaczają “a teraz będzie obrazek”

Właśnie o to chodzi, że nie mógł tego zrobić, bo kod jest arbitralny.

Bo w konkursie była potrzebna mapa.

Fakt. Ale czy Twoi gliniarze mieli dostęp do warunków konkursu? Oj, coś za dużo oni wiedzą… ;)

 A do lokalizacji biedaszybu taka mapa wystarczy

No, w sumie. Trochę podkładasz sobie tutaj kłodę pod nogi umieszczeniem akcji na Marsie, gdzie nie bardzo są miejscowi do niewolniczego fedrowania…

Uważam, że z satelity można prowadzić całkiem rozsądne badania, a ludzi wysyłać w ciekawsze, wytypowane za pomocą satelitów, miejsca.

Można, jasne.

To korpo po cichutku sprzedało wiedzę gangsterom, bo w ten sposób osiągnie większe zyski. Jeśli tego nie widać w tekście, to mój błąd.

Coś tam jakby przegląda, ale zaginęło pod wnerwem kryptograficznym.

Żaden trzeźwy człowiek nie uznałby tego za przypadek.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Pareidolia Owszem, czytałam na angielskiej wersji, że pewne zabytki architektury perskiej z, chyba, XII czy XIII wieku są celowo zbudowane tak, żeby cień na ścianie o określonej godzinie układał się w wizerunek kobiety – ale ja na przykład nie widzę tego cienia (prawda, że na zdjęciach, nie na żywo). I że malarze specjalnie robią takie rzeczy. Ale może nie mam wyobraźni, bo np. w tej mgławicy, w której podobno ludzie widzą wizerunek Chrystusa, ja go nie widzę. 

Wymagało bardzo dobrej znajomości marsjańskich kraterów.

Jak napisałam – to było zadanie na pamięć. I chłopak wykazał się doskonałą pamięcią, ale niczym więcej.

A nawet wręcz przeciwnie – w którymś momencie Paul uważał, że obrazek to cud, a mapa musi być gdzieś indziej.

Tak, tylko czy to widać w tekście?

 I część wkurzenia wynika z tego, że został oszukany i modlił się do paczuszek heroiny. Dla mnie to normalna psychologicznie reakcja.

OK, ta reakcja owszem. Tylko to, co do tej reakcji doprowadziło, jest dla mnie zupełnie niewiarygodne.

czy gdyby do kogoś pilnie zadzwonił szef jego szefa, to wywołałabyś go z zebrania?

Może. Ale list to list, a telefon to telefon.

A że szefostwo czasami nadaje wysoki priorytet zwyczajnym bzdurom to już insza inszość

A, to fakt.

Jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby pokazywać obgadywanie szefa, bo to nie miało wpływu na fabułę.

Ale budowałoby postaci.

Steve’a śledzili, bo bardzo chcieli go dorwać i przesłuchać.

No, dobra. Problem w tym, że kiedy pokazujesz tylko jeden przykład jakiegoś zjawiska, nie da się odgadnąć, czy to jest zjawisko typowe.

Władza ma monopol na transport lotniczy. Chińscy gangsterzy dość długo jechali w stronę krateru.

Mmmm, a chińska władza? O ile wiem, Chińczycy trochę inaczej podchodzą do takich rzeczy…

On może twierdzić, że tych zdjęć nie oglądał i nie wiedział o ekspedycji, bo nikt jej oficjalnie nie zgłaszał.

Hmmmmmmmm…

Czy jeśli w wyniku akcji policyjnej zginie kilkunastu bandytów, to wywołuje jakieś prawdziwe oburzenie i wyciąganie konsekwencji?

Zależy od nastawienia opinii publicznej, ale zaognienie sytuacji międzynarodowej to już grubszy kaliber.

Dlatego zgodził się polecieć na Marsa za nędzne dziesięć kafli.

Z tekstu wynika, że on się nawet nie połapał, że jest na Marsie…

Ale Paul chciał się podzielić ikoną ze swoim zaufanym pastorem, od dawna znanym

Hmmm. Zasadniczo wchodzimy tu w kwestie, od których nie jestem ekspertem, a które długo by omawiać. Można by to odczytać tak, że facet chce mieć pewność, że wielkie odkrycie, którego właśnie dokonał, jest faktycznie wielkie, ale czy to pasuje do Paula?

Jak masz nadzwyczajny problem z PIT-em, drażliwy i w ogóle nieciekawy, to idziesz do zaufanej księgowej, którą znasz od lat, czy do informacji w pierwszej lepszej skarbówce?

Jedno i drugie skazane na niepowodzenie, w naszym systemie prawnym…

Mocno nadinterpretujesz. Produkcja narkotyku sprowadza się do kilku reakcji. Przeprowadzające te reakcje, produkujesz narkotyk. Spalając wodór, wytwarzasz wodę. Skąd Ci się wzięła soda?

Znikąd, to przykład. Chodzi mi nie o sodę, tylko o gramatykę – "przeprowadzić, produkując" oznacza: jednocześnie przeprowadzać i produkować. A nie: produkować przez przeprowadzanie! Kurczę, no, wszyscy robią ten błąd. To jest angielskie użycie imiesłowów, po polsku bez sensu. Ostatecznie może być “przeprowadzając, wytwarzać” (a i to co najmniej w połowie uzus), ale nie odwrotnie.

Raz, że w angielskim ten pan nie jest taki naturalny, jak u nas, dwa, że przez te kilkadziesiąt lat normy mogły się zmienić.

Sęk w tym, że piszesz teraz i po polsku. Inna rzecz, że w produkowanych w Polsce serialach o policjantach oni się zachowują identycznie… siąść i płakać po prostu.

Nadal. Traktuję to jako synonim “ciągle”. 

To jest synonim "ciągle", ale żadne z tych słów nie jest synonimem "i tak" czy "mimo wszystko".

Aresologia to nauka o Marsie. A mnie chodziło o naukę o marsjańskiej geologii. Marsjańskiej, nie ogólnej. Dlatego M.

A geologia to nauka o Ziemi… niby jest coś takiego jak https://pl.wikipedia.org/wiki/Geologia_planetarna ale to nie zmienia faktu, że mamy tu sierotę etymologiczną. Inna rzecz, że gdybyś rozwinęła wcześniej jakiś żargon kolonistów (niekoniecznie dużo, troszkę), to może by to i zabrzmiało naturalnie?

 

ETA: A jeśli Ci to poprawi nastrój… http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34068 devil

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

A w każdym razie nie możesz mieć pewności, że kto inny to zobaczy (bo ja np. nie).

Ale jak to? Hmmm. Jeśli nie widzisz tam nic przypominającego Afrykę, to się nie dogadamy.

Wazon na rubiny z iluzją optyczną 1915 plakat drukowany …

A czy na tym obrazku widzisz twarze/wazon w zależności od tego, co chcesz zobaczyć?

Dobrze, ale żeby ten ktoś odczytał mapę, musi mieć albo takie same skojarzenia, jakie masz Ty, albo z góry wiedzieć, że tam jest mapa. Tak źle i tak niedobrze.

Oczywiście. Jeśli dwie strony przesyłają sobie tajne wiadomości, to obydwie muszą znać sposób rozkodowania/odszyfrowania. Wcześniej go sobie ustalają.

Jeśli wysyłasz obrazek czytelny (plama na podłodze), to każdy może go odczytać. A cały sens steganografii (i kryptografii) polega na tym, żeby mógł odczytać tylko ten, komu Ty chcesz przekazać wiadomość, a nie kto inny.

Dlatego u mnie umówiony odbiorca wie, gdzie ma patrzeć. Gdyby to był UNICEF, to nie na niebieskie ludziki, a na białe plamy. Obcy czytacz korespondencji ma się koncentrować na tej bardziej rzucającej się w oczy treści obrazu.

Właśnie o to chodzi, że można ją zapisać (jak każdą) na mnóstwo sposobów.

Gdyby był tylko jeden sposób, to MFBI miałoby zbyt łatwo.

Ech. Czyli tłumaczenie powyżej nie odniosło skutku. Oni nie wiedzą nawet, czy pojedyncze słowo kodu odpowiada jednej zasadzie, czy trójce, czy czemu. Nic o tym kodzie nie wiedzą. I co ma do tego silnia?

Niewiele wiedzą. Zakładają, że gdzieś w materiale genetycznym bakterii pozyskanych od Steve’a jest ukryta mapa. I testują tę hipotezę. Kod komputerowy na samym dnie sprowadza się do zer i jedynek. Dla mnie oczywiste jest, że jeśli mamy cztery nukleotydy i cztery pary zer i jedynek (00, 01, 10 i 11), to najprościej je ze sobą połączyć. Na przykład niech C oznacza 00, G – 01 itd. Tak oczywiste, że nie rozważałam na poważnie innych opcji. Połączenia można dokonać na 4! sposobów – wzór na liczbę permutacji. Trójki nie mają żadnego sensu, bo potęgi dwójki nie dzielą się przez 3. A komputery (i kod zero-jedynkowy w ogóle) lubią potęgi dwójki. Jeśli już, to czwórki – cztery nukleotydy dają jeden bajt.

Chyba nie. A na pewno nie bez odpowiedniego (?) nastawienia.

Nie wiem. Ja tam widzę przypadek i brudną szybę plus pareidolię. 

Abrahama w to nie mieszaj, to jest zupełnie inna sytuacja.

Dlaczego inna? Jeśli ktoś wierzy, że facet słyszący mordercze głosy jest wybrany, to może również uwierzyć, że obrazek z kobietą i dzieckiem ma niezwykłe znaczenie i powstał w cudowny sposób.

Dlaczego? Skoro można mieć dowolny ciąg? To już sensowniej byłoby szukać powtarzających się sekwencji, ale – kod DNA jest zdegenerowany i ten też mógłby być, chociażby właśnie po to, żeby był trudniejszy do złamania.

Bo to logiczne. Jeśli mamy pół bajta do oddania skali szarości, to przyjmujemy, że 0000 oznacza biały, 1111 czarny, a 1100 ciemnoszary. Albo na odwrót. Ale nie że 1100 to biały, 1111 ciemnoszary, a 0000 czarny. To by było chaotyczne, nieuporządkowane.

Sęk w tym, że jpg to tylko jeden z istniejących formatów plików…

Ale popularny. Xian podaje to, czego sam od dawna używa, i co często się sprawdza.

Kodony naturalniej pasują z materiałem, w którym to-to zapisano.

Niby tak, ale traktuję ciąg nukleotydów jako informację, a nie przepis na białko. Na papierze można opisać proces obróbki metali i nie ma znaczenia, że papier jest organiczny, a metal nie bardzo.

Powinni. Skoro komunikat jest ukryty w szumie (który dla nich stanowi normalne bakteryjne DNA), to żeby go w ogóle odczytać, trzeba go jakoś odróżnić od szumu. Jasne, są na to metody, które nie wychodzą od założenia "tu jest początek". To już wyższa szkoła kryptograficznej jazdy (mam nadzieję się o tym trochę poduczyć, ale jeszcze nie zdążyłam). W każdym razie – jakoś trzeba.

No to w szumie szukają kawałków pasujących do ciągów zer i jedynek dostarczonych przez Xiana. Znaleźli – znaczy mają w łapie kod z napisem “tu jest początek”.

Ale skąd informatyk to wie? O to się rozbija cała kryptografia.

Nie wie. Zakłada. Podaje wzory, których szuka w korespondencji z Ziemią.

Jak to ustalić bez przeczytania genomu? Tj. jak wyszukać określoną sekwencję w całości przez jej odczytaniem?

Uch, minęło wiele lat odkąd czytałam poważną książkę o genetyce. A jak się sprawdza, czy DNA gwałciciela pasuje do danej próbki? Ja to sobie wyobrażam tak: mamy ciąg zer i jedynek od Xiana. Tworzymy 4! wersji ciągów A, C, G i T, które mu odpowiadają. Syntetyzujemy ich negatywy (jeśli szukamy ciągu CCTA, tworzymy cząsteczkę GGAT). Dołączamy negatywy do znaczników (pod tym pojęciem rozumiem coś, co zmienia swoje właściwości, jeśli GGAT przyłączy się do CCTA. Na przykład zaczyna świecić na niebiesko). Wrzucamy do zupy zawierającej DNA bakterii Steve’a. Jeśli jedna wersja daje niebieskie światełko w tunelu, to jesteśmy w domu. Wiemy już, jak zdekodować na zera i jedynki poszczególne zasady. Sprawdzamy, z której bakterii pochodzi pasujący ciąg (nie wrzucamy znacznika do zupy z wszystkich bakterii, tylko do tych z pierwszej półki, trzeciej ćwiartki drugiej półki itd.). Odczytujemy genom tej konkretnej bakterii. Znajdujemy fragment zaczynający się od “tu jest początek”. Przepisujemy na zera i jedynki. Mamy gotowy plik jpg.

Ale mafia nie tylko nie musi używać najpopularniejszej wersji, ale wręcz byłoby to dla niej niewskazane. Jasne, może (mafiozi nie są geniuszami), ale nie musi.

Nie musi najpopularniejszej. Ale mafia narkotykowa nie jest od tego, żeby tworzyć własny język komputerowy, więc jednak bierze jakiś gotowiec.

Właśnie o to chodzi, że nie mógł tego zrobić, bo kod jest arbitralny.

Mógł, bo od dawna już tego używa. Tylko do tej pory nie szukał w bakteriach.

Jak napisałam – to było zadanie na pamięć. I chłopak wykazał się doskonałą pamięcią, ale niczym więcej.

Ale pstryknięciem rozwiązał zadanie, z którym Erika męczyła się od tygodni. Ważne zadanie. Ja bym takiego człowieka bardzo polubiła. Chyba że wcześniej bym go nie cierpiała. Wtedy szukałabym dowodów, że to było ziarno dla ślepej kury.

A nawet wręcz przeciwnie – w którymś momencie Paul uważał, że obrazek to cud, a mapa musi być gdzieś indziej.

Tak, tylko czy to widać w tekście?

Powinno być widać tutaj:

Paul poświęcił niemal połowę niemałej pensji szefa marsjańskiej placówki, by wysłać plik swojemu pastorowi. Wszystkie wolne chwile spędzał w kościele. Nie zabronił nikomu analizowania ikony, ale całym swoim zachowaniem dawał do zrozumienia, że uważa wizerunek zapisany w genomie za cud i świętość, a mapy należy szukać gdzie indziej.

Może. Ale list to list, a telefon to telefon.

Telefon między Ziemią a Marsem słabo działa. Przyszedł pilny szyfrogram. Być może oczekują odpowiedzi w ciągu godziny. Diabli wiedzą, ale lepiej tego nie olewać. IMO.

Mmmm, a chińska władza? O ile wiem, Chińczycy trochę inaczej podchodzą do takich rzeczy…

Nie wiem. Ale helikoptery na Marsie to nie jest banalny problem, to ciśnienie malutkie, więc i siła nośna nieduża. Zakładam, że helikopter marsjański będzie o wiele droższy (jak i kilkukilogramowy rower jest droższy niż normalny. Albo jeszcze bardziej, bo tam trzeba naprawdę zejść z wagi, uwzględnić pył…). Nie spodziewam się, żeby na Marsie mieszkało wielu milionerów (co innego wycieczka), bo jednakowoż warunki ciężkie. Kogo będzie stać? Gangsterów może i będzie, ale oni akurat nie powinni rzucać się w oczy. No to kto oprócz władz będzie dysponował helikopterem?

Zależy od nastawienia opinii publicznej, ale zaognienie sytuacji międzynarodowej to już grubszy kaliber.

Oj tam, od razu zaognienie. Chińczycy też za tymi zabitymi gangsterami nie tęsknią. Podnoszą larum, żeby coś dla siebie wynegocjować. Wynegocjują, to spokój.

Z tekstu wynika, że on się nawet nie połapał, że jest na Marsie…

Łapał się kilka razy, ale jakoś szybko zapominał.

Hmmm. Zasadniczo wchodzimy tu w kwestie, od których nie jestem ekspertem, a które długo by omawiać. Można by to odczytać tak, że facet chce mieć pewność, że wielkie odkrycie, którego właśnie dokonał, jest faktycznie wielkie, ale czy to pasuje do Paula?

W moim zamyśle Paul wątpliwości nie miał, chciał się podzielić ze światem dobrą nowiną. No, OK, może trochę miał i dlatego wysłał fachowcom do przetestowania.

Jedno i drugie skazane na niepowodzenie, w naszym systemie prawnym…

Ale jedno jakby bardziej. ;-)

Chodzi mi nie o sodę, tylko o gramatykę – "przeprowadzić, produkując" oznacza: jednocześnie przeprowadzać i produkować. A nie: produkować przez przeprowadzanie! Kurczę, no, wszyscy robią ten błąd. To jest angielskie użycie imiesłowów, po polsku bez sensu. Ostatecznie może być “przeprowadzając, wytwarzać” (a i to co najmniej w połowie uzus), ale nie odwrotnie.

No i tutaj właśnie jednocześnie przeprowadza się reakcje i produkuje narkotyk. O co Ci chodzi?

Sęk w tym, że piszesz teraz i po polsku. Inna rzecz, że w produkowanych w Polsce serialach o policjantach oni się zachowują identycznie… siąść i płakać po prostu.

A w oryginale mówią do przesłuchiwanych “sir”?

To jest synonim "ciągle", ale żadne z tych słów nie jest synonimem "i tak" czy "mimo wszystko".

Dzielisz włos na czworo. Dla mnie zdanie “to nadal/ciągle jest nie” brzmi w porządku. OK, “mimo wszystko nie” brzmiałoby lepiej. “I tak nie” jest tak oksymoroniczne, że mylące.

A geologia to nauka o Ziemi… niby jest coś takiego jak https://pl.wikipedia.org/wiki/Geologia_planetarna ale to nie zmienia faktu, że mamy tu sierotę etymologiczną. Inna rzecz, że gdybyś rozwinęła wcześniej jakiś żargon kolonistów (niekoniecznie dużo, troszkę), to może by to i zabrzmiało naturalnie?

Tak, jak każda nauka z geo– w nazwie. Chciałam przekazać pojęcie “marsjański odpowiednik geologii”. Aresologia w ogóle nie kojarzy mi się z geologią, na miejscu Czytelnika nie wpadłabym na to. Marsjańska geologia jest za długa, żeby jej używać w potocznych rozmowach czy w myślach, więc stanęło na M-geologii. Wydawało mi się, że to będzie zrozumiałe.

Babska logika rządzi!

Wtrącę… Z tym, co widać na obrazkach, rozmaicie bywa… 

Info od mojej kumpeli sprzed lat:

“Test dla zestresowanych:

Przypatrzcie się obydwu delfinom, które wyskakują z wody: są one identyczne! Naukowcy jednak stwierdzili, że ludzie, którzy mają zbyt dużo stresu, widzą różnice między tymi delfinami. Im więcej stresu, tym więcej różnic. A więc: jeśli delfiny wydają się różne, to należy posprzątać biurko i iść do domu wypocząć!”.

 

 

Tak, że… ;)

 

Pozdrawiam Was. heart

A opowiadanie – raz jeszcze podkreślę – bardzo mi się podoba. :)

Pecunia non olet

Dzięki, Bruce. :-)

Hmm. Widzę jakieś drobne różnice między tymi ssakami. W domu już jestem, więc dla odmiany wyjdę pobawić się w babysitterkę. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja zawsze widziałam spore. Od zawsze źle ze mną było (jest i będzie). :))

Pozdrawiam, Finklo. kiss

Pecunia non olet

Jeśli nie widzisz tam nic przypominającego Afrykę, to się nie dogadamy.

Właśnie o to mi chodzi. Żeby się dogadać, musimy mieć wspólny punkt odniesienia. A tu go nie mamy.

A czy na tym obrazku widzisz twarze/wazon w zależności od tego, co chcesz zobaczyć?

Tak, ale ten obrazek jest specjalnie tak narysowany. Niektórzy tego nie widzą, więc nie można na tym polegać jako na metodzie przekazywania informacji, ale tu zasadniczo nie o to chodzi.

Jeśli dwie strony przesyłają sobie tajne wiadomości, to obydwie muszą znać sposób rozkodowania/odszyfrowania. Wcześniej go sobie ustalają.

Otóż to. I nie mogą w tym celu polegać na przypadkowych skojarzeniach – bo przypadkowe skojarzenia każdy ma swoje. Obrazek jest pod tym względem mało przydatny, bo może budzić różne skojarzenia.

Dlatego u mnie umówiony odbiorca wie, gdzie ma patrzeć.

Dobrze, ale to za mało. Z jednej strony – Ty widzisz Afrykę w logo UNICEF, a ja nie, ale to nie znaczy, że ktoś inny, zupełnie przypadkowy, też widzi. Czyli gdybyś chciała przekazać informację mnie tak, żeby tamten ktoś jej nie odczytał, to masz problem.

Połączenia można dokonać na 4! sposobów – wzór na liczbę permutacji.

I znów magia cyfr… bo zupełnie nie o to chodzi. Kod dwójkowy polega na tym, że składa się z dwóch symboli. Czwórkowy – z czterech. Nie ma absolutnie potrzeby przekładania jednego na drugi, przecież dowolną liczbę można zapisać równie dobrze dwójkowo, czwórkowo, szesnastkowo… Jak chcesz. Komputery działają w systemie dwójkowym, ponieważ są na prąd – dwa fizyczne symbole to "włączone" (1) i "wyłączone" (0). To po prostu wygodne. Heksów używa się, o ile wiem, bo są dla człowieka czytelniejsze, a do przełożenia na komputerowe wygodne (bo 16 to potęga 2). DNA to system czwórkowy, ma cztery symbole – nukleotydy.

 

Albo weźmy kod Bacona. On jest dwójkowy – a słowo ma pięciobitowe (pięciocyfrowe). Czemu? Bo tyle wystarczy, żeby zakodować wszystkie znaki alfabetu łacińskiego. Ale "cyfry" (symbole) mogą być dowolne: prąd włączony/wyłączony, kolory czarny/biały, kropka/kreska, cokolwiek. To jest umowne.

 

W komputerach słowo kodu też jest różne: kiedyś było ośmiobitowe, potem 32, teraz chyba już większość jest 64-bitowa. Ma to jakiś związek z szybkością działania, ale na kodzie maszynowym się nie znam. W każdym razie – to są po prostu liczby.

 

I teraz tak. Twoi analitycy zakładają, że kod jest jak DNA bezpośrednio, z czterema cyframi. Tu też mogą się mylić, bo może chodzić o trójki nukleotydów, bo czemu nie? A tych jest 64 – co prawda kod genetyczny jest zdegenerowany, tj. ta sama trójka może oznaczać różne aminokwasy. Ale to dygresja.

 

Ważne jest to, że kiedy chcemy zakodować coś w komputerze, musimy to przełożyć na liczby. Czyli ponumerować rzeczy, które chcemy zakodować, na przykład znaki pisma albo kolory (czyli ostatecznie – rozkazy dla monitora typu "wyświetl piksel taki a taki"). To jest umowne. Twoi analitycy nie znają tej umowy i próbują ją odgadnąć. Mają na to małe szanse, bo możliwości jest pieruńsko dużo.

 

Dlaczego inna? Jeśli ktoś wierzy, że facet słyszący mordercze głosy jest wybrany, to może również uwierzyć, że obrazek z kobietą i dzieckiem ma niezwykłe znaczenie i powstał w cudowny sposób.

Facet "słyszący mordercze głosy" miał już wcześniej osobiste kontakty z tymże głosem. Który mu po pierwsze tego syna dał, a przynajmniej przepowiedział. Ma pewne podstawy, żeby mu ufać (ale to omawiali szeroko mądrzejsi ode mnie). Tak w ogóle, to też jest kwestia gatunku tekstu, bo historia Abrahama jest mitem założycielskim (częścią dłuższego mitu założycielskiego) pewnej wspólnoty. Ale to dygresja. W każdym razie Twój bohater nie gada z żadnymi głosami, tylko sam sobie coś odczytuje, i nie jest postacią mityczną, tylko z science fiction. To jest inna sytuacja.

Bo to logiczne. Jeśli mamy pół bajta do oddania skali szarości, to przyjmujemy, że 0000 oznacza biały, 1111 czarny, a 1100 ciemnoszary. Albo na odwrót. Ale nie że 1100 to biały, 1111 ciemnoszary, a 0000 czarny. To by było chaotyczne, nieuporządkowane.

Nie, nie byłoby. Byłoby wyłącznie nieintuicyjne (dla Ciebie z Twoimi przyzwyczajeniami, bo ktoś może mieć zupełnie inne). W zasadzie, gdyby komuś zależało na nieczytelności kodu, to mógłby przyjąć właśnie taką konwencję, żeby utrudnić życie odczytywaczom. Ale w logice nie ma żadnego powodu, żeby preferować ten numer dla tej treści, a nie tamten.

traktuję ciąg nukleotydów jako informację, a nie przepis na białko

Przepis na białko to też informacja, a DNA musi być cały czas kopiowane przez maszynerię komórkową. Chociaż faktycznie, jeśli to jest DNA "śmieciowe", to może to nie ma znaczenia.

Na papierze można opisać proces obróbki metali i nie ma znaczenia, że papier jest organiczny, a metal nie bardzo.

Tak, ale zauważ poziom abstrakcji.

Znaleźli – znaczy mają w łapie kod z napisem “tu jest początek”.

Nie, mają tylko kod, który pasuje do ich założeń. Mogą teraz sprawdzić, jakie będą wyniki, kiedy spróbują rozkodować komunikat zgodnie z tymi założeniami, ale pewności nigdy nie będą mieli.

Nie wie. Zakłada. Podaje wzory, których szuka w korespondencji z Ziemią.

Ale to założenie jest bardzo niepewne. Mafiozi mogą używać popularnych formatów, wcale nie muszą.

A jak się sprawdza, czy DNA gwałciciela pasuje do danej próbki?

Jakoś trzeba je porównać, nie wiem, jak to technicznie wygląda.

Wiemy już, jak zdekodować na zera i jedynki poszczególne zasady.

Nie wiemy, bo nie wiemy, czy zasady reprezentują zera i jedynki. Komputer działający na DNA zamiast na prąd miałby w kodzie liczby czwórkowe.

 Mamy gotowy plik jpg.

Tak nawiasem – pliki jpg są wkurzająco duże (nawet, kiedy klient pstryknął fotkę faktury bez swojego kciuka – i tak, to się zdarza).

Ale mafia narkotykowa nie jest od tego, żeby tworzyć własny język komputerowy, więc jednak bierze jakiś gotowiec.

Może i bierze. A może wynajmuje w dark necie gościa, który jej to zrobi.

Mógł, bo od dawna już tego używa.

No, to ta technika jest nowa – czy stara i ugruntowana? Bo tekst wskazuje na to i na to.

Ja bym takiego człowieka bardzo polubiła.

Hmm.

No to kto oprócz władz będzie dysponował helikopterem?

Tak, ale dlaczego tylko amerykańskich?

Podnoszą larum, żeby coś dla siebie wynegocjować.

Otóż to. I może trzeba im będzie ustąpić, a tak nie byłoby trzeba.

Łapał się kilka razy, ale jakoś szybko zapominał.

Poziom zlasowania jego mózgu jest… wysoki.

No i tutaj właśnie jednocześnie przeprowadza się reakcje i produkuje narkotyk. O co Ci chodzi?

O to, że to jest jedna czynność, a nie dwie równoległe.

A w oryginale mówią do przesłuchiwanych “sir”?

Nie, i nie twierdzę, że zawsze należy kryminał domestykować, ale po polsku takie mówienie na "ty" wygląda o wiele bardziej lekceważąco niż w angielskim.

Dla mnie zdanie “to nadal/ciągle jest nie” brzmi w porządku.

Tyle, że to jest anglicyzm. Po angielsku "still" znaczy i "nadal" i "mimo wszystko". A po polsku to się rozróżnia.

Wydawało mi się, że to będzie zrozumiałe.

Zrozumiałe jest, ale dziwne. Gdyby miało jakichś krewniaków, jakieś wyraźnie marsjańskie wyrażenia, którymi bohaterowie by się posługiwali, byłoby osadzone w kontekście i mogłoby wyjść naturalnie. A tak?

Z tym, co widać na obrazkach, rozmaicie bywa… 

Tak, właśnie. Widzimy kolor, którego nie ma: https://www.illusionsindex.org/i/grey-strawberries Doświadczamy "przeskakującego" Gestalt, jak np. https://www.illusionsindex.org/i/eskimo-face i widzimy twarze w przypadkowych obrazkach: https://www.illusionsindex.org/i/chicken-church-ambiguous-figure 

Od zawsze źle ze mną było (jest i będzie). :))

To my wszyscy tak XD

 

ETA: Zapomniałam dopisać – moim głównym zastrzeżeniem wobec psychologii postaci jest nie to, że Paul to świr, ale to, że nikt tego nie widzi. Nikt tutaj nie ma, nie wiem, poglądów, motywacji – tylko narrator.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

To my wszyscy tak XD

laughheart

Pecunia non olet

wink

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Bruce, nie wiem, jak z poziomem stresu, ale poza tym chyba z Tobą dobrze. :-)

 

Tarnino, 

Czyli gdybyś chciała przekazać informację mnie tak, żeby tamten ktoś jej nie odczytał, to masz problem.

No to musiałybyśmy ustalić inny sposób. Albo wciągnąć do spisku kogoś w pobliżu Ciebie, kto zobaczy Afrykę.

I znów magia cyfr… bo zupełnie nie o to chodzi. Kod dwójkowy polega na tym, że składa się z dwóch symboli. Czwórkowy – z czterech. Nie ma absolutnie potrzeby przekładania jednego na drugi, przecież dowolną liczbę można zapisać równie dobrze dwójkowo, czwórkowo, szesnastkowo… Jak chcesz. Komputery działają w systemie dwójkowym, ponieważ są na prąd – dwa fizyczne symbole to "włączone" (1) i "wyłączone" (0). To po prostu wygodne. Heksów używa się, o ile wiem, bo są dla człowieka czytelniejsze, a do przełożenia na komputerowe wygodne (bo 16 to potęga 2). DNA to system czwórkowy, ma cztery symbole – nukleotydy.

Your point?

I teraz tak. Twoi analitycy zakładają, że kod jest jak DNA bezpośrednio, z czterema cyframi. Tu też mogą się mylić, bo może chodzić o trójki nukleotydów, bo czemu nie? A tych jest 64 – co prawda kod genetyczny jest zdegenerowany, tj. ta sama trójka może oznaczać różne aminokwasy. Ale to dygresja.

Przede wszystkim ja tak zakładam. Do tego stopnia, że nie biorę pod uwagę innych opcji. Wszystko sprowadza się do ciągu zer i jedynek. Najwydajniejszy, IMO, sposób, to zapisać dwa bity jednym nukleotydem. I nieważnie, gdzie ktoś później postawi spacje. Aminokwasy nie mają tu znaczenia – to nie komputer biologiczny, tylko sposób zapisania informacji. Nośnik. Jak karta perforowana albo dyskietka.

Ważne jest to, że kiedy chcemy zakodować coś w komputerze, musimy to przełożyć na liczby. Czyli ponumerować rzeczy, które chcemy zakodować, na przykład znaki pisma albo kolory (czyli ostatecznie – rozkazy dla monitora typu "wyświetl piksel taki a taki"). To jest umowne. Twoi analitycy nie znają tej umowy i próbują ją odgadnąć. Mają na to małe szanse, bo możliwości jest pieruńsko dużo.

Ale gang bierze jedną z tych w powszechnym użyciu. To nie jest jakiś ściśle tajny i wściekle długi szyfr Vigenere’a, tylko zapis używany w plikach jpg.

Chociaż faktycznie, jeśli to jest DNA "śmieciowe", to może to nie ma znaczenia.

Musi być “śmieciowe”, bo bakteria ma dożyć do Marsa.

Nie, mają tylko kod, który pasuje do ich założeń. Mogą teraz sprawdzić, jakie będą wyniki, kiedy spróbują rozkodować komunikat zgodnie z tymi założeniami, ale pewności nigdy nie będą mieli.

OK. Przetestowali hipotezę, wszystko poszło pięknie. Paul jest przekonany, że to nie mapa, a Erika – że mapa. Czyli nie mają pewności.

Ale to założenie jest bardzo niepewne. Mafiozi mogą używać popularnych formatów, wcale nie muszą.

Ale nie miałabym opowiadania, gdyby się tak doskonale bunkrowali. W końcu ja w tym świecie rządzę i jakoś muszę doprowadzić fabułę do końca.

Nie wiemy, bo nie wiemy, czy zasady reprezentują zera i jedynki. Komputer działający na DNA zamiast na prąd miałby w kodzie liczby czwórkowe.

Ale to nie jest opowiadanie o komputerze działającym na DNA.

Tak nawiasem – pliki jpg są wkurzająco duże (nawet, kiedy klient pstryknął fotkę faktury bez swojego kciuka – i tak, to się zdarza).

I tak mniejsze niż bitmapa. Podobno, nie znam się.

No, to ta technika jest nowa – czy stara i ugruntowana? Bo tekst wskazuje na to i na to.

Xian od dawna czesze strumień przesyłek międzyplanetarnych i szuka w nim określonych ciągów 0-1. Odnosi jakieś tam sukcesy. Teraz zastosował te same ciągi do sprawdzenia DNA bakterii. Technika wstawiania do DNA bakterii czegoś sztucznego jest w miarę nowa, ale szybko się rozwija.

Tak, ale dlaczego tylko amerykańskich?

A kto mówi, że tylko amerykańskie? Jeśli Chińczycy chcą polecieć do europejskiej bazy, to przecież nie będą prosili Amerykanów o podwiezienie. Mają własne helikoptery. Ale Paul nie chce ich prosić, żeby sami zgarnęli własnych gangusów, bo z doświadczenia wie, że tego nie zrobią.

O to, że to jest jedna czynność, a nie dwie równoległe.

A wtedy nie można stosować imiesłowu? Nie można przemawiać, podnosząc morale wojska itp.?

Tyle, że to jest anglicyzm. Po angielsku "still" znaczy i "nadal" i "mimo wszystko". A po polsku to się rozróżnia.

Aha. No to powiedz, że anglicyzm i już. 

Zrozumiałe jest, ale dziwne. Gdyby miało jakichś krewniaków, jakieś wyraźnie marsjańskie wyrażenia, którymi bohaterowie by się posługiwali, byłoby osadzone w kontekście i mogłoby wyjść naturalnie. A tak?

Pewnie ma krewniaków, ale żaden mi się do tekstu nie wepchnął.

ETA: Zapomniałam dopisać – moim głównym zastrzeżeniem wobec psychologii postaci jest nie to, że Paul to świr, ale to, że nikt tego nie widzi. Nikt tutaj nie ma, nie wiem, poglądów, motywacji – tylko narrator.

Hmmm. Nie chciałam zrobić z Paula świra, co najwyżej fanatyka religijnego. Erika ma inne poglądy i przez to nie przepada za szefem, ale może tego nie widać wystarczająco.

Babska logika rządzi!

Bruce, nie wiem, jak z poziomem stresu, ale poza tym chyba z Tobą dobrze. :-)

Niby dobrze, ale jednak od tych – kilkudziesięciu już w sumie – lat nadal widzę tam krowę… laugh

 

Nie chciałam zrobić z Paula świra, co najwyżej fanatyka religijnego.

Też tak to odebrałam. 

 

Erika ma inne poglądy i przez to nie przepada za szefem (…).

Jak zwykle w pracy, norma… ;)

 

Pozdrawiam Was nieustannie noworocznie. heartkiss

Pecunia non olet

No, może to i krowa. Ale na pewno ssak. Podobny układ kości, płuca, prawie wszystko się zgadza, tylko trzeba zajrzeć głębiej niż pod skórę. ;-)

I my pozdrawiamy ciepło i noworocznie. :-)

Babska logika rządzi!

Uspokoiłaś. Ssak, to ssak. laughheart

Pecunia non olet

No to musiałybyśmy ustalić inny sposób. Albo wciągnąć do spisku kogoś w pobliżu Ciebie, kto zobaczy Afrykę.

Ale w tym celu musiałybyśmy z góry wiedzieć, że on tę Afrykę zobaczy. A w takim razie – po co przesyłać ten obrazek? Skoro już mam tę informację, którą chcesz mi przekazać?

Przede wszystkim ja tak zakładam. Do tego stopnia, że nie biorę pod uwagę innych opcji.

Otóż to…

Wszystko sprowadza się do ciągu zer i jedynek

Tak, w komputerach. Próbuję Ci wytłumaczyć, że tak w ogóle, to wcale niekoniecznie.

I nieważnie, gdzie ktoś później postawi spacje.

Mmmm… chyba ważne… po coś je wynaleziono, nie?

Aminokwasy nie mają tu znaczenia – to nie komputer biologiczny, tylko sposób zapisania informacji. Nośnik. Jak karta perforowana albo dyskietka.

Cały czas mówię o nośnikach. Nośniki i kody nie są dane od Tota-Hermesa, tylko ustalone przez ludzi. Pewnie, bardzo możliwe, że gdzieś na początku cyfry przedstawiano ikonicznie (jedna kreska = 1, dwie kreski = 2 itd.), ale tutaj mamy do wyboru nukleotydy, trójki nukleotydów/odpowiadające im aminokwasy, inne sekwencje nukleotydów…

Ale gang bierze jedną z tych w powszechnym użyciu.

Dobra, ale nie jest w tekście jasne, że to ustalona technika. Są wskazówki, że tak (mówią o tym) i że raczej nie (eksperymentalnie próbują trafić na właściwy kod).

Przetestowali hipotezę, wszystko poszło pięknie. Paul jest przekonany, że to nie mapa, a Erika – że mapa. Czyli nie mają pewności.

No, dobra. I tak mieli szczęście, jakby im kto w kieszeń narobił, ale zgoda, nie mają pewności.

Ale nie miałabym opowiadania, gdyby się tak doskonale bunkrowali.

Otóż to…

Ale to nie jest opowiadanie o komputerze działającym na DNA.

Ale jest o ludziach łamiących kod, który swobodnie może być czwórkowy.

I tak mniejsze niż bitmapa.

Jpg to bitmapa, tylko skompresowana. Zresztą gif też.

Teraz zastosował te same ciągi do sprawdzenia DNA bakterii.

I da capo. Na jakiej podstawie on myśli, że znajdzie analogię?

Ale Paul nie chce ich prosić, żeby sami zgarnęli własnych gangusów, bo z doświadczenia wie, że tego nie zrobią.

Dobra, tylko żeby wepchać do tekstu politykę, potrzeba jednak trochę więcej znaków.

A wtedy nie można stosować imiesłowu? Nie można przemawiać, podnosząc morale wojska itp.?

Nie bardzo. Zdaje mi się (nie wiem, ale podejrzewam), że tu chodzi o to, że po angielsku imiesłów i rzeczownik odczasownikowy wyglądają tak samo, przez co zarobiony i niekompetentny tłumacz pracujący na akord ich nie rozróżnia, i tam, gdzie faktycznie jest rzeczownik odczasownikowy automatycznie wpycha imiesłów. I wychodzą takie potworki. Porównaj (https://www.jim-butcher.com/books/cinder-spires/the-aeronauts-windlass-1/aeronauts-windlass-prologue)

 

Oryginał: Instead she seized the wrist of her assailant, pivoted her weight into him, robbing him of his balance, breaking the power of his grip at the same time, and continued her smooth circular motion into a throw, dumping him over one hip and onto the floor at the feet of the second armsman. The fallen man tripped the second, who struggled to push up from the floor.

 

Przekład oficjalny (MAG, 2016, M. Jakuszewski): Chwyciła napastnika za nadgarstek i obróciła się, wspierając ten ruch całym swym ciężarem. W ten sposób zakłóciła równowagę zbrojnego i jednocześnie zmniejszyła siłę uścisku. Nie zatrzymując się, przeszła z gładkiego obrotu w rzut przez biodro. Mężczyzna zwalił się na podłogę, prosto pod nogi towarzysza. Próbując się podnieść, zbił go z nóg.

 

Przekład mój (kurka, muszę poczytać o walce wręcz…): Zamiast tego złapała napastnika za rękę, obrotem pozbawiła go równowagi, jednocześnie rozrywając jego chwyt, i jednym płynnym ruchem przerzuciła przez biodro, wprost pod stopy drugiego zbrojnego. Upadający podciął nogi koledze, który z trudem odepchnął się od podłogi.

 

Poza tym, że wycięłam parę szczegółów, których nie umiałam na kolanie przełożyć, i że facet pociął zdanie (akurat tutaj nie robiłabym tego, to nie tyle walka, ile wystudiowana demonstracja, że Gwen umie skopać de facetowi większemu od siebie): “breaking” to jest wyraźnie imiesłów, ale “robbing” już niekoniecznie. Nie zawsze tak łatwo to odróżnić. Kiedy ktoś robi na akord, to wpycha imiesłowy wszędzie, ale często błędnie. Pisałam o tym tu: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842899 

No to powiedz, że anglicyzm i już. 

No i to powiedziałam?

Pewnie ma krewniaków, ale żaden mi się do tekstu nie wepchnął.

Otóż to właśnie. Dlaczego?

Nie chciałam zrobić z Paula świra, co najwyżej fanatyka religijnego. 

Jest to odmiana świrostwa.

Erika ma inne poglądy i przez to nie przepada za szefem, ale może tego nie widać wystarczająco.

Nie, bardzo słabo to widać, jeśli w ogóle.

Jak zwykle w pracy, norma… ;)

Ludzie ogólnie są wkurzający. Na tym polegają ludzie :P

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Ale w tym celu musiałybyśmy z góry wiedzieć, że on tę Afrykę zobaczy. A w takim razie – po co przesyłać ten obrazek? Skoro już mam tę informację, którą chcesz mi przekazać?

Nie masz informacji. Na razie sprawdzamy, czy ta metoda działa i nie działa. Nie chodzi o Afrykę, tylko prawdopodobnie jedną z wysepek na Morzu Śródziemnym. Ale w Twoim przypadku musimy szukać innego sposobu. Jak ktoś pisze po chińsku, to szyfr Cezara raczej odpada.

Tak, w komputerach. Próbuję Ci wytłumaczyć, że tak w ogóle, to wcale niekoniecznie.

Ale rozmawiamy o moim tekście, w którym zastosowano komputer do wyświetlenia obrazka z mapą czy tak w ogóle o wszystkich możliwych metodach? Bo ja o tekście.

Mmmm… chyba ważne… po coś je wynaleziono, nie?

Ani w kodzie komputerowym, ani w DNA nie ma spacji. W obrazie też niespecjalnie występują. Czyli czasami można je pominąć.

Cały czas mówię o nośnikach. Nośniki i kody nie są dane od Tota-Hermesa, tylko ustalone przez ludzi. Pewnie, bardzo możliwe, że gdzieś na początku cyfry przedstawiano ikonicznie (jedna kreska = 1, dwie kreski = 2 itd.), ale tutaj mamy do wyboru nukleotydy, trójki nukleotydów/odpowiadające im aminokwasy, inne sekwencje nukleotydów…

Tak, nośnik informacji. Informacji potrzebnej, żeby wyświetlić ją na ekranie i żeby wiedzieć, dokąd pójść po marsjanit. Zostaw w spokoju te trójki i aminokwasy, bakteria już swoje zrobiła.

Dobra, ale nie jest w tekście jasne, że to ustalona technika. Są wskazówki, że tak (mówią o tym) i że raczej nie (eksperymentalnie próbują trafić na właściwy kod).

Gdyby gang zastosował naprawdę wypasiony sposób, porównywalny z wysyłaniem komunikatów w języku Navajo, to MFBI by tego nie wykrył i nie byłoby historii. Wiesz, jeśli morderca nie popełni żadnego błędu, to Poirot nie rozwiąże sprawy, a to przecież nie do pomyślenia.

W tekście stoi:

już po tygodniu eksperymentów z różnymi sposobami zapisywania bajtów przy pomocy liter A, C, G oraz T

Xian od swojego pierwszego zebrania zakłada, że mapa jest w pliku jpg i właśnie tego szuka. Nie wiedzą, czy adenina oznacza 00, 01, 10 czy 11. I trochę im schodzi na sprawdzaniu różnych kombinacji. Ale w końcu im się udaje.

Ale jest o ludziach łamiących kod, który swobodnie może być czwórkowy.

Tarnino, czy gdybyś czytała tekst o ludziach szukających przejścia przez labirynt i wybierających właściwie za piątym razem, też byś marudziła, że nie próbowali zrobić podkopu?

Jpg to bitmapa, tylko skompresowana. Zresztą gif też.

OK, skompresowana bitmapa.

I da capo. Na jakiej podstawie on myśli, że znajdzie analogię?

Ma nadzieję. I zadziałało.

Tłumaczenie. Hmmm. Mnie by nie przeszkadzało, że “obróciła się, wytrącając napastnika z równowagi i rozrywając jego chwyt”. Ale ja ogólnie jestem dość tolerancyjna, a ten proces na starość jeszcze bardziej postępuje.

No i to powiedziałam?

Ale dopiero po długiej wymianie zdań.

Otóż to właśnie. Dlaczego?

Nie było okazji. Potrzebowałam wzmianki o marsjańskiej geologii, ale nie geografii, geotechniki, geofizyki…

Jest to odmiana świrostwa.

Ale powszechnie akceptowana.

Erika ma inne poglądy i przez to nie przepada za szefem, ale może tego nie widać wystarczająco.

Nie, bardzo słabo to widać, jeśli w ogóle.

Tu też nie?

Na dobrą sprawę to właśnie Alex powinien prowadzić tę sprawę, a Paul nie włączył go tylko dlatego, że sam był republikański i religijny do szpiku kości i nie potrafił zaakceptować ich nieformalnego związku.

Ludzie ogólnie są wkurzający. Na tym polegają ludzie :P

Na szczęście miewają również jakieś zalety.

Babska logika rządzi!

Na razie sprawdzamy, czy ta metoda działa i nie działa. 

A jak sprawdzić metodę przesyłania informacji, jeśli nie przez przesłanie informacji? No i właśnie – mam informację. Jeśli z góry wiem, co mam odczytać z Twojego komunikatu, to z góry znam jego treść. Czyli właśnie to, co chcesz mi przekazać.

Jak ktoś pisze po chińsku, to szyfr Cezara raczej odpada.

Tak, ale po japońsku można zastosować tablicę Polibiusza. I co?

Ale rozmawiamy o moim tekście, w którym zastosowano komputer do wyświetlenia obrazka z mapą czy tak w ogóle o wszystkich możliwych metodach? Bo ja o tekście.

A ja w ogóle. 

Ani w kodzie komputerowym, ani w DNA nie ma spacji. W obrazie też niespecjalnie występują. Czyli czasami można je pominąć.

Można, kiedy wiadomo, jakiej długości jest każde "słowo". W sumie skąd nam się wzięły spacje?

Tak, nośnik informacji. Informacji potrzebnej, żeby wyświetlić ją na ekranie i żeby wiedzieć, dokąd pójść po marsjanit. Zostaw w spokoju te trójki i aminokwasy, bakteria już swoje zrobiła.

Dobra, mam poważne wrażenie, że się coraz bardziej rozjeżdżamy… Szczerze, to już nawet nie wiem, czy mówimy o informacji semantycznej, czy syntaktycznej…

 Wiesz, jeśli morderca nie popełni żadnego błędu, to Poirot nie rozwiąże sprawy, a to przecież nie do pomyślenia.

Pewnie, tylko że to nie jest jasne.

zakłada, że mapa jest w pliku jpg i właśnie tego szuka. Nie wiedzą, czy adenina oznacza 00, 01, 10 czy 11

W tym sęk, że to są założenia, które mogą być prawdziwe, ale wcale nie muszą.

Tarnino, czy gdybyś czytała tekst o ludziach szukających przejścia przez labirynt i wybierających właściwie za piątym razem, też byś marudziła, że nie próbowali zrobić podkopu?

… nie? Ale co to ma do wiatraka? W labiryncie mogłabyś im dać wierszyki ze wskazówkami wypisane na ścianach, parę kłębków włóczki (i gumę do żucia, żeby przykleić do ściany), potwora, żeby wył w środku labiryntu i ich odstraszał albo co. A łopaty nie. I to by się trzymało kupy. Nie trzymałoby się kupy, gdybyś im dała magiczny kompas bez odpowiedniego przygotowania takiej możliwości wcześniej (a nawet z takim przygotowaniem mogłoby być mało ciekawe).

Ma nadzieję. I zadziałało.

Nadzieja matką głupich… XD

Mnie by nie przeszkadzało, że “obróciła się, wytrącając napastnika z równowagi i rozrywając jego chwyt”. 

A dla mnie to jest potwornie kanciaste. Ulubiona_emotka_Baila. Chociaż faktycznie, lepiej, żeby go wytrąciła, niż pozbawiła…

Nie było okazji. Potrzebowałam wzmianki o marsjańskiej geologii, ale nie geografii, geotechniki, geofizyki…

Nie o to mi chodziło. Chodziło mi o to, że gdyby ta "m-geologia" była terminem slangowym, potocznym, to miałoby to sens. Gdyby, mmm, Marsjanie mieli jakieś własne słowa. Takie wiesz, jak w tej scenie na początku "Blade Runnera". Kurka, nawet "marsologia" brzmiałaby lepiej.

Ale powszechnie akceptowana.

… nie? Może wyznaczasz próg fanatyzmu religijnego o wiele niższy, niż ja, ale – ?

Tu też nie?

A to jest mowa pozornie zależna? Hmmm. Może i jest, dobra. Ale ona głównie ma do szefa pretensje o brak akceptacji jej życia płciowego, co swoją drogą jest bardzo amerykańskie (to jedna z tych rzeczy, których u Amerykanów nie rozumiem, ale nie brnijmy w tę dygresję).

Na szczęście miewają również jakieś zalety.

Których skutkiem bywa również bycie wkurzającym cheeky

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Jaka tu się zajmująca dyskusja wywiązała! Może na początek przyznam, że odbiłem się z hukiem od tego tekstu, kiedy jeszcze był anonimowy. Znalazłem rozwiniętą kolonię górniczą, która ma komórkę FBI, ale nie ma sądów i prawników, znalazłem narkotyk, który daje programowalne tripy (gdyby chociaż w koordynacji z zestawem VR!) i stwierdziłem, że to jakieś naiwne SF, którego nijak nie mam siły analizować i dekonstruować krok po kroku. Możliwe też, że odrobinę zraziły mnie wulgaryzmy, choć całkowicie uzasadnione fabularnie. Pozostaje wyrazić podziw dla Tarniny, że dała radę się tym tak rzetelnie zająć.

Niemniej skoro już poznałem autorstwo i przeczytałem opowiadanie od deski do deski, miałem z tego przyjemność. Wysiłki bohaterów pracujących nad znalezieniem tajnej wiadomości są barwnie odmalowane, można je śledzić z zainteresowaniem i samemu myśleć – nie wypadając zbyt mocno z zawieszenia niewiary, nawet jeśli po uczciwej analizie trzeba przyznać, że intryga jest mocno naciągana. Poszczególne wątpliwości, które z perspektywy jurora naturalnie wymagają przede wszystkim skrytykowania do gruntu, z perspektywy pomocnego czytelnika na portalu literackim są jednak wyzwaniem do załatania (jak choćby wyżej wzmianka o zestawie VR).

Tak przy okazji, gdzie Ty widzisz tę Afrykę w logo UNICEF? Rozumiem, że trzeba zwracać uwagę na białe tło. Kiedy patrzę od strony głów obojga, mam coś jakby grzyb wznoszący pięść w górę lub kobiecy układ rozrodczy z usuniętym jednym przydatkiem. A od strony szyi dziecka garbaty trójkąt ostrokątny z przesmykiem u szczytu, w którym od wielkiej biedy (ignorując cały ten teren po lewej) mógłbym się raczej dopatrzyć Ameryki Południowej. Ach, czekaj… rączka dziecka wchodzi na tło Afryki, no przecież! Jednak ten kontur jest bardzo nieprecyzyjny i myślę, że mało kto wpadłby na takie skojarzenie bez podpowiedzi.

Wracając do łatania dziur fabularnych: mapa. Przesyłanie jej zamiast koordynat geograficznych to zaćmienie umysłowe, które zdarza się najlepszym – ale nie jest wiarygodne, by przestępcy i śledczy doznali dokładnie tego samego zaćmienia. Wystarczy jednak dopisać w jednym-dwóch zdaniach to, co przecież jest już zasugerowane lub niemal zasugerowane: że informator umieszczony w mafii dowiedział się, iż będą próbowali fizycznie przemycić mapę, bo uznali to za bezpieczniejsze niż przesyłanie jej cyfrowo wobec kosztu transferu danych, a co za tym idzie – nieuchronnych podejrzeń i szczegółowej analizy podanego obrazka. Być może utyskiwał przy tym na poziom umysłowy środowiska, w którym jest zmuszony pracować.

Dalej w sprawie Paula. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi bez pomocy Tarniny, która wydaje się bardziej wyczulona na te kwestie, ale w tej chwili on rzeczywiście trochę wygląda jak naszkicowana grubą kreską postać z broszurki propagandowej pt. “Religijność jako zaburzenie umysłowe”. Sam zlecił badania kodu genetycznego pod kątem ukrytej przez ludzi wiadomości i zamówił drogi sprzęt, a kiedy znaleziono tam kiepską ikonę, upiera się, że to dowód na inteligentny projekt?! Nie chciałbym zabrzmieć, jakbym Cię pouczał, bo wiem, że potrafisz szkicować charakter postaci dużo wiarygodniej ode mnie – może dałoby się szerzej pokazać napięcia między nim z jednej strony a Aleksem i Eriką z drugiej, od scenek komediowych (głośno odmawia nowennę za dusze dzieci nienarodzonych, kiedy inni próbują spać, co daje podkład dla podejrzeń Eriki) do poważnych (można by rozwinąć, że krytykuje ich za sypianie ze sobą bez ślubu i daje do zrozumienia, że zamierza ich rozdzielić przy pierwszej nadarzającej się okazji), co dałoby miejsce dla ugruntowania jego dziwactw, a także rozbudowania osobowości tych dwojga?

I wreszcie kwestia, która najbardziej mnie tutaj zwabiła, czyli samo dekodowanie wiadomości. Sposób wpadnięcia na to, że znajduje się ona w kodzie genetycznym bakterii, przedstawiasz moim zdaniem w pełni wiarygodnie. Chyba to także realistyczne, że ogół materiału DNA jest łatwy do pozyskania, a prawdziwe wyzwanie stanowiłoby wyizolowanie zeń genomów poszczególnych bakterii, nie jestem pewien, jak to dokładnie wygląda, ale zapewne robiłaś jakiś przegląd źródeł. Wątpliwości co do samej formy kodowania to ciekawy temat. Skoro informacja ma być odczytana komputerowo (a nie przez człowieka z mikroskopem, notesem i ołówkiem…) oraz w ogóle przypuszczamy, że jest to zapis pliku graficznego, na pewno przyjąłbym założenie robocze, że poszukiwany kod jest binarny. Przyjęte przez bohaterów opowiadania przypuszczenie, że A, C, T, G odpowiadają w jakimś porządku 00, 01, 10, 11 jest naturalne, ale już znacznie bardziej ryzykowne. Równie dobrze mógłby to być, jak pisze Tarnina, kod zdegenerowany, w którym całe kodony DNA reprezentują zera lub jedynki. Albo – taki pomysł mi się nasunął – zapis binarny na ostatnich pozycjach trójek, tak żeby szyfr nie zmieniał funkcjonalności edytowanego genomu.

Typową metodą poszukiwania szyfrogramu (w tym steganogramu) w tekście jest badanie zmian częstotliwości poszczególnych znaków, a także ich par itp. Pierwsze, co chciałbym znaleźć na miejscu bohaterów opowiadania, to obszar, na którym odczytywany genom zachowuje się dziwnie (obecność kodonów stopu jeden obok drugiego, zaburzenia https://en.wikipedia.org/wiki/Codon_usage_bias i różne takie). Dopiero następnym logicznym krokiem byłaby próba dopasowania początku tego obszaru do wzorców nagłówka pliku .jpg (czy innych znanych formatów graficznych) według różnych wyobrażalnych metod kodowania zapisu binarnego. Inna rzecz, że gdybym już wyodrębnił plik i widział tam jakiś pozbawiony znaczenia obrazek, pierwszą myślą byłoby sprawdzenie, czy nic nie zostało w nim ukryte metodą najmniej znaczącego bitu (https://en.wikipedia.org/wiki/Bit_numbering). Wspominasz wprawdzie, że Xian “stosował rozmaite transformacje”, ale na mój gust sugeruje to raczej jakieś przekształcenia afiniczne czy zmiany kolorystyki.

I na koniec odnośnie do imiesłowów… Wiadomo, że najbardziej typowe i wskazane zastosowanie imiesłowu przysłówkowego współczesnego to opisanie czynności rozciągniętej, podczas której lub równocześnie z którą zachodzi inna czynność lub zdarzenie. “Jadąc na rowerze, minąłem się z policjantami”. Zastępowanie takim imiesłowem okolicznika przyczyny jest konstrukcją utartą i moim zdaniem całkowicie dopuszczalną: “Nie dostrzegając przyjaciółki na przystanku, popędziłem za dwoma facetami niosącymi zrolowany dywan”. Podobnie zastępuje się okolicznik sposobu: “Przeprowadzając skomplikowane obliczenia, wypełniałem kolejne pozycje tabeli”. Jednak zastępowanie imiesłowem okolicznika celu, co tutaj próbowałaś zrobić, zwykle jest już uchybieniem stylistycznym (broni się jeszcze najczęściej przy użyciu “chcąc, pragnąc”). Na przykład “Wprowadźmy system badań prenatalnych, wykrywając zawczasu groźne dla życia mutacje” ma wyraźnie inny odcień znaczeniowy niż “żeby zawczasu wykrywać” i nie jest szczególnie sensowne. Jeszcze wyraźniejszym błędem jest zastępowanie w taki sposób okoliczników warunku czy przyzwolenia. Wydaje mi się, że Tarnina dostrzega tę wadę w tekstach znacznie częściej i bardziej systematycznie ode mnie, wprawdzie czasem też wytykając konstrukcje, które ja byłbym jeszcze skłonny uznać za dopuszczalne.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!

dała radę się tym tak rzetelnie zająć

Taki los jurora… XD

które z perspektywy jurora naturalnie wymagają przede wszystkim skrytykowania do gruntu, z perspektywy pomocnego czytelnika na portalu literackim są jednak wyzwaniem do załatania

To dwie strony tej samej monety. Jak załatać dziury, kiedy się nie wie o ich istnieniu ani rozległości?

myślę, że mało kto wpadłby na takie skojarzenie bez podpowiedzi.

O, to, to. Nie można na to liczyć.

nie jest wiarygodne, by przestępcy i śledczy doznali dokładnie tego samego zaćmienia

Prawda.

Być może utyskiwał przy tym na poziom umysłowy środowiska, w którym jest zmuszony pracować.

Utyskiwania i kłótnie znakomicie odmalowują tło i przekazują informację.

w tej chwili on rzeczywiście trochę wygląda jak naszkicowana grubą kreską postać z broszurki propagandowej

Yup.

kiedy inni próbują spać

Yyyy… oni chyba nie śpią wszyscy razem XD

Albo – taki pomysł mi się nasunął – zapis binarny na ostatnich pozycjach trójek, tak żeby szyfr nie zmieniał funkcjonalności edytowanego genomu.

O, o tym nie pomyślałam, a brzmi nieźle, chociaż czy DNA jest aż tak zdegenerowane? (jak tak zerkam na https://pl.wikipedia.org/wiki/Kod_genetyczny#/media/Plik:Aminoacids_table.svg to chyba jest).

Pierwsze, co chciałbym znaleźć na miejscu bohaterów opowiadania, to obszar, na którym odczytywany genom zachowuje się dziwnie

Tak, tylko co z tego, skoro nie znamy kodu, którym wiadomość jest zapisana?

pierwszą myślą byłoby sprawdzenie, czy nic nie zostało w nim ukryte metodą najmniej znaczącego bitu

Ooo, o tym nie wiedziałam. Ciekawe… (aczkolwiek – nie znamy kodu ^^)

Wiadomo, że najbardziej typowe i wskazane zastosowanie imiesłowu przysłówkowego współczesnego to opisanie czynności rozciągniętej, podczas której lub równocześnie z którą zachodzi inna czynność lub zdarzenie.

Tak jest.

Zastępowanie takim imiesłowem okolicznika przyczyny jest konstrukcją utartą i moim zdaniem całkowicie dopuszczalną: “Nie dostrzegając przyjaciółki na przystanku, popędziłem za dwoma facetami niosącymi zrolowany dywan”.

Hmmmm. Sęk w tym, że tutaj podmiot nie dostrzega, co jest raczej rozciągłe. Gdyby coś dostrzegł, miałabym poważne wątpliwości, czy to poprawne.

Podobnie zastępuje się okolicznik sposobu: “Przeprowadzając skomplikowane obliczenia, wypełniałem kolejne pozycje tabeli”. 

To tak. Trochę nie brzmi, ale może to kwestia gustu.

heart

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość

To dwie strony tej samej monety. Jak załatać dziury, kiedy się nie wie o ich istnieniu ani rozległości?

Jasne, pisałem raczej od strony, że trudno oczekiwać, żebyś próbowała jeszcze łatać te dziury, kiedy już włożyłaś tyle pracy w ich wyszczególnienie i nie do końca jest to rolą jurora.

O, to, to. Nie można na to liczyć.

Jednak w tekście jest to raczej usprawiedliwione: skoro złoczyńcy umówili się na przekazanie informacji w ten sposób, to dużo łatwiej od osób postronnych odgadną, że nienaturalnie wygięty palec wskazuje kluczowe miejsce na mapie. Udana steganografia często opiera się na takim dorozumianym kontekście. Naturalnie do zasady Kerckhoffsa ma się to nijak, ale to już osobny temat.

Yyyy… oni chyba nie śpią wszyscy razem XD

Myślałem na przykład o przerwie w Ważnym Zebraniu, ale widzę teraz, że tymi słowami musiałem Ci podsunąć wizję wspólnej sypialni na obozie młodzieżowym!

Tak, tylko co z tego, skoro nie znamy kodu, którym wiadomość jest zapisana?

Właśnie to, co opisałem. Kiedy już wiemy, że wiadomość zaczyna się prawdopodobnie w określonym miejscu, a w dodatku przypuszczamy, że tym początkiem jest na przykład nagłówek pliku graficznego, to już daje realną możliwość dopasowywania różnych kodów, żeby siłą lub sprytem trafić na ten właściwy. Nie czuję się jakimś ekspertem w dziedzinie kryptologii, ale to jest w miarę blisko podstaw, nie wymyślam sobie tego na bieżąco.

Hmmmm. Sęk w tym, że tutaj podmiot nie dostrzega, co jest raczej rozciągłe. Gdyby coś dostrzegł, miałabym poważne wątpliwości, czy to poprawne.

Prawda, w tym samym kontekście napisałbym raczej “nie znalazłszy” niż “nie znajdując”.

Dziękuję nowym Czytelnikom. :-)

 

Tarnino,

Jeśli z góry wiem, co mam odczytać z Twojego komunikatu, to z góry znam jego treść. Czyli właśnie to, co chcesz mi przekazać.

Nie. Umawiamy się na sposób kodowania wiadomości. Na przykład: “Jeśli będę Ci chciała przesłać wiadomość, na której wyspie Śródziemnego jest skarb, wyślę obrazek. Patrz na kształty w tle”. Na razie nie wiesz, gdzie jest skarb.

Tak, ale po japońsku można zastosować tablicę Polibiusza. I co?

I to, że kod trzeba dostosować do sytuacji i możliwości obu stron. Już wiem, że Tobie nie prześlę nic w obrazku.

W sumie skąd nam się wzięły spacje?

Też już nie pamiętam.

Dobra, mam poważne wrażenie, że się coraz bardziej rozjeżdżamy… Szczerze, to już nawet nie wiem, czy mówimy o informacji semantycznej, czy syntaktycznej…

A co to takiego?

… nie? Ale co to ma do wiatraka? W labiryncie mogłabyś im dać wierszyki ze wskazówkami wypisane na ścianach, parę kłębków włóczki (i gumę do żucia, żeby przykleić do ściany), potwora, żeby wył w środku labiryntu i ich odstraszał albo co. A łopaty nie. I to by się trzymało kupy. Nie trzymałoby się kupy, gdybyś im dała magiczny kompas bez odpowiedniego przygotowania takiej możliwości wcześniej (a nawet z takim przygotowaniem mogłoby być mało ciekawe).

No to dałam im informatyka i techniczkę, trochę sprzętu do sekwencjonowania genomu (ale mało)… Słyszeli plotki o wielkim odkryciu i są przekonani, że mapa zostanie wysłana na Marsa.

Nie o to mi chodziło. Chodziło mi o to, że gdyby ta "m-geologia" była terminem slangowym, potocznym, to miałoby to sens. Gdyby, mmm, Marsjanie mieli jakieś własne słowa. Takie wiesz, jak w tej scenie na początku "Blade Runnera". Kurka, nawet "marsologia" brzmiałaby lepiej.

Nie wiem, czy to termin tylko potoczny, czy też na studiach można wybrać m-geografię. Nie oglądałam “Blade Runnera”. Czytałam, ale nie pamiętam szczegółów pierwszej sceny. Dla mnie marsologia ani aresologia nie brzmią lepiej, bo odczytałabym je jako naukę o Marsie ogółem, łącznie z historią. Bez sugerowania geologii. 

… nie? Może wyznaczasz próg fanatyzmu religijnego o wiele niższy, niż ja, ale – ?

Tak. Tak się złożyło, że niedawno rozmawiałam z kobietą, którą teściowa syna podstępem zmusiła do udzielenia dzieciom przed ślubem błogosławieństwa przed domowym ołtarzykiem. Po tym, jak moja znajoma w rozmowie powiedziała wyraźnie, że jest ateistką i nie życzy sobie takiego przedstawienia. Ale została postawiona przed faktem prawie dokonanym, więc dzieciaki pobłogosławiła, żeby nie robić im przykrości i nie zaczynać im wspólnego życia od awantury. Czy ateista nie ma prawa do wyboru w takiej kwestii? W jaki sposób może się bronić? Raczej wszyscy dochodzą do wniosku, że nikt nie ucierpiał, więc niech sobie ta teściowa wierzy w co chce i wciąga postronnych do swoich rytuałów. Ale gdyby jej ktoś kazał na przykład zatańczyć dookoła ogniska, to przecież wykluczone, bo to jakieś pogańskie gusła, prawda?

Których skutkiem bywa również bycie wkurzającym cheeky

Oj tam, oj tam. Nikt nie jest konsekwentnie i doskonale wkurzający ani zły.

Yyyy… oni chyba nie śpią wszyscy razem XD

No, raczej nie są skoszarowani.

 

Ślimaku,

Może na początek przyznam, że odbiłem się z hukiem od tego tekstu, kiedy jeszcze był anonimowy. Znalazłem rozwiniętą kolonię górniczą, która ma komórkę FBI, ale nie ma sądów i prawników, znalazłem narkotyk, który daje programowalne tripy (gdyby chociaż w koordynacji z zestawem VR!) i stwierdziłem, że to jakieś naiwne SF, którego nijak nie mam siły analizować i dekonstruować krok po kroku. Możliwe też, że odrobinę zraziły mnie wulgaryzmy, choć całkowicie uzasadnione fabularnie. 

Szkoda, że się odbiłeś. OK, zostawienie wszystkich prawników na Ziemi było błędem.

Na narkotykach się nie znam i nigdy mnie specjalnie nie pociągały. Potrzebowałam czegoś, co będzie przydatne dla tęskniących za Ziemią kolonistów. Zestaw VR byłby fajnym uzupełnieniem, ale na to nie wpadłam.

 

Muszę oddać kompa. Ciąg dalszy odpowiedzi nastąpi.

Babska logika rządzi!

Odpowiedzi do komentarza Ślimaka ciąg dalszy:

Niemniej skoro już poznałem autorstwo i przeczytałem opowiadanie od deski do deski, miałem z tego przyjemność.

Dobre i to.

Tak przy okazji, gdzie Ty widzisz tę Afrykę w logo UNICEF? Rozumiem, że trzeba zwracać uwagę na białe tło. Kiedy patrzę od strony głów obojga, mam coś jakby grzyb wznoszący pięść w górę lub kobiecy układ rozrodczy z usuniętym jednym przydatkiem. A od strony szyi dziecka garbaty trójkąt ostrokątny z przesmykiem u szczytu, w którym od wielkiej biedy (ignorując cały ten teren po lewej) mógłbym się raczej dopatrzyć Ameryki Południowej. Ach, czekaj… rączka dziecka wchodzi na tło Afryki, no przecież! Jednak ten kontur jest bardzo nieprecyzyjny i myślę, że mało kto wpadłby na takie skojarzenie bez podpowiedzi.

Ufff! NIe tylko ja widzę tam Afrykę. Owszem, kontur nie rzuca się w oczy, ale właśnie dlatego nadaje się na steganografię. Tutaj kontur tylko może się kojarzyć, u mnie kontur został dopracowany kosztem postaci na pierwszym planie.

Wracając do łatania dziur fabularnych: mapa. Przesyłanie jej zamiast koordynat geograficznych to zaćmienie umysłowe, które zdarza się najlepszym – ale nie jest wiarygodne, by przestępcy i śledczy doznali dokładnie tego samego zaćmienia.

W konkursie była mapa, więc się na niej zafiksowałam. Mój błąd.

Wystarczy jednak dopisać w jednym-dwóch zdaniach to, co przecież jest już zasugerowane lub niemal zasugerowane: że informator umieszczony w mafii dowiedział się, iż będą próbowali fizycznie przemycić mapę,

No, na to nie wpadłam. A jakieś wyjaśnienie dobrze by zrobiło. Pomysł z informatorem fajny i wygląda wiarygodnie.

Religijność Paula. OK, może przesadziłam. Ale uznałam, że skoro szukał mapy, a znalazł ikonę, to mógł uznać, że jest w całkiem innym miejscu, niż planował.

Scenki komediowe. Nie wydawały mi się potrzebne. W ten sposób piszę względnie krótkie teksty. ;-)

I wreszcie kwestia, która najbardziej mnie tutaj zwabiła, czyli samo dekodowanie wiadomości. Sposób wpadnięcia na to, że znajduje się ona w kodzie genetycznym bakterii, przedstawiasz moim zdaniem w pełni wiarygodnie.

Dzięki, dobry człowieku! :-)

Skoro informacja ma być odczytana komputerowo (a nie przez człowieka z mikroskopem, notesem i ołówkiem…)

To jest Mars. Nie ma lasów, papier bardzo rzadko występuje, więc i ołówek niepotrzebny.

oraz w ogóle przypuszczamy, że jest to zapis pliku graficznego, na pewno przyjąłbym założenie robocze, że poszukiwany kod jest binarny. Przyjęte przez bohaterów opowiadania przypuszczenie, że A, C, T, G odpowiadają w jakimś porządku 00, 01, 10, 11 jest naturalne,

Dzięki!

Równie dobrze mógłby to być, jak pisze Tarnina, kod zdegenerowany, w którym całe kodony DNA reprezentują zera lub jedynki.

Wzięłam najbardziej wydajny sposób zapisu, na jaki wpadłam. Nie przeładowujmy tej biednej bakterii megabajtami zbędnego DNA.

Albo – taki pomysł mi się nasunął – zapis binarny na ostatnich pozycjach trójek, tak żeby szyfr nie zmieniał funkcjonalności edytowanego genomu.

Pomysł ciekawy. Ale wzięłam bardziej wydajny.

Typową metodą poszukiwania szyfrogramu (w tym steganogramu) w tekście jest badanie zmian częstotliwości poszczególnych znaków, a także ich par itp. Pierwsze, co chciałbym znaleźć na miejscu bohaterów opowiadania, to obszar, na którym odczytywany genom zachowuje się dziwnie (obecność kodonów stopu jeden obok drugiego, zaburzenia https://en.wikipedia.org/wiki/Codon_usage_bias i różne takie).

Fajne pomysły. Najwyraźniej wiesz na ten temat więcej, niż ja.

Wspominasz wprawdzie, że Xian “stosował rozmaite transformacje”, ale na mój gust sugeruje to raczej jakieś przekształcenia afiniczne czy zmiany kolorystyki.

Napisałam o poszukiwaniach Xiana to, co zapamiętałam z rozmowy ze znajomym informatykiem. Zmiany kolorystyki też były.

Imiesłowy. Hmmm. Wydawało mi się, że obydwa zdarzenia muszą zachodzić jednocześnie. Jedno nie musi być rozciągnięte bardziej niż drugie. Dla mnie zdanie “idąc, pogwizdywał wesoło” jest w porządku. “Robiąc coś tam, upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu” – też mi nie zgrzyta. Ale jesteście bardziej wyczuleni językowo niż ja.

Też pozdrawiam. 

 

Dzięki, Anet. :-)

Babska logika rządzi!

To jest Mars. Nie ma lasów, papier bardzo rzadko występuje, więc i ołówek niepotrzebny.

Ten dopisek w nawiasie w ogóle podałem tylko jako groteskową alternatywę dla odczytu komputerowego.

Wzięłam najbardziej wydajny sposób zapisu, na jaki wpadłam. Nie przeładowujmy tej biednej bakterii megabajtami zbędnego DNA.

Widzę, ale osoby łamiące szyfr muszą liczyć się z tym, że przeciwnik nie wybrał najbardziej wydajnego sposobu zapisu, dlatego nazwałem to założenie “ryzykownym” z ich strony.

Imiesłowy. Hmmm. Wydawało mi się, że obydwa zdarzenia muszą zachodzić jednocześnie. Jedno nie musi być rozciągnięte bardziej niż drugie. Dla mnie zdanie “idąc, pogwizdywał wesoło” jest w porządku. “Robiąc coś tam, upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu” – też mi nie zgrzyta. Ale jesteście bardziej wyczuleni językowo niż ja.

Nie wiem, czy bardziej: akurat w tym temacie pamiętam, że kiedyś w którymś Twoim tekście zwróciłem uwagę na równoważnik imiesłowowy użyty z wyjątkowym smakiem, lepiej niż sam bym potrafił; nie mogę tego teraz znaleźć. Jasne, że mogą być tak samo rozciągnięte, Twoje przykłady są w porządku i nic innego nie chciałem sugerować.

Z tego, co wyżej pisałem, wynika raczej, że imiesłów nie powinien mieć węższego zakresu czasowego niż orzeczenie zdania głównego. “Zwiedzając Laponię, przeprawiał się wpław przez wezbrane rzeki” nie budzi zastrzeżeń, natomiast “Zwiedzał Laponię, przeprawiając się wpław przez wezbrane rzeki” jest już konstrukcją mocno podejrzaną, a co najmniej sugerującą, że przymusowe morsowanie jest jedynie prawdziwą formą zwiedzania Laponii.

Niemniej to, do czego głównie odnosiły się uwagi Tarniny i w jakim zakresie starałem się je objaśnić, to zagadnienie zastępowania równoważnikami imiesłowowymi zdań podrzędnych okolicznikowych (innych niż czasu).

Aaaa, groteska. Nie wyłapałam.

Widzę, ale osoby łamiące szyfr muszą liczyć się z tym, że przeciwnik nie wybrał najbardziej wydajnego sposobu zapisu, dlatego nazwałem to założenie “ryzykownym” z ich strony.

Tak. Ale to pierwszy wariant do sprawdzenia, IMO. Jeśli nie zadziała, szukamy czegoś innego.

Z tego, co wyżej pisałem, wynika raczej, że imiesłów nie powinien mieć węższego zakresu czasowego niż orzeczenie zdania głównego. “Zwiedzając Laponię, przeprawiał się wpław przez wezbrane rzeki” nie budzi zastrzeżeń, natomiast “Zwiedzał Laponię, przeprawiając się wpław przez wezbrane rzeki” jest już konstrukcją mocno podejrzaną, a co najmniej sugerującą, że przymusowe morsowanie jest jedynie prawdziwą formą zwiedzania Laponii.

OK. Z tym mogę się zgodzić.

Na rozgryzanie zdań okolicznikowych w tej chwili nie mam siły.

Babska logika rządzi!

skoro złoczyńcy umówili się na przekazanie informacji w ten sposób, to dużo łatwiej od osób postronnych odgadną, że nienaturalnie wygięty palec wskazuje kluczowe miejsce na mapie.

Naturalnie, sęk w tym, że skoro oni już wiedzą, na co mają zwracać uwagę, to mają przynajmniej część informacji. Hmmm…

widzę teraz, że tymi słowami musiałem Ci podsunąć wizję wspólnej sypialni na obozie młodzieżowym!

XD (Albo namiotu chłopaków z MASH, gdzie Frank właśnie głośnymi modlitwami wkurzał współlokatorów, którzy chcieli spać – ale też Frank jest postacią groteskową). 

Nie czuję się jakimś ekspertem w dziedzinie kryptologii, ale to jest w miarę blisko podstaw, nie wymyślam sobie tego na bieżąco.

Ja wiem, że nim nie jestem. Po prostu z tymi wiadomościami, które mam, nic tu nie pasuje…

Prawda, w tym samym kontekście napisałbym raczej “nie znalazłszy” niż “nie znajdując”.

Właśnie, ja też.

Na przykład: “Jeśli będę Ci chciała przesłać wiadomość, na której wyspie Śródziemnego jest skarb, wyślę obrazek. Patrz na kształty w tle”. Na razie nie wiesz, gdzie jest skarb.

Hmmm. Ale wtedy ryzykujemy, że nie wpadnę na to, co chcesz mi przekazać, albo że ktoś inny wpadnie…

A co to takiego?

Syntaktyczna – w sensie Shannona. Semantyczna – znaczenie.

Słyszeli plotki o wielkim odkryciu

Kurczę, to ta technika jest ugruntowana, czy nowa i rewolucyjna w końcu?

Nie wiem, czy to termin tylko potoczny

A ja mam wiedzieć, to Twój świat XD brzmi bardzo potocznie.

Dla mnie marsologia ani aresologia nie brzmią lepiej, bo odczytałabym je jako naukę o Marsie ogółem, łącznie z historią.

Kolejny przykład na to, że nie można liczyć na skojarzenia, bo mnie właśnie odwrotnie (historię ma ludzkość, ale planeta? tylko tzw. historię naturalną, czyli kiedyś były trylobity, a teraz zostały z nich skamieniałości).

Tak się złożyło, że niedawno rozmawiałam z kobietą…

Dobra, to jest przykład niezłej szajby, nie tylko religijnej. Ale co z tego wynika dla tekstu? Bo sama dezaprobata dla związków nieformalnych jest od czegoś takiego dość daleko. I można ją uzasadnić najzupełniej rozsądnie, a nie tylko etyką bożego nakazu (jak większość maksym moralnych…)

Na narkotykach się nie znam i nigdy mnie specjalnie nie pociągały.

To jest kwestia nie tyle samych narkotyków, co podstawowej biochemii. Durka twierdzi, że zmienność osobnicza w ludzkich mózgach jest taka, że praktycznie każdy inny. Występuje np. takie zjawisko, że lek, który na 80% populacji działa, powiedzmy, uspokajająco, 20% stymuluje. (To zależy też od wieku, ale nie rozgadujmy się o rzeczach, o których mam tylko powierzchowne pojęcie). A Ty chcesz mieć środek, który nie dość, że u każdego wywołuje halucynacje, to jeszcze te halucynacje da się "programować" czyli nadać im określoną treść, i to mniej więcej taką samą u każdego, kto dostanie konkretny program – nie wygląda to na możliwe. Z zestawem VR, może. Ale bez niego już nijak.

Tak nawiasem, gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego w kobyle o SI nic nie napisałam o argumentacji Lucasa-Penrose’a – właśnie dlatego. Idea umysłu jako systemu formalnego wydaje mi się po prostu dziwna. Ale to tak nawiasem.

Owszem, kontur nie rzuca się w oczy, ale właśnie dlatego nadaje się na steganografię.

Akurat współczesna steganografia działa bardziej przez ukrywanie danych w "niepotrzebnych" bajtach obrazka.

Przyjęte przez bohaterów opowiadania przypuszczenie, że A, C, T, G odpowiadają w jakimś porządku 00, 01, 10, 11 jest naturalne

Ale niepotrzebne. Widzę, że tylko ja byłam takim nerdem, żeby się w dzieciństwie uczyć systemu liczbowego Feanora XD ale zostańmy przy kodzie binarnym, czwórkowym i heksach.

 

Owszem, ponumerowanie zasad w ten sposób jest możliwe i jest tutaj 4! kombinacji (24 możliwości). Ale. 

 

Systemów liczbowych jest tyle, ile liczb, a jak dopuścić inne znaki, to dużo więcej: https://pl.wikipedia.org/wiki/Systemy_pozycyjne

 

Powiedzmy, że zapisujemy liczby bez spacji – w tym celu, żeby były jednoznaczne, musimy mieć ustaloną długość liczby. Powiedzmy, że będziemy używać ośmiobitowych liczb dwójkowych (bo mamy stary komputer). Czyli od 00000000 do 11111111.

 

Czy możemy to zapisać Twoim sposobem? Możemy. Ale czy nie sensowniej byłoby te liczby przełożyć na kod czwórkowy? Bezpośrednio? Wtedy byłyby krótsze (tu wygodna tabelka: https://en.wikipedia.org/wiki/Quaternary_numeral_system): 11111111(bin) to 3333(quad), o ile się nie mylę. Można zmieścić dwa razy więcej informacji syntaktycznej.

 

Jasne, potem trzeba to przełożyć na kod komputerowy, żeby wyświetlić informację na standardowym wyświetlaczu, ale to już najmniejszy problem (programista Informa dałby sobie radę).

Dla mnie zdanie “idąc, pogwizdywał wesoło” jest w porządku.

Jest. Ale pogwizdywanie jest ciągłe.

“Robiąc coś tam, upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu” – też mi nie zgrzyta.

No, a mnie trochę tak. Albowiem:

 “Zwiedzał Laponię, przeprawiając się wpław przez wezbrane rzeki” jest już konstrukcją mocno podejrzaną, a co najmniej sugerującą, że przymusowe morsowanie jest jedynie prawdziwą formą zwiedzania Laponii

Mhm.

zagadnienie zastępowania równoważnikami imiesłowowymi zdań podrzędnych okolicznikowych (innych niż czasu)

Tak.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Akurat współczesna steganografia działa bardziej przez ukrywanie danych w "niepotrzebnych" bajtach obrazka.

Dobrze, wspomniałem o tym wyżej, ale moim zdaniem nie jest to zarzut do tekstu: da się ukrywać dane taką metodą, a fabuła jest ciekawsza, gdy bohaterowie dopatrzą się czegoś w konturach obrazka, niż gdyby napisać tylko, że Xian wydobył coś z najmniej znaczących bitów czy ze “śmieciowego” przedłużenia metadanych.

Czy możemy to zapisać Twoim sposobem? Możemy. Ale czy nie sensowniej byłoby te liczby przełożyć na kod czwórkowy? Bezpośrednio? Wtedy byłyby krótsze (tu wygodna tabelka: https://en.wikipedia.org/wiki/Quaternary_numeral_system): 11111111(bin) to 3333(quad), o ile się nie mylę. Można zmieścić dwa razy więcej informacji syntaktycznej.

Przecież to są dwa równoważne sposoby opisu tego samego kodu, nie wiem, jak Ci wyszło, że “można zmieścić dwa razy więcej informacji syntaktycznej”. Przykładowo “Cytozyna odpowiada sekwencji cyfr 10 w zapisie binarnym” i “Cytozyna odpowiada cyfrze 2 w zapisie czwórkowym” to zdania równoważne.

Dlatego pisałem “na pewno przyjąłbym założenie robocze, że poszukiwany kod jest binarny” – nawet jeśli autorzy pierwotnie nie myśleli o nim w ten sposób, a z przełożenia go na binarny uczynili drugi etap dekodowania, to przecież mogę w wyobraźni połączyć te dwa etapy w jeden.

Dobrze, że te komentarze nie stanowiły fragmentów opowiadania, bo nic bym nie zrozumiała… blushlaugh

Pecunia non olet

da się ukrywać dane taką metodą, a fabuła jest ciekawsza, gdy bohaterowie dopatrzą się czegoś w konturach obrazka

Jasne, tylko właśnie o to chodzi, że na to widzenie w konturach obrazka nie ma co liczyć. Czy realistyczna kryptografia może się znaleźć w ciekawej fabule? Może. Czemu nie? (tu jest kod, ale szczególnego [czytaj – prostackiego] typu, który da się złamać przy założeniu, że to jest tekst, że jest po angielsku i dziedziczy częstotliwość występowania znaków po tym języku, zresztą to właśnie robi Wielki Detektyw, przy obrazku to nie przejdzie).

Tu: https://www.ciphermachinesandcryptology.com/en/goldbug.htm analiza opowiadania Poego (strona w ogóle wygląda ciekawie).

Ale nie do każdej fabuły da się wepchać wszystko… zresztą…

Swoją drogą, stary chwyt z otwieraniem zamka wsuwką też jest podobno do zrobienia, jeśli się wie, jak (albo można poczekać na szefa ze śrubokrętem, ekhm).

nie wiem, jak Ci wyszło, że “można zmieścić dwa razy więcej informacji syntaktycznej”

Mmmm. Chyba rozumowałam tak: dwa razy więcej – w tej samej liczbie znaków. W jednym zapisie ta sama liczba zajmuje 8 znaków, a w drugim 4. Więc jeśli mogę zapisać 8 znaków, to w systemie dwójkowym zmieszczę jedną liczbę, a w czwórkowym – dwie.

Ale teraz widzę, że przecież każdy znak w zapisie Finkli (00, 01, 10, 11) w zapisie DNA byłby i tak pojedynczym znakiem, a nie, mmm, dwuznakiem. Czyli faktycznie. Jeśli ktoś potrzebuje dowodu, że ja też się czasem potrafię sama skołować, to tu go ma :)

przecież mogę w wyobraźni połączyć te dwa etapy w jeden

W sumie tak. 

Dobrze, że te komentarze nie stanowiły fragmentów opowiadania, bo nic bym nie zrozumiała… blushlaugh

Oj tam XD Właśnie trafiłam na: https://radionaukowe.pl/podcast/mapy-i-matematyka-jak-mapy-prowadza-nas-i-zwodza-dr-paulina-rowinska/ :)

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Oj tam XD Właśnie trafiłam na…

No i proszę… ;) Zwodzenie na całego. :)

Pecunia non olet

laugh

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

O, widzę, że dyskusja doskonale radzi sobie beze mnie. :-)

XD (Albo namiotu chłopaków z MASH, gdzie Frank właśnie głośnymi modlitwami wkurzał współlokatorów, którzy chcieli spać – ale też Frank jest postacią groteskową). 

A tego odcinka nie kojarzę…

Kurczę, to ta technika jest ugruntowana, czy nowa i rewolucyjna w końcu?

Słyszeli plotki, że MMM odkryła ogromne złoże marsjanitu. Technika wstawiania bakteriom spreparowanych fragmentów DNA intensywnie raczkuje.

A ja mam wiedzieć, to Twój świat XD brzmi bardzo potocznie.

Nie bardziej niż taka k-przestrzeń czy N-acetylocysteina. Jakie znaczenie terminowi nadamy, takie będzie nosił.

Kolejny przykład na to, że nie można liczyć na skojarzenia, bo mnie właśnie odwrotnie (historię ma ludzkość, ale planeta? tylko tzw. historię naturalną, czyli kiedyś były trylobity, a teraz zostały z nich skamieniałości).

W przypadku Marsa pewnie byłaby to historia kolonizacji; nadanie nazwy, pierwsze obserwacje przez teleskop, sondy, łaziki…

Dobra, to jest przykład niezłej szajby, nie tylko religijnej. Ale co z tego wynika dla tekstu?

To po prostu mój argument za tym, że fanatycy religijni są wśród nas. I traktuje się stosunkowo łagodnie. Zakłócanie rytuałów religijnych wiąże się z co najmniej dezaprobatą, a zakłócanie braku rytuałów ateiście – już nie. Bo skoro świadkowie Jehowy mają nakaz nawracania, to jakoś tam usprawiedliwiamy ich namolność i nie uważamy za świrów. Ja Paula też nie chciałam kreować na wariata.

OK, cudowność marsylianki jako narkotyku jest niedopracowana. Nie mam pojęcia, co może robić wyjątkowo zajefajny narkotyk.

Xian szukał znaków wodnych i tym podobnych skarbów, zanim Alex zauważył podobieństwo do krateru.

Babska logika rządzi!

O, widzę, że dyskusja doskonale radzi sobie beze mnie. :-)

Taka jest samodzielna ^^

A tego odcinka nie kojarzę…

Bo to było w filmie XD

Słyszeli plotki, że MMM odkryła ogromne złoże marsjanitu. Technika wstawiania bakteriom spreparowanych fragmentów DNA intensywnie raczkuje.

Aha.

Nie bardziej niż taka k-przestrzeń czy N-acetylocysteina. Jakie znaczenie terminowi nadamy, takie będzie nosił.

… od ilu postów to tłumaczę? Ech. Ale nie chodzi o znaczenie, tylko o, cóż, skojarzenia… blush ekhm. Brzmieniowe. W każdym razie, kiedy występuje tylko jeden taki termin, nie bardzo można wnioskować, czy jest naukowy czy potoczny, trzeba zgadywać. Ja zgadłam tak. Gdybyś dała wskazówki, zgadywanie byłoby niepotrzebne.

W przypadku Marsa pewnie byłaby to historia kolonizacji;

Ale to jest historia po prostu. Nie mówimy o żadnej p-historii, tylko o historii Polski.

zakłócanie braku rytuałów ateiście – już nie

Trudno zakłócić brak, ale znowu się rozjeżdżamy. Eksperyment – zamień przedmiot szajby Paula na niereligijny, powiedzmy, weganizm. Mógłby np. pojechać na Marsa, bo tam się nie je mięsa (z praktycznych powodów pewnie by się go za dużo nie jadło, bo przywóz niepraktyczny, a hodowla, przynajmniej dużych zwierząt, utrudniona – wyobrażam sobie króliki i kury, ale tu też potrzeba specjalisty, w każdym razie większe zwierzęta już nie bardzo).

 

Więc wyobraź sobie, że facet jest weganinem. Czy narzucanie tego innym nie byłoby równie męczące?

 

Narzucanie innym swoich poglądów nie jest zjawiskiem religijnym i słabo zależy od treści tych poglądów (tak w zasadzie, to właśnie chrześcijanin nie powinien tego robić, tylko ludzie skłonni do takiego narzucania jakoś o tym "nie wiedzą"). Lata po noosferze taki pogląd, że jak tylko się pozbędziemy religii, to nastanie utopia. Nie nastanie. To ludzie robią sobie nawzajem krzywdę, a zwalanie tego na religię (czy cokolwiek innego) przypomina usprawiedliwienia (pardon) gwałciciela, że "ona miała za krótkie mini".

Nie mam pojęcia, co może robić wyjątkowo zajefajny narkotyk.

Lamża miał wrzucić do sieci coś o tym… ale jeszcze nie wrzucił. Zasadniczo, o ile wiem, psychodeliki wywołują różne dziwne stany. Chodzi o to "programowanie", to tak nie działa.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Bo to było w filmie XD

Ale ja ten serial kiedyś oglądałam. Nie wszystkie odcinki, ale coś tam. Bo fajny był. Czy chcesz powiedzieć, że był jeszcze film, nie serial?

Ja zgadłam tak. Gdybyś dała wskazówki, zgadywanie byłoby niepotrzebne.

A czy to ma aż takie znaczenie, czy to słowo jest potoczne czy neutralne? Alex zna geologię marsjańską. To się liczy.

Ale to jest historia po prostu. Nie mówimy o żadnej p-historii, tylko o historii Polski.

Historia oznacza naukę o przeszłości. Geologia, jak sama zauważyłaś, implikuje Ziemię, ma ja w nazwie. Marsjańską trzeba jakoś odróżnić.

Weganizm. Jeśli na Marsie praktycznie nie ma mięsa, to niespecjalnie trzeba innych zmuszać do weganizmu.

Wydaje mi się, że do weganizmu trudno zmusić. Jasne, jeśli weganin robi imprezę, to pewnie nie poda prosiaka z jabłkiem w ryjku, tylko same jabłka. Możliwe, że goście po wyjściu będą głodni i niezbyt szczęśliwi, ale po powrocie do domu mogą się rzucić na szynkę. Chyba nie musieli na tę balangę iść, jeśli posiłek bez kotleta się dla nich nie liczy. A czy żołnierz w wojsku może powiedzieć, że nie idzie na mszę celebrowaną przez kapelana, którego zaprosił kapitan?

Babska logika rządzi!

Czy chcesz powiedzieć, że był jeszcze film, nie serial?

W ogóle najpierw była książka. Nie wiem, czy u nas wyszła. Potem film, ten z Donaldem Sutherlandem, a serial dopiero dwa lata później (się zaczął, bo leciał jedenaście lat).

Historia oznacza naukę o przeszłości.

Ale pojęcie "historii naturalnej" właściwie wyszło z użycia, teraz, kiedy ktoś mówi o historii, to chodzi o dzieje ludzi.

Jeśli na Marsie praktycznie nie ma mięsa, to niespecjalnie trzeba innych zmuszać do weganizmu.

Nie to miałam na myśli. Weganie przyszli mi do głowy jako grupa niereligijna, a wykazująca spory procent fanatyków, a przynajmniej sporą hałaśliwość tych fanatyków. Ilustrujących to anegdot znajdziesz po internetach masę. (Zaznaczam – anegdot! Takich, jak Twoja z teściową.)

 

Przykład z żołnierzem nijak się ma do przykładu z teściową. Zasadniczo człowiek jest istotą społeczną, a do życia społecznego potrzebne są jakieś konwencje. Te konwencje są trochę różne w różnych grupach (jeśli przychodzi Ci teraz na myśl słowo "subiektywne" to je przegoń, to zupełnie inna kategoria). 

 

Jeżeli żołnierz jest członkiem społeczności, której broni, to dlaczego miałby mieć coś przeciwko braniu udziału w jej normalnych konwencjach? Teściowa (pomijając to, że w Twoim opisie ona wykazuje raczej myślenie magiczne w stylu starożytnego Rzymu, na ile mogę to ocenić) może być trochę… nadentuzjastyczna wobec wciągania do swojej społeczności kogoś, kto wolałby zachować dystans, ale zauważ, że reakcja wciąganej pozostaje w ramach szerszej konwencji, którą obie (chyba) uznają. 

 

Tutaj w ogóle nie chodzi o treść wierzeń, tylko o wspólnotę. Dlatego nie całkiem się zgadzam ze Scrutonem w kwestii religii jako przekierowania paszczackości (wszyscy czasem jesteśmy paszczakami) na tory nieszkodliwe – o ile może ona pełnić i tę funkcję, to na pewno nie automatycznie. Ale (w innych książkach) Scruton właśnie podkreśla rolę religii jako spoiwa wspólnoty.

 

Albo inaczej. Jakiś czas temu szukałam materiałów o etyce i trafiłam na stronę Simona Blackburna, który jest, było nie było, specjalistą (swoje stanowisko nazywa quazirealizmem i twierdzi, że to nie jest żaden fikcjonalizm, z czym już polemizowano, ale mniejsza). Były tam różne artykuły, które sobie, ot tak, przeglądałam, między innymi (nie pamiętam tytułu) taki, który się zaczyna opowieścią, jak to kolega wyznania mojżeszowego, ale niezbyt rzucający się z tym w oczy, zaprosił Blackburna na kolację. I przed jedzeniem wszyscy mieli się pomodlić, czego Blackburn demonstracyjnie odmówił jako ateista.

 

I pomyślałam sobie, że podobno Anglicy są grzeczni… Jak widać, od każdej reguły są wyjątki. Miałam wrażenie, że Blackburn jest wręcz dumny z tego, jak nieuprzejmie się zachował, jak niezręczną sytuację spowodował. Nie znając szczegółów, mogę tylko powiedzieć, że jak na faceta, który opierał swoją teorię etyki na "wrażliwości" (bo potem przestał, nie wiem, na czym teraz opiera), okazał tę ostatnią na poziomie słonia.

 

Ale to jest materiał na długi, analityczny artykuł.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Moja siostra jest weganką (to jedyny znany mi przypadek wśród najbliższych) i nikomu nie zabrania jedzenia mięsa. Na wigilię przyniosła marchewkę udającą łososia i chętnie tego spróbowałam – ciekawie smakowała. Z wojującym weganizmem się nie zetknęłam.

Społeczność, której broni żołnierz, ostatnio się laicyzuje. Czy żołnierz nie powinien mieć wyboru, czy chce brać udział w mszy? I to tak, żeby za niewłaściwy wybór nie musieć czyścić kibla szczoteczką do zębów?

Blackburn. No właśnie – demonstracyjnie odmówił, więc jest nieuprzejmy. A przecież powinien skłamać i wypowiadać słowa, które uważa za nieprawdziwe. Za to gospodarz jest bez winy. Wydaje mi się, że wystarczyłoby spytać “chcesz się przyłączyć do naszej modlitwy?” i zaakceptować odpowiedź przeczącą. Wtedy nikt nie musiałby kłamać ani niczego demonstrować.

Babska logika rządzi!

Moja siostra jest weganką (to jedyny znany mi przypadek wśród najbliższych) i nikomu nie zabrania jedzenia mięsa.

Ej. Nie idziemy w tę stronę. Wysoki procent fanatyków to nie to samo, co sto procent. Sęk w tym, że ludzie ogólnie mają do fanatyzmu skłonność i ulegają jej w różnych sprawach.

Z wojującym weganizmem się nie zetknęłam.

Osobiście – ja też nie. Ale z wojującym teizmem też nie. Przypuszczam, że ma to związek z faktem, że spotykam mało ludzi.

Czy żołnierz nie powinien mieć wyboru, czy chce brać udział w mszy?

Czy mógłby się wypowiedzieć ktoś, kto wie o wojsku więcej ode mnie? Dziękuję.

No właśnie – demonstracyjnie odmówił, więc jest nieuprzejmy. A przecież powinien skłamać i wypowiadać słowa, które uważa za nieprawdziwe. Za to gospodarz jest bez winy.

Bo nie można już odmówić grzecznie? Albo, nie wiem, wcześniej? Gospodarz, jak sądzę (bo o tym Blackburn nie pisze, o ile dobrze pamiętam), zaprosił go w dobrej wierze. Blackburn przyjął zaproszenie w przekonaniu (pewnie nie explicite, ale zawsze), że jego kolega niczego takiego nie praktykuje. Nieporozumienie można by było załatwić z minimum nieuprzejmości, gdyby obu stronom zależało na tym, żeby pozostać w dobrych stosunkach – a on postanowił to zrobić z hukiem. I nie było mu w ogóle głupio (skoro się tym chwali w internetach…).

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dobra, nie idźmy.

Żadnej z nas nie było na tej kolacji, nie wiemy, który zachowywał się grzecznie, a który nie. Nie mamy pojęcia, o czym wiedzieli.

Babska logika rządzi!

Właśnie. I nie widzę powodu, żeby podejrzewać gospodarza o jakieś niecne zamiary. Może je miał. Ale czy to wygląda prawdopodobnie?

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nie wiem, nie znam człowieka. Zwróciłam uwagę, że krytykujesz ateistę, który odmówił, a nie wierzącego, który zaproponował. I nie tylko Ty tak działasz, IMO.

Babska logika rządzi!

Ale nie zauważasz, że krytykuję sposób, w jaki odmówił, bardziej niż sam fakt…

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

A ja mam za mało danych. Nie wiem, w jaki sposób zaproponowano modlitwę. 

Babska logika rządzi!

Sprawdziłam: https://swb24.user.srcf.net/PAPERS/religion%20and%20respect.pdf

 

Opis sytuacji: Some years ago, without realizing what it might mean, I accepted a dinner invitation from a Jewish colleague for dinner on Friday night. I should say that my colleague had never appeared particularly orthodox, and he would have known that I am an atheist. However, in the course of the meal, some kind of observance was put in train, and it turned out I was expected to play along–put on a hat, or some such. I demurred, saying that I felt uncomfortable doing something that might be the expression of some belief that I do not hold, or of joining a “fellowship” with which I felt no special community, and with which I would not have any particular fellow-feeling beyond whatever I feel for human beings in general. I was assured that what it would signify, if I went through with the observance, was not that I shared the world views or beliefs of my host, or wished myself to identify uniquely with some particular small subset of humanity, but only that I respected his beliefs, or perhaps his stance. I replied that in that case, equally, I could not in conscience do what was required.

 

Czyli w sumie nie napisał praktycznie nic. To jest tylko punkt wyjścia do rozważań:

The evening was strained after that. But, I argued to myself, why should I

“respect” belief systems that I do not share

Ale musiałabym je porządnie, z notatkami przeczytać, żeby powiedzieć coś konkretniejszego.

 

ETA: inne artykuły Blackburna (różne, głównie etyka: https://swb24.user.srcf.net/PAPERS/list.html )

 

ETA: I, żeby uprzedzić to zastrzeżenie – nie, to nie jest sytuacja typu “Staś Tarkowski przed Mahdim”. Niewiele tu widać, ale raczej nikt gościa nie próbuje nawracać. Mają zastosowanie normy uprzejmości dotyczące relacji gość – gospodarz, a nie wyższe normy moralne. Ludzie często myślą, że wszystkie normy są równie ważne (w każdej sytuacji), ale to błąd.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dobrze, że te komentarze nie stanowiły części opowiadania, bo… bałabym się nawet zacząć je czytać. laugh

Pecunia non olet

No, sama nie wiem. W niektórych środowiskach jedzenie w nakryciu głowy jest nieakceptowane. Coś mi się kojarzą jakieś opowieści, że kogoś fryzjer tak skrzywdził, że nawet jadł w czapce i się koledzy z niego strasznie wyśmiewali – że Żyd, że nie Polak, że nie swój człowiek. Ale chyba dla kobiet te normy są luźniejsze – jeśli dama ma życzenie siedzieć w kawiarni w futrze i kapelutku, to w nich siedzi.

Bruce, ja nie wiem, czy bym pisała, gdyby trzeba było zacząć od komentarzy. ;-)

Babska logika rządzi!

Bruce, ja nie wiem, czy bym pisała, gdyby trzeba było zacząć od komentarzy. ;-)

laughkiss

Pecunia non olet

:-D

Babska logika rządzi!

W niektórych środowiskach jedzenie w nakryciu głowy jest nieakceptowane.

To jest norma obyczajowa. Żydzi dostarczają tu znakomitych przykładów – wiedziałaś na przykład, że oni mają (nie wiem, na ile) jasną hierarchię norm? Czy może raczej celów – celem nadrzędnym jest zawsze ochrona życia (nie, nie wiem, czy gojów też –powoli wracamy do świata plemion, ale to dygresja). Czyli jeśli na przykład ktoś umiera z głodu, to normy koszerności może sobie z czystym sumieniem olać, one są mniej ważne.

Zasadniczo takie podejście ma swoje zalety, ale ma też wady. Ale w ogóle normy nie mogą być wszystkie równie ważne, bo cywilizacja stawiająca ludzkie życie na równi z, powiedzmy, stłuczeniem dzbanka może się na tym szybko wywrócić.

Ale chyba dla kobiet te normy są luźniejsze – jeśli dama ma życzenie siedzieć w kawiarni w futrze i kapelutku, to w nich siedzi.

Nie, są po prostu inne. Jak by to wytłumaczyć… Czytałaś “Yumi i malarza koszmarów”? (Tak, całują się tam, wiem, fuj, ale jak dla mnie wątek romansowy jest dobrze podbudowany światotwórstwem, poza tym narrator ładnie przebija wszystkie purpurowe banieczki). Więc na początku oboje strasznie się potykają o normy, które obowiązują to drugie. Szczególnie Yumi, w której świecie nawet nie to, że obyczaje są sztywne, ale normy dotyczące jej konkretnie z racji jej pozycji społecznej są sztywne i drobiazgowe wręcz idiotycznie, a pozbawiona tego rusztowania nie wie, co robić. W każdym razie – Yumi doskonale wie, że inni ludzie nie muszą przestrzegać wszystkich tych tradycji, które ona zachowuje – bo inni ludzie nie są yoki-hijo! I analogicznie, czasami facet musi robić pewne rzeczy, bo taka norma obowiązuje faceta, a kobieta nie musi, bo jej ta norma nie obowiązuje.

 

Albo taka “Lewa ręka ciemności”, w której Ai też zwiedza świat ludzi operujących innym systemem norm i ma poważne problemy z poruszaniem się tam. Społecznym, oczywiście.

 

Najlepsze opracowanie zagadnienia, które znam, napisał Tolkien w ramach analizy “Gawaina i Zielonego Rycerza”, który to poemat, zdaniem Tolkiena, właśnie o tym traktuje. Tolkien wyróżnia tam (z pamięci) trzy poziomy: normy zabawy, normy dobrego wychowania, normy moralne – czyli reguły gry, w którą teraz gramy (i możemy przestać, jak nam się znudzi), reguły uprzejmości obowiązujące w naszej kulturze (które zależą od pozycji społecznej etc. w przypadku Gawaina – on jest rycerzem, więc musi się zachowywać odpowiednio do tego, chłop mógłby całą sprawę olać) i reguły moralne obowiązujące człowieka jako człowieka (a nawet hnau).

 

Ale o tym można by pisać i pisać (kto mi wreszcie da tę TARDIS, no, ile można prosić? XD).

Dobrze, że te komentarze nie stanowiły części opowiadania, bo… bałabym się nawet zacząć je czytać. laugh

 

laugh

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nie słyszałam o żydowskiej hierarchii norm, ale na pierwszy rzut oka wygląda logicznie.

U nas poniekąd jest podobnie – można się kłócić, czy sklepy mają być otwarte w niedziele, ale nie – czy szpitale, straż pożarna itp. Mam również nadzieję, że nikt chorym muzułmanom nie odstawia kroplówek podczas ramadanu.

Nie czytałam rzeczy, o których wspominasz. “Lewa ręka” też ciągle czeka na swoją kolejkę…

Babska logika rządzi!

U nas poniekąd jest podobnie

Tak, bo w zasadzie nie da się inaczej – tylko oni to chyba mówią explicite, a my nie.

Nie czytałam rzeczy, o których wspominasz.

Polecam.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Tak wiele fajnych książek, tak mało czasu. Jak już dorwiesz tardis, to się podzielisz? ;-)

Babska logika rządzi!

smiley

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Chyba Tarnina mnie wyśmiała. ;-)

Babska logika rządzi!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Taaa, teraz to niewinna mina i rączki na widoku… ;-)

Babska logika rządzi!

No, trudno :D

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

OK. Napijmy się! :-D

Babska logika rządzi!

Muszę Cię rozczarować, ale to jest herbata XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

A nie grzane wino? Ech… Może chociaż z rumem? ;-)

Nic to, rytuał wspólnego przyjmowania płynów to zawsze jakiś rytuał. ;-)

Babska logika rządzi!

kto mi wreszcie da tę TARDIS

Jak już dorwiesz tardis, to się podzielisz?

Ale wiecie, że czasu dzięki TARDIS nie zyskacie?

Ja w ogóle nie wiem, co to jest, ale mam nadzieję, że Tarnina wie, czego sobie życzy. :-)

Babska logika rządzi!

Ale wiecie, że czasu dzięki TARDIS nie zyskacie?

Niby nie, ale przy kreatywnym zastosowaniu… ;)

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Jeśli nawet zbytnio nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi…

Babska logika rządzi!

 

Albo trafimy do Elojów i Morloków :D

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

O! To czytałam. Hmmm, jednak pewne ryzyko jest…

Babska logika rządzi!

Bez ryzyka nie ma zabawy XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Prawda. :-)

Babska logika rządzi!

Mam również nadzieję, że nikt chorym muzułmanom nie odstawia kroplówek podczas ramadanu.

Na pewno wielu Użytkowników rozumie się tutaj na islamie znacznie lepiej ode mnie, ale skoro nikt się nie wyrywa do odpowiedzi: zasadniczo nie. W przeważających wykładniach obowiązek zachowania postu w ramadanie nie dotyczy dzieci, osób starszych i chorych, kobiet ciężarnych i karmiących i pewnie kogoś jeszcze. Jak jednak wiadomo, islam (w przeciwieństwie do takiego katolicyzmu) nie dysponuje scentralizowaną wykładnią teologiczną, a realia geopolityczne Bliskiego Wschodu sprawiają, że nawet stosunkowo mniejsze i zradykalizowane poglądy nieraz decydują o stanowieniu prawa w różnych krajach, trudno mi więc powiedzieć, czy nigdzie na świecie nie dzieje się coś w tym stylu.

Czyli wygląda na to, że wiele kultur postępuje w ten sposób, że potrafi poluzować nakazy religijne dla ratowania życia.

Dzięki, Ślimaku, za wypowiedź.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka