Profil użytkownika

 

 

 


komentarze: 3203, w dziale opowiadań: 2443, opowiadania: 1226

Ostatnie sto komentarzy

Dawno nie czytałem opowiadania, które byłoby dla mnie tak niejednoznaczne. Mam na myśli warsztat, jakbym czytał opowiadania dwóch różnych osób.

Pierwsza część jest dobra. Szowinistyczna, zero jedynkowa, ale dobra. Jest jakaś. I choć nie zgadzam się ze sporą częścią postawionych tez, to wyraźnie jest to niezależny i wiarygodny bohater. I odniósł skutek, widzę po komentarzu, że wyraźnie zirytowałeś Ambush, a to znacznie lepsze, niż ziewanie czy wzruszenie ramion.

Kobieta też wypada całkiem nieźle. Szkoda, że i jej nie przedstawiłeś w pierwszej osobie, chyba odniósłbyś lepszy skutek. Wtedy wspólne spotkanie w szpitalu mógłbyś opisać w trzeciej osobie. Dzięki temu kobieta zyskałaby równorzędną rolę z bohaterem, a tak wychodzi jednak “na tę drugą”. Mniej emocji, gdy czytałem jej przejścia, a udało Ci się zawrzeć całkiem trafne kobiece spostrzeżenia, przynajmniej tak mi się wydaje z męskiego punktu widzenia, i dlatego trochę szkoda.

Później jest już gorzej, przy seksie na szpitalnym łóżku uniosłem brwi, bo nie bardzo potrafiłem sobie złożyć to do kupy. Tu mogę jednak uznać, że taka była wizja Autora, choć dla mnie już mało porywająca.

Jednak czym dalej w las… I tu nie wiem, Tomaszu, jak napisać moje spostrzeżenia, żeby Cię nie zniechęcić, a bardziej otworzyć na głębszą analizę własnego tekstu. Jednym słowem część fabularna jest przeciętna. I nie ze względu na poruszany temat czy pomysł, ale na wykonanie. Zacznę może zbyt górnolotnie, ale dobry pisarz to taki człowiek, który mógłby być w policji profilerem kryminalnym. Musi z łatwością czytać otaczający świat i społeczeństwo. A to jeszcze przez Tobą, choć widziałem, że masz już za sobą debiut książkowy.

Dialogi są nienaturalne, często są to albo manifesty

– Jeden chuj, na psa urok. – Tamten splunął. – Jak zwał, tak zwał. Nie liczą się szczegóły, tylko to, że możemy walczyć razem. Potężne siły chcą zniszczyć Polskę, jedyną ostoję dobra w całej Europie.

albo infodumpy.

– Niestety to prawda. Doskonale obaj wiemy, że Kraków to pradawne miejsce mocy. Stąd pochodzi papież, tu rządzili najwięksi władcy Polski. Przez przedziwny zbieg okoliczności znów przebudziły się potężne siły, które sprzyjają Polakom. Inni tego nie zdzierżą. Już wkrótce będą chcieli nas zaatakować.

– Proszę powiedzieć coś, czego jeszcze nie wiem.

– Polska po osiemdziesiątym dziewiątym jest praktycznie bezbronna, i nie myślę tylko o ludziach. Nasi wrogowie nie będą chcieli uderzyć pełną mocą, bo zdają sobie sprawę, że potem musimy jakoś razem żyć, a rządzenie siłą nikomu nie służy.

Moim zdaniem nikt tak nie mówi w rzeczywistości. A takie przykłady można w opowiadaniu mnożyć.

Czasami dialogi są zbyt skrótowe, a za to opisy niepotrzebne.

Zahipnotyzowani ludzie przez chwilę stali, zachowując się jak na haju, a potem jakby obudzili i zaczęli powoli rozchodzić.

– Pan Zabielski? – Ktoś go złapał za ramię. – Krzysztof Zabielski?

Pielgrzym odwrócił się i spojrzał na mężczyznę w średnim wieku, ubranego w czarne buty, spodnie i golf tego samego koloru. Jego profesję zdradzała niewielka koloratka i rubin na palcu.

– Ciekawa błyskotka. – Marek pokazał na rękę. – Religia i przemoc.

– Tak. Mamy wspólnych znajomych. I niestety wrogów.

– Ostatnio coraz częściej to słyszę.

Nie chcę walczyć, tylko porozmawiać.

– A jak nie?

– To pójdzie pan w swoją stronę. – Ksiądz wzruszył ramionami i przewrócił oczami. – Ale myślę, że jest o czym dyskutować. Posiedzimy, porozmawiamy. O nic więcej nie proszę.

Jeszcze nie jadłem dzisiaj śniadania. Może być później?

– To nie jest żaden problem. Zapraszam. Na koszt firmy.

– Niech będzie. – Pielgrzym skinął głową, a jego przewodnik zaczął przepychać się w stronę Sukiennic, gdzie otworzył jedno z zabytkowych wejść.

“Pielgrzym odwrócił się i zobaczył księdza.” Po co ten zawiły opis? To nie rebus, niepotrzebnie spowalniasz akcję. I dlaczego miałby chcieć walczyć? Źle też brzmi odpowiedź na “nie jadłem śniadania”, że to żaden problem, bo dla księdza to jednak problem. :) Właściwie sugerujesz, że spotkanie później nie jest żadnym problemem, ale zaraz okazuje się, że jednak chodziło o śniadanie. I jaki przewodnik, to niewprawne szukanie zamiennika dla księdza.

Część dialogów brzmi zbyt sztampowo, a czasem patetycznie. 

– Twarda sztuka. Dobra słowiańska krew. Udało mu się. Na rany duchowe trzeba dużo czasu, na szczęście już teraz widzę, że jakoś się wyliże.

– No widzisz. Przecież mówiłam. – Królowa zwróciła się do swojego pomocnika, a ten uśmiechnął się i zadał jedno, krótkie pytanie:

– To co teraz?

– To co zawsze. Praca u podstaw. Budowanie szklanych domów. Praca siłaczki. Odwyk dla młodych, żeby myśleli o swoim, a nie tylko klepali zagramaniczne formułki. Zabierzemy się na dobre za wydobywanie naszych minerałów. Będziemy upraszczać przepisy, modelować i definiować je, jak chcemy, z korzyścią dla ludzi. Wrócimy do natury i połączymy ją z nowoczesnością.

– Ale nie mamy zbyt dużo przemysłu.

– I właśnie dlatego pójdziemy drogą, którą znają Chińczycy i ruscy. Mamy mało zasobów i musimy optymalizować ich użycie, a nie używać wszystkiego bez sensu.

– Let’s make Poland great again!

I choć miałem wrażenie, że o to Ci właśnie chodziło, to sama akcja brzmi jak na poważnie, a czytelnik nie powinien mieć wątpliwości. Owszem, mogę nie zrozumieć przesłania, nawet tezy, ale czy to jest farsa, czy na poważnie, chyba powinienem rozpoznać. I tu się kłaniają umiejętności pisarskie.

Żałuję, bo wstęp porządny i przez jakiś czas będę go pamiętać, ale część fabularna nie sprostała.

Pozdrawiam.

 

 

A co to znaczy narrator neutralny? Taki, który nie angażuje się emocjonalnie w historię?

To w zasadzie to samo, co wszechwiedzący. Google mówi, że:

Narracja neutralna. Narracja, która przypomina patrzenie przez „oko kamery”. Czytelnik ma wrażenie, jakby historia nie była opowiadana z punktu widzenia któregokolwiek z bohaterów, ale w obiektywny sposób przedstawiała to, co dzieje się „tu i teraz”.

 

Pozdrawiam.

Hej.

Ciekawa przemiana bohaterki i to taka “od zera do milionera”, oczywiście mentalnie, nie finansowo. Najciekawsze jest jednak to, że ten “milioner” wcale nie wygląda kolorowo. “Mogę wszystko” ostatecznie smakuje bardzo gorzko w ustach Twojej bohaterki. Przyznaję, że sprawnie, bo raptem w niecałych 35 tysiącach znaków, dokonałaś ogromnej przemiany, konfrontacji i refleksji nad samą (Martą) sobą. Dobra znajomość tematu korpo (widać, że ktoś pracował lub nadal w korpo pracuje ;) ), dała solidną podstawę realnego środowiska. Ugruntowałaś społecznie bohaterkę i jej rozterki. I choć jej przejścia nie są czymś, co ją tłumaczy, to dają podstawy do jej zrozumienia. Z psychologicznego punktu widzenia to niewątpliwie wiarygodna bohaterka. A to lubię najbardziej. :)

Są też drobne minusy. Imię Marta pojawia się zbyt często. Zwłaszcza w momentach wykonywania czynności, buduje to pewną barierę między nią a narratorem:

Marta idzie do składziku po odkurzacz, (…)

Marta dopiero co przyszła do biura, (…)

Marta co prawda nie pali, (…)

Marta rezygnuje z miejsca siedzącego (…)

Marta ma pewien pomysł, (…)

Jak gdyby narrator odcinał się od niej (i jej postępowania), a powinien być niewidoczny, niesłyszalny, bezstronny. U Ciebie brzmi trochę, jakby referował sprawę, przez co fragmentami opowieść traci na emocjonalności, kosztem suchego przedstawiania faktów. 

Po meetingu wszyscy wracają do swoich kubików, a koleżanki już nawet nie starają się ukryć niechęci do Marty. Znad monitorów ciskają nienawistnymi spojrzeniami, wyrażają na głos niezadowolenie.

– …przez tę idiotkę nie będę się wyrabiać… Codziennie nadgodziny trzeba będzie klepać…

– …jak chce awansować, to niech pójdzie mu obciągnąć, a nie, projekty wymyśla…

Niektóre przechodząc obok jej stanowiska, rzucają wprost:

– Dzięki, Marta.

I odchodzą, stukając obcasami jeszcze głośniej niż wcześniej, jakby wyobrażały sobie, że Marta jest podłogą.

Gdyby to były bezpośrednie wypowiedzi, krwisty dialog z mimiką i gestami, byłby mocniejszy niż narracyjne sprawozdanie. Chyba, że miałaś taki zamiar, wtedy chętnie dowiem się w jakim celu. Jeśli chciałaś przedstawić narrację z punktu widzenia Marty – która obserwuje samą siebie z pewnej odległości, to w zasadzie może tak być, ale jest to jednocześnie trochę męczące dla czytelnika, który wpada w monolog myśli Marty i leci z nim do końca bez chwili wytchnienia. Myślę, że sceny z pozycji narratora neutralnego byłby lepsze, pozwalając czytelnikowi na kilka własnych wniosków, nie tylko tych z punktu widzenia bohaterki.

Ogólnie bardzo dobre opowiadanie.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Słuszne uwagi, Koalo. :) Nie odnotowałem, że to Włochy, a dałeś takie imiona.

Przy kupnie zmyliła mnie informacja w nawiasie. 

Swoją drogą matka niczego nie udowodniła. Znając syna od urodzenia, dostarczyła informacje, jakie chciał otrzymać. Tak samo mogła go oszukać rozmawiając z nim bezpośrednio na czacie. Jeśli podasz fałszywe dane, to czy będzie to sztuczna, czy naturalna inteligencja – nie dostaniesz prawdziwych wyników. :)

 Pozdrawiam.

 

Hej, Koalo.

 

Najpierw kilka spostrzeżeń warsztatowych.

„Szczęśliwe Związki” stały się najpopularniejsze w regionie.

Używasz tego słowa? Mówisz, że coś wydarzyło się w Twoim regionie itp.? Pytam z ciekawości.

Algorytm dopasowania zgłaszających się działa bezbłędnie. Połowę personelu mogę zwolnić –

podekscytowany Marco mówił coraz głośniej.

Nie narzucaj emocji czytelnikowi, można się tego domyśleć.

 – Synu, uspokój się. Słuch mam dobry i inne zmysły też. – Signora Conti miała czterdzieści pięć lat, ale wyglądała na dziesięć mniej. Świetnej figury i żywiołowości mogłaby jej pozazdrościć niejedna modelka. Wczesne urodzenie syna dodało jej urody. Od pięciu lat będąc wdową, nie zamierzała zmarnować życia w samotności. Od pół roku spotykała się z osobiście znalezionym Ricardo. Wyszukała go bez ‘pomocy’ portali randkowych.

Wiem, to szort, ale po pierwsze, to jest opis, a umieściłeś go w didaskaliach, a po drugie, pojawia się trochę od czapy. Zaczynasz od Marco żeby przeskoczyć na wygląd i historię matki. To znaczy po przeczytaniu szorta wiem dlaczego, ale mając historię i pomysł w głowie musisz pamiętać, że czytelnik nie widzi całości po pierwszym zdaniu i warto zastanowić się, czy nie robi się w tekście zbyt dużych skrótów myślowych.

i kupił dostęp (na wyłączność) do tego urządzenia

Nie byłem pewny, co masz na myśli. To tak, jakby ktoś wykupił ChataGPT, czy Musk kupił Twittera?

 

Fabułą jestem trochę rozczarowany, bo to już nie wiem które opowiadanie na forum, gdzie AI jest przedstawiane w niekorzystnym świetle. Zrozumiałbym gdyby jakiś pan Wiesiek z Turzy Wielkiej czuł niechęć do AI, że mu porwie ciągnik, puści gdzieś w Polskę, albo nie daj Boże, obrobi pole sąsiada, ale u pisarzy liczyłem na bardziej otwarte umysły na zmiany i to co nowe. :) A tu widać człowiek wszędzie jest podobny, bez względu na grupę społeczną. 

Za to dialog, chociaz krótki, jest naturalny i niewymuszony., a to zawsze spory walor tekstu. Bo co z tego, jak bohaterzy są fajni, a nie potrafią się wysłowić? ;)

Pozdrawiam.

 

Oczywiście jestem ciekawy, Ślimaku Zagłady, więc pisz śmiało.

Szkoda, że obecnie nie znajdujesz NF równie angażującym czy też wartościowym miejscem,

Nie, nie. Nic takiego nie powiedziałem. Tam redakcja jest bardzo nieliczna i (o ironio losu) przez to bardziej autorytarna. Oceniam utwory, ale nie muszę oceny uzasadniać. Piszę komentarze równie rzadko, jak tutaj, ale dla właściciela portalu, jak i użytkowników, to lepsza alternatywa, niż gdyby utwory w ogóle nie miały być publikowane.

 

Hej, Ślimaku Zagłady.

 

Rozumiem zatem, że według Ciebie komentarze oceny piórkowej należy kształtować inaczej od reszty wpisów. Miałem nadzieję, że napiszesz coś więcej o tym, jak mianowicie należy – bo sam nieraz mam wątpliwości, czy robię to dobrze, którymi podzieliłem się tutaj dosyć szczerze.

 

Obawiam się, że moja odpowiedź Cię nie usatysfakcjonuje. A pozwalam ją sobie napisać pod opowiadaniem Outty, gdyż mam z nim dobry kontakt i liczę, że nie obrazi się za ten off top.

 

Osób, opowiadań i komentarzy jest olbrzymia liczba kombinacji, nie sposób znaleźć złotego środka. Dlatego tak generalnie, bardziej istotne jest jak napisać komentarz, niż co napisać. 

Pisarze to grupa egocentryków, to tylko kwestia czy w większym czy w mniejszym stopniu. Każdy pisarz chce, aby go słuchano/czytano, chce być w centrum uwagi, po to publikuje. Czym więcej czytelników, tym satysfakcja jest większa i wtedy czuje się autorytetem lub chce nim być, gdy ich nie ma.

Tym samym komentarze osób piszących są często (ego)personalne, a nawet te najbardziej neutralne odbierane (ego)personalnie przez autorów tekstów.

Posłużę się powyższą, krótką dyskusją, bo jest tego dobrym przykładem.

 

Mnie (najpiew JA) nie ruszyło. Może po prostu za dużo takich tekstów, pokazujących najgorszą stronę człowieka, ostatnio ląduje się na portalu. Może po prostu nie rozumiem celu takiego pisania (autorytarne JA, skoro JA nie rozumiem/nie lubię, po co w ogóle TY/ktoś o tym pisze? To przykładowa sentencja, która jest dobrym przykładem do powstania konfliktu, JA atakuję TY) . Ostrzegasz (TY moje JA)? Ok, Musk sobie eksperymentuje z wszczepami do mózgu i takich wszczepów można użyć do złych celów, można potraktować ludzi jak przedmioty, ale to samo można powiedzieć o każdym wynalazku.

 

W swoim spostrzeżeniu pominąłem część personalną, skupiłem się na samym, jednym komentarzu, nie odnosiłem się do autorki, nie oceniałem jej osoby ani całości jej lożowania. Mimo tego zostało to odebrane (ego)personalnie i personalną odpowiedzią się skończyło:

 

myślę, że Outta je zrozumiał, czy się z nimi zgadza, to oczywiście inna sprawa, ale myślę też, że jest dużym chłopcem i nie potrzebuje Twojej obrony.

 

Później pojawiłeś się Ty i także Tobie odpowiedziałem tylko na zadane pytanie, nie oceniając Twojej osoby ani Twoich komentarzy lożańskich, ale i Ty odebrałeś to (ego)personalnie, odpowiadając personalnie:

 

Cenię Twoje komentarze, (…) do nich zaglądam (…) co dostrzegłeś w danym tekście, (…) piszesz o tym, jak Twoim zdaniem (…) czytelnika i autora, budząca ufność, że podane uwagi są wiarygodne.

 

Zgeneralizowałeś wywód odnośnie całości moich komentarzy, a przecież nie o mnie, ani o Tobie tu rozmawialiśmy. Oczywiście i ja odpowiadam czasem personalnie, jeśli ktoś pisze do mnie presonalnie, ale generalnie tego unikam.

Podsumowując powyższe, niezmiernie trudno jest napisać komentarz w którym autor komentarza nie będzie pisał go z własnym JA na przodzie, gdzie nie będzie zastanawiać się nad jego społecznym odbiorem lub wręcz pisać go tak, aby w określony sposób został społecznie odebrany. Dopiero w kolejnym kroku skupia się na utworze.

 

Jeśli chodzi o komentarze lożańskie, to mogę Ci tylko powiedzieć, co wpływa na moje komentarze.

– nie czytam komentarzy innych (poniekąd to kwestia braku czasu, więc wyniknęło to niejako samoistnie, czasem zerknę na komentarze po moim, gdy czekam na odpowiedź autora, którą zawsze czytam), więc nie sugeruje się tym, co myślą inni,

– rzadko bywam na forum, tym samym mam znacznie mniejsze obawy nad odbiorem społecznym moich komentarzy, większość obecnych osób już niestety nie znam,

– dużo czytam, na innym forum „muszę” zapoznać się przynajmniej z kilkuset utworami rocznie, nie sposób przeczytać je w całości, ale ta ilość wpływa na rozpoznawanie pewnych norm, powielanych błędów czy schematów,

– ta duża liczba przeczytanych utworów wpływa na doświadczenie i łatwiej pisze się kolejny komentarz, czasem mam tylko obawy, gdy enty raz piszę to samo,

– przy komentarzach negatywnych staram się nie zapomnieć napisać co podobało mi się w utworze, rzadko bywa tak, że wszystko jest do du…,

– komentarze negatywne staram się pisać na temat i jak najkrócej, bo i tak, jak wspomniałem wyżej, zostanie on odebrany jako (ego)presonalny. Tu posłużę się przykładem – wypisuję kilka błędów i piszę, że widzę ich więcej, ale nie wszystkie wymieniam. Nigdy nie zdażyło się tak, aby autor poprosił mnie bym wymienił resztę. Ego ucierpiało i nikt nie chce, by dobijać go bardziej, a przecież piszę komentarz o utworze, albo nawet fragmencie, a nie oceniam całą historię człowieka. Pocieszam się jednak, że autor wszystko zrozumiał i wskazanie kilku miejsc nakreśla mu całościowy obraz. :)

– jednak najbardziej zależy mi, aby mój komentarz miał ogólną tezę, którą staram się umotywować, aby autor mógł spojrzeć na opowiadanie całościowo i wyciągnąć jakieś wnioski na przyszłość. Uważam, że zbytnia drobiazgowość i wzajemna dyskusja nad poszczególnymi zdaniami, czy pojedynczymi wątkami zaciemnia obraz i ostatecznie niewiele z takiej dyskusji wynika, oprócz (ego)udowadniania, kto miał rację.

– przyznaję się do błędu, gdy coś przegapię lub oczywistego nie zrozumiem, to żadna ujma, a na pewno pomaga podbudować się autorowi po negatywnym komentarzu.

– jeśli mam okazję i pasuje to do kontekstu, polecam do przeczytania inne opowiadanie na portalu w ramach nauki czegoś nowego. Niestety rzadko ktoś je czyta i trochę nad tym ubolewam.

– przy pozytywnych komentarzach wcale nie trzeba pisać dużo, bo i po co, jeśli utwór się podoba, oczywiście wyraźnie to wtedy zaznaczam,

– jeśli mam jednak uwagi do bardzo dobrych opowiadań, to na ogół o nich nie piszę, bo nawet najmniejsza negatywna uwaga robi więcej złego, niż największa dobrego, stąd nie chcę burzyć ogólnego, pozytywnego obrazu. Uważam, że jasny, pozytywny komentarz odniesie znacznie lepszy skutek, niż zaznaczenie, że w pysznej zupie był włos.

 

Jak widzisz, Ślimaku Zagłady, mało merytorki w moim komentarzu, na którą chyba liczyłeś. 

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Ślimaku.

Jak według Ciebie wyglądałoby ulepszenie takich komentarzy do oczekiwanego poziomu merytorycznego: powoływać się zawsze na uznane pojęcia i prace z zakresu teorii literatury, żeby potwierdzić, że przedstawione stanowisko nie jest tylko widzimisię lożanina? Myślałem o tym, ale obawiam się, że nie sprostam takiemu wyzwaniu i żaden inny z prawdopodobnych kandydatów też nie.

Zadajesz mi pytanie, na które sam odpowiadasz. Domyślam się więc, że nie oczekujesz odpowiedzi. Tym, że nie sprostasz, podpierając się jednocześnie wszystkimi innymi, którzy jak Ty nie sprostają, wzmacniając swoją wypowiedź jako społecznie słuszną, też nie oczekujesz mojej wypowiedzi, więc pozostawiam Cię bez niej.

Pozdrawiam.

 

Nie wiem, gdzie widzisz obronę Outty w moim komentarzu, nie mówiłem też o ocenie, bo nawet komentarz Anet “podobało mi się” można uznać za ocenę, ale o merytoryce, wskazaniu fragmentów czy faktów do poprawy, czy też wskazówkach, których w obydwu komentarzach mi zabrakło. Bo jako czytelnik niewiele wyciągam z komentarzy o własnych odczuciach piszącego.

A i tak, widać, że Ci się nie chce.

 

Przyznaję, że oczekiwał bym od Ciebie bardziej merytoryczne komentarza, Irko. Mam na myśli kontekst głosowania piórkowego. Takim jedynym merytorycznym argumentem jest zbytnie uprzedmiotowienie babci, które sam postrzegam inaczej, reszta to subiektywne odczucia i upodobania, a tu wiadomo, każdy lubi coś innego.

Pozdrawiam.

Masz ciekawe pomysły, Outta. Dobrze podbudowane naukowo, a w cenie jest, by świat trzymał się kupy. Na poziomie kilku piórek na ogół nie mam już uwag warsztatowych. Piórka może nie są gwarantem kariery, w końcu forumowa społeczność to nie jest krajowa mediana, ale gwarantują czytelnikowi odpowiednio wysoki poziom pisarski, aby nie męczył się podczas lektury. Tu nie odbiegasz od piórkowej normy. :)

Spostrzeżenia mam dwa, które pewnie pisałem Ci już wcześniej. Twoi bohaterowie są trochę zbyt buńczuczni i aroganccy. Oczywiście mogą tacy być, ale mam wrażenie, że się to u Ciebie powtarza. Druga sprawa to opisy i wyjaśnienia. :) Ty się chyba z tego nie wyleczysz. :) Sam biotechnobełkot, jak o nim mówisz, jest jak najbardziej okey, nie przypominam sobie, żebym miał kiedyś uwagi co do podłoża naukowego w Twoich opowiadaniach, ale w takiej ilości, to jest bardziej na 50 tys, znaków, niż 30. Napisz powieść, w 500 tysiącach na pewno zmieścisz się z potrzebnymi wyjaśnieniami.

Wracając jeszcze na chwilę do dialogów – poproś kiedyś o betę Dogsdumpling, dziewczyna umie pisać dialogi. Jak znajdziesz czas, przeczytaj jej opko Baj mi e fjuczer(s) pod tym kątem.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Cezary.

Wziąłeś w obroty ciekawy temat, choć nie nowy, a nawet przemielony już setki razy. Chyba jednym z ciekawiej zrealizowanych jest “Ślepowidzenie” Petera Wattsa, ale nawet ja, fan zagmatwanej psychologii, strasznie się książką umęczyłem. 

To trudne tematy i nie Tobie pierwszemu nie udało się ich udźwignąć. Strona psychologiczna leży, jak sama misja. Nie rozumiem dlaczego zrównałeś swoich bohaterów z poziomem zwykłych tępaków. Ok. Jest pomysł, że nie pamiętają ostatnich dni, a ostatecznie nawet samej misji, ale nie robią też nic, opórcz okrasznych wugaryzmami rozkładania bezradnie rąk, aby czegokolwiek się dowiedzieć. Chociażby kierując się rytynowym postępowaniem czy standadrowymi działaniami w przypadku takich misji. Są przecież liderami, wyjątkowymi jednostkami. W końcu na kilkuosobową misję nie posyła się tłuszczy, która płynie z mainstreamem, tylko jednostki odpowiednio predysponowane. Owszem, ktoś może powiedzieć, że właśnie takich przeciętniaków ktoś wysłał, ale to nie byłoby logiczne, więc chciałbym mieć jakoś umotywowane to w tekście.

Zresztą, mam wrażenie, że skończyło się u Ciebie na pomyśle, a później nie bardzo wiedziałeś już jak, albo nie bardzo Ci się chciało wiarygodnie go wykończyć. Stąd mamy fabułę mocno idącą na skróty:

O tym, że impreza musiała wymknąć się spod kontroli, wiedział już wcześniej, ale że w jej trakcie popełniono poważne przestępstwo, za które przewidziano karę śmierci podlegającą natychmiastowemu wykonaniu…

O karze śmierci mówiło się dawno temu, wiele Państw od niej odeszło. Od zawsze jest to kontrowersyjny i złożony temat, który ty zamykasz w jednym zdaniu “poważniego przestępstwa” i natychmiastowym wykonaniu. Ciężko byłoby pójść jeszcze bardziej na skróty.

Z lakonicznej wiadomości nie wynikało, co konkretnie się stało, ale załączone były wyjątkowo precyzyjne instrukcje, które należało procedować. Na dowódcy misji, a najwyraźniej był nim Kramer, spoczywał obowiązek wytypowania kozła ofiarnego. Kolejnym krokiem miało być natomiast skierowanie jej do komory eutanazyjnej w celu wykonania kary śmierci.

Lakoniczna wiadomość i człowiek, który żyje tylko z piątką innych osób na pokładzie podczas misji, z którą się zżył, chcąc, czy nie chcąc, ma teraz, bez podania przyczyny “wytypować kozła ofiarnego i skierować go do komory eutanazyjnej”. Mam wrażenie, że w ogóle nie zastanowiłeś się na tym, co napisałeś. Wyobraź sobie, Cezary, że przychodzi do Ciebie ktoś władny i wiedząc, że nie grożą Ci praktycznie żadne konsekwencje jeśli nie wykonasz polecenia, każde Ci wysłać natychmiast do komory śmierci jednego z sąsiadów. Ja wiem, że prawie w każdym opowiadaniu ktoś ginie, ale jakieś minimum realizmu trzeba spełniać, żeby opowiadanie było wiarygodne. 

W pobocznych wątkach też go brak. Chociażby reakcja Briggs na słowa dowódcy, który odkrył, co się stało:

– Skąd ty?… – syknęła. – Te dane miały być tajne, obiecywali nam świeży start! Jeżeli komukolwiek o tym powiesz… Komukolwiek – przeliterowała. – Zniszczę cię. Słyszysz? Zniszczę.

Dlaczego miałaby go zniszczyć? Człowieka, który trwa z nią na misji. Nawet gdyby o tym komuś powiedział. Pewnie, to było traumatyczne przeżycie i na pewno nie chciała o tym mówić, skoro nikt nie wiedział, ale takie słowa wypowiadają ludzie w sytuacjach zagrożenia. A jakie ona miałaby mieć po wyjawieniu tej tajemnicy?

 

Twoje opowiadanie to także kolejne piórkowe “retro SF”. Mamy więc:

Kramer chciał pociągnąć temat, ale kątem oka dostrzegł na ekranie komputera powiadomienie sygnalizujące nową wiadomość. Podszedł do urządzenia, najechał kursorem na odpowiednią ikonę i przeczytał ostrzeżenie, że treść jest przeznaczona wyłącznie dla niego.

Ekrany komputera, ikony, kursory, nie brzmi to jakoś specjalnie futurystycznie.

Błysk. Wsiadają do taksówki, kierują się do najbliższej komendy policji. Błysk. Pomieszczenie jest małe, obskurne i pachnie tanimi papierosami. Policjant przyjmuje zgłoszenie. Błysk.

Już teraz praktycznie nigdzie nie można palić w miejscach publicznych. To nawet nie jest retro SF, a cofanie się w czasie.

Podsumowując, nie jestem usatysfakcjonowany lekturą. Potraktowałeś pomysł po łepach, uproszczona psychologia, brak wiarygodnyh powodów czegokolwiek. Masz kilka osób, które straciły pamięć, ale niewiele z tego na końcu wynika. 

Pozdrawiam.

 

Hej, Fishu.

Chciałem zrobić krótką przerwę od lektury zeszłorocznych piórek i przypomniałem sobie, że miałem przeczytać coś Twojego piórkowego.

Trochę czasu ma ten utwór, prawie jedenaście latek, dogrzebałem się do głębokich czeluści internetów. Widać jednak, że pisać umiesz od zawsze. :) Mówiłeś, że nie masz na to czasu, może to źle dla czytelników, ale dobrze dla rodziny.

Lubię tematy postapo, choć teksty dobre gatunkowo są zdecydowanie w mniejszości. Tobie udało się skreślić całkiem porządne i wiarygodne opowiadanie. Być może dlatego, że nie zmuszasz się do drobiazgowego opisywania przyczyn apokalipsy, skrótowo i w ogólnikach potraktowałeś wirusa i zagładę. Skupienie się na warstwie emocjonalno – egzystencjalnej wyszło jednak utworowi na dobre. Nie ma po co się rozpisywać, dobra scena otwarcia, dobra historia bohatera i jego psa, w którą zgrabnie wplotłeś losy rodziny i upadku A(ż) dziw bierze, że nie mogę się do niczego przyczepić. :)

Pozdrawiam serdecznie.

Napisz coś czasem. ; )

 

Hej, Outta.

 

jakoby ciemiączko mistrza było już całkowicie zarośnięte, a jego opiekunowie posunęli się do użycia jakichś sztuczek z kwasem octowym, wyciągiem z konta i wybielaczami, żeby je na powrót zmiękczyć.(…)

Mietek zagrzewał syna, ufny w działanie wzmacniaczy agresji, polityki pieniężnej NBP i warunkowanie behawioralne.

Usunąłbym te dwie wstawki, nie pasują. Reszta choć absurdalna, ma jakieś logiczne podłoże.

Bizarro to nie mój temat, ale dostać piórko za ten gatunek to jest coś. :) Jest konkretny pomysł na wypaczony świat, używasz sensownych gadżetów, bezlitosnych bohaterów, wykorzystujesz dzieci :) i trzeba przyznać, że błyskotliwe nimi pograłeś. Czy potrzeba coś więcej? Myślę, ogólnie rzecz biorąc – że nie. Dla amatorów dramatu, takich jak ja, widziałbym może jedno, dosłownie dwa krótkie zdania, w których odkryłbyś prawdziwe cierpienie dzieci, dosłownie migawkę. Zakuł gdzieś lekko czytelnika, ale to marginalna uwaga. Wiesz, że prawie zawsze muszę się do czegoś przyje%*#.

Dobra robota.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Adamie.

Wybrałeś mało ciekawą formę przedstawienia utworu – bohaterka opowiada, co się wydarzyło. To znacznie zmniejsza ciekawość czytelnika, o emocjach w ogóle nie wspominając. Wiele razy już o tym mówiłem, ale przychodzi mi powiedzieć raz jeszcze. Myślę, że czytelnik nie sięga po beletrystykę, by “słuchać” jak ktoś mówi/opowiada. Rozmawiamy codziennie z innymi i nawet jeśli są to ciekawe konwersacje, to zastanów się na własnym przykładzie, jak często reagujesz burzą emocji. O matko! Niesamowite! Po prostu w to nie wierzę! Domyślam się, że pewnie podobnie jak inni –czyli raczej rzadko. I właśnie dlatego sięgamy po beletrystykę, żeby przeżyć coś z bohaterami, coś co normalnie nam się w życiu nie zdarza, a nie po to, żeby słuchać innych. Tyle, ile ja się nasłucham dziennie…

Za to podobał mi się kontakt z Obcymi. Ciekawy, nawet bardzo, podobnie forma przybierania ludzkiej postaci. Też na plus. To była ta przyjemna część lektury. :)

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Żonglerko.

Cornelis-Cornelis Prim został postawiony przed decyzją: ekskomunika i jej naturalna konsekwencja – utrata dworku oraz praw majątkowych do dziedziczenia – lub wyprawa na drugi koniec świata, w celu znalezienia czegoś, co nie istnieje.

I to jest zdanie otwarcia. W ogóle całe opowiadanie jest (dla mnie) mocno różniące się od poprzedniego. Czytało się dobrze, choć od razu powiem, że całości nie przeczytałem, ale przeskanowałem do końca. Słowiańskie stwory to nie moja bajka, co nie przeszkodziło, żeby początek mocno mnie wciągnął. Specyficzni bohaterowie, realia epoki, ciekawe dialogi, często zabawne i błyskotliwe, to wszystko utrzymało mnie przy tekście. Gdzieś od wypłynięcia łodzią z von Korstem przebiegałem już wzrokiem, ale nawiązania do obrazów Sauera zauważyłem, choć marynistyka to nie jest mój ulubiony nurt w malarstwie.

Podsumowując w trzech słowach, dobre, solidne opowiadanie.

Pozdrawiam.

 

Hej.

To drugie “old school” SF, jaki ostatnio czytałem i drugie ze złotym piórkiem. Może rzeczywiście jest na to popyt.

Widzę tu kilka analogii z opowiadaniem Belli, ale wymienię tylko tę, która najbardziej doskwiera mi w obu opowiadaniach:

– Nie będę więcej rozmawiał z maszyną. 

Czyli niechęć człowieka do SI – maszyny, która przewija się w wielu utworach, a którą ja postrzegam odwrotnie, oczywiście w dalekiej przyszłości. Podobnie jak u Belli, nie przekonuje mnie mentalność Twojego bohatera, która charakteryzuje człowieka obecnego, umiejscowionego w naszym społeczeństwie. Człowieka roszczeniowego, skupionego na sobie, którego świat powinien za każdym razem pytać o zdanie:

– I nie uważasz, że to jakiś kiepski żart? Nikt mnie nie pytał, czy chcę lecieć na obcą planetę. Nigdy nawet nie byłem na własnej! Jeśli rzeczywiście to tutaj jest prawdziwy świat i naprawdę lecimy statkiem kosmicznym, a ja jestem jedynym człowiekiem na tym statku, to chyba mam coś do powiedzenia? 

Czytając opowiadanie zadałem sobie dwa pytania. Czy człowiek żyjący całe życie w samotności, miałby z nią trudności? I czy człowiek przebywający całe życie z SI, mógłby ją nienawidzić czy chociażby czuć do niej niechęć? Wydaje mi się, że nie, ale to subiektywna opinia.

Zastanawiałem się także nad czysto pragmatycznymi zagadnieniami, które zmniejszałyby ryzyko misji. Jak większa ilości zarodków, kilka osób powołanych do życia, zamiast jednej (co sam zresztą negujesz pod postacią ułomnego Alana, jako ryzykowne), trzymania ich oddzielnie i bez wzajemnej wiedzy, jeśli już miałeś taką wizję. Coś jak pieniądze w różnych bankach. W końcu fizyczna forma SI, pod postacią robota, którą wydaje się nadałeś tylko po to, żeby Alan mógł próbować ją zniszczyć. Nie widzę uzasadnienia (w przyszłości) dla jakiejkolwiek postaci fizycznej SI, nie wiem, czemu miałaby służyć.

Za to podobały mi się dylematy SI, sposób jej funkcjonowania z kasowaniem pamięci, uczenia się, stawiania tez, pytań i szukania odpowiedzi. To coś, co zdecydowanie wyróżnia się w opowiadaniu i dało mi porządny powiem świeżości. W końcu poczytałem o SI, które nie jest ułomne, i które ostatecznie wygrywa z człowiekiem. Ba, ma nawet dylemat czy tego człowieka usunąć. I to nie z litości, czy ochrony (poczętego) życia, ale korzyści dla samej siebie, jako elementu sprzyjającego własnemu rozwojowi. Tak, to mi się bardzo spodobało. W tym widzę logikę i sens. Ponad stuletnie hamowanie też jest fajne.

Generalnie opowiadanie ma więcej plusów niż minusów i warte jest przeczytania.

Pozdrawiam.

 

Hej, Edwardzie.

Masz tu sporo ciekawych elementów. Jednym z nich jest retrospekcja, którą dobrze wplatasz w teraźniejszość. Podoba mi się też horror, masz kilka smaczków, jak chociażby palce. :) W ogóle część oparta na horrorze “poszła” Ci znacznie lepiej. Starucha czy chłopiec to postacie bardzo charakterystyczne, takie, jakie właśnie powinny być w horrorze. Zresztą wątki fantastyczne chyba zawsze wychodzą Ci dobrze.

 

Jeśli chodzi o stronę obyczajową to jest już gorzej.

Zabiłem blisko sto osób i przez większość czasu nie robiło to na mnie wrażenia.

Nie przypominam sobie, żebyś wcześniej palnął taką gafę, a czytałem kilka Twoich opowiadań. Nie wiem, ile jest takich osób na świecie, ale na pewno jest to promil z promila, co z samej statystyki wyklucza je jako normę (społeczną) i z tego co zdążyłem postudiować z zakresu psychologii to nie, ktoś, kto zabił tyle osób nie wraca do domu, do żony, nie przytula małej córeczki, nie całuje w czółko i nie zjada sernika na deser po obiedzie. Myślę Edwardzie, że zdajesz sobie z tego sprawę, więc tym bardziej dziwię się, że tak spłaszczyłeś Oskara, robiąc z niego bohatera filmów sensacyjnych klasy B i to z poprzedniego wieku, bo nawet w obecnych serialach i filmach tej klasy przemoc jest zauważalnie mniejsza. Zminimalizowałeś więc jego wiarygodność prawie do zera. Zobacz, a gdyby było na odwrót, paradoksalnie gdyby Twój bohater zabił “tylko” jedną osobę, czy to wykluczyłoby definitywnie przejścia, omamy i wyrzuty sumienia, które przechodził? Czy to nie mogłoby przytrafić się człowiekowi po jednym zabójstwie? Według mnie zyskałbyś znacznie na wiarygodności, a jego dramat okazałby się naprawdę dramatem, a nie ilościowym zapełniaczem. A zarobić duże pieniądze można na dziesiątki innych sposobów, przynajmniej w literaturze. ;)

Na miejscu redakcji Fantastycznych Piór mocno bym naciskał, abyś to zmienił. I choć mój wywód na nie jest dłuższy niż na tak, to tylko dlatego, że staram się “nie” dokładniej uzasadnić. Finalnie nie zmienia to faktu, że napisałeś dobre opowiadanie, które łatwo można trochę przeredagować.

Pozdrawiam serdecznie.

 

 

Hej.

Czytałem te opowiadanie dawno temu. :) Być może zaraz po publikacji, patrząc na datę. Czasami czytam po dwa, trzy naraz i piszę komentarze później, widoczniej tu przeoczyłem. Za to po tym czasie moge powiedzieć in plus, że je pamiętałem. To znaczy widząc tytuł i zdjęcie, nie musiałem czytać kilku akapitów, żeby sobie je przypomnieć. A przewijam rocznie sporo opowiadań, może nawet kilkaset.

Dobrze oddałeś klimat wsi, bardzo podobały mi się pierwsze sceny. Zyty na gałęzi i spotkania z Maciejem. Tak powinno się wprowadzać bohaterów i odkrywać świat po kawałku.

Uwag chyba nie mam, przebiegłem wzrokiem jeszcze raz, ale nic mi się nie rzuciło.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Rybaku.

Przeglądając piórkowe opowiadania, trawiłem w końcu na Twoje 100 tysięcy znaków. :) Nie przeczytałem go w całości, dużo tekstu skanowałem wzrokiem. Nie jestem targetem, nigdy nie pasjonowały mnie historie alternatywne. Chociaż nie to przeważyło, że na część tekstu tylko zerkałem, a bardziej forma, w jakiej tę historię przedstawiłeś. Ciężko to bowiem nazwać beletrystyką, to opowiadanie jest jak dokument. Dużo faktów (alternatywnych), gdzieniegdzie tylko przeplatanych dialogami i to też nawiązujących do przedstawionych wydarzeń, a nie serwujące jakąś własną historię bohaterów, których praktycznie w opowiadaniu nie ma. Nie tego szukam w literaturze, ale doceniam włożony wysiłek.

Pozdrawiam.

 

Hej, Krokusie.

Jest klimatycznie. Powtarzalnymi czynnościami i zwyczajami Kazimierza, bardzo drobiazgowymi, za to duży plus, umiejętnie nadałeś całości charakter, znaczenie i swoje miejsce w świecie. Zarówno w tym teraźniejszym, jak i przeszłym.

Przyjrzałbym się jeszcze raz dwóm pierwszym akapitom. Czytając je, wyobrażałem sobie scenerię tak: gabinet, później zmieniłem zdanie na warsztat zegarmistrza, a finalnie okazało się, że stoi w kolejce do kasy na dworcu. Myślę, że można trochę poprawić tu spójność.

Fajne wtrącenie z panią Malwiną, bo to fragment, który z punktu widzenia całej fabuły jest zbędny, ale z punkty widzenia charakteru postaci, bardzo wzbogacający. Na tyle, że nabrałem chęci przeczytać jeszcze coś Twojego, podrzuć mi, proszę, jakiś tytuł.

Do reszty opowiadania nie mam uwag, budujesz umiejętnie i konsekwentnie ciąg sentymentalnych zdarzeń, które zwyczajnie do mnie przemawiają.

Jedynie, czego mi zabrakło, to szczegółowego opisu wyglądu pana Kazimierza. Nie zawsze jest potrzebny, ale w tym przypadku mógłbyś pełniej oddać jego charakter, tak myślę.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Adamie.

Najpierw kilka spostrzeżeń.

Pukanie do drzwi wyrwało mnie z nieprzyjemnych rozmyślań, w których się pogrążyłem.

To wiadomo.

Za każdym razem, gdy ruszaliśmy na polowanie, stary Gunter kazał mi wstawać. W odpowiedzi zawsze wychodziłem z pokoju w ciągu paru sekund, odziany w płaszcz i uzbrojony, co nie byłoby możliwe, gdybym chwilę wcześniej leżał pod kołdrą. Stary nie zwracał na to uwagi.

Stanąłem na korytarzu. Zielone światło wsączało się przez okna, rozjaśniało wnętrze chaty. Gunter był już na schodach. Oddychał ciężko, deski skrzypiały pod jego krokami. Wciąż był zręczny i witalny jak niejeden młodzian, ale lata największej sprawności miał już dawno za sobą.

Drzewo płonęło. Jeszcze kilka godzin wcześniej, o zmierzchu, na gałązkach tliły się pojedyncze blade płomyki. Teraz ogień strzelał wysoko w niebo; szmaragd i seledyn mieszały się ze sobą i kłębiły z wściekłością, którą chętnie przypisywano nieokiełznanym siłom natury. 

W tych trzech pierwszych akapitach miałem problem z odnalezieniem się w miejscu i czasie. Pierwszy – bohater rozmyśla, drugi – są w chacie, trzeci – nocą na zewnątrz. Nie wiem czy ten fragment nie jest zbyt skrótowy. Fajnie, gdy czytając nie gubisz się już na początku.

Jednak później już nic specjalnie nie rzuciło mi się w oczy. Ciekawy pomysł, dosyć mroczny i hermetyczny. Skupiasz się na dwójce bohaterów i choć przestawiasz klasyczne archetypy mistrza i ucznia, to jest w nich coś przykuwającego uwagę. Każdy ma swój bagaż i chociaż są odmieni, egzystują razem.

Pierwszy potwór mnie nie przekonał, ale ten Starego i owszem. Sumarycznie całkiem dobra robota.

Pozdrawiam.

 

Fiu, fiu. :) Pięć książek, jak widać, nie jestem na bieżąco. Dobrze, że się realizujesz.

Pozdrawiam.

Hej, Reinee.

Cytując jedno z licznych zdań o ruchu w utworze – ”Życie… To ruch! To szybkość!”, a który to ruch jest pomysłem na świat w Twoim opowiadaniu, fabułę i akcję prowadzisz dokładnie na odwrót. To znaczy niewiele mamy ruchu. Do połowy opowiadania serwujesz trzy statyczne sceny. Rozmowę w restauracji kolejowej, scenę na peronie i rozmowę w przedziale. Nie ma w ogóle akcji, sa słowa, słowa i pomysł, czy też wizja Autora, przemycona pod postacią opisów, przemyśleń i dialogów. A to nie jest coś, co porywa czytelnika, bowiem każdy z nas ma swoje pomysły, wizje i przemyślenia. Wizje innych raczej mało ekscytują, dlatego opowiadanie czytałem, ale nie czułem się wciągnięty w Twoją opowieść. 

Później trochę rozbudzasz bohaterów, jest seks, choć miałem wrażenie, że piszesz o nim z pewnym skrępowaniem i nawet tutaj nie ma akcji, tylko serwujesz kolejne przemyślenia. 

To, co dzieje się potem, wysysa ze mnie niewielką porcję energii, którą uzbierałem krótkim snem. Działam już tylko siłą alkoholu i pożądania. Świadomość wygasa, pozostaje czysty, nieposkromiony pęd! Jestem ruchem!

(…)

Czy to ja wprawiam go w ruch, czy on mnie?

Nie sięgam po beletrystykę po to, żeby czytać, co bohater (autor) myśli, ale by wciągnął mnie w wir wydarzeń. Nawet najbardziej elokwentna rozmowa przy stoliku w restauracji, odczucia bohatera czy jego przemyślenia, nie dadzą czytelnikowi tylu emocji, co na przykład pościg o życie na dachu pociągu. 

Oczywiście nie każde opowiadanie musi mieć akcję rodem z Jamesa Bonda można mieć sceny statyczne, które mrożą krew w żyłach, ale nie w powyższym opowiadaniu.

Podsumowując, wolałbym więcej ruchu w opowiadaniu o ruchu. Zdobyłeś jednak brązowe piórko, więc możesz mój komentarz włożyć do szuflady. Niech sobie poleży bez ruchu. ;)

Pozdrawiam.

 

To było sześć lat temu. :) Ja już wtedy mało czytałem fantasy, choć na forum spędzałem sporo czasu i czytałem dużo opowiadań. Nie napisałem też, że powyższe opowiadanie jest słabe i nie, nie widzę spadku jakości. :) Lata mijają, człowiek się zmienia i jego (moje) upodobania trochę też.

Pozdrawiam.

Hej.

W zasadzie mi się podobało.

Co prawda do pełni szczęścia trochę brakuje, jest to jednak kawałek wyrwany z całej serii i choć wprowadzenie robisz szybkie, od dialogu, a ja takie lubię, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że przeczytałem rozdział, a nie pełnoprawne opowiadanie. Nic w tym złego, ale trudniej jest chwycić czytelnika za gardło.

Nie jestem fanem demonów, a jeszcze mniej w słowiańskim wydaniu. Chyba tylko Wiedźmin zyskał moją pełną akceptację, ale przyznaję, że czytało się dobrze. Myślę, że obyczajówka to Twoja mocna strona, nie jestem pewien, czy już kiedyś o tym nie mówiłem. Z łatwością budujesz bohaterów, ich zachowania, charaktery i naturalne wypowiedzi. Dialogi czytałem z dużą przyjemnością.

Moim zdaniem prędzej czy później porzucisz fantastykę, albo inaczej, zmusi Cię do tego rynek. Bo pisarką chcesz być, to widać, a z pisania samej fantastyki trudno będzie wyżyć. Obyczajówka to jednak zupełnie inna skala odbiorcy i w końcu któryś wydawca o taką Cię poprosi. Bez względu na wynik, życzę powodzenia. :)

Pozdrawiam.

 

Hej, Bello.

Mój komentarz to będą w zasadzie dwie skrajne opinie, ale obie postaram się uzasadnić.

Ta na plus, to wykonanie, klimat i baza w kosmosie. Co w Twoim przypadku nie jest niczym zaskakującym. W końcu jesteś już pisarką. ;) Choć debiutu powieściowego jeszcze nie czytałem. Jak zwykle masz ciekawe nazwy własne, bardzo dobre jest funkcjonowanie bazy, reaktory itd. Świetne są puzzlarty, zapachniało świeżością. :) Bardzo podobał mi się ten motyw. Pod tym względem to ciekawe opowiadanie SF.

Gorzej jest od strony mentalnej. Wiele spraw, które poruszasz, mocno trąca już myszką. Choćby tutaj:

ale drukarki żywnościowe, choć teoretycznie kopiowały skład potraw niemal co do atomu, przyrządzały ją źle.

Przyznam Ci się, że dostaje już szału, gdy czytam o maszynach, które nie potrafią wyprodukować smacznej sztucznej żywności. Nie wiem, czy spotkałem się choć z jednym opowiadaniem czy powieścią, gdzie było odwrotnie. Powiedz mi, jak to możliwe, że w Twojej przyszłości można przenosić mózgi, czy świadomość, a nie można sklonować marnej rzodkiewki?

Historie o małej ilości światła słonecznego, która utrudnia hodowanie roślinności już teraz jest bez znaczenia. Choćby sałatę hoduje się od dawna bez styczności z glebą i słońcem. Gdy nie było mnie jeszcze na świecie, ojciec miał akwarium w piwnicy, które oświetlał zwykłą żarówką żarową i tak rośliny trzeba było regularnie przycinać. A to było 50 lat temu, Bella. Wiesz, jakąś prawdę, w zasadzie już historyczną :), trzeba zachować. Słońce nie jest potrzebne, żeby mieć roślinność.

Kolejna mentalna przestarzałość:

– Powiedz mi, jak to jest żyć jako półmaszyna – szepnęła.

Nie rozumiem dlaczego u części osób rozwój technologiczny związany z maszynami i tym co żywe a co sztuczne, wywołuje tak skrajne podejście. Znaczy negatywne względem technologii. Nie wiem, dlaczego nadałaś takie cechy głównemu bohaterowi, który mentalnie jest rodem z poprzedniego wieku, nie mówiąc o czasach obecnych. Ta jego niechęć do sztucznego jedzenia, żywodźwigów, zresztą nadajesz te cechy także innym.

Jako jedna z nielicznych wolała pracować tradycyjnie, bez okuranów,

Znowu nie rozumiem jak naukowiec w ogóle może tak pomyśleć? Nie chcieć wykorzystać wszelkich dostępnych narzędzi do swych badań. Co w ogóle znaczy pracować tradycyjnie? Za pomocą pęsety i szklanej folki?

Nie wydaje mi się, aby tak kiedykolwiek było. W tak odległych czasach, o których piszesz, dawno zatrze się granica między żywym a sztucznym, między maszyną a biologicznym człowiekiem, albo inaczej, ona w ogóle nie będzie miała żadnego znaczenia. Na pewno nie w tak fundamentalnym wydźwięku jaki prezentujesz. Podobnie ma się sprawa z psychologią:

Skuteczność miał niewiele lepszą niż mediboty z powodzeniem zastępujące lekarzy wszystkich innych specjalności poza psychologią.

Właśnie, że nie, Bella. :) Już w niedługim czasie AI będzie znacznie, znacznie lepszym psychologiem, niż absolwent Uniwersytetu Gdańskiego czy Warszawskiego. Mając w sekundę dostęp do baz dziesiątków milionów pacjentów, dziesiątek tysięcy kuracji, sposobów leczenia, dostępności i działania leków, nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej.

Opowiadanie jest bardzo dobrze napisane, nie dziwię się, że zostało wydrukowane w Nowej Fantastyce. W końcu Jerzy to mój rówieśnik, Cetnar jest niewiele młodszy, Ty też nie jesteś nastolatką. Bardzo szanuję obu Panów, to wybitni ludzie, ale za chwilę to będzie dziadkowe pokolenie i choć drukują opowiadania na najwyższym literackim poziomie w Polsce, to sama NF trąca już myszką, co widać najlepiej po przedpotopowej stronie www i forum.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Żonglerko.

Chyba najlepiej będzie napisać to od razu, w tekście jest tyle błędów warsztatowych, że powiedzenie “nie podobało mi się” byłoby niewłaściwym, bo opowiadanie jest jak nieskończona praca, która wymaga jeszcze przynajmniej kilku korekt i liczę, że otrzymasz je podczas redakcji do Fantastycznych Piór.

Zwrócę Ci uwagę tylko na kilka.

To była zła noc na podróż. Podczas pierwszej doby roku sztorm na oceanie przybierał na sile, a burzowe chmury zazdrośnie strzegły gwiazd. „Jaka pogoda po zmroku, taka reszta roku”, tak mówili prości ludzie. Mimo to królewski posłaniec nie przestawał wiosłować. Słowo, które niósł, stało ponad ludźmi i bogami. Dotyczyło losu krain, które mogły ocaleć przed wojną.

Czy noc może być zła? Czy informacja już w drugim zdaniu, że jest pierwsza doba roku jest informacją potrzebną i istotną? Z punktu widzenia czytelnika nie, bo nie idzie za tym żadne wyjaśnienie, a sprecyzowanie czasu nic mi nie mówi, ani nic nie wnosi. Nie w tym miejscu. Zaś ostatnie dwa zdania są mocno pompatyczne, można takie stosować, pewnie, ale znowu, nie w tym miejscu i czasie. Ja widzę tylko wioślarza w burzy, którego wprowadzasz jednym zdaniem, niczym więcej. Słowo, które niesie, nic dla mnie nie znaczy.

Akapit otwarcia i pierwsze zdania są jednymi z najważniejszych w opowiadaniu. Albo zarzucą haczyk, albo nie.

Dalej mamy:

Maszt przechylił się na wietrze, zmusił do tego samego łódź. Jedyna plama jasności poszła w strzępy, kiedy bezradny żagiel przepuścił napierającą falę. Rumor był ogłuszający: czarna woda uderzała bezlitośnie, wicher smagał pejczem szalupę; drewno ulegało miażdżącym dłoniom władcy oceanu, który dął, ryczał, kopał i tryskał spienioną śliną. Łódka wystrzeliła ku niebu, zawisła na moment na skraju czarnej fali. Samotny wioślarz ujrzał księżyc w pełni wyglądający zza spirali pierzastych chmur. Oślepiony nagłym blaskiem, uniósł ręce w obronie przed boskim spojrzeniem. Gdy zorientował się, że puścił wiosło, było już za późno. Kiedy ponownie je złapał, pękło mu w dłoniach. Łódź zniknęła spod nóg.

Jeśli łódź ma maszt, to oczywistym jest, że przechyli się razem z nim. Nie trzeba o tym pisać, to tylko spowalnia akcję. Masz też zbyt dużo pompatycznych porównań w pierwszym fragmencie, jak “plama jasności, wicher smagający pejczem”, czy “miażdżące dłonie oceanu”. A moim zdaniem, nie zbudowałaś odpowiednio sceny, jest zbyt krótka, by wejść z tak mocnymi porównaniami. Zbyt szybko chcesz zbudować klimat.

Dalej pojawiają się określenia albo niedopowiedzenia, które skutecznie utrudniają mi odnalezienie się w tekście. Bowiem czy blask księżyca może oślepić? Jak wygląda boskie spojrzenie, przed którym bohater unosi ręce? Jak duży jest pierścień, który zsuwa się z dłoni, a nie z palca?

Biegnący człowiek hałasował zbroją. Gdy otworzył szczelne drewniane wrota, wpuścił do środka zimno, czym zasłużył sobie na batożenie.

Biegnący człowiek w zbroi hałasuje, pisałem już o oczywistościach. Dlaczego zasłużył na batożenie po wpuszczeniu zimna do środka? Nie wiem tego. Podobnie jak tutaj:

– Twoja ręka jest złamana – szepnął Durstan (…)

Po chwili zwłoki człowiek zdjął strzępy przemoczonego stroju.

A więc rozumie mój językDobrze. 

A dlaczego miałby nie rozumieć? Też nie wiem.

Używasz niepotrzebnych zamienników, aby wykluczyć powtórzenia, czy dziwnych określeń, aby opisać sytuację jak “wysoki zbrojny” (czy ma znaczenie, że jest wysoki, a nie średni albo niski?), czy “Dowódca straży każdym kawałkiem ciała zdradzał przed nim, że nie chce tutaj być.” Jak się coś zdradza każdym kawałkiem ciała? Mamy też “Będziesz z nim szczery, albo czeka cię zły los”. Jaki to jest zły los? I takich fragmentów jest więcej. Posłużyłem się nimi, aby pokazać Ci fragmenty, nad którymi warto popracować.

Podobnie tekst wygląda dalej. W kolejnej scenie masz niejasny opis plaży i grupy wędrujących osób.

Cendri brnął pod wiatr skrajem czarnej plaży, próbując ignorować narzekanie pozostałych. Wlokąc się w tyle, nieustannie gadali o tym, co zrobią, kiedy już będą bogaci.

Najpierw myślę, że jest sam, po chwili poprawiasz mnie, że jednak nie. Ale to na tyle, przez całą scenę nie ma opisu miejsca. Pojawiają się gdzieś mokre buty i skrawek płaszcza. Z dialogu domyślam się, że wędrujących jest chyba trzech, bo tylu uczestniczy w rozmowie. Jak wyglądają, jaką plażą idą? Oprócz tego, że jest czarna, wiem niewiele więcej. Widzę tylko gadające głowy. Dokładasz do tego niejasne określenia, jak “Kiedy nadeszła kolejna fala, woda obmyła żabie cmentarzysko, a wśród dryfujących ciał Cendri dostrzegł błysk.”

“Kiedy nadeszła kolejna fala, a woda obmyła żabie cmentarzysko, wśród dryfujących ciał coś błysnęło”. I już wiemy, że jest mniejsze niż ciało, jeśli coś, pewnie małe i leży na dnie. Dwa słowa, które określają nam miejsce i wielkość. Po co kombinować?

Jednak najbardziej przeszkadzało mi narzucanie czytelnikowi emocji i reakcji. Zresztą poniżej jest wręcz książkowy przykład.

Przybysz okazał się bardzo młody, a jego mina wskazywała, że nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, gdzie jest i co się dzieje: oczy błądziły bez zrozumienia po wnętrzu łaźni;

Przecież gdybyś zostawiła tylko “Oczy przybysza błądziły bez zrozumienia po wnętrzu łaźni” to czytelnik domyślił by się sam dokładnie tego, co napisałaś przed tym. :)

Więcej przykładów:

Choć sprawa brzmiała na pilną, nie wydawał się przejęty.(…)

Czarne oczy zmrużyły się podejrzliwie.(…)

Ku zdumieniu mistrza, chłopak je otworzył.(…)

Cendri wzruszył ramionami na widok rozeźlonego wzroku starszego mężczyzny.(…)

Władca był zaciekawiony.

Nie pisz mi, kto jak się czuł. Ja chcę sam wywnioskować to z ruchu, gestów czy mimiki. Nie narzucaj mi emocji, bo tym samym mnie ich pozbawiasz.

Gdyby przyjrzeć się tekstowi dokładnie, to znajdzie się znacznie więcej wpadek, takich jak ta:

Głowa, wystająca z parującej wody, uniosła się i opadła w wyrazie potwierdzenia.

Ale nie mam tyle czasu, Żonglerko, aby je wszystkie wymieniać. Myślę, że to pokłosie pisania po kilku latach przerwy, o którym wspominasz. Nie doczytałem opowiadania do końca. Przepraszam, ale rzadko się tutaj ostatnio pojawiam i chciałbym przeczytać jeszcze coś innego.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Świetne, Zanaisie. Nawet poszczególne fragmenty są jak dobrze zaplanowane części stanowiące ostatecznie całość. Każda w nowej scenerii i z odpowiednio zawieszonym haczykiem na końcu. Utwór nie wymaga rozszerzonego komentarza.

Gratulacje.

 

 

Sześćdziesiąt tysięcy znaków, ale czyta się szybko. To na plus. Na pewno ktoś już o tym wspomniał. Jednak fabuła nie sprostała, albo inaczej, może nie fabuła, jak wybrane rekwizyty. Dlaczego bowiem kamień, a nie kijek? Może czytałem trochę nieuważnie, skanowałem tu i tam, ale wydaje mi się, że tego nie uzasadniasz. Podobnie ma się sprawa z krową skaczącą po dachach. Tu emocje wyraźnie opadły, zdałem sobie sprawę, że mogło pojawić się wszystko, i koń i słoń. Myślę, że jednym z największych atutów beletrystki są… Określone ramy świata. Jeśli czytelnik wie “gdzie kończy i zaczyna się” fantastyczny świat, tym pewniej będzie zaskoczony, jeśli nie przewidzi zdarzeń, które się wydarzą, a teoretycznie mógł. To jeden z największych fun-ów czytania.

Zabrakło mi tego, ale dialogi piszesz pierwsza klasa. :) Przychodzą Ci bardzo łatwo. Podobnie jak samo pisanie. W Twoim przypadku to raczej kwestia podjętego tematu, a nie umiejętności, żeby odnieść sukces.

 

Pozdrawiam.

Hej, Caern.

Ciekawy stworzyłeś świat, to największa zaleta utworu. Z przyjemnością czytałem o aukcjach, sztabkach, składach chemicznych i wzorach genetycznych. To coś, co na pewno zostanie w pamięci. Połączyłeś to zgrabnie z nowoczesnością i równie udanie z nadnaturalnymi mocami. Spójne to jest i nie ma się do czego przyczepić. Chwyciłeś mnie swoimi bohaterami, którzy jacyś są, mają charaktery, własne cechy, tworzą jakąś społeczność. To nadaje historii wiarygodności.

Pełne zadowolenie przyćmiły mi dwie sprawy. Po pierwsze fabuła, która nie wyróżnia się na tle innych. A patrząc na świat, który stworzyłeś, wręcz odstaje.

Do połowy opowiadania nie wiedziałem dokąd to zmierza. Nie zarzuciłeś haczyka, nie wrzuciłeś czytelnika na głęboką wodę, ludzie coś robią, coś licytują, mają jakieś zdolności, ale niewiele więcej z tego wynika. Dojechałem do połowy i nie miałem pewności, ani nawet podejrzenia, po co to czytam. Finalnie, walka kobiety po traumie w burdelu o inne kobiety, które mogły skończyć w burdelu, nie przynosi mi satysfakcji, tym bardziej, że mało dramatu w Twoim opowiadaniu. Giną ludzie, dzieją się złe rzeczy, ale ja, w dużej mierze przez niewłaściwie (moim zdaniem) stylizowane dialogi, tego dramatu nie czuję. Opowiadanie czyta się trochę jak czarną komedię, a w tym przypadku to nie jest na plus.

Stylizowane dialogi są właśnie drugą rzeczą, która nie pasuje mi do całości. Ja wiem, że większość z nas czerpie wzorce z innych kultur tworząc własne światy. Czy to ze słowiańskich, indiańskich, azjatyckich czy też arabskich. Sam Frank Herbert z nich czerpał, jak i wielu innych przed nim i po nim. Jednak Twoja stylizacja kojarzy mi się bardziej z subkulturą, a mówiąc wprost może nie z patologią, ale najuboższą częścią społeczeństwa, która występuje w każdej kulturze, a która oprócz biedy, jest zwyczajnie niedouczona.

Dam Ci kilka przykładów:

– Zrób mi pomiary – poleciła szefowa. – Przypilnuj dobrze wagi, bo to nadstop z tego, no, z kobaltu. Musisz dobrze oszacować proporcje. (…)

– Nic się nie stało, córciu. Skończyłam te, no, skończyłam badanie. (…)

– Uzdrowicielka jest umówiona w tej, no, klinice Matki Eanue. Nie spóźnij się tam, syńciu, (…)

– Jeszcze nie. Dostałem toto na chwilę, do obróbki. No i chyba jasna sprawa, o co panią chcę zapytać, nie? (…)

Trudności w wysławianiu się i budowaniu logicznych, czy dłuższych wypowiedzi kojarzą mi się z tą częścią społeczeństwa, co zaś gryzie mi się ze znakomitymi umiejętnościami większości Twoich bohaterów.

Domyślam się, że miała to być namiastka “Dołów”, aby czytelnik wiedział, że naprawdę ma do czynienia z dołami, ale w mojej opinii to nie zagrało, a wręcz ujęło opowiadaniu wartości.

Nie zmienia to faktu, że napisałeś dobre opowiadanie, a stworzony świat robi wrażenie. Gratuluję też srebrnego piórka. :)

Pozdrawiam.

 

Hej, Edwardzie.

Przeczytałem do momentu, kiedy główny bohater sam zmienił się w konduktora, dokładnie jakieś dwa, trzy akapity dalej. Później porzuciłem lekturę, choć sam się sobie dziwię, bo bardzo lubię metaforyczne teksty.

Być może metafor jest tutaj zbyt dużo, być może dlatego, że kolejne zdarzenia i światy, choć bardzo pomysłowe i obrazowe, prowadziły donikąd. Nie widziałem brzegu. Nie doczytałem jednak, więc może jakiś jest, ale coś w głębi mówi mi, że nie. Czuję, że płynąłeś tak, płynąłeś i nigdzie nie dopłynąłeś. A ja lubię jakiś koniec, nawet jeśli jest otwarty.

Ale fajnie było nacieszyć oko Twoimi pomysłami. Wyobraźnię masz, to trzeba docenić. :)

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Rosso.

Dobre opowiadanie. Myślę, że właśnie takie lubią wydawcy i redaktorzy. Jest pomysł, jest długie wprowadzenie, przeciąganie napięcia, no i warsztat. Człowiek nie potyka się czytając, nie zastanawia, nie cofa, żeby coś przeczytać ponownie. Prawie 80 tysięcy znaków pochłania się szybko i sprawnie, tak podczas wieczornego odpoczynku.

Sam pomysł i horror to dla mnie rzecz drugorzędna. Jednemu bardziej będzie się podobać, innemu mniej. Nie o to tu chodzi. Wolałbym jednak, żebyś te 80 tysięcy znaków wpompowała w powieść, a nie w opowiadanie. :) Nie to żebym zniechęcał Cię do pisania opowiadań, ale skoro pisać już umiesz, a czas nie jest z gumy, to skupiałbym się przede wszystkim na powieściach. A po wydaniu kilku wrócił do opowiadań. No, może coś tam w trakcie. ;)

Znaczy, podobało mi się.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Tak, Bardjaskier, podobnie to widzę, ale sukces smakował gorzko, także dlatego, że bohater znacznie rozwinął się intelektualnie. Ale sukces (pisarski) chyba często się z tym wiąże.

Pozostawiam jednak pytanie ogólne, czy trud drogi do sukcesu pisarskiego może być tak duży i ciężki, że największy sukces nie będzie w stanie go nam zrekompensować?

Outta, książki sprawdzę, nie czytałem tych tytułów. Oglądałem ekranizację “Drogi”, dobra.

Z filmów “Trzy billboardy…” to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w ostatnim roku. “Rzeka tajemnic” to powoli klasyka, oglądałem kilka razy. “Requiem” dobre, “Zapaśnik” też, mam sentyment do łobuza Mickeya Rourka. Sporo filmów z nim widziałem, pewnie nie wszystkie przetrwałyby ducha czasu. “Czarny łabędź” świetny i świetna rola Natalie Portman. Ech, kiedyś to robili filmy.

Za to “Dymu” i “Clockers” nie znam, postaram się obejrzeć, jak się trafią.

Dzięki.

 

Przeczytałem pierwszy tom “Obłędu” Krzysztonia i “Martina Edena” Jacka Londona. Rezczywiście to książki dramatyczne, ale zdałem sobie sprawę, czego wcześniej nie zauważyłem, że znacznie mniejszy wpływ emocjonalny mają na mnie pozycje historyczne. To znaczy takie, które nie toczą się w dzisiejszych czasach. Być może to kwestia scenografii, rekwizytów, zdarzeń, sytuacji, przejść, które często sa inne od dzisiejszych, ale widzę, że patrzę na takie historię z pewnego dystansu. Nie identyfikuje się z bohaterami. W przypadku “Obłędu” temat strachu przed bombą atomową, radzieckich agentów, w ogóle ZSRR to coś, co nigdy mnie nie interesowało, choć wiem, że teraz za wschodnią granicą temat jest aktualny. Zaś “Martin Eden” i początek XX wieku, z tą arystokracją, sferą itd, podobnie do mnie nie przemawia. Po prostu nie czuję tych środowisk i tych problemów. Jednak chociażby dlatego warto było je przeczytać, właśnie żeby sie o tym przekonać. :)

Pozostając przy “Martinie Edenie”, – UWAGA! Będą spojlery – to mocno zastanawia mnie jedna rzecz. Bohater w biedzie, wręcz nędzy i nie rozumiany przez nikogo, oddaje się pisarstwu, pisząc wszystko właśnie w tym okresie. Wysyłając setki rękopisów do dziesiątek wydawnictw. Przez lata bez skutku. Gdy w końcu zaczynają go wydawać i staje się sławny – nic już nie pisze. Wydaje wszystko to, co napisał wcześniej. Rozżalany tym, że ludzie nie rozumieją jego literatury, ale którzy cenią go i chcą z nim bywać ze względu na jego sławę – popełnia samobójstwo. 

Zastanawiam się, czy osiągnięcie sukcesu w pisarstwie, takiego dużego, bezdyskusyjnego,  może być okupione tak trudymi przejściami, że mimo jego osiągnięcia, nie rekompensuje on trudów i znojów po drodze. Zawsze wydawało mi się, że tak. Sukces, który wszystko przysłania, czym większy, tym bardziej, ale po lekturze powyższej książki, nie mam już takiej pewności.Czy droga do sukcesu może być tak trudna, że nie jest on w stanie cieszyć, a wręcz może doprowadzić do dramatu? Mam na myśli dzisiejsze czasy, tu i teraz, nie historyczne przypadki.

Co o tym myślicie?

 

Pozdrawiam.

 

Czy masz napisane już “coś większego”, o czym rozmawialiśmy przy poprzednim opowiadaniu? Minęły już cztery latka i podobną miałaś przerwę w tutejszych publikacjach, liczę więc, że masz. :)

Bo pisarką możesz być, Rosso, i to na pełny etat. Masz najważniejsze umiejętności balansu i dystansu, jak lubię mówić o zawodowych (pisarskich) cechach. Balans jest bardzo ważny, ten zrównoważony podział pomiędzy informacją, dialogiem i opisami. Tak, aby powieść czytało się bez znużenia, czy skanowania stron. Jest całkiem sporo osób, które potrafią dobrze pisać, nawet tu, na portalu, ale dobrze pisać, a napisać dobrą powieść, to nie to samo. Niejednokrotnie gdy pytam o zachwiane proporcje, najczęściej informacji lub opisu w opowiadaniach (bardzo rzadko dialogów), dostaję odpowiedź, że “sam(a) lubię czytać takie rzeczy”. A to oznacza, że ktoś pisze dla siebie i być może kilku sobie podobnych osób. Nikogo więcej. Bo jaki jest procent pisarzy wśród społeczeństwa? A jaki procent w tym środowisku będzie lubił ten sam gatunek, co autor(ka) i będzie chciał to przeczytać? Jaką dostajemy wtedy liczbę, promil z promila? Wystarczy zerknąć choćby na tym forum. Cień Burzy razem z Gravel wydali już dobre kilka miesięcy temu rewelacyjny debiut, coś na miarę poważnych zachodnich autorów. Ile osób to przeczytało? :) Widziałem w komentarzach trzy, bo zakładam, że jednak każdy napisałby choć dwa słowa, gdyby powieść przeczytał. A tylko jednego, pojedynczego dnia, logują się tutaj dziesiątki osób. :)

Pisać trzeba dla mas, dla zwykłych zjadaczy chleba, trafić prostymi słowami do prostych ludzi, którzy w 99% nie szukają drugiej Biblii, ani epokowego dzieła, tylko chcą przyjemnie, z książką, spędzić czas. Pisać trzeba inteligentnie, ale zrozumiale, i Ty te umiejętności posiadasz, a kupiłaś mnie już pierwszymi zdaniami:

Las ciągnął się dalej niż sięgały oczy, niż uciekała myśl. Strzelały zielone sosny pod niebo, wełniły się bure korzenie, na wpół niknące w gęstym mchu. Wcześnie było, jeszcze majaczyła śreżoga, jeszcze na niebie malowały się czarnymi kreskami nocne ptaki.

No bajka, od razu wygodnie się rozsiadłem i wiedziałem, że opowiadanie będzie dobre. Snujesz tę swoją historię, prowadzisz powoli, zaciekawiasz, wplatasz w to naturalne dialogi. I choć bierzesz typowy setup – “obcy w obcym mieście”, to i tak człowiek czyta, bo oprócz “mglistej” opowieści, dokładasz piękną scenografię, wypełniasz scenę dramatu. I to jest ta druga, pożądana przeze mnie cecha – dystans. Autor musi być bowiem zupełnie niewidoczny w tekście. Jedną z rzeczy, które kiedyś najbardziej irytowały mnie na tym forum, były dyskusje na temat “stylu autora(ki)”. Styl może mieć projektant mody, pisarz powinien być niewidzialny. Po czym poznać dobre opowiadanie czy też powieść? Gdy ani razu nie zastanowisz się nad osobą autora(ki) podczas lektury, gdy interesować cię będą tylko bohaterowie i historia. Jeśli zaczynasz myśleć o dialogach, infodumpach, opisach, to każda taka pojedyncza myśl jest minusem dla pisarza.

Skłamałbym, że nie zwracałem na to wszystko uwagi podczas lektury “Amby”, za dużo czytam, czy też skanuję wzrokiem, aby się w 100% wyłączyć, ale wiem, że tak to właśnie powinno wyglądać.

Schowałaś się Rosso, ukryłaś w tajdze, w tej mgle, i szepczesz czytelnikowi do ucha swoją opowieść. Brawo.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Nadal pamiętam Sprostownik i Robota, Rosso. :) Dużo obiecuję sobie po Twoim piórkowym opowiadaniu. Myślałem, że dam radę przeczytać dzisiaj, ale to 40k i muszę się poddać, na razie, ale wrócę. :)

 

Realuc’u, sporo tego napisałeś, i choć piszesz, że to był przyjemny wysiłek, to gdzieś między zdaniami przedziera się determinacja. Z drugiej strony, masz jakieś osiągnięcia, całkiem fajne i całkiem sporo. Skąd więc taka chęć, czy też potrzeba, wydania właśnie książki? Jeśli przyjąć, że książka na papierze pojawia się w dziesiątkach księgarń, a może i setkach, licząc internet. To można dotrzeć do kilku tysięcy osób, przynajmniej w debiutanckim nakładzie. Dlaczego chcesz do nich dotrzeć i z czym?

Pozdrawiam.

 

Czy czasami nie masz już napisanej powieści i nie szukasz właśnie wydawcy? Wypytuję Cię, bo chciałbym szerzej odpowiedzieć, a żeby to zrobić, wypadałoby znać fakty i to co już się dokonało bądź nie.

Z drugiej strony, jeśli masz już napisaną powieść i być może ze chwilę ją wydasz, to moja odpowiedź, człowieka, który nie napisał żadnej książki i nic nie planuje wydać (przynajmniej na razie), wydaje się bez sensu i raczej Ci niepotrzebna.

 

EDIT:

Przypomniałem sobie. :) Bo gdzieś chodziło mi po głowie, że przy jednej dyskusji pisał mi już ktoś o nie wydanej powieści i to byłeś Ty. :) Wtedy zbyt pouczająco i obcesowo rozwinąłem się w temacie, na szczęście nie miałeś żalu, a na swoją obronę dodam, że było to pokłosie obserwowania dyskusji młodych ludzi na innym portalu, w temacie “gdyby tylko ktoś mnie wydał to na pewno coś bym napisał”. 

Skromny jesteś, albo nie chciałeś przypominać, że masz już gotowe dwie powieści. :) A finalnie zmierzam do tego, że mam swoje przemyślenia, czy warto pisać. 

 

Powiem Ci też, że zarówno tamten komentarz, jak i powyższe, mają u mnie miejsce tylko u osób, które znam od lat na forum, i wiem, że mogę sobie pozwolić na szczerą wypowiedź, zawłaszcza, gdy jest mniej przychylna. Łapię już swoje latka i coraz rzadziej chcę opuszczać strefę komfortu, bo napisanie komentarza, że coś ci się nie podoba, właśnie tym jest. Nie mam już chęci kopać się z koniem albo narażać czasem na grupowy odwet. Na forum jest dosłownie kilkanaście osób, u których wiem, że mogę pozwolić sobie na coś więcej, niż ogólnie przyjemne pierdzenie. Jak się już domyśliasz, jedną z nich jesteś Ty. Od dłuższego czasu osobom, których nie znam, nie zostawiam krytycznych komentarzy, nie piszę nic, chyba, że ktoś mnie o to konkretnie zapyta.

 

Pozdrawiam serdecznie.

 

Darcon,

 

zadrżałem lekko widząc Twój komentarz

Mam nadzieję, że pisałeś to chociaż pół żartem. :) Wiem, że miewam kąśliwe komentarze, staram się z tym walczyć, ale (złą) naturę ciężko jest pokonać.

– Poruszanie bohaterki: ta jest świeżo po zabiegu (…) za 50 lat będzie można ich używać pewnie równie sprawnie co naturalnych kończyn.

Trochę tu czarujesz, Realuc’u. Skoro wszyscy wiemy, że to mija, to i pominąłbyś to w tekście. ;) Ale chciałeś tą wzmianką dodać jeden punkcik na “nie” dla:

– co do zastępowania organów: co innego zastąpić jedną/dwie rzeczy, co innego pół ciała na zewnątrz i połowę organów w środku.

I tu się różnimy, dla mnie to żadna różnica. I masz rację, moja opinia jest mocno subiektywna, jak każda opinia pojedynczej osoby. :) Ale nie o tym chciałem pisać. Raczej zapytać o:

Reasumując, Darconie, bardzo Ci dziękuję, że tu zajrzałeś i zechciałeś pochylić się na moim pierwszym piórkiem. Długo o niego walczyłem,

Wyczuwam tu wskazanie na duży wysiłek i litry potu, żeby to piórko dostać. Czy tak? Jednocześnie dużą satysfakcję z jego otrzymania. Nie chciałem go podważać – patrz pierwszy akapit mojego pierwszego komentarza. Chciałbym Cię jednak pociągnąć za język. Czy otrzymania piórka wpłynęło na Ciebie jakoś bardziej od chwilowej satysfakcji? Wiesz, podbudowało, podniosło samoocenę, nie wiem, bardziej w siebie uwierzyłeś? Pytam całkiem poważanie. Lubię psychologiczne zagadnienia.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Realuc.

Wiem, że już kilkukrotnie ocierałeś się o piórko, więc bardzo chciałem, żeby opowiadanie mi się spodobało. Niestety tak nie jest i piszę to z bólem. Chociaż piórko masz, więc jeden niezadowolony “klient” nie powinien mieć większego znaczenia. :)

Wszystko skupia się na jednym – mentalności bohaterów – której nie mogę kupić. Serwujesz świat przyszłości, jakim ją widziano 50 lat temu. Dam Ci kilka przykładów.

Wstała nieco niezgrabnie i ruszyła w naszą stronę sztywnym krokiem. Miała na sobie tylko krótką spódniczkę w czerwone maki i biały bezrękawnik. Trudno było znieść ten widok, ale nie mogłam wówczas okazać słabości, dlatego powiedziałam żartobliwie:

– Całkiem nieźle sobie radzisz. Z pewnością lepiej, niż Gab po trzech drinkach.

Tak poruszał się złoty droid w Gwiezdnych Wojnach, ale to było w 1977 roku. Wystarczy zobaczyć na YT, co ludzie z protezami wyrabiają na paraolimpiadach, ale nie tylko. Powtarzanie co fragment “zimnych kończyn” i “zimnego dotyku” też jest z podobniej przeszłości i wcale nie dodaje utworowi dramatyzmu, jest wręcz przeciwnie. Ja choć jestem już stary nie postrzegam tak metalowych protez, nie myślę o niepełnosprawnych ludziach z protezami, jak o pół robotach, a o wszelkich operacjach, często nowatorskich jak:

A od kiedy wpychają nam do mózgów te gówna?

No nie. Nie postrzegam tak nowoczesnej medycyny. Ja wiem, że ktoś powie, ale to nie protezy, to są wszczepy! A kogo to obchodzi, albo będzie obchodzić w przyszłości? Czy człowiekowi będzie pomagała poruszać się proteza mniej lub bardziej skomplikowanie połączona z ciałem? I jest mało prawdopodobne, że będzie to goła stal, jak rodem z Terminatora 1984.

Nie kupuję też zagubionej córki, której jakoby przy pierwszej wizycie brat musi wszystko tłumaczyć. Nie kupuję w przyszłości, jak już teraz przepływ informacji jest błyskawiczny. Smartfony, apki, internet, to wszystko powoduje, że jesteśmy w 2024 roku praktycznie na bieżąco ze wszystkim. Córka musiałby się świadomie izolować, bez względu na to gdzie mieszka, żeby nie wiedzieć na bieżąco, co się dzieje u matki. A nic na to w tekście nie wskazuje.

Sytuacje, którymi budujesz dramatyzm:

– Z chęcią napiję się zimnej wody. Pozwól, że poczekam w fotelu, męczy mnie dłuższe stanie.

Przez moment patrzyłam jak idzie. Pół człowiek, pół robot. Wciąż jednak kochałam ją tak samo.

– Wskaźnik pracy nowych organów. Nie wygląda to najlepiej. Tak ci tylko przypomnę, że ma na przykład sztuczną wątrobę, a serce pracuje tylko i wyłącznie dzięki temu, co wpieprzyli jej do środka.

Nie są dramatyczne, w mojej świadomości nikt tak w przyszłości myśleć nie będzie. Już dawno wymyślono sztuczne serce, a najnowszy model Aeson Carmat wszczepiono w Polsce dokładnie dwa miesiące temu. Czy ktoś mówi, że ze szpitala wyszedł robot? Ba, mało kto o tym wie, bo nikogo już takie rzeczy nie ekscytują, gdyż dawno przeszły do porządku dziennego.

Tak było w poprzednim wieku, czasach złotych droidów i terminatorów. I choć ostatni fragment z pamięcią RAM/AI zamiast mózgu jest ciekawy, wnosi coś nowego, to nie broni reszty opowiadania.

Pozdrawiam.

 

Tak, generalizuję. I faktycznie, takie osoby mogą się znaleźć w wielu środowiskach. Zapomniałem, że u Ciebie to nie byli typowi przestępcy. Chociaż Greg wpisuję się pod typową patolkę. ;)

Myślę, że spośród wielu tysięcy więźniów Prometex bez problemu znalazłby kilka setek ludzi zdolnych do wybrania profesji infernauty.

To prawda, czy było to w tekście i mi umknęło? To znaczy, jakieś wskazanie na “sortowanie kandydatów”.

 

Hej, Zanaisie.

To nie pierwszy Twój tekst, który komentuję, więc pominę zapoznawczy i kurtuazyjny wstęp. Oczywiście nie znaczy, że będę gburem. :)

Co wyrzuciłbym z pierwszego fragmentu:

– Cztery minuty.

Leżę w metalowo-szklanej kapsule pod czujnym okiem chmary sensorów, ze skórą naszpikowaną igłami i w skafandrze, który kosmonautów przyprawiłby o atak wściekłej zazdrości.

Dlaczego? Ponieważ wypiłem parę drinków za dużo i rozjechałem osiemnastokołowcem emerytowanego księdza wracającego z balu charytatywnego.

Może zasłużyłem.

– Jack. Parametry w normie. Tak trzymaj.

Nie, skarbie. Nic nie jest w normie, ale wstrzykujecie mi wystarczająco dużo gówna, abym tkwił tu spokojnie jak na masażu i nie padł na zawał. Prometex dba o swoich infernautów, bez dwóch zdań. Nie po to łamali nam psychikę i wydali miliony na szkolenie, by komuś najzwyczajniej stanęła pikawa, co nie? Wpatruję się w napisy wytłoczone na szkle pokrywy i zaczynam je bezgłośnie recytować. Sam papież święcił te modlitwy. Jak mówiłem, Prometex nie oszczędza.

– Dwie minuty.

Słyszałem, że na początku większość infernautów wracała martwa lub w katatonii, z której już nie wychodzili. Reszta? Krótsza lub dłuższa rekonwalescencja. Sam spędziłem pół roku w korporacyjnej klinice gdzieś przy Yellowstone. Lasy, jezioro, czyste niebo – raj, człowieku. Zastęp aniołów stanowili neurolodzy, psychologowie i terapeuci, ostrożnie próbujący poskładać puzzle naszych rozsypanych umysłów.

Zanim wróciłem do skoków, Prometex udoskonalił kombinezony. Prawdziwy ze mnie szczęściarz.

– Jedna minuta. Tętno ci rośnie, Jack. Postaraj się uspokoić.

A co ja robię, panno nie-znam-cię? Pieprzona anonimowa zdzira, wybrana tylko ze względu na kojący głos, chrzani mi o spokoju!

To nie ona tu leży.

– Podaję „koktajl”.

Rurkami nadciągają kolorowe płyny. Przechodzą przez igły, a potem gwałtownie wlewają się w żyły i mięśnie. Znieczulenie, psychotropy, adrenalina, pewnie ze sto innych preparatów wymyślonych przez jajogłowych kolesi pijących właśnie latte i robiących zakłady, czy wrócę żywy. Pieprzyć ich.

– Dziesięć… Dziewięć…

Znajdź Jabłko. Znajdź Jabłko, Jack.

Igły wychodzą z ciała, skafander się zamyka, tworząc hermetyczne środowisko. Pompy tłoczą powietrze do hełmu. Pełna gotowość, panie kapitanie!

– Trzy… Dwa…

Boże!

Sam skok trwa ułamek sekundy. Kapsuła znika i…

Najgorszy jest chaos. Na szkoleniu tłumaczyli nam, że Piekło ma zaburzony ciąg czasoprzestrzenny – cokolwiek to znaczy – i nasze zmysły nie są dostosowane do przyjmowania tamtejszych bodźców.

To brzmi całkiem mądrze w ustach profesorków, ale rzeczywistość jest o wiele gorsza.

Wizjery natychmiast nakładają dziesiątki filtrów, ale wiem, co oglądam, i żadna cenzura tu nie pomoże. Wszędzie śmierć, a zaraz później wypaczone zmartwychwstanie cholernych nieszczęśników, aby mogli umrzeć jeszcze raz w najokrutniejszy sposób. Kształty rozmywają się i falują – program robi, co może, abym nie widział dokładnie tego koszmaru, ale wyobraźnia uzupełnia wszystkie braki. Twarze, szczątki twarzy, niby-twarze przemykają przed hełmem lub uderzają w niego, zostawiając czerwone kleksy.

Dusze.

Są wszędzie – nade mną i dookoła. Materialne, krwawiące, cierpiące. Przypomina to brodzenie na dnie oceanu wśród ławicy umierających ryb. Potępieni rozstępują się przede mną i ścieśniają, gdy ich minę. Dlaczego? Skąd mam wiedzieć? Lepkie strzępy bez przerwy spływają na skafander, po czym znikają, gdy dusze wracają do pierwotnych kształtów na kolejną porcję bólu. Krzyki, zawodzenia i wycie niezliczonych gardeł uderzają w izolatory akustyczne i dochodzą do mnie w postaci znośnego, ale uporczywego pisku.

Witamy w Piekle.

Robię ostrożny krok naprzód. Światła z naramiennych reflektorów suną po podłożu z wyjących głów, buty zapadają się w miażdżonych czaszkach i śliskich mózgach. Po chwili czerepy odrastają, aby dalej zawodzić.

Zmierzam w kierunku nikłego poblasku, ledwie dostrzegalnego wśród drgających ciał. Jabłko. To musi być Jabłko.

Hałas rośnie. Niedobrze. Hełm wycisza wszechobecną kakofonię, ale tym razem to coś innego – przeszywa nawet izolatory. Ostry krzyk dociera do środka i wrzyna się w uszy. Zaciskam zęby, pisk świdruje jak wiertarka. Rośnie i rośnie. Mówimy na to Echo. Wędrująca chmura czystej rozpaczy. Serwostabilizatory błyskawicznie blokują kolana – nie upadnę, ale odpływam… na… moment… Robię pod siebie, kombinezon wszystko pochłania i odprowadza.

Koniec.

Pierwsze, czego uczą na szkoleniu, to panowanie nad emocjami, ale tutaj cała nauka jest gówno warta. Tak naprawdę liczą się tylko preparaty z PPP – Pana Przyjaznego Plecaka. Wiem, że wbił już mi igły w plecy i teraz pompuje swoje eliksiry, niczym palacz sypiący węgiel do kotła lokomotywy parowej. To ja – pieprzone ludzkie choo-choo! Klecha, którego rozsmarowałem na kilkudziesięciu metrach asfaltu, pewnie siedzi teraz z aniołkami i rechocze, sącząc zimną tequilę: Jak tam, Jack? Odechciało ci się jazdy po pijaku?

Żebyś wiedział, ojcze. Pokuta pierwsza klasa!

Znów kroczę, zastanawiając się, czy w żyłach mam jeszcze krew, czy tylko chemię z korporacyjnych laboratoriów. Przeciskam się między roztopionymi twarzami, czuję na pancerzu uderzenia zwęglonych dłoni. Nic mi nie zrobią. Skafandry są twarde jak stal.

Jabłko! Leży spokojnie między krzyczącymi głowami.

Waży parę kilogramów, mieści się w dłoni i emanuje mdłym białym światłem. Miliardy dolarów zainwestowane przez Prometex w rozwinięcie teorii Glenna-Browna o podróżach międzywymiarowych znalazły uzasadnienie właśnie w Jabłkach. Czym są? Według Kościoła Odrodzonego to grzechy, które zostały odkupione cierpieniem. Czysta energia dowodząca bożego miłosierdzia, a my, infernauci, odzyskujemy ją z piekielnych otchłani niczym dawni krzyżowcy walczący o relikwie wśród piasków Ziemi Świętej.

Nasłuchałem się tego w telewizji, a później na szkoleniu. Spotkałem też faceta, który twierdził, że kilku fizyków ma swoje zdanie na ten temat, ale trzymają gęby na kłódkę. Czasy stosów minęły, czasy ekskomuniki – wręcz odwrotnie. Najważniejsze, że w tej kuli piekielnej energii siedzi moc kilku elektrowni atomowych – prawdziwe zbawienie dla świata z niemal wyczerpanymi źródłami węgla oraz ropy.

Schylam się i podnoszę Jabłko. Skok trwa dokładnie dziesięć minut. Zostały mi trzy. O ile system nie nawali, wtedy trzeba czekać kolejne sześćset sekund. Pechowcy mieli dwie awarie z rzędu.

Wizjer eksploduje alarmową czerwienią. Nie, nie, nie! Kręcę głową, szukając pomiędzy duszami złotych przebłysków. Widzę je, nadchodzą z prawej, więc rzucam się w lewo i biegnę najszybciej, jak mogę.

Demon.

Żadnych rogów, czerwonej skóry, paszczy z kłami i ognistych mieczy. Obca energia przypominająca ośmiornicę z piorunów. Bardzo wściekłą ośmiornicę. Przeniknie skafander bez trudu, po czym wypali żywą tkankę do gołych kości.

I skaże na Piekło.

Odbezpieczam pojemnik na rękawicy i strzelam za siebie białą chmurą – mieszaniną poświęconego halonu, opiłków srebra i soli. Może zyskam parę sekund. Roztrącam dusze, głuche uderzenia dudnią w hełmie.

Minuta do powrotu.

System ostrzega, że demon jest kilka metrów za mną. Plecak rzęzi – adrenalina kotłuje się w strzykawce. Pod stopami pękają czaszki; jeśli się poślizgnę to koniec. Obrazy przed oczami zlewają się w jedną rozmazaną plamę. Po chwili uświadamiam sobie, że krzyczę, wyję, kropelki śliny osiadają na wizjerze, w brzuchu czuję lodowaty ucisk.

To nie śmierć mnie przeraża, tylko świadomość, że gdzieś tutaj jest miejsce specjalnie dla mnie; czeka, bym zajął je na wieczność, na nieskończone eony cierpienia.

Więc uciekam z Jabłkiem w ręku i patrzę na odliczający zegar.

Cztery…

Trzy…

Złoty blask wypełnia hełm.

Nie myślę… biegnę…

Witają mnie modlitwy po łacinie.

Spryskiwacze obmywają skafander wodą święconą. Z głośników płyną nagrania egzorcyzmów wygłaszane przez samego papieża. Banda technicznych czym prędzej otwiera kapsułę, ale nie ze względu na mnie – wyrywają mi Jabłko i znikają za drzwiami.

Adrenalina powoli schodzi, zaczynam się trząść i jednocześnie mam ochotę śmiać się na cały głos, ale usta nie słuchają. Czekam, aż ktoś łaskawie odłączy mnie od sprzętu.

Jest dobrze… Jest dobrze. Po raz trzeci zdobyłem Jabłko.

Jak widzisz, całkiem sporo. Nie muszę wszystkiego wiedzieć po przeczytaniu kilku akapitów. Tak samo gdy oglądam film, nie chciałbym słyszeć w pierwszych minutach głosu lektora, który mówi mi, gdzie jest właśnie bohater, co to za miejsce i dlaczego się w nim znajduje. A już na pewno nie chcę dowiedzieć się zaraz po skoku, że bohater wskoczył do piekła.:) Odebrałeś mi tym samym całą przyjemność oczekiwania na to, co nie wyjaśnione. Gdybyś wymazał pierwszą wzmiankę o piekle, znacznie silniej wybrzmiałoby wtedy zdanie trzy akapity dalej – Witamy w Piekle. Przy powyższych cięciach tekst zyskałby na dynamice, choć i tak masz ją na dobrym poziomie. Metafory o brodzeniu po dnie oceanu, w takiej scenie akcji, też mógłbyś sobie odpuścić. Przy takim zastrzyku adrenaliny tylko pisarz może pomyśleć, że człowiek skłony jest wtedy do metafor.

 

Fragment trzeci, zaczynający się od słów:

Prometex to korporacja kościelna – jedna z wielu

Przeskanowałem wzrokiem. Zacząłem czytać od słów:

Wchodzę do pachnącej czystością stołówki.

Bo bohater w końcu COŚ ROBI, zamiast info-dumpowo myśleć.

Dalej jest już nieźle, fabuła fajnie płynie i choć nadal wyrzuciłbym część treści informacyjnych, to przyznaję z przyjemnością, że tempo akcji utrzymujesz dobre do samego końca. :) Za to duże plusy.

Teraz temat bardziej ogólny, czyli naboru więźniów, który pojawia się od czasu do czasu w literaturze czy też filmie, i jak w Twoim pomyśle powyżej. Mam co do tego odmienne zdanie. Oglądam dokument na Polsacie Więzienie, a także inne dokumenty na platformach streamingowych, które poruszają tematy więzień czy zbrodni i skłaniam się bardziej do rasistowsko brzmiącego wywodu Cezarego Pazury w filmie “Chłopaki nie płaczą” o murzynach z Afryki. Odcinając od tego rasizm i komedię, to wywód całkiem logiczny i prawdopodobny. To samo dostrzegam w programach dokumentalnych. Widzę tam ludzi z dużymi brakami w uzębieniu, często niewyraźnie mówiącymi, mającymi problemy z budowaniem podstawowych wypowiedzi, osoby nierozgarnięte, nieprzystosowane życiowo, a niejednokrotnie upośledzone czy to społecznie, czy to komunikacyjnie, czy wręcz fizycznie. Trudno nie pomyśleć, że rzeczywiście siedzą tylko ci, którzy nie potrafili uciec.

Podobnie myślę o motywacji więźniów. Skąd przeświadczenie, że ich głównym celem jest z nich wyjść? Gdyby tak rzeczywiście było, prawie w ogóle nie mielibyśmy do czynienia ze zjawiskiem recydywy. To, że przed kamerą każdy (w dokumentach) mówi, że chciałby wyjść i założyć rodzinę, to w wielu przypadkach gadka pod kamerę i społeczeństwo. Bo takie jest zapatrywanie i norma społeczna. A ja widzę ludzi nieprzystosowanych społecznie, nie mających naturalnych umiejętności budowania rodziny, zaburzonych, leniwych, niezaradnych, którym najzwyczajniej w świecie dobrze jest, gdy ktoś się nimi zajmie. W tym przypadku Państwo. Dostają dach nad głową, jedzenie, telewizję i nie muszą ponosić żadnej odpowiedzialności czy to za swoje życie, czy za innych. I wielu jest z tym wygodnie, choć niewielu się do tego oficjalnie przyzna. Podobnie ma się sprawa z zabójcami i poważnymi kryminalistami. Jak oglądam wywiady z nimi, to aż dziw bierze, jak udawało im się cokolwiek zrobić “seryjnie”. Tu winiłbym najbardziej społeczeństwo i odwracanie wzroku, bez względu na kraj. A to wszystko bardzo gryzie mi się z Twoją trójką bohaterów. Nie sprawiają bowiem takiego wrażenia.

Sam widziałbym najszybciej w takiej roli byłych wojskowych, policjantów, komandosów, najemników. Wszystkich tych, którzy uczestniczyli już w konfliktach zbrojnych, sięgali po broń, strzelali, a być może nawet zabili. Myślę, że już tylko tajemnicą poliszynela jest, iż wszyscy garną się do mundurów tylko i wyłącznie z pobudek patriotycznych.

Pomijając to wszystko, bo to wyłącznie moje subiektywne zdanie, napisałeś rasowe opowiadanie. I nieustannie jestem pod wrażeniem wymyślanych przez Ciebie gadżetów, symboli i przedmiotów. Są błyskotliwe i logicznie dopasowane do opowiadanej fabuły. Tylko pozazdrościć.

Podsumowując, to bardzo dobry tekst. Trochę bym powycinał, ale niewiele zmieniłoby to w historii i jej przekazie.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Nie podobało mi się, Adamie. Przeczytałem do końca ze względu na roczny plebiscyt. Listy są ok, te wyrazy oburzenia, ta kultura słowa pisanego (w liście) i w końcu życzenia świąteczne przez cały rok brzmią dobrze, to prawda, ale to nie jest opowiadanie, które zapamiętam.

Pozdrawiam.

Brawo, Edwardzie. To porządny kawałek literatury, a właściwie nieporządny. :)

Nie gustuję w absurdzie, ale czasem, choć bardzo rzadko, trafia się coś napisanego z dużą wprawą. Był kiedyś na forum taki śmiałek, “teraz” Ty pokazałeś, co potrafisz.

W absurdzie najbardziej cenię sobię … Logikę. :) Jakby to dziwnie nie zabrzmiało. Historia musi się łączyć, coś przekazywać, musi coś z tych niby chaotycznych zdarzeń wynikać. I tak jest u Ciebie. Dokładasz jeszcze kilka świetnych nazw własnych. Srogi Sędzia, Miękki Miś i najlepsza – Wielka Koszmarna Rzecz. Z dużą przyjemnością czytałem kolejne sceny. Najbardziej jednak podobały mi się zakamuflowane autobiograficzne wątki. Pewnych rzeczy, spostrzeżeń, zachowań i wniosków nie da się wymyślić nie przeżywając tego samemu. Inaczej musiałbyś być bardzo wrażliwy emocjonalnie aby zauważyć to wszystko u innych, ale kto wie…

Podsumowując, to absurdalna i jednocześnie błyskotliwa opowieść o życiu. Nie będę głosował na Ciebie w plebiscycie rocznym, wybacz, to opowiadanie jakby nie na ten konkurs. ;) Ale urosłeś w moich oczach do poziomu zawodowego pisarza.

Pozdrawiam.

 

Rossa,

“Gnój” z  samego tytułu brzmi “atrakcyjnie”. “To wiem na pewno” widziałem film, po książkę już nie będę sięgał. “Joker” to będzie klasyk, film obowiązkowy dla “lubiących” traumy, Phoenix równo pod sufitem to nie ma, ale jakby miał, to by nie stworzył takiej kreacji. Muzyka Hildur Guðnadóttir powala na kolana, słuchałem dziesiątki razy. Jeszcze Johan Johansson tak mocno mnie rusza. “C” tak, choć to bardziej kino efektowne, “Truposza” nie widziałem, może uda się zobaczyć.

Pozdrawiam.

 

Ps. A z filmów przypomniał mi się szwedzki “Zło”, ale to obraz brutalny i ciężki, nie dla każdego.

 

Dogs,

nie czytam na tyle dobrze po angielsku, żeby mieć z tego przyjemność. Japońskie animacje to nie moja bajka, niestety, ale dzięki za typy.

Bruce,

nie widziałem tylko “Sprawy Gorgonowej” i “Odwiedzin prezydenta”, ale to bardzo stare filmy, więc miałem prawo. ;) I tak, dużo kiedyś oglądałem. :) “Omen” i “Piknik” mocne, a “Miasteczko” to już klasyk, choć końcówka mi się nie podobała.

Rybaku,

lubię papier, to właściwe element (prawie) niezbędny. :)

Staruchu,

“Mistrza” nie dałem rady, dwa kolejne tytuły i owszem. :) Drugiej linijki nie znam. Zwłaszcza “Kwiaty” i “Ostatni brzeg” zapowiadają się nieźle.

 

Dzięki wszystkim!

 

Kilka pozycji można kupić za stosunkowo atrakcyjne pieniądze, Obłęd, Warunek, czy Martin Eden, oprócz Zen :), który kosztuje jak biały kruk. Będę musiał z nim zaczekać. Brakuje mi jednak pozycji, której sam w literaturze jeszcze nie znalazłem, tylko w kinie, jak Milczenie owiec, Siedem, Labirynt, True detective. Coś ciężkiego kalibru, ale nie horror. Znacie coś tak jednoznacznie “ciemnego”? King i Masterton pisywali takie horrory/nie horrory, ale może jest ktoś jeszcze?

 

Pozdrawiam.

O, widzę, że przekręciłem. :) Dzięki za wyłapanie, Fizyku.

 

Rybaku, zniechęca mnie Ameryka i podróż motocyklem przez kraj, ale tematyka ojcostwa jest mi wyjątkowo bliska, więc będę musiał się skusić.

Bruce,

większość filmów widziałem, ale Hiroszimy i Siódmego znaku nie kojarzę. Może uda się zobaczyć.

 

Rybaku,

nie czytałem żadnej z pozycji, które wymieniłeś. Zerkam szczególnie na Trylogię marsjańską, bo Vesper wypuszcza właśnie bardzo ładne wydanie, i Obłęd na pewno mnie skusi.

 

Bardjaskier,

Imię róży czytałem i oglądałem, ale prozy Londona nie znam. Dzięki.

 

Asylum,

Twoich pozycji też nie czytałem, ale widzę, że wszystkie historyczne, która z nich będzie najbardziej psychologiczna? A Cherezińska świetnie pisze, sięgnąłem przez przypadek (bo książka była gruba i stosunkowo tania ;) ) i mile mnie zaskoczyła. Jest jak piszesz.

 

Dziękuję za propozycje.

 

Od dłuższego czasu poszukuję literatury z silnymi i wiodącymi wątkami dramatycznymi, albo jeśli ktoś woli – obyczajowymi. Niestety, ostatnio nie mogę trafić na nic, co utrzymałoby mnie przy książce. Na tyle jestem zdesperowany, że chciałbym prosić Was o pomoc. Myślę, że dobrze będzie też wspomnieć, co przeczytałem i co mi się podobało, a co nieszczególnie, a być może komuś się przyda moja polecajka. Coś jak handel wymienny na bazarku. ;) A jednocześnie wskaże „poszukiwany trend”. Wiem, że były już wątki z literaturą fantastyczną, chyba też z horrorem, ale nie sam gatunek jest tutaj najważniejszy, a bardziej poruszane tematy czy też zagadnienia sfery egzystencjalnej. Krótko, co przeczytałem.

 

SF

Diuna Herberta, przerobiłem wszystko, także to, co napisał jego syn, będzie kilkadziesiąt powieści. To mój numer 1 jeśli chodzi o SF. Hyperion i Upadek Hyperiona Simmonsa, bo Endymion już mnie tak nie porwał. Fundacja Asimova jest już słabsza od powyższych, ale jeszcze dobra. I to chyba wszystko z SF. Nie lubię Dicka, czytałem kilka pozycji mocno trącających myszką i mi wystarczy. Ledwo przebrnąłem przez Ślepowidzenie Wattsa, mało zrozumiałem, ale też nic nie brałem w czasie lektury, a wydaje się, że to zalecane.

 

Fantasy

Joe Abercrombie, jego Zemsta najlepiej smakuje na zimno i Bohaterowie podobały mi się, podobnie jak Droga Królów Sandersona i dalsze części, oczywiście Gra o Tron Martina, czy Malazańska Księga Poległych Eriksona, mocno przez niektórych krytykowana, ale też coraz mniej czytuję tej literatury. Magia, miecze, bohaterowie… Już mnie tak nie ruszają, jak za młodu.

 

Horror

Najlepiej wymienić kilku autorów, bo książek za dużo musiałbym przytaczać. Masterton, Koontz, King. Jednak podobnie, jak z fantasy, od lat nie sięgam po ten gatunek. Strasznie już mnie nie straszy.

 

Kryminał

Sięgałem po Skandynawów lub takich, co przybierali takie pseudonimy. :) Ostatnio czytałem serię Bernarda Miniera, jest ok, ale nie płakałem ani też niespecjalnie się wzruszyłem.

 

Literatura polska wszelkich gatunków.

Czytuję mało, polecić mogę Elżbietę Cherezińską, ale to na pograniczu fantasy i literatury historycznej, niekoniecznie mocnego dramatu. Sięgnąłem po Święto ognia Jakuba Małeckiego, o porażeniu mózgowym, “mocny temat” pomyślałem, ale niestety opisany w jedwabnych rękawiczkach. A ja wolę tekst bez owijania, osładzania i wygładzania jak w reklamach społecznych „by zbyt mocno nie epatować, tylko podkreślić”.

 

Pisać mógłbym jeszcze długo, ale fakt pozostaje jeden, a raczej pytanie. Kto mi poleci mocny, solidny dramat? W zasadzie sam nie mogę podać nawet jednego przykładu. Wszystko powyższe na pierwszym miejscu miało inny cel. A to worldbuilding, a to smoki i miecze, a to wychodzące z grobu trupy czy inne poczwary. Chyba łatwiej będzie mi przywołać coś z kina. Milczenie owiec, Siedem, Labirynt, czy też seriale: True detective (sezon 1), Mindhunter czy ostatnio Angielka.

 

Jednym słowem, szukam czegoś, co kładzie człowieka na kolana.

 

Pozdrawiam.

 

I jeszcze jedno na koniec. Nie pytam o literaturę faktu, wspomnienia, biografie i autobiografie. Interesuje mnie beletrystyka, coś, co człowiek wymyślił w głowie, a co poruszy do głębi drugiego. Także w ramach nauki pisarstwa.

 

Hej, Shanti.

Przeczytałem Twoje opowiadanie dawno, dawno temu. Nie wiem, dlaczego nie zostawiłem wtedy komentarza. Za to przepraszam, bo wiem, że pozytywny feedback najbardziej cieszy zaraz po publikacji. Po roku już tak dobrze nie smakuje. :)

Podobało mi się, najbardziej sam sposób poruszania się pomiędzy… Właśnie. Do końca nie byłem pewny, jak to jest z tym “przenoszeniem”. Widziałem to jako światy równoległe, które poprzez różne zachowanie, zostały zmienione. Coś jak w filmowym “Efekcie motyla”. Tak czy inaczej, podobali mi się bohaterowie, z Hugo na czele (i jego wadami) i wartka akcja. Dobre czytadło fantasy. I jest charakterystyczne, bo chociaż czytałem je rok temu, to dzisiaj już po kilku linijkach przypomniałem sobie, że wcześniej je przeczytałem. :) Dwa razy przewijałem komentarze, szukając własnego. :) 

Życzę więcej takich opowiadań.

Pozdrawiam.

 

Dwa razy podchodziłęm do Twojego opowiadania i nie dałem rady. Jednak to nie ma nic wspólnego z jakością tekstu, tylko gatunkiem, który rzadko czytuję. Przebiegłem po akapitach i widać w nich, że masz sprawną rękę i świetnie stylizujesz opowieść. Na tyle dobrze, że niektórych zdań nie potrafiłem płynnie przeczytać, hamując na coraz to ciekawszych i barwniejszych słowach dawnych czasów. Widać kawał dobrej roboty. I za to gratulacje.

Pozdrawiam.

Przeczytałem opowiadanie jakoś chwilę po publikacji, ale nie złożyło się, żeby od razu napisać komentarz. Może dlatego, że w tym przypadku niewiele mam do powiedzenia. To znaczy opowiadanie podobało mi się. Horror w tekście jest i to całkiem dobry, tylko nie czytuję już horrorów od jakiegoś czasu.

Jeśli miałbym wskazać coś do poprawy, to dialog i przemyślenia dziewczynek. Sam poszedłbym w fabułę dorosłych, gdyż oddać naturalnie rozmowy dzieci jest trudno. I Twoje dialogi też trochę zgrzytają, na przykład “O, fuj!” mówią dorośli do małych dzieci, dzieci raczej niewybrednie się krzywią. To jednak szczegół.

Przemyślenia, o których wspomniałem, brzmią zbyt dorosło i dojrzale. Z dużą świadomością osoby, która je ma, a to przecież mała dziewczynki:

– Sama paplasz! – odcięła się Leosia, choć wiedziała, że jeśli chodzi o umiejętność kłamania bez mrugnięcia okiem i unikania konsekwencji, Lilka była mistrzynią. Ostrożniejsza i o wiele bardziej powściągliwa Leosia czasem zazdrościła siostrze awanturniczego charakteru, zaś w sytuacjach takich jak ta, gdy widmo rodzicielskiego niezadowolenia wisiało nad nimi obiema, całkowicie zdawała się na bliźniaczkę.

Ogólnie, to jednak bardzo dobry horror, a mam wrażenie, że coraz trudniej jest nas przestraszać. Podsumowując – dobra robota.

Pozdrawiam.

 

 

Wyrobione pióro. Jeśli bywasz tu na bieżąco, to anonimowość jest zapewne chęcią sprawdzenia czy jest się dobrym, bo znanym na forum, czy dobrym, bo dobrze się pisze. :) Albo nie bywasz od dłuższego czasu i chcesz się sprawdzić, czy pióro się nie stępiło. W zasadzie nie ma to dla mnie większego znaczenia, ale lubię “kryminalne zagadki”. ;)

Stosunki międzyludzkie, zachowanie, relacje, psychologia, to wszystko mocne strony opowiadania. Świetnie obserwujesz życie i to największy atut tekstu. Bo życie jest w nim prawdziwe, nie pompatyczne, nie zniewieściałe, przesłodzone, czy zwyczajnie – co zdarza się najczęściej – drewniane. Nic tak mnie nie rozczarowuje, jak kreskówkowe charaktery i nic tego nie nadrobi, nawet najwspanialsza fantastyka. Choć to rzadko chodzi w parze. Jak ktoś nie potrafi obserwować świata dookoła, to i z fantastyki nie nie ukręci. Na swoje nieszczęście przejrzałem komentarze w poszukiwaniu peselu i część z nich trochę mnie rozczarowała, ale widzę też kilka otwartych na świat duszyczek. :)

Jedyne, co mi zgrzyta, to teoria spiskowa o arystokratycznych kanibalach, którzy biorą się z przysłowiowej dupy i o której zawsze muszę wspomnieć, jeśli ma miejsce w opowiadaniu. Swoją drogą Twój bohater też ma wszystko w dupie, więc jakaś korelacja jest. ;) Przez tych kanibali zawahałem się, czy nominować, ale to w końcu kwestia gustu, choć przydałaby się jakaś ich podbudowa.

Na koniec mała “porada literacka”. O ile w rzeczywistości takie zachowanie, to znaczy jednokierunkowa jazda po bandzie jak najbardziej jest możliwa, tak w literaturze… Właśnie. Widać, że piszesz nie od dzisiaj, więc warto pomyśleć o czytelniku. A ja, jako czytelnik, trochę się zmęczyłem tą jednokierunkową narracją. Gdzieś przeskanowałem akapit czy dwa, bo zabrakło mi chwili oddechu, być może refleksji albo wątpliwości bohatera… Coś co wykluje we mnie pytania, a tutaj, po lekturze, ich nie mam. A lubię mieć. Co nie zmienia faktu, że to cholernie dobry tekst.

Pozdrawiam.

I chwali się niebetowanie.

 

Bardzo dobre, Prosiaczku, nie mogłem się doczekać końca z myślą, czy będę mógł nominować. Zabrakło mi jednak jednego akapitu. Liczyłem na konfrontację w szerokim tego słowa znaczeniu. Na odpowiedź. Nie uniwersalną, zupełnie nie, to nie mogłoby się udać. Ale Twoją własną, w tym konkretnym przypadku, bym mógł się przekonać, czy uwierzyłbym w nią, czy nie. Dlatego po przeczytaniu poczułem niedosyt. Choć na ogół lubię otwarte zakończenia, w tym jednym przypadku (lub jednym z nielicznych), wolałbym poznać “jakąś” wersję.

Pozdrawiam.

 

Możliwe, że jednak masz jakieś słabe strony. :) Krótką formą, przynajmniej tą, odstajesz trochę od własnych długich opowiadań. Oczywiście nie piszę tego ze złośliwą satysfakcją itp., ale mimo ładnych zdań brakuje miniaturze głębi. Z poczuciem winy idziesz tu na granicy banału, jednak sam pomysł wędrówki, a przede wszystkim chat i staruszków, ma w sobie coś ciekawego.

Czytałem też srebrne piórko, które jak zwykle jest świetnie napisane, choć nie wciągnęło mnie tym razem. Nie wiem jednak dlaczego. Już sam początek i uczta z żywej kobiety jest świetny. Sceneria i klimat skojarzyły mi się z Bizancjum, piaskami pustyni, turbanami i półwyspem arabskim. Tyle, że lektura mnie nie pochłonęła, ale kolor piórka rozumiem. To solidny tekst.

Jak widzisz niewiele dzisiaj wynika z mojego komentarza, ale chciałem zostawić ślad, że “śledzę” Twoje poczynania. :) No i liczba piórek na profilu robi wrażenie. Wydaje mi się, że jesteś pod tym względem numerem jeden. :)

Pozdrawiam serdecznie.

 

Hej, Mr B. Jest ok, napisane dobrze, choć w Twoim przypadku mogło być lepiej.

Rozmowa wypadła naturalnie, bo w odróżnieniu od wielu osób, nie przemycasz infodumpa, żeby wyjaśnić sytuację i świat. Dzięki temu dialog choć nie jest w pełni sensowny (dla czytelnia, który nie zna kontekstu), brzmi normalnie i życiowo. Tyle tylko, że nie zdradzasz faktów zbyt długo, w powyższym przypadku do samego końca, i ostatecznie rozmowa niepotrzebnie przeciąga się w ogólnikach. Myślę, że to tekst napisany w przerwie “ważniejszych zajęć” jak studia (czas szybko leci i być może jesteś już po) czy praca. Poprzednie opowiadanie ma już rok, zatęskniłeś za publikacją i komentarzami?

Warto podtrzymywać pióro w dobrej formie, ale raz na rok mógłbyś dać z siebie coś więcej. ;)

Pozdrawiam.

 

żeby czytelnik przyłożył to co napisałem do własnych doświadczeń, do tego jakie emocje i skojarzenia wywołują u niego sytuacje, o których mówi bohater. Myślę, że część z nich jest dość uniwersalna, a próba wymuszenia na odbiorcy sięgnięcia w głąb siebie ma na celu wywołanie konkretnego wrażenia.

I tu jest pies pogrzebany. Bo zarówno Ty, jako Autor, jak i my, odbiorcy, sięgamy wgłąb siebie z pozycji ciepłego fotela. A to zmienia sposób postrzegania.

Nie bardzo przekonują mnie filozoficzne i egzystencjalne przemyślenia samotnych osób w środowiskach post-apo i temu podobnych. Nie uważam, że egzystencja takich osób składała by się z filozoficznych rozmyślań. Znacznie bliżej mi do zachowania np. Toma Hanksa w Cast away, pewnie widziałeś. Wątek rozmów z piłką, której “twarz” to odbita dłoń umazana od krwi – jest genialny. Tak właśnie widzę człowieka skazanego na samotność do końca życia. Gdyby Hanks zamiast rozmawiać z piłką, leżał na plaży i rozmyślał o samotnym drzewie na pustyni albo o bezkresnej bieli Antarktydy, byłby dla mnie znaczenie mniej wiarygodny. Dlatego mówiłem, wolę czyny, bo takowe na ogół się dzieją, zamiast rozmyślań. Rozmyślania są domeną osób piszących.

Nie znaczy, że nie można poprowadzić opowiadania tak, jak napisałeś, ale paradoksalnie, rozmyślania Twojego bohatera widzę prędzej w sytuacjach, z których jest wyjście. Bardzo rzadko wtrącam się w fabułę, ale gdybyś nie wrzucił samotnego bohatera do rakiety, a przykładowo zamknął go w czasie pandemii i lock downu tu, u nas, na Przymorzu, w największym falowcu w Polsce, w którym mieszka 5 tysięcy osób, w środkowej klatce, na środkowym piętrze, samotnego w kawalerce, z której nie wychodzi od 4 lat, z nikim nie utrzymuje kontaktu i wszystko zamawia przez internet, włącznie z jedzeniem, paradoksalnie Twój bohater ze swoimi rozmyślaniami o samotności pośrodku wielkiej zatłoczonej dzielnicy, byłby dla mnie bardziej interesujący niż samotny astronauta.

Nie zrozum mnie źle, Outta, nie staram się udowodnić, że “ja mam rację”. Raczej chcę przedstawić swój głos w dyskusji, jak wygląda według mnie, a jak nie wygląda wiarygodny bohater – i jak duże znaczenie ma (właśnie) sposób prowadzenia narracji i fabuły. W powyższym przypadku – wolałbym czyny, zamiast rozmyślań.

Pozdrawiam!

 

Dobrze, że wpadłem kilka tygodni po publikacji bo wtedy wiem, że emocje już opadły. Łatwiej wchłaniać kolejne komentarze.

Dobry szort. Główną zaletą jest niewątpliwe studium psychologiczne samotnego człowieka, które raz, że Ci się udało, i drugi raz, że upchnąłeś to w niewielkiej ilości znaków. A to lubię najbardziej, mało pisania, duży skutek. Wszystko jest na plus, pustka kosmosu, statek, dźwięki, zachowanie bohatera, drobiazgi i jego spostrzeżenia/rozmyślania. Jedynie forma przedstawienia, w niektórych fragmentach, nie jest moją ulubioną. Mam na myśli na przykład to:

Jak nazwać mnie i moją łupinę jednym słowem? Naszą sytuację, położenie w kontekście środowiska, przez które dryfujemy? Jak nazwać pojedyncze drzewo na środku pustyni? Pionową skałę wystającą ponad wody bezkresnego oceanu? Samotnego człowieka pośród zimnej bieli Antarktydy?

Obcym? (…)

We własnych domach nocą też zachowujemy się ciszej. Kiedy jesteśmy w nich sami, ostrożniej zamykamy drzwi, stąpamy delikatniej, z mniejszą nonszalancją wkładamy naczynia do zlewozmywaka. Mamy wdrukowany w umysły atawistyczny lęk przed tym, co może czaić się w mroku, choć w bezpiecznych domach nic czaić się przecież nie może. Jesteśmy cichymi ofiarami, które nie chcą zwrócić na siebie uwagi równie cichych drapieżników.

Wchodzisz pytaniami (narrator czy też bohater) niejako w interakcję z czytelnikiem, jakbyś szukał dialogu, a “najgorsze” (wziąłem w cudzysłów, żeby nie zabrzmiało tak dramatycznie) – owymi “my” szukasz potwierdzenia u czytelnika, przytaknięcia. A ja, jako czytelnik, absolutnie nie chcę z “Tobą” czy bohaterem kontaktu. Chcę go bezwstydnie podglądać, samemu będąc niezauważonym, patrzeć na jego najintymniejsze chwile, aż jego emocje i mi się UDZIELĄ.

Nie wiem, czy wyraziłem się dosyć jasno, więc dla rozluźnienia powiem tak. Siedzę, jem smaczny obiad, czytam sobie i nie chcę dostawać pytań typu:

Jak nazwać pojedyncze drzewo na środku pustyni?

Bo ja nie wiem, jak je nazwać. Ale jeśli bohater je zobaczy, i zobaczy to wszystko, o co zapytałeś, ten przenikliwy chłód i mróz na Antarktydzie, gdy dostanie dreszczy z zimna, a z oddechu pójdzie para i pojawi się szron na ustach – wtedy to co innego, wtedy może i ja to zobaczę.

Stawiaj czytelnika przed faktami, nawet jeśli dzieją się tylko w głowie bohatera, a wtedy czytelnik sam sobie postawi pytania. A jeśli postawi, to zapamięta opowiadanie. Bo będzie go gryzło, czy umie na nie odpowiedzieć.

 

Twoim najlepszym tekstem jest Ruch jest życiem, i nie ma to nic wspólnego z rodzajem utworu, tematyką, czy fabułą. Tam o nic nie pytasz, tylko napier… do przodu, na nikogo się nie oglądając. I nie chodzi o akcję, bohatera powyżej też można przedstawić w jego własnej schizie bez jednego pytania.

Co nie zmianie faktu, że lubię Twoje pisanie. :) Takie uwagi to w zasadzie nie uwagi. :)

Pozdrawiam.

 

PS. Ktoś wie, co oznaczyć w profilu, żeby przychodziły na meila powiadomienia o prywatnej wiadomości na NF?

 

 

Bardzo dobre opowiadanie, Barbarianie. :)

Nietypowe zdanie otwarcia, podkreślające wady bohatera, a nie zalety. W zasadzie zdanie klucz, bo czterema słowami wyjaśniasz, o czym nie będzie opowiadanie i jednocześnie puszczasz oko, o czym będzie. ;)

Podobało mi się, trudno, żeby nie. Sześćdziesiąt tysięcy znaków, a tu akcja goni akcję. Gdzieś tam przeskanowałem lekko tekst pod koniec, przy kolejnych bohaterach i świątyniach, ale przez większość czasu dobrze się bawiłem.

Fajnie, że odwróciłeś role, trochę nieporadny, męski bohater, i twardo stąpająca po ziemi kobieta. Gdzie tu słaba, a gdzie silna płeć? :) Można powiedzieć, że opowiadanie poprowadzone w znanych schematach, ale to nie jest absolutnie wada. Pokazujesz tylko, że umiesz stosować znane chwyty. :)

Tu nie potrzeba szeroko się rozpisywać. Dobrze skrojona, złodziejska robota. :)

Pozdrawiam.

 

Uwiera to może za duże słowo. :) Jest mi raczej obojętna. Sandersona podałem dla przykładu. Nie jestem wielkim fanem, choć chłop pisze dobrze. Jak nic jego nie przeczytasz, też przeżyjesz. :)

Pozdrawiam

Nie, nie. Zabawy z czasem są w porządku. Do zakończenia też nic nie mam. Chodzi o:

Ten akurat okrzyk Flyna o chędożeniu jeżem jest ważny, bo spina ze sobą dwie linie czasowe.

Gdzie punktem zwrotnym, ważnym, jest karczemny okrzyk. :), który dla mnie charakteryzuje właśnie takie zawadiacko przygodowe fantasy. Za to nie wyobrażam go sobie na przykład w Drodze Królów Sandersona.

 

Przeczytałem do końca, ale to nie moja bajka. Początek zapowiadał mroczny, ciężki klimat, ale zaraz po wstępie skręciłeś w przygodowo zawadiackie fantasy. Pewnie kwalifikuje się na jakiś konkretny podgatunek.

Tak czy inaczej, to nie są rewiry moich zainteresowań. Jeśli chodzi o motywy i reakcje, to ja na to przymykam oko, bo tak charakteryzuje się ten kierunek. Bohaterowie reagują na ogól głośno, rubasznie, często z butelczyną w ręku lub po pijaku, a świat potrafi być tak samo brutalny, jak naiwny. Czasem reakcje są na wyrost, a czasem jest wzruszenie ramion, gdy walą się światy. Dobry przykładem jest tutaj chędożenie jeżem i to, co za sobą pociągnęło, a które w klasycznym fantasy (poważnym lub patetycznym, nie wiem czy określa to jakiś podgatunek) by nie przeszło.

Napisane sprawnie i na taką ilość znaków czyta się szybko.

Powodzenia w konkursie.

Pozdrawiam.

 

Outta, znacznie łatwiej poprawia się cudze teksty, bo człowiek nie jest z nimi emocjonalnie związany. :) Tym samym i ja popełniam dużo błędów, i pewnie jednokrotnie takie, które wytykam innym. Rozumiem więc “ścianę”, stąd proponowałem nagłówek. Sam mam podkładkę do pisania opowiadań, gdzie pierwszy akapit to zbiór błędów, których nie powinienem więcej popełniać. Niektóre fragmenty są nawet wytłuszczone, a i tak nadal strzelam gafy. Co prawda, może już nie w detalu, a bardziej w konstrukcji całości, ale nie wyzbyłem się ich całkowicie, a podkłada ma dobre kilka lat. Stąd znacznie mniej ostatnio piszę, ale z tego absolutnie nie polecam brać przykładu. :)

Opowiadania masz bardzo dobre i tak trzymaj. Moje uwagi to taki “detailing”, które nie zawsze jest konieczny. Najczęściej komentuję tylko dobre lub bardzo dobre opowiadania, choć czytam lub skanuję wzrokiem pewnie dwie albo trzy setki rocznie. Ostatnio niechętnie opuszczam swoją strefę komfortu, a do średnich opowiadań komentarz musiałbym pisać na tysiące znaków. Nie mówiąc już o słabych, gdzie prawie każde zdanie należałoby poprawić. Trudno napisać wtedy komentarz na kilka zdań, żeby nie miał negatywnego lub wręcz hejterskiego wydźwięku.

Robisz dobrą robotę i nie musisz sam sobie podcinać skrzydeł. Nie przyniesie to dobrych skutków. To akurat wiem na pewno. :)

Pozdrawiam.

 

Hej, Outta.

Przeczytałem początek, dokładnie do zdania Zwymiotował. Pomyślałem, że zatrzymał się w tym miejscu i napiszę Ci parę słów o wstępie, który w opowiadaniach jest dosyć ważny.

Wstęp masz obrazowy, nawet bardzo i w zasadzie nic bym do niego nie miał, gdybyś nie przedstawiał go z perspektywy Flyna. Narrator wszechwiedzący nie tylko widzi wszystko, ale też czuje wszystko. W przypadku Flyna, który idzie na śmierć przez tortury, wszelkie metafory i bujne opisy nie miałyby miejsca. Człowiek przed śmiercią nie zauważa takich drobiazgów jak:

Tunel kończył się drewnianą bramą, poznaczoną szerokimi karbami, przez które do wnętrza wpadały pionowe smugi światła. (…)

ukazując skazańcom widok zalanej słonecznym blaskiem areny królewskiego amfiteatru (…)

a jeszcze inne zamienione w bezkształtne sterty mięsa, nad którymi muchy roiły się połyskującymi czernią chmarami. (…)

To znaczy skazany nie myśli w ten sposób w takim miejscu i czasie. A narrator powinien pokrywać się z jego odczuciami.

Znacznie chętniej widziałbym wstęp zaczynający się od opisu areny przez narratora, ale który znajduje się gdzieś nad nią, w pewnej odległości, i obejmuje wszystko wzrokiem. Wtedy to, co dzieje się na dole, nie ma takiej dynamiki i postrzegane jest jako scena teoretycznie statyczna. Tak przedstawiona scena może zawierać wszelkie obrazowe opisy, ba, nawet powinna. Miałbyś wtedy szerokie pole do popisu. Mógłbyś uwzględnić nie tylko samą arenę, ale także trybuny, tłum, atmosferę na widowni. Dosłownie wszystko. Nawet kruki siedzące gdzieś na najwyższych słupach i czekające na żer.

Dopiero wtedy mógłby się pojawić Flyn w tunelu, ale opis sytuacji z jego perspektywy powinien być okrojony do niezbędnego minimum człowieka zdruzgotanego i gotowego na śmierć:

Mrużąc porażone światłem oczy, chłopak rozejrzał się wokół i z miejsca tego pożałował. Jego serce zamarło, a w oczach na powrót pociemniało na widok koszmarnego obrazu, który rozciągał się przed nim w całej swej grozie.

Poruszaliśmy już to wiele razy, główny bohater ma się poruszać, coś robić i reagować, a nie CZUĆ. Ja, jako czytelnik mam coś poczuć, a nie główny bohater. Nie wtłaczaj mi jego odczuć, tylko pozwól samemu się o tym przekonać. Więc Flyn też nie powinien żałować i zamierać, tylko stać. Z dwóch pierwszych akapitów wiem, że na pewno się nie cieszył.

Po arenie rozrzuconych było kilka dziesiątek ciał, z których jedne były rozczłonkowane, inne nadpalone, a jeszcze inne zamienione w bezkształtne sterty mięsa, nad którymi muchy roiły się połyskującymi czernią chmarami. Na środku czekało na skazańców czterech drabów, obleczonych w nasiąknięte krwią i zapaskudzone strzępami tkanek kubraki oraz skórzane, sięgające łokci rękawice. Twarze katów skrywały trójkątne, spiczaste kaptury.

A to jest właśnie część opisu, która powinna pojawić się na początku z perspektywy narratora nad areną.

Flyn zaciskał zęby, bezskutecznie starając się opanować dygoczące członki (ciało) w obliczu paskudnej zapewne śmierci i modlił się do Goreasa, by (śmierć) nastąpiła ona szybko, nie okraszona zanadto bólem. Jednocześnie(ak) zdawał sobie sprawę, że on i jego kompani mają pecha zostać straceni jako ostatni. Sam kilka razy był gapiem na comiesięcznych przedstawieniach, w trakcie których najlepsi w swoim fachu mistrzowie tortur – ku uciesze ludu Sult i satysfakcji Lorda Mordena – odbierali życia kilkudziesięciu skazańcom naraz. Nie wiedział, co konkretnie go czeka, ale finałowe egzekucje były zawsze wyjątkowo brutalne i widowiskowe.

Żołądek zacisnął się jeszcze bardziej, żółć podeszła mu do gardła. Zwymiotował.

Myślę, że lepiej jak członki nie dygocą, tylko ciało, przynajmniej mi kojarzą się groteskowo. I wiem, że stoi w obliczu śmierci, Outta… I że chłopak nie chce odczuwać zbyt dużo bólu. Nie trzeba o tym pisać. Tym samym przechodzę płynnie do ostatniej sprawy, czyli usuwania z tekstu rzeczy zbędnych, bo nadal są. Masz przykłady powyżej, czy chociażby kolejny tutaj:

Grupka skutych łańcuchami mężczyzn truchtała w asyście tuzina ponurych żołnierzy prowadzącym w górę, ciemnym korytarzem.

Jakie ma znaczenie, czy korytarz idzie w górę czy w dół? A to zdanie otwierające opowiadanie.

Sugeruję Ci wpisać w nagłówku każdej strony rozpoczętego opowiadania: Wycinać wszystkie zbędne zdania i opisy nie mające wpływu na fabułę. I mówię to całkiem serio.

 

Niemniej jednak opowiadanie rozpoczyna się bardzo ciekawie i na pewno wrócę z komentarzem po jego przeczytaniu.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Zastanawiające jest w tym wszystkim to, że kiedy autor pisze o gwałtach czy niepełnosprawnych – może dostać łatkę fascynata gwałtów czy wykorzystującego niepełnosprawność, a kiedy zerkniemy na przeciętne opowiadanie, w którym autor opisuje mordercę (ale na sucho, bez podawania szczegółów) nikt nie zwraca na to uwagi.

Morderca podany na sucho to coś normalnego.

Pokażcie mi opowiadanie, w którym ktoś nie ginie. :) Oczywiście da sie takie znaleźć, ale zabijanie w opowiadaniach jest tak częste, że zupełnie spowszedniało. 

Mógłby brać taki temat, aby szukać poklasku

Przypomnę Ci najpierw Twoje własne słowa:

 I tamto opowiadanie za dużo mnie kosztowało.

Praktycznie identyczne zdanie słyszałem niejednokrotnie przy podobnych rozmowach. Myślę, że można obiektywnie przyjąć (choć raz coś nie będzie subiektywne ;) ), że pisanie takich opowiadań to ani fun, ani bułka z masłem. Logika podpowiada, że autor powinien liczyć się z podobną reakcją u czytelnika. To znaczy zmusza go do opuszczenia strefy komfortu, a lektura takiego opowiadania nie będzie ani zabawna, ani przyjemna. Nie klei mi się to z szukaniem poklasku. Publikacja na szerokim forum, czyli czymś więcej, niż najbliższa rodzina, wiąże się z możliwością osiągnięcia tak samo sukcesu jak i porażki. I chyba zdaje sobie z tego sprawę każdy publikujący. Nie wydaje mi się zaś, że konkretny temat gwarantuje czy choćby przybliża do osiągnięcia tego sukcesu. Nie sprawdzałem statystyk, ale przypuszczam, że ani nagrodę Zajdla, ani Nike nie otrzymywały częściej powieści czy opowiadania o maltretowanych dzieciach czy gwałconych kobietach. Tym samym nie przypuszczam aby ktoś siadał do takiego utworu z myślą o Nike. A czy autor chciałby taką dostać? Z pewnością tak, ale tak samo jak autorzy wszystkich innych gatunków literackich.

Zgodzę się z Tobą częściowo jeśli mowa o większym oddziaływaniu emocjonalnym “śmierci małej dziewczynki”, ale nie na to, że jest to napisane z założenia aby znaleźć poklask. Jak doszliśmy chyba do wspólnego zdania, autor dramatu naraża się przede wszystkim na ostrzejszą krytykę i zdobycie uznania jest przez to trudniejsze. Zapewne w końcowym rozrachunku lepiej smakuje, ale idą też za tym większe wyrzeczenia.

Tym długim wywodem chciałem powiedzieć, że nie przekonałeś mnie pisząc, że ostrzejsza krytyka dramatu ma związek z chęcią zdobycia poklasku przez autora.

Jeśli znajdziesz czas, to chętnie się dowiem, czy masz jeszcze inne wyjaśnienie takiej krytyki.

Pozdrawiam.

 

Sam dostałem zarzuty o wykorzystywanie problemu niepełnosprawności w Koniach. I, moim zdaniem, problem tkwi tutaj w braku możliwości sprawdzenia “czystości” intencji autora.

Nie jestem pewien, czy rozumiem, co masz na myśli. Jakie mógłbyś mieć nieczyste intencje? Jakie może mieć ktoś, kto porusza temat gwałtu, alkoholizmu, bicia czy maltretowania. Jakie mógłby wyciągnąć z tego niewłaściwe według ogólnie przyjętych norm korzyści? Rozumiem, że to miałeś na myśli, pisząc o nieczystych intencjach.

 

To prawda, zaciekawić trzeba umieć, bez względu na gatunek.

Ale trzeba próbować pisać różne rzeczy, nawet dla samego szlifowania warsztatu.

Tu już mam odmienne zdanie. Niewielu znam takich, którzy potrafią pisać różne rzeczy. Fakt, że do nich należysz, dodałbym jeszcze Fmsduvala i kilka innych osób, ale to zdecydowanie mniejszość. Większość dobrze porusza się w wąskich nurtach.

A potem wystawić na ocenę i dostać krytykę. I tutaj portal sprawdza się doskonale.

O tak, znam to dobrze.

Jednak piszący komedię czy literaturę rozrywkową, nadstawia się co najwyżej na wzruszenie ramion albo w ogóle brak komentarza, jeśli mu nie wyjdzie. Ewentualnie zarzuty o braku śmieszności w komedii lub słabej akcji w rozrywce. Ale autor dramatu, to coś innego. Niejednokrotnie czytałem pod opowiadaniami, tutaj właśnie, o “epatowaniu traumą”, “tanim pogrywaniem maltretowanymi dziećmi”, czy “do bólu zdartymi i wyświechtanymi obrazami pijących i bijących ojców”, albo “pisaniem pod publiczkę o gwałconych kobietach”. Komentarze nieraz bardziej dosadne i nie przebierające w słowach padały z ust całego przekroju społecznego na forum. Od jednotygodniowych wichrzycieli, którzy wpadali tu na krótkie występy, poprzez początkujących, a dalej od stałych i docenianych użytkowników, aż na samych lożownikach kończąc. Dlatego warto uświadomić piszącym i czytelnikom, jeśli jeszcze o tym nie wiedzą, że autor dramatu naraża się na znacznie ostrzejszą krytykę, niż piszący jakikolwiek inny gatunek beletrystyki.

Ananke, nie trzeba oglądać Transomarvelów aby dostrzegać ogrom budżetowy i ilościowy jaki za tym stoi. Ciężko to już zresztą nazwać kinem, raczej szeroko pojętą branżą rozrywkową.

Pozdrawiam.

 

Powiązaliście ze sobą dwie kwestie. Pisząc “coś przeżyć” nie miałem koniecznie na myśli podniosłych treści, i wielkich (moje dopowiedzenie) wartości, które wymieniła Ananke. Mogło tak wyglądać, gdy przywołałem Konie, ale to nie jest warunek konieczny.

Kolejny raz, za co z góry przepraszam, bo część z Was może to już żenować, przywołam wypowiedź jednego z użytkowników tego forum, człowieka niezmiernie utalentowanego, a która pozostaje dla mnie cały czas ważna i doskonale pasuje do omawianych zagadnień:

 

W tym tkwi siła przekazu samych opowiadań, że potrafią trafić do ludzi, którzy nie szukali ani takiego pytania, ani takiej odpowiedzi.

Wydaje mi się, że tu nie trzeba już nic dodawać. To nie zawsze musi chodzić o podniosłe czy wielkie rzeczy, ale powyższe zawsze będzie dla mnie gwarantem sukcesu (nie mylić z komercją). Tą myślą, która przyciąga tłumy.

 Jeśli zaś chodzi o komedię, to zgadzam się z Wami. :) Na pewno poprawność polityczna ma na to wpływ, także mocno skomercjalizowane ostatnio kino (Czy tylko ja widzę w Dollarwood kino nastawione na duże zyski? Niekończących się Transformerów, Marvelów i wszelkiej maści $uperbohaterów?).

Ananke, powyższego jeszcze nie widziałem, ale mam w planach. Lubię Dany’ego Boona. Widziałem z nim dwie czy trzy komedie i facet “robi robotę”, nawet jak całość nie zawsze jest wysokich lotów. Jeśli nie widziałaś, to całkiem fajne jest Jeszcze dalej niż północ. W ogóle o filmach to ja mogę bez końca…

Pozdrawiam.

 

Tak przy okazji niektóre rozrywkowe teksty też powstają przez pot, krew i łzy :)

Ha, ha. :) To prawda. :) Ja też lubię się pośmiać, ale coraz rzadziej robię to na współczesnych komiediach.

 

Chyba pomogłeś mi sprecyzować odpowiedź. :)

To był jednostkowy przypadek – coś z wewnętrznej potrzeby wylania żalu wobec systemu. I tamto opowiadanie za dużo mnie kosztowało. Teraz wolę napisać coś dla rozrywki niż dalej zagłębiać się w smutek :)

Widzisz, ja nie czytam dla rozrywki. Nie oglądam też filmów ani nie chodzę na wystawy malarstwa dla rozrywki. Robię to, żeby coś przeżyć. Stąd ciągną mnie dramaty, a bardzo rzadko komedie, na które prawie nigdy nie chodzę. Podobnie z beletrystyką…

I żeby nie było, że próbuję się wyróżnić na tle “rozrywkowego mainstreamu” – czy to nie właśnie obyczajowe Konie na dalekim brzegu są Twoim najbardziej docenionym tutaj, na portalu o fantastyce, opowiadaniem? Czy to nie nim wygrałeś plebiscyt roku?

Nie będę Cię odwodził od pisania rozrywkowych opowiadań czy powieści, ani od ich czytania. :) Ale nie to ceni sobie najbardziej każdy, albo prawie każdy czytelnik. Najbardziej docenione są te utwory, które powstają poprzez pot, krew i łzy. I to nie są górnolotne słowa, tylko jak widzisz powyżej, fakty.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Podobnie jak opowiadanie Zanaisa, także Twoje przeczytałem kilka tygodni temu. Pewnie na 10 osób Ciebie ostatniego wskazałbym jako Autora opowiadania. Chciałem najpierw napisać, że raz, mało publikujesz, ale wskoczyłem na Twój profil, a tam piórek do wyboru w różnych kolorach, więc tego argumentu użyć nie mogę, ale drugi raz, gdzieś tam postrzegam Cię za programistycznego “nerda”. :) Nawet upewniłeś mnie tym w Reklamacji, a tu taka westernowa niespodzianka…

W zasadzie jestem sentymentalny i emocjonalny, więc nie wiem dlaczego nie wciągnęło mnie Twoje opowiadanie. Być może mam inne wyobrażenie westernu… Kiedyś kojarzył mi się z Winnetou Karola Maya i filmami pokroju Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. Teraz znacznie bardziej ze Zjawą.

Rozpisałem się i prawie ani słowa o samym opowiadaniu nie napisałem. Nieładnie. Za to zajrzę do piórek, bo byłem zaskoczony. Nie piórkami tylko w ogóle publikacjami. Kojarzyłeś mi się z bywalcem, a nie z pisarzem.

Przepraszam, Rybo, za brak konkretów. :)

Do następnego.

 

Hej, Zanaisie.

Przeczytałem Twoje opowiadanie kilka tygodni temu, ale jak nie mam nic pożytecznego do powiedzenia Autorowi, na ogół zostawiam opowiadanie bez komentarza. Jednak zbliża się plebiscyt roku, więc chciałbym zostawić chociaż kilka słów pod każdym piórkiem, żeby zagłosować z czystym sumieniem.

Chyba pod większością Twoim opowiadań pisałem, że masz świetną wyobraźnię i budujesz wspaniałe światy, na ogół zbyt rozbudowane jak na opowiadanie. I nie inaczej jest tym razem. :)

A ja w tej ilości danych, bardzo ciekawych zresztą, gubię się gdzieś z emocjami, i często też z połączeniem wszystkich faktów. Trudniej mi związać się z bohaterami i nie kibicuję im. Mam też nieodparte wrażenie, że od jakiegoś czasu piszesz pod forum NF. To nie jest absolutnie zarzut. Po kilku latach pobytu tutaj zauważyłem, że zdarza się to sporej grupie osób, najczęściej takim, które są mocno zaangażowane w forum i przebywają tu codziennie, albo prawie codziennie. I mnie chyba kiedyś też się to udzieliło. Człowiek angażuje się w społeczność i chce dobrze wypaść.

Osobiście wolałbym Cię w obyczajówce. Konie na dalekim brzegu świadczą, że umiałbyś pisać “na grubo”. Jednak i fantastyka dobrze by Ci wyszła. Mam oczywiście na myśli powieści.  Za każdym razem będę mówił, że talent masz duży. :)

Pozdrawiam.

Fajne rzeczy robi Twój tata. Warto zaciągać jego opinii, zwłaszcza w przypadku okładek czy ilustracji.

Mam nadzieję, że drugiego tomu jest już całkiem sporo. :)

 

A wiesz, Cieniu, że nie zastanawiałem się podczas lektury, co, kto, napisał. To spójna całość i łatwo się w nią wsiąka. :)

 

Przeczytałem.

Zanim jednak przejdę do treści, słów kilka o samym wydaniu papierowym, które zwyczajnie mi się podoba. Nie wydaje mi się, abym dobrze uchwycił to na zdjęciach, ale okładka jest “aksamitna”, jak nazywam takie wydania. To taki rodzaj papieru i druku, który jest matowy i charakterystyczny w dotyku. Coś jak matowe zdjęcia względem połyskowych.

 

 

Czarna okładka z czachą i czerwonym tytułem to świetne rozwiązanie. Jest ascetyczna i ale przez to wyróżnia się na tle innych kolorowych okładek z ilustracjami. Doskonale też pasuje do treści. Autor okładki, Michał Korta (zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa;) ), zrobił tu świetną robotę. Dochodzi do tego błyszczący, uwypuklony, czerwony tytuł, który świetnie komponuje się z matową okładką. Uwaga, co bardziej wnikliwi obserwatorzy zauważą jednak, że tytuł wyciera się pod wpływem użytkowania. Mi to nie przeszkadza, przeczytanej książce dodaje charakteru, ale dla pedantów lub osób, które po prostu cenią sobie nieskazitelny stan, to może być niewielka wada. Radzę wtedy uważać podczas lektury. :)

 

 

Największą zaletą jest jednak objętość. Co prawda gabaryty to średniej wielkości rozmiar wydawniczy na rynku, ale za to dostajemy ponad 600 stron tekstu wydrukowanego drobnym maczkiem. Kawał księgi i jak to mówię, “starczy na długo”. Dla porównania położyłem na nią debiut u jednego z trójmiejskich wydawców. Taki, który wydaje mi się najczęściej spotykaną wielkością. Jak sami widzicie, jest o ponad połowę mniejszy. Do tego wydrukowany czcionką o 2-3 punkty większą, niż książka Korty i Dudka, więc tak prawdę dostajemy trzy razy więcej tekstu niż zazwyczaj przy debiucie i trzeba to docenić.

 

 

Z tyłu książki kilka pochwalnych zdań. Od Michała Cetnarowskiego, Roberta J. Szmidta i Łukasza Rzadkowskiego, do których wrócę jeszcze na końcu. Ogólnie rzecz biorąc, można całość podsumować jednym zdaniem. Fajna cegła.

 

Teraz o zawartości. Uwaga! Co bardziej wrażliwi mogą uznać to za spojlery, ale będę starał się pisać tak, aby nie zdradzać wątków i jednocześnie być zrozumiałym dla “wtajemniczonych”. :)

Najciekawsze są oczywiście podziemia. Myślę, że zdajecie sobie z tego sprawę, zwracam się tu do Autorów. Powierzchnia też jest dobra, ale światów fantasy pojawiło się już tak dużo, że bardzo trudno przebić się z czymś nowym. Co nie zmienia faktu, że całość to szeroko zakrojona opowieść, mocno rozbudowana, ale stosunkowo łatwo się w niej odnaleźć. Tak na marginesie, dobrze dobrany jest tytuł pod względem komercyjnym. Pasuje do treści, okładki i jednocześnie jest na tyle uniwersalny, że nikogo nie powinien razić. Gdybyście tak wybrali np. Król szczurów, to byłby krok w zbytnie epatowanie “mrokiem i obrzydliwością”. Co już na początku mogłoby odstraszyć część czytelników chętnych by sięgnąć po książkę.

Wracając do treści – jest obrazowa. Łatwo wyobrazić sobie poszczególne miejsca i sceny. Przez kolejne strony płynie się, wchodząc szybko w akcję, która dobrze wymieszana jest z opisami. I mam tu na myśli prawdziwą lekkość słowa, bowiem info pojawia się  i w akapitach i didaskaliach i wydawać by się mogło, że w ogóle gdzie popadnie, ale o dziwo, wszystko świetnie się komponuje. Miałem dużą przyjemność z pochłaniania kolejnych rozdziałów. Tu dodatkowo zaznaczę, bardzo dobre “przerywniki” z królem szczurów. Chylę kapelusza.

Żeby jednak nie było tak słodko, przyda się dla równowagi kilka może nie gorzkich słów, ale rzeczy, które mniej mi się podobały.

Isztaret i Baraghod to nazwy, które jakbym już gdzieś słyszał w innych powieściach. Za mało wyróżniające się. Imiona i nazwiska bohaterów nie do wymówienia, większość zapamiętywałem jako ciąg znaków i nawet po przeczytaniu całości potrafię z pamięci wymienić tylko Ryttera i Rafiego.

Dosyć późno pojawią się żeńskie bohaterki, już zaczynałem myśleć, czy to czasem nie jakaś szowinistyczna powieść. :) I tu zatrzymam się na chwilę przy żeńskiej bohaterce – wiedźmie. Dwa rozdziały, w których kobieta ciągle mówi, jeden z mistrzem, drugi z Paktem, są słabszą częścią powieści. Jako czytelnik nie chcę czytać, co bohaterowie mówią, czy myślą, tylko co robią. Jej wyjaśnienia były zwyczajnie nużące. Ja wiem, chcieliście wyjaśnić rozbudowany świat, zawody i powody, ale wolałbym to w akcji, a nie w gadaninie na całe rozdziały. Przyznaję, że rozdział rozmowy wiedźmy z mistrzem przeskanowałem wzrokiem. Wiecie, pomysłów na światy powstają setki i pod tym względem Wasz nie jest jakiś wyjątkowy, choć bardzo fajny. W zeszłym roku do Biblioteki Narodowej trafiło ponad 32 tysiące nowych tytułów. Pewnie kilkaset to powieści fantastyczne, więc tylko poprzedniego roku dostaliśmy kilkaset nowych światów. Ja bym dał kopa wiedźmie i dalej do przodu, mniej gadania, więcej robienia. :) Ale to nie są jakieś wielkie wady. Raczej subiektywne spostrzeżenia.

 

Teraz podsumowanie. Rozpisałem się tak, bo to najlepszy debiut, jaki czytałem. Wskoczyliście mocno na rynek! Bez dwóch zdań. Nie mogę się doczekać, kiedy kolejny tom.

Chciałbym jeszcze wrócić do wpisów z tylnej okładki i słów Roberta J. Szmidta: prawdziwe epickie fantasty, którego nie powstydziłby się uznany zachodni pisarz. I choć zazwyczaj sceptycznie podchodzę do “dobrych” słów na końcu, jako pewnego rodzaju pomocy i wsparcia nie tylko autorów ale też wydawców. Tak tutaj rzeczywiście pomyślałem dokładnie to samo. Świetna robota Soniu i Piotrze. Od teraz jesteście pełnoprawnymi pisarzami, a to zobowiązuje. :)

Pozdrawiam.

 

Ps. Gravel, może warto zmienić nic nie znaczącego w świecie fantastyki awatara na tego z Insta? ;) Obierasz tam właściwy kierunek.

 

 

To napisałeś, Fanthomasie…

Trudno jednoznacznie ująć Twój szort. Dobrze i bardzo świadomie balansujesz pomiędzy groteską, dramatem i komedią. Śmiem przypuszczać, że w zależności od nastroju czytelnika, każdy będzie widział trochę inny gatunek. Już za to należą Ci się słowa pochwały.

Jeśli zaś chodzi o fabułę – widziałem kiedyś w filmie takie zestawienie, to znaczy mężczyzny i kobiety. Wydaje mi się, że miało to coś wspólnego ze sztuką i wydźwięk był dramatyczny. Podobnie postrzegam Twój utwór.

Zajrzałem do komentarzy, ale nie znalazłem w nich tego, co chciałem. Czyli próby analizy utworu. Dlatego też nie mogę się przekonać, czy moja jest właściwa. Myślę jednak, że chciałeś zwrócić uwagę na hm, inność. Niepełnosprawność to zbyt mocne słowo, ale odstępstwo od klasycznej, normalnej, sylwetki i sprawności, a przynajmniej takiego postrzegania takich osób. Nie jestem pewien, kim jest bohater. Bo z jednej strony uważa sam siebie za normalnego, tak z drugiej strony jego zachowanie (czytaj akcja dwóch palców) wyraźnie naznaczone jest nieporadnością.

Brutalnie ujmując utwór w jedno zadanie. To historia związku dwóch “sierot”, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Nie do końca też zrozumiałem metaforę wszechświata. To znaczy mam swoją interpretację, ale nie chcę z nią wyskakiwać. Chętnie poznam Twoje wyjaśnienie, jeśli jest.

Ciekawa lektura.

Pozdrawiam.

 

Hej, Fmsduval.

Gdy przeczytałem opowiadanie, najpierw wszedłem na Twój profil zobaczyć, co publikowałeś wcześniej, takie powyższe jest dobre. A tu niespodzianka, widzę, że zrobiłem rajd po Twoich opowiadaniach jakiś rok temu.

Zerknąłem sobie na komentarze i szybko wszystko sobie przypomniałem. No, ujarzmiłeś swoje zapędy, aż jestem zaskoczony, że tak szybko i dobrze. Na ogół ludzie utalentowani nie zmieniają swoich nawyków i piszą w zbyt trudny i niezrozumiały sposób dla przeciętnego czytelnika. Nie wiem, co miało wpływ na Ciebie, ale to świetne opowiadanie. Nie mam się do czego przyczepić. Może trochę początek zbyt wolno się rozwija. Gdzieś po kilku akapitach zastanawiałem się, czy nie porzucić lektury, ale właśnie wtedy rozpędziłeś się i czytałem już z zainteresowaniem do końca.

Ciekawy bohater, a jego związek z bóstwem i sposób, w jaki to opisujesz, zdecydowanie dodaje kolorytu opowieści. Dobry język, wiarygodnie brzmiące dialogi, fajna scenografia, godni głównemu bohaterowie drugoplanowi, zarówno Jose jak i Francisco. Po prostu dobrze dopracowany tekst, i to na 76 tysięcy znaków. Oby tak dalej. Świetna robota.

Pozdrawiam serdecznie.

 

 

Solidne opowiadanie, None.

Świetnie oddałeś pustynny klimat (dosłownie i scenograficznie). Myślę, że to dzięki odpowiedniej ilości znaków. Wspominasz o pustyni, piasku i ruinach wielokrotnie, i wydawać by się mogło, że to czytelnika zmęczy, ale jest wręcz odwrotnie. Sukcesywnie i konsekwentnie budujesz historię. Dosłownie w dwóch miejscach, przy retrospekcjach, przeskanowałem lekko tekst, ale poza tym w ogóle się nie dłuży.

Fajna opowieść, trochę pompatyczna i trochę historyczna, ale mimo narzuconego ciężaru powagi, udaje Ci się zachować odpowiedni dystans, nie przesadziłeś i nie zrobiłeś z tego sztywnego posągu.

Nie gustuję specjalnie w takich opowiadaniach, ale Tobie udało się przykuć moją uwagę i nie zanudzić. Co na ogół jest trudnością przy tak długich opowiadaniach.

Trochę poczułem pustynny klimat innego opowiadania, notabene opka roku 2015 – Cesarzowa Tilisza. To nie dokładnie to samo, ale przyszło mi na myśl i polecam Ci, jeśli nie czytałeś.

Pozdrawiam serdecznie.

 

chciałem zaznaczyć, że sam się do tego stanu doprowadził, eksploatując któreś ze swoich kolejnych ciał do granic wytrzymałości.

A, to zmienia postać rzeczy. Nie zauważyłem tego, ale to nie znaczy, że nie wskazałeś. Dobry pomysł.

Brawo, Zygfrydzie, brawo!

Nie sposób nie wspomnieć, jak czepiałem się Twoich post apokaliptycznych opowiadań, bo poniższy komentarz pokaże, że nie była to osobista wendeta, tylko rzeczywiście nie leżały mi tamte pomysły.

Tu zupełnie mnie zaskoczyłeś, i jak nie czytam od lat fantasy, bo wydawało mi się, że przeczytałem już wszystko, tak Twoje opowiadanie bardzo mi się podobało. :) Dosłownie dzisiaj napisałem w jednym z komentarzy, że pisarz powinien być bardem i Ty, w tym opowiadaniu, właśnie taki jesteś.

Świetni bohaterowie, dobrze opisani, charakterni i przede wszystkim – nie pozbawieni wad. Dokładnie tacy, jacy powinni być, czyli wielowymiarowi. Dokładasz dobrze dobranych bohaterów drugoplanowych. Wójt sam w sobie jest ciekawą postacią. Okraszasz wszystko ciętymi i zabawnymi opisami, jak chociażby:

W gospodzie siedziało kilku miejscowych. Wydawali się całkiem sympatyczną bandą, zwłaszcza podpity dziadek brzdąkający na lirze i wydający z siebie wyjątkowo losowe dźwięki, udające śpiew. Obrzucili nas zaciekawionymi spojrzeniami, po czym wrócili do picia.

Oberżysta stojący za szynkwasem, co zadziwiające, nie wycierał niczego szmatką.

Czy:

Może to był ten dzień. Oberżysta odpowie, że została tylko jedna izba z pojedynczym łóżkiem. Zapłacę, bo cóż innego pozostało? Zaprowadziwszy Dalię na górę, powiem, że prześpię się na podłodze. Sam wiesz, rycerskość. Ona się obruszy. Zapewni, że przecież łóżko pomieści nas oboje. Będę długo protestował, lecz w końcu ulegnę, by nie zrobić jej przykrości. A później, w mrokach nocy, wiele może się zdarzyć…

– Mamy osiem izb. – Oberżysta uśmiechnął się, ukazując oba zęby. Jakby wiedział.

Można by powiedzieć, że te opisy są zbędne, nie posuwają akcji do przodu ani na nią nie wpływają, ale budują scenografię i dodają dużo kolorytu zarówno postaciom, jak i samej opowieści. No pięknie przeplatasz akcję z takimi wtrąceniami, pięknie.

Na koniec dokładasz nawet głębszą myśl:

W końcu postanowiłem spisać całą tę historię. Niech ktoś się w końcu dowie, kim była Dalia i jaki los ją spotkał. Niech do kogoś dotrze, jak paskudny jest ten świat. Imperiami rządzą chciwcy bez wyobraźni, przez których cierpimy całe wieki. Pospólstwo to idioci, którzy nie rozumieją prostych słów i prędzej cię zabiją, niż pozwolą, byś im pomógł. W świecie, w którym mądrość umarła, uczeni są cieniami przemykającymi na skraju widzenia, zupełnie niepotrzebnymi, wywołującymi tylko dyskomfort i zgrzytanie zębów. A kiedy odchodzą, nikt po nich nie płacze.

Oddałbym wszystko, by jeszcze ją zobaczyć.

I bardzo ciekawy epilog, bo zastanawiałem się, jak zakończysz te bardowskie opowieści.

Błyskawicznie przeczytałem te 55 tysięcy znaków i miałem z tego dużą przyjemność. Będziesz wysoko w plebiscycie rocznym.

Gratuluję udanego utworu.

Pozdrawiam.

 

Jestem na tak, Adamie.

Dużym atutem jest szybkie wprowadzenie w sedno. Rach, ciach i mamy:

– A wiecie, że chcą mnie kupić?

I od razu czytelnik wie, że coś się będzie działo. Coś kontrowersyjnego, sprzedaż/kupno człowieka. Dokładasz naturalnie brzmiący dialog dla przecież niezupełnie normalnej sytuacji. To zdecydowanie dwa duże plusy opowiadania.

I w zasadzie mógłbym na tym poprzestać, bo udaje Ci się utrzymać uwagę czytelnika do końca.

Gdybym miał wskazać słabsze punkty to jasno określeni bohaterowie. Nie zostawiasz miejsca na dywagacje, wiadomo kto jest dobry, a kto zły. A drugi punkt to sama zamiana. Bo w ostatecznie jakoś ją uzasadniasz (niepełnosprawność kupującego), a może warto było pójść krok dalej. Dlaczego nie kupić skóry tak po prostu, bo kogoś na to stać. Jako kaprys, a nie konieczność/potrzeba? Miałbyś większy dylemat moralny.

Pozdrawiam.

Oczywiście masz rację, Morteciusie. Nie znam wszystkim i taka sytuacja mogła się zdarzyć, prawdopodobnie pewnie się zdarzyła, ale cały mój długi wywód prowadził do maksymalizowania wiarygodności zachowań w już i tak fantastycznym świecie, a o którym piszesz, że Autor nie musi pamiętać. ;)

Prawda, nie musi, ale więcej osób mu uwierzy, tak myślę.

I nie, nie bijesz piany. :) Ja czasem rozmieniam wiele spraw na drobne. Ale to dlatego, że lubię pogadać o literaturze, czasem nawet dużo. :)

Będąc nastolatkiem, mieszkając w małym miasteczku, chodziłem na siłownię 7 dni w tygodniu, albo samemu ćwicząc, albo patrząc, jak ćwiczą koledzy. W mieście bez pizzerii, dyskoteki, kina i jakichkolwiek perspektyw, siłownia była subkulturą i sposobem na życie. Kształtowaniem charakteru i zabijaniem wolnego czasu. Tam dziewczyny nie chodziły i gdy odwiedzam jeszcze czasem swoją mieścinę, nie chodzą i teraz. Pod tym względem nic się nie zmieniło.

Dopiero w Gdańsku trafiłem na siłownie z opisu Golodha, ale one najczęściej miały dwie strefy. Jednak z najlepszych miała nawet dwie oddzielne sale z własnymi recepcjami – Power GymImpuls Fitness. Już same nazwy mówiły, na którą chodziły osiłki, a na którą “normalsi”. Ale niezależnie od siłowni, podczas tysięcy godzin na nich spędzonych, nigdy nie spotkałem się aby ktokolwiek zaczepiał czy podrywał dziewczynę, nawet największy koks czy testosteron. Myślę, że paradoksalnie sama fizyczna “prezentacja siły”, taka czysta i niczym nie zawoalowana, hamowała wszelkie zapędy. Bardzo rzadko też trafiały się na siłowni samotne kobiety, najczęściej były w towarzystwie partnerów lub koleżanek, jeśli już. Więc jeśli nigdy nie spotkałem się z męską inicjatywą, która jest przecież normalna. Tym bardziej nie widziałem sytuacji, aby kobieta świadomie pozbawiała się nadrzędnej roli, w której to mężczyzna o nią zabiega, bo ona jest przecież płcią piękną, i która sama stawiałaby się w roli podrzędnej, mniej atrakcyjnej, gdzie musi przełknąć gorycz porażki i samej zabiegać o mężczyznę. To z naszych stosunków społecznych jest praktycznie niemożliwe, nie w takim miejscu. Pomijam fakt, że na każdej siłowni damskie i męskie łazienki są zawsze oddzielne. Prysznice są na ogól otwartymi salami z kilkoma prysznicami, gdzie stoisz z fujarą na wierzchu pośród innych nagich facetów, bo taką salę najzwyczajniej w świecie sprząta się kilka razy dziennie i najłatwiej zachować ją w czystości. Co najwyżej spotykało się tam sprzątające panie, ale najczęściej wiekowe, które niejedno przyrodzenie w życiu widziały i nie wrzeszczały na widok kolejnego.

I gdzie tu seks pod wspólnym prysznicem z inicjatywy obcej kobiety względem obcego mężczyzny? Po co odwracać kota ogonem?

Autor fantastyki musi pamiętać o jednym. Chce sprzedać pomysł czytelnikowi, który z pojęcia samego gatunku – będzie odbiegał od normy. Będzie inny, niż wszystko, co na świecie od lat jest stałe, statystyczne i niezmienne. Dlatego cała reszta, podbudowa świata, otoczenie, środowisko i zachowanie powinno być jak najbardziej statystyczne, normalne i pasujące do ogółu przyjętych norm, aby ten jeden pomysł mógł odpowiednio wybrzmieć.

To znaczy nastolatek nie powinien mieć mentalności staruszka, a staruszek nie powinien skakać po dachach jak Jackie Chan, jeśli nie wymaga tego konwencja. A samotna kobieta nie zaczepia mężczyzny na siłowni, tak samo jak nieznajoma nie proponuje przygodnego seksu. To się normalnie nie zdarza, chyba że w filmach, a to nie jest najlepszy wzór dla literatury.

Pozdrawiam.

 

Hej, Outta.

Przeczytałem z ciekawością. Wyjątkowo, bo tak się raczej (statystycznie) nie zdarza, najbardziej spodobał mi się początek. A to dlatego, że cały ten dialog i scenografię wprowadzasz bardzo naturalnie. Ot, taki jest świat i już. Brzmi dobrze i wiarygodnie. Aż do momentu:

– Nie jestem twoją własnością! – krzyknęła Tes, czepiając się nieopatrznie wypowiedzianych przez mężczyznę słów i przechodząc z obrony do ataku. – Jesteśmy partnerami! Ty wybrałeś mnie, tak samo, jak ja wybrałam ciebie!

– Tes… – W głosie Tomka zabrzmiały nutki poczucia winy.

– Myślisz sobie, że nadal mamy czasy, w których samochody były przedmiotami? Robiły, co pan kazał, a kiedy się znudziły lub zepsuły, wędrowały do innego właściciela, albo na złomowisko?!

Czyli niepotrzebnych wyjaśnień i powątpiewania w inteligencję czytelnika, czy aby na pewno zrozumie, jak wygląda i rządzi się ten świat. Nie pamiętam już teraz, czy to właśnie Tobie zwracałem uwagę na zbytnie wyjaśnienia, o co w danym pomyśle chodzi. Na pewno komuś na forum. Tak czy inaczej, ma to miejsce w tym opowiadaniu.

Podobnie sprawa tyczy się “klików”, niby wtrąceń w opowiadaniu. I to byłoby ok, gdyby ten klik był jeden lub dwa, ale u Ciebie jest ich sześć? Dosyć dużo, i postrzegam to jako kolejne parcie, aby dokładniej przedstawić świat. A to, moim zdaniem, jest zupełnie niepotrzebne. Pisząc opowiadanie na niecałe 20 tys. znaków warto skupić się na samym wątku, akcji, podejmowanych działaniach i ich konsekwencjach. Ograniczając ilość info dumpu do minimum.

Gdyby tak bowiem okroić Twoje opowiadanie z gadki i informacji, to co otrzymujemy? Scenę w garażu, dosyć statyczną, później 8 godzinną zmianę w korpo, też statyczną, ostatecznie migawki z akcji autobotów, parking i autosąd – znowu dosyć statyczny. No niewiele tu się dzieje. Za bardzo chcesz pokazać, co cię gryzie, zamiast wciągnąć czytelnika w opowieść. Pisarz powinien być bardem, bajarzem, słownym wodzirejem, który będzie wodził czytelnika za nos, ciągnął go za sobą i przywiązywał do własnego słowa. Jego (Autora) deklaracje polityczne czy społeczne, zdanie na jakiś temat, strona za lub przeciw, mniej już tego czytelnika interesuje. Bo jak wiecznie powtarzam, czytelnik umie myśleć sam i w większości przypadków ma własne zdanie. ;)

Ale doceniam próbę, bo napisana sprawnie i bez warsztatowych zgrzytów.

Pozdrawiam serdecznie.

 

Ps. Widzę u Ciebie cztery szorty i trzy krótkie opowiadania (najdłuższe 23 tys. znaków) w tym roku. Jakiś kryzys twórczy? Czy publikujesz gdzieś indziej?

 

Hej!

Po prawdzie trafiłem tu nie przez opowiadanie, a przez Twoje polecanki, o których rozmawialiśmy i po które w końcu sięgnąłem. O tym jednak napiszę też na końcu.

Najpierw o opowiadaniu i kilku spostrzeżeniach. Scenariusz z Sarą na siłowni jest męskim scenariuszem z filmów porno, który dosyć często się w takich produkcjach pojawia. Podobnie jak młoda macocha, która lubi, żeby ją poklepać po tyłku, czy też nieznajoma czy też opiekunka do dziecka, od razu chętna na sex. Tyle tylko, że to w prawdziwym życiu się nie zdarza. Chodziłem całe lata na siłownię, znam tabuny, które chodziły, chodzą i będą chodzić i nic takiego nigdy się nie zdarzyło. To nie jest natura kobiety zaczepiać na siłowni nieudacznika, w ogóle rzadko kiedy kogokolwiek. Bo gdy spokojnie się na tym zastanowisz, to sam dojdziesz do wniosku, że taki typ jak Robert nie może jej zaoferować nic na tyle sensownego, żeby kobieta sama wyszła z inicjatywą seksu pod prysznicem na siłowni.

Widziałem oczywiście prawdziwe sytuacje na YT, tzw. “pranki” czy podobne “eksperymenty”, gdzie chłopak zaczepiał dziewczynę, ona odmawiała, a on następnie wsiadał do np. Ferrari. Co często zmieniało nastawienie tej dziewczyny, i to są fakty. Ale też to zupełnie inna sytuacja. Chłopak okazywał się bowiem samcem alfa, który jest bogaty i wysforował się przed szereg. Tu jestem w stanie zrozumieć instynktowne, chwilowe działanie takich kobiet, które widzą w nim człowieka, umiejącego radzić sobie w życiu i zadbać o kobietę. Ale u ciebie? Z której strony bym nie patrzył, widzę tylko scenariusz z pornusa.

Kolejną sprawą jest oglądanie Wojen Prolków w telewizji. Czy Ty masz w ogóle telewizor? Nie wiem na ile prawdziwe są dane w necie, ale podobno już połowa młodych ludzi nie ma w domu tradycyjnego TV. I sama telewizja, jako taka, prawie na pewno odejdzie do lamusa. Mogłeś się pokusić chociaż o jakiś streaming czy coś.

Nie rozumiem też zegarka, który kopie prądem. Pomijam techniczny fakt wielkości prądu z takiej zegarkowej bateryjki, która co najwyżej może połaskotać. Ale jaki miałby być w tym sens? Co mnie powstrzyma przed tym, że zdjąć zegarek? Ostatecznie liczy się efekt po miesiącu, a czy będziesz w zegarku, kombinezonie, czy nagi, kogo to obchodzi?

Nie wiem też, skąd pomysł, że taka praca będzie wstydem, który trzeba ukrywać przed innymi? Skąd pomysł aby traktować to jako temat tabu? Chętnie poznam Twoje uzasadnienie.

OK. Teraz to, co mi się podobało. Wojny Prolków. To brzmi sensownie i realnie. Te zakazy i koszta, ze względu na przemoc, niby to zakazane, a i tak wszyscy chcą oglądać. To tak, wszystko trzyma się kupy. Podobała mi się koncepcja, chociaż sam pewnie wiesz, że nie jest w 100% oryginalna.

Finał też mi się podobał. Nie zastanawiałem się, kim jest Robert, ale udało Ci się mnie zaskoczyć. Masz też całkiem sprawy warsztat. Może czasami kolejne fragmenty brzmią zbyt skrótowo, trochę jak z pornuska ;), ale czyta się płynnie i bezsprzecznie nie nudziłem się w czasie lektury. Ogólnie więc, gdybyś tylko zmienił trochę pomysł poznania się pary na bardziej realny, byłoby super.

 

A teraz o polecankach, dla których tak naprawdę tu zajrzałem. Przeczytałem opowiadania Teda Chianga i niestety poświęcony czas okazał się zmarnowany. Ted jest mózgowcem, nie sposób nie docenić jego intelektu i pomysłów. To rzecz bezdyskusyjna, miałeś rację, ale jego opowiadania pozbawione są jakichkolwiek emocji. Co w moim przypadku znacznie obniża wartość samych opowiadań. Bo choć pomysły ma błyskotliwe, o tyle czytałem to wszystko jak relacje, a nie rasowe opowiadania. Nie bałem się o bohaterów, nie kibicowałem im, ot, czytałem dobry pomysł. Rozprawkę. Jakby to mogło być. Aż dziw bierze, że ludziom w Hollywood udało się zrobić tak dobry film jak Nowy początek, ale to nakręcił Denis, więc ostatecznie tak się nie dziwię.

Teraz leży na półce i dojrzewa Ada Palmer – Do błyskawicy podobneSiedem Kapitulacji, ale jak będą podobne do Chianga, to się wkurzę. :)

Pozdrawiam serdecznie.

 

Świetny tekst, Iwo, ale należący do tych trudniejszych. Lubię tematy egzystencji, człowieczeństwa i długowieczności. Jednak rzadko trafiam na utwory, które mają odpowiedni ciężar gatunkowy. Dan Simmons ze swoim Hyperionem jest na pewno dobrym przykładem. Nie porównuję Twojego opowiadania do powieści, ale przyznaję, że bardzo świadomie kreujesz bohatera, jego przemianę i upływający czas. Bardzo łatwo jest popłynąć z takim tekstem w “strumień świadomości”, który przestaje być utworem, a staje się bełkotem. Tobie udało się wszystko utrzymać w ryzach.

Dobry pomysł z kokonem, który ma oczywiste skojarzenie i przez moment może wydawać się sztampowy, to jednak przełamujesz ten obraz, nadając mu nowej jakości. Z wyczuciem uzupełniasz postać bohatera sługą, właściwie jego skrajnym biegunem, ale istotnym i potrzebnym. Trochę przypomina to bohaterów opowiadań CMa, ale to absolutnie nie jest zarzut. Cóż dodać więcej, oby więcej takich utworów w Twoim wykonaniu.

Pozdrawiam.

 

Nowa Fantastyka