– Nie możecie mnie trzymać jak zwierzęcia! Jestem Amerykańskim obywatelem! – wrzasnął skuty mężczyzna na widok człowieka w ciemnych okularach, wchodzącego do pokoju przesłuchań. – Co z moją córką?
Nieznajomy nie odpowiedział od razu. Zaciągnął się papierosem, przesunął dłonią po szczecinie zarostu i rzucił na blat teczkę papierów.
– Boli, co? – mruknął i wskazał na nadgarstki więźnia. Przykute do stołu kajdanki zaczynały wgryzać się w skórę. Gestem nakazał mu wyciągnąć ręce.
– Dobrze radzę: bądź grzeczny – zaznaczył, grzebiąc w zamku.
– Czyli ty jesteś dobrym gliną, tak? – zapytał więzień, rozmasowując otarcia i ślady ugryzień na przedramionach, gdy kajdanki już leżały na stole. – Kiedy przyjdzie ten zły?
Palacz, świdrując go wzrokiem, wypuścił dym z ust i uśmiechnął się złowrogo.
– Ja jestem złym gliną. Tak niewyobrażalnie złym, że nie czuję żadnej, ale to absolutnie żadnej potrzeby, żeby krępować ci ręce. Rozumiemy się? Bardzo dobrze – skwitował, widząc, jak więzień powoli kiwa głową, po czym otworzył leżącą przed nim teczkę. – Andrew Reyes, lat czterdzieści cztery, Austin, Teksas. Zgadza się?
– Co do joty. Pan z ambasady? – zapytał, domyśliwszy się po akcencie palacza, że również pochodzi z Ameryki. – Słowo skauta, nie wiedzieliśmy, że tu jest baza wojskowa…
Huk uderzającej w aluminiowy stół pięści zagrzmiał jak wystrzał armatni. Andrew aż podskoczył w krześle. Nieznajomy wycelował w niego palcem.
– Wyjaśnimy coś sobie. Masz, że tak zażartuję, szczęście w nieszczęściu, bo są teraz sprawy ważniejsze, niż wsadzenie cię do ciupy. Ale jak jeszcze raz dzisiaj skłamiesz, to osobiście dopilnuję, żebyś resztę życia spędził na schylaniu się po mydełko.
Andrew skulił się na krześle i powoli pokiwał głową.
– Co z moją córką? – powtórzył.
Palacz ponownie zignorował pytanie. Dłuższą chwilę wpatrywał się w niego w milczeniu, jakby chciał się upewnić, że facet jest dostatecznie wystraszony.
– O tym później. Teraz mów jak na zasranej spowiedzi i od samego początku: co taka szycha jak ty robiła na tym zadupiu i do czego właściwie tam doszło?
Andrew odchylił głowę i – ni stąd, ni zowąd – wybuchnął śmiechem.
* * *
Chce pan wiedzieć, co tam robiliśmy? Dobrze – powiem! Szczerze jak na spowiedzi, tak jak pan prosi.
Otóż: szukaliśmy Atlantydy. Ale co pan robi takie oczy? Sam przecież wiem, jak to brzmi! Szanowany gentleman, prezes nieźle prosperującej spółki, osiem cyfr na koncie i zamiast wozić się porszakiem po słonecznej Kalifornii z pornogwiazdą na shotgunie, stary cap biega z plecakiem po bezludziu i szuka zatopionego miasta.
Szuka go, dodajmy, w górach, żeby cała historia przypadkiem nie miała zbyt dużo sensu – ale czy jest coś, czego facet by nie spróbował dla umierającego dziecka?
Absurd całej sytuacji, a jakże, docierał do mnie – co może świadczyć, że jeszcze do końca nie postradałem rozumu. Dotarł do mnie w pełni po jakichś dwóch tygodniach błąkania się na zboczach góry Ararat – pękłem, można powiedzieć.
Przeszukiwaliśmy wtedy piarżyste żlebisko, których tam nie brakuje. Byliśmy we troje: ja, ten hochsztapler von Gierke i Emilia – córka, dowiedziawszy się o wyprawie, uparła się, że koniecznie musi mieć mnie na oku.
Wykrywacz metalu zaśpiewał w moich rękach. Rzuciłem go na bok, chwyciłem saperkę i zacząłem na klęczkach odrzucać żwir i rumosz. Wreszcie, kalecząc dłonie, wydarłem górze obiekt będący źródłem sygnału.
Kamień.
Zwykły kamień, rozumie pan? Nawet nie puszka i nie kapsel. Ot, mały odłamek rudy. Jakby sama góra pluła mi w twarz. „Nie muszę nawet polegać na niechlujnych turystach, mogę ośmieszyć cię sama, bo tu nic nie ma, po prostu nic nie ma i nigdy tu niczego nie było” – przysiągłbym, że usłyszałem w głowie szydzącą ze mnie Ararat.
Wydałem zwierzęcy ryk. Spłoszone świstunki zawtórowały szumem skrzydeł.
– Von Gierke, hochsztaplerze, oszukałeś mnie! – krzyczałem. Zerwałem się z kolan i wyrwałem z kabury Sigsauera. – Zapłacisz za to!
Profesor nie błagał o litość ani nie wołał, żebym się opanował. Zamarł w bezruchu jak jeleń w światłach osiemnastokołowca. Pnąc się w jego stronę, wzbijałem stopami fontanny żwiru. Dzieliło nas może ze dwieście jardów, ale mogę przysiąc, że widziałem rozszerzone z przerażenia źrenice starca, a w nich własne odbicie – obraz człowieka oszalałego z wściekłości i rozpaczy.
Widzi pan, ja bywam porywczy, nie przeczę. Teksańczycy już tak mają. Ale żeby tak z bronią? Do człowieka? To jednak mi się nie zdarza, nawet w tak absurdalnych sytuacjach. Zastanawiam się teraz – może ta furia nie pochodziła ode mnie…?
Ale to teraz – wtedy nie zastanawiałem się nad niczym.
– Słyszysz, von Gierke? Zmów paciorek, czy co tam szkopy mają w zwyczaju!
– Tatku, nie! Proszę – usłyszałem tuż przy głowie. – Nie rób tego.
To Emilia doskoczyła do mnie i ciasno objęła. Gdy tylko poczułem jej ręce na karku, łzy napłynęły mi do oczu.
– Sam chciałeś tu przyjechać, pamiętasz? On nas do niczego nie zmuszał.
Wyciągnięta ręka zaczęła mi drżeć.
– Masz rację, Emilko, masz rację! To nie von Gierke! To wszystko moja wina! – jęknąłem.
Świadomość, że zabieram córce cenne miesiące życia, goniąc za obsesją i mrzonkami profesora, uderzyła mnie z siłą kafara. Trzymająca pistolet ręka powoli zginała się w łokciu.
– Przepraszam, córeczko. Powinnaś teraz wylegiwać się z koleżankami na plaży, a ja cię ciągam po bezludziach. Ale to już koniec: obiecuję, nigdy więcej cię nie skrzywdzę…
– Nie, nie, nie – kwiliła Emilka, z trudem starając się odciągnąć lufę od mojej skroni. – Nawet o tym nie myśl, słyszysz? Każdy chciałby mieć takiego ojca, rozumiesz? Po prostu daj mi pistolet, proszę.
Ach, ta Emi. Temperament, jak pan się domyśla, odziedziczyła raczej po matce.
Huk wystrzału spłoszył świstunki w promieniu co najmniej mili i długo niósł się echem po żlebowisku.
Zawtórował mu następny. I jeszcze jeden. I jeszcze.
Za każdym razem pocisk wzbijał w powietrze ziarna żwiru i odłamki kamieni. Zużyłem tak cały magazynek, a na koniec jeszcze cisnąłem klamką o zbocze.
Uścisk córki jest jak miód na serce ojca, a odgłosy strzałów to muzyka dla uszu Teksańczyka. Poczułem się nieco lepiej i przez moment po prostu w milczeniu tuliłem Emilię.
Pamiętam, że tę błogą ciszę szybko przerwał dźwięk niemający nic wspólnego ani z muzyką broni, ani z kojącym szmerem oddechu bliskiej osoby trzymanej w ramionach. To było jak gardłowe, basowe warczenie. Odgłos z rodzaju tych, których tak naprawdę się nie słyszy, a odczuwa w trzewiach i kościach.
Zdawał się dobiegać z wnętrza góry.
– Scheisse! – wrzasnął profesor, zrywając się do biegu. – Ratujcie się!
Widzi pan, mój wybuch frustracji: seria strzałów, bezmyślnie bieganie, może nawet krzyki i rzucony przed siebie Sigsauer – to wszystko musiało naruszyć misterną strukturę nanoszonego tysiącleciami żwiru, rumoszu i piargu.
Zbocze Ararat ożywało.
Najpierw poczułem, jakbym stał na dywanie i ktoś gwałtownie nim szarpnął. Oboje padliśmy jak kłody, wytrąceni z równowagi.
I wtedy: chaos, mówię panu, chaos.
Tumany kurzu wzbiły się dookoła, tworząc istną burzę piaskową, zmuszającą do szczelnego zaciśnięcia powiek. Toczące się kamienie uderzały wokół nas jak ogień zaporowy z karabinu. Jedną ręką osłaniałem głowę przywierającej do mnie Emilii, drugą próbowałem chwycić coś, cokolwiek na stałe przytwierdzonego do podłoża, zanim osuwający się piarg posłałby nas w dół, ku niechybnej śmierci.
Na nic!
Poczułem, że spadamy w pustkę.
I, paradoksalnie, to nas uratowało. Uskok, do którego trafiliśmy, miał raptem z jard głębokości, a jego ściana uchroniła nas przed ukamienowaniem.
Przynajmniej tak mi się zdaje. Następne, co pamiętam, to tak naprawdę von Gierke pomagający nam wygrzebać się ze żwiru, a potem z dziecięcą radością prezentujący odsłonięty przez lawinę głaz.
Gigantyczny kawał skały, o gładkich ścianach i ostrych krawędziach spotykających się pod prostymi kątami. Niewątpliwie obrobiony ludzką ręką.
Profesor powstrzymał się od „a nie mówiłem?”. Ja na jego miejscu chyba bym nie potrafił.
Natychmiast zapomnieliśmy o lawinie, o potłuczeniach i o moim wybuchu. Całą trójką rzuciliśmy się do odrzucania żwiru i rumoszu.
Brama do świątyni była na wyciągnięcie ręki.
Jakiej znowu świątyni, pyta pan? Już tłumaczę.
Otóż Emilia po mojej kochanej Jane odziedziczyła nie tylko urodę i temperament, ale też wyrok: okrutną chorobę Huntingtona, która zabrała mi żonę w wieku zaledwie trzydziestu pięciu lat.
Nie muszę chyba tłumaczyć, że śmierć Jane była dla mnie niewyobrażalnym wręcz ciosem. Nie mogę całkiem wykluczyć, że od wspomnianego ciosu pomieszało mi się we łbie i wszystko, co tu panu opowiadam, to rojenia szaleńca – niech sam pan to ocenia.
Tak czy inaczej, zostałem na tym świecie z dorastającą córką i ciążącym nad nią wyrokiem. Myśl, że przyjdzie mi oglądać Emilię dogorywającą jak Jane, prawie mnie wykończyła. Mówię panu, po pogrzebie ze dwa tygodnie nie trzeźwiałem. Ale w końcu przypomniałem sobie, że jestem Teksańczykiem, a w teksańskim słowniku nie ma odpowiednika zwrotu „dać za wygraną”! Ani po angielsku, ani po naszemu.
Przeczytałem o tej paskudnej chorobie wszystko, co można przeczytać, a do tego sporo z utajnionych materiałów. Górę szmalu wyłożyłem na własny zespół badawczy. Powołałem fundację. Na klęczkach błagałem rządowych darmozjadów o granty!
I cóż: niczego nie osiągnąłem.
Damoklesowy miecz nad głową Emilii nie dał się przesunąć choćby o cal.
Właśnie wtedy poznałem tego szarlatana von Gierke.
Stary szkop wparował do mojego biura jak do siebie, rzucił na blat stertę dziwnie wyglądających kserokopii i zaczął mnie mamić opowieścią o starożytnej świątyni, w której szlachetna rasa Atlantydów niby to ukryła panaceum.
Nie dałem temu wiary od razu – aż tak źle ze mną nie jest! Zleciłem niezależne translacje tych wszystkich apokryfów. Wie pan, ile sobie wołają tłumacze sumeryjskiego, enochiańskiego i tym podobnych języków? Ani nie będę mówił, bo by się panu, do cholery, przykro zrobiło.
No i: było tam wszystko! O rebelii generała Kaina, o rozkwicie przedpotopowej cywilizacji i o upadku, którego Atlantydzi doświadczyli w czasach przez współczesną stratygrafię ochrzczonych mianem „młodszego dryasu”.
Ale również – a dla mnie: przede wszystkim – o ezoterycznych remediach, którym nie dorównuje żaden z wytworów dzisiejszej medycyny. „Czarna haoma, ichor dawnych bogów, na którego wezwanie i zmarli wstawali do życia”.
Dwa miesiące później ufundowałem wyprawę na górę Ararat, a po tygodniach tułaczki wreszcie staliśmy u bram.
Odgrzebaliśmy jedynie na tyle rumoszu, by pełzając wcisnąć się do wnętrza świątyni – po pierwsze, pękaliśmy z ekscytacji i chcieliśmy czym prędzej być w środku. Po drugie, wiedzieliśmy, że na Ararat jest amerykańska baza łącznościowa – rozumiem, że to pan z kolegami? – więc zależało nam, żeby dół był jak najmniej widoczny z daleka.
Znaleźliśmy się w sali, a może raczej długim tunelu, o ścianach z gładko ciosanych i precyzyjnie dopasowanych granitowych bloków. W jego rozmiar trudno było uwierzyć, zdawał się wręcz w jakiś sposób zaprzeczać obowiązującym regułom rzeczywistości – gdyby starożytnym Atlantydom przyszło do głowy tam choćby ganiać słonie w tę i z powrotem, zwierzęta mijałyby się bez najmniejszego problemu.
O tym, co faktycznie tym przejściem prowadzono, wolałem nie myśleć na zapas.
Przeciwległy koniec tunelu ginął w mroku – światła lamp absolutnie nie mogły go dosięgnąć. Rozpoczęliśmy marsz, w ciszy przerywanej jedynie upiornym echem naszych kroków, odbijającym się od monstrualnych kamieni. Emilia kuliła się przy moim boku, wyraźnie przytłoczona niezwykłą aurą starożytnej budowli.
Jęk wyrwał się z ust córki, gdy dotarliśmy na miejsce. Tunel, widzi pan, okazał się ledwie przedsionkiem. Od właściwej części świątyni odgradzała nas granitowa ściana, wykonana z jednego, gładkiego bloku, gargantuicznego nawet w porównaniu z tymi, z których zbudowano przejście – jakby jądrem góry był gigantyczny głaz i centralne pomieszczenie świątyni wykuto bezpośrednio w nim. Dla każdego, kto spojrzałby na tego kolosa, byłoby oczywiste, że nawet z dostępem do dzisiejszej technologii, nie dałoby się ruszyć go choćby o cal. A gwarantuję, że jeśli pana kolegom z Waszyngtonu przyjdzie na myśl walić w świątynię atomicami, co najwyżej nadtopicie powierzchnię, nie szkodząc wcale niczemu w jej wnętrzu.
Po co mielibyście to robić? Ha! O tym zaraz. Chciał pan spowiedzi, to proszę słuchać cierpliwie, jak na spowiednika przystało.
Do środka prowadziło jedno przejście, wykute na poziomie posadzki i niewielkie – musiałem się kulić, przechodząc, a i tak tarłem barkami o ściany.
Sala, w której się znaleźliśmy, ogromem przyćmiewała nawet korytarz łączący ją ze światem zewnętrznym. Ale nie dane było nam się zachwycić nią ani nagromadzonym w środku bogactwem, ani misternymi płaskorzeźbami na ścianach. Wszystko przyćmiewał widok tego, na co von Gierke skierował snop swojej latarki.
– Wolni, wolni, po trzykroć wolni! – Niemiec z religijnym wręcz namaszczeniem zaczął recytować ustęp z jednego z apokryfów. – Nasi ciemiężyciele, wielcy i nieśmiertelni, spętani jak zwierzęta. Wieczna chwała Generałowi!
– Tatku? – wyszeptała Klaudia pytającym tonem, zbyt zdjęta lękiem, by składać pełne zdania. – Tatku?!
– Ojciec nie opowiadał ci o naturze lekarstwa? Już tłumaczę, dziecko – powiedział von Gierke, wchodząc głębiej do komnaty i kierując światło na sklepienie. – Stoisz przed obliczem jednego z dawnych bogów ludzkości.
O żadnym obliczu nie mogło być jednak mowy… Owszem, przykute do skały monstrum miało głowę mniej więcej tam, gdzie byłaby ona u człowieka, ale na tym podobieństwa się kończyły. Na tytanicznym łbie w miejscu ust ziała pozbawiona warg czeluść, a sklepienie czaszki pokrywały nieregularnie porozrzucane bąble – wiedziałem z apokryfów Niemca, że tak wyglądają ich oczy, ale bez tej informacji, założyłbym, że to guzy nowotworowe, albo objaw innego schorzenia.
Szara skóra ciasno przylegała do wyschniętego na wiór ciała, widziałem więc, że stawy i kości były zupełnie nie tam, gdzie trzeba, jakby zamiast członków stworzenie miało pajęcze odnóża. Nawet gdyby bóstwo nie górowało nad nami jak słoń, mamut czy raczej dinozaur, nie mogłoby nigdy uchodzić za człowieka.
Nagle upuściłem latarkę i wrzasnąłem. Emilia, zasłaniając usta, wybiegła z komnaty. Nie goniłem jej – rozumiałem, dlaczego nie chce przebywać w jednym pomieszczeniu z tym… czymś. Sam jedynie z trudem się opanowałem – niewiele brakło, a również rzuciłbym się do ucieczki.
Otóż jedno z guzowatych oczu nieludzkiego tytana drgnęło – nie na tyle, żebym podejrzewał, że wodzi za nami wzrokiem, ale na tyle, by nie można było mieć żadnych wątpliwości, że ów ruch miał miejsce.
Wielcy i nieśmiertelni.
Przykuty do skały bożek żył. Żył przez te wszystkie tysiąclecia. Żył, choć jego ciało wyschło na wiór i jedynym ruchem, o jaki mógł się pokusić, było drżenie guzowatych oczu.
Samo wyobrażenie ogromu cierpienia, którego stworzenie przede mną doświadczyło i wciąż doświadczało, prawie posłało mnie na kolana. Czy jest pan w stanie to pojąć? Dziesiątki tysięcy lat, unieruchomione, wiszące na granitowej skale, rozciągnięte jak Zbawiciel na krzyżu, bez wody, bez jedzenia, w ciemności, za jedyne towarzystwo mając ból przekutych gigantycznymi gwoździami członków. W ciele coraz bardziej okaleczonym torturą upływających stuleci, ale ze swej boskiej natury nieśmiertelne i niezdolne do poddania się niosącemu ulgę rozkładowi.
Zapłakałbym nad jego losem, gdybym nie wiedział, na co te stwory skazywały ludzkość, gdy przez setki tysięcy lat władały planetą.
Wielcy i nieśmiertelni. Bogowie.
Ciemiężyciele.
Już miałem wybiec za Emilią, ale von Gierke mnie zawołał.
– Pomóż mi, Reyes! Potrzebuję do tego obu rąk.
Niemiec podszedł bliżej prastarej istoty, po krótkim namyśle podążyłem za nim. Dopiero z bliska dało się właściwie odczuć jej ogrom. Korytarz, którego wymiary z początku były dla mnie zaskakujące, nagle wydał mi się śmiesznie mały – Atlantydzi musieli zmusić bóstwo, by wpełzło do więzienia.
Von Gierke gestem nakazał mi oświetlić miejsce, w którym człowiek miałby łydkę, po czym naciął skórę stworzenia. Z rany popłynęła gęsta jak smoła, czarna jucha. Niemiec zebrał ją do fiolek. Gdy mieliśmy już dość próbek, zostawiłem go, a sam poszedłem uspokoić córkę.
Kuliła się pod ścianą korytarza. Wyglądała trochę, jakby znów miała dwanaście lat i przed chwilą dostała burę.
Przysiadłem koło niej i opowiedziałem całą historię: o setkach tysięcy lat niewoli, o rebelii generała Kaina, który spętał bogów jak bydło i wreszcie o upadku Atlantydy.
Z początku nie bardzo chciała wierzyć, ale poleciłem się jej zastanowić nad prostym faktem: czy to możliwe, żeby ludzie o inteligencji choćby zbliżonej do współczesnych homo sapiens, którzy według niezbitych ustaleń naukowców żyją na tej planecie niemal od pół miliona lat, spędzili cały ten niewyobrażalny czas biegając nago po lesie, załatwiając się do potoku i żrąc jagody?
I żaden z nich nie wymyślił ani pisma, ani koła, ani cegły, ani nawet nie wpadł na bajecznie prosty pomysł, że gdy wciśnie w glebę bulwę, to wyrośnie mu więcej? A potem, jakieś dziesięć tysięcy lat temu, te wszystkie wynalazki zaczęły się pojawiać w wielu miejscach i niemalże równolegle? Pół miliona lat – nic, a potem ni z tego, ni z owego cywilizacje wyrastają jak grzyby po deszczu?
Jakże naiwnym trzeba być, żeby kupić taką bzdurę – a przecież ogłupione telewizją masy właśnie w tę wersję historii wierzą.
Panu też polecam nad tym pomyśleć – po głębszym zastanowieniu, istnienie niewolących ludzkość ciemiężycieli staje się właściwie oczywiste, podobnie jak oczywistością staje się kataklizm, który wymazał ślady poprzedniej cywilizacji.
Nie wiem, czy Emilia dała wiarę. Tak czy inaczej, wróciliśmy do obozu. To słowo jest tu trochę na wyrost – chodzi o miejsce, gdzie spaliśmy i gdzie zaparkowałem Jeepa. Von Gierke i ja chcieliśmy spędzić noc w przedsionku świątyni, zamiast ryzykować spacer w ciemnościach po grożącym osunięciem rumoszu, ale Emilia kategorycznie odmówiła dłuższego niż konieczne przebywania w bezpośredniej bliskości tytana i nie dała się przekonać, że ukrzyżowany ciemiężyciel nie byłby w stanie nie tylko wydostać się z więzienia, ale choćby kiwnąć pazurem.
Byłem tak zmęczony i poobijany, że ledwo szedłem. Wiedziałem jednak, że wysiłek nie poszedł na marne – na twarzy Emilii po raz pierwszy od diagnozy zobaczyłem nie sztuczny uśmiech dziewczyny, która odliczając dni do końca, stara się przed bliskimi udawać silną, a autentyczny entuzjazm i nadzieję.
Błysk w oku, że tak powiem.
Ja też czułem się prawdziwie szczęśliwy.
No i, rozumie pan, zazwyczaj bywa tak, że życie najmocniej kopie człowieka w torbę, gdy już wydaje się, że wreszcie sprawy idą ku lepszemu. To jest jakaś zaszyta w kwantowej naturze rzeczywistości, pierwotna złośliwość i gdyby mnie kto pytał, to jajogłowi powinni nad tym faktem dawno rozpocząć badania.
Nie wiem, dlaczego się obudziłem – może von Gierke, skradając się, potrącił nogą kamień. Może jakaś świstunka zakwiliła, zupełnie przez przypadek.
Ale pamiętam, że w nocy dręczyły mnie nadzwyczaj bluźniercze koszmary i nie mogę przestać myśleć, że może to ciemiężyciel jakoś wdarł się do mojej głowy? Apokryfy nic nie mówiły o takich zdolnościach, ale któż mógłby wiedzieć, na jakie wyżyny potrafiłby wznieść się umysł po tak niewyobrażalnym czasie spędzonym w męczeńskim transie?
Chciał mnie ostrzec? Czy raczej…?
W każdym razie otworzyłem oczy, uniosłem się na posłaniu i w srebrzystym świetle pełni zobaczyłem Emilię, chyba pierwszy raz od lat śpiącą jak dziecko, bez udręki na słodkiej buzi.
A nad nią, jak śmierć z kosą, z pistoletem w ręku stał von Gierke.
– Obudziłeś się, Reyes? No nie rób takich oczu…
Nie wiedziałem, co nim kieruje. Może stary szkop chciał zachować odkrycie dla siebie? Może pragnął zatrzymać wszystkie potencjalne zyski? A może – tylko może – to pod jego czaszkę ktoś sięgnął z zewnątrz?
Nie próbowałem o to pytać – nie pozwoliłem mu choćby dokończyć zdania. Życie to nie film ze Stevenem Seagalem, żeby bezczynnie wysłuchiwać monologu złoczyńcy – ufam, że wojskowemu takich rzeczy nie trzeba tłumaczyć. Wrzasnąłem przeraźliwie, chcąc obudzić Emilię, a sam zerwałem się z legowiska i niczym puma rzuciłem na Niemca, celując w nogi.
On, niestety, też nie marnował czasu.
Padł strzał i znowu zawtórowały mu spłoszone świstunki. Tylko tym razem, zamiast fontanny żwiru, kula wzbiła w powietrze czerwoną mgiełkę krwi.
Emilia nie wydała najmniejszego dźwięku. Jakaś część mnie od razu rozumiała, co się stało, choć nawet nie zerknąłem w jej stronę.
Nie potrafię w żaden sposób opisać, co czułem.
Wyrwałem von Gierke broń, przyszpiliłem ciężarem własnego ciała do zbocza, a potem tłukłem po łbie jak opętany, aż jucha zachlapała wszystko dookoła.
Szybko przestał się ruszać, ale lałem go jeszcze długo po tym. Nie mogłem przerwać – gdybym to wtedy zrobił, musiałbym się zmierzyć z faktem śmierci Emilii. Dopóki moje pięści opadały na łysy łeb starca, mogłem sam przed sobą udawać, że walka trwa i jeszcze nie przegrałem. Że córka wcale nie leży za mną z dziurą w czaszce i że gdy wstanę, wszystko będzie w porządku.
Głupie – wiem. Ale w tamtej chwili nie miałem nic innego, więc biłem, i biłem, i biłem.
I wtedy, jakby rażony piorunem, przypomniałem sobie rzecz, zdawałoby się, oczywistą.
„Czarna haoma, ichor dawnych bogów, na którego wezwanie i zmarli wstawali do życia”
Natychmiast rzuciłem się do szaleńczego przeszukiwania manatków Niemca. Wygrzebałem dwie fiolki smolistego płynu.
Wlałem jedną porcję boskiej juchy do gardła Emilii, drugą wprost do ziejącego krateru w jej głowie. Ciągle mam przed oczami te czarne gluty, mieszające się z krwią i rozchlapanym mózgiem córeczki. Jak smoła, gdyby smoła żyła własnym życiem… Najgorszemu wrogowi nie życzę tortury choćby zbliżonej do tego widoku.
Nie wiedziałem, co robię – nie muszę chyba tłumaczyć, że z sumeryjskich, albo jeszcze starszych apokryfów, nie sposób rozszyfrować, jak dokładnie używano krwi przedwiecznych ciemiężycieli. Stosowane w starożytnych księgach nazwy substancji i procesów chemicznych różnią się od współczesnych i nie mamy żadnego punktu zaczepienia, który pozwoliłby połączyć słowa w pary. Planowaliśmy próbki szczegółowo przebadać… No, przynajmniej ja planowałem, bo von Gierke, jak pan przed chwilą słyszał, miał w głowie całkiem co innego.
I tu znowu pojawia się ta myśl, drążąca w mózgu jak larwa – a jeśli ktoś mną wtedy kierował…?
Zakryłem córkę matą do spania, by nie musieć patrzeć na upiorny widok.
Siadłem na zboczu i czekałem, wpatrując się w zapierającą dech w piersi panoramę. Na krańcu niewyobrażalnego przestworu widziałem nawet najwyższe budynki Erywania – a może tylko mi się zdawało. Podobno, gdy człowiek długo patrzy w jedno miejsce, wzrok i mózg zaczynają płatać figle.
– Widzisz, Emilko, jak tu pięknie? – mówiłem do niej, całkiem jakby żyła i siedziała tuż obok mnie. – Panorama jak z Signal Peak… albo i lepsza, bo ta góra jest ze dwa razy wyższa, niż cokolwiek w Guadalupe. Jak tylko poczujesz się lepiej, wejdziemy na szczyt. Stamtąd pewnie zobaczymy nawet Iran.
– Myślisz jeszcze czasem o mamie? Ja, przyznam ci się, codziennie, ale z młodszymi bywa inaczej… Kiedy ostatnio byłaś na grobie? Powinniśmy pójść razem, jak tylko wrócimy do Stanów.
– A powiedz mi: ten chłopak, Tim. To coś poważnego? Mało rozmawiamy o takich rzeczach. Wiem, że wiecznie jestem zajęty, ale chyba powinienem przynajmniej być na bieżąco? Ja, gdy poznałem Jane, przy każdym niedzielnym obiedzie mówiłem tylko o niej…
No niech pan tak na mnie nie patrzy. Nie ma nic złego w mówieniu do zmarłych. Problem jest tylko wtedy, gdy zaczynają odpowiadać.
No i jakby to powiedzieć…
– Lilith, drżąc z ekstazy na lędźwiach demona, odpowiedziała Adamowi – usłyszałem za sobą niepokojący szept. Natychmiast rozpoznałem ustępy z bezbożnych apokryfów, które pokazywał mi von Gierke.
Pamiętam, że nie zrobiłem wtedy nic, tylko potrząsnąłem głową i sięgnąłem po kilka sucharów. Byłem pewien, że mózg płata mi figle i całkiem zignorowałem te szepty, biorąc je za oczywiste świadectwo ostatecznej utraty rozumu.
Po pierwsze, niespecjalnie wierzyłem, że podana w przypadkowy sposób, nieprzetworzona jucha może cokolwiek zdziałać – są płazy, którym odrastają kończyny, i drzewa, mogące rosnąć dziesiątki tysięcy lat. A przecież nie chłepcemy ich krwi czy żywicy w nadziei, że zapewnią nam zdrowie i długie życie.
Znaczy… pewnie są ludzie, co tak robią, ale – mniejsza.
– Patrz, mężu: to Gwiazda Zaranna błogosławi moje łono. Stałam się matką śmierci. Muchą, której larwy posilą się na ropiejącym truchle świata…
Po drugie, Emilka nie mogła przecież znać treści tych tekstów. Nigdy żadnego z nich nie widziała na oczy. A recytacja za moimi plecami była bardzo wierna, co do słowa. Wziąłem więc ten głos za znak, że niechybnie tracę kontakt ze światem.
– Jedzcie i pijcie z tego wszyscy, jak przed wiekami spożywano ichor ciemiężycieli. Niech ta krew uzdrawia wasze dusze, jak w dawnych dniach czarna haoma uzdrawiała ciała…
Po trzecie, to nie brzmiało nawet podobnie do mojej córki – raczej, jakby ustępy recytował ten upierdliwy głosik w głowie, który czasem pojawia się przed zaśnięciem i pyta: „Skąd wiesz, że gdy będziesz spał, nie pęknie ci mała żyłka pod ciemieniem i nie przerobi mózgu na pudding”? Pan wie na pewno, o co mi chodzi.
Dopiero gdy usłyszałem za sobą cytaty z Księgi Rodzaju bez mojżeszowych przekłamań, dotarło do mnie, że to nie omamy.
– W tamtych czasach byli na ziemi giganci, a córki człowiecze rodziły rabów dla ciemiężycieli, ilu tylko sobie zażyczyli…
Zdało mi się wtedy, że czas stanął w miejscu. Musiałem tylko obrócić głowę, ale mógłbym przyciąć, że ten prosty ruch ciągnął się tygodniami.
Stała za mną. Nigdy nie zapomnę tej twarzy. Kąciki ust wzniesione w szatańskim uśmiechu, ale żuchwa wisząca luźno, jakby wyłamana ze stawów. Ziejąca w czaszce dziura, w której wyraźnie widziałem pulsującą galaretę mózgu. I te oczy! Emilia wbijała we mnie wzrok przeszklonych, martwych oczu… a także tych żywych, guzowatych, których wcześniej nie miała, rozsianych po czole i twarzy.
– Żyjesz! – jęknąłem. W najmniejszym stopniu nie przejąłem się jej odrażającym wyglądem.
Emilia żyła!
Padłem na kolana i ze łzami objąłem ją w talii.
– Przepraszam, córeczko – chlipałem. – Powinienem wiedzieć, że nie można ufać temu von Gierke, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że on… – urwałem. Nie mogłem tego powiedzieć na głos. – W każdym razie, wszystko już będzie dobrze, na pewno. Mamy auto, zabiorę cię prędko do lekarza…
Ale Emilia nie zamierzała słuchać. Wątła ręka dziewczyny odepchnęła mnie z siłą, której żadnym prawem mieć nie mogła – padłem na zbocze i straciłem dech.
Gdy się podniosłem, nikogo przede mną nie było. Rozejrzałem się, skołowany i dostrzegłem smukłą sylwetkę córki znikającą za granią. Rzecz jasna, podążyłem za Emilią.
– Zaczekaj! – krzyknąłem. – Zaczekaj, proszę! Potrzebujesz pomocy!
Nawet się nie obejrzała. Sunęła przed siebie – tak, sunęła. Nie musi mi pan wierzyć, sam zresztą nie wierzyłem swoim oczom, ale to właśnie widziałem: Emilia sunęła tuż nad zboczem, ze stopami wiszącymi w powietrzu. Wzbijała obłoczki kurzu jak mały poduszkowiec.
Niebo w jednej chwili całkiem ściemniało – powiedziałbym, że to chmury przypadkiem zgęstniały, ale ja już chyba nie wierzę w przypadki.
Serce podeszło mi do gardła, gdy zrozumiałem, dokąd Emilia zmierza. Pan zresztą wie o tym równie dobrze, jak ja. Emilia kierowała się w stronę amerykańskiej bazy, o której uprzedzał mnie von Gierke.
Niełatwo jest biegać po piargu, a goniłem ją przez dobrych kilka kilometrów. Płuca i łydki paliły mnie żywym ogniem, ale udało mi się nie stracić córki z oczu.
Myślę, że Emilia nie spieszyła się zbytnio. Po co miałaby to robić? Miała przecież na wszystko tyle czasu, ile tylko pragnęła. Wielka i nieśmiertelna.
Zza grani wyłonił się trzymetrowy płot z metalowej siatki, zwieńczony splotami koncertiny. Za nim kilka niezgrabnych, prostopadłościennych budynków i gigantyczne urządzenie, coś na kształt talerza satelitarnego.
Emilia wydarła dziurę w ogrodzeniu, bez wysiłku, jakby to nie były solidne druty, tylko sprana szmata. Nawet przy tym nie zwolniła.
Drżałem, widząc jej siłę.
Zatrzymała się dopiero przy wielkim talerzu. Złapała za metalowe pręty u jego podstawy i obróciła, jakby nic nie waży, jakby kilkunastometrowa czasza była plastikową zabawką.
Zamarłem, domyśliwszy się, co chce zrobić.
Wyciągnąłem przed siebie Sigsauera i złożyłem się do strzału. Ale po szaleńczym biegu wciąż dyszałem jak pies, serce waliło mi jak młot pneumatyczny.
No i – to była przecież moja córka.
Od razu wiedziałem, że nic z tego – lufa drżała jak w febrze.
Resztę historii pewnie zna pan lepiej ode mnie. Drzwi tych waszych kostkowatych budynków otworzyły się z hukiem i z wnętrz wysypały się chmary ludzi – uzbrojonych, umundurowanych, wrzeszczących po angielsku i po turecku.
Rzuciłem broń, padłem na kolana i założyłem ręce za głowę. Dokładnie tak, jak instruował mnie wściekły rodak wbijający mi w żebra lufę karabinu.
Ale Emilia? O, Emilia nie zamierzała się poddać.
Najpierw jakby zupełnie nie zauważała żołnierzy. Pierwszego, który do niej dopadł, złapała za czerep i cisnęła nad głowami towarzyszy, jak szmacianą zabawkę. Drugiego zatłukła kolbą jego własnego karabinu. Z trzecim nie wiem, co zrobiła, w każdym razie skończył bez życia pod jej stopami. Swojej pracy nawet nie przerwała – cały czas grzebała w urządzeniach u podstawy talerza.
Ciemiężycielka dzwoniła do rodziny. Nowo narodzona bogini wzywała pomoc, dla siebie i więzionych pod górami braci.
* * *
Lampa jarzeniowa rzucała snop ostrego światła na młodą kobietę, przykutą do ściany solidnymi łańcuchami. Kokon stalowych więzów ściskał ją tak mocno, że nie mogła ruszyć choćby nadgarstkiem, ale guzowate oczy rozsiane na jej czaszce wyraźnie drgnęły, gdy do pomieszczenia po drugiej stronie szyby wszedł mężczyzna w ciemnych okularach.
Emilia przekrzywiła głowę, jakby się mu przyglądała, choć przez weneckie lustro nie powinna być w stanie niczego ani dostrzec, ani usłyszeć. Cienka błona, powstrzymująca jej mózg przed wypłynięciem przez dziurę w czaszce, wypełniła się mętnym płynem.
– Po co te łańcuchy, generale Smith – powiedziała cicho. Jeśli mężczyzna przejął się faktem, że Emilia skądś zna jego imię, albo tym, że słyszy jej głos, choć żuchwa dziewczyny luźno zwisa i wcale się nie porusza, to nie zdradził tego nawet jeden mięsień na twarzy. – Wypuść mnie, zabawny ludziku, nie będę sprawiać kłopotów. Po co miałabym to robić? Sygnał leci w stronę mojej rodzimej gwiazdy i nie możecie już go zatrzymać. Wciąż oddychasz tylko dlatego, że Wszechświat najwyraźniej zlitował się nad najmarniejszymi ze stworzeń i nawet w podprzestrzeni obowiązuje limit prędkości. Nie dożyjesz tego ani ty, ani twoje prawnuki, ale los tej planety jest przesądzony tak jednoznacznie, jakby miał ją wysterylizować rozbłysk gamma, albo w okolicy zapadła się próżnia. “Dokonało się”, jak powiedział ten wasz niby-zbawiciel. Postawiono was na szali i okazaliście się zbyt lekcy, a waga wybuchnęła śmiechem. Ciało jeszcze drga, ale chrząszcze już składają jaja w mięsie…
Smith spokojnie odpalił papierosa. Jego oczy drgnęły lekko, ale tylko dlatego, że w mętnym płynie otaczającym mózg Emilii poruszyło się coś przypominającego czarnego, cienkiego węgorza.
– Mocne słowa, biorąc pod uwagę, że już raz skończyliście, tu cytat, “spętani jak zwierzęta”. Powiem ci, jak ja to widzę: każdy ma słabe punkty. Znajdziemy twoje i będziemy się nimi bawić jak koty, dzień po dniu, rok po roku, aż wszystko wyśpiewasz. A na wypadek, gdybyś okazała się zbyt uparta, najtęższe głowy po obu stronach oceanu zaprzęgliśmy do rozszyfrowywania apokryfów. Dowiemy się, co zrobił Kain. W taki czy inny sposób.
Upiorny chichot zdawał się odbijać echem od ścian więzienia, choć tak naprawdę rozległ się on jedynie pod czaszką Smitha.
– Niczego nie rozumiesz, zabawny ludziku. Bogowie, którzy rządzili tą planetą, zanim Bluźnierca uwięził ich pod górami? To narybek. Kijanki. Szczenięta spuszczone ze smyczy, by mogły ganiać zające i nabrać samodzielności. W waszych językach nie ma słów, by opisać rzeczy, do których tu dojdzie po przybyciu floty.