Profil użytkownika

unless the sun inside you is

burning your gut,

don't do it.


komentarze: 1576, w dziale opowiadań: 1086, opowiadania: 479

Ostatnie sto komentarzy

Cieszę się, że niezmiennie pozostaję niezrozumiała z końcówkami ;) i nijak nie potrafię zmieścić się w 30k, mimo usilnych prób. Być może to wina zmęczonej pojedynkami głowy, być może to wina krótkiej formy. Pomysł przynajmniej na 60k D:

Natomiast lekko pozytywne zakończenie aż mnie mierzi… Co innego totalna ponurość u Golodha :3 Dodatkowo – dołująca końcówka dobrze realizuje pojedynkowe hasło.

 

Przegrać z ekspertem od sci-fi to czysta przyjemność :D

Gratulacje Golodh, mam nadzieję, że spotkamy się na arenie raz jeszcze! Valar morghulis.

Dzięki, Anet! :)

 

Dla formalności i ku potomności:

CZYTA BRUNO SIAK

 

Bruno, zacnie przeczytane. Niezmiernie podobały mi się głosy postaci. Dziękuję, że tchnąłeś życie w usta bohaterów ;) Czuć prawdziwe emocje. Świetnie się bawiłam.

Toot-toot! Ogłoszenie kolejowe! Proszę wszystkich wyróżnionych o przesłanie mi pliku z ostateczną wersją swojego opowiadana (.odf, .doc, .docx), na maila: grozakolejowa@gmail.com.

Działamy w sprawie antologii. Wysłałam też privy, sprawdźcie skrzynki!

Ciekawie się zbiegło Święto odzyskania niepodległości z historią osadzoną w okresie międzywojennym, nieopodal Wolnego Miasta Gdańska ;)

 

Czekam z niecierpliwością!

“Słownik języka anielskiego”

(ale nie obiecuję, że się wyrobię)

Hm, jako fanka retro (w tym miłośniczka Obcego i całkiem przeciętna fanka Lema, której zdarzyło się napisać o nim pracę naukową), czy jestem częścią serduszka facetem po czterdziestce? Wiedziałam…

 

Dodam, że chyba nazbyt skupiłeś się na negatywnych słowach w moim komentarzu, kosztem tych pozytywnych. Zatem podkreślę, że takie też tam były. ;)

Pozdrawiam!

Czy od razu zimna woda? Chyba najwyżej letnia, Marasie ;)

 

No właśnie mam nadzieję, że jest w moim opowiadaniu nieco więcej. I nie jest tak schematycznie i pospolicie, jak to odbierasz, chociaż oczywiście masz prawo do takiej opinii. Mnie cieszyły pytania czytelników, czy Cate odtwarza swoje utracone wspomnienia po raz pierwszy? Czy potwierdza swoje człowieczeństwo, czy nie potwierdza, kolejno odhaczając punkty, które wspominał Alan: kłamstwo, współczucie, miłość, zabójstwo itd.? Czy na to człowieczeństwo zasługuje, wcielając się w matkę? Czy okazała litość, czy była tylko bezduszną egoistką? Ratowała życie Alana, czy wydłużała jego piekło? Albo czy Alan jest, jak piszesz, po prostu przegrany, czy może przechodzi fazy buntu, wyparcia, akceptacji itd. aż do oszukanej (ale zarazem spowodowanej ludzkim gestem) nagrody w postaci fałszywego lądowania itd. I czy to nie jakaś alegoria naszego życia? Itd.

 

Tak, tylko te pytania będą zawsze, są na tyle ogólne, że osadzone w konwencji, są wręcz nierozdzielną częścią fundamentów. Wynikają samoistnie z relacji „robot-człowiek”. W sensie: są poruszone tak czy siak, wprost lub pośrednio, samym pojawieniem się w tekście tego zestawienia. Wydaje mi się, że odpowiedź leży przede wszystkim w konkretnym podejściu autora. Czy obrał jakąś stronę, czy tekst to próba polemiki, czy też jest to pytanie rzucone do otwartej sali, byleby tylko zostało rzucone.

Nie wiem, czy dobrze opisuję, co mam na myśli. Nie mam na celu spłycenia powyższych; są to ważne i ciekawe pytania. Czy zastanawiałam się nad nimi podczas lektury? Myślę, że moje wnioski były dość ogólnikowe, klasyczne właśnie. Na koniec robot zostaje robotem, a człowiek człowiekiem.

 

W tej historii, imo, najciekawiej wypada metafora piekła “wiecznego powrotu” i hm, pewna utylitarna okrutność. Dopatrzyłam się też interpretacji statku-matki jako metafory ciąży i dorastania/dojrzewania, w każdym tego słowa znaczeniu (fizycznym i psychicznym). Tylko to wszystko jest w miarę subiektywne. To niekoniecznie znaczy, że taka metafora była celowo zasiana w tekście. I nie sugeruję tutaj, że każda przygoda w kosmosie musi być obowiązkowo wielowymiarowym studium nad człowieczeństwem, szczególnie jeśli autor pisze przygodówkę sci-fi, nie traktat filozoficzny – i nawet jeśli takie pytania pojawiają się samoistnie podczas czytania.

 

Wydaje mi się, że melancholia i, powiedzmy, psychiczna filigranowość Cate/Jane pasuje jak ulał do klasycznych dylematów sci-fi (czym jest tożsamość, dusza, itd.) i to jest poniekąd to retro; jednakże była tu również okazyjna furtka dla groteski i horroru wypaczonego rodzicielstwa, do mocnego podjęcia decyzji, jednoznaczności. Wydaje mi się, że te „mocniejsze” motywy wciąż tkwią tuż pod powierzchnią, mimo krwawych scen w tekście. Pewnym przedawnieniem (? „sztampa” może jest lepszym słowem) postaci kobiecych jest to, że baba chodzi i smęci, jest wiecznie zagubiona i pełna refleksji, ale ostatecznie pozostaje bierna wobec swojej roli i misji. Zatem melancholijna kobieta-android łatwo wpada w kliszę – o to mi mniej więcej chodzi – szczególnie w odniesieniu do roli matki Alana, być może trochę krzywdzi fajny potencjał jej postaci. A może właśnie taki dokładnie był Twój zamiar, aby taka była ta postać. Jeśli chcesz mojej opinii – myślę, że dobrym posunięciem byłoby właśnie wyrwanie jej z tej kliszy. Jednak to wyłącznie moje zdanie, i może lekki wgląd w to, jak widzę tekst. Rozumiem jednak zwycięstwo strony retro ;)

Cześć, Marasie!

Przeczytałam chwilę temu i powracam teraz. Przyznaję, że chciałam sprawdzić, czy tekst zostanie na dłużej w mojej głowie. Okazuje się, że: tak, ale

Ale nie tak wyraźnie, jakbym sobie życzyła.

 

Motyw “pary człowieka i robota” dawno już przerobiono (przemielono?) na przyjemną i łatwo dostępną przekąskę (korzystając z analogii jedzenia), którą nie bez powodu unieśmiertelniono, jest bowiem dobra: robot mierzy się z wcale nie zerojedynkową problematyką robotycznej natury, a człowiek-filozof duma nad tym, czym jest człowieczeństwo. Było, jest i będzie. Był Dick, Asimov, Lem, jest Obcy, będą kolejne gry, filmy, opowiadania…

Przez cały czas zastanawiałam się, czy (i kiedy) porzucisz ten schemat lub przejmiesz stery z rąk autopilota, by nie skręcał zbytnio w stronę kliszy.

Wydaje mi się, że jako tło dla opowiadania i moc wyjściowa jest całkiem w porządku – pewna uniwersalność to as z rękawa doświadczonego pisarza, który ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w świecie przedstawionym i zapewnia komfort zrozumienia, o co chodzi, w kontekście głównej linii fabularnej. Tylko. Mój problem polega na tym, że fabuła jest sama w sobie równie schematyczna i pospolita, co obsadzone role: znużonego, przegranego człowieka i walczącego o zwycięstwo robota, zdołowanego swoją rolą narzędzia do naprawy ludzkich błędów. Fabuła jest słusznie wzbogacona dodatkami i zacnie przyprawiona (kontynuując analogię jedzeniową) dylematem Cate-Jane; zgrabną, momentami bardzo celną narracją (lecz momentami zdecydowanie przegadaną – o tym później); i, co najbardziej doceniam, bogatą warstwą science. Nie wątpię, że sama terminologia i zbudowany z jej pomocą klimat jest gratką do poczytania dla czytelników łaknących tego rodzaju przyjemności, dodatkowo okraszoną stylem retro wyżej wymienionych klasyków. Samo wierne odwzorowanie tej nostalgii zasługuje na pochwałę. Przyznaję, że sama lubię styl retro. Lecz lubię go zmieszanego z czymś więcej – jak z dobrym remake’m, który nie tylko miło połaskocze w te same miejsca, co oryginał, ale wciąż potrafi zaskoczyć, dostarczyć nowych emocji, wypełnić pustkę melodią lub zagłuszyć nią niedociągnięcia czy przedawnienia. Nie sugeruję tutaj oczywiście, że tekst miałby być jakąś manifestacją lub produktem czegoś; jest przede wszystkim formą rozrywki, i tak, pewnej rozrywki dostarcza.

Na plus na pewno minimalizm: duet dopełniających się postaci oraz dobra klaustrofobiczna atmosfera statku.

 

Co do narracji – monotonia scen jest moim zdaniem na tyle potrzebna, że opisane wydarzenia mają być monotonne. To podróż przez przerażającą przestrzeń kosmiczną, której nikt nie spędza przyjemnie, podczas której bohaterowie i czytelnik męczą się na tyle, by z niecierpliwością oczekiwać końca. A gdy koniec następuje, mają poczuć ulgę. Ta swoista gra emocjami to konieczny szantaż w tak ułożonej chronologii. Widać, że tekst jest przemyślany.

 

Jako że nieco znużyła mnie etyczna kwestia hodowania ludzi, dużo bardziej zaciekawiło mnie końcowe dotarcie do celu i konfrontacja z obcymi. Przyznam, że spodziewałam się zaciemnienia kamery. Albo jeszcze gorzej, sztampy – obcy to obcy, a człowiek wcale nie pojmie przedstawionej sytuacji. Jednak narratorem nie jest człowiek, i tym błyszczy końcówka. Przyznam – choć konfrontacja była streszczona – jest satysfakcjonującą kulminacją warstwy fiction, szczególnie ze względu na bezstronność i redukcję warstwy emocjonalnej. Gdzie mimo swoich pragnień o byciu człowiekiem, analityczna maszyna przejmuje kontrolę. Scena jest zdecydowanie najbardziej wyrazistym i „wyróżniającym się” elementem w tekście. To na pewno zapamiętam – lubię cosie, które mnie zastanawiają, dają początek myśli (niekoniecznie twórczej). Ale mimo powyższego: szkoda, że jest tylko jedna taka scena.

 

Najsłabiej w opowiadaniu wypada, imo, tytuł ;) Dlaczego nie po prostu: „Serendipity”?

Btw, samo pojęcie jest na tyle ciekawe, że (kto do tej pory się z nim nie spotkał) polecam zerknąć na objaśnienie, choć polska Wikipedia niezupełnie jest satysfakcjonującą wykładnią wiedzy na ten temat, ale może być dobrym wejściem do tej rabbithole ;)

Pozdrawiam i gratuluję publikacji!

 

Oraz my ladies!

Oto rycerze!

 

Anonim: Instynkt

oraz

Anonim: Gdy runie tama

 

Głosowanie w tym wątku do 14 listopada, pod okiem Jaśnie Nam Podżegającej Verus, do której możecie również słać prywatne wiadomości w próbie odgadnięcia, kto jest kim!

Niechaj skruszą się lance!

Cześć!

Po pierwsze skusił mnie dobry tytuł – skojarzyłam z okultystyczną zakazaną wiedzą (czarownice) i automatycznie założyłam, że zapowiada grozę. Nie zawiodłam się.

Ciężko mi ocenić, z jak doświadczonym piórem i celowym wykorzystaniem formy mam do czynienia, ale niepoprawności interpunkcyjne stworzyły wg mnie dodatkowy wymiar tekstu – który, w ogólnym podsumowaniu, oscyluje gdzieś w pobliżu „Zrodzonego z męża i niewiasty” Mathesona: zarówno podobieństwem do historii „wyrzutka”, jak i, hm, jej nieoczekiwanej brutalności (w tym jej dawkowania, dość płynnie i szokująco objawionej).

Co za tym idzie, kwestia remontu usterek jest imo do przemyślenia – jakkolwiek nie patrzeć, narracja zależy od narratora, w tym wypadku, „ograniczonego” (nie w negatywnym tego słowa znaczeniu).

Pozdrawiam!

Staruchu, pojawiła się szansa na Imladris w Krakowie, ale kto wie… Dam jeszcze znać.

Outta: ja się nie wypłacę w piwach za te reklamy. Ale przyznam, działa to motywująco ;)

Cześć!

Zanim się rozkręciło, już się skończyło. Wydaje mi się, że umiejscowienie wydarzenia w centrum małej społeczności, w dodatku mając za odkrywcę-prowodyra dziwnego wujka (którego postać jest najciekawsza w całym szorcie) jest idealnym settingiem na dłuższe opowiadanie i tajemnicę do zbadania dla Tony’ego. Tymczasem akcja zostaje spłycona do samego odkrycia technologii obcych. Wincyj, powiadam!

Pozdrawiam ;)

D:

 

Dziękuję za docenienie tekstu! Ale że na pewno? Tak hojna Loża?

(Wow, ale ładny obrazek morski!)

 

Edwardzie, gratuluję! :D

 

Rewelacje, gratulacje!

Jak słyszał RattleHead na żywo, w bibliotece rozważaliśmy wprowadzenie zakazu dla Edwarda na wygrywanie konkursów organizowanych/koorganizowanych przeze mnie – Edward wygrał już Kawkę z Kafką, teraz Kolej na Grabińskiego… aż strach się bać, co będzie później… Ale dla czterech książek w twardej oprawie od Wydawnictwa IX warto brać udział i wygrywać!

 

Dziękuję, Ambush!

Bardzo ładne pomieszanie kultur, kaszubskość, pomorskość, skąd to wszystko w Wałbrzychu?;)

Podczas wypoczynku nad Bałtykiem niektórzy plażują, a niektórzy piszą :) Okazuje się, że jedno nie wyklucza drugiego. Bałtyk jest straszny – polecam morze nocą!

 

Wow, Staruchu, dziękuję. Różne moje rzeczy czytałeś i nie wszystkie podeszły, więc z Twoich ust/klawiatury to dla mnie wyjątkowy komplement. Bardzo, bardzo mi miło.

PS2. Do tekstu trafiłem zwabiony reklamą zrobioną temu opku na Fantastycznym Piwie – warto było!

Co za czasy, żeby na piwerku pisarze rozmawiali o pisaniu… Aż wraca mi wiara w ludzi (i chęć na piwo). Kimże jest ten fantastyczny herold, Outta? ;)

Skoro już po Festiwalu, oto oficjalne wyniki:

 

  1.  Edward Pitowski – “Deus Vapor Machina”
  1.  RattleHead – “Więź”
  1.  Sonata – “Ciężar, który nas formuje”

 

Gratulacje! <3

Tu krótko do poczytania o grozie kolejowej!

RattleHead już ma swoje książki, do reszty wkrótce wyruszą paczuchy.

 

Widzimy się kiedyś, gdzieś, na następnej stacji ;)

 

Dziękuję bardzo, Irko!

Doceniam morskie nawiązania w Twoim komentarzu :)

Bardzo podobały mi się malarskie wstawki, faktycznie potrafiłam sobie wyobrazić obrazy, które opisywałaś, choć inaczej niż inspiracje, na które się powoływałaś.

<3 Jaka jest sztuka, każdy widzi (po swojemu). To nawet fajniej – skojarzyło mi się z wystawą malarską, którą każdy odbiorca interpretuje subiektywnie, mimo że wszyscy widzą te same obrazy. 

Wydaje mi się, że gdzieś tam w tekście jest jeszcze nawiązanie do wskazanego przez Finklę błędu matematycznego, ale nie potrafię teraz znaleźć.

Przystąpiłam do odstrzeliwania i okazało się, że było jeszcze w trzech miejscach. Zmieniłam wszędzie na czterysta lat, a więc odmłodziłam trochę wampira… i włosy mniej siwe, i mniej zmarszczek. Jakoś tak… lepiej. Modyfikowanie czasu okazuje się bardzo odświeżające.

Pozdrawiam!

Mam prawo zachować milczenie… To jest historia do opowiedzenia podczas któregoś nowofantastycznego piwa ;)

Ja jestem świeżo po złamaniu rzepki i zerwaniu wszystkiego, co jest w ludzkim kolanie do zerwania, a do trzydziestki jeszcze trochę… Obawiam się, że na starość będę przepowiadać pogodę z własnego kolana.

Istnieje szansa, że napiszą o niej w gazecie, skoro już ją aresztowali – i wszyscy powiedzą, że się nie spodziewali, bo to taka dobra i niepozorna dziewczyna była, Guten Morgen na klatce mówiła… Myślę, że przygody Odelii podczas studiów na niemieckim uniwersytecie zasługują na osobne opowiadanie (ale już nie na 80k).

O, wszyscy bogowie oniryzmu… Mam nadzieję, że Bruno nie ściągnął jeszcze tekstu na dysk, żebym mogła poprawić ten niefortunny skok czasowy – żart polega na tym, że opowiadanie czytały przed publikacją przynajmniej trzy osoby plus ja (tak z dwadzieścia razy), a to nigdy nie rzuciło mi się w oczy – może ten błąd powstał dlatego, że pół tysiąclecia brzmi lepiej niż czterysta lat? Dobrze, że jesteś, Finklo, bo naprawdę… Kajam się D:

Ale żeby straszyć ludzi prostą matematyką, to już jest osiągnięcie… Wybrnę z tego tak: matematyka to zawsze jest horror!

 

Tak, Odelia zdecydowanie nie pasuje do swojej epoki. Ale nie bez powodu to akurat ona zakumplowała się z parą podróżników w czasie :D

Ale na szczęście wzięłaś od niego te najmniej toksyczne elementy. Na przykład obyło się bez rasizmu.

Podczas inspirowania się Lovecraftem są zdecydowanie rzeczy do pominięcia, i to jest jedna z tych rzeczy ;)

Dzięki za przeczytanie i pozytywnego komcia!

Witam.

Z ciekawości wpisałam w google „Maine, Lamb Farm Road” i od razu wyskoczyła mi propozycja kupna ośmiu akrów ziemi z dostępem do rzeki. Kuszące.

 

Mówisz, Lovecraft? Księga może i lovecraftowska, ale samo obłędotwórcze tykanie wydało mi się znacznie bardziej poe’owe, podobnie jak śledztwo detektywistyczne w klasycznym stylu: po nitce do kłębka, z tajemnicą dość łatwo odsłaniającą się przed bohaterami. Nagłe zaprzyjaźnienie się Dereka i Nat jest praktyczne dla fabuły, ale mało wiarygodne w kwestii realizmu całego opowiadania – naturalizmu i przesądności amerykańskiego małego miasteczka. Trochę rozczarowało mnie, że dziadek Nat nie miał większej roli w całym spisku…

Stary rodzinny dom to dobrze mi znany koncept, choć ten, w którym sama pomieszkiwałam nie był nawiedzony (tutaj ten żart, że mieszkałam w nim parę stuleci i nie zauważyłam nic dziwnego), ale mogę zagwarantować, że wifi w takich miejscach to koszmar – ale zawiesiłam niewiarę i uwierzyłam, że amerykańskie wifi jest lepsze (mimo urokliwego obrazka hillbillies prowadzących krucjatę na lokalne słupy 5g).

Co do zezwolenia, amerykańskie prawo ziemskie raczej pozwala na kopanie w granicach własnej posiadłości, o ile są przestrzegane regulacje stanowe (Maine ma ustawę "Dig Safe", która polega na zgłoszeniu chęci przeprowadzenia wykopków celem ominięcia gazociągów, przewodów czy kanalizacji), więc Derek mógłby na swojej działeczce robić, co chce, o ile nie narusza przyrody czy tam innych ważnych akwenów wodnych.

 

W momencie odkrycia iksa na mapie miałam moment niezdrowej fascynacji, że w ziemi są: a. kości dziadka-czarodzieja, b. bluźnierczy tykający artefakt; zatem zakończenie z ptasimi humanoidami poniekąd połączyło się z tym, co miałam w głowie – oraz przyjemnie weirdowsko zaniepokoiło. Za to odkrycie wszystkich kart na samym końcu przybrało kształt infodumpu/finału rodem z creepypasty. Nie mam zarzutów co do postępowania Nat i – hm, podłości jej działania – trudno zachować zdrowe zmysły i kręgosłup moralny po takim wydarzeniu, zakładając oczywiście, że dziewczyna od początku miała ku temu predyspozycje. Choć trochę kłóci mi się ta podłość z poetyckim podsumowaniem o własnym niebie.

 

Ogólnie: krótka, acz przyjemna lektura. Pozdrawiam ;)

Znalazłam sahuaginów, na moje oko też są uroczy (chociaż mają przykrą historię z indoktrynacją i mutacjami), ale ten fragment z wiki przykuł moją uwagę:

Większość sahuaginów może żyć do 75 lat, chociaż zazwyczaj umierają gwałtowną śmiercią w wieku 30 lat.

To zupełnie jak ludzkie kolana i plecy!

 

Smaczek jest w nim taki, że wszystkie te miejsca, gdzie rozgrywa się akcja istnieja naprawdę

Brzmi bardzo w moim stylu. Zatem widzimy się na Lamb Farm Road. ;)

Hm, nie zdawałam sobie sprawy z nominacji… D:

Dziękuję, Zygfrydzie!

Trochę współczuję, Szanowni Lożanie, że to 80k.

 

Miło mi, Krarze! Dziękuję za lekturę i konstruktywny komentarz. Jak różne czytelnicze gusta, tak różne opinie, więc zawsze z chęcią dowiaduję się, co i jak nie zagrało. Masz rację tu:

wciąż miałem wrażenie retellingu Widma nad Innsmouth

chociaż nie było moim zamiarem, by oddać hołd Lovecraftowi – bez przesady z samym Widmem, na moje oko wcale nie tak dobrym – a raczej wykorzystać podobny motyw grozy. Widmo nad Pomorzem Gdańskim? Ale takie bez stylizacji, seksizmu i rasizmu – nierzadko będącymi charakterystycznymi elementami dzieł międzywojnia (archaizmy to już osobna kwestia). Założyłam, że groza nie musi być napisana językiem, którym nikt się nie posługuje – albo który jest nieczytelny dla współczesnego czytelnika. Stąd też moja próba pogodzenia grozy z oniryzmem (co jest poniekąd całkiem Grabińskie, @Krokus). Czy za bardzo lovecraftowe? Ciężko mi powiedzieć. Bohaterowie lovecrafta są częściej biernymi obserwatorami wynaturzeń świata fizycznego, niż kimś aktywnym, walczącym i odważnym (detektyw Dupin Poe’a, bohaterowie Grabińskiego, tutaj: Odelia). Ale przyznaję, że na koncept horroru (ten przyjemnie straszny dla mnie) składają się elementy takie jak okultystyczne rytuały, nocne eskapady, potwory i te malutkie wsie, gdzie diabeł mówi dobranoc, których nie brakuje w Polsce <3 Nie potępiam oczywiście innych rodzajów horroru.

zatęskniłem za Bałtykiem, chyba pierwszy raz w życiu

Ja wręcz przeciwnie, ale tym lepiej mi się pisało, że sama nie przepadam za morskim klimatem i wodą w ogóle. To może się wiązać z traumą z dzieciństwa, gdy prawie utonęłam w morzu ;) Ale cierpienie przy pisaniu horroru jest konieczne… prawda?

 

Outta:

Kuo-toa z DnD

jest urocza! ;)

I jeszcze rekiny-giganty z Bloodborne. Właściwie wszystko z Bloodborne jest obrzydliwe, ale o to chodzi. Nienawidzę i kocham.

osadziłem go w Maine

Co za tekst i gdzie jest link do niego?

 

Dzięki za miłe słowa!

Cześć, przybywam z pokonkursowym komentarzem.

 

Świetne zaburzenie rzeczywistości, weirdowe odrealnienie i brak sensu (zachowania pasażerów), motywacja bohatera nadaje mu głębię potrzebną do kolejowego odcinka fabuły – mimo że przypadkowo wsiada do pociągu, ma to sens, jest mocno osadzone w rzeczywistości, która pięknie rozmywa się w kolejowym wnętrzu.

Polskie narzekanie i obgadywanie każdego pasażera budują charakterystyczną, wiarygodną narrację. Łatwo akceptuje się tak podaną konwencję.

Czas mierzony cygarem – świetnie wykorzystane hasło.

Bardzo grabińskie zakończenie – bohaterowi udaje się zbiec, żyje, by opowiedzieć tę historię i przestrzec potomnych – to „dobre” zakończenie z tych dwóch grabińskich zakończeń; w tym „złym” zwykle bohaterowie giną ;)

Pozdrawiam!

Cześć, przybywam z pokonkursowym komentarzem.

 

Ogólna metafora „ruchu” jest bardzo sprawnie zbudowana i spaja elementy tekstu, wprawiając wszystkie w ruch. Wszystko się łączy, wszystko się wzajemnie wywołuje. Łatwo przeszarżować z ruchem w kontekście erotyki (zbyt dosłownie może być niesmacznie, ale nie musi), a Tobie – mimo paru klisz i archetypów – całkiem się udało. Fabuła była dość przewidywalna, ale doceniam przede wszystkim atmosferę.

Chociaż się nie przestraszyłam, motywy kobiety fatale i ogólnej ludzkiej ułomności pasują jak ulał do XIX-wiecznej Rosji oraz lovecraftowej motywacji kultystów.

Gratuluję piórka i pozdrawiam!

Cześć, przybywam z pokonkursowym komentarzem.

 

Na samym początku wydawało mi się, że będzie to historia o chorobie psychicznej. Syriusz wydał się odrealniony, wolno kojarzył fakty. Następne skojarzenie to symulacja. Świat kształtujący się na potrzeby użytkownika, dopasowujący się do ich interpretacji estetyki/filozofii… Trochę czyściec? Im dalej w las, tym powstaje ciekawy kontrast oniryzmu z pragmatycznym detektywistycznym śledztwem, ale potem poważne śledztwo okazuje się swego rodzaju livestreamem o demonach, który był już nudniejszy. Natomiast pociąg jako potwór pożerający dusze jest przyjemnie weirdowy. Pociąg seryjnie rozjeżdżający ludzi to zdecydowanie któryś wymiar piekła.

Ładnie opisana miłość. Ładne nagłe rozjechanie Syriusza.

Moje końcowe skojarzenie to creepypasta/ludowa legenda, która mogłaby mieć miejscami mniej dramatyczna i streszczająca fakty – co sabotuje głębię uczucia między bohaterami.

Pozdrawiam!

 

PS.

Podobnie jak on był córką

;)

Cześć, przybywam z pokonkursowym komentarzem.

 

Jeden z trzech moich faworytów.

Swojskie, o dorastaniu, z realną grozą – zarówno konsekwencjami złych czynów, jak i bluźnierczym wymiarem przeklętych dusz, w którym można przepaść bez śladu. Motyw kolei to nie tylko dekoracja – ładnie wszystko spaja i konsekwentnie prowadzi do końcowego twistu. Podoba mi się, że dziecięca ciekawość sprowokowała nieznane. Oraz to, że dzieciaki dostały za swoje, każdy na swój sposób.

Ta kingowska nostalgia za dziecięcymi przygodami i małoletni bohaterowie testujący granice (swoje wzajemnie i świata wokół) ładnie łączy się z małomiasteczkowym naturalizmem i kryzysem ludzkich zmysłów.

Zakończenie jest przyjemnie inne – wynaturzone względem historii i wiernie przyjętej konwencji lovecraftowskiej grozy: przede wszystkim niezrozumiałe… i celowo nigdy nie zostaje wyjaśnione. Zawsze miło zaznać trochę niepojętego eldrich horroru.

Napisane zręcznie, pokolorowane mrocznie, poprowadzone umiejętnie. Interpretacja hasła dosłowna, lecz nie szkodzi mojemu odbiorowi tekstu. Dodatkowy plus za to, że jest to wyjątkowo ponura historia – która żyje swoim życiem po zakończeniu fabuły. Nietrudno wyobrazić sobie, że przybrała formę lokalnej creepypasty lub legendy, która przypomni się jeszcze głupim śmiertelnikom. To akurat w punkt grabińskie.

 

PS. Rewelacyjna pizzeria ;)

Pozdrawiam!

Cześć, przybywam z pokonkursowym komentarzem.

 

Subtelna warstwa przenikającej fantastyki jest rewelacyjna. Mistyczna specyfika zawodu dróżnika i tajemnice przeszłości postaci zagłębiają Czytelnika w Twoim świecie – klaustrofobicznym, surrealistycznym, mrocznym. Czytając, wstrzymuje się oddech. Słychać, jak żwir chrzęści pod butami, czuć jak zimne jest wnętrze tunelu, widać jak ciepłe jest światło pochodni. Ta warstwa wyszła zdecydowanie najlepiej. Najbardziej cenię oryginalne podejście do tematyki kolejowej – nie wprost o pociągu – w tym umiejętnie wplecionego potwora. Tekst zrobił na mnie wrażenie, nie z powodu klasycznej Grabińskiej grozy, ale podskórnego niepokoju, obowiązkowego dla konwencji horroru. Świetnie wykorzystane hasło, nieoczywiste i pomysłowe. Największym minusem było dla mnie zakończenie – wydało mi się nagłe, ucięte, niedograne z wszystkimi aspektami fabuły.

Pozdrawiam!

Cześć, przybywam z pokonkursowym komentarzem.

 

Podręcznikowy przykład nieskończonej kolei jako metafory wiecznej podróży. Napisane bez zarzutów. Moim zdaniem, mogło być ciut mniej klasycznie (podobnie jak wykorzystanie hasła) choć wybaczam – przyznam, że dużo zrekompensowała świetna atmosfera detektywistycznego śledztwa (ale to subiektywna zaleta).

Pada dużo wyliczanek: co się dzieje i co się je, gdzie się chodzi i dlaczego; momentami miałam wrażenie, że tekst nabiera wyglądu reportażu (może z powodu charakteru aspiranta i jego pracy) i trochę nazbyt rozciągnięte w tej formie. Sam bohater dość mało decyzyjny jak na człowieka prawa – racjonalizuje absolutnie wszystko – ale zinterpretowałam to jako wpływ pociągu, zaburzający pojmowanie i rozjeżdżający rzeczywistość (ja akurat chętnie zobaczyłabym więcej surrealizmu w realizmie ;)). Mało decyzyjne również zakończenie, tu akurat na minus.

Doceniam ładny twist z ludzkim mięsem – niby znany, lubiany i przewidywalny, a jednak podany w dobrym miejscu i w dobrym momencie upiornej kolacji. Bardzo horrorowo.

Pozdrawiam!

Cześć, przybywam z pokonkursowym komentarzem.

 

Zaskakująco spójne i przyjemne połączenie realizmu podróży koleją i nadnaturalnej istoty. Ciekawiej, że istota jest dużo bardziej ludzka, niż można było się spodziewać, a w dodatku jest ofiarą całego wydarzenia. Ten dynamizm i wynikająca z niego groza zdecydowanie najbardziej przypadły mi do gustu. Bo choć groza przedłużającej się koszmarnie podróży polskim pociągiem jest odczuwalna – to ta jedyna groza w tekście.

Obyczaje życia wampira są przyjemnie nostalgicznie, Adam wydaje się zmęczony, a wampiryzm romantyczny. Przeplatają się elementy zguby, straconej miłości. Bardzo ładnie podane.

Natomiast struktura narracji wydała mi się powtarzalna i momentami monotonna (Adam pochwycony, Adam zbiegł, Adam pochwycony). Finał przyjemnie brutalny, z ciut zbyt mocno zarysowaną bajkowością względem przedstawionego koszmaru.

 

Podsumowując – mroczna ludowa baśń w okrasie kolejowej. Pozdrawiam!

O, tej jesieni kwitną Krokusy… Witam serdecznie, nie spodziewałam się wizyty pod tekstem.

Podziwiam, że doczytałeś, mimo niechęci do weirda ;) Rozjechanie rzeczywistości przyjmuję na siebie. Usilnie starałam się utrzymać historię na torach, mimo nagromadzenia motywów i wątków, ale – przerobiwszy ten tekst tyle razy i widząc teraz efekt końcowy – nie twierdzę, że jest to łatwa lektura (ani przyjemna, jeśli ma to być horror), dodatkowo długa jak skład pociągu towarowego. Zintensyfikowanie powyższych jest horrorem samym w sobie.

Grabiński

z kolei

Mam nadzieję, że docenisz wszystkie nawiązania kolejowe w tym komentarzu.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Następna stacja: Koniec.

 

Obrady Jury trwały prawie tak długo, jak długa jest mauretańska trasa kolejowa przez Saharę. Bywało, że wznosiły się na takie wyżyny, jak ta z projektu polskiego inżyniera w Peru.

Pokrótce, nie było łatwo.

 

Trzydzieści trzy wagony pociągu grozy jechały przez najdziwniejsze światy. Niektóre były podobne, inne skrajnie różne. Jakby tego było mało, w trzydziestu trzech rzeczywistościach panował inny czas i trwała inna pora roku. Każda zawierała jakąś interpretację wylosowanego hasła. Zdarzał się weird. Były senne mary oniryzmu, autorskie światy, steampunkowe parowozy i te pojazdy zasilane jakąś science. Wychodzi na to, że kolej doprawdy łączy ludzi, a ta fantastyczna kolej – dodatkowo – łączy pomysły i konwencje. Wampiry, kulty, bestie, obłęd, sumienie… Długo by wymieniać.

 

MaSkrol podobno sprzedał duszę diabłu, byle wypełnił za niego tabelki w Excelu.

stn wyjechał. I choć nikt nie wiedział, dokąd – gdy wrócił, miał wyniki.

Wilk-zimowy połknął w końcu słońce, bo w norze jury wcale nie widzieliśmy dziennego światła. Na szczęście był tam Internet i w końcu dotarliśmy do porozumienia.

Gdy wyjechaliśmy z tunelu, wszystko było jasne. Ocenialiśmy wg zasad opisanych w Regulaminie, w trzech kategoriach: Język, Fabuła, Horror (kolejowy). Byliśmy okrutni, ale niczego nie żałujemy.

 

Oto miejsca 10-4:

 

10. Rossa. „Para w ruch”

9. Finkla. „Jeżdżący Holender”

8. Adam_c4. „Ofiara”

7. Outta Sewer. „Ślepy tor”

6. CountPrimagen. „Nie ustaną w pogoni elektryczne dusze”

4. AP. „Na gapę” oraz Reinee. „Ruch Merkurego” (REMIS!)

 

Gratulujemy! 

Do końca tygodnia dotrze do Was wiadomość prywatna – sprawdzajcie skrzynki! (jeśli ktoś jej nie dostanie, kontaktujcie się mailowo: grozakolejowa@gmail.com)

 

Ale co z miejscem 3, 2 i 1?

Kto nie został wymieniony, istnieje spora szansa, że otrzymał ode mnie wiadomość prywatną. Tak się składa, że ikonka wiadomości w prawym górnym rogu strony jest złota.

Złota ikonka = złoty bilet. Kto u siebie taki znalazł, otrzymał zaproszenie na Galę dla Laureatów trzech pierwszych miejsc w konkursie. Zwycięzca jest tylko jeden. Kto nim jest – dowiecie się 19 października na „Festiwalu na Końcu Świata”.

 

Trójka Laureatów już wie. Informacja dla Was – możecie się chwalić w wątku! Zobaczymy, czy Użytkownicy Was zgadną, nim sami się przyznacie, oraz czy prawidłowo wytypują kolejność…

Oczywiście zapraszamy wszystkich na Festiwal, niezależnie od miejsca (w konkursie i w Polsce). Do zobaczenia w mieście Złotego Pociągu ;)

 

Nagrody książkowe dla trzech pierwszych miejsc trafią do Waszych macek rąk prosto od fantastycznych Wydawnictwa Lingua Mortis, Wydawnictwa IX i Biblioteki pod Atlantami. Dziękujemy!

 

Tutaj sneak peak jednej z nagród (bez ośmiorniczki):

Tak, to są twarde okładki *_*

 

Gratulacje! Dziękujemy wszystkim za udział w Konkursie!

Cześć, Bardzie!

 

Klimat dekadencji i ogólnej beznadziei jest bardzo dobrze oddany, na co składają się przemyślane szczegóły. Lubię, gdy autor subtelnie pogrąża czytelnika w niezrozumiałym, powoli odkrywa karty. Cieszy mnie też, że tekst można uznać za wariację z cyklu modern Cthulhu :D Dużo tu elementów klasyki: od relacji mistrz-uczeń (profesor-student), poprzez okultystyczną księgę (Szalony Arab lubi to) po prawdziwie bluźnierczy rytuał. Dobra detektywistyczna przygoda z mitycznym tłem, widzę potencjał na rpga.

Rozbawiło mnie, że dżin skończył w butelce. Kiedyś to było, złote lampy, teraz wszędzie plastik.

 

Najbardziej zagubiłam się w splocie różnych perspektyw (w tym zmiany narracji z 3os na 1os), ale mimo początkowego skonfundowania, postaci wyodrębniły się i pod koniec wyróżniały.

Podejrzewałam, że będziemy tropić mordercę i tyle, tymczasem jest tu dużo więcej. Ciekawie połączony katowicki klimat (jak to nazwać, brutalizm urbanistyczny? xD) z pustynną arabską grozą. Wydaje mi się, że mogła być mniej stereotypowa, ale z drugiej strony, są fajne elementy typu proch, piasek i rozlane czarne źrenice.

Najlepiej czytało mi się o Henryku. Nie poczułam natomiast sympatii do Huberta. Balansował gdzieś między klasycznym protagonistą powieści detektywistycznej (street smart, bezczelny, genialnie odkrywający dowody w sprawie i ogólnie bystrzejszy od całej komendy wyszkolonych tropiących psów) a przerysowanego maczo (stworzonego pół na pół z nieprowokowanej przemocy i czystej Soplicy).

Czasami zastanawiała mnie też chronologia wydarzeń (czy mają miejsce w tym samym czasie, czy niekoniecznie) i spójność postaci (np. jak łączy się to, że Henryk wspomina o małym bogactwie na koncie, choć wydał wszystko na księgę).

Podoba mi się również, że zakończenie wynika z ludzkiej bezradności (poniekąd dlatego, że Henryk to tylko starszy pan, usiłujący naprawić błędy przeszłości) i jest to kolejny dowód, że demon nie jest głupi i zawsze skorzysta z okazji, by przechytrzyć człowieka. ;)

Ogółem – najlepszy Twój tekst, jaki dotychczas czytałam.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

Noir szarobury i kryzys psychiczny detektywa, check. Misię. Ponure realia trochę kontrastowały ze swobodą narracji i nonszalancją protagonisty. Ale też z łatwością wyobraziłam sobie, że Rusty jest albo tak odklejony od rzeczywistości, albo pod wpływem. Fajna warstwa fantasy i ghulowy brutalizm.

Brutalna baśń, z zakończeniem iście Grimm. Przyjemne skojarzenia z Wilkiem Pośród Nas. Zaborcza i decyzyjna babeczka zawsze ciekawa, jeśli nie jest karykaturą samej siebie, a ta na szczęście nie jest… choć ma niezdrową skłonność do przemocy ;) Ciekawy myk, żeby połączyć femme fatale oraz detektywa łowcę. Gratulacje!

Cześć, CC!

Ślad po obrączce – wyjaśnił.

Ksiądz jak detektyw konsultant Holmes ;)

 

Horror protagonisty jest przyjemnie rzeczywisty. Podatki, skarbówka, rozwód, utrata praw do dziecka. Urocza mała dziewczynka, która kończy jako przypadkowa ofiara. Momentami czuć sztampą, jak wtedy, gdy dziecko rysuje demoniczne obrazki. Ten – hm, przesadnie dramatyczny, ale nostalgiczny? – klimat horroru przywołał mi na myśl maraton horrorów na Halloween, w którym zdarzają się filmy przeciętne, ale te słabsze elementy przysłania rewelacyjnie wykreowany mroczny klimat. To filmowe podobieństwo potęguje poszatkowanie fabuły na sceny-kadry (z tytułami podrozdziałów z rozpisanym miejscem i czasem akcji).

Ale historia wciąż jest mroczna. Trochę skrzywdzona przez okazyjne poświęcenie na końcu, ale znowu – jest w tym ten klimat gęsiej skórki kina z lat ’90 lub antologii krótkich gier typu slasher czy opętanie przez demona (np. Dark Pictures Antology). Natomiast przedstawiony wątek fantastyczny mógłby być metaforą ciężaru życia przygniatającego protagonistę, a prześladujące go cienie paranoją lub początkiem innej poważnej choroby. Traktowałam to z przymrużeniem oka.

 

Demon porównany do siatkarza jest wyjątkowo pomysłową metaforą. Jest wiele takich bardzo dobrych porównań w tekście, chociażby to z huśtawką i normalnością/szaleństwem. Myślę, że są one najmocniejszym aspektem tekstu.

Scena rozprawy sądowej (z chórem głosów) przypomniała mi musical, ale w upiornym wydaniu. Moja ulubiona.

 

Nie żałuję lektury, powodzenia w konkursie.

Cześć, Edwardzie!

Rewelacyjny kontrast dobrej, kochającej się rodziny z odrażającym zawodem psychopatycznego ojca. Normalizowanie zabijania i ucieczka Oskara w ramiona idealnej córki i walecznej żony były tak dobre, że aż nieprzyjemne – wyszło horrorowo, znaczy się. Dodatkowo napisane wiarygodnie – najgorsze czyny są usprawiedliwione w głowie protagonisty, mają sens, postępująca paranoja jest klaustrofobiczna. Pobyt w głowie psychopaty to ciekawe doświadczenie (i przyznaję, wstrętne). Twój psychologiczny horror na pewno zostanie też w mojej głowie ;)

Morderstwo, krojenie i pochówek (w tym wygląd nagiego ciała) wiedźmy to chyba najmocniejszy moment.

 

Wiola w żołądku (i parę innych scen, jak rybostwory, palce, serce) fajnie wplatają weird ;)

 

Stopniowe opętanie dziewczynki skojarzyło mi się przyjemnie z horrorem Astera, Hereditary. Cieszy mnie też warstwa obyczajowa (jeśli można to tak nazwać xd) i zawarte w niej perypetie demonów – nie jest to historia wyłącznie Oskara. A, i wcale mnie nie dziwi, że diabeł był dentystą.

 

niewidocznym wiatrem

Przyznam, że tu się zatrzymałam. Chyba wiatr zwykle jest niewidoczny?

 

Ogólnie – dobrze wyważona dawka obłędu. Powodzenia w konkursie!

Jeśli tradycja pojedynków będzie tak żywa jak obecnie, można spokojnie pomyśleć o wyłonieniu mistrza Jesieni, Zimy i Wiosny (Lata już mamy), a po krwawej i zawziętej finałowej walce ukoronować Mistrza Czterech Pór Roku ;)

Za późno, Rhaegar jest mój

Zatem niech tak będzie. Niech prostaczkowie wyławiają z Tridentu twoje klejnoty, ser.

 

Ale Rhaegar i jego rubiny vs Robert i młot to chyba nie climate fiction. Nie mamy obrazków bardziej w klimacie climate fiction?

 

Nie wiem, czy “Atlantyda” Disneya to cli-fi, ale

Autorzy na chybił trafił wybierają z wikipedii jakieś zjawisko klimatyczne, które bezpowrotnie wpłynie na całą planetę, koloryzowane:

 

 

Rany, ludzie, 30 tysięcy?

Może tym razem nie trzeba będzie skracać tekstu ;)

Żadnego odpoczynku w tych walkach, no naprawdę…

Uwaga do obrazka – ja chcę być Rhaegarem (nie dlatego jak skończył, ale dlatego, że ma fajniejszą zbroję)

 

Termin: -30 października

Czy my to ustalaliśmy? XD

Cześć, AP!

Samym horrorem było już bagatelizowanie problemu przez rodziców i traktowanie dziecka przedmiotowo, tymczasem Twoje opowiadanie ma wiele kolejnych horrorowych warstw, od dosłownego gore po psychologiczny terror. Wymieszanie realnych strachów (molestowanie nieletnich, dark web, problem anonimowości w internecie, itd.), nieco kosztem fantastyki (udawane duchy), wyszło moim zdaniem przede wszystkim ciekawie: jako fragmentaryczna relacja narratora (tego z rodzaju niewiedzących wszystkiego i „niegodnych zaufania”), który sam odkrywa prawdę o swoim życiu. I który, naturalnie, planuje zemstę na swoich oprawcach. Pozostaje pytanie, czy Antek zrobił za dużo – bo czy zrobił źle, nie ma wątpliwości, lecz jest to zło usprawiedliwione – i czy etyka jego postępowania może być poddana jakiemukolwiek osądowi, skoro mamy do czynienia z osobą tak psychicznie zniszczoną.

 

Najbardziej podobała mi się determinacja Antka, którą zachował pomimo strachu, i którą dorosły już Antoni wykorzystał jako swoją motywację dojścia do prawdy. Najmniej podobała mi się dosłowność "pełnego pułapek i kamer domu horrorów" i finalnej kary, ale rozumiem wybór tego rodzaju horroru.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

Cześć, Rosso!

Gdzieś w jednej trzeciej lektury, w mojej głowie powstało założenie, że będzie to historia o stalkerze albo o ukrytym fatalnym zauroczeniu, i choć właściwie przygodę Czesława można zinterpretować w tych kategoriach, bardzo zręcznie skręciłaś na inny tor i przebiłaś moje oczekiwania. Doceniam przede wszystkim realizm, np. horror typu home invasion opiera się na uczuciu bycia zagrożonym we własnym domu/bezpiecznym miejscu, co wyszło Ci paskudnie prawdziwie. Wydaje mi się, że najmocniej wybrzmiewa tu ten wyczuwalny dyskomfort – co brzmi ciut dziwnie, jeśli chodzi o dyskomfort u sprawcy całego wydarzenia. Niepokojące sytuacje z życia codziennego ubarwione strachem: zamknięcie się w toalecie, zamknięcie kogoś w toalecie… paskudny hołd dla parszywej ludzkiej natury. Czemu nie zrobić krzywdy drugiemu człowiekowi, skoro bezkarnie można? Czemu nie podglądać, kłamać, włamywać się i zabijać? Myślę, że to historia przede wszystkim o ludzkiej skłonności do zła (nierzadko usprawiedliwionej, ale wciąż). Zoo (i hipopotamy <3) oraz stacja benzynowa to bardzo dobre wybory do tła tej historii. Motyw pożarcia przez hipopotama jest przerażający i zarazem pięknie groteskowy.

 

Bardzo mi się podobało, powodzenia w konkursie!

 

 

Grozy!

Drodzy!

Mimo trudności i opóźnień, groza kolejowa dobiega końca. Pociąg kończy bieg w Bibliotece pod Atlantami w Wałbrzychu, gdzie dnia 19.10 w sobotę, podczas Festiwalu Na Końcu Świata, ogłosimy wyniki i oficjalnie zakończymy Konkurs (ok. godziny 14). Mam wielką przyjemność zaprosić zwycięzców na galę (o tym więcej później), by odebrali nagrody osobiście – przygotowane dla Was przez Wydawnictwo Lingua Mortis i Wydawnictwo IX. Oczywiście wyślemy Wam nagrody pocztą polską (ale musicie liczyć się z grozą pocztową), jeśli Miasto na końcu świata jest za bardzo na końcu świata, byście dali radę dotrzeć.

My będziemy i czekamy na Was – będą też rpgi i inne fantastyczne rzeczy.

 

 

We wtorek (08.10) laureaci trzech pierwszych miejsc dostaną ode mnie wiadomość prywatną. Wypatrujcie wieści!

Outta – nie wiem, co powiedzieć. To chyba największy komplement, jaki kiedykolwiek dostałam. Dziękuję.

„Przyczajonej grozy”, przyznaję, nie czytałam. Muszę nadrobić, teraz dodatkowo z polecenia. Z pewnością jesteś bardziej oczytany w klasycznej grozie, niż ja – z Lovecrafta to głównie “Góry szaleństwa”, “Kolor z innego świata”, “Szepczący” – choć użyłam Widma nad Innsmouth głównie jako skojarzenia z  historią o ryboludziach (której wizualne obrzydliwości hybryd mogły obić się o oczy nawet tym nieczytającym HPL). I tak, ryboludź ma wiele podobieństw do Morskiego Biskupa, chociaż Istoty z głębin nie wykonywały Znaku Krzyża (a przynajmniej nie tego Boga), choć obie kreatury mogły mieć kontakt z tamtejszymi politykami: podobno Biskup był u Władysława Jagiełło, a skąd wiadomo, że Istoty nie ;) natomiast, mam wrażenie, ten tekst momentami może przypominać bardziej Wichrowe Wzgórza czy Wampira Polidoriego, niż Lovecrafta; gotycki horror bardziej niż slipstream – jednak słusznie zauważyłeś, że to co dziwne staje się niedziwne, i odwrotnie. Okazuje się, że ten zabieg wcale nie jest łatwy do zrealizowania, także cieszę się bardzo, że ma to ręce i nogi (albo nogi i ręce). Jednak jak zawsze ciężko mi sklasyfikować to, co piszę. Zwykle moje pisanie jest bardzo skrajnie oceniane ;) Nie porównywałabym go do talentu publikowanych pisarzy, ale niezmiernie mi miło z powodu Twojej pochwały. Wciąż nie otrząsnęłam się z emocji, które dostarczył mi Twój komentarz.

 

Co do budowania klimatu: największą inspiracją był dla mnie Bałtyk i okolice miasta Rowy, które samo w sobie jest żywym muzeum. Na starym rowskim cmentarzu (Cmentarnej Górze) leży pochowanych wielu obcokrajowców, z różnych czasów – nic dziwnego, skoro statki rozbijały się tam regularnie (latarnia jest fikcyjna i nie siedzi w niej wampir, więc nie miał kto ich strzec), a wspomniane w opku katastrofy naprawdę miały miejsce. Przyznaję, że mój pobyt nad Bałtykiem znacznie wpłynął na powstanie tego tekstu. Nic nie straszy tak, jak rzeczywistość (trochę podsycona oniryzmem). 

Dodam, że “Y'ha-nthlei” skandowane przez kultystów to najśmielsza referencja do Istot z głębin/ Lovecrafta. Pisząc, zależało mi przede wszystkim, by stworzyć coś polskiego, rodzimego, coś równie niezwykłego jak wybrzeże Nowej Anglii, lecz niekoniecznie bezpośrednio stamtąd zabrane; by zaczerpnąć klimatem i grozą z klasyki małomiasteczkowego psychologicznego terroru i kosmicznej nieskończoności tego, co nieznane ludziom – dla mnie, ten rodzaj strachu jest straszny – i przekuć je w polski horror. Dlaczego animalia profana mają pojawiać się tylko w Stanach? ;) Cudze chwalicie, a… No, wiadomo. Pozdrawiam!

 

Zygfrydzie, ogromnie cieszę się, że horror tu jest. Bałam się, że zostanie tylko w mojej głowie. Wciąż nie jestem pewna, jak ten, hmm, malarski horror? onirystyczny horror? wypada na tle horroru jako gatunku i opowiadań konkursowych jako konkurencji (pozdrawiam konkurencję, już wkrótce będę was czytać). Miałam wrażenie, że podczas konfrontacji z dużo “realniejszym” cielesnym/gore horrorem, tu horroru w horrorze będzie za mało, a założeniem konkursu jest coś bardziej przyziemnego (jak rozpruwanie, stalkerowanie czy nawiedzanie domów). Gdybym ja spróbowała napisać coś takiego, najpewniej wyszedłby z tego osobliwy gniot klasy b.

Więc nie napisałam. Konwencja polskiego horroru wydała mi się na tyle plastyczna i dowolna, że motyw morski pasował dużo lepiej. Sam Morski Biskup był tak karykaturalnie dziwaczny, że wstyd nie wcielić go do morskiego klimatu przeklętego Bałtyku. Chciałam, żeby groza powstała głownie poprzez emocje i ich wpływ na “niepokój/dyskomfort” Czytelnika, więc bardzo cieszę się, że piękno też może być straszne. Dziękuję Ci bardzo za słowa o tym, że tekst zostanie w Twojej pamięci. To najwyższy zaszczyt dla tekstu, moim zdaniem. Pozdrawiam!

Dzięki wszystkim za czytanie i głosowanie! Nauczyłam się, że noir na 15k nie jest dla mnie… nic na 15k nie jest :D

 

Tu Crom Cruach z mitologi irlandzkiej, inspiracja dla opka, zwany Okrwawionym albo Złotym Cielcem.

 

 

Ben sidhe (stara neogalijka) to oczywiście banshee – i tak, po dwunastu złożonych ofiarach do życia wraca bóg płodności i nastają dobre czasy, jak na końcu opowiadania ;)

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Ananke!

Miałam takie skojarzenie, że na początku chciałaś trochę dodać znaków, bo było za mało i stworzyłaś długie nazwisko. XD

XD

Z drugiej strony trochę rozmywają się przez to bohaterowie, którzy są bardziej jak postaci z obrazów, a nie prawdziwe osoby.

No, to jak morski biskup. Niby widziano go i udokumentowano wielokrotnie, ale rozsądek nakazuje założyć, że jest tylko postacią z legendy. Tak jak wampir czy podróżnik w czasie. Myślę, że to przede wszystkim historia o tych tytułowych stworzeniach, nieprawdopodobnych, niedozwolonych, nielubianych D: Stąd u Odelii potrzeba napisania o nich książki, a przynajmniej reportażu z przeprowadzonych badań.

Jestem świadoma streszczeń, ich forma współgrała z tym, co chciałam opowiedzieć tą historią – relację odkrycia niesamowitości, dokumentację z wyprawy folklorystyczno-etnograficznej, którą prowadziła protagonistka.

Mało to sensowne. ;)

Zatem w punkt :) Kontrast odświętnego ubioru i czegoś odrażającego, normalności z nienormalnością. Bierze narratora znienacka, zaburza jego postrzeganie świata. Podobnie jak „wypaczone” okazują się sceny z Pisma Świętego, jeśli przerobić scenę z dzieleniem się opłatkiem z poświęconej mąki na opłatek z ludzkiego mięsa – tylko w głowie Odelii, czy naprawdę? Tak poniekąd rozumiem weird, jako rozmycie granic, odrealnienie.

 

Miło, że doceniłaś klimat i tak wiele aspektów odebrałaś pozytywnie <3 Przepraszam za brak ostrzeżenia, żeby nie jeść podczas czytania :D

 

 

Dzięki, Psychofishu, za bluźnierczy i nieeuklidesowy stempel jakości. Od takiego sympatyka potworności to zaszczyt… chyba.

 

Witam.

Przyjemne połączenie cyberpunka i retro sci-fi. Odwieczne zuo korporacji robiącej złe rzeczy dobrym ludziom zostało wzbogacone o zagadnienia metafizyczne i problem istnienia zaświatów, gdzie ludzka dusza nie posiada prawa do renty i emerytury. Ten prosty trick daje pracownikowi setki lat doświadczenia jeszcze przed narodzeniem. Ponura i dobijająca rzeczywistość. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.

Czym jest dusza? Dlaczego jest dusza? I najważniejsze, jak czuje się dusza? Nie dziwne, że kiepsko, jeśli zatrudnia ją ten najgorszy rodzaj korpo: ta, w której pracujesz nawet po śmierci. Ale tak, najbardziej zaciekawiła mnie właśnie struktura świata przedstawionego. Jak do tego doszło i dokąd to naprawdę zmierza, ludzkości.

Moje stanowisko wobec postaci księdza Pisarskiego już znasz, dodam tylko, że mam nadzieję, iż jest specjalny rodzaj piekła dla ludzi niepotrzebnie przeciągających podcasty, które powinny być krótkie i rzeczowe; oraz osobny krąg w ww. piekle dla ludzi kopiujących dusze na swój użytek. Tekst udowadnia, że ceos korporacji nie mają dusz, fight me.

 

Zaznaczę też tu, bo koncept jest przeuroczy:

Na razie model wyciągnięty z upiora sam, bez sterowania parametrami rozwoju, wytworzył atawizm strachu przed ciemnością i podążania za światłem. Wystarczyło mu tylko trochę czasu na jednym z kwantowych superserwerów. Ssie dowolną ilość danych wpuszczonych na ouija. Ba, próbuje nawet mówić.

bejbi upiór uczy się upiorowania <3

 

Hm, jaka zgrabna weirdowa końcówka.

Pozdrawiam!

Weird jaki jest, Kam widzi ::) Dziękuję za komentarz i tutaj, bardzo miło dostać komplement od ekspertki od wampirów i słowiańskiej królowej <3

 

Hej, Bruno. Podwójne imię skojarzyło mi się staromodnie i brytyjsko, jak np. James Fitzjames, z tej kanibalistycznej ekspedycji arktycznej ;) Hrabia miał być dziwaczny, ale nie przeczę, że prezentuje się śmiesznie, jak karykatura angielskiego arystokraty z dziwnej starej rodziny, gdzie podwójne imię dziedziczy się wraz z tytułem. Teraz mam skojarzenia z Rodziną Addamsów :d Myślę, że jako główny dziwak tej opowieści (podróżnik w czasie) musi być nieco przerysowany, w końcu jego przygoda jest na tyle nieprawdopodobna, że trudno w nią uwierzyć (choć jest udokumentowana przez Kadensa), a koniec końców hrabia okazuje się zwykłym człowiekiem, nie np. zbiegiem z pobliskiego szpitala psychiatrycznego, który ubzdurał sobie podróżowanie w czasie. Swoją drogą, szpital psychiatryczny w 1925 to również ciekawy setting na polski horror ;) W morskiego biskupa też nikt nie wierzy, a jednak okazuje się, że mieszka w Bałtyku. Myślę, że hrabia i biskup są w pewnym sensie podobni.

 

Tekst miał rzucić światło na istoty, w które ludzie nie wierzą: potwór morski, wampir, podróżnik w czasie; a które istnieją, bo czemu nie?

Pozdrawiam czytających!

Łapankowe babole zlikwidowane. Co do uwag do uwag, „liwk/liwka” to element kaszubskiego stroju ludowego, zapinana na guziki kamizelka.

Rosso, dziękuję za nominację ;)

Przypowieść o tułaczce poszkodowanego przez życie maga średnio mnie zainteresowała, ale Rozalia okazała się na tyle ciekawa, że czytałam dalej z przyjemnością. Metafora lepienia pieroga w łożu wyszła wybitnie zgrabnie, czego się nie spodziewałam. Momentami chyba ciut przegadane jak na formę, ale ogólnie ładnie i mądrze napisane. Imponujące, że Rozalia zgarnęła i kochanka, i kucharza ;)

Dziwna fuzja przypowieści ludowej, parodii znanych fantastycznych motywów i tego mądrego morału o tworzeniu niewłaściwych rzeczy na niewłaściwy użytek. Zdarzają się niezgrabne zdania. Postrzeganie rzeczywistości przez Larusa skojarzyło mi się z tym, jakby był na coś chory, a wszystko działo się w jego głowie, z rzadkimi przebłyskami świadomości: nagle uczył się rzeczy, nagle pojmował koncepty. Najpewniej jest tu jakieś filozoficzne przesłanie, ale dziwnie ma się do problemu wynalezienia pieroga.

Dziękuję wszystkim za czytanie, komentowanie i wyłapywanie zgrzytów, do których oczywiście należycie siądę wkrótce (jeśli nie ma przeciwskazań do remontu tekstu w trakcie trwania konkursu, Jury?). Wybaczcie dłuższą chwilę oczekiwania, ale walczyłam z grozą kolejową i pojedynkiem.

 

HollyHell91, co do skoku czasowego, nie planowałam mocniej go akcentować. Wydawało mi się, że pierwszy i ostatni fragment składają w całość te nieszczęsne warstwy czasowe. Narracja pośrodku to historia Odelii – relacja wydarzeń na bieżąco, reszta to wyznanie Kadensa – forma reportażu, pamiętnika (myślę, dodająca historii Odelii kontekstu). Taka struktura wydawała mi się wystarczająco sensowna, by trzymać w ryzach oś czasu opowiadania. Niedopowiedziane elementy fabularne są celowo niedopowiedziane (teraz myślę nad dodatkowym tagiem, baśń lub weird fiction). Jest to poniekąd moja interpretacja konkursu; myślę, że nie samymi flakami horror stoi.

Oniryzm/surrealizm pasował mi do tej nieprawdopodobnej historii. Miło, że skojarzyłaś atmosferę z przyjemnym nastrojem z dzieciństwa, choć nie wiem, czy jest to komplement na rzecz horroru :d Ale chyba rozumiem, co masz na myśli.

 

Rosso, bardzo się cieszę, że skojarzyło Ci się dokładnie to samo, co skojarzyło się mi w momencie odkrycia „morskiego biskupa” i jego legendy ;) Pasuje wyjątkowo dobrze do mitologii Cthulhu, i nie mówię konkretnie o ryboludzkiej istocie z głębin (ale sądzę, że stąd pojawiły się w tekście nawiązania do Widma nad Innsmouth), a raczej o weirdowym zatarciu granicy między tym co prawdziwe, a co fantastyczne. I trochę jak w lovecraftowskiej prozie, fabuła skupia się na poszukiwaniu czegoś „nieprawdopodobnego”, gdzie „badacz przyjeżdża w miejsce do zbadania” i stopniowo odkrywa coś zaburzającego ludzkie pojmowanie, gdzie wiedza okazuje się zgubna czy tam “bluźniercza”. Nie chciałam jednak powielać tego schematu 1:1, a oddać morski klimat Bałtyku, okres historyczny Pomorza Gdańskiego i codzienność/wierzenia ludzi sto lat temu. Ta wiedza miała być przestrogą, pożytkiem.

 

SNDWLKR, rozumiem Twoje przytłoczenie dziwnością i niezrozumieniem. To chyba zrozumiałe. Trochę eldrich horror XD Nie chciałam w tym tekście samej klasycznej grozy, obawiałam się, że wyjdzie za prosto. Mogło wyjść zbyt skomplikowanie ;)

 

Ślimaku, dziękuję za wartościowy komentarz. Przyznaję, że tekst znacznie rozrósł się w miarę pisania, trudno było mi poświęcić równą uwagę wszystkim zagadnieniom, przez co niektóre z pewnością ucierpiały. Nie mam wątpliwości, że naginam licencję poeticę. Ale nie chciałam stawiać wszystkiego na realizm. Miał być magiczny, alternatywny. Rozumiem jednak, że spójność historyczna mogła zostać naruszona.

Przyznaję, że nie chciałam, żeby to opowiadanie skupiało się na perypetiach niedostosowanych społecznie podróżników z przeszłości (jak w „Goście, goście” :D), nie pasuje do konwencji horroru; bardziej zależało mi na przedstawieniu misji Odelii i jej pragmatycznego dążenia do celu (odkrycia biskupa) oraz historii powstania tytułowej książki. Założyłam, że sam fakt, że Odelia akceptuje całą historię pary Anglików, mówi wiele o jej postaci (jak łatwo wierzy w rzeczy niemożliwe i wcale/prawie ich nie kwestionuje). Być może mówi w większości o jej naiwności i zaślepieniu, lecz uznałam to za dobry punkt wyjścia dla całej historii. Trochę liczyłam, że nieobycie społeczne podróżników w czasie jest wystarczająco zasugerowane (nie rozumieją języka, nie rozumieją obyczajów, są egoistyczni, przerysowani; lecz mają swoje momenty niedowierzania, np. Hrabia tuż przed śmiercią). Jednocześnie zależało mi, by świat przedstawiony wciąż był osobliwy dla samej Odelii. Nie widziałam potrzeby przedstawienia dokładniej jej życiorysu i osiągnięć uniwersyteckich – pod koniec sama wyznaje, że postawiła wszystko na jedną kartę, od wszystkiego się odcięła.

Z kradzieżą książki – czemu nie? Była fizycznym dowodem na istnienie biskupa, rzeczywistym artefaktem w rękach. No i w horrorze nie może brakować przeklętej okultystycznej księgi, najlepiej spisanej po łacinie ;) Nie sugeruję, że Odelia dostałaby dożywocie za kradzież. Końcowe zeznanie Kadensa to tylko opis jego podejrzeń. Odnosi się do zakładu, równie dobrze psychiatrycznego.

 

Edwardzie, dziękuję za docenienie obrazów/warstwy artystycznej ;) Oraz pożarcia ciała. Sam dobrze wiesz, że w horrorze musi być trochę gore :D

 

Reg, jeśli tekst Cię zmęczył, podwójnie dziękuję za łapankę i cieszę się, że dotrwałaś do końca.

 

Koalo, miło mi! Nie wiem tylko, czy to argument za czy przeciw horrorom onirycznym :)

Dziękuję za lekturę i komentarz, Fascynatorze. Masz rację, że szpadą nie patroszy się ryb. Ale możemy założyć, że Prim nie miał innego narzędzia pod ręką ;)

W niedzielę będzie bardziej anonimowo, bo jak teraz opublikujemy, od razu wiadomo, że my to my ;)

Dziękuję Mistrzyniom Złodziejskiego Fachu za lekturę i rozbudowane komentarze. Niezwykle miło mi, że atmosfera była paskudna, a momentami obrzydliwa. Nie ukrywam, że nierzadko oddaję się przyjemności kąpieli w truciźnie, kosztem sensu. Potem wypływają kosteczki fabularnej niezgody i jest trochę niezręcznie. Czymże jest dark fantasy bez przynajmniej jednej plagi. Grav, jeśli pisać książkę, to tylko o niej. I o innych okropnościach, oczywiście. Dziękuję, Verus, za słowa o emocjach, bardzo dużo to dla mnie znaczy. No i gratuluję sprawnego doprowadzenia konkursu do końca i podziwiam wkład w jego organizację! Liczę na drugą edycję konkursu! :piesek:

 

Verus! Jeszcze zdążymy spotkać się na ringu, choć po tych wszystkich pojedynkach mogę być już ożywieńcem pozszywanym z różnych części portalowiczów.

 

Bruno – przede wszystkim myślę, że sprawę trzeba dogadać z koordynatorami Fantastycznych Piór (w tym roku zajmuje się tym Verus, lecz najpewniej pomoże też Moderacja). Pojawia się również kwestia pokonkursowej antologii, jeśli taka powstanie. Lecz to wszystko po zakończeniu obrad i ogłoszeniu wyników.

Ze swojej strony mogę powiedzieć, że życzę konkursowym tekstom jak najlepiej. Wiele opowiadań trzyma naprawdę wysoki poziom – co widać już po liczbie przyznanych Piórek. Dostatek interpretacji haseł oraz doza grozy kolejowej dostarcza Jury prawdziwego horroru.

Planujemy wyrobić się z wynikami (wstępnymi lub końcowymi) do końca miesiąca, co nie oznacza jednak, że zostaną natychmiast opublikowane – Wydawnictwa i Biblioteka mogą szykować dla Was coś niespodziewanego.

Poza tym masz jeszcze konkurs do ogarnięcia :P

Brama Tannhausera to dobre miejsce na wakacje. Będę oglądać sobie statki w ogniu i żadna kolej do mnie nie dojedzie.

 

Teraz jestem noir.

 

Dzięki, o Nosie Koali :D

 

Poprawki wprowadzone, starałam się pogodzić je ze stylizacją, żeby mi kronikarze goblińscy potem nie wypominali – że niby goblińskie dzieci w wieku szkolnym nie wiedzą, co autor miał na myśli.

Napisane. Musi odleżeć. Musi też zostać przycięte, bo przekroczyłam limit. To jest ten horror… D:

 

Niestety, troje zwycięzców nie grzeszy słuchem, a że geometria przestrzeni fantastycznej wypełzła z głowy H.P.Lovecrafta, choć każde z nich odeszło na zachód, jednak na siebie wpadli.

:D

Dziękujemy za organizację, Tarnino! Tracę poczytalność na sam widok słowa “dynia” w kontekście noir!

Dziękuję, będę próbować D:

Z zadeklarowanych powyższych najbardziej aktywną na portalu jesteś Ty, Tarnino, zatem spodziewaj się pw piątego dnia o brzasku.

To wciąż ta dziedzina wiedzy, w której zawodzi chatgpt ;)

Nowa Fantastyka