komentarze: 31, w dziale opowiadań: 25, opowiadania: 10
komentarze: 31, w dziale opowiadań: 25, opowiadania: 10
kronos.maximus, dziękuję ogromnie za obszerny komentarz! Takie uwagi są dla mnie bardzo ważne.
Zdaję już sobie sprawę z tego problemu. Po becie i komentarzach zrobiłem, co mogłem, żeby pewne kwestie wyklarować, ale na większe zmiany jest już niestety za późno. Każdy szczegół ma swoje uzasadnienie, ale w takiej formie i narracji, na jaką się zdecydowałem, szalenie trudno było mi to wszystko przedstawić w sposób zrozumiały dla czytelnika, w tej kwestii akurat poległem.
Polana była “spowita świetlistą mgłą”, a kilka zdań dialogu dalej widzieli już gwiazdy. Tak szybka zmiana pory dnia wybiła mnie nieco z imersji.
To magiczna mgła, coś w rodzaju féth fíada ze staroirlandzkich mitów. Pora dnia to tzw. złota godzina, czyli tuż przed zachodem słońca. Te „pierwsze gwiazdy” Jonas mógł zobaczyć dzięki nienaturalnie wyostrzonym zmysłom.
Po znalezieniu ciała ojca historia jest właściwie prosta. Jonas robi co do niego należy, czyli zwozi wszystkie trupy do świątyni. Pchanie wózka na zwłoki wywołuje wspomnienie z Duranem, którego Jonas nie odróżnia od rzeczywistości, po prostu beznamiętnie ogląda to, co mu się wyświetla w głowie. Potem machinalnie zgadza się pójść w ślady ojca i zaczyna kopać mu grób tuż obok grobu matki. Wtedy dopiero psychicznie się rozpada.
Napisałem w przedmowie, że to opowiadanie o pracy z ziemią, ale prawda jest taka, że jego tematem jest Eros i Tanatos, cielesność i żałoba.
O Jonasie i Mirelli wymyślałem różne historie, zdecydowałem się na napisanie akurat tej jednej, ale są w niej ślady szerszych wątków. Zdecydowałem się już na cały cykl i niektóre z nich jeszcze mam zamiar rozwinąć w kolejnych opowiadaniach, jeśli uda mi się je napisać w bardziej zrozumiały sposób, w co już trochę zwątpiłem, szczerze mówiąc.
Jak się wciągnę w jakiś temat, to nie umiem przestać. Poczytałem więcej i jednak muszę zrewidować swoje wnioski:
W pierwszym liście Sebastian pisze „zgrzeszyliśmy w ten sam sposób, w tym samym łożu, w ten sam dzień”. To szaleństwo. Gdyby ten list wpadł w niepowołane ręce, niezależnie od języka, oznaczałoby to wyrok śmierci.
Ślimak zagłady:
Właściwie myślałem, że użył takiego niezgrabnego wyrażenia, żeby w razie czego można było tłumaczyć, że z tą samą kobietą – ale pewnie masz rację, że przy ogólnie homoerotycznym tonie listu nic by to nie pomogło.
Szczerze mówiąc, nie wpadłem na to, że od tej strony mógłby się wybronić.
W tym wypadku mówimy o Paryżu z roku 1502. Prawo było bardzo surowe, ale jak wyglądała rzeczywista praktyka sądowa? Bardzo trudno powiedzieć, praktycznie nie ma zachowanych protokołów z tamtych czasów. Najstarsze, co znalazłem, to proces Nicolasa Ferry z roku 1540, zamożnego mieszczanina, oskarżonego przez innego zamożnego mieszczanina o molestowanie jego trzynastoletniego syna. Nicolas nie przyznał się na torturach, więc został skazany na chłostę i wygnanie.
Wszystko wskazuje jednak na łagodne traktowanie w tego typu sprawach, jeśli w ogóle do nich dochodziło. Nie było żadnego specjalnego urzędu w rodzaju florenckiego Ufficiali di Notte. Jeśli nie doszło do przyłapania in flagrante delicto, ani nie znalazło się co najmniej dwóch świadków, nie było podstaw do oskarżenia. Zostaje jeszcze wymuszenie przyznania się na torturach, ale na podstawie samego listu raczej nikt by się nie fatygował. To było crimen nefundum, czyli przestępstwo, o którym nie wolno mówić, co we Francji w praktyce oznaczało, że takie rzeczy zamiatano pod dywan, żeby uniknąć zgorszenia.
Zastanawiałem się zatem, jak wyglądałoby ich życie, gdyby Sebastian pojechał do Jana, zamiast gonić za mrzonkami. To byłby jednak koszmar, biorąc pod uwagę tę pierwszą odmianę kiły, która się błyskawicznie rozprzestrzeniła po całej Europie. Jan miał przed sobą kilka tygodni straszliwej agonii, a w tym czasie Sebastian mógłby tylko bezsilnie patrzeć, jak ciało jego ukochanego dosłownie się rozpada. Bez wątpienia miałby ogromne wyrzuty sumienia, że nie zdecydował się na tę szaloną podróż. Co za tragiczny wybór!
Ciekawa dyskusja przyciągnęła mnie ponownie!
uczynienie głównego bohatera kowalem wciąż wydaje mi się decyzją dziwną i źle ugruntowaną, przecież widać, że musi być kimś dobrze wykształconym i sytuowanym, szlachcicem
Odniosłem wrażenie, że to raczej zamożny mieszczanin. Jego kowalskie umiejętności są faktycznie nietypowe, ale niewykluczone. Długosz o księciu mazowieckim Kazimierzu II pisał, że zajmował się kowalstwem. Sebastian, aby po drodze zarabiać jako kowal, musiał mieć świadectwo czeladnicze, czyli nauka „u Niemców” zakończyła się egzaminem. Z piętnem byłoby to raczej niemożliwe, więc musimy założyć, że zrobił to przed napiętnowaniem. Dlaczego to zrobił? Chęć buntu, pragnienie wolności? A może w młodości zakochał się w synu mistrza kowalskiego i w ten sposób mógł spędzać z nim więcej czasu? Jeśli nie był pierworodnym synem, mógł chcieć uniezależnić się finansowo. Kariera kowala to wybór nieoczywisty, ale realny.
Przy okazji teraz zauważyłem: Skoro mógł porozumieć się z Sigridą, to znaczy, że nauczył się dialektu górnoniemieckiego, czyli terminował na południu Niemiec. W takim wypadku powinien mówić o cechu kowali (Zunft). Słowo gildia (Gilde) wskazuje na dialekt dolnoniemiecki z Północy, którego Sigrida nie mogła rozumieć.
prawdopodobieństwo, że para jednopłciowa pisałaby do siebie w taki sposób i w ogóle pisała listy po polsku, a nie po łacinie (w zasadzie tu dodatkową motywacją mogło być większe bezpieczeństwo, w razie gdyby korespondencja wpadła w ręce kogoś niepowołanego)
A to jest ciekawy wątek. W pierwszym liście Sebastian pisze „zgrzeszyliśmy w ten sam sposób, w tym samym łożu, w ten sam dzień”. To szaleństwo. Gdyby ten list wpadł w niepowołane ręce, niezależnie od języka, oznaczałoby to wyrok śmierci. Nie dla Sebastiana, bo po samym liście trudno byłoby go zidentyfikować. Dla Jana. List nie był pisany pod wpływem gwałtownych emocji, skoro od otrzymania wiadomości o chorobie minęło „dużo czasu, by się z nią oswoić”. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Sebastian świadomie narażał Jana na śmierć na stosie.
Możliwości, jakie widzę, to szyfr lub atrament sympatyczny.
Ewentualnie pierwszy list dostarczył bardzo zaufany posłaniec. W kolejnych listach Sebastian jest już ostrożny, w ogóle nie wspomina o cielesności. Wyznawanie miłości przez mężczyznę innemu mężczyźnie nie było niczym zdrożnym. Marsilio Ficino, któremu zawdzięczamy pojęcie „miłości platonicznej”, nie ukrywał swojego homoerotycznego uczucia, wręcz otwarcie pisał, że taka miłość jest bardziej uduchowiona od miłości między mężczyzną a kobietą – jednocześnie ostrzegając przed transgresją aktu cielesnego. Jego miłosne listy do Giovanniego Cavalcantiego są nie mniej namiętne od listów Sebastiana do Jana, np. pisał: amore volo sis meus (przez miłość pragnę, abyś był mój).
Hm, ale czy niewieściuchowi pozwoliliby studiować w Italii?
Myślę, że jak najbardziej. Co prawda trwała akurat nagonka na „sodomitas et peccatores contra naturam”, np. w takiej Florencji działali Ufficiali di Notte (aresztowali m.in. Leonarda da Vinci), ale Sebastian dostałby najprawdopodobniej jedynie grzywnę. Pod koniec XV wieku represje złagodniały, Urząd Nocy rozwiązano w 1502 roku. Jeśli miałby gdzieś studiować, to przede wszystkim w Italii.
Zasadniczo to nie jest łatwy temat do badań, bo źródła są nieuchwytne i niełatwe do zinterpretowania (np. czy był to faktyczny występek, czy wygodna próba oczernienia). Obszerne opracowanie, jeśli chodzi o Polskę, opublikowali Nastulczyk i Oczko: „Homoseksualność staropolska: przyczynek do badań” (nie czytałem niestety). A co do Italii, to ciekawie to opisał Michael Rocke w ,,Forbidden Friendships: Homosexuality and Male Culture in Renaissance Florence”, choć podawane przez niego liczby wydają się przesadzone.
MichaelBullfinch:
Wróciłem i ponownie przejrzałem cały tekst i wszystkie komentarze. Dokonałem paru poprawek, uwzględniając Twoje uwagi, za które bardzo dziękuję.
To była rana zadana rydlem.
A to tak da się z pewnością stwierdzić? Nie neguję, szczerze pytam.
Uch, research z medycyny sądowej nie jest zbyt przyjemny (te zdjęcia…). Ustawienie rany kłutej równolegle do linii Langera zazwyczaj utrudnia określenia kształtu i rozmiaru narzędzia, ale w tym wypadku ostrze miało charakterystyczny łukowaty profil, który został odwzorowany w kształcie nie samej rany, ale rąbka otarcia. Jonas może nie jest specjalistą (choć obrażeń pourazowych na zwłokach trochę się w życiu naoglądał), ale kształt ostrza tego konretnego rydla zna doskonale.
Tarwos powalił go na ziemię. Ujął topór oburącz. Wziął zamach z wyskoku. Ciężar topora pociągnął go do przodu. Rydel był ostry jak brzytwa. Ojciec w ostatniej chwili precyzyjnie go ustawił. Bestia sama się na niego nadziała.
Hmm. Chyba podmioty się mieszają.
Chodzi o referencje zaimków? Skoro piszesz, że „chyba”, to myślę, że nie wpływa to na zrozumienie.
widziałem każdą scenę (…), oczami wyobraźni. Oglądałem tę historię, nie czytałem
Każdą scenę, zanim zapisałem, najpierw szczegółowo sobie wyobrażałem. Narrację prowadziłem na wzór filmowego montażu. W tej scenie z wizualizacją ojca, tarwosa i rydla każda zmiana podmiotu to zmiana ujęcia kamery, żeby pokazać zwolnione tempo. Brzmienie słów to ścieżka dźwiękowa filmu: Bestia sama się na niego nadziała. Nosowa aliteracja, gdy bestia leci. Zwarto-szczelinowe dź w momencie, gdy ostrze się w nią wbija. Wszystko widziałem, słyszałem, czułem. Dotyczy to rówież emocji, chyba to było w tym całym pisaniu najbardziej wyczerpujące. Czytając Twój komentarz, poczułem ogromną satysfakcję: było warto!
Odnosząc się do głównego problemu z lekturą, uświadomiłem sobie, że nie wynika on z wykonania, ale z samej intencji. Tego już nie zmienię. Jonasowi było trudno, mi było trudno, więc czytelnikowi niech też będzie trudno – tak sobie pomyślałem. Od zrozumienia przebiegu wydarzeń przez czytelnika ważniejsze było dla mnie wywołanie samego wrażenia. Mój błąd i lekcja na przyszłość, że zlekceważyłem frustrację mogącą wynikać z tego niezrozumienia.
z pewnością kolejne będzie jeszcze lepsze
Tego akurat nie jestem pewien. Rozpoznaję u siebie tendencję do ryzykownych eksperymentów z formą.
Do wszystkich:
Myślę, że czas na podsumowanie. To jest pierwsze opowiadanie, jakie w życiu napisałem. Utwierdzam się teraz w przekonaniu, że publikacja na tym portalu to najlepsze, co mogłem z nim zrobić. Pisanie wyczerpało mnie do cna, ale Wasze komentarze sprawiły, że nabrałem chęci, aby zrobić to ponownie. Zatem do zobaczenia za jakiś czas. Znając moje tempo, to może być bardzo długi czas, ale mogę już zapewnić, że Jonas i Mirella zagoszczą tu ponownie.
Dziękuję Wam z całego serca i serdecznie pozdrawiam.
MichaelBullfinch, jestem bardzo wdzięczny za przeczytanie i obszerny komentarz. Wyjeżdżam w tej chwili na tydzień i nie mam już czasu przysiąść (może to i dobrze, nabiorę dystansu), ani nic tu obszerniej napisać. Już od pierwszej bety się zmagam z problemem dezorientacji czytelnika, po każdym takim sygnale usiłowałem stopniowo ją łagodzić. Po powrocie przemyślę głęboko Twoje uwagi, to co piszesz o zbyt dużym kontraście w narracji wydaje mi się bardzo cenne. Nie chcę już robić daleko idących zmian, ale może coś jeszcze mi przyjdzie do głowy.
Dziękuję i pozdrawiam.
Właśnie sobie zdałem sprawę, że jeszcze tu się nie przywitałem. Cześć wszystkim!
O sobie powiem tyle, że niedawno napisałem pierwszy raz w życiu opowiadanie. Różne historie wymyślałem wcześniej, ale nigdy nie miałem ambicji, żeby pisać literaturę. Aż pojawili się Jonas i Mirella, i dla tej pary poświęciłem trzy miesiące swojego życia, żeby od początku do końca napisać to: Święty czas, święta ziemia.
Pisanie mnie tak wymęczyło, że stwierdziłem, że to jednorazowa przygoda. Okazało się jednak, że Jonas z Mirellą zamieszkali w mojej głowie na stałe, a wokół nich rozwijają się głębokie, wielowarstwowe struktury. Zacząłem pisać dalej, ale już się oszczędzam.
@akaluza
Zamiast po prostu płynąć z fabułą i cieszyć się historią, mój mózg automatycznie wchodzi w tryb intensywnej dekonstrukcji i analizy.
Myślę, że na tym portalu to jest właśnie zaleta. Zapowiada wartościowy feedback, jeśli uda ci się coś jednak przeczytać.
Mam podobny problem. Czytanie jest dla mnie trudne (choć muszę przyznać, że pisanie jeszcze trudniejsze). Znalazłem na to sposób taki, że wyszukuję sobie opowiadania, które wykorzystują motyw albo temat, który mnie osobiście bardzo interesuje, a najlepiej pasjonuje. Jeśli jest to dobrze ujęte, to z samej analizy tego motywu mam tyle przyjemności, że udaje mi się przeczytać do końca i w komentarzu przedstawić swoje refleksje.
Ja to stanowisko rozumiem i podzielam. Pytam, bo chcę przestrzegać zasad i nie jestem pewien, jak rozumieć pkt 9. Jeśli chodzi o korektę, to chyba należy jakąś granicę określić, bo ktoś przez to może rozumieć wrzucenie opowiadania do chata z promptem „popraw błędy” i wklejenie wyniku, który może mieć głębokie interwencje w tekst. Za to prompt „wskaż błędy” i krytyczne (!) przejrzenie wygenerowanej listy to coś zupełnie innego. Nie polemizuję z nikim i niczym, po prostu liczę na to, że poradnik sprecyzuje takie i podobne kwestie.
Kłaniam się nisko!
Zaznaczę na wstępie, że jestem świeżynką i wciąż jestem na etapie orientowania się, jak tu wszystko działa. Mam mały problem, jak rozumieć § 1 pkt 9.
Opublikowałem jedno opowiadanie, w którym SI pomagała mi w researchu, przy czym uważam SI za źródło czwartorzędne i nigdy nie kupuję w ciemno tego, co mi wypisuje. Sprawdzam wszystkie źródła, sprawdzam też źródła, na których opierają się te źródła itd. Tego, co ludzie wypisują, też nie kupuję w ciemno, zawsze istnieje realne ryzyko, że infromacje w znalezionym tekście o mitologii czy folklorze są oparte na jakichś ezoterycznych źródłach z przepastnych otchłani internetu.
Zgodnie z regulaminem umieściłem w przedmowie odpowiednie oświadczenie, przy czym miałem problem, jak opisać „zakres zastosowania oraz wykorzystane narzędzie”, bo źródeł szukałem na temat każdego praktycznie drobiazgu na wszelkie dostępne sposoby. Mam nadzieję, że wystarczy formułka „Jako wsparcie przy kwerendzie do tego opowiadania zostały wykorzystane darmowe wersje publicznie dostępnych modeli językowych.”, bo wyliczanie wszystkiego byłoby nieznośnie długie.
Chciałbym jednocześnie zwrócić uwagę, że już samo googlowanie jest korzystaniem z SI, bo teraz wszysktie zapytania są przetwarzane przez LLM.
Jeszcze jedno mi przyszło do głowy co do korekty, która jest dozwolona. Jeżeli komuś SI poprawi wziąść na wziąć, to ściśle rzecz biorąc, wyraz wziąć został wygenerowany. Jeśli dosłownie potraktować pkt 8, dyskwalifikuje to cały tekst. Pytam teoretycznie, bo osobiście nie zaufałbym korekcie robionej przez SI i nie miałbym problemu, gdyby również była zabroniona.
Jestem bardzo ciekaw powstającego poradnika. Mam nadzieję, że między innymi rozwieje też powyższe wątpliwości.
Pozdrawiam serdecznie!
Ukłony!
Długo zwlekałem z przeczytaniem, bo obawiałem się, że epistolarna forma będzie trudna w lekturze, a chciałem przeczytać uważnie. Obawy były zupełnie bezpodstawne, wprost nie mogłem się oderwać! Dobrze, że stylizacja jest minimalna, bo język jest bardzo przystępny, a jednocześnie buduje klimat. Ze swoją naiwnością, dobrodusznością i gorącym uczuciem, jakie żywi do Jana, Stanisław jest bohaterem, którego losy chce się śledzić. Najbardziej polubiłem Sigridę i ogromnie mi było jej żal.
Szesnasty wiek to akurat czasy, które mnie bardzo interesują, więc opowiadanie przestudiowałem pod kątem merytorycznym i jestem pod ogromnym wrażeniem. Realia są doskonale oddane ze wszystkimi szczegółami. Urzekło mnie, że muzykanci w Wenecji grają na rebeku i portatywie (zwanym tam podówczas jako rigabello), bo to całkiem ciekawy i sensowny zestaw, chociaż…
Wśród instrumentów rozpoznałem portatyw i rebek.
To brzmi, jakby tam było więcej instrumentów, a młodzieńców jest zaledwie dwóch. Z drugiej strony nie wykluczam, że może mieli jeszcze jakieś na podorędziu.
Zafascynowały mnie też ich nakrycia głowy, które przywodzą na myśl długi i gruby rogal upinający włosy…
Rogal w tamtych czasach to był kozioł sarny albo mąż niewiernej żony. Pieczywo o takiej nazwie to XVII/XVIII wiek. Może lepiej półksiężyc (według ówczesnej pisowni pułksiężyc, to tylko ciekawostka oczywiście), serce, litera U, albo po prostu rogi? Zdaje się, że escoffion był zabroniony przez weneckie prawa sumptuaryjne, ale te nagminnie łamano, więc to realistyczne nakrycie głowy. Jan na pewno je kojarzył, było bardzo popularne we Francji.
Czas podróży, warunki, fortuna potrzebna do pokonania tej drogi (zwłaszcza cła i myta!), bolletta di sanita, wszystko się zgadza. Jedyne zastrzeżenia mam do czasu dostarczenia listów. Jeśli Stanisław wysłał list z Cypru 13 września i w Aleksandrii otrzymał odpowiedź 30 września, to oznacza 17 dni na pokonanie drogi do Paryża i z powrotem, co było niemożliwe, nawet jeśli kurier pędził 24 godziny na dobę (usługa kosztująca setki dukatów). Możliwe jednak, że Jan wysłał ten list wcześniej, bo w żaden sposób nie nawiązuje do listu wysłanego z Cypru. Ale nawet trasa Wenecja → Paryż → Cypr od 12 sierpnia do 13 września nie jest realistyczna, a tu nawiązanie jest wyraźne (uroda Leamasa). Przesyłam mapkę pokazującą czas dostarczenia poczty z Wenecji, każda linia to jeden tydzień:

F. Braudel, The Mediterranean and the Mediterranean World in the Age of Philip II, Nowy Jork, 1975, str. 366
To są wszystko drobiazgi, które w ogóle nie przeszkodziły mi w odbiorze. To była wyśmienita lektura!
Pozdrawiam serdecznie!
Bardzo mi przypadł do gustu klimat, jak i sama historia.
Zachowanie Bogdana jest bardzo ludzkie i autentyczne. Osobiście znam małżeństwo, które straciło nagle syna. Od razu rzucili się do roboty i dosłownie na następny dzień załatwili pogrzeb, księdza, stypę, wszystko. Bez chwili wytchnienia. Dopiero potem ich dopadło.
Najbardziej podobała mi się rozmowa z grabarzem. Alkoholizm trochę stereotypowy, ale dobrze wytłumaczony.
Sam tworzyłem postać wiejskiego grabarza i sporo się dowiedziałem o kopaniu grobów. Myślałem, że znajdę coś, do czego się można przyczepić, ale wszystko można jakoś wytłumaczyć.
Jeśli Jakub jest synem grabarza i sam ma kilkanaście lat doświadczenia, to jednak powinien znać się na rzeczy, nawet jeśli wypalił się zawodowo i rozpił. Dwie łopaty i siekiera to stanowczo za mało, a narzędzia nie powinny się tak walać na podwórzu. Domyślam się zatem, że faktyczny roboczy zestaw może trzymać w szopie, a Bogdan w pośpiechu zawinął mu sprzed domu jakieś zaniedbane, niekonserwowane łopaty gospodarcze.
Bogdan do kopania grobu zabrał się fatalnie, co bardzo pasuje i jest uzasadnione. Jeśli trzonek pękł, to raczej od próby podważenia korzenia, nie od samego uderzenia. Ta druga łopata i tak by mu w niczym nie pomogła, chyba żeby zaczął kopać w innym miejscu.
betweenthelines, bardzo dziękuję za przeczytanie! Cieszę się bardzo, że Ci się podobało, dużo to dla mnie znaczy!
Zaczałem czytać, nie sprawdzając tagów i nie mając świadomości, w co się pakuję.
Jak tylko Kate Bush przestała śpiewać tytuł, z miejsca przypadła mi do gustu językowa stylizacja. Wciągnąłem się, zacząłem słyszeć ten akcent, melodię, dźwięczne h, kresowe ł. Czytałem dalej beztrosko, aż się natknąłem na „kak Laszki wiązał mocno” i zobaczyłem 死 jako separator. Wtedy się zorientowałem, że władowałem się w skrajnie mroczną i drastyczną historię, ale tak dobrze napisaną, że nie miałem już odwrotu. Chcąc nie chcąc doczytałem do końca i dałem się emocjonalnie przeorać. Jestem pełen podziwu, że udźwignąłeś tak ciężki temat. Ciekawy pomysł, znakomita realizacja.
Jak wspomniałem, językowa stylizacja mi się spodobała, ale akurat bardzo lubię takie zabawy. Do tego w ciągu ostatnich lat miałem niejedną okazję do rozmowy z Ukraińcami, która w moim przypadku zwykle polega na łamaniu, kaleczeniu i mieszaniu trzech języków naraz, więc nie miałem większych problemów ze zrozumieniem. Zabieg się sprawdził idealnie, no ale to jestem ja.
Trochę rzeczy rzuciło mi się w oczy, ale na razie to tylko pobieżna łapanka.
Z kwestii czysto ortograficznych:
Koszenia czasem miałczy zamiast miauczeć (raz jest nawet miaułczenie). To bardzo dziwnie mi brzmi przy tym kresowym ł…
Zaimek zwrotny raz zapisujesz w postaci targowat tsia, a innym razem podywitsja. Razem czy osobno, sja czy sia, cokolwiek zdecydujesz będzie ok, byle konsekwentnie. Znalazłem też literówkę w słowie zjawistja.
Powinno być dźwięczne krtaniowe h w słowach: dopomocha, kulchaniła (nie spotkałem takiej formy, znam jako kulhała), ljechszy. Zaś w słowie horosza powinno być bezdźwięczne tylnojęzykowe ch.
Czasem to samo słowo narratorki raz piszesz przez g, innym razem przez h, np: głowa/hłowa, mogła/mohła, tego/teho.
Jeśli chodzi o język ukraiński to ciekawym źródłem jest Атлас української мови, tom 2 (Wołyń, Zakarpacie, Naddniestrze i ziemie sąsiednie), wariantywność geograficzna różnych cech językowych jest ukazana na eleganckich mapach i jest tych map ponad czterysta. To fragment jednej z nich:

Trudno wyrokować, jak powinien brzmieć rodzimy dialekt Taszki, bo w każdej wiosce się trochę inaczej mówiło. Myślę, że lepiej jednak trzymać się konsekwentnie jednego systemu, a teraz jest bałagan, sporo niekonsekwencji (np. raz mówi szczo a innym razem szto). Żałuję, że nie mam czasu teraz na korektę, bo chętnie bym to sprawdził bardziej szczegółowo.
Jeszcze pytanie na koniec. Podoba mi się 死 jako typograficzny separator, ale o co chodzi z 禅宗無門關 边缘性人格障碍? Bezbramną bramę jeszcze mogę zrozumieć, ale dlaczego BPD?
Pozdrawiam!
Sam nie łowię, ale z opowieści wiem, że dużo ludzi łowi zarówno w Raduni, jak i w Kanale Raduni (Krzyżacy go zbudowali, napędzał wszystkie młyny w Gdańsku). Niestety nie orientuję się co, gdzie i jak. Tyle wiem, że komary strasznie tną.
bruce, stokrotne dzięki za szczegółową łapankę i bardzo pomocne uwagi! Za kliczki również dziękuję :), poprawki już naniesione.
Czy ta aliteracja jest celowa?: Pęknie przy pierwszym uderzeniu.
Celowa, to zapowiedź aliteracji w ostatnim zdaniu: Przy pierwszym uderzeniu ubijak pękł na pół.
Czy dobrze rozumiem? – Duran uderzył dziewczynę w brzuch, aby poroniła? To są wspomnienia, czy to dzieje się obecnie?; czemu Duran ją atakował – przecież miał żonę?
To intruzyjne wspomnienia przemocy, Jonas nie odróżnia ich od obecnych wydarzeń. Fragmentacja pamięci i percepcji oraz zaburzone poczucie czasu to objawy dysocjacji okołotraumatycznej. Starałem się wstawiać naprowadzające wskazówki, ale zdaję sobie sprawę, że narracja, na którą się zdecydowałem, mocno utrudnia odtworzenie biegu wydarzeń, zwłaszcza że Jonas nie o wszystkim wie, a czytelnik jest niestety ograniczony do jego specyficznej perspektywy.
A to było tak: Duran jest drwalem i przemocowym mężem Klary, którą pobił tak mocno, że poroniła. Mirella przyszła jej pomóc i szybko zorientowała się w sytuacji, choć wystraszona Klara potwierdzała słowa Durana, że „przewróciła się”. W tej społeczności funkcjonuje coś w rodzaju poufnego matriarchatu, takie rzeczy nie uchodzą na sucho. Mirella zapowiedziała interwencję, więc Duran postanowił temu zaradzić, ją również zastraszając. Do pomocy wziął kolegę z wyrębu, Kaspara, razem zaciągnęli Mirellę do zagajnika i tam zastał ich Jonas.
Wspomnienia wróciły akurat teraz, bo to też była nieprzepracowana trauma: Jonas dopuścił się brutalnej przemocy fizycznej (gdyby nie interwencja Mirelli, Duran by tego nie przeżył) oraz złamał zasadę, której był uczony od dziecka i na oczach całej wsi wiózł żywego Durana na wózku na zwłoki.
Nieco dziwi, czemu wioska nie zabezpieczała się przed drapieżnymi stworami, skoro ataki już wcześniej nastąpiły. Przychodzi mi do głowy coś na kształt wielkiego muru, czy wysokiego, drewnianego płotu, palisady itp.
Fakt, że do wsi prowadzą bramy nie wskazuje na to, że jest ufortyfikowana? Do masakry by nie doszło, gdyby Kaspar zdążył zamknąć południową bramę, a nocna zabawa nie uśpiła czujności mieszkańców.
Mogę spróbować gdzieś wyraźniej wspomnieć, że wieś jest otoczona wysoką palisadą. Drzew do jej budowy mają pod dostatkiem. Glinę na cegły też mają, ale zbudowanie muru wymagałoby wykwalifikowanego strycharza.
Jeszcze raz dziękuję i serdecznie pozdrawiam!
marzan, dziękuję za tę uwagę, bo to znaczy, że research się opłacił! W kopaniu w ziemi mam niewielkie doświadczenie. Kopałem kiedyś latrynę, ale w glebie rdzawej, jak się przy okazji teraz dowiedziałem.
Ogromne dzięki za uważną lekturę i celne uwagi!
Odbiór odpowiada moim intencjom, co mnie niezmiernie cieszy. Długo nie wiedziałem jak napisać, co się działo między znalezieniem ojca, a kopaniem grobu. W końcu wpadłem na pomysł, żeby przez narrację oddać objawy dysocjacji okołotraumatycznej i wszystko napisałem podczas jednego długiego flow, po czym okazało się, że lektura jest bardzo ciężkostrawna, więc mocno to przeredagowałem, ale i tak zdaję sobie sprawę z ryzyka utraty uwagi czytelnika.
Chwyciłem nóż i ostrożnie wsunąłem go w szczelinę, delikatnie podważając.
Znać oko łowcy imiesłowów! Oczywiście wsuwałem.
jak deszcz iskier sypie się na suchy mech, aż ten zatlił się z cichym syknięciem.
Tu użyłem siękozy do instrumentacji opisu krzesania ognia.
Łodygi skręcały się z trzaskiem, a pokryte czarnymi plamami liście zwijały się,
Tu też instrumentacja, ale teraz myślę, że może lepiej będzie: liście się zwijały, uwalniając
Ze wsi zaczął się ciągnąć odgłos dzwonów.
A to już siękoza złośliwa, poprawiłem. Dzięki za wskazanie wszystkich usterek!
Jestem bardzo wdzięczny za wyrażenie pozytywnej opinii, poczułem dzięki temu satysfakcję z ciężkiej pracy. Nie sądziłem, że pisanie opowiadań może być tak wyczerpujące!
Pozdrawiam serdecznie
Jestem tu nowy, a moje doświadczenie literackie jest znikome: mam jedno opowiadanie w poczekalni. Chciałbym jednak zabrać głos w kwestii używania SI do researchu. Dopiero odkryłem tę dyskusję i mi rozjaśniła co nieco w głowie: marzan, kiedy w przedmowie Twojego opowiadania przeczytałem, że używałeś SI do „rekonstrukcji języka protogermańskiego”, pomyślałem, że to było coś w stylu „kochana, a jak to będzie po protogermańsku” i kopiuj-wklej. Byłem pozytywnie zaskoczony, gdy się okazało, że jesteś dobrze zorientowany w temacie.
Od blisko dwudziestu lat zajmuję się rekonstrukcjami historycznojęzykowymi, głównie pod kątem fonologii. Mam nawyk obsesyjnego sprawdzania każdego szczegółu. Dawno temu byłem krytykowany za to, że robię research w internecie, a nie w bibliotece. Zwracano mi uwagę, że Wikipedia to niewiarygodne źródło. To oczywiste! To jest źródło trzeciorzędne, ale każdy porządny artykuł ma na końcu odniesienia, gdzie należy szukać dalej. A dalej są przeróżne prace popularyzatorskie, opracowania i artykuły naukowe oraz źródła pierwotne (w moim przypadku manuskrypty i starodruki).
Sęk w tym, że absolutnie żadnemu z tych źródeł nie należy ufać. Trzeba je zestawiać i krytycznie analizować, aby wyrobić sobie własne zdanie, któremu też nie należy ufać, bo zawsze może pojawić się coś nowego. Z mojego punktu widzenia włączenie SI w ten proces niewiele zmienia. Ot, kolejne źródło (czwartorzędne?), które trzeba zweryfikować. Przyspiesza pracę, być może, ale używam wielu narzędzi, które przyspieszają pracę.
Wyznam szczerze: lubię sobie pogadać z robotem. Jeszcze w zeszłym wieku gadałem z takimi botami jak ELIZA, A.L.I.C.E. czy Jabberwacky i cały czas śledziłem, co się dzieje na polu przetwarzania języka naturalnego. Przed GPT-3 bawiłem się GPT-2 i GPT-1 (firma nazywa się OpenAI, bo to były modele open source, dacie wiarę?). Chat sam w sobie uważam za fajną zabawkę, gadżet, zresztą tak myślę ogólnie o zastosowaniach generatywnych. Prawdziwa technologia to wektoryzacja języka i modele językowe, poważne zastosowania to klasyfikacja, wykrywanie, rozpoznawanie wzorców itd. Lubię mówić, że LLMy to modele statystyczne na sterydach, a słowo „sztuczny” w Sztucznej Inteligencji należy rozumieć tak, jak w wyrażeniach „sztuczne kwiaty” czy „sztuczny miód”.
Przyznaję zatem: podczas pisania tego opowiadania korzystałem z SI. Mogę to wyznać w przedmowie, ale mam trochę obawy, że ktoś to może zrozumieć tak, jak ja zrozumiałem deklarację marzana: że SI wykonało za mnie całą robotę. A tymczasem podczas pisania odezwał się we mnie nawyk obsesyjnego sprawdzania każdego szczegółu i za opowiadaniem stoją trzy miesiące benedyktyńskiej pracy. Może bez SI byłyby to bardziej cztery miesiące, trudno powiedzieć.
Na przykład: bohater jest grabarzem, więc ustaliłem, że cmentarz powstał w miejscu wykarczowanego lasu grądowego, zatem woda deszczowa, przenikając przez ściółkę, nabierała kwaśnego odczynu i wymywała cząstki ilaste głębiej do warstwy iluwialnej, doprowadzając do powstania gleby płowej o profilu Ap-Et-Bt-C, co uwzględniłem, pisząc scenę kopania grobu. Jeśli ktoś mi zada dowolne pytanie, skąd wytrzasnąłem X i Y, opowiem o tym z rozkoszą i zarzucę linkami, ale gdybym miał to wszystko opisać w przedmowie, to by było kilka stron.
Uważam, że doskonałym pomysłem jest zadawanie pytań, by od uzyskanej odpowiedzi uzależniać kliki i nominacje. Kto przepracował temat, odpowie z przyjemnością. Ale to nie jest praca naukowa, żeby z góry wymagać całej bibliografii, poza tym podanie linku nie gwarantuje, że autor się z nim zapoznał. Odpowiednim miejscem na takie informacje wydaje mi się komentarz, nie przedmowa. Gdyby zaskakującym zwrotem akcji był, dajmy na to, wybuch zbiornika z paliwem, to pisanie w przedmowie „jak wybucha zbiornik z paliwem sprawdziłem tu, tu i tu” trochę mija się z celem.
Niewiele mam do powiedzenia w kwestii używania SI do poprawiania lub, co gorsza, generowania tekstu. Próbowałem i stwierdziłem, że jest w tym żenująca, ale może cos robiłem źle.
regulatorzy, dziękuję niezmiernie za wskazanie usterek, już je poprawiłem. Chyba ze sto razy ten tekst sprawdzałem i ich nie wyłapałem…
Niezwykle spodobało mi się wielce malownicze opisanie doświadczeń Jonasa – zarówno przy pracach ogrodniczych, jak i później, z Mirellą na świętej polanie, a także szalenie realistyczne obrazy przygotowań do pochówku i kopania grobu.
Cieszę się ogromnie, to bardzo dla mnie ważne! Napracowałem się, żeby czasem nikt mi nie zarzucił: „No co ty, nigdy grobu nie kopałeś?”. Czego to ja się dowiedziałem o procesach glebotwórczych! To jest gleba płowa o profilu Ap-Et-Bt-C. Ten głaz narzutowy tkwił tam przez dwadzieścia tysięcy lat.
I tylko szkoda, że nie wiem, co pod nieobecność pary bohaterów wydarzyło się we wsi – czym były potwory, które ją nawiedziły i skąd się wzięły. Bo z wcześniej wypowiedzi Jonasa zrozumiałam, że znał je z dawnych opowieści przodków, a tu nagle się zmaterializowały. Dlaczego?
Przyczyny są złożone, musiałbym wyłożyć lokalną historię, politykę, gospodarkę… To jest problem z narracją pierwszoosobową. Jonas nie ma pojęcia, więc czytelnik też nie może się dowiedzieć. Myślałem, że to jednorazowa przygoda, bo strasznie mnie wymęczyło to pisanie, ale zaczęły mi się pojawiać w głowie dziwne pomysły na cały cykl, więc może kiedyś o tym opowiem.
Nie wydaje mi się, aby dźwięki, tu trele, mogły być drobne.
Proponuję: …zaczęły rytmicznie rozbrzmiewać jej krótkie, drżące trele.
Masz rację oczywiście. Chciałem wprowadzić aliterację, ale „krótkie” też dobrze brzmi: rr, rr, krr, drr, trr! Słuchanie nagrań śpiewu lerki to była jedna z przyjemniejszych części pracy.
Jeszcze raz ogromnie dziękuję i pozdrawiam serdecznie.
Hmm… to nie będzie łatwe. Dezorientacja jest zamierzona, chciałem wybić czytelnika z rytmu i go zasypać fragmentami układanki, ale żeby mógł je samodzielnie poukładać, nie wpadając w irytację i zniechęcenie. No to sobie zabiłem ćwieka.
Fajnie byłoby mieć taki pstryczek wywołujący amnezję, żebym mógł to przeczytać, nie mając pojęcia, o co mi chodziło.
W końcowym fragmencie, w moim odbiorze “ciepłe usta” nie wystarczają, bym nie odniósł wrażenia, że ona umarła.
Najpierw zająłem się tym problemem, bo taka interpretacja to katastrofa. Doszedłem do wniosku, że to niezamierzony efekt anafory, więc ją przełamałem. Myślę, że teraz Mirella jest jednoznacznie żywa.
A na jakiej podstawie to zrobiłeś? Z oryginału?
Można tak powiedzieć, choć staroirlandzki to tylko liznąłem. W podręczniku Davida Stiftera „Sengoidelc: Old Irish for Beginners” ten wiersz jest dokładnie omówiony, także byłem w stanie zrozumieć składnię, odmianę i znaczenie wszystkich słów.
Swoją drogą, dla mnie jest to kolejny kamyczek, że przekład Bryllów jest po prostu nieudany.
Oj tak.
Grześku_W, dziękuję za przeczytanie i pozytywny komentarz! Skoro fantasy to nie Twój klimat, to tym bardziej mnie cieszy. Pozdrawiam!
jfrydr, dziękuję za przeczytanie, konkretne uwagi oraz (cytując Tarninę) rozwijające doświadczenie wielkiej dziury między tym, co chciałem napisać, a tym, co czytelnik odczytał. Cieszy mnie niezmiernie twoje użycie słowa „lepki” – to znaczy, że w pierwszej części styl i narracja zadziałały tak, jak tego oczekiwałem. Co do uwag, to potrzebuję trochę czasu, żeby wszystko przemyśleć. Teraz zaś mogę spróbować wytłumaczyć, o co mi chodziło.
Jonas jest nadwrażliwy sensorycznie, bez przerwy rejestruje zmysłowe wrażenia, dla niego wszystko jest jakieś. (Aczkolwiek zdarzyło mi się też wstawiać określenia bardziej po to, by utrzymać rytm, no i fajnie mi brzmiały.)
Zdawałem sobie sprawę, że pisanie na granicy dezorientacji czytelnika to ryzykowna decyzja. No cóż, nadszedł czas próby.
czuję tylko jedno: wszystko dzieje się szybko, ale właściwie to nie wiem, co się dzieje.
Hmm… najgorsze jest to, że o to mi mniej więcej chodziło. Ta zmiana narracji miała oddać dysocjację okołotraumatyczną. (Zaglądam w notatki) Dezorientacja. Depersonalizacja. Derealizacja. Fragmentaryzacja pamięci i percepcji. Zaburzone poczucie czasu. Automatyzm ruchów.
Jonas został wytrącony ze swojego ciała, stąd kompletny brak sensorycznych określeń. Nie odróżniał rzeczywistości od intruzyjnych wspomnień (związanych z przemocą i transgresją). W tym stanie mógł wykonywać tylko motorycznie wyuczone rutynowe czynności: ładowanie ciał, pchanie wózka, potakiwanie, kopanie grobu. Przy czym kopanie grobu go na powrót uziemiło (ha, dosłownie), więc narracja zaczęła się sklejać. On generalnie nie rozumie swoich emocji, reguluje je przez rytuał, jakim jest dla niego fizyczna praca z ziemią.
Na koniec opisujesz ciała po kolei i wychodzi na to, że Mirella nie żyje, albo Jonas tylko ma takie urojenie… W każdym razie pogubiłem się w tym.
W tej wizji na dnie grobu ciało Mirelli było żywe i to bardzo. Nawet przyszło mi do głowy, że ktoś może z rozpędu pomyśleć inaczej, więc dodałem „ciepło jej warg na moich wargach”. To wspomnienie tej nienapisanej sceny między rozplatanym warkoczem a świtem w sosnowym borze. Można śmiało założyć, że Jonas nigdy wcześniej nie miał z takowymi doznaniami do czynienia, a biorąc pod uwagę jego somatyzację emocji, nadwrażliwość sensoryczną oraz warunki magicznego wyostrzenia zmysłów, to doznanie było dla niego niewyobrażalnie intensywne. Dzięki jego wspomnieniu znów poczuł swoje własne ciało.
No i taki mniej więcej cel mi przyświecał, żeby wsadzić czytelnika nie tylko do głowy Jonasa, ale też do jego ciała. Na ile mi to wyszło… ech, pisanie jest trudne.
Dzięki ponowne za cenne uwagi (ciało ojca już jasno oznaczyłem), wszystko jeszcze porządnie przemyślę. Pozdrawiam!
Marszawo, należą Ci się specjalne podziękowania za przekonanie mnie do publikacji. Za klika również bardzo dziękuję i pozdrawiam!
Przeczytałem i świetnie się bawiłem. Nie będą powtarzał pochwał z mojego komentarza pod „Rzeką Lamentów”, mogę za to dodać, że komediowe fragmenty mnie autentycznie rozśmieszyły, a o to nie jest łatwo. Najbardziej chyba, kiedy Charon jest całkowicie skoncentrowany na przeprowadzeniu łodzi przez skały nad wodospadem, a tymczasem Cerber:

Tak Ci się udało mnie wciągnąć w te grecko-germańskie klimaty, że tę wielką, czarną literę „X” przeczytałem jako chi ;)
Pozwolę sobie wjechać teraz z moją szajbą historycznojęzykową. Z góry zaznaczam, że to nie są zarzuty, a także absolutnie nie przeszkadza mi, że korzystasz z SI w tych kwestiach, skoro nie jest to tekst naukowy. Właściwie to piszę dlatego, że mam teraz pretekst, wybacz ;)
Piszesz w przedmowie:
Zostawiłem w brzmieniu średniowiecznym imię pieska – Garm. Jest to sam dźwiękonaśladowczy rdzeń, z końcówką “uz” po prostu brzmiał źle i na pewno nie wołałbym tak na psa :)
W średniowieczu końcówka -uz zmieniła się w -r (wymowa poświadczona w XII w.), więc brzmienie średniowieczne to Garmr. To dopiero warczenie! Był czas, kiedy potrafiłem z pamięci recytować obszerne fragmenty Voluspy i początek ragnaroku to był jeden z moich ulubionych fragmentów:
Geyr Garmr mjǫk fyr Gnípahelli
Festr mun slitna, en freki renna.
Fjǫld veit hon frœða, fram sé ek lengra,
um ragnarǫk rǫmm sigtíva.
Ten średniowieczny nordycki rotacyzm końcówki fleksyjnej stosujesz w imionach Aujawindur i Bernuwinur. I to są fajnie brzmiące imiona! Że Bernuwinur to przyjaciel niedźwiedzi, to się domyśliłem. Natomiast co właściwie miał znaczyć Aujawindur? Dobrze rozumiem, że to połączenie *aujō (łąka, a także wyspa w sensie *aujōlandą) i *winduz (wiatr)?
– Halt undan henni!
To jest już czysty staronordycki. Taką frazę bym datował najwcześniej na VIII w.n.e. Niemniej żeby zrekonstruować jak naprawdę w pragermańskim mogłoby brzmieć „Trzymaj się od niej z daleka”, to by chyba trzeba mocno pokombinować. Trochę mnie kusi, szczerze mówiąc…
– Fadar? – spytał przybysz, odziany w osmalony skórzany fartuch.
To z kolei brzmi, jakby był Gotem albo Sasem.
Zapisane nie runami, lecz tym samym alfabetem, którego uczył mnie ojciec.
Starożytność „mocno p.n.e.” to stanowczo za wcześnie na runy. Starszy futhark to od II w.n.e. i nie mógłby powstać bez wcześniejszych intensywnych kontaktów z Rzymianami.
Żeby podkreślić, że to ciekawostki, a nie uwagi krytyczne, pożegnam się cytatem:
To już nie przynudzam, bo to nie jest historia językoznawcza, tylko rozrywkowa :)
Pozdrawiam!
A, teraz rozumiem! Trochę to robi wrażenie (jako stosowany czasem zabieg dla czytelnika), jakby tłumaczyła znaczenie tego imienia. Właściwie by mi się nie gryzło w pierwszej wersji, jakby je powtórzyła, wyliczając swoje przydomki:
Halbadaudo. Halbakwikwo, halbadaudo. Daudakwedo.
W starogermańskiej poezji nie do pomyślenia, ale w dialogu czemu nie.
Ale zostaw tak, jak jest! Zawsze mnie takie kwestie przyciągają i za dużo nad nimi myślę, także mną się nie przejmuj.
Świetne opowiadanie. Podobnie jak cały cykl, jakkolwiek „Rzeka mieczy” mi jeszcze została do przeczytania.
Ale fajne! Bardzo przyjemnie się czytało, a do tego przyznam, że akurat mam upodobanie do fantasy obficie czerpiącego z mitologii, więc satysfakcję miałem dużą. Znakomita narracja, styl bardzo dobrze dopasowany do treści. Właściwie nie mam się do czego przyczepić.
Poza jednym drobiazgiem…
– Pamiętasz, jak mnie nazwali? Halbadaudo. Mówczyni umarłych.
Piszesz, że w „rekonstrukcji protogermańskiego imienia bohaterki pomagała SI”. *halbadaudo w pragermańskim to dosłownie „półmartwa”, chyba nie o to chodziło? Akurat pasjami zajmuję się rekonstrukcjami historycznojęzykowymi i wiem, że SI w tym temacie słabo się sprawdza. Ale jeżeli szukałeś imienia, które by znaczyło „mówczyni umarłych”, to jest trochę problem, żeby się skracało do Hel…
Pomyślę jeszcze nad tym.
@Tarnina: powinienem sprecyzować, że broniłem samego pomysłu targowania się. Akurat postać Barona kojarzyłem i scena wydała mi się obiecująca, a jednak pozostałem z niedosytem, napięcie się rozmyło, nie poczułem ciężaru tej transakcji. To nie tak, że „znam kontekst, więc wybaczam”, wręcz przeciwnie.
@jfrydr: Nie chodzi przy tym wyłącznie o ekspozycję. Czuję, że leży w Twoich możliwościach pisanie z większą dyscypliną i precyzją, jeśli chodzi o narrację, budowanie sceny, kształtowanie napięcia, dynamikę dialogów w taki sposób, aby czytelnikowi wszystko „kliknęło” niezależnie od tego, czy zna kontekst, czy nie – czego Ci serdecznie życzę w przyszłym pisaniu!
Już się szerzej wypowiedziałem pod „Po pierwsze, nie szkodzić”. Tu tylko chcę się wypowiedzieć w sprawie Barona Samedi, bo z całym szacunkiem nie zgadzam się z Tarniną.
Baron Samedi to nie jest generyczny psychopomp, który inkasuje ustawowego obola za usługę. To jest chciwy, lubieżny, szyderczy typ, który widząc, jak bardzo zależy Nekharonowi, rzuca mu absurdalną stawkę, dmuchając mu dymem z cygara w twarz. Nawet bym się spodziewał, że Nekharon, będąc wytrawnym szamanem (czy też ounganem
), właśnie będzie się targował! Z wyczuciem, żeby go nie obrazić, ale też żeby nie dać się ograć jak przedszkolak. Problem w tym, że nie mam pojęcia co to znaczy „sto dusz” dla Nekharona. Domyślam się tylko, że w tym momencie nie miał wyboru, przez co Baron Samedi go paskudnie wykorzystał, jak to ma w zwyczaju. Tylko, że ciężar tej stawki niestety nie wybrzmiewa tu szczególnie.
PS.
Samedi dolał rumu do swej czarki, by wypić go jednym haustem.
Skąd dolał? Nie zauważyłem butelki. Brakuje opisu, więc wyobraziłem sobie, jak wyciąga ją z barku Nekharona i się z nią rozkłada, kładąc na stole swoje podkute buciory…
Wypowiem się jednocześnie na temat tego opowiadania, jak i „Nie śmierci się lękam”, traktując je jako niewielkie fragmenty jakiejś większej całości. W tym ujęciu niedopowiedzenia mi nie przeszkadzają, a wręcz budzą ciekawość. Chętnie przeczytam kolejne opowiadanie z tymi bohaterami! Ten miks ludowej medycyny, poważnych dylematów etycznych i mistycyzmu Voudou kupuję w całości. Podoba mi się, jak główne postacie (Nekharon i Mbali) muszą sobie radzić z ciężarem swoich decyzji.
W obydwu opowiadaniach najciekawsze są dla mnie sceny rozmowy z duchami i tu też największy czuję niedosyt. Jak kojarzę Loa, to mają bardzo wyraziste charaktery i temperamenty, co już widać, ale chętnie bym podkręcił dynamikę tych spotkań, bo ich potencjał wydaje się znacznie większy.
Jak wygląda Papa Legba? Chcę go sobie wyobrazić, daj mi cokolwiek! Damballah został opatrzony encyklopedycznym opisem „strażnika porządku i tajemnic świata”. Kiedy Loko rusza nagle w stronę Mbali, to nie jest dobry moment, żeby się dowiedzieć, że ma „twarz opiekuna szamanów i strażnika pradawnej wiedzy”. A ja nawet nie muszę tego wiedzieć! Wszystko, czego potrzebuję, jest już w samej rozmowie. Za to czuję, że niewiele trzeba, aby scena była dużo bardziej wyrazista.
A co do języka, to zastanów się proszę, czy dosłowne tłumaczenie jest na pewno potrzebne. Ja uważam, że nie jest, wręcz psuje wrażenie, że uczestniczę w tajemniczym rytuale. Z jednej strony rozumiem, dlaczego Ci na tym zależy, ale ze swojej strony zapewniam, że miałbym satysfakcję, znajdując wśród nieznanych mi słów jakieś powtarzające się imiona albo pojęcia, próbując się domyślać co znaczą. Nawet bym więcej tu widział oryginalnych kreolskich nazw, np. ensiswatil albo gdyby Mbali określać jako manbo, nie jako szamankę, Nekharon byłby wtedy hmm… ounganem? Ale to już moje rozważania, nie przejmuj się nimi, tylko potraktuj jako dowód, że naprawdę się wciągnąłem w Twoje opowiadania!
Ha, właśnie natknąłem się na ten całkiem udany przekład. Tak się składa, że parę lat temu dokładnie to samo zadanie sobie postawiłem (a towarzyszył mi mój nieodżałowany biały kot), więc postanowiłem pochwalić się moim rezultatem, też uznałem, że po polsku tetrametr trocheiczny to dobry odpowiednik dla irlandzkiego deibhidhe.
Oto ja i Pangur Biały –
Każdy ma swe rytuały:
On uwielbia polowania,
Mój czas inna rzecz pochłania.
Do zaszczytów ja nie dążę,
Milsze mi czytanie książek;
Rad jest również Pangur Biały:
Bawi się jak dzieciak mały.
Czas upływa bez mozołu
W tym zaciszu nam pospołu;
Rozwijanie swych zdolności
Wiele sprawia nam radości.
Nieraz mysz po wielu trudach
W końcu zagryźć mu się uda,
Mi zaś – myśląc niestrudzenie –
Rozgryźć trudne zagadnienie.
On, szukając mysiej dziury,
Bystrym wzrokiem bada mury,
Ja zaś księgi swe studiuję,
Chociaż wzrok mój już się psuje.
Chodzi dumny niesłychanie,
Gdy się uda polowanie;
Gdy ogarnę coś rozumem,
Również wielką czuję dumę.
Takie nasze są zwyczaje,
Nie wadzimy sobie wzajem;
Każdy z nas ma swe zajęcie
I uprawia je zawzięcie.
W łowach mistrz to nad mistrzami
I całymi ćwiczy dniami,
Zaś spraw trudnych wyjaśnianie –
Oto moje jest zadanie.
Pozdrawiam!
To mój pierwszy komentarz na portalu, a zdecydowałem się na niego, bo akurat zgłębiam celtycką mitologię i jest to fantastyczny, przebogaty materiał, z którego można garściami czerpać. Myślę, że to Ci się udało. Dosyć prosta historia, ale solidnie skonstruowana i dobrze się czyta. Scena rozmowy z głową druida Cathbada to rewelacja! To jest właśnie ten specyficzny klimat staroirlandzkich mitów.
Jeden drobiazg: Cathbad i Manannán mówią, że kochankami byli Cú Chulainn i Fand. Wcześniej Tristan z Ysellą rozmawiają o historii, w której kochankami byli Cúchulainn i Emer. To niedopatrzenie, czy objaw tego, że opowieść „coraz bardziej się zniekształca”? W każdym razie jest to niejasne, podobnie jak brak konsekwencji w pisowni Cú Chulainn/Cúchulainn.
W „Serglige Con Culainn” kochanką Cú Chulainna była rzeczywiście Fand z Innego Świata (w dodatku żona Manannána), ale napój wypili Cú Chulainn i jego żona Emer, żeby zapomnieć o tym wybryku i pozostać zgodnym małżeństwem. Tak tylko wspominam, bo to niezła historia jest.
A w ocenie Tristana zgadzam się z bruce i Ysellą. Zresztą Cathbad i Manannán też mi nie wyglądają na zachwyconych jego historią. Powinien wypić ten napój w całości! Wtedy będzie jakaś szansa, że się w końcu ogarnie, zamiast ciągle wkurzać opata… 
Tytuł: Święty czas, święta ziemia
Znaki: 28k
Gatunek: dark fantasy / folk horror / coming-of-age
Tagi: dark fantasy, dramat, groza, 1-os, praca, śmierć, wieś
Dark fantasy o synu grabarza żyjącym na uboczu zamkniętej, wiejskiej społeczności. Pierwszoosobowa, sensoryczna narracja o rytuałach, pracy z ziemią i traumie.
Nie mam absolutnie żadnego doświadczenia, ale dużo serca włożyłem w ten tekst – każda beta będzie dla mnie na wagę złota. Chciałbym zobaczyć, co działa, a co kompletnie nie – bez litości!
Z góry dziękuję!