Bohaterem jest syn grabarza żyjący na uboczu zamkniętej, wiejskiej społeczności. Opowieść o rytuałach, pracy z ziemią, służbie i przeznaczeniu. Głównie o pracy z ziemią.
Ogromne podziękowania za pomoc dla Ambush i Marszawy.
Bohaterem jest syn grabarza żyjący na uboczu zamkniętej, wiejskiej społeczności. Opowieść o rytuałach, pracy z ziemią, służbie i przeznaczeniu. Głównie o pracy z ziemią.
Ogromne podziękowania za pomoc dla Ambush i Marszawy.
Szeretem a beteg rózsákat
Ady Endre, A Halál rokona
Zapowiadał się skwarny dzień. Szedłem z konwią do studni, kiedy minęła mnie Jana – obładowana gałązkami brzozy i lipy, z naręczem polnych kwiatów przyciśniętym do piersi.
– Jonas! Muszę lecieć do karczmy, mam ozdobić północną bramę! – wyrzuciła jednym tchem. – Przyjdziesz później?
Wzruszyłem ramionami. Spojrzałem wymownie w stronę podwórza, skąd dobiegał miarowy, cierpliwy odgłos szurania kamienia o metal.
– No weź… – ściszyła głos. – Będziesz się przejmował starym ponurakiem.
Co ona mogła wiedzieć. Podawała ludziom jedzenie i piwo, wszyscy ją lubili. A ja woziłem zwłoki. To są sprawy żywych, my służymy umarłym – tak zawsze mówił ojciec, tonem, jakby chciał mnie pocieszyć.
Zerknęła w tę samą stronę i mrugnęła do mnie porozumiewawczo:
– Mirella będzie.
To żadna nowina. Dziewczyny od guślarki zawsze brały udział w obrzędach. Nie miałem co się tam pokazywać. Wszyscy oprócz Mirelli będą mnie traktować jak zły omen.
No i złamałem Duranowi szczękę. Mieli dodatkowy powód, żeby mnie unikać. Odprowadzałem ją potem, gdzie tylko się dało, żeby nikomu nie przyszło do głowy znów podnieść na nią rękę. Miałem wrażenie, że to lubiła. Ale ostatnio nie miała czasu na spotkania. Pomyślałem, że może nie chce, żebym odstraszał od niej ludzi. Nie narzucałem się.
– Rozmawiałam z nią o tobie. – Moja siostra nie dawała za wygraną. – Powiesz coś w końcu?
– Muszę się różami zająć. – Pokazałem na konew. – Upał dziś będzie.
– Oj, Jonas… – Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale tylko westchnęła i pokręciła głową. Pobiegła do wsi.
* * *
Uklęknąłem. Owiał mnie gorzki, mulisty zapach kwiatów. Wymacałem korzenie, wcisnąłem palce w glebę. Była chłodna, jeszcze lekko wilgotna od rosy, i zbita.
Palce natknęły się na leżący na ziemi liść. Wyciągnąłem go i obejrzałem w słońcu. Czarne plamy.
Obejrzałem dokładnie cały krzak. Choroba nie przeniosła się jeszcze w górne partie, ale trzeba było działać szybko. Wstałem i poszedłem po wiklinowy kosz, rozglądając się przy okazji. Przesuwałem wzrokiem po krzewach czarnych róż. Ciągnęły się długimi, niskimi pasami, wijąc się od bramy świątynnej, okrążając stary grobowiec i biegnąc aż do kwatery topielców. Spojrzałem w niebo. Słońce nieubłaganie pięło się w górę.
Wyciągnąłem nóż. Z twarzą przy samej ziemi zacząłem wycinać pędy u samej nasady i wrzucać je do kosza. Krzew powoli się przerzedzał, wpuszczając słońce w gęstwinę.
Po pewnym czasie uznałem, że rosa już nie powinna się gromadzić. Obejrzałem wszystko jeszcze raz, łącznie z pąkami, które w jaskrawym świetle nabrały koloru zaschniętej krwi. Płatki były zdrowe, grube i mięsiste. Motyczką spulchniłem płytko glebę wokół korzeni. Ostrożnie przechyliłem konew, uważając, by nie zamoczyć liści, i patrzyłem, jak woda wsiąka w ziemię – akurat tyle, aby palące słońce nie wysuszyło jej na wiór; nie więcej.
Wziąłem kosz i podszedłem do kolejnego krzewu.
* * *
W buczynie unosił się zapach wilgotnego mchu i błota.
Chwyciłem rydel i wbiłem go w ziemię obok wystającego korzenia. Kopałem szerokim łukiem, odgarniając warstwy gliniastej, nasączonej wodą gleby. Ziemia ustępowała z oporem, pachniała pleśnią i mokrymi liśćmi. Uklęknąłem i odgarniałem ją rękami, odsłaniając przegniły, czarny korzeń. Przesunąłem po nim palcami; był miękki i śliski.
Chwyciłem nóż i ostrożnie wsunąłem go w szczelinę, delikatnie podważając. Fragment korzenia oderwał się z mokrym mlaśnięciem. Podałem go Mirelli. Nacięła korzeń wzdłuż nożykiem i zaczęła obierać jak cebulę, odsłaniając tłuste, grube na pół cala, kremowobiałe robaki. Drewnianą łyżką zgarniała je do dzieży wyścielonej liśćmi piołunu.
– Dużo ich potrzebujesz?
– Na jedną kroplę szarego mleka dwa tuziny larw opuchlaka – wyrecytowała, nie przerywając pracy. – A muszę przygotować pełną dawkę.
– A pełna dawka to ile?
Zastygła nagle. Rzuciła na mnie czujne spojrzenie.
– Przestań się tak dopytywać. Już za dużo ci powiedziałam.
– Ale ja…
– I nikomu ani słowa, bo mnie spalą na stosie.
Zamilkłem. Odgarniałem ziemię, żeby odsłonić boczne odgałęzienia.
– Kiedy się znowu zobaczymy?
– Jonas, nie wiem – westchnęła. – Będę zajęta.
Pokiwałem głową. Pracowaliśmy dalej, nic nie mówiąc. Po chwili spojrzała na mnie.
– Przepraszam. Wiem, że potrafisz milczeć – powiedziała i zawiesiła głos. – Jak grób.
Uśmiechnąłem się.
* * *
Ukłucie bólu wyrwało mnie ze wspomnień. Ostrożnie wyjąłem kolec, który wbił mi się w dłoń. Czarne róże mają kolce niczym kocie pazury. Otarłem pot z czoła. Słońce chyliło się ku zachodowi, ale wciąż grzało niemiłosiernie. Wyprostowałem się i rozejrzałem. Zostało jeszcze kilkanaście krzewów. Rozciągnąłem ramiona i zabrałem się z powrotem do pracy.
Kiedy skończyłem, chwyciłem kosz i ruszyłem na podwórze, skąd cały czas dobiegał odgłos ostrzenia narzędzi. Ojciec pochylał się nad rydlem – nawet nie podniósł na mnie wzroku. W skupieniu prowadził kamień po krawędzi. Po chwili przerwał, żeby sprawdzić ostrze paznokciem. Obrócił rydel i zaczął miarowo przesuwać osełkę po drugiej stronie.
– Czerń zaczęła chwytać – zameldowałem. – Wyciąłem wszystko, pójdę spalić.
Nie przerywając, ledwie skinął głową. Palenisko za szopą było otoczone dużymi, poczerniałymi kamieniami. Odgarnąłem popiół stopą, odsłaniając suchą ziemię w dole, i ułożyłem rozpałkę. Uderzałem krzesiwem o kamień, patrząc, jak deszcz iskier sypie się na suchy mech, aż ten zatlił się cichym syknięciem. Rozdmuchałem ogień – błyskawicznie się rozniósł, żar zaczął bić mi w twarz.
Pędy układałem na krzyż, warstwami, żeby ogień dobrze je objął. Łodygi skręcały się z trzaskiem, a pokryte czarnymi plamami liście zwijały się, uwalniając kłęby sinego dymu.
Kiedy stos osiadł, rozgarnąłem go kijem. Dopilnowałem, żeby wszystko się wypaliło. W cieniu szopy stała beczka pełna wody; nabrałem do czerpaka, rozlałem na popiół. Zasyczało, buchnęło ciężkim obłokiem pary.
Zdałem sobie sprawę, że jestem cały zlany potem, a ciało mam rozpalone po długim dniu pracy w pełnym słońcu. Ściągnąłem koszulę, nabrałem wody do czerpaka i wylałem na siebie.
Moje ciało zapłonęło piekącym bólem. Woda była przeszywająco lodowata. Nie mogłem złapać tchu; szczęki zacisnęły się jak imadło. Przez chwilę nie czułem nic oprócz przeraźliwego zimna. Zaraz potem przyszła niespodziewana ulga; całe napięcie odpłynęło z mojego ciała. Jakbym się wyrwał z głębokiego snu.
Ze wsi zaczął się ciągnąć odgłos dzwonów. Obrzędy.
Poczułem, że chcę tam iść.
Ubrałem się i podszedłem do ojca. Wciąż ostrzył rydel.
– Ubijak trzeba naprawić – rzucił, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
– Już to zrobiłem.
– Żywicą i smołą, widziałem. To nic nie da. Pęknie przy pierwszym uderzeniu.
– Teraz mam to zrobić? Chciałem…
– Ubijak – przerwał mi – będzie potrzebny. Czuję to.
Z ojcem nie było dyskusji. Te jego przeczucia. Zawsze tak robił. Przez chwilę się wahałem, stojąc bez ruchu. W końcu westchnąłem, poszedłem do szopy i zacząłem szukać dłuta.
Po chwili ojciec zawołał mnie po imieniu. Co znowu? – pomyślałem zirytowany. Wyszedłem i serce zabiło mi gwałtownie.
Mirella.
Stała na skraju podwórza, w kwietnym wianku na głowie. Podeszła z uśmiechem i wręczyła mi kawałek placka. Zaskoczony spojrzałem na ojca. Oderwał wzrok od rydla i obrzucił nas wzrokiem. Obok niego, na ławie, leżał drugi kawałek.
– Dziś święto – powiedział. – Idź.
Nie wierzyłem własnym uszom. Mirella ujęła mnie za rękę.
Poszedłem.
* * *
Pierwszy kęs wypełnił mi usta. Przeżuwałem łapczywie. Placek smakował wędzonym miodem i ziołami.
Spojrzała na mnie. Zrobiła głęboki wdech.
– Jonas, udało się – wyszeptała, nie kryjąc uśmiechu. – U-da-ło się! – przeciągnęła, akcentując każdą sylabę.
Nagle zaczęła skakać na palcach.
– Udało się! Udało się!
Patrzyłem na nią oniemiały. Podbiegła kilka kroków, zakręciła się w kółko, po czym odwróciła i zaczęła mówić, idąc tyłem:
– Jestem gotowa! Tak powiedziała Starsza Matka. Że jestem gotowa.
Teraz szła przodem, pół kroku przede mną.
– Że jestem godna zostać Córką Danu.
Znowu się odwróciła. Chwyciła mnie za rękaw i podskoczyła raz i drugi, aż wianek przekrzywił się na głowie.
– Słyszysz? Będę Córką Danu!
Poprawiła wianek.
– Znam już wszystkie pieśni. Opanowałam receptury.
Położyła ręce na biodrach, wypinając pierś i uśmiechając się szeroko.
– Bezbłędnie!
Szła przede mną skocznym krokiem. Przełknąłem ostatni kawałek.
– Cieszę się – powiedziałem.
Zatrzymała się i odwróciła do mnie. Spoważniała.
– Jonasie… Nie podziękowałam ci jeszcze.
Podeszła bliżej i położyła dłoń na moim ramieniu.
– Tyle dla mnie zrobiłeś. Jestem ci wdzięczna, naprawdę.
– Ja to… – zająknąłem się – zawsze ci chętnie pomogę.
Uśmiechnęła się, przekrzywiając głowę.
– Wiem. Dziękuję.
Ruszyła pierwsza. Po kilku krokach nagle skręciła w stronę lasu.
– Nie idziemy do wsi?
– Jest jeszcze jeden warunek – odparła. – Każda Córka Danu musi go spełnić.
– Mogę pomóc?
– No przecież dlatego po ciebie przyszłam.
– Jaki to warunek?
– Powiem ci, jak dojdziemy na miejsce.
Zawahałem się.
– Może powinienem wziąć jakieś narzędzia?
Zachichotała, jakbym powiedział coś bardzo zabawnego.
– Mamy wszystko, co potrzebne.
Weszła między drzewa, nie oglądając się, czy idę za nią.
* * *
Las był niezwykle gęsty, wypełniony balsamiczną wonią. Szliśmy już bardzo długo. Nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy. Za to Mirella orientowała się doskonale; skręciła nagle w jakąś znaną sobie ścieżkę i straciłem ją z oczu. Stopy grzęzły w miękkim poszyciu, wciąż się wplątywałem w leszczynę, a gałęzie olchy chłostały mnie po twarzy. Zamajaczyła mi w ciemnej gęstwinie, pospieszyłem za nią.
Zamrugałem. Wyszliśmy na otwartą przestrzeń.
Przede mną rozpościerała się spowita świetlistą mgłą polana, na samym środku tkwił ogromny pionowy głaz. Zobaczyłem Mirellę idącą w jego kierunku; sylwetka malała z każdym krokiem. Gdy stanęła u stóp kamienia, wyglądała jak małe dziecko obok prastarego dębu. Szedłem, nie odrywając wzroku, zadzierając głowę coraz wyżej, aż stanąłem obok niej.
– Gdzie my jesteśmy?
– To Nemeton. Święta polana.
Położyłem dłoń na chłodnej, omszałej skale.
– Kiedyś przychodzili tu druidzi.
Przesuwając palcami, wyczułem pod mchem ledwo widoczne, regularne wyżłobienia.
– A wcześniej sidhe. To ich symbole.
Rozejrzałem się wokół. Widziałem niezwykle ostro; rozróżniałem pojedyncze źdźbła w jaskrawo zielonej trawie. Podniosłem wzrok. Nad koronami drzew niebo jarzyło się intensywną czerwienią, która płynnie przechodziła w złoto dojrzałej pszenicy, by wyżej stężeć w ciemny, głęboki błękit. Na jego tle zamigotały pierwsze gwiazdy.
Mirella stała przede mną w milczeniu. Gdy spojrzałem na nią, powiedziała:
– Jesteśmy na miejscu.
– Powiesz mi teraz, co musisz zrobić?
– Tak.
Patrzyła na mnie z poważną miną. Wzięła głęboki oddech i oświadczyła uroczyście:
– Muszę urodzić dziecko. Poczęte w święty czas, na świętej ziemi.
Sens tych słów docierał do mnie w zwolnionym tempie. Zamrugałem.
– Co… co powiedziałaś?
Wybuchła śmiechem. Aż zgięła się wpół, trzymając się za brzuch.
– Wiedziałam! – zdołała wydusić z siebie i znów nią zawładnął niepohamowany chichot. Dłuższą chwilę usiłowała złapać oddech.
– Nie mogłam się doczekać, kiedy ci to powiem! Twoja mina! – wciąż się zanosiła śmiechem.
Żartuje sobie. Dotarło do mnie, że stałem z rozdziawionymi ustami. Zamknąłem je pospiesznie.
Urwała nagle. Wyprostowała się, patrząc mi w twarz. Coś w jej spojrzeniu złagodniało.
– Jonas… – powiedziała cicho. Podeszła bliżej. – Chciałbyś…?
Przełknąłem ślinę. To w ogóle nie był żart.
Powoli skinąłem głową.
Jej twarz rozpromieniła się w szerokim uśmiechu. Zerwała wianek z głowy, zakręciła się w miejscu i cisnęła nim z całej siły. Wianek poszybował, wirując w powietrzu, i zniknął między drzewami.
Patrzyliśmy na siebie, oddychając głęboko, w jednym rytmie.
Zaczęła rozplatać warkocz.
* * *
Gdy wracaliśmy, w sosnowym borze zaczynał szarzeć świt. Tuż przed nami, wprost z igliwia, wzbiła się w powietrze lerka.
Stanęliśmy w miejscu, podążając za nią wzrokiem. Zniknęła w szarówce między pniami, a nad nami zaczęły rytmicznie rozbrzmiewać jej drobne, drżące trele. Krążyła między koronami sosen, a jej śpiew niósł się po całym borze. Długa, łagodna melodia wznosiła się delikatnie, przerywana krótkimi, bulgoczącymi frazami, i opadała do niskich, miękkich tonów.
Mirella położyła głowę na moim ramieniu. Objąłem ją mocniej. Zapach jej włosów zmieszał się z aromatem żywicy i pokrytych rosą igieł.
Melodia falowała nad budzącym się do życia lasem, na przemian oddalając się i przybliżając. Lerka śpiewała coraz spokojniej, z coraz dłuższymi pauzami, aż jej głos zamienił się w pojedyncze, przeciągłe ćwierkanie. Ostatni świergot zawibrował delikatnie i ucichł.
Poczułem, jak jej ramię nagle drgnęło pod moją dłonią. Spojrzałem na nią pytająco.
– Nie słychać bębnów – powiedziała, marszcząc brwi.
Miała rację. Wieś była już nieopodal. Nie było słychać bębnów, piszczałek, śpiewów, nic. Tylko szum lasu, brzęczenie owadów, raz na jakiś czas z podszytu odezwała się sikorka albo zagwizdał kos.
Pojedynczy trzask, jakby coś ciężkiego uderzyło w pień drzewa. Nasze ciała drgnęły jednocześnie.
Kolejny. Głośniej. Bliżej.
Cały las zaszumiał gwałtownie od trzepotu ptaków zrywających się do lotu; zewsząd rozlegały się ich krótkie, ostrzegawcze gwizdy.
Cisza.
Potężny łoskot pękającego drzewa. Ziemia zadudniła, zaczęła drgać w nierównym rytmie. Głuchy, chaotyczny tętent niósł się po ściółce niczym uderzenia wielkiego młota. Coraz bliżej. Coś potężnego biegło wprost na nas. Ciemny kształt zamajaczył między drzewami.
Wysunąłem się przed nią, chciałem krzyknąć, żeby uciekała, ale jej dłoń zakryła mi usta. Przylgnęła całym ciałem. Drugą ręką objęła mnie w pasie. Ścisnęła mocno. Zamarliśmy w bezruchu, wstrzymując oddech.
Jakieś zwierzę, pomyślałem. Niedźwiedź? Nie przypominał niedźwiedzia. Sylwetka zbyt wysoka w barkach. Poruszał się dziwacznie, bezładnie. Wyskoczył do przodu, ale rzuciło nim w bok. Zatrzeszczało potężnie, gdy uderzył w pień sosny. Odbił się, opadł na przednią kończynę, aby złapać równowagę.
Wtedy zobaczyłem.
Rozcapierzone palce wbiły się w igliwie.
Ręka. Potężna.
Stwór miał ludzki tułów. Ale nie przypominał człowieka.
Wytracił impet. Uniósł trójrogi łeb i ryknął nieludzko. Krew ciekła obficie z pyska i rozdętych nozdrzy.
Sprężył się do kolejnego skoku. Wybił się z jednej nogi, drugą miał podwiniętą. Rzucił się prosto w naszym kierunku. Czułem, że serce Mirelli wali jak oszalałe.
Głowa poleciała mu w dół, zamiatając powietrze potężnymi rogami. Stracił równowagę i zarył barkiem, wydając z siebie zdławiony, charczący jęk. Zad runął na ziemię. Oparł się na drżących rękach. Krew kapała ciężko, zostawiając ciemne plamy na igliwiu. Uniósł pysk, rozglądał się dokoła, węsząc chrapliwie. Nagle wytrzeszczył ślepia prosto na nas.
Zaczął przeciągle rzęzić. Dygocząc, usiłował się jeszcze unieść. Krew bryzgnęła mu z nozdrzy. Cielsko szarpnęło się w konwulsji, rogaty łeb opadł z plaśnięciem.
Znieruchomiał.
Mirella zrobiła gwałtowny wdech. Jeszcze przez dłuższą chwilę staliśmy tak bez ruchu. Jej uścisk powoli zelżał.
Spojrzeliśmy na siebie.
– O matko… Co to… Co to jest? – spytała drżącym szeptem.
Wiedziałem, co to jest. Z opowieści ojca. Które usłyszał od swojego ojca. Jako chłopiec uwielbiałem słuchać o potworach, z którymi walczyli nasi przodkowie.
– Tarwos – powiedziałem.
Podszedłem do cielska. Uderzył mnie dławiący smród, aż cofnąłem się o krok, wstrzymując oddech.
Leżał na boku, zapadnięty w igliwie, cały umazany krwią. Był ogromny. Wodziłem wzrokiem po jego ciele.
Przyjrzałem się nienaturalnie podwiniętej nodze. Sierść powyżej masywnej, rozszczepionej racicy była zlepiona krwią. Zauważyłem głęboką ranę na pęcinie; ścięgno zostało przecięte równo, do kości.
Stopą odchyliłem mu łeb. Zobaczyłem śmiertelną ranę. Tuż nad obojczykiem, czyste, głębokie pchnięcie szerokim ostrzem. Lekko zakrzywionym pośrodku.
To była rana zadana rydlem.
Obróciłem się gwałtownie.
– Mirella…
Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, zakrywając usta dłońmi.
– Tarwos nigdy nie atakuje samotnie.
Spojrzeliśmy jednocześnie w kierunku, skąd przybiegła bestia. W kierunku wsi.
Ruszyliśmy co tchu.
* * *
Wschodnia brama była otwarta na oścież.
Przed nią stało trzech mężczyzn. Najstarszy z nich, oparty na myśliwskiej włóczni, zerknął w naszą stronę i po chwili odwrócił wzrok. Drugi miał widły, trzeci siekierę. Narzędzia trzymali nisko, patrzyli tępo w przestrzeń.
Minęliśmy ich bez słowa. Na ulicy, pod ścianą budynku ktoś leżał, przyciskając dłonie do brzucha. Kobieta klęczała nad nim, coś do niego mówiła. Mirella pospieszyła do nich.
Ubita ziemia była sucha i spękana, pokryta smugami krwi, która tu i ówdzie zbierała się w zagłębieniach. W miejscu, gdzie zebrało się jej najwięcej, była rozmazana szerokim wachlarzem. Wymieszana z kurzem, zestaliła się w cienką, szklistą skorupę, która pod butem rozpadła się z trzaskiem. Znów uderzył mnie ten dławiący, nieporównywalny z niczym, smród. Dostrzegłem głęboki odcisk rozszczepionej racicy, obok rozciągnięty ślad dłoni.
Po prawej stronie zobaczyłem szeroką wyrwę w płocie. Wyłamane sztachety, wyprute żerdzie, do których przykleiły się ciemne strzępki sierści. Zajrzałem do środka. Grządki kapusty były rozorane i stratowane. Ruszyłem na przełaj po rozkopanych redlinach.
Przeszedłem po leżącej płasko, wyrwanej z zawiasów furtce. Krew ciemniała w słojach drewna, kleiła się do butów. Szeroka smuga na klepisku prowadziła do rozerwanej leszczynowej plecionki w opłotku. Za nią zobaczyłem rozbity dach przewróconego kurnika.
Patrzyłem w dół. Wśród ptasich odchodów szukałem plam krwi, do których kleiło się fruwające wszędzie pierze. Minąłem kobietę, która klęczała na ziemi i trzymała szarpiącą się, skrzeczącą rozpaczliwie kurę.
Doszedłem do zapadniętej pryzmy kompostu wymieszanego z gnojówką. Przez swojski, kwaśny zapach przebijał mdlący odór juchy tarwosa. Wyrwa w ogrodzeniu prowadziła na kolejne podwórze.
– Jonas! Jesteś! – Od strony placu dobiegł do mnie głos Jany. – Widziałeś tatę? Mówili, że tędy go gonił ten największy, z rogami.
Szerokie rozbryzgi krwi wyraźnie się odznaczały na rozrzuconych szczapach. Szedłem dalej po śladach wiodących między stosami polan, aż za drewutnię. Tam go znalazłem.
Leżał na wznak, przygwożdżony do ziemi olbrzymim toporem wbitym głęboko w pierś. Twarz miał zalaną spienioną juchą, rozlaną wokół szerokim półksiężycem. W dłoni wciąż ściskał trzonek rydla.
– Gdzie byłeś? My się w spichlerzu ukryliśmy – Jana podchodziła coraz bliżej. – Usłyszałam, jak tata mnie woła. Potem z nimi walczyli… Ale jak uciekły, to go już nie było.
Stałem bez ruchu i patrzyłem.
Tarwos powalił go na ziemię. Ujął topór oburącz. Wziął zamach z wyskoku. Ciężar topora pociągnął go do przodu. Rydel był ostry jak brzytwa. Ojciec w ostatniej chwili precyzyjnie go ustawił. Bestia sama się na niego nadziała.
– Słyszysz mnie w ogóle? Co się… – Nagle urwała.
Zaczęła krzyczeć.
* * *
Dwa uchwyty. Kilka pozbijanych desek. Dwa koła.
Pcham wózek przed sobą.
* * *
Stoję nad nim. Stopy po obu stronach. Topór tkwi głęboko w piersi. Trzonek sterczy ukośnie. Chwytam oburącz.
Jana szarpie mnie za rękaw. Cała się trzęsie. Usta szeroko otwarte.
Topór nie chce wyjść. Ruszam trzonkiem w bok. Raz w jedną stronę, raz w drugą. Ciało rusza się razem z nim. Głowa kołysze się na boki.
Jana bije mnie pięściami. W ramiona. W plecy.
Przytrzymuję ramię stopą. Ciągnę gwałtownie za trzonek. Ciało podskakuje i opada.
Topór wyszedł. Odrzucam go na bok.
Jana dygocze. Osuwa się na kolana.
Kucam. Jedna ręka pod karkiem, druga pod kolanami. Podnoszę.
Ładuję ciało na wózek.
Pcham wózek przed sobą.
* * *
Świątynia. Główna sala. Katafalk przed ołtarzem. Kładę na nim ciało.
* * *
Zagajnik za wsią. Stłumiony krzyk. Głos Durana:
– Było się wtrącać? Przewróciła się niezdara i tyle.
Kaspar trzyma Mirellę za włosy. Duran uderza pięścią w brzuch.
Biegnę. Jeden cios. Duran leży na ziemi. Kaspar ucieka.
* * *
– Złamałeś mu szczękę. Chwyć go za kark, o tak, i trzymaj mocno. – Pokazuje.
Klęczę obok głowy Durana. Trzymam z całej siły.
Mirella chwyta go pod brodą. Wkłada kciuki do ust. Szarpie gwałtownie. Wyciąga maść. Smaruje. Robi opatrunek z dwóch chust. Zaciska mocno.
Wstaje. Wyciera ręce w fartuch.
– Chodź, pokażemy go Klarze. W końcu przestanie się bać.
* * *
Ojciec przy ogrodzeniu. Patrzy na wózek.
– To są sprawy żywych.
Na wózku leży Duran. Jęczy.
– My służymy umarłym.
Ojciec odwraca się. Naprawia ogrodzenie.
Mirella utyka. Milczy.
* * *
Ludzie schodzą mi z drogi. Koła toczą się po ubitej ziemi.
Żona Durana. Purpurowa pręga na skroni. Patrzy na wózek.
– Przewrócił się niezdara – mówi Mirella.
Odwracają wzrok.
* * *
Kaspar leży pod południową bramą. Nie zdążył jej zamknąć. Wszędzie ślady wielkich ptasich stóp.
Ładuję ciało na wózek.
* * *
Ciało z odrąbaną głową. Do przedramienia przymocowany bębenek.
Obok siedzi Mikel. Rozerwane dudy, połamane piszczałki. Nie rusza się. Patrzy. Drży.
Ściągam bębenek.
Głowa leży kilka kroków dalej. Kładę ją obok ciała.
* * *
Plac we wsi. Wygaszone ognisko. Ziemia cała we krwi.
Pcham wózek przed sobą.
Wymijam rannych. To są sprawy żywych.
Drzwi spichlerza. Ciało potwora. Długi, ostry dziób. Ludzki tułów przebity widłami. W dłoni włócznia z kamiennym grotem. Czarne pióra. Żółte stopy. Trzy szpony do przodu, jeden do tyłu.
Wiem, co to jest. Garan.
Falko leży na boku. Druga włócznia sterczy między łopatkami. Chwytam za trzonek. Ciągnę. Odrzucam.
* * *
Nad dziewczynką klęczy kobieta. Głaszcze ją po włosach, coś mówi. Dziewczynka leży bezwładnie. Lniana sukienka cała we krwi.
Odsuwam kobietę.
Ładuję ciało na wózek.
* * *
Ulica przy wschodniej bramie.
Mirella. Kładzie mi rękę na piersi. Wskazuje pod ścianę.
Podnoszę ciało. Kładę na wózku.
Mirella trzyma mnie za ramię. Usta się ruszają. Łzy na policzkach.
Pcham wózek przed sobą.
* * *
Ciemność. Koła toczą się po kamiennej podłodze. Kładę ciało obok innych.
* * *
– Posłuchaj mnie, Jonasie. – Ojciec Baltazar patrzy nad moją głową. – Jakob odszedł do domu przodków. Teraz przejmiesz wszystkie jego obowiązki. Czy wiesz, co to oznacza?
Nie wiem. Powoli kiwam głową.
– Sprawy żywych nie należą do twoich obowiązków. Będziesz służył umarłym. Muszę wiedzieć, że to rozumiesz.
Czeka. Ponownie kiwam głową.
– Dobrze. Czy jesteś gotowy, by pełnić posługę strażnika umarłych?
Nie. Po raz trzeci kiwam głową.
– Doskonale. Nie zabieram ci już czasu. Masz przed sobą dużo pracy. Za trzy dni przybędę ze skrybą, odbiorę od ciebie przysięgę.
Oddala się.
* * *
Podchodzi Mirella. Głaszcze mnie po policzku. Przytula. Ściska mocno. Długo. Chcę odwzajemnić uścisk. Stoję bez ruchu.
– Zajmę się Janą – szepcze do ucha.
Podchodzi do mojej siostry. Jana patrzy na mnie. Usta ma wykrzywione. Dolna warga drży.
Mirella ją obejmuje. Wychodzą ze świątyni.
Jesteśmy sami.
Patrzę na niego po raz ostatni. Zaczynam zaszywać całun.
* * *
Pamiętam matkę. Pamiętam jej zapach. Zmarła, gdy miałem cztery lata, po urodzeniu Jany. Będzie leżał obok niej.
Zacząłem rydlem przecinać darń wzdłuż sznurka rozpiętego na wbitych w ziemię kołkach. Nazywał to otwieraniem ziemi. Wycinałem płaty darni na szerokość stopy, ostrożnie je podważałem i przenosiłem w zacienione miejsce. Znów zapowiadał się upał, więc każdy z nich zraszałem lekko wodą, a cały stos przykryłem płótnem. Kiedy będę je na powrót układał, darń musi być wciąż wilgotna, wtedy się dobrze zasklepi i ziemia się zamknie.
Najbardziej lubię tę czarną ziemię z wierzchu, tuż pod darnią. Ma świeży, leśny, lekko słodkawy zapach. Jest miękka i grudkowata, kruszy się w palcach. Można ją łatwo wybrać szpadlem.
Głębiej ziemia szarzeje, robi się zbita i kleista. Coraz częściej wymaga rydla, ale szpadel był wyjątkowo dobrze naostrzony, wchodził w nią jak w masło. Rydla używałem tylko po to, żeby wyrównać ściany. Powinny być idealnie pionowe.
Pierwsze dwie stopy wybrałem szybko. Potem zaczęła się glina. Odłożyłem szpadel, już się nie przyda. Wszedłem do środka, zacząłem kopać rydlem. Trafiłem na korzeń. Odsłoniłem go, był gruby na dwa cale. Wystarczyło kilka uderzeń rydla, żeby go porządnie naciąć. Podważyłem go łomem, puścił szybko. Została po nim dziura w ścianie; wypełniłem ją gliną i wyrównałem.
Słońce mocno grzało, ale wewnątrz grobu panował chłód. Praca szła teraz mozolnie, ziemia stawiała coraz większy opór. Nie było miejsca na zamach, więc stopniowo kruszyłem glinę, wybierałem, unosiłem rydel, żeby ją wysypać na wał rosnący obok grobu, wyrównywałem ściany.
Nagle coś głucho stuknęło, aż zadrżało stylisko. Zacząłem pomału zbierać glinę krawędzią rydla, aż ukazał się kamień. Obmacałem dłonią dokoła. Spory. Wybierałem glinę wokół, najpierw rydlem, potem rękami. Odsłoniłem boki, zacząłem wygrzebywać glebę spod kamienia.
Chwyciłem łom, wsunąłem pod krawędź. Naparłem biodrami. Kamień ani drgnął.
Wziąłem rydel, zacząłem podkopywać głębiej. Odłożyłem rydel, chwyciłem łom, wbiłem głęboko pod kamieniem, poruszałem nim gwałtownie, żeby rozkruszyć glinę, zacząłem wybierać ją od spodu. Wsunąłem łom głęboko, zaparłem nogami o ścianę, zacząłem ciągnąć.
Kamień ani drgnął.
Wybrałem glinę głęboko po obu stronach. Wbiłem łom pod kamień z drugiej strony, pod innym kątem. Naparłem z całej siły. Ześlizgnął się gwałtownie i uderzył mnie w piszczel. Jęknąłem z bólu.
Waliłem na oślep, w kamień, w ściany; bryłki gliny uderzały mnie w twarz. Krzyczałem. Cisnąłem z zamachu łomem, odbił się z metalicznym brzękiem od kamienia i upadł na ziemię.
Przykucnąłem. Wsunąłem dłonie pod kamień. Spiąłem brzuch. Napiąłem plecy do granic możliwości. Zacząłem ciągnąć z nóg i bioder. Wrzeszczałem bez przerwy ile sił w płucach.
Kamień drgnął.
Gniazdo puściło z mokrym odgłosem. Wziąłem głęboki oddech. Zacząłem przewalać kamień po dnie grobu, przesuwać krótkimi szarpnięciami. Oparłem o skarpę.
Zaparłem się plecami, ciągnąłem rękami, pchałem nogami, unosiłem kamień cal po calu, naparłem ramieniem. Kamień wysunął się ponad krawędź i wypadł na powierzchnię.
Osunąłem się plecami po ścianie grobu. Ręce i nogi dygotały, nie byłem w stanie się podnieść. Zamknąłem oczy i tak leżałem, ciężko dysząc.
Ciało Raimona rozorane pazurami.
Ciało młodziutkiej Leny.
Ciało Falka z dziurą ziejącą w klatce piersiowej.
Ciało garana przebite widłami.
Ciało Arnauta z odrąbaną głową.
Ciało Kaspara z wydziobanym okiem.
Ciało ojca przygwożdżone toporem. Twarz zalana spienioną krwią.
Ciało tarwosa wykrwawione w sosnowym igliwiu.
Ciało Mirelli w jaskrawo zielonej trawie. Jej rozchylone usta, jej wyprężona szyja, jej nagie ramiona. Jej piersi. Medalion między nimi jaśnieje księżycowym blaskiem.
Ciepło jej warg na moich wargach. Dotyk jej dłoni na moim ciele.
Moje ciało.
Otworzyłem oczy. Moje ciało drżało na zimnej glinie. Wygramoliłem się z grobu. Leżałem na plecach. Wdychałem słodki zapach ziemi. Wdychałem gorzki zapach róż. Słońce ogrzewało mi twarz.
Stanąłem na trzęsących się nogach. Poszedłem do świątyni. Chwyciłem całun i przeciągnąłem ojca z katafalku na wózek. Powoli nadjechałem nad krawędź grobu. Podklinowałem koła.
Wsunąłem do grobu deskę, oparłem z jednej strony o dno, z drugiej o brzeg. Przechyliłem wózek, trzymając całun, powoli zsunąłem ciało na dno grobu. Ostrożnie wysunąłem spod niego deskę.
Odstawiłem wózek. Chwyciłem łopatę. Była osadzona na nowym, jesionowym stylisku. Drewno było wygładzone i pokryte bejcą.
Chwiejąc się, wbiłem łopatę w wał pokruszonej gliny i zacząłem zasypywać grób. Całun znikał pod warstwą szarych, lepkich grudek. Marzyłem już tylko o tym, żeby to się skończyło. Żeby w końcu ziemia zamknęła się nad nim.
Usypałem pierwszą warstwę, na wysokość stopy. Zabrałem się za jej ubijanie.
Przy pierwszym uderzeniu ubijak pękł na pół.
Nie ma się do czego przyczepić. Dobry tekst. Podobało mi się, choć fantasy to nie do końca mój klimat. Ale sugestywny styl i w ogóle sposób opowiadania tej historii robi robotę. Trochę się zgubiłem przy tej retrospekcji o matce – gdzie się ona kończy, ale drugie spojrzenie na ten fragment i wszystko ok.
Pozdrawiam!
Bardzo podoba mi się wykorzystanie zapachów. Opowiadanie od razu robi się bardziej lepkie, dające się bardziej poczuć. Ciekawie prowadzisz dialogi. Nie tłumaczą bezpośrednio wszystkiego.
To co z czasem zaczęło mi przeszkadzać, to nadmiar określeń. Niemal wszystko musi być jakieś. A nie zawsze jest to potrzebne.
Dla przykładu:
Moje ciało zapłonęło piekącym bólem. Woda była przeszywająco lodowata. Nie mogłem złapać tchu; szczęki zacisnęły się jak imadło. Przez chwilę nie czułem nic oprócz przeraźliwego zimna. Zaraz potem przyszła niespodziewana ulga
W mojej ocenie “piekącym”, “przeszywająco”, “przeraźliwego” można wyciąć, a w odbiorze i tak nie tracisz charakteru odczucia.
Tutaj:
Po chwili ojciec zawołał mnie po imieniu. Co znowu? – pomyślałem zirytowany.
Usunąłbym "po chwili"(powtórzenie) i "po imieniu"(moim zdaniem niepotrzebnie wydłuża tekst)
Świetnie ukazałeś emocje, które żywi Jonas do Mirelli. Mimo, że niewiele o nich jest napisane, to od samego początku wiadomo, co on do niej czuje. Dzięki temu scena, której nie opisujesz, a dzieje się w głowie czytelnika gdzieś pomiędzy : "Zaczęła rozplatać warkocz" a "Gdy wracaliśmy…" wybrzmiewa lepiej niż gdyby była opisana.
Później to co stało się z tarwosem odbieram jakoby szamotał się od zadanych ran.
Niestety, to co dzieje się później w tekście jest dla mnie bardzo niezrozumiałe. Zaczynając od ciała z toporem (przydałoby się jaśniejsze określenie, że to jest ciało ojca, bo dopiero pod koniec staje się to jasne, a tutaj mi to przeszkadza w odbiorze).
Później nie odpowiadają mi te urwane fragmenty. Rozumiem, że to są retrospekcje, ale kompletnie nie wiem, o co w nich chodzi. Czytając to czuję tylko jedno: wszystko dzieje się szybko, ale właściwie to nie wiem, co się dzieje.
Na koniec opisujesz ciała po kolei i wychodzi na to, że Mirella nie żyje, albo Jonas tylko ma takie urojenie… W każdym razie pogubiłem się w tym.
Hmmm… Mniej więcej do połowy tekst bardzo mi się podobał, ale to co dzieje się później, sprawia, że go nie rozumiem i wręcz czuję irytację z tego powodu. Może to swego rodzaju zabieg artystyczny, ale mnie on przeszkadza. Jedno nie ulega jednak wątpliwości: początek jest bardzo przyjemny, klimatyczny i lepki.
Hej!
Cieszę się, że opowiadanie odpoczęło i wypełzło na świat! :D
Ma klimat, ciekawych bohaterów i intrygującą historię o przeznaczeniu. Przeczytałam z przyjemnością!
Cieszę się, że mogłam się przydać podczas bety. Choć wcale nie musiałam wiele marudzić. :)
Klikam do biblioteki!
Pozdrawiam serdecznie!
Podążaj za białym królikiem.
Grześku_W, dziękuję za przeczytanie i pozytywny komentarz! Skoro fantasy to nie Twój klimat, to tym bardziej mnie cieszy. Pozdrawiam!
Bardzo podoba mi się wykorzystanie zapachów. Opowiadanie od razu robi się bardziej lepkie, dające się bardziej poczuć. Ciekawie prowadzisz dialogi. Nie tłumaczą bezpośrednio wszystkiego.
jfrydr, dziękuję za przeczytanie, konkretne uwagi oraz (cytując Tarninę) rozwijające doświadczenie wielkiej dziury między tym, co chciałem napisać, a tym, co czytelnik odczytał. Cieszy mnie niezmiernie twoje użycie słowa „lepki” – to znaczy, że w pierwszej części styl i narracja zadziałały tak, jak tego oczekiwałem. Co do uwag, to potrzebuję trochę czasu, żeby wszystko przemyśleć. Teraz zaś mogę spróbować wytłumaczyć, o co mi chodziło.
Jonas nie rozumie swoich emocji, nie potrafi ich nazwać, reguluje je przez rytuał, jakim jest dla niego fizyczna praca z ziemią. Jest nadwrażliwy sensorycznie, bez przerwy rejestruje zmysłowe wrażenia, dla niego wszystko jest jakieś. (Aczkolwiek zdarzyło mi się też wstawiać określenia bardziej po to, by utrzymać rytm, no i fajnie mi brzmiały.)
Zdawałem sobie sprawę, że pisanie na granicy dezorientacji czytelnika to ryzykowna decyzja. No cóż, nadszedł czas próby.
czuję tylko jedno: wszystko dzieje się szybko, ale właściwie to nie wiem, co się dzieje.
Hmm… najgorsze jest to, że o to mi właściwie chodziło. Ta zmiana narracji miała oddać dysocjację okołotraumatyczną. (Zaglądam w notatki) Dezorientacja. Depersonalizacja. Derealizacja. Fragmentaryzacja pamięci i percepcji. Zaburzone poczucie czasu. Automatyzm ruchów.
Jonas został wytrącony ze swojego ciała, stąd kompletny brak sensorycznych określeń. W tym stanie mógł wykonywać tylko motorycznie wyuczone rutynowe czynności: ładowanie ciał, pchanie wózka, potakiwanie, kopanie grobu. Przy czym kopanie grobu go na powrót uziemiło (ha, dosłownie), bo to jego rytuał, więc narracja zaczęła się sklejać.
Na koniec opisujesz ciała po kolei i wychodzi na to, że Mirella nie żyje, albo Jonas tylko ma takie urojenie… W każdym razie pogubiłem się w tym.
Widzi te ciała tak, jak je zarejestrował, ale w odwrotnej kolejności chronologicznej. W tej wizji na dnie grobu ciało Mirelli było żywe i to bardzo. Nawet przyszło mi do głowy, że ktoś może z rozpędu pomyśleć inaczej, więc dodałem „ciepło jej warg na moich wargach”, bo to ciało z tej nienapisanej sceny między „Zaczęła rozplatać warkocz” a „Gdy wracaliśmy…”. Można śmiało założyć, że nigdy wcześniej nie miał z takowymi doznaniami do czynienia, a biorąc pod uwagę jego somatyzację emocji, nadwrażliwość sensoryczną oraz warunki magicznego wyostrzenia zmysłów, to wspomnienie było niewyobrażalnie intensywne. Dzięki temu znów poczuł swoje własne ciało.
No i taki mniej więcej cel mi przyświecał, żeby wsadzić czytelnika nie tylko do głowy Jonasa, ale też do jego ciała. Na ile mi to wyszło… ech, pisanie jest trudne.
Dzięki jeszcze raz za cenne uwagi i pozdrawiam!
Marszawo, należą Ci się specjalne podziękowania za przekonanie mnie do publikacji. Za klika również bardzo dziękuję i pozdrawiam!