- Opowiadanie: HollyHell91 - Podróż grzesznego obieżyświata w listach zebrana

Podróż grzesznego obieżyświata w listach zebrana

Po raz pierw­szy spró­bo­wa­łam swo­ich sił w for­mie epi­sto­lar­nej. Można się czę­sto­wać, prze­żuć, wy­pluć i wy­sta­wić opi­nię.

 

Słow­ni­czek cza­so­we­go i prze­strzen­ne­go obie­ży­świa­ta:

pu­den­da­gra – kiła, sy­fi­lis

tes­se­ry - małe ka­my­ki i ka­wał­ki szkła, two­rzą­ce mo­zai­kę

sar­de­le in saor - we­nec­ka przy­staw­ka z ma­łych ryb (sar­de­li lub sar­dy­nek)

Le­want - kraje Bli­skie­go Wscho­du (dzi­siej­sza Syria, Liban, Izra­el, Pa­le­sty­na, Jor­da­nia oraz część Tur­cji i Egip­tu)

staja, sta­ja­nie - dawna sta­ro­pol­ska jed­nost­ka dłu­go­ści (od ok. 135 m do ok. 900–1000 m)

cy­no­ber - in­ten­syw­ny, ja­skra­wy od­cień czer­wie­ni wpa­da­ją­cy w po­ma­rańcz, przy­po­mi­na­ją­cy kolor doj­rza­łe­go po­mi­do­ra

fun­duq - ro­dzaj za­mknię­te­go osie­dla lub wiel­kie­go gma­chu, który słu­żył jako hotel, ma­ga­zyn, gieł­da i miej­sce kultu (czę­sto miały małe ka­pli­ce)

 

Za betę ser­decz­nie dzię­ku­ję nie­za­wod­nym: Mar­sza­wa i be­eeec­ki.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Marszawa, beeeecki, GalicyjskiZakapior, MichaelBullfinch

Oceny

Podróż grzesznego obieżyświata w listach zebrana

3 marca 1502, Kra­ków

Drogi Janie!

Wy­bacz, że tak długo nie da­wa­łem Ci żad­nej od­po­wie­dzi. Wieść o Two­jej cho­ro­bie mnie zdru­zgo­ta­ła i po­trze­bo­wa­łem dużo czasu, by się z nią oswo­ić.

Szczę­śli­wie u sie­bie nie za­uwa­ży­łem żad­nych oznak pu­den­da­gry. Po­wi­nie­nem się cie­szyć, ale nie po­tra­fię, bo nie poj­mu­ję. Dla­cze­go Bóg uka­rał tylko Cie­bie, a mnie nie? Prze­cież zgrze­szy­li­śmy w ten sam spo­sób, w tym samym łożu, w ten sam dzień.

Muszę Cię zo­ba­czyć. Od­pisz mi, pro­szę, jak naj­szyb­ciej, kiedy i gdzie mogę Cię od­wie­dzić. Mu­si­my po­roz­ma­wiać. Cze­ka­nie na każdy list od Cie­bie jest bez­li­to­sną, wiecz­ną tor­tu­rą.

Po­zdra­wiam Cię, naj­droż­szy

Sta­ni­sław

 

 

14 kwiet­nia 1502, Kra­ków

Ko­cha­ny Janie!

Nie spo­dzie­wa­łem się, że obec­nie mo­żesz prze­by­wać w Pa­ry­żu. Ra­du­je mnie wia­do­mość, że się nie pod­da­łeś i szu­kasz ra­tun­ku. Dużo sły­sza­łem o pa­ry­skich me­dy­kach, że są zna­ko­mi­ci w swoim fachu, toteż Twoja de­cy­zja nie po­win­na mnie dzi­wić.

Jutro upo­rząd­ku­ję wszyst­kie spra­wy, po­że­gnam się z ro­dzi­ną i są­sia­da­mi, spi­szę te­sta­ment. A po­ju­trze z sa­me­go rana wy­ru­szę do Pa­ry­ża.

Ca­łu­ję,

Sta­ni­sław

 

 

15 kwiet­nia 1502, Kra­ków

Naj­droż­szy,

ku mo­je­mu ubo­le­wa­niu muszę zmie­nić plany. Nie ru­szam jed­nak do Pa­ry­ża. W każ­dym razie, nie od razu. Mam na­dzie­ję, że mi wy­ba­czysz i zro­zu­miesz tę de­cy­zję, gdy prze­czy­tasz list do końca.

Z pew­no­ścią znasz To­ma­sza, mo­je­go są­sia­da. Tego za­moż­ne­go pa­try­cju­sza, co zwykł mi ksiąg róż­nych uży­czać, ro­man­sów, be­stia­riu­szy… Ów, co nie­gdyś po po­wro­cie z ta­wer­ny za­czął krowę ob­ma­cy­wać, bo prze­cież jest tak łu­dzą­co po­dob­na do Ma­ryś­ki… Mniej­sza o to. Teraz na pewno sobie przy­po­mi­nasz.

Byłem wczo­raj u niego się po­że­gnać. Oso­bli­wy to czło­wiek, ale godny za­ufa­nia. Jako jeden z nie­licz­nych nie na­zy­wa mnie nie­wie­ściu­chem i trak­tu­je jak rów­ne­go sobie.

Chciał mnie po­że­gnać na­le­ży­cie, więc po­czę­sto­wał wła­sną wi­śniów­ką. Ależ była dobra! Tak dobra, że za­czą­łem gadać. Wszyst­ko. O na­szej sy­tu­acji też. Wiem, że nie po­wi­nie­nem był, ale osta­tecz­nie wy­szło to na dobre. Nie od­kła­daj pro­szę listu, do­czy­taj do końca.

Otóż po­wie­dział mi, że Twoja przy­pa­dłość nie jest wcale rzad­ka, na Za­cho­dzie wręcz pa­no­szy się plaga fran­cy, szcze­gól­nie u Niem­ców. Dla­te­go bawi go, że ci lu­dzie mają się za ta­kich świą­to­bli­wych.

“Mówią, że mają Boga w sercu” – rzekł To­masz. “A w ga­ciach to chyba Sza­ta­na”.

Ale wra­ca­jąc… Wiele osób szuka me­dy­ka­men­tu na tę przy­pa­dłość. I wielu sły­sza­ło o nim, jak się oka­zu­je!

Nie­daw­no do Kra­ko­wa wró­cił szwa­gier To­ma­sza. Był na piel­grzym­ce w Rzy­mie od­po­ku­to­wać to pod­pa­le­nie ka­plicz­ki, o któ­rym pew­nie sły­sza­łeś. Po­dob­no od po­wro­tu nie tknął kie­lisz­ka, więc su­ro­wa po­ku­ta rze­czy­wi­ście po­skut­ko­wa­ła. W każ­dym razie ze­szli się wszy­scy naj­bliż­si są­sie­dzi, by po­słu­chać opo­wie­ści o da­le­kich kra­jach i przy­go­dach by­łe­go pi­ja­ka. Wtedy To­masz usły­szał o au­reus pu­lvis – zło­tym prosz­ku po­zy­ski­wa­nym z… rogu jed­no­roż­ca. Znam Cię do­brze, pew­nie się teraz śmie­jesz. Za­wsze byłeś cy­nicz­ny i nie­uf­ny. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go je­steś tak miły mo­je­mu sercu. Wstrzy­maj się jed­nak z osą­dem.

Po­dob­no wielu wład­ców i du­chow­nych od­by­wa po­dróż do Afry­ki, by zdo­być te rogi. Wy­star­czy ze­trzeć je na pro­szek i wypić wraz z cien­kim piwem, a wtedy wszyst­kie zna­mio­na wsty­dli­wej cho­ro­by zni­ka­ją. Nie­któ­rzy nawet za­rze­ka­ją się, że po wy­pi­ciu ma­gicz­ne­go re­me­dium od­ro­sły im nosy…

Pew­nie już się do­my­ślasz, do czego zmie­rzam. To dla­te­go nie wy­ru­szam do Pa­ry­ża.

Bo chcę Cię ura­to­wać.

Do­brej nocy, jeśli czy­tasz ten list wie­czo­rem. Na­stęp­ny bę­dzie z Wied­nia, wy­ru­szam na­za­jutrz z sa­me­go rana.

Twój Sta­ni­sław

 

 

2 czerw­ca 1502, Wie­deń

Drogi Janie!

Sta­now­czo od­ma­wiam na­zy­wa­nia mnie bez­ro­zum­nym bę­kar­tem, tylko dla­te­go, że pra­gnę, byś żył. To, że Ty nie wie­rzysz w jed­no­roż­ce, nie zna­czy, że ja nie mogę wie­rzyć. Zro­bię wszyst­ko, by Cię ura­to­wać, nawet jeśli Ty sam sobie tego nie ży­czysz. Tym bar­dziej że, jak sam wspo­mnia­łeś, rop­nie po­ja­wia­ją się już w miej­scach, któ­rych nie mo­żesz za­sło­nić. Muszę więc dzia­łać.

Poza tym bar­dziej byś do­ce­nił moje sta­ra­nia, gdy­byś prze­żył to, co ja. Po­dróż jest bar­dziej uciąż­li­wa niż my­śla­łem. I o wiele droż­sza. Nie wie­dzia­łem, że aż tyle wio­sek może na­le­żeć do ja­kichś bi­sku­pów i ksią­żąt, każ­do­ra­zo­wo za prze­jazd mu­sia­łem pła­cić grube pie­nią­dze. Glejt od króla czy bi­sku­pa uła­twił­by spra­wę, ale je­stem prze­cież nic nie zna­czą­cym nie­wie­ściu­chem, więc nikt by mi go nie przy­znał. Dodaj jesz­cze myto za konia, opła­tę mo­sto­wą, eskor­tę… Osza­le­li wszy­scy od tej chci­wo­ści. Szczę­śli­wie Bóg ob­da­rzył mnie rzad­ki­mi umie­jęt­no­ścia­mi, po­zwa­la­ją­cy­mi wy­ko­ny­wać rze­mio­sło ko­wa­la, dzię­ki temu sakwa wciąż jest cięż­ka. Jakby tego było mało, w każ­dej go­spo­dzie znaj­dzie się ktoś, kto śmier­dzi i pusz­cza gazy, bez prze­rwy, przez całą noc. Obrzy­dli­we.

Mo­żesz mieć jed­nak nieco racji z tym bezrozumnym bę­kar­tem, bo przed wy­ru­sze­niem w po­dróż za­po­mnia­łem o niezwykle istot­nej kwe­stii. Pew­nie tego nie wiesz, bo nie wie­rzysz prze­cież w jed­no­roż­ce, ale są to bar­dzo silne i nie­bez­piecz­ne zwie­rzę­ta. Są ła­god­ne tylko wzglę­dem dzie­wic. Bez dzie­wi­cy nie da się schwy­tać jed­no­roż­ca. Ale w Wied­niu po­win­no być ich pełno, praw­da? Tylko nie wiem kom­plet­nie, jak się za to za­brać. Prze­cież nie stanę na środ­ku placu i nie krzyk­nę: “Po­trze­bu­ję dzie­wi­cy!”

Bar­dzo mnie to trapi. Lecz nie będę teraz nad tym się za­sta­na­wiał, je­stem znu­żo­ny, a świe­ca już do­ga­sa, więc idę spo­cząć. Jutro po­my­ślę, jak się ze sprawą upo­rać.

Do­bra­noc, naj­droż­szy.

 

Naj­uko­chań­szy!

Ja­kież ja mam szczę­ście! Już pal licho te nie­wy­go­dy po­dró­ży, te wszyst­kie opła­ty i za­nie­czysz­cza­ją­cy po­wie­trze kom­pa­ni, to wszyst­ko jest już nie­istot­ne.

Zna­la­złem bo­wiem dzie­wi­cę! Z pew­no­ścią za­sta­na­wiasz się, skąd wiem, że to dzie­wi­ca: otóż jest młodą za­kon­ni­cą, twier­dzi, że ma czter­na­ście lat i na tyle wy­glą­da. Nie mam więc po­wo­du, żeby jej nie wie­rzyć.

A jak do tego do­szło? Już opo­wia­dam. Zamie­rzam wszyst­ko Ci opo­wia­dać w szcze­gó­łach, bo chcę, żebyś mi to­wa­rzy­szył w tej po­dró­ży. A skoro nie mo­żesz mi to­wa­rzy­szyć cia­łem, nic nie stoi na prze­szko­dzie, byś był ze mną w tym wszyst­kim du­chem.

Otóż zmę­czo­ny dniem peł­nym wra­żeń od prze­by­wa­nia w nowym miej­scu, który przy­po­mi­na inny świat, za­trzy­ma­łem się dłu­żej w ka­te­drze świę­te­go Szcze­pa­na. Jak ja bym chciał, żebyś mógł ją zo­ba­czyć! Je­stem prze­ko­na­ny, że to naj­pięk­niej­sza ka­te­dra na świe­cie. Głów­na wieża chyba sięga do sa­me­go nieba, a we­wnątrz jest tak pięk­nie, że czło­wiek nie ma ocho­ty wy­cho­dzić. Tyle złota nie wi­dzia­łem w całym życiu, co w tym jed­nym bu­dyn­ku. A te wspa­nia­łe ar­ka­dy! Łuki zwień­cza­ją­ce sufit tak wy­so­ki, że mógł­by się tam zmie­ścić ol­brzym i to na sto­ją­co. Chór zło­żo­ny z trzech naw, ob­ra­zy, oł­ta­rze… Długo nie mo­głem za­mknąć gęby z po­dzi­wu.

Ale wra­ca­jąc do hi­sto­rii… Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu i ra­do­ści pod wie­czór ka­te­dra za­czę­ła pu­sto­szeć. Chcia­łem w spo­ko­ju się po­mo­dlić, po­dzię­ko­wać Bogu za po­myśl­ną dotąd po­dróż i po­pro­sić o nie­prze­ry­wa­nie tej po­myśl­no­ści. Mo­dli­łem się żar­li­wie o zdro­wie dla Cie­bie, by cho­ro­ba ustą­pi­ła cał­ko­wi­cie lub żeby cho­ciaż ko­lej­ne ob­ja­wy nie na­stę­po­wa­ły tak szyb­ko. Po­pro­si­łem też o pomoc w ze­sła­niu mi dzie­wi­cy.

Wiem, że to grzech ocze­ki­wać od Pana Boga, by speł­niał nasze ży­cze­nia. Dla­te­go tym bar­dziej nie mogę uwie­rzyć, że jedną z moich próśb speł­nił na­tych­miast.

W pierw­szej ławie mo­dli­ła się młoda nie­wia­sta. Zo­sta­ła jako jedna z nie­licz­nych od­wie­dza­ją­cych. Zda­łem sobie spra­wę, że była tam już, gdy ja wcho­dzi­łem do ka­te­dry. Co jakiś czas od­wra­ca­ła się i roz­glą­da­ła, jakby kogoś szu­ka­ła. Twarz jej ce­cho­wa­ły młode rysy, nie­mal dzie­cię­ce. No­si­ła też habit, więc o po­mył­ce nie mogło być mowy. Oto mia­łem przed sobą dzie­wi­cę.

Tylko jak po­dejść do pło­chli­wej nie­wia­sty, by ta się nie prze­stra­szy­ła? I jak, co gor­sza, na­mó­wić ją do nie­bez­piecz­nej po­dró­ży, na kra­niec świa­ta i to jesz­cze z obcym męż­czy­zną?

My­śla­łem i my­śla­łem. Jed­nak każde za­ga­je­nie brzmia­ło w mojej gło­wie absurdalnie. Oba­wia­łem się też, że dziew­czę wkrót­ce znik­nie i moja szan­sa prze­pad­nie.

Osta­tecz­nie wsta­łem z ławy i skie­ro­wa­łem się w stro­nę oł­ta­rza, bez żad­ne­go planu. Mia­łem na­dzie­ję, że sta­nie się cud i Bóg przej­mie kon­tro­lę nad moimi usta­mi.

Po­wo­li przy­cup­ną­łem w tej samej ławie, co dzie­wusz­ka. Dzie­li­ły nas może dwa łok­cie.

– Prze­pra­szam – szep­ną­łem do niej, onie­śmie­lo­ny ciszą ka­te­dry.

Młoda za­kon­ni­ca nie od­wró­ci­ła głowy, spoj­rza­ła na mnie tylko kątem oka. Wi­dzia­łem w nim wa­ha­nie: ucie­kać czy nie?

Wtedy się zo­rien­to­wa­łem, że je­stem głup­cem, bo za­ga­du­ję do miesz­kan­ki Wied­nia po pol­sku. Na­tych­miast prze­sta­wi­łem się na ła­ma­ną niem­czy­znę, której na­by­łem pod­czas nauki w gil­dii ko­wa­li u Niem­ców.

Lecz w oczach mło­dej za­kon­ni­cy za­uwa­ży­łem już nie wa­ha­nie, ale po­sta­no­wie­nie. Za­czę­ła wsta­wać z klę­czek. Prze­ra­zi­łem się. Nie mo­głem stra­cić tej szan­sy!

Wtedy Duch Świę­ty w końcu mnie na­tchnął i kazał mi zdjąć z głowy kap­tur. Nie­wia­sta, wi­dząc moją ogo­lo­ną głowę, znie­ru­cho­mia­ła.

I wtedy Duch, na­zbyt ła­ska­wy, znów mnie na­tchnął. Pod­wi­ną­łem rękaw ko­szu­li, po­ka­za­łem wy­pa­lo­ne zna­mię. Zna­mię, któ­re­go tak bar­dzo nie­na­wi­dzę, a jed­no­cze­śnie ko­cham. Nie­na­wi­dzę, bo przy­po­mi­na mi o tym, jak silnie lud mną gar­dzi, tylko dla­te­go, że mi­łu­ję męża miast nie­wia­sty. Ko­cham, bo przy­po­mi­na mi, że mo­głem skoń­czyć o wiele go­rzej, na przy­kład na sto­sie.

To był celny strzał. Dziew­czy­na po­rzu­ci­ła plan uciecz­ki, roz­luź­ni­ła się nieco, a w jej oczach strach ustą­pił współ­czu­ciu. Nie mo­głem ścier­pieć tego spoj­rze­nia.

Nie wie­dząc, jak za­cząć roz­mo­wę, po­wie­dzia­łem wprost, czego od niej ocze­ku­ję. Pa­trzy­ła ba­daw­czo sar­ni­mi ocza­mi, a ja nie po­tra­fi­łem zgad­nąć, czy ka­le­czo­na prze­ze mnie niem­czy­zna jest dla niej zro­zu­mia­ła, czy może dzie­wusz­ka stwier­dzi­ła, że ma do czy­nie­nia z sza­leń­cem. Skoń­czy­łem swój wywód pro­po­zy­cją, że dam jej dwa dni do na­my­słu i jeśli się zgo­dzi, to niech czeka na mnie w tym samym miej­scu o tej samej porze. Wes­tchną­łem zre­zy­gno­wa­ny, bo prze­cież – kto by się zde­cy­do­wał na coś ta­kie­go? Tym bar­dziej że nie mia­łem wiele do za­ofe­ro­wa­nia. Je­dy­nie to, że po­dróż od­by­wa się na mój koszt.

Od­wró­ci­łem się w stro­nę oł­ta­rza i wy­ko­na­łem znak krzy­ża. Od­ry­wa­łem ko­la­na z klęcz­ni­ka, gdy dziew­czy­na zła­pa­ła mnie za ramię.

– Wy­ru­szę z tobą w tę po­dróż, mi­ło­ści­wy panie – wy­szep­ta­ła.

Za­sty­głem, bo nie mo­głem uwie­rzyć. Zgo­dzi­ła się? I to jesz­cze tak ry­chle? Wtedy to ja na nią spoj­rza­łem, jak­bym miał do czy­nie­nia z sza­leń­cem.

My­śla­łem, że nie mogę być bar­dziej za­sko­czo­ny. My­li­łem się.

– Mo­że­my wy­ru­szyć już na­za­jutrz? O świ­cie? – za­py­ta­ła, a ja go­rącz­ko­wo pró­bo­wa­łem ogar­nąć zmy­sła­mi, co się wła­ści­wie stało.

Mia­łem ogrom­ną chęć za­py­tać, co jest po­wo­dem tak pręd­kiej zgody i roz­po­czę­cia po­dró­ży, ale bałem się, że ją spło­szę.

Istot­nie wy­ru­sza­my jutro z sa­me­go rana do We­ne­cji. Muszę być wy­po­czę­ty, więc koń­czę list i udaję się na spo­czy­nek.

Mi­łu­ję Cię,

Twój Sta­ni­sław

 

 

13 lipca 1502, We­ne­cja

Drogi Janie,

I po co te oskar­że­nia? Czyż­byś wąt­pił w moje uwiel­bie­nie? I za­po­mniał, kim wła­ści­wie je­stem, na Boga? Prze­cież wiesz, że nie­wia­sty mnie wcale nie po­cią­ga­ją, za­wsze tak było. To praw­da, lubię z nimi prze­by­wać, ale to nie zna­czy, że musi do­cho­dzić do co­itus z każdą, którą po­zna­ję. Nie je­stem jak inni, pro­ści mę­żo­wie. Wła­śnie dzię­ki temu, że ro­zu­mu nie przy­sła­nia mi żądza, je­stem w sta­nie doj­rzeć w nich wię­cej niż prze­cięt­ny człek. Za­wsze bar­dzo ce­ni­łem sobie przy­jaź­nie z nie­wia­sta­mi, to bar­dzo cie­ka­we i mądre isto­ty, mą­drzej­sze od nas. Każdy mąż o tym wie, ale prze­cież tego nie przy­zna, nawet na naj­gor­szych tor­tu­rach. Boimy się ich, a ra­czej ci, któ­rzy ich po­żą­da­ją. Bo mają one nad nimi wła­dzę, a męska duma nie może tej myśli znieść. Dla­te­go tak są upo­ka­rza­ne na każ­dym kroku. Takie jest moje zda­nie o nie­wia­stach i nikt go nie zmie­ni. Jed­nak, jak fa­scy­nu­ją­ce i uro­dzi­we te isto­ty by nie były, mi­ło­wać mogę tylko Cie­bie, moje serce nie po­tra­fi ina­czej. Więc mo­żesz prze­stać pleść takie próż­ne ba­śnie.

Kło­po­ty mają to do sie­bie, że gdy roz­wią­żesz jeden, na jego miej­sce od razu wkra­cza drugi. Tak jest też w moim przy­pad­ku. Zna­la­złem dzie­wi­cę, ale bez bol­let­ta di sa­ni­ta nie wy­pły­nę z We­ne­cji. Nie wiem, czy pod­czas po­dró­ży tego od Cie­bie kie­dy­kol­wiek wy­ma­ga­no, sły­sza­łem, że jest to ty­po­we dla wło­skich miast. Otóż, mój drogi, jest to za­świad­cze­nie, że je­steś zdro­wy i nie ma za­ra­zy w stro­nach, z któ­rych po­cho­dzisz. Medyk musi cię uznać za wolnego od wszelkiej niemocy. Nie ukry­wam, że tro­chę się de­ner­wu­ję. Jeśli od ko­mi­sji usły­szę, że noszę zna­mio­na gnie­wu bo­że­go czy pu­den­da­gry, to chyba umrę z roz­pa­czy. Albo, nie daj Bóg, od­gad­ną zna­cze­nie pięt­na… Bądź­my jed­nak do­brej myśli.

Dość o moich roz­ter­kach. Z pew­no­ścią je­steś cie­kaw, jak wy­glą­da We­ne­cja.

W mie­ście tym znaj­du­ją się chyba wszyst­kie stat­ki świa­ta. Tylu galer nie wi­dzia­łem, ba, co ja bre­dzę, nawet nie sły­sza­łem z żad­nych opo­wie­ści o ta­kiej licz­bie! Ulice są rze­ka­mi, przed­sta­wiasz to sobie? Nie wiem, za jaką przy­czy­ną, czy boską czy też ziem­ską, więk­szość bu­dyn­ków stoi, mo­cząc fun­da­men­ty w wo­dzie. Choć nie­któ­re w isto­cie nie­bez­piecz­nie się prze­chy­la­ją i wy­glą­da­ją, jakby ku­ca­ły, go­to­we de­fe­ko­wać.

To mie­sza­ne wra­że­nie od­czy­nił jed­nak widok placu świę­te­go Marka. Przy fa­lu­ją­cych wo­dach la­gu­ny stały dwie gra­ni­to­we ko­lum­ny, przed­sta­wia­ją­ce świę­te­go Teo­do­ra tuż po po­ko­na­niu smoka na jed­nym, na dru­gim zaś lwa sym­bo­li­zu­ją­ce­go świę­te­go Marka. Jed­nak do­pie­ro gdy mój wzrok spo­czął na Ba­zy­li­ce, nie umia­łem skryć za­chwy­tu. Przy­po­mi­na ona eg­zo­tycz­ny pa­wi­lon o fa­sa­dzie w stylu bi­zan­tyj­skim, ob­ra­mo­wa­ny ja­snym mar­mu­rem, przy­kry­ty pię­cio­ma zło­ty­mi ko­pu­ła­mi. Mu­sia­łem wejść do środ­ka. Wnę­trze mnie wręcz oszo­ło­mi­ło; zło­ci­ste su­fi­ty ozdo­bio­ne lśnią­cy­mi mo­zai­ka­mi, błysz­czą­ce tes­se­ry, ogrom­ny, srebr­ny oł­tarz… I to wszyst­ko po­wsta­ło ręką czło­wie­ka, niesamowite!

Gdy wró­ci­li­śmy na plac świę­te­go Marka, za­sko­czył mnie z nagła wzmo­żo­ny ruch oraz wy­gląd miesz­kań­ców. Nie­wia­sty ubie­ra­ją się tu zgoła ina­czej: ich je­dwab­ne suk­nie o ko­lo­rze ma­la­chi­tu lub cha­bru mają śmia­łe de­kol­ty, w kształ­cie li­te­ry V, damy cho­dzą też w nie­bo­tycz­nie wy­so­kich bu­tach – po­dej­rze­wam, że w tro­sce, by nie za­mo­czyć stóp i rąbka sukni w la­gu­nie, która nie po­zwa­la wy­schnąć ziemi. Za­fa­scy­no­wa­ły mnie też ich na­kry­cia głowy, które przy­wo­dzą na myśl długi i gruby rogal upi­na­ją­cy włosy… Nie­któ­re damy wplo­tły w nie ró­ża­ne wstąż­ki, perły czy złote siat­ki.

Moją uwagę od nie­wiast od­wró­ci­ły dźwię­ki mu­zy­ki. Dwaj mło­dzia­nie, odzia­ni w ob­ci­słe no­ga­wi­ce ko­lo­ru czer­wie­ni oraz gor­szą­co krót­kie du­blety się­ga­ją­ce le­d­wie bio­der, przy­gry­wa­li nie­win­ną mu­zy­kę, tak kon­tra­stu­ją­cą z ich wy­glą­dem. Wśród in­stru­men­tów roz­po­zna­łem por­ta­tyw i rebek. Ach, pięk­na była to mu­zy­ka! Moja to­wa­rzysz­ka nagle za­czę­ła pod­ska­ki­wać w rytm, a ja nie od­wa­ży­łem się jej besz­tać za za­cho­wa­nie nie­god­ne za­kon­ni­cy. Tym bar­dziej że ucie­kła z klasz­to­ru, więc nie miało to żad­ne­go zna­cze­nia. Gdy­byś wi­dział jej uśmiech pod­czas tych po­dry­gów! Uba­wi­łem się ser­decz­nie.

Co praw­da po­zy­tyw­ny­mi, lecz jed­nak znu­żo­ny no­wy­mi wra­że­nia­mi, za­sze­dłem wraz z Si­gri­dą do obe­rży, by coś prze­ką­sić. Pięk­ne ma imię, nie­praw­daż? Ozna­cza zwy­cię­stwo. Ko­lej­ny znak, że mój plan musi się udać.

Za­ja­da­jąc się sar­de­le in saor, pró­bo­wa­łem do­wie­dzieć się co nieco o Si­gri­dzie. Trud­ne to było za­da­nie, bo moja to­wa­rzysz­ka naj­wy­raź­niej nie lubi o sobie opo­wia­dać. Ogól­nie jest ma­ło­mów­na. Wy­da­je się też tro­chę prze­stra­szo­na. Jed­nak nie po­win­no to mnie dzi­wić, prze­cież to jej pierw­sza w życiu po­dróż. We­ne­cja w po­rów­na­niu do Wied­nia jest jak inny świat.

Do­wie­dzia­łem się je­dy­nie, że matka od­da­ła ją do klasz­to­ru w tak mło­dym wieku, bo chcia­ła, by córka unik­nę­ła losu, jaki zgo­to­wa­no jej samej. W mło­dym wieku matka Si­gri­dy zo­sta­ła wy­da­na za ko­wa­la, co praw­da ma­jęt­ne­go, ale nie­ste­ty tak sko­re­go do picia, jak i do pracy. A gdy się upił, żonie do­sta­wa­ło się za wszyst­ko, za każde naj­mniej­sze prze­wi­nie­nie.

Si­gri­da wi­dzia­ła i prze­ży­ła nie­jed­no. Bied­ne stwo­rze­nie. A ja ją jesz­cze za­bie­ram w tak nie­bez­piecz­ną po­dróż… Nie wiem, czy moje wy­rzu­ty su­mie­nia są słusz­ne. W końcu sama się zgo­dzi­ła, ba, na­kła­nia­ła do na­głej po­dró­ży. Może w klasz­to­rze też nie jest tak do­brze, jak nam wma­wia­ją?

Ależ świe­ca do­ga­sa, do­koń­czę hist

 

orię jutro, czyli w sumie dziś. Wy­bacz te gry­zmo­ły, pró­bo­wa­łem do­koń­czyć list w ciem­no­ściach.

Od­by­łem wi­zy­tę le­kar­ską. Nie jest do­brze. Na razie od­mó­wi­li mi wy­da­nia bol­let­ta di sa­ni­ta. Po­wie­dzie­li, żebym przy­szedł po na­stęp­nej nie­dzie­li, by za­ob­ser­wo­wać, czy moje zna­mię na ra­mie­niu się otwo­rzy. Robią to umyśl­nie. Wie­dzą, co ta blizna zna­czy…

Sta­tek do Cypru rusza jutro. Je­stem za­ła­ma­ny. Nie wiem, co robić… Co Ty byś uczy­nił, mój miły?

 

 

12 sierp­nia 1502, We­ne­cja

Nie po­zna­ję Cię, Janie. To na pewno Ty pi­sa­łeś? Tak, to Twoje pismo…

Za­czy­na mnie iry­to­wać Twoje po­dej­ście z tym od­pusz­cza­niem. Pro­sisz, bym przy­je­chał do Pa­ry­ża się po­że­gnać. Serce chce Cię po­słu­chać, tym bar­dziej że, jak wspo­mnia­łeś, na Twoim ciele two­rzą się ko­lej­ne rany. Ale rozum mówi mi co in­ne­go. Mój rozum chce Cię ura­to­wać.

Los, Bóg, co­kol­wiek, co włada Zie­mią i Nie­bem, dał mi wy­raź­ny znak, że mam się nie pod­da­wać.

Sta­tek do Cypru nie wy­pły­nął tak, jak pla­no­wa­no. Ka­pi­tan tłu­ma­czy to niesprzyjającymi wa­run­ka­mi do żeglugi. Po­dej­rze­wam, że chcą nas jesz­cze za­trzy­mać w We­ne­cji, byśmy wy­da­li wię­cej pie­nię­dzy, bo od kilku dni świe­ci słoń­ce i nie czuć wia­tru. Ale jeśli to są złe wa­run­ki, to ja się na nie zga­dzam.

Dzię­ki temu zy­ska­łem na cza­sie, by zdo­być bol­let­ta di sa­ni­ta.

I tutaj po­ja­wia się ko­lej­ny dowód na to, że los nam sprzy­ja.

Sie­dząc smut­ny w ta­wer­nie są­czy­łem wino, a moja to­wa­rzysz­ka cien­kie piwo, gdy nagle przed naszą ławą wy­rósł pe­wien mąż. Nie będę Ci łgał, przy­stoj­ny jak Sza­tan. Ciem­nie, bujne włosy, oczy błysz­cza­ły z oży­wie­niem, czuć było od niego ener­gię, wi­tal­ność. Spoj­rzał na Si­gri­dę.

– Wspa­nia­ła – po­wie­dział nie­na­gan­ną niem­czy­zną.

Sam nie wiem, kiedy wsta­łem i wy­cią­gną­łem z sakwy nóż. Przy­bysz uniósł ręce w po­ko­jo­wym ge­ście.

– Spo­koj­nie, nie mam złych za­mia­rów. Tylko po­dzi­wiam. Nie chcę kło­po­tów.

Nie wie­rzy­łem mu.

– Idź do dia­bła – wy­sy­cza­łem, zbli­ża­jąc nóż do jego twa­rzy.

Za­śmiał się.

– Do­brze – od­chrząk­nął – ale naj­pierw spra­wi­my ci bol­let­ta di sa­ni­ta.

Osłu­pia­łem. Skąd on wie­dział, że tego po­trze­bu­ję?

Wi­dząc, że za­sty­głem, mąż do­tknął pal­cem ostrza noża i po­wo­li od­su­wał je od sie­bie, a ja nie opo­no­wa­łem.

– Po­roz­ma­wiaj­my na spo­koj­nie.

Usiadł obok Si­gri­dy, wy­mu­sza­jąc na niej, by ustą­pi­ła nieco miej­sca. Tym razem jed­nak nie pa­trzył na nią, zaś mnie nie spusz­czał z oczu.

Nie­spo­dzie­wa­nie przy ławie po­ja­wi­ła się dziew­ka z winem. Przed je­go­mo­ściem po­sta­wi­ła kie­lich i na­la­ła do niego tru­nek. Ode­szła bez słowa, a ja otwo­rzy­łem gębę ze zdzi­wie­nia i po­dzi­wia­łem, jak mąż prze­chy­la za­war­tość kie­li­cha wy­ko­na­ne­go z we­nec­kie­go szkła a nie drew­nia­ne­go kubka… Mu­siał być bar­dzo ważną oso­bi­sto­ścią.

Przy­bysz wy­tarł usta wierz­chem dłoni i na­chy­lił się w moją stro­nę. In­stynk­tow­nie zro­bi­łem to samo. Po­czu­łem za­pach wina, de­li­kat­niej­sze­go niż to, które mi po­da­no.

– W We­ne­cji trze­ba się mieć na bacz­no­ści – mówił ci­chym, głę­bo­kim gło­sem. – To mia­sto nigdy nie śpi. Pełno tu po­dróż­ni­ków, han­dlow­ców, pielgrzymów i zło­dziei. Wczo­raj wie­czo­rem za­sną­łem z ka­le­tą przy brzu­chu, rano obu­dzi­łem się już bez niej. Oczy­wi­ście go­spo­darz mnie zbył i po­wie­dział, że trze­ba pil­no­wać swo­ich rze­czy. Na py­ta­nie, czy wi­dział kogoś po­dej­rza­ne­go, po pro­stu wy­szedł z izby. Co za bez­czel­ność! Ale do rze­czy… Mam w ko­mi­sji le­kar­skiej zna­jo­me­go, jest mi winny przy­słu­gę. Co wię­cej, jego głos jest de­cy­du­ją­cy. Wy­star­czy, że mu szep­nę jedno słowo i pły­niesz do Egip­tu z za­świad­cze­niem w kie­sze­ni.

Na ple­cach po­czu­łem dreszcz.

– Do stu czar­tów, skąd ty wiesz, że muszę się do­stać do Egip­tu? – wy­chry­pia­łem.

Si­gri­da była bar­dzo blada. Bied­ne dziec­ko.

Mąż znów wypił nieco wina i prze­tarł usta.

– W tym mie­ście nic się nie dzie­je bez mojej wie­dzy. A jak ci po­wiem, że je­stem wy­słan­ni­kiem naj­wyż­sze­go wład­cy, to uwie­rzysz?

W gło­wie mi za­wi­ro­wa­ło od ko­tłu­ją­cych się myśli.

Za­śmiał się, choć bar­dziej przy­po­mi­na­ło to char­kot ja­kie­goś krztu­szą­ce­go się nie­szczę­śni­ka.

– Chcesz t dokument czy nie?

– Chcę! – od­par­łem szyb­ko, oba­wia­jąc się, że prze­pad­nie ta je­dy­na oka­zja. – Ale… dla­cze­go mi po­ma­gasz?

– Po­wiedz­my, że nie je­stem tak zły jak mnie ma­lu­ją… – Uśmiech­nął się. – Za­bie­rzesz mnie ze sobą w po­dróż i ją opła­cisz. Aha, i od­dasz mi coś, co tak na­praw­dę nie na­le­ży do cie­bie. W od­po­wied­nim cza­sie. To wszyst­ko.

Od­ru­cho­wo po­dra­pa­łem się po gło­wie.

– Jak mogę oddać ci coś, co nie na­le­ży do mnie?

– Wła­śnie. Skoro to nie na­le­ży do cie­bie, stra­ta nie bę­dzie boleć. Praw­da?

Spoj­rza­łem na Si­gri­dę, by upew­nić się, że ta pro­po­zy­cja nie za­brzmia­ła dla niej po­dej­rza­nie. Jed­nak jej mocno za­ci­śnię­te usta i spło­szo­ne oczy su­ge­ro­wa­ły, żebym od­rzu­cił to ul­ti­ma­tum.

Wy­pu­ści­łem po­wo­li po­wie­trze z ust.

– Nie wiem, czy to dobry po­mysł. Oba­wiam się, że muszę od­rzu­cić twoją pro­po­zy­cję. Za dużo o mnie wiesz, a ja nawet nie wiem, jak się na­zy­wasz.

Chwy­cił moje ramię i ode­rwał rękaw ko­szu­li tak szyb­ko, że nie zdą­ży­łem za­re­ago­wać. Od­sło­nił pięt­no, znak hańby. Bli­zna za­czę­ła pul­so­wać i mie­nić się czer­wo­nym bla­skiem.

– Na wszyst­kich świę­tych, puść mnie, czło­wie­ku… – kwi­li­łem jak dziec­ko, jed­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc się w pa­ni­ce, czy nikt nie pa­trzy na moje zna­mię.

Mógł­bym przy­siąc, że w oczach przy­by­sza za­pa­li­ły się ognie.

– Za­bie­rzesz mnie ze sobą czy nie? – sy­czał przez za­ci­śnię­te zęby.

Lu­dzie w ta­wer­nie za­czę­li pa­trzeć w naszą stro­nę i szep­tać mię­dzy sobą.

– Tak, za­bio­rę! Tylko za­słoń tę bli­znę…

Oczy męża nagle stały się ła­god­ne. Wstał, ze­rwał rękaw swo­jej dro­giej ko­szu­li i owi­nął nią moje ramię, po czym usiadł. Zwró­cił się do ga­piów:

– Już wszyst­ko do­brze! Przy­ja­ciel się ska­le­czył, ale już go opa­trzy­łem, wszyst­ko w po­rząd­ku! Nie ma tu nic do oglą­da­nia!

Go­ście ta­wer­ny po­słusz­nie wró­ci­li do swo­ich kub­ków i roz­mów. Przy­bysz po­kle­pał mnie po “opa­trzo­nym” ra­mie­niu, spoj­rzał głę­bo­ko w oczy i po­wie­dział po­wo­li:

– Na­za­jutrz sta­tek do Cypru rusza o świ­cie. Bądź­cie nieco wcze­śniej, wstań­cie od razu, gdy usły­szy­cie pierw­sze­go kura i przy­bądź­cie do portu. Będę tam cze­kał z za­świad­cze­niem. Do zo­ba­cze­nia.

Wstał i po­pra­wił swoją ko­szu­lę, już z tylko jed­nym rękawem. Gdy od­szedł nieco, nagle się od­wró­cił:

– Ach, tak, gdzie moje ma­nie­ry… – Ukło­nił się te­atral­nie. – Le­amas je­stem. – Zer­k­nął na miej­sce, na któ­rym sie­dział przed chwi­lą. – Dzie­wusz­ka chyba zmę­czo­na po­dró­żą, co?

Skie­ro­wa­łem wzrok przed sie­bie. Głowa Si­gri­dy le­ża­ła bez­wład­nie na ławie. Przy­pa­dłem do niej i za­czą­łem cucić. Szczę­śli­wie po chwi­li otwo­rzy­ła oczy. Bie­dacz­ka ze­mdla­ła od tego przed­sta­wie­nia…

Od­wró­ci­łem głowę, by zbesz­tać Le­ama­sa, lecz już go nie było.

 

 

13 wrze­śnia 1502, Cypr

Drogi Janie!

Przy­kro mi było czy­tać, bym, cy­tu­ję: “świeże gówno brał w zęby”. Ża­łu­ję na­pi­sa­nia wcze­śniej o Le­ama­sie, że jest uro­dzi­wy jak Sza­tan. Nie masz po­wo­du do za­zdro­ści, ko­cha­ny, za­pew­niam Cię. I nie ubli­żaj mi wię­cej: toż dla Cie­bie od­by­wam tę nie­bez­piecz­ną po­dróż, pa­mię­taj o tym.

Wróć­my do do­brych wie­ści: do­tar­li­śmy do Cypru!

Le­amas zgod­nie z obiet­ni­cą zja­wił się o samym brza­sku w por­cie i wrę­czył mi upra­gnio­ne bol­let­ta di sa­ni­ta. Obej­rza­łem je do­kład­nie, choć nie mia­łem po­ję­cia, jak takie za­świad­cze­nie po­win­no wy­glą­dać. Gdy wcho­dzi­łem na sta­tek i po­da­wa­łem je ga­ler­ni­ko­wi, nie­sa­mo­wi­cie bolał mnie brzuch, a serce nie­mal wy­sko­czy­ło z pier­si. Szczę­śli­wie do­ku­ment oka­zał się ważny.

Los był dla nas nad wyraz ła­ska­wy; po­chmur­ne dni li­czy­łem na pal­cach jed­nej ręki, a i wiatr nie­prze­rwa­nie dmu­chał pro­sto w żagle. Mimo mojej nie­mo­cy mor­skiej wspo­mi­nam tę część po­dró­ży jako jedną z do­god­niej­szych.

Nigdy bym nie są­dził, że na Cy­prze może znaj­do­wać się mia­sto do­rów­nu­ją­ce prze­py­cho­wi We­ne­cji. Fa­ma­gu­sta oprócz wspa­nia­łej ka­te­dry, ko­ścio­łów i ulicy han­dlo­wej ma też ogrom­ny port, który jest głów­nym punk­tem wy­praw do Le­wan­tu. To tłu­ma­czy prze­pych w stro­jach mężów, no­szą­cych dłu­gie, wy­szy­wa­ne per­ła­mi je­dwab­ne szaty ko­lo­ru an­giel­skiej trawy i buty z mocno wy­gię­ty­mi do góry no­ska­mi; nie­wia­sty zaś odzia­ne są w czar­ne i bo­ga­to zdo­bio­ne płasz­cze, twa­rze ich przy­sła­nia­ją mi­ster­nie ha­fto­wa­ne chu­s­ty.

Si­gri­da na­le­ga­ła, byśmy za­szli na targ. Nietrud­no go zna­leźć, bo obłęd­ny aro­mat przy­praw można po­czuć z od­le­gło­ści kilku sta­jań. Ostry za­pach pie­przu spla­tał się ze sło­dy­czą cy­na­mo­nu i kar­da­mo­nu, piżmo i mirra przy­jem­nie ła­sko­ta­ły nos. Kramy aż się ugi­na­ły od ob­fi­to­ści to­wa­rów. Le­amas ob­ja­śniał mi wszyst­ko, bo o ist­nie­niu więk­szo­ści rze­czy nie mia­łem po­ję­cia; o je­dwa­biu czy ada­masz­ku w ko­lo­rze cy­no­bru i sza­fra­nu, błysz­czą­cych gra­na­tem i pur­pu­rą ka­mie­niach szla­chet­nych z Birmy… To praw­dzi­wy raj dla han­dlow­ców i pielgrzymów!

Jed­nak nie za­ba­wi­my tu długo. Zbie­rze­my tylko za­pa­sy i za kilka dni wy­ru­sza­my dalej, do mo­je­go i na­sze­go celu.

Do Egip­tu. Kraju jed­no­roż­ców.

Już nie­dłu­go to wszyst­ko się skoń­czy, zdo­bę­dę róg i ru­szam pro­sto do Pa­ry­ża. Wkrót­ce się zo­ba­czy­my i Cię wy­le­czę, czuję to.

Twój na za­wsze,

Sta­ni­sław

 

 

30 wrze­śnia 1502, Alek­san­dria

Naj­droż­szy!

Serce mi się kraje, gdy czy­tam, że mie­wasz się coraz go­rzej. Że kro­sty ob­sia­ły nawet Twoją twarz, którą tak bar­dzo chciał­bym uj­rzeć, i po­wie­ki, które mógł­bym ca­ło­wać bez końca, tak gęsto, że ledwo je­steś w sta­nie od­czy­tać moje listy. Czuję się bez­rad­ny, gdy czy­tam, że wi­dzisz krew spły­wa­ją­cą po ścia­nach. Je­stem prze­ko­na­ny, że to prze­mę­czo­ny umysł Cię zwo­dzi, mu­sisz tylko wy­po­cząć i wszyst­ko do ładu po­wró­ci. Na­praw­dę w to wie­rzę.

Po­sta­ram się od­wró­cić Twoją uwagę od tych cier­pień. Nie patrz na ścia­ny, czy­taj list. Je­stem przy Tobie, je­stem w Twoim sercu.

Gdy przy­by­li­śmy do portu w Alek­san­drii, przy­wi­ta­ło nas nie­zno­śnie upal­ne słoń­ce i stado prze­wod­ni­ków odzia­nych w białe szaty oraz tur­ba­ny. Za po­mo­cą Le­ama­sa, który, jak się oka­za­ło, mówi bie­gle po arab­sku, zdo­ła­li­śmy wy­brać jed­ne­go za atrak­cyj­ną opła­tą. Prze­wod­nik oka­zał się bar­dzo przy­ja­znym czło­wie­kiem, który zna­lazł nam za­kwa­te­ro­wa­nie przy nie­wiel­kiej do­pła­cie. Obie­cał, że o świ­cie przyj­dzie po nas, by wy­ru­szyć w po­dróż do pi­ra­mid. Po­dzię­ko­wa­łem mu pięk­nie i od­mó­wi­łem, choć z bo­lą­cym ser­cem. Oczy­wi­ście chciał­bym zo­ba­czyć te wspa­nia­łe za­byt­ki, nie­ste­ty, czas nagli! Wrócę tu z Tobą, ko­cha­ny, i razem zwie­dzi­my wszyst­kie mi­ra­bi­lia.

Prze­wod­nik po­wie­dział coś jesz­cze, coś, co bar­dzo mnie za­nie­po­ko­iło. Tuż przed pój­ściem na spo­czy­nek, zanim opu­ścił fun­duq, po­wie­dział, byśmy ab­so­lut­nie pod żad­nym po­zo­rem nie po­dró­żo­wa­li dalej bez niego. Za­py­ta­łem, dla­cze­go. Spoj­rzał na mnie jak na sza­leń­ca.

– To nie sły­sze­li­ście o blem­m­jach?

Ach tak. Blem­m­jo­wie, lu­dzie bez głów, ma­ją­cy oczy i usta na klat­ce pier­sio­wej. We­dług an­giel­skich po­dróż­ni­ków i pi­sa­rzy – ka­ni­ba­le.

Za­drża­łem i mu­sia­łem też zmie­nić wyraz twa­rzy, bo prze­wod­nik z po­wa­gą po­ki­wał głową.

– Więc sły­sze­li­ście… Zresz­tą, na­za­jutrz was na­wie­dzę, to wszyst­ko wam opo­wiem. As-sa­lam alej­kum!

Ukło­nił się i wy­szedł. Po­zo­sta­wił mnie ze ści­śnię­ty­mi trze­wia­mi. Zga­si­łem pa­le­ni­sko i uło­ży­łem się do snu. Si­gri­da już dawno spała, zmę­czo­na długą i nie­wy­god­ną po­dró­żą. Za­zdro­ści­łem jej.

– Co cię nie­po­koi, Sta­ni­sła­wie?

Tro­skli­wy głos Le­ama­sa mnie zdu­miał. Wes­tchną­łem.

– Za­po­mnia­łem o tych dzi­wa­dłach, blem­m­jach. Sły­sza­łem o nich same okrop­ne rze­czy. Do­brze, że los nam ze­słał tego prze­wod­ni­ka.

Mój to­wa­rzysz osten­ta­cyj­nie prych­nął.

– Bła­gam cię. Widać, że nigdy nie po­dró­żo­wa­łeś. Je­steś bar­dzo na­iw­ny.

Aż się pod­nio­słem z po­sła­nia i opar­łem na łok­ciach.

– O czym ty mó­wisz? – szep­ną­łem, by nie obu­dzić Si­gri­dy, choć mia­łem ocho­tę pod­nieść głos.

Do moich uszu do­biegł chi­chot.

– Prze­cież to jest klasyczna taktyka prze­wod­ni­ków. Wy­my­śla­ją ja­kieś próż­ne ba­śnie, by na­stra­szyć podróżujących i wy­cią­gnąć od nich pie­nią­dze.

– Próż­ne ba­śnie? Nie sły­sza­łeś o blem­m­jach, do czego po­tra­fią się po­su­nąć?

– A znasz kogoś, kto wi­dział ich na wła­sne oczy, czy każdy tylko po­wta­rza to, co usły­szał od in­nych?

Mil­cza­łem.

– No wła­śnie… – Le­amas ode­tchnął głę­bo­ko. – Ile ci zo­sta­ło pie­nię­dzy?

Niech to dun­der świ­śnie… Ma rację, my­śla­łem. Zo­sta­ło mi za­le­d­wie dwa­dzie­ścia dzie­więć du­ka­tów. Wie­dzia­łem, że za samą po­dróż ga­le­rą przez Nil będę mu­siał za­pła­cić dwa­na­ście i za wy­ży­wie­nie dla dra­go­ma­na. Do tego pół du­ka­ta za wiel­błą­da no­szą­ce­go wik­tu­ały, ko­lej­ne pół du­ka­ta za suł­tań­skie po­zwo­le­nie na po­dróż…

Zła­pa­łem się za głowę.

– Jed­no­roż­ce wy­stę­pu­ją w po­łu­dnio­wym Egip­cie lub w oko­li­cach Abi­sy­nii – za­czął wywód Le­amas. – Wy­glą­da­ją jak skrzy­żo­wa­nie konia z dzi­kiem. Są bar­dzo silne i bar­dzo zwin­ne, nawet sam He­ra­kles nie dałby im rady. Można je schwy­tać je­dy­nie za po­mo­cą dzie­wi­cy, która wabi te zwie­rzę­ta swoją nie­ska­zi­tel­ną czy­sto­ścią du­cho­wą i cie­le­sną. Zwie­rzę kła­dzie głowę na jej łonie, wtedy ukry­ty my­śli­wy ma je­dy­ną w życiu oka­zję, by je schwy­tać i zabić. Tylko w taki spo­sób można uzy­skać róg jed­no­roż­ca. Na­za­jutrz przed świ­tem wy­ru­sza­my w górę Nilu do Asu­anu, z Asu­anu zaś na po­gra­ni­cze Egip­tu z Abi­sy­nią. Znam całą trasę, prze­by­wa­łem ją już dwu­krot­nie. Ja­kieś py­ta­nia?

Za­sty­głem. Za­im­po­no­wał mi tą ob­szer­ną wie­dzą, ale też za­nie­po­ko­ił.

– Tak my­śla­łem – rzu­cił. – A teraz śpij. Jutro znowu nas czeka uciąż­li­wa po­dróż.

Ob­ró­cił się na bok i nie­mal na­tych­miast jego od­dech stał się płyt­szy.

Lecz ja nie mo­głem za­snąć, bo się za­sta­na­wia­łem, skąd on wie, że po­trze­bu­ję rogu jed­no­roż­ca…

 

 

14 paź­dzier­ni­ka 1502, oko­li­ce Asu­anu

Naj­droż­szy Janie!

Mimo że od tych okrop­nych wy­da­rzeń, które nas spo­tka­ły, mi­nę­ło kilka dni, serce i dło­nie nadal mi drżą, na samo o nich wspo­mnie­nie. Obie­ca­łem Ci jed­nak, że zro­bię wszyst­ko, byś po­czuł się czę­ścią tej po­dró­ży, toteż spi­szę tutaj tę ma­ka­brę, a potem wy­ma­żę z pa­mię­ci, choć z pew­no­ścią okaże się to da­rem­ną próbą.

Uczy­ni­li­śmy tak, jak po­wie­dział Le­amas – wy­ru­szy­li­śmy jesz­cze przed świ­tem z fun­duq w stro­nę Nilu i ga­le­rą do­pły­nę­li­śmy do Kairu. Tam wy­na­ję­li­śmy tylko jed­ne­go wiel­błą­da, który niósł­by nasze ba­ga­że, po­nie­waż za­war­tość sakwy gwał­tow­nie mi się kur­czy, a musi coś jesz­cze zo­stać na wik­tu­ały i po­wrót.

Po­dróż była bar­dzo uciąż­li­wa, nie tylko ze wzglę­du na bez­li­to­sny upał; z gęstwiny drzew jałowców afrykańskich dobiegały do naszych uszu osobliwe dźwięki. Przy­po­mi­na­ły nie­zro­zu­mia­łe od­gło­sy ludz­kie… Ze­sztyw­nia­łem. Niezwykłe roz­mo­wy prze­szły w upior­ny chi­chot, który coraz bar­dziej się na­si­lał.

Le­amas sta­rał się mnie uspo­ko­ić. Tłu­ma­czył, że to nie lu­dzie, a hieny – spe­cy­ficz­ne zwie­rzę­ta, przy­po­mi­na­ją­ce zdzi­cza­łe koty. Co praw­da, że­ru­ją na zbłą­ka­nych osob­ni­kach i te dziw­ne od­gło­sy sto­su­ją jako wabik, ale jeśli bę­dzie­my się trzy­mać wy­zna­czo­nej trasy, nic nam się nie sta­nie. Praw­dę rze­kł­szy, zni­ko­mie mi ulży­ło. Tym bar­dziej że wśród drzew wi­dy­wa­łem co jakiś czas wiel­kie śle­pia, przy­po­mi­na­ją­ce ludz­kie… Sta­ra­łem się prze­mó­wić do sa­me­go sie­bie, że to skwar mąci mi w umy­śle, lecz teraz wiem, że nie były to przy­wi­dze­nia.

Tego fe­ral­ne­go dnia, gdy już za­pa­dał zmierzch, zde­cy­do­wa­li­śmy się za­trzy­mać i prze­spać przy ogni­sku, o świ­cie zaś ru­szyć dalej. Po skrom­nym po­sił­ku, skła­da­ją­cym się je­dy­nie z pod­pło­my­ków, uło­ży­li­śmy się do snu.

Tym razem zmę­czo­ny pie­szą wę­drów­ką trwa­ją­cą od po­łu­dnia do zmierz­chu i nie­mi­ło­sier­nym upa­łem, za­sną­łem od razu.

W środ­ku nocy obu­dzi­ły mnie dziw­ne dźwię­ki. Mla­ska­nie, prze­żu­wa­nie, roz­ry­wa­nie cze­goś… mię­si­ste­go?

Pew­nie Cię to zdzi­wi, mnie też to zdzi­wi­ło, ale nie ob­ró­ci­łem głowy od razu. Po pro­stu za­sty­głem. Okrop­nie się bałem. Nie mo­głem ru­szyć nawet pal­cem.

Do­pie­ro gdy usły­sza­łem krzyk Si­gri­dy, od­wró­ci­łem się na­tych­miast.

Uj­rza­łem obraz tak po­twor­ny i kosz­mar­ny, że dłuż­szą chwi­lę mi za­ję­ło zle­pie­nie go w ca­łość.

W bla­sku do­ga­sa­ją­ce­go ognia i świe­tle księ­ży­ca uj­rza­łem ich. Blem­m­jów. W rze­czy­wi­sto­ści są jesz­cze strasz­niej­si niż w naj­bar­dziej wy­du­ma­nych opo­wie­ściach an­giel­skich po­dróż­ni­ków. Było ich może czte­rech albo pię­ciu, a każdy wyż­szy od prze­cięt­ne­go czło­wie­ka przy­naj­mniej dwu­krot­nie, nawet bez… głowy. Nie masz przy­wi­dzeń, tak wła­śnie piszę, w isto­cie nie mają głów!

Usta i oczy mieli na tor­sach, a były tak prze­ra­ża­ją­ce, że le­d­wie je­stem w sta­nie to opi­sać. Ogrom­ne, mię­si­ste wargi na­szpi­ko­wa­ne ostry­mi zę­ba­mi roz­ry­wa­ły ciało na­sze­go bied­ne­go wiel­błą­da. Jego ryk przy­po­minał za­wo­dze­nie zwie­rząt za­rzy­na­nych w gar­bar­ni… Serce drża­ło mi w pier­si. Wiel­kie śle­pia okrut­nych stwo­rów zaj­mo­wa­ły nie­mal pół torsu, a w nich nie znaj­dziesz duszy, o nie. Źre­ni­ce bie­ga­ły z jed­nej stro­ny na drugą, szu­ka­jąc ko­lej­nej ofia­ry do ro­ze­rwa­nia i po­żar­cia.

Gdy uj­rza­łem Si­gri­dę w ich obrzy­dli­wych rę­kach, serce mi do­słow­nie za­mar­ło i my­śla­łem, że umie­ram. Kłó­ci­li się o nią, wy­ry­wa­li wza­jem­nie z rąk, jak rzecz, jak lalkę. Wstyd przy­znać, ale roz­pacz­li­we wo­ła­nia dzie­wusz­ki je­dy­nie mnie po­ra­ża­ły, nie mo­głem nawet po­sta­wić kroku… Czu­łem się pa­skud­nie, tak bez­rad­nie, ża­ło­śnie! Niech mnie ktoś ude­rzy, niech mnie ktoś za­bi­je, my­śla­łem.

I wtedy z nagła po­czu­łem za­pie­ra­ją­ce dech go­rą­co. W nos ude­rzył za­pach siar­ki, tak in­ten­syw­ny, że pra­wie zwy­mio­to­wa­łem.

Zza Blem­m­jów wy­ło­ni­ła się jesz­cze okrop­niej­sza po­stać niż same te po­two­ry. Cała czar­na gó­ro­wa­ła nad nimi, przy­tła­cza­ła wszyst­ko i wszyst­kich. Sko­śne oczy wiel­ko­ści do­rod­nych boch­nów chle­ba pa­li­ły się jak ża­rzo­ne węgle, z ust kre­atu­ry zaś wystawał język, długi niczym wąż. Z czoła wychodziły dwa kozie rogi, każdy zakrzywiony w inną stro­nę. Kor­pus jego przy­wo­dził na myśl wul­kan po erup­cji – rzeki lawy krą­ży­ły po tym oso­bli­wym ciele, jak w nas krążą hu­mo­ry.

Blem­m­jo­wie szyb­ko zro­zu­mie­li, kogo mają za sobą, po­rzu­ci­li Si­gri­dę i na­tych­miast ucie­kli w po­pło­chu. A ja nadal sta­łem jak ten słup soli, za­miast pod­biec do dzie­wusz­ki, która le­ża­ła bez­wład­nie.

Ob­ser­wo­wa­łem Sza­ta­na zmniej­sza­ją­ce­go swoje roz­mia­ry, upo­dab­nia­ją­ce­go się do człe­ka. Gdy już był mniej wię­cej mo­je­go wzro­stu, do­tar­ło do mnie, że…

To prze­cież Le­amas!

Z sze­ro­kim uśmie­chem i nadal pło­ną­cy­mi śle­pia­mi zbli­żył się do Si­gri­dy. Wy­cią­gnął dłoń w jej stro­nę i na od­le­głość pod­niósł dzie­wusz­kę z ziemi, za po­mo­cą ja­kiejś dia­bel­skiej magii. Po­wo­li przy­cią­gał ją do sie­bie.

– Nie! – krzy­cza­łem. – Zo­staw ją, plu­ga­wy po­mio­cie!

Nogi w końcu mnie usłu­cha­ły. Pier­wej cięż­kie jak becz­ki wina, lecz z każ­dym kro­kiem sta­wa­ły się lżej­sze. Przy Blem­m­jach nie re­ago­wa­łem, nie mo­głem więc od­pu­ścić, oddać nie­win­ną dziew­kę ohyd­ne­mu Sza­ta­no­wi!

Dzie­li­ło nas do­słow­nie kilka stóp, gdy Le­amas jej do­tknął. Szy­der­czy uśmiech znik­nął z po­ora­nej ogniem twa­rzy. Pu­ścił ją na zie­mię w tym samym mo­men­cie, gdy go do­pa­dłem i ude­rzy­łem łok­ciem w twarz. Od­nio­słem wra­że­nie, że w ogóle tego nie po­czuł. Za­mach­ną­łem się więc, by uczy­nić to raz jesz­cze, lecz za­trzy­ma­ła mnie nagła po­wa­ga na jego ohyd­nym ob­li­czu.

– Bę­dziesz mu­siał oddać mi coś in­ne­go – po­wie­dział cicho.

Za­mar­łem.

– Cóżeś rzekł? – wy­chry­pia­łem.

Zbył mnie mil­cze­niem, pło­mie­nie w jego śle­piach gasły mia­ro­wo.

Ura­to­wa­łem Si­gri­dę, nie wie­rzę! – my­śla­łem. Wy­gra­łem z samym Sza­ta­nem!

Obej­rza­łem się i pod­bie­głem do dzie­wusz­ki. Szczę­śli­wie roz­war­ła po­wie­ki.

– Si­gri­do, dziec­ko! – krzy­cza­łem ze szczę­ścia. – Ży­jesz! Bę­dziesz żyć!

Chwy­ci­łem ją w ra­mio­na. Za­łka­ła cicho. Tar­ga­ły mną ogrom­ne wy­rzu­ty su­mie­nia, że na­ra­zi­łem młodą nie­wia­stę na tyle nie­bez­pie­czeństw. Że za­nie­dba­łem jej nieme ostrze­że­nie, jesz­cze w We­ne­cji, w ta­wer­nie.

Wciąż trzy­ma­jąc ją mocno, od­wró­ci­łem głowę w stro­nę Sza­ta­na.

Lecz już go tam nie było. Zo­sta­ły po nim je­dy­nie ślady racic wy­pa­lo­ne w ziemi.

 

 

18 paź­dzier­ni­ka 1502, oko­li­ce Asu­anu / Abi­sy­nii?

Naj­droż­szy!

Nie wiem, od czego za­cząć, tyle oso­bli­wo­ści i przy­kro­ści się tu wy­da­rzy­ło. Wy­bacz, że nie cze­kam na od­po­wiedź, spi­su­ję wszyst­ko, póki wspo­mnie­nia są żywe. Mam na­dzie­ję, że jak naj­ry­chlej zdo­łam nadać te listy, gdy będę wra­cać, jesz­cze w Ka­irze albo Alek­san­drii. Swoje listy prze­ka­zuj do Cypru – nie wy­trzy­mam do We­ne­cji, by od­czy­tać wia­do­mość od Cie­bie. Bar­dzo po­trze­bu­ję od­czuć Twoją obec­ność. Te tra­ge­die, które się dzie­ją, jedna po dru­giej, wy­sy­sa­ją ze mnie wszyst­kie soki ży­cio­we, wszyst­kie hu­mo­ry.

Po­dróż bez prze­wod­ni­ka i wiel­błą­da, w nie­zno­śnym upale, przez gó­rzy­ste te­re­ny Abi­sy­nii i gęste gaje oliwne, jest praw­dzi­wą tor­tu­rą. Si­gri­da dziel­nie zno­si­ła to wszyst­ko i po­krze­pia­ła mnie uśmie­chem, choć to ja po­wi­nie­nem był ją po­krze­piać. Ko­cha­na Si­gri­da… Niech to dun­der świ­śnie! Kilka łez spa­dło na per­ga­min, roz­ma­za­ło się wszyst­ko, wy­bacz, na­pi­szę jesz­cze raz.

Nie mia­łem po­ję­cia, dokąd iść, a pra­gnie­nie aż pa­li­ło trze­wia. Ku mojej ra­do­ści mi­ja­li­śmy obóz praw­do­po­dob­nie egip­skiej ka­ra­wa­ny. Szczę­śli­wie han­dla­rze byli dla nas uprzej­mi, choć nie wy­glą­da­li­śmy na tu­byl­ców. Po­czę­sto­wa­li nas dziw­nym na­po­jem, który na­zy­wa­li tej. Choć bar­dzo słod­ki, do­sko­na­le gasił pra­gnie­nie. Dali nam go nieco na drogę. Wspa­nia­li lu­dzie, za­wdzię­czam im życie. Za­py­ta­łem ich, oczy­wi­ście po­ka­zu­jąc, bo nie znam arab­skie­go, gdzie mo­że­my spo­tkać jed­no­roż­ce. Imi­to­wa­łem róg na czole, a oni się gło­śno śmia­li. Jed­nak jeden z nich do­my­ślił się, czego szu­kam i mó­wiąc coś w ję­zy­ku, który nie brzmiał po­dob­nie do żad­ne­go, jaki w życiu sły­sza­łem, wska­zał dziw­ny las, przy­po­mi­na­ją­cy puszczę (przy­naj­mniej tak by wy­ni­ka­ło z opo­wie­ści po­dróż­ni­ków, któ­rych mia­łem oka­zję spo­tkać). Wrę­czył mi rów­nież włócz­nię, nie­zbęd­ną do po­ko­na­nia jed­no­roż­ca, choć spoj­rzał na mnie jak na sza­leń­ca. Po­dzię­ko­wa­łem im kła­nia­jąc się w pas i bez wa­ha­nia ru­szy­li­śmy z Si­gri­dą dalej. Czas na­glił, a i sił coraz mniej…

Zie­lo­na gę­stwi­na nas za­sko­czy­ła i wy­da­wa­ła się nie­na­tu­ral­na po gó­rzy­stej pu­sty­ni, któ­rej przej­ście za­ję­ło nam kilka dni. Pra­wie całą drogę mil­cze­li­śmy, oszczę­dza­jąc po­zo­sta­łe siły na marsz.

W pew­nym mo­men­cie sta­ną­łem gwał­tow­nie i ru­chem ręki wstrzy­ma­łem Si­gri­dę.

Na bru­nat­nej ziemi uj­rza­łem świe­że wgłę­bie­nia, ślady kopyt. Spoj­rza­łem na dzie­wusz­kę w za­chwy­cie, lecz ona… stała się biała jak wapno. Za­nie­po­ko­iło mnie to, lecz naraz przy­po­mnia­łem sobie, że mamy prze­cież za sobą nie­zwy­kle wy­czer­pu­ją­cą i jakże nie­bez­piecz­ną po­dróż. Miała pełne prawo czuć się wy­czer­pa­na.

Wtedy usły­sze­li­śmy, przy­tłu­mio­ne nieco przez gę­stwi­nę dżun­gli, ale jed­no­cze­śnie wy­raź­ne, rże­nie konia.

– Nic ci nie zrobi – wy­szep­ta­łem do Si­gri­dy, bo drża­ła jak w fe­brze. Chwy­ci­łem ją za dłoń. – Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Nie skrzyw­dzi cię, bo je­steś dzie­wi­cą. Mam w za­na­drzu włócz­nię, jak tylko po­ło­ży głowę na twym łonie, od razu go ubiję.

Dzie­wusz­ka nie prze­sta­ła drżeć, gdy pu­ści­łem jej rękę. Wspią­łem się na naj­bliż­sze drze­wo oliw­ne, które nie było bar­dzo wy­so­kie, więc nawet ktoś taki jak ja mógł na nie wejść bez kło­po­tu. Przy­go­to­wa­łem włócz­nię i cze­ka­łem.

Strach wy­krzy­wił twarz Si­gri­dzie, trzę­sła się jak w cięż­kiej go­rącz­ce, sły­sza­łem jej szloch. Serce mi się ści­ska­ło na ten widok… Wa­ha­łem się, czy nie zejść do niej, lecz w tam­tym mo­men­cie zza krze­wów wy­ło­ni­ło się zwie­rzę.

Le­gen­dar­ny jed­no­ro­żec… Tak, one ist­nie­ją, Janie. Mó­wi­łem Ci, a ra­czej pi­sa­łem, że mam rację!

Jed­no­ro­żec nie był tak pięk­ny jak opi­sy­wa­no czy ma­lo­wa­no w księ­gach. Tułów bar­dziej przy­po­mi­nał ośli niż koń­ski grzbiet. Nogi jak skra­dzio­ne dzi­ko­wi. Je­dy­nie łeb przy­po­mi­nał ten koń­ski, a na czole pre­zen­to­wał się nie­wia­ry­god­nie długi, ostry jak brzy­twa róg.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu zwie­rzę miast zła­god­nieć, wręcz rzu­ci­ło się do cwału w stro­nę Si­gri­dy, rżąc jak po­pa­rzo­ne ze wście­kło­ści. Tylko Bóg mógł spra­wić, że Si­gri­da przy­tom­nie po­bie­gła w stro­nę drze­wa, a ja zdo­ła­łem ją wcią­gnąć.

Roz­ju­szo­ny jed­no­ro­żec do­padł pnia i mo­dli­li­śmy się, by nie prze­bił nas od dołu ro­giem. Po kilku pa­cier­zach od­pu­ścił i, naj­wy­raź­niej upo­ko­rzo­ny prze­gra­ną, po­wo­li wró­cił do swo­ich po­bra­tym­ców.

Długo mil­cze­li­śmy z Si­gri­dą. Nie mo­głem pojąć, co się wła­ści­wie wy­da­rzy­ło.

Dla­cze­go jed­no­ro­żec za­ata­ko­wał dzie­wi­cę?

Tar­ga­ły mną prze­róż­ne uczu­cia, od prze­ra­że­nia przez roz­cza­ro­wa­nie po złość. Byłem prze­ra­żo­ny tym, że moja to­wa­rzysz­ka pra­wie zgi­nę­ła. Roz­cza­ro­wa­ny, bo nie zdo­by­łem rogu jed­no­roż­ca. I zły, bo ktoś łgał – albo Si­gri­da, albo wszyst­kie naj­tęż­sze umy­sły świa­ta i po­dróż­ni­cy razem wzię­ci.

Gdy noc ob­le­pi­ła czer­nią za­ro­śla, drze­wa i krze­wy, od­czu­li­śmy tak nie­zno­śny ból w całym ciele od kur­czo­we­go trzy­ma­nia się ga­łę­zi, że za­ry­zy­ko­wa­li­śmy i ze­szli­śmy na zie­mię. Wę­dro­wa­li­śmy przez dżun­glę w stro­nę obozu, który nie­daw­no roz­bi­ła egip­ska ka­ra­wa­na. Po­ko­naw­szy za­ro­śla, do­strze­gli­śmy z dala ma­lut­ki, ale wy­raź­ny punk­cik zwia­stu­ją­cy ogień.

Przy­by­li­śmy do opu­sto­sza­łe­go obozu wy­czer­pa­ni i głod­ni. Mie­li­śmy przy sobie je­dy­nie tej. Gdy uga­si­li­śmy pra­gnie­nie, spoj­rza­łem z tro­ską na Si­gri­dę. Ga­łę­zie drze­wa odra­pa­ły jej dło­nie i twarz, która krzy­wi­ła się do pła­czu. Jed­nak w oczach uj­rza­łem nie strach, lecz… bła­ga­nie? Po­czu­cie winy?

– To nie twoja wina – rze­kłem cicho. – Ra­duj­my się, że ży­jesz. Nie mo­że­my wie­dzieć, dla­cze­go tak się stało…

– Wła­śnie, że moja wina i mo­że­my wie­dzieć, dla­cze­go tak się stało.

Nie poj­mo­wa­łem.

– O czym ty mó­wisz, dziec­ko… – Wy­cią­gną­łem do niej dłoń, spo­czy­wa­ją­cą na ziemi.

– Nie je­stem już dziec­kiem! – Cof­nę­ła rękę. – I dla­te­go też je­stem dla cie­bie cię­ża­rem!

Pła­ka­ła tak żar­li­wie, że po­czu­łem się nie­swo­jo. Jed­nak nic nie mó­wi­łem, bo zwy­czaj­nie nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Gdy nieco się uspo­ko­iła, a ogień już nie­mal zgasł, opo­wie­dzia­ła, co za­szło w przeded­niu na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia.

 

Otóż wy­obraź sobie, że wła­śnie wtedy klasz­tor, w któ­rym żyła Si­gri­da, od­wie­dził pe­wien mnich. Nie trak­to­wał on swo­je­go po­wo­ła­nia po­waż­nie. W nocy za­kradł się do jej celi i do­ko­nał gwał­tu na nie­win­nej dzie­wusz­ce. O świ­cie wy­ru­szył w dal­szą drogę, jakby nigdy nic. Pró­bo­wa­ła opo­wie­dzieć o swoim nie­szczę­ściu innym mnisz­kom, lecz te albo jej nie wie­rzy­ły albo ka­za­ły za­wrzeć gębę, bo mnich ten naj­wy­raź­niej był ważną oso­bi­sto­ścią. Si­gri­da po­bie­gła do ka­te­dry, bo tylko tam czuła się bez­piecz­nie. Gdy zo­ba­czy­ła mnie zbli­ża­ją­ce­go się do ławy mo­dli­tew­nej, w pierw­szym od­ru­chu chcia­ła uciec, lecz widok mojej ogo­lo­nej głowy oraz zna­mie­nia wy­pa­lo­ne­go jako kara za so­do­mię, od razu ją uspo­ko­ił. A gdy za­pro­po­no­wa­łem jej po­dróż, wie­dzia­ła, że to je­dy­na oka­zja, by uciec od znie­na­wi­dzo­ne­go klasz­to­ru jak naj­da­lej.

 

Wy­słu­cha­łem jej hi­sto­rii i uczy­ni­łem coś, czego będę ża­ło­wać do końca swo­ich dni.

Miast oka­zać jej współ­czu­cie, my­śla­łem wtedy o Tobie. O tym, jak mało czasu nam zo­sta­ło, jak cho­ro­ba pró­bu­je mi Cie­bie ode­brać. I jak los ode­brał mi szan­sę na ura­to­wa­nie Cie­bie.

A ra­czej Si­gri­da.

– To dla­te­go Le­amas cię nie po­rwał – rze­kłem bez­myśl­nie. – Bo nie je­steś dzie­wi­cą. Bo je­steś bez­war­to­ścio­wa.

Do­kład­nie tak ją okre­śli­łem – bez­war­to­ścio­wa. Przy­się­gam, że będę bi­czo­wał się już do kresu swo­ich dni, a i tak nie zdo­łam od­po­ku­to­wać tych słów. Bo praw­do­po­dob­nie to one przy­czy­ni­ły się do tego tra­gicz­ne­go zda­rze­nia, które na­stą­pi­ło póź­niej.

Lecz wtedy nie mia­łem ocho­ty dalej z nią roz­ma­wiać i uło­ży­łem się na spo­czy­nek, nie­mal od razu za­sy­pia­jąc.

 

Gdy się obu­dzi­łem, niebo spo­wi­ja­ła krwa­wa czer­wień, co wy­wo­ła­ło u mnie dresz­cze. Jesz­cze nigdy nie wi­dzia­łem tak nie­po­ko­ją­ce­go wscho­du słoń­ca. Z prze­ra­że­niem spo­strze­głem, że Si­gri­da znik­nę­ła.

Na­tych­miast się ze­rwa­łem i pół­przy­tom­ny po­bie­głem w stro­nę dżun­gli. Prze­dzie­ra­łem się przez za­ro­śla, nie zwa­ża­jąc na za­dra­pa­nia ani po­ry­ki­wa­nia dzi­kich zwie­rząt, cza­ją­cych się w głębi dzi­czy. Przez za­sło­nę łez pra­wie nic nie wi­dzia­łem.

Mimo to roz­po­zna­łem drze­wo, na które jesz­cze przed za­cho­dem słoń­ca wspię­li­śmy się z Si­gri­dą. Na pniu do­strze­głem wy­ry­te ślady kopyt.

Wtedy na moją zgubę skie­ro­wa­łem wzrok nieco dalej i przy na­stęp­nym drze­wie zo­ba­czy­łem coś, czego nie zdo­łam już nigdy wy­ma­zać z pa­mię­ci. Mam wiel­ką ocho­tę wbić sobie nóż w serce, gdy to piszę.

Pod ko­lej­nym drze­wem uj­rza­łem Si­gri­dę. Im­po­nu­ją­cych roz­mia­rów róg przy­bił ją do pnia, prze­szy­wa­jąc trze­wia.

Pod­bie­głem do niej, ry­cząc jak ob­la­ny wrzą­cą smołą. Pró­bo­wa­łem wy­rwać róg, lecz na próż­no. Z ust dzie­wusz­ki są­czy­ła się krew, w oczach zaś, wciąż otwar­tych, wid­nia­ło prze­ra­że­nie. Pró­bo­wa­łem za­mknąć po­wie­ki, lecz nie po­do­ła­łem.

Prze­kli­na­łem sie­bie, krzy­cząc na całą dżun­glę. Prze­kli­na­łem sie­bie za to, że wcią­gną­łem Si­gri­dę w tę po­dróż. Za to, co jej po­wie­dzia­łem przed snem. Za to, że dałem się zwieść dia­błu. Za to, że się uro­dzi­łem.

Nie­ste­ty nie mo­głem wy­pra­wić dzie­wusz­ce po­grze­bu, więc po­mo­dli­łem się za nią, a włócz­nią wy­ry­łem znak krzy­ża na pniu, tuż nad jej głową.

Wtedy na­szła mnie inna myśl; odej­ście Si­gri­dy nie mu­sia­ło pójść na marne. Byłem pe­wien, że umyśl­nie wy­bra­ła taką śmierć, nie inną; z pełną świa­do­mo­ścią wró­ci­ła do miej­sca, gdzie ostat­nio spo­tka­ła jed­no­roż­ca. Chcia­ła udo­wod­nić, że nie jest bez­war­to­ścio­wa.

Wy­cią­gną­łem z sakwy nóż i za­mach­ną­łem się na róg. Cię­cie szło opor­nie, ale po kilku pa­cier­zach róg za­czął się kru­szyć pod wpły­wem ostrza. Do­cho­dzi­ły do mnie po­mru­ki­wa­nia dzi­kich zwie­rząt oraz od­da­lo­ne rże­nie jed­no­roż­ców, lecz się nie lę­ka­łem. Prze­by­łem tak długą po­dróż, Si­gri­da wy­zio­nę­ła ducha prze­ze mnie, tak wiele za­ry­zy­ko­wa­łem i stra­ci­łem, więc był­bym głup­cem, gdy­bym się wtedy pod­dał. Żadne zwie­rzę nie przy­pu­ści­ło ataku – naj­wi­docz­niej jed­no­roż­ce brzy­dzą się nie­wie­ściu­cha­mi.

Mam więc dla Cie­bie gorz­ko-słod­ką wia­do­mość. Choć kosz­to­wa­ło mnie to wiele, i niemal przy­pła­ci­łem to ży­ciem, zdo­by­łem róg jed­no­roż­ca. Tak jak Ci obie­ca­łem.

Wra­cam do Cie­bie.

Twój na za­wsze

Sta­ni­sław

 

 

14 li­sto­pa­da 1502, Cypr

Uko­cha­ny!

Szczę­śli­wie przy­by­łem do Cypru, a myśl, że nie­dłu­go Cię ujrzę, zła­go­dzi­ła nawet do­le­gli­wo­ści zwią­za­ne z nie­mo­cą mor­ską.

Nie­po­koi mnie je­dy­nie, że nie do­sta­łem od Cie­bie żad­nych wie­ści, mimo że wszyst­kie listy wy­sła­łem już w Ka­irze. Praw­do­po­dob­nie za­gi­nę­ły w dro­dze lub za­to­nę­ły wraz ze stat­kiem, to się nie­ste­ty zda­rza. Mam na­dzie­ję, że ten list już do Cie­bie do­trze, więc od­po­wiedź na­de­ślij do We­ne­cji.

Nie­ustan­nie przed­sta­wiam sobie spo­tka­nie z Tobą. Widzę, jak się uśmie­chasz, gdy staję w drzwiach. Pod­cho­dzę do Cie­bie i ca­łu­ję po rę­kach, po twa­rzy i nie ob­cho­dzi mnie, czy masz kro­sty, wrzo­dy, czy sączy się z nich krew. Bo zaraz bę­dziesz zdro­wy. Medyk przy­go­tu­je au­reus pu­lvis i Cię wy­le­czy. I nie wrócę już do Kra­ko­wa, zo­sta­nie­my w Pa­ry­żu. Pod­szko­lę fran­cu­ski, z pew­no­ścią przyj­mą mnie do ja­kiejś gil­dii ko­wa­li.

I wy­ru­szy­my do Egip­tu, zwie­dzać pi­ra­mi­dy. Mam tam już nawet prze­wod­ni­ka.

 

 

11 grud­nia 1502, We­ne­cja

Naj­droż­szy Janie!

Nie mo­głem długo za­snąć, roz­my­śla­jąc nad wszyst­kim, co mnie spo­tka­ło i oczy­wi­ście o Tobie. Mam ocho­tę wyć jak zra­nio­ne zwie­rzę. Je­stem z po­wro­tem w We­ne­cji, a od Cie­bie nie mam nadal żad­nych wie­ści.

W pew­nym mo­men­cie ukłu­ła mnie obrzy­dli­wie strasz­na myśl. Usły­sza­łem w gło­wie cichy, zre­zy­gno­wa­ny głos Le­ama­sa:

– Bę­dziesz mu­siał oddać mi coś in­ne­go.

Ledwo piszę, tak bar­dzo się trzę­sę. Bła­gam, daj mi jakiś znak, że ży­jesz. Le­amas nie mógł mi Cie­bie ode­brać. Prze­cież sam po­wie­dział, że od­bie­rze mi to, co tak na­praw­dę nie na­le­ży do mnie.

A Ty na­le­żysz do mnie, je­steś mój…

Praw­da?

Koniec

Komentarze

O tak późnej porze przeżuwanie skończy się tylko niestrawnością, a tego byś nie chciała. prawda? Ale wgryzę się w to rano, na głodzie. Na razie sam styl i forma wyglądają nieźle ;)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Oczywiście, marzanie, choć przeżuwanie na czczo też nie jest wskazane :) Zapraszam po śniadanku ze smaczną, parującą kawusią przed sobą! smiley

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Wieść o Twojej

Wieść o Twej – lepsza stylizacja. Choć potem zauważyłem, że stylizacji języka nie ma, więc rzeczywiście można sobie odpuścić.

 

wiecznie trwającą torturą.

Prościej: wieczną torturą

 

Szczęśliwie Bóg obdarzył mnie rzadkimi umiejętnościami, pozwalającymi wykonywać rzemiosło kowala, dzięki temu sakwa wciąż jest ciężka. Jakby tego było mało, w każdej gospodzie znajdzie się ktoś, kto śmierdzi i puszcza gazy, bez przerwy, przez całą noc. Obrzydliwe

Niefortunne stylistycznie zderzenie tego, co pomaga mu podróżować (rzemiosło) i niedogodności podróży. Wrzuciłbym kowalstwo na koniec akapitu, a nie mieszał go z opłatami a pierdzeniem. Wiąże się z opłatami, ale przy czytaniu nie brzmi to dobrze.

 

Łuki zwieńczające sufit tak wysoki, że mógłby się tam zmieścić olbrzym i to na stojąco.

A oni z Norwegii są, że widują codziennie olbrzymy i mają skalę porównawczą? W Polsce to raczej drzewa, albo znany obiekt z miasta, gdzie mieszkali, nie olbrzym.

 

Twarz jej cechowały młode rysy, niemal dziecięce.

Niezręczne okrutnie, jak olbrzym w składzie porcelany

 

Bo mają one nad nimi władzę, a ich duma nie może tej myśli znieść.

 

Warto zmienić na męska duma – inaczej czytelnik się gubi

 

 

Co prawda pozytywnymi, lecz jednak znużony nowymi wrażeniami,

Mało to zgrabne pod względem szyku

 

. W młodym wieku matka Sigridy została wydana za kowala, co prawda majętnego, ale niestety tak skorego do picia jak i do pracy.

Ejże, on jest kowalem, to nie wywołuje traumy u Sigridy? Czy wplatasz tu wątek szukania mężczyzn podobnych do ojca?

 

Zaczyna mnie irytować Twoje podejście z tym odpuszczaniem

Wtedy odpuszczano winy, nie sobie. Brak stylizacji to jedno, a wplatanie współczesnych potocznych zwrotów w tym stylu to inna bajka, drażni.

Wstał i poprawił swoją koszulę już z jednym ramieniem.

Niezgrabnie brzmi

 

“świże gówno brał w zęby”

To w końcu stylizacja jest czy jej nie ma? Bo to “świże” bardziej razi niż pomaga

 

Obiecał, że o świcie przyjdzie po nas, by wyruszyć w podróż do piramid. Podziękowałem mu pięknie i odmówiłem, choć z bolącym sercem. Oczywiście chciałbym zobaczyć te wspaniałe zabytki, tak wiele znaczące dla historii ludzkości, niestety, czas nagli! Wrócę tu z Tobą, kochany, i razem zwiedzimy wszystkie mirabilia.

Przewodnik powiedział coś jeszcze, coś, co bardzo mnie zaniepokoiło. Tuż przed pójściem na spoczynek, zanim opuścił funduq, powiedział, byśmy absolutnie pod żadnym pozorem nie podróżowali dalej bez niego. Zapytałem, dlaczego. Spojrzał na mnie jak na szaleńca.

– To nie słyszeliście o blemmjach?

Ach tak. Blemmjowie, ludzie bez głów, mający oczy i usta na klatce piersiowej. Według angielskich podróżników i pisarzy – kanibale.

Zupełne pomieszanie epok. Anglicy podróżowali tam z pielgrzymkami do Ziemi Świętej i piramidy mieli gdzieś. Nie zapuszczali się głębiej, poza podróżami wzdłuż Nilu. Epoka angielskich odkrywców podróżników w hełmach korkowych to nie 1430. Tutaj zupełnie wypadłem z wątku,

 

na dziwny las, przypominający dżunglę

Nie znano tego słowa, nie było takiego odniesienia/porównania

 

 

Droga Holly (to nie jest początek listu, nie martw się).

 

Opowiadanie mnie zmęczyło. To ciąg przygód, wiarygodnych bardziej lub mniej (na końcu mniej – przy scenie z Sigridą przebitą rogiem już zupełnie się poddałem, a gdzie reszta zwierzęcia?). Nie ma błysku, pointy, jakiś zamysł fabularny się przez to przebija, ale niczym słoneczko w listopadowy niżowy dzień.

Gdyby to było opowiadanie nowicjusza forumowego, to głaskałbym po łebku. Ale Ciebie mam ochotę przełożyć przez kolano i… nie będę pisał, co dalej :P

Postaram się zapomnieć. Pomóż mi w tym jakimś innym kawałkiem, zanim znajdę jakiś róg i poczynię sepuku.

 

Dość tego pastwienia się. Ten tekst da się czytać, ale po prostu znam Cię i wiem, że potrafisz pisać znacznie lepiej!

 

ma potencjał.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Żebyś nie zakrztusiła się kawą z rana: sama forma (listy) jest napisana dobrze. Podoba mi się to, że treść listów partnera jest wzmiankowana na początku, czasem w zabawnej formie – to dobry zabieg. Więc, jeśli potraktujemy to jako ćwiczenie formy…

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Drogi marzanie!

 

wielkie pustki w mym sercu uczyniłeś komentarzem swoim…

 

Żebyś nie zakrztusiła się kawą z rana

Za późno laugh

 

Niefortunne stylistycznie zderzenie tego, co pomaga mu podróżować (rzemiosło) i niedogodności podróży. Wrzuciłbym kowalstwo na koniec akapitu, a nie mieszał go z opłatami a pierdzeniem. Wiąże się z opłatami, ale przy czytaniu nie brzmi to dobrze.

No tak, tylko było mi to potrzebne akurat tam, bo wspomina o wysokich opłatach za wszystko. Jeszcze się zastanowię nad tym.

 

A oni z Norwegii są, że widują codziennie olbrzymy i mają skalę porównawczą? W Polsce to raczej drzewa, albo znany obiekt z miasta, gdzie mieszkali, nie olbrzym.

A bestiariusze, które czytał?

 

Twarz jej cechowały młode rysy, niemal dziecięce.

Niezręczne okrutnie, jak olbrzym w składzie porcelany

Nie rozumiem, dlaczego. Jakiś przykład? Bo ja tego nie widzę, serio.

 

Bo mają one nad nimi władzę, a ich duma nie może tej myśli znieść.

Warto zmienić na męska duma – inaczej czytelnik się gubi

Racja.

 

. W młodym wieku matka Sigridy została wydana za kowala, co prawda majętnego, ale niestety tak skorego do picia jak i do pracy.

Ejże, on jest kowalem, to nie wywołuje traumy u Sigridy? Czy wplatasz tu wątek szukania mężczyzn podobnych do ojca?

Nope, no daddy issues.

Ona nie wiedziała, że jest kowalem, zanim wyruszyła z nim w podróż. Wystarczyło dla niej, że jest innej orientacji i to pozwoliło jej się poczuć bezpiecznie. Ma to sens, gdy się weźmie pod uwagę, co dosłownie chwilę przed przeżyła.

 

Zaczyna mnie irytować Twoje podejście z tym odpuszczaniem

Wtedy odpuszczano winy, nie sobie. Brak stylizacji to jedno, a wplatanie współczesnych potocznych zwrotów w tym stylu to inna bajka, drażni.

Hm, racja. A z tą rezygnacją? poddawaniem się?

 

Wstał i poprawił swoją koszulę już z jednym ramieniem.

Niezgrabnie brzmi

A tak jest nieco lepiej?

Wstał i poprawił swoją koszulę, już z tylko jednym ramieniem.

 

“świże gówno brał w zęby”

To w końcu stylizacja jest czy jej nie ma? Bo to “świże” bardziej razi niż pomaga

Racja, zmienię po prostu na świeże.

 

Zupełne pomieszanie epok. Anglicy podróżowali tam z pielgrzymkami do Ziemi Świętej i piramidy mieli gdzieś. Nie zapuszczali się głębiej, poza podróżami wzdłuż Nilu. Epoka angielskich odkrywców podróżników w hełmach korkowych to nie 1430. Tutaj zupełnie wypadłem z wątku,

Hm, no ja z jednej z książek, którą się posiłkowałam, wywnioskowałam coś innego. Na pewno nie rzuciłam tymi Anglikami przypadkiem.

 

na dziwny las, przypominający dżunglę

Nie znano tego słowa, nie było takiego odniesienia/porównania

Też się nad tym słowem zastanawiałam. Może puszcza?

 

Ok, poprawki wprowadzone.

 

 

Szanuję, że nie zedytowałeś komentarza, tylko wykreśliłeś okrutny fragment. Nie cofasz się i nie wyrzekasz swoich działań, ale też przemyślałeś sprawę i doszedłeś do wniosku, że mogło to zabrzmieć dość brutalnie.

 

Jednak kopniak w brzuch został zadany i trochę to potrwa, zanim wstanę i się otrzepię. Na razie leżę.

Cóż, takie życie pisarza. Zresztą, sama wspomniałam w przedmowie, że tekst można przeżuć i wypluć laugh 

Miejmy nadzieję, że następnym razem odczujesz nie rozczarowanie a zachwyt. Tym bardziej że raczej już sobie odpuszczę kreację światów średniowiecznych, bo ewidentnie średnio mi to wychodzi.

 

Mimo boleści w trzewiach pozdrawiam Cię serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Witam :]

 

Mam niestety podobne wrażenie jak Marzan. Oprócz tego, żeby opowiadanie mnie zmęczyło – przeciwnie, ta forma epistolarna tu zdecydowanie wyszła, Stanisław jest bardzo udanym narratorem w stylu błędnego rycerza, czytało się to bardzo dobrze i kliknąwszy opowiadanie, żeby od tak zobaczyć, co tam Holly wrzuciła, łykłem całe na raz, nawet nie wiedząc kiedy, choć obiektywnie mierząc jest dość długie i pełne opisów. Tak że forma i lekka narracja dla mnie na plus!

 

Natomiast podpisuję się pod wątpliwościami dotyczącymi fabuły. Choć czytało się dobrze, na koniec zostałem ze sporym niedosytem. Jeśli tu była jakaś puenta lub myśl przewodnia, to ja jej nie dostrzegłem, choć cały czas miałem wrażenie, że jakaś powinna być. 

 

Trudno bowiem rozpatrywać to opowiadanie w kategoriach czystej, rozrywkowej przygodówki – dorosły chłop zawsze słabo sprawdza się w roli damy w opałach, ale nawet jeśli przymkniemy oko na patriarchalne stereotypy, Jana poznajemy właściwie tylko z tej strony, że jest niemiły i opryskliwy. Dodawszy do tego fakt, że misja ratunkowa sprawia wrażenie mrzonki i fanaberii (nie mamy powodu oczekiwać, że sprokurowane medicamentum będzie szczególnie skuteczne), widzimy, że ciężko od czytelnika oczekiwać, by szczególnie mocno trzymał kciuki za jej powodzenie.

 

Jest tu jakaś myśl o trudnej sytuacji gejów i niewiast w przedstawionym okresie, ale jeśli to miało być osią fabularną, to zdecydowanie nie zostało to dociągnięte – obiektywnie tekst jest o czym innym. Jan zmaga się głównie sam ze sobą i z nosorożcem; uprzedzenia, jeśli już się podczas jego bohaterskiej podróży pojawiają, to epizodycznie albo w retrospekcji.

 

Można się też dopatrywać jakiegoś tragicznego romansu, ale na to z kolei opowiadanie jest zbyt lekkie, momentami nawet komediowe.

 

Tak że, podsumowując, o ile czytało się bardzo fajnie, na koniec trochę nie wiem, co autorka miała na myśli. Możliwe, że to ja zawiodłem jako czytelnik i coś oczywistego mi umyka – many such cases. Ciekaw jestem, co tu powiedzą portalowi spece od metafor i interpretacji. A wiem, że przyjdą xd

 

Pozdrawiam i klik

 


Stanowczo odmawiam nazywania mnie bezrozumnym bękartem

On nie odmawia, tylko się sprzeciwia. Chyba że to jakiś archaismus?

 

jedna z nielicznych odwiedzających

Hmmm, czy wiedeńska zakonnica modląca się w wiedeńskim kościele to "odwiedzająca"? Turysta w jakimś historycznym kościele, prędzej. Tu bym raczej dał "wierna" albo cuś.

 

łamaną niemczyznę, którą nabyłem

“Której” nabyłem, raczej. Tak jak: "nabyć doświadczenia", nie "nabyć doświadczenie".

 

I to wszystko powstało ręką człowieka

Hm. Stworzone ręką? Chyba że znowu archaizm, którego ja nie znam.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Witaj. ;)

 

Mam pewne wątpliwości oraz sugestie co do (zawsze – jedynie do przemyślenia):

Dlaczego Bóg ukarał tylko Ciebie (przecinek?) a mnie nie?

Odpisz mi (i tu?) proszę (i tutaj?) jak najszybciej, kiedy i gdzie mogę Cię odwiedzić.

Nie odkładaj proszę listu, doczytaj do końca. – i tu podobnie z wtrąceniem „proszę”?

Pozdrawiam Cię, najdroższy – mam wątpliwość, czy nie wielką literą i czy nie kropka na końcu (dalej masz takie kropki)?

Możesz mieć jednak nieco racji z tym bezmózgim bękartem, bo przed wyruszeniem w podróż zapomniałem o bardzo istotnej kwestii. Pewnie tego nie wiesz, bo nie wierzysz przecież w jednorożce, ale są to bardzo silne i niebezpieczne zwierzęta. – powtórzenie?

Bardzo mnie to trapi. Lecz nie będę teraz nad tym się zastanawiał, jestem znużony, a świeca już dogasa, więc idę spocząć. Jutro pomyślę, jak się z tym uporać. – i tu?

Główna wieża chyba sięga do samego nieba, a wewnątrz jest tak pięknie, że człowiek nie ma ochoty wychodzić. – tytułem wtrącenia: warto wspomnieć, że w latach, w których toczy się akcja, katedra była ciągle w budowie i części wież jeszcze nie skończono.

Ku mojemu zaskoczeniu i radości (przecinek?) pod wieczór katedra zaczęła pustoszeć.

W pierwszej ławie, tuż przed wspaniałym ołtarzem Fryderyka, modliła się młoda niewiasta. – nie znam się za dobrze na historii architektury, ale – o ile dobrze widzę w necie – Wikipedia podaje, że ten ołtarz został zbudowany w 1447 r. (?)

To mieszane wrażenie odczynił jednak widok placu świętego Marka. Przy falujących wodach laguny stały dwie granitowe kolumny, przedstawiające Świętego Teodora tuż po pokonaniu smoka na jednym, na drugim zaś lwa symbolizującego Świętego Marka. Jednak dopiero gdy mój wzrok spoczął na Bazylice, nie umiałem skryć zachwytu. Przypomina ona egzotyczny pawilon o fasadzie w stylu bizantyjskim, obramowany jasnym marmurem, przykryty pięcioma złotymi kopułami. Musiałem wejść do środka. Wnętrze mnie wręcz oszołomiło; złociste sufity ozdobione lśniącymi mozaikami, błyszczące tessery, ogromny, srebrny ołtarz… – podobnie mam z tym ołtarzem w Bazylice św. Marka, czy on na pewno był srebrny?

Ostatecznie wstałem z ławy i skierowałem się w stronę ołtarza, nie mając żadnego planu. Miałem nadzieję, że stanie się cud i Bóg przejmie kontrolę nad moimi ustami. – powtórzenie?

Znamię, którego tak bardzo nienawidzę, a jednocześnie kocham. Nienawidzę, bo przypomina mi o tym, jak bardzo lud mną gardzi, tylko dlatego, że miłuję męża miast niewiasty.

Westchnąłem zrezygnowany, bo przecież (przecinek albo myślnik?) kto by się zdecydował na coś takiego?

I zapomniał, kim właściwie jestem, na Boga? – ostatnie dwa wyrazy są tak dramatyczne, że może dać jeszcze wykrzyknik?

Boimy się ich, a raczej ci, którzy je pożądają. – Dopełniacz zamiast Biernika (ich)?

Znalazłem dziewicę, ale bez bolleta di sanita nie wypłynę z Wenecji. – hm, nie widzę w podanym przez Ciebie słowniczku, znaleźć w necie nie umiem; czy to nie miało być przypadkiem przez dwa „T”?, edit – Na razie odmówili mi wydania bolletta di sanita czyli jednak! :)

Jeśli od komisji lekarskiej usłyszę, że noszę znamiona gniewu bożego czy pudendagry, to chyba umrę z rozpaczy. – mam pewną wątpliwość, czy nie wielką literą (?)

Przy falujących wodach laguny stały dwie granitowe kolumny, przedstawiające Świętego Teodora tuż po pokonaniu smoka na jednym, na drugim zaś lwa symbolizującego Świętego Marka. – tu mam dylemat, bo czasem piszesz ten wyraz wielką, a czasem – małą literą (np. przy św. Szczepanie)

Niewiasty ubierają się tu zgoła inaczej: ich jedwabne suknie o kolorze malachitu lub chabru mają śmiałe dekolty, w kształcie litery V, damy chodzą też na niebotycznie wysokich butach – podejrzewam, że w trosce, by nie zamoczyć stóp i rąbka sukni w lagunie, która nie pozwala wyschnąć ziemi. – w?

Wśród instrumentów rozpoznałem portatyw i rebek. – czy celowo pisane przez „k”?

Tym bardziej (przecinek?) że uciekła z klasztoru, więc nie miało to żadnego znaczenia. – wtrącenie: już w świątyni, kiedy była spłoszona, miałam wątpliwości, czy to aby na pewno jest zakonnica i teraz się one pogłębiły… :))

W młodym wieku matka Sigridy została wydana za kowala, co prawda majętnego, ale niestety tak skorego do picia (przecinek?) jak i do pracy.

Może w klasztorze też nie jest tak dobrze (i tu?) jak nam wmawiają?

Los, Bóg, cokolwiek, co włada ZiemiąNiebem, dał mi wyraźny znak, że mam się nie poddawać. – mam wątpliwość, czy to ma być wielkimi literami (?)

Widząc, że zastygłem, mąż dotknął palcem ostrza noża i powoli odsuwał go od siebie, a ja nie oponowałem. – je?

Poczułem zapach wina, delikatniejszego niż te, które mi podano. – to? (chyba, że celowo taka forma?)

Pełno tu podróżników, handlowców, podróżników i złodziei. – powtórzenie?

– Do stu czartów, skąd Ty wiesz, że muszę się dostać do Egiptu? – wychrypiałem. – małą literą w dialogu?

Za dużo o mnie wiesz, a ja nawet nie wiem, jak się nazywasz. – powtórzenie?

 

Mam wątpliwość co do słowa „S/szatan”, bo piszesz je dwojako, np.:

“A w gaciach to chyba Szatana”.

Nie będę Ci łgał, przystojny jak szatan.

 

Los był dla nas nad wyraz łaskawy; pochmurne dni liczyłem na palcach jednej ręki (przecinek?) a i wiatr nieprzerwanie dmuchał prosto w żagle.

Mimo mojej niemocy morskiej (i tu?) wspominam tę część podróży jako jedną z dogodniejszych.

Nie trudno go znaleźć, bo obłędny aromat przypraw można poczuć z odległości kilku stajań. – ort? – razem?

To prawdziwy raj dla handlowców i turystów! – wyraz pada jeszcze raz, ale czy jest odpowiedni dla epoki?

Że krosty obsiały nawet Twoją twarz, którą tak bardzo chciałbym ujrzeć (przecinek?) i powieki, które mógłbym całować bez końca, tak gęsto, że ledwo jesteś w stanie odczytać moje listy.

– A znasz kogoś, kto widział ich na własne oczy (przecinek?) czy każdy tylko powtarza to, co usłyszał od innych?

– Jednorożce występują w południowym Egipcie lub w okolicach Abisynii. – Zaczął wywód Leamas. – czy to nie gębowe?

Podróż była bardzo uciążliwa, nie tylko ze względu na bezlitosny upał; przechodząc przez gęsty las jałowców afrykańskich do naszych uszu dobiegały często dziwne dźwięki. – tu mam wątpliwość, bo brzmi tak, jakby to dźwięki przechodziły przez las (?)

Tym bardziej (przecinek?) że wśród drzew widywałem co jakiś czas wielkie ślepia, przypominające ludzkie…

Ryk zwierzęcia przypomniał mi zawodzenie zwierząt zarzynanych w garbarni… – powtórzenie?

Skośne oczy wielkości dorodnych bochnów chleba paliły się jak żarzone węgle, z ust kreatury zaś wystawał długi język, wijący się niczym wąż. Z czoła wystawały dwa zakrzywione kozie rogi, każde w inną stronę. – i tu?

Puścił ją na ziemię w tym samym momencie, gdy do dopadłem i uderzyłem łokciem w twarz. – literówka?

Podziękowałem im (przecinek?) kłaniając się w pas i bez wahania ruszyliśmy z Sigridą dalej.

Czas naglił (i tu?) a i sił coraz mniej…

Jednak jeden z nich domyślił się, czego szukam i mówiąc coś w języku, który nie brzmiał podobnie do żadnego, jaki w życiu słyszałem, wskazał na dziwny las, przypominający dżunglę (przynajmniej tak by wynikało z opowieści podróżników, których miałem okazję spotkać). – piszesz o niej kilkakrotnie, lecz – czy nie chodziło o afrykańską puszczę, występującą też u Sienkiewicza?; co do tych podróżników angielskich, o których piszesz w tekście, też mam wątpliwości, szczególnie – w tych latach

I zły, bo ktoś łgał – albo Sigrida (przecinek?) albo wszystkie najtęższe umysły świata i podróżnicy razem wzięci.

Wyciągnąłem z sakwy nóż i zamachnąłem się na róg. Cięcie szło opornie, ale po kilku pacierzach róg zaczął się kruszyć pod wpływem ostrza. – powtórzenie?

Tak (przecinek?) jak Ci obiecałem.

Przecież sam powiedział, że odbierze mi to, co tak naprawdę nie należy do mnie.

A przecież Ty należysz do mnie, jesteś mój… – powtórzenie?

 

 

Aliteracje (np.: Jako jeden z nielicznych nie nazywa mnie niewieściuchem i traktuje jak równego sobie; Nienawidzę, bo przypomina mi o tym, jak bardzo lud mną gardzi, tylko dlatego, że miłuję męża miast niewiasty; Nie wiem, czy moje wyrzuty sumienia są słuszne; Na pytanie, czy widział kogoś podejrzanego, po prostu wyszedł z izby; Ryk zwierzęcia przypomniał mi zawodzenie zwierząt zarzynanych w garbarni) pewnie są celowe, ale wolę zaznaczyć. :)

 

Byłam bardzo ciekawa, jak poprowadzisz tę opowieść i jak ją zakończysz. :) Nie mogłam nie doczytać, bo to niezwykle oryginalny pomysł. :) Mnóstwo niespodziewanych zdarzeń, zaskakujące zwroty akcji oraz stylizacja języka ogromnie przypadły mi do gustu. :) Świetny pomysł na świat fantasy, brawa! :)

 

Kliczek, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Miejmy nadzieję, że następnym razem odczujesz nie rozczarowanie a zachwyt. Tym bardziej że raczej już sobie odpuszczę kreację światów średniowiecznych, bo ewidentnie średnio mi to wychodzi.

 

Mimo boleści w trzewiach pozdrawiam Cię serdecznie!

Po pierwsze nie odpuszczaj. Jak spadłaś z konia, wsiądź jeszcze raz. Zresztą Bruce się podobało, posłuchaj też innych!

 

Po drugie, widzę w tym włożoną pracę. Bardzo dużo pracy. Widzę opisy średniowiecznego życia, strojów, obyczajów. Tylko wizyta w Egipcie, opisana z perspektywy turysty na wycieczce do Marsa Alam, wszystko burzy. Gubię się w tym, bo nie wiem, co jest próbą pokazania średniowiecza, a co drogą na skróty. Tracę zaufanie i przestaję wierzyć kolejnym opisom.

 

Holly, opowiadanie jest jak relacja z czytelnikiem. Wystarczy jedno fałszywe słowo, a staniesz się w jego oczach graczem, nie partnerem. Chcę widzieć w tym, co piszesz, czarodziejkę, nie iluzjonistkę.

 

Boli jeszcze? Czy już przyprowadzić konia? :P

 

P.S.

 

Twarz jej cechowały młode rysy, niemal dziecięce – przekombinowane.Szczególnie w liście. Napisałabyś tak do mnie o dziewczynce, którą widzisz przez okno?

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Po pierwsze nie odpuszczaj. Jak spadłaś z konia, wsiądź jeszcze raz.

Wsiadłam po “Ale zbaw nas ode złego”, które też nie spotkało się z zachwytem. A upadać trzeci raz już nie mam ochoty :P Chyba że po dłuższej przerwie, muszę zebrać siły.

 

Holly, opowiadanie jest jak relacja z czytelnikiem. Wystarczy jedno fałszywe słowo, a staniesz się w jego oczach graczem, nie partnerem. Chcę widzieć w tym, co piszesz, czarodziejkę, nie iluzjonistkę.

To jest tak mądre, że może za kilka lat zrozumiem :P

 

Boli jeszcze? Czy już przyprowadzić konia? :P

Ano boli i poboli trochę.

Jeszcze za wcześnie, poleżę tu sobie laugh

 

Zresztą Bruce się podobało, posłuchaj też innych!

A bruce jest kochana po prostu, zawsze była heart

 

Odniosę się do Twoich uwag, bruce, jak będę miała kilka chwil więcej, dziękuję za tak szczegółową łapankę!

A, no i oczywiście do uwag Zakapiora :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Tak, mnie się podobało. :) Od początku do końca kupiłam ten pomysł, bo: wieje tajemnicą, zaskoczeniem, oryginalną nowością i świetnym fantasy. :) Narrator to genialny gaduła i rzeczywiście jest wierny swemu ukochanemu, choć pokus wszędzie bez liku… :) 

Od początku byłam przekonana, że z misji nici, bo… dziewczynka okaże się zarabiającą na ulicy prostytutką i złodziejką, która ukrywała się w stroju zakonnicy, zatem udało się mnie zmylić. Co więcej, jestem pełna współczucia i podziwu dla zachowania Sigridy. :) Jednorożce ostatecznie znaleźli. I nawet róg zdobyto! Diabeł Stanisława nie zabił, w sumie narrator, mimo tak szaleńczej wyprawy, ocalał, a jego przyjaciel chyba jednak nie zmarł z – że tak to ujmę – przyczyn naturalnych. Każde moje podejrzenie okazało się chybione, co – przyznaję – rzadko się zdarza. ;) Autorka wielokrotnie nabrała mnie, tworząc arcyciekawą opowieść. yessmiley

 

Holly, potraktuj moje wątpliwości z przymrużeniem oka. :) Stawiam przecinki, gdzie tylko mogę, zatem i tu chciałabym je widzieć w nadmiarze. :) Inne kwestie – tylko do przedyskutowania, żaden ze mnie znawca. :) 

 

Pozdrawiam Was! heartkiss

Pecunia non olet

Hejka!

Muszę powiedzieć, że kompletnie nie spodziewałam się, jak bardzo przywiążę się do Stanisława. Na początku wydawał mi się trochę pocieszny, taki naiwny idealista idący przez pół świata po róg jednorożca, ale z każdym listem coraz bardziej mu kibicowałam. Chyba najbardziej urzekło mnie to, że on naprawdę wierzy, że da się uratować Jana. Nawet kiedy wszystko wokół mówi mu, że powinien odpuścić.

Strasznie lubię też sposób, w jaki jest napisany.  Ma własny głos, jego dygresje, zachwyty nad miastami, narzekanie na podróż, obrażanie się na Jana za zazdrość, wszystko brzmi bardzo naturalnie. Miałam wrażenie, jakbym czytała prawdziwe listy.

A końcówka? Powiem szczerze, że zrobiło mi się autentycznie przykro. Przez cały tekst człowiek ma nadzieję, że Stanisław jednak zdąży do Jana, że po tym wszystkim będzie jakieś światło na końcu tunelu, a potem przychodzi ten ostatni list i nagle zaczyna się podejrzewać, że cena za tę całą wyprawę mogła być znacznie wyższa, niż Stanisław przypuszczał.

 Rzecz, która bardzo mi się rzuciła w oczy to, że pod warstwą przygodowej fantasy to jest przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy przez swoje społeczeństwo zostali uznani za wadliwych. Jan przez chorobę, Stanisław przez to, kogo kocha, Sigrida przez krzywdę, której doznała. Dlatego ta historia działa emocjonalnie dużo mocniej. 

Podsumowując, historia wciągała mnie z każdym kolejnym zdaniem i cały czas chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej. Bardzo podoba mi się forma opowiadania oparta wyłącznie na listach Stanisława, brak odpowiedzi Jana świetnie buduje klimat, potęguje niepokój o jego los i jednocześnie zostawia przestrzeń do wyobrażenia sobie jego reakcji i odpowiedzi. Naprawdę świetnie się to czytało.

Pozdrawiam i klikam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Cześć

Bardzo ładny, stylizowany język. Czytałem duszkiem. Brakowało mi trochę więcej wzmianek o Sigridzie, dialogów, w których występowałaby. To bardzo dobre opowiadanie. Zabierasz w podróż, obrazowo, wyobraźnia dzięki temu pracuje. 

Całkowicie zasłużony klik.

I zgłaszam do piórka.

Pozdrawiam

I zgłaszam do piórka.

Targana emocjami, ciągle mając przed oczami te wszystkie ich zmagania, po namyśle, popieram Hesketayes

 

Powodzenia, Hollykiss

Pecunia non olet

Cześć!

Tekst jest dość długi, więc na razie tylko go przeskanowałem, ale jutro czeka mnie dwugodzinna jazda pociągiem, więc całość postaram się przeczytać tam. Na razie widzę jeden anachronizm, niestety chyba dość istotny z punktu widzenia fabuły – Europejczyk żyjący w pierwszej połowie XV w. nie mógł mieć kiły, bo ta choroba została przywleczona z Nowego Świata. Jeśli się mylę, może ktoś lepiej obeznany w historii medycyny mnie poprawi.

Trzymaj się.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

No nic, wciąż na leżąco, ale odpowiadam :)

 

Zakapiorze,

 

to ciekawe, że mimo męczenia się z tekstem łyknąłeś go całego naraz! Nie wiedziałam, że tak można, ale to miłe :)

 

Co do niedosytu i brakującej puenty – cóż, każdy miłość rozumie inaczej, więc może dlatego.

 

Jana poznajemy właściwie tylko z tej strony, że jest niemiły i opryskliwy

Ahah! Koleś umiera i jest zazdrosny :P (nie, nie bawi mnie to, że umiera)

 

Dodawszy do tego fakt, że misja ratunkowa sprawia wrażenie mrzonki i fanaberii (nie mamy powodu oczekiwać, że sprokurowane medicamentum będzie szczególnie skuteczne), widzimy, że ciężko od czytelnika oczekiwać, by szczególnie mocno trzymał kciuki za jej powodzenie.

A to już zależy od czytelnika, czy chce odpowiednio głęboko się zanurzyć w tym świecie.

 

Jest tu jakaś myśl o trudnej sytuacji gejów i niewiast w przedstawionym okresie, ale jeśli to miało być osią fabularną, to zdecydowanie nie zostało to dociągnięte – obiektywnie tekst jest o czym innym.

Tak, tekst jest o czymś innym, trudna sytuacja gejów i niewiast jest dodatkiem.

 

Możliwe, że to ja zawiodłem jako czytelnik i coś oczywistego mi umyka – many such cases. Ciekaw jestem, co tu powiedzą portalowi spece od metafor i interpretacji. A wiem, że przyjdą xd

XD

 

Pozdrawiam i klik

Dziękuję serdecznie :) I chyba klik Ci uciekł, ale co to za różnica przy tym opowiadaniu laugh

 

Stanowczo odmawiam nazywania mnie bezrozumnym bękartem

On nie odmawia, tylko się sprzeciwia. Chyba że to jakiś archaismus?

A to nie istniało słowo “odmawiam” w XV wieku?

 

jedna z nielicznych odwiedzających

Hmmm, czy wiedeńska zakonnica modląca się w wiedeńskim kościele to "odwiedzająca"? Turysta w jakimś historycznym kościele, prędzej. Tu bym raczej dał "wierna" albo cuś.

A może jedna z nielicznych przebywających?

 

łamaną niemczyznę, którą nabyłem

“Której” nabyłem, raczej. Tak jak: "nabyć doświadczenia", nie "nabyć doświadczenie".

Racja.

 

I to wszystko powstało ręką człowieka

Hm. Stworzone ręką? Chyba że znowu archaizm, którego ja nie znam.

Nie wiem też :O

 

Dziękuję za szczegółowy komentarz, pozdrawiam!

 


 

droga bruce!

 

Jakże się cieszę, że Cię widzę :)

 

Główna wieża chyba sięga do samego nieba, a wewnątrz jest tak pięknie, że człowiek nie ma ochoty wychodzić. – tytułem wtrącenia: warto wspomnieć, że w latach, w których toczy się akcja, katedra była ciągle w budowie i części wież jeszcze nie skończono.

Chyba to sprawdzałam, ale możliwe, że w ferworze pisania coś mi umknęło.

 

W pierwszej ławie, tuż przed wspaniałym ołtarzem Fryderyka, modliła się młoda niewiasta. – nie znam się za dobrze na historii architektury, ale – o ile dobrze widzę w necie – Wikipedia podaje, że ten ołtarz został zbudowany w 1447 r.

Aa, już wiem, co się tu zadziało. Najpierw był inny rok w listach, późniejszy. Potem zauważyłam, że wtrąciłam rozmowy w tawernie o Joannie d’Arc, a Anglicy ją przechwycili w 1430 roku, więc żeby to się zgadzało, zmieniłam też wszystkie daty na ten rok zapominając o ołtarzu Fryderyka.

Chyba wykreślę po prostu ten ołtarz.

 

podobnie mam z tym ołtarzem w Bazylice św. Marka, czy on na pewno był srebrny?

A ten opis akurat wzięłam z książki, więc tak. Przynajmniej według autora.

 

I zapomniał, kim właściwie jestem, na Boga? – ostatnie dwa wyrazy są tak dramatyczne, że może dać jeszcze wykrzyknik?

A to tak można? Wydaje mi się, że kiedyś użyłam tego zapisu i ktoś mi zwrócił uwagę, że tak się nie robi.

 

Jeśli od komisji lekarskiej usłyszę, że noszę znamiona gniewu bożego czy pudendagry, to chyba umrę z rozpaczy. – mam pewną wątpliwość, czy nie wielką literą (?)

Według licznych ksiąg, które wertowałam, z małej.

 

Wśród instrumentów rozpoznałem portatyw i rebek. – czy celowo pisane przez „k”?

Tak, to też z książki.

 

Tym bardziej (przecinek?) że uciekła z klasztoru, więc nie miało to żadnego znaczenia. – wtrącenie: już w świątyni, kiedy była spłoszona, miałam wątpliwości, czy to aby na pewno jest zakonnica i teraz się one pogłębiły… :))

A dlaczegóż to?

 

Los, Bóg, cokolwiek, co włada ZiemiąNiebem, dał mi wyraźny znak, że mam się nie poddawać. – mam wątpliwość, czy to ma być wielkimi literami (?)

Wydaje mi się, że jeśli to są odniesienia biblijne, to tak.

 

To prawdziwy raj dla handlowców i turystów! – wyraz pada jeszcze raz, ale czy jest odpowiedni dla epoki?

Racja, zmieniłam na pielgrzymów.

 

Tym bardziej (przecinek?) że wśród drzew widywałem co jakiś czas wielkie ślepia, przypominające ludzkie…

Tym bardziej że to spójnik, więc nie ma tam przecinka.

 

Dziękuję za szczegółową łapankę, pozostałe uwagi również uwzględnione :)

 

Nie mogłam nie doczytać, bo to niezwykle oryginalny pomysł. :) Mnóstwo niespodziewanych zdarzeń, zaskakujące zwroty akcji oraz stylizacja języka ogromnie przypadły mi do gustu. :) Świetny pomysł na świat fantasy, brawa! :)

Cieszę się bardzo :)

 

Targana emocjami, ciągle mając przed oczami te wszystkie ich zmagania, po namyśle, popieram Hesketayes

 

Powodzenia, Hollykiss

Dziękować!

 


betweenthelines,

 

Bardzo mnie cieszy Twój komentarz! Nie tylko dlatego, że jest pozytywny laugh

Piszesz konkretnie, umiesz wymienić i zargumentować to, co Ci się podobało, a to się bardzo chwali.

Cieszę się, że Stanisław i jego relacja z Janem oraz raportowanie podróży wypadły naturalnie.

 

A końcówka? Powiem szczerze, że zrobiło mi się autentycznie przykro. Przez cały tekst człowiek ma nadzieję, że Stanisław jednak zdąży do Jana, że po tym wszystkim będzie jakieś światło na końcu tunelu, a potem przychodzi ten ostatni list i nagle zaczyna się podejrzewać, że cena za tę całą wyprawę mogła być znacznie wyższa, niż Stanisław przypuszczał.

I o to chodzi! Miałam nadzieję, że ktoś tak zareaguje no i jesteś! heart

 

Jan przez chorobę, Stanisław przez to, kogo kocha, Sigrida przez krzywdę, której doznała. Dlatego ta historia działa emocjonalnie dużo mocniej. 

Bardzo trafna obserwacja i cieszę się, że to zauważyłaś.

 

Podsumowując, historia wciągała mnie z każdym kolejnym zdaniem i cały czas chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej.

Jednego męczy, drugiego wciąga :)

 

Pozdrawiam serdecznie, wielkie dzięki!

 


 

Heskecie,

 

miło Cię widzieć!

 

Dziękuję za te miłe słowa :)

 

Brakowało mi trochę więcej wzmianek o Sigridzie, dialogów, w których występowałaby.

Też miałam ten dylemat, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie będę z niej robić równoprawnej ze Stanisławem postaci, bo opowiadanie będzie miało wtedy już chyba z 60 tys. znaków.

 

I zgłaszam do piórka.

O żesz! Bardzo mi miło.

 

Pozdrawiam również serdecznie!

 


 

Szanowny SNDWLKR!

 

Tekst jest dość długi, więc na razie tylko go przeskanowałem, ale jutro czeka mnie dwugodzinna jazda pociągiem, więc całość postaram się przeczytać tam.

Oczywiście, życzę miłej lektury i jazdy pociągiem!

 

Na razie widzę jeden anachronizm, niestety chyba dość istotny z punktu widzenia fabuły – Europejczyk żyjący w pierwszej połowie XV w. nie mógł mieć kiły, bo ta choroba została przywleczona z Nowego Świata. Jeśli się mylę, może ktoś lepiej obeznany w historii medycyny mnie poprawi.

A ja dokopałam się do artykułów, w których mowa, że wbrew powszechnej opinii kiła dotarła już wcześniej…

 

Trzymaj się.

Ty również, do zobaczenia!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Oczywiście, życzę miłej lektury i jazdy pociągiem!

Dziękować. :)

A ja dokopałam się do artykułów, w których mowa, że wbrew powszechnej opinii kiła dotarła już wcześniej…

Wikipedia twierdzi, że pierwsza wzmianka w 1494 r., ale zachowałbym wobec niej odrobinę zdrowego sceptycyzmu. Zawsze wszędzie pisało, że kiła pochodzi z Ameryki, ale nie będę się przy tym upierać. Jak mówiłem – jakieś pojęcie mam, ekspertem nie jestem.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Hej ho!

UWAGA SPOILERY :D

 

Napisałaś wciągającą historię, a pomysł, żeby nadać mu formę epistolarną, świetnie się sprawdził. Podobało mi się, że chociaż nie pokazujesz listów Jana, to przez krótkie wstawki Stanisława bez problemu domyślamy się ich treści. Do tego stworzyłaś bardzo ładne opisy zwiedzanych przez Stanisława miejsc i faktycznie ma się poczucie towarzyszenia mu w tej podróży. 

 

Ewidentnie widzę myśl przewodnią, puentę i co autor miał na myśli.

Stanisław dla miłości rzucił się w podróż przez pół świata, szukając jednorożców (co w sumie może symbolizować coś nieuchwytnego i nierzeczywistego), trzymał się ostatniej nadziei, tylko po to by ostatecznie i tak wszystko stracić. Przez swoją szaloną podróż nie pożegnał się z ukochanym. Nie zdzwiłabym się, gdyby ta cała wyprawa i jednorożce byly tylko wytworem jego wyobraźni, bo ogarnęło go szaleństwo na wieść o chorobie Jana. 

Otwarte zakończenie pozwala nam na własną interpretację. Dla mnie jest to historia poświęceń dla miłości, ale niestety czasami nawet niebezpieczna wyprawa, nie pomoże nam wygrać z przeznaczeniem. 

 

I jeszcze kilka słów o Sigridzie. To bardzo tragiczna postać i choć jest gdzieś w tle, to się o niej nie zapomina. To, że mówi niewiele, podkreśla traumę, w której się pogrążyła po strasznych doświadczeniach. I bardzo pasuje mi to do tej postaci. A szczególnie tragiczne jest to, że dopiero po śmierci przestała być “bezużyteczna”

Zresztą, narratorem w listach jest Stanisław. Jak sam przyznał nie znał się szczególnie na kobietach, więc to, że poświęca jej zbyt wiele miejsca w swoich wywodach pokazuje, że w kontaktach z nią był raczej… gapowaty.

 

Ogółem czytałam z przyjemnością! 

Klikam i pozdrawiam! heart

Podążaj za białym królikiem.

Wrócę z szerszym przemyśleniem, pieczołowicie ewoluującym na becie.

Zostawię tu jeno gratulacje za udźwignięcie naprawdę trudnej formy. Dawno nie czytałem tak dobrej formy epistolarnej.

To jest dziennik podróży i wypada on świetnie – opisy miejsc, ich doświadczanie, wygląd, atmosfera, zapach. No klimat.

 

I’ll be back.

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

to ciekawe, że mimo męczenia się z tekstem łyknąłeś go całego naraz! Nie wiedziałam, że tak można, ale to miłe

Nieee, ja właśnie próbowałem napisać, że się nie męczyłem, tak jak Marzan. Mi ten tekścik wszedł gładziutko, przy wszystkich uwagach. Źle się wyraziłem widocznie.

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

SNDWLKR,

 

Rozumiem, wydaje mi się jednak, że spokojnie mogę zostawić tę chorobę, bo pojawia się coraz więcej hipotez przemawiających za tym, że kiła panoszyła się po Europie jeszcze zanim Kolumb ją przytargał z Ameryki, tylko nie była jeszcze aż tak powszechna.

 


 

No witam moją Beta Besti!

 

UWAGA SPOILERY :D

:D

 

Podobało mi się, że chociaż nie pokazujesz listów Jana, to przez krótkie wstawki Stanisława bez problemu domyślamy się ich treści.

Przyznam się, że do tej formy i pomysłu, by nie pokazywać odpowiedzi odbiorcy listów zainspirował mnie adam_c4, którego niestety już dawno nie widziałam na Portalu. Jego “Trzecia noga” zrobiła na mnie ogromne wrażenie, do dzisiaj pamiętam ten tekst i wtedy zamarzyłam, żeby też w takiej formie napisać opowiadanie. Także, adamie_c4, gdziekolwiek jesteś – dziękuję za inspirację!

 

Do tego stworzyłaś bardzo ładne opisy zwiedzanych przez Stanisława miejsc i faktycznie ma się poczucie towarzyszenia mu w tej podróży. 

Niezmiernie mnie cieszy ta uwaga, bo chyba nad tym aspektem pracowałam najciężej.

 

Ewidentnie widzę myśl przewodnią, puentę i co autor miał na myśli.

Stanisław dla miłości rzucił się w podróż przez pół świata, szukając jednorożców (co w sumie może symbolizować coś nieuchwytnego i nierzeczywistego), trzymał się ostatniej nadziei, tylko po to by ostatecznie i tak wszystko stracić. Przez swoją szaloną podróż nie pożegnał się z ukochanym.

Amen :) O to chodzi, nie ma co się doszukiwać nie wiadomo czego, to dość prosta i smutna historia.

 

I jeszcze kilka słów o Sigridzie. To bardzo tragiczna postać i choć jest gdzieś w tle, to się o niej nie zapomina. To, że mówi niewiele, podkreśla traumę, w której się pogrążyła po strasznych doświadczeniach. I bardzo pasuje mi to do tej postaci. A szczególnie tragiczne jest to, że dopiero po śmierci przestała być “bezużyteczna”

Tak, nawet Stanisław wspominał, że jest małomówna, co jest zrozumiałe ze względu na rany zadane jej duszy i ciału, i to jeszcze świeże.

 

Zresztą, narratorem w listach jest Stanisław. Jak sam przyznał nie znał się szczególnie na kobietach, więc to, że poświęca jej zbyt wiele miejsca w swoich wywodach pokazuje, że w kontaktach z nią był raczej… gapowaty.

Chyba zjadłaś “nie”, ale łatwo się domyślić, co masz na myśli :) Haha, fajny gif!

 

Ogółem czytałam z przyjemnością! 

Klikam i pozdrawiam! heart

Dziękuję serdecznie, jesteś najlepsza! heart

 


 

I jest mój ulubieniec, Pan Rzeplaugh

 

Wrócę z szerszym przemyśleniem, pieczołowicie ewoluującym na becie.

Oouu :)

 

Zostawię tu jeno gratulacje za udźwignięcie naprawdę trudnej formy. Dawno nie czytałem tak dobrej formy epistolarnej.

 

I’ll be back.

Czekam, nie uciekam :)

 


 

Zakapiorze,

 

przeczytałam jeszcze raz i tak, masz rację, to ja źle zrozumiałam :P Zmyliło mnie pierwsze zdanie, że miałeś podobne odczucia do Marzana.

 

Dzięki Ci jeszcze raz!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Holly, wszystko jasne, dziękuję bardzo. :)

A dlaczegóż to?

 

No bo: spłoszona siedziała, zdenerwowana, rozglądała się, potem tak nietypowo zgodziła na szybki wyjazd (co zdumiało samego Stanisława), zachowanie podczas długiej podróży też wydawało mi się mocno podejrzane, brak np. mowy o jej ciągłych, żarliwych modlitwach, w dodatku nader często była mowa o tym dziewictwie – koniecznym do zdobycia rogu jednorożca. :) Zaczęłam więc podejrzewać, że ona nie jest żadną zakonnicą. :) 

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

No bo: spłoszona siedziała, zdenerwowana, rozglądała się, potem tak nietypowo zgodziła na szybki wyjazd (co zdumiało samego Stanisława), zachowanie podczas długiej podróży też wydawało mi się mocno podejrzane, brak np. mowy o jej ciągłych, żarliwych modlitwach, w dodatku nader często była mowa o tym dziewictwie – koniecznym do zdobycia rogu jednorożca. :) Zaczęłam więc podejrzewać, że ona nie jest żadną zakonnicą. :) 

A rozumiem :) Była, ale nie z własnej woli, więc to by pasowało, że nie jest tak pobożna, jakby tego można było wymagać od zakonnicy.

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Dzięki raz jeszcze! heart

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

To ja dziękuję za super podróż w czasie. heartkiss

Pecunia non olet

Forma listów wyszła dobrze. Pokazujesz wszystko, czego czytelnik potrzebuje. Przy tym zgrabnie omija się imperatyw “show” – bo listy siłą rzeczy są streszczeniem, zawierają to, co dla piszącego jest najważniejsze.

Nietypowe, więc fajne, jest to, że masz dwóch gejów.

Fabuła w porządku, zwrot akcji od czasu do czasu. Samael chyba zbyt łatwy do rozszyfrowania.

“Mówią, że mają Boga w sercu” – rzekł Tomasz. “A w gaciach to chyba Szatana”.

Czy ludzie w piętnastym wieku nosili gacie? A jeśli tak, to czy ta nowinka była znana w Polsce? Co do kiły też miałam wątpliwości.

damy wplotły w nie różane wstążki, perły czy złote siatki.

A nie różne?

Dwaj młodzianie, odziani w obcisłe nogawice koloru czerwieni oraz gorsząco krótki dublet sięgający ledwie bioder,

Jeden dublet na dwóch?

przechodząc przez gęsty las jałowców afrykańskich do naszych uszu dobiegały często dziwne dźwięki.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to dźwięki szły przez las.

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo!

 

Cieszę się, że geje przypadli Ci do gustu :) I że forma epistolarna wyszła całkiem dobrze, mimo że nie byłam pewna, jak to ostatecznie wyjdzie.

 

Czy ludzie w piętnastym wieku nosili gacie? A jeśli tak, to czy ta nowinka była znana w Polsce?

Tak, sprawdzałam specjalnie i według internetów już to słowo istniało w XV wieku w Polsce.

 

damy wplotły w nie różane wstążki, perły czy złote siatki.

A nie różne?

Nie, chodziło mi o kolor różany, bo chyba nie mówiło się “różowy”.

 

Dwaj młodzianie, odziani w obcisłe nogawice koloru czerwieni oraz gorsząco krótki dublet sięgający ledwie bioder,

Jeden dublet na dwóch?

Biedni byli :P

Już poprawiam.

 

przechodząc przez gęsty las jałowców afrykańskich do naszych uszu dobiegały często dziwne dźwięki.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to dźwięki szły przez las.

Poprawiłam:

z gęstwiny drzew jałowców afrykańskich dobiegały do naszych uszu osobliwe dźwięki.

Teraz lepiej?

 

Dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Zacznijmy od technikaliów, na końcu będzie podsmuowańsko.

 

Pierwsza rzecz. Mamy XV wiek, rok 1430 czyli dwadzieścia lat po bitwie pod Grunwaldem. Wspominałaś mi, w moim opowiadaniu(Nawojka) który mnie stylizacyjnie niesamowicie zmęczył, riserczem i pisaniem. Ale też trochę przypomniał czasy studiów na wydziale historii. Przez to pewnie jestem uczulony na pewne rzeczy. 

 

wyrażenia jak:

 

„turyści” (wypowiedź Leamasa) –> wystarczyło zmienić na podróżni, wędrowcy, pielgrzymi :P 

 

„kompletnie”–> wcale, zgoła. – tutaj też wystarczyło podmienić, kompletnie brzmi zbyt nowocześnie. 

 

Twoja Próba archaizacji(a raczej jej brak) polega tu niestety na wstawieniu kilku starych słów (np. „mąż”, „niewiasta”, „rycząc”) obok skrajnie współczesnego słownictwa („irracjonalnie”, „turyści”).Daje to trochę efekt wybicia, a nie smaczku. Nie mniej mam świadomość, że to bardzo trudna sztuka, męcząca i bardzo dużo pracy trzeba spędzić. 

Niedawno do Krakowa wrócił szwagier Tomasza. Był na pielgrzymce w Rzymie odpokutować to podpalenie kapliczki, o którym pewnie słyszałeś. Podobno od powrotu nie tknął kieliszka, więc surowa pokuta rzeczywiście poskutkowała.

To kolejny przykład który zepsuł mi immersję XV wieku. Rozumiem ile problemów może napatoczyć stylizacja, ale wystarczy mały zabieg:

Niedawno do Krakowa mąż siostry Tomasza powrócił, co to peregrynację do Rzymu odbył, by owo nieszczęsne podpalenie kapliczki odpokutować.  – już brzmi ciut lepiej.

Wystarczy gdzienigdzie zastosować tryb przestawny, trochę wejść w lekką gawędę i już wygląda jak stylizacja i nie psuje immersji. Taki drobny hint na przyszłość.

 

Kolejna rzecz z technikaliów która mi najmocniej zgrzytła to coś, co w sumie ci wyszło dość dobrze (forma epistolarna) ale moim zdaniem przeszarżowałaś z umieszczeniem dialogów w formie listu. Brzmiało to dla mnie stucznie i wepchnięte na siłę. Ta chłopski rozum – pisałabyś komuś dialog w dywizami w liście? Zapewne nie. Opowiedziałabyś się swoimi słowami. 

Moim zdaniem łatwiej by było, gdybyś po prostu wtedy na chwilę zostawiła formę epistolarną, formą literacką, potem wróciła na końcu listu. Listy mogłby być wrzucone w formie rozdziałów.

 

Same formy epistolarne napisane współczesną polszczyzną są na plus. Dają immersję.

 

Fabuła.

 

Nie powiem, na początku byłem zaciekawiony. W połowie mniej więcej już na od etapu jak przypłynął do Egiptu zaczęło mi się dłużyć. Trochę się zmęczyłem tutaj, ale było coś co mnie interesowało. Trochę również, nie do końca kupiłem wersję gdzie jednorożec, stworzenie wytworzone w europejskiej baśni pojawiło się w afrykańskiej dżungli. Zgrzytło :] Kolejna uwaga, która nie pasuje mi w historii:

Abisynia (dzisiejsza Etiopia) to w dużej mierze wyżyny i surowe góry, a nie parna dżungla rodem z Kongo. Ta rozbieżność topograficzna i biologiczna mocno zgrzyta.

 

Co jest dużym plusem:

 

Pomysł.

 

Sama fabuła i historia miała – tu się zgodzę z Marzanem – bardzo, bardzo duży potencjał i z chęcią bym przeczytał następną część. 

 

Dobrze sobie radzisz z formą epistolarną, pamiętników ale uważam, że oparcie w stu procentach na tej formie razem z dialogami gdzie wsadzasz dywizy, no mnie to wybiło. Uważam, że jakbyś zrobiła 70% dziennika i część finału opartego na dialogach (śmierć zakonnicy) wypadłoby o wiele wiele lepiej.

 

Szacunek za to opowiadanie i włożony trud. 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Tak, teraz lepiej.

Aha, zapomniałam wspomnieć, że fabuła tocząca się dookoła kiły mi podeszła ze względów sentymentalnych – sama kiedyś popełniłam opko na ten temat.

Babska logika rządzi!

Hejka,

 

nie ma tagu “historia alternatywna”, więc zakładam, że świat przedstawiony jest taki jak nasz. A wtedy niestety pojawia się kilka błędów.

 

Dla przykładu:

 

Otóż zmęczony dniem pełnym wrażeń od przebywania w nowym miejscu, który przypomina inny świat, zatrzymałem się dłużej w katedrze świętego Szczepana.

 

Za Wikipedią: W 1469 r., za panowania cesarza Fryderyka III, podniesiono kościół do rangi katedry.

 

Czyli wcześniej był “zaledwie” kościołem.

 

Inny przykład: 

 

Podobno od powrotu nie tknął kieliszka, więc surowa pokuta rzeczywiście poskutkowała.

 

No nie mógł tknąć, bo kieliszki jako takie zaczęły pojawiać się w Polsce w XVIII wieku. 

 

W liście z 13 lipca 1430 roku Stanisław pisze, że Anglicy schwytali Dziewicę Orleańską. Joanna d’Arc została schwytana przez Burgundczyków (którzy potem sprzedali ją Anglikom) 23 maja 1430 roku i dopiero w listopadzie sprzedana Anglikom. 

 

Ale SNDWLKR wspomniał już chyba o największym problemie, bo syfilis pojawił się w Europie dopiero w latach 90. XV wieku (dokładnie podczas wojny we Włoszech w 1494/1495 r.), przyniesiony przez załogę Krzysztofa Kolumba z Ameryki, więc w 1430 roku nikt w Krakowie ani w Paryżu nie mógł chorować na tę chorobę, ani tym bardziej nazywać jej francą czy plagą na Zachodzie.

 

Do tego stylizacja języka w listach czasami brzmi zbyt współcześnie, ale trudno tu znaleźć złoty środek, aby nie przesadzić w drugą stronę. Mimo wszystko takie wyrażenia jak: 

 

– uporządkuję wszystkie sprawy – brzmi jak kalka z korpo mowy, mieszczanin napisałby może coś w stylu, że rozporządzi swoimi dobrami.

 

- za atrakcyjną opłatą – to jakiś współczesny marketing :P

 

– turysta – wg tego artykuliku pierwsze użycie tego słowa to 1780 rok

 

No trochę tego jeszcze jest, ale komentarz w swojej warstwie czepialskiej i tak się robi za długi :P Więc dla złagodzenia, trochę miodu :)

 

Lubię takie uporządkowanie w tekście, więc jak dla mnie forma epistolarna sprawdziła się fajnie. Podróż przez różne miasta i kraje też wypada całkiem przyjemnie, czuć klimat i takie podróżnicze wstawki mogą się podobać. Mi się w każdym razie podobały. Z każdym kolejnym listem rośnie też trochę napięcie, chociaż nie wiem, czy końcówka to dobrze zamyka. Gdyby jednak przymknąć oko na nią oraz na historyczne potknięcia i wplątywanie zbyt współczesnych określeń w opowieść, co zaburza imersję, byłoby bardzo dobrze. A tak to najbliżej mi do opinii Marzana, że tekst ma potencjał, który nie został do końca wykorzystany :)

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Witaj, melendur88,

 

„turyści” (wypowiedź Leamasa) –> wystarczyło zmienić na podróżni, wędrowcy, pielgrzymi :P 

Myślałam, że już wszystkich turystów wytrzebiłam :P

Poprawiam!

 

„kompletnie”–> wcale, zgoła. – tutaj też wystarczyło podmienić, kompletnie brzmi zbyt nowocześnie. 

A tak, wystrzegałam się tego słowa, a potem straciłam czujność.

 

Twoja Próba archaizacji(a raczej jej brak) polega tu niestety na wstawieniu kilku starych słów (np. „mąż”, „niewiasta”, „rycząc”) obok skrajnie współczesnego słownictwa („irracjonalnie”, „turyści”).Daje to trochę efekt wybicia, a nie smaczku. Nie mniej mam świadomość, że to bardzo trudna sztuka, męcząca i bardzo dużo pracy trzeba spędzić. 

No właśnie trudno było mi znaleźć złoty środek między odpowiednią stylizacją a komfortem dla czytelnika. Niewystarczająco rozległa wiedza też zrobiła swoje. O tak, jest to arcytrudna sztuka.

 

Wystarczy gdzienigdzie zastosować tryb przestawny, trochę wejść w lekką gawędę i już wygląda jak stylizacja i nie psuje immersji. Taki drobny hint na przyszłość.

Dzięki, faktycznie brzmi lepiej! Tylko czy teraz nie będzie to za bardzo odstawać od reszty? Tak czy siak, zapamiętam!

 

Kolejna rzecz z technikaliów która mi najmocniej zgrzytła to coś, co w sumie ci wyszło dość dobrze (forma epistolarna) ale moim zdaniem pszeszarżowałaś z umieszczeniem dialogów w formie listu. Brzmiało to dla mnie stucznie i wepchnięte na siłę. Ta chłopski rozum – pisałabyś komuś dialog w dywizami w liście? Zapewne nie. Opowiedziałabyś się swoimi słowami. 

Też się nad tym zastanawiałam, jak to zapisywać, ale doszłam do wniosku, że jeśli pozbędę się zapisu dialogów, może to zniechęcić wielu potencjalnych czytelników, widzący na dzień dobry jedną wielką ścianę tekstu.

 

Moim zdaniem łatwiej by było, gdybyś po prostu wtedy na chwilę zostawiła formę epistolarną, formą literacką, potem wróciła na końcu listu. Listy mogłby być wrzucone w formie rozdziałów.

Mmm, nie, nie chcę :P Chciałam, żeby to były w stu procentach listy. Ale kto wie, może w przyszłości spróbuję takiego zapisu.

 

Trochę również, nie do końca kupiłem wersję gdzie jednorożec, stworzenie wytworzone w europejskiej baśni pojawiło się w afrykańskiej dżungli.

Być może, ale ja nie wylosowałam sobie kraju, w którym mieszkają jednorożce. Przeczytałam o tym w bestiariuszach i książce, którą się posiłkowałam.

 

Abisynia (dzisiejsza Etiopia) to w dużej mierze wyżyny i surowe góry, a nie parna dżungla rodem z Kongo. Ta rozbieżność topograficzna i biologiczna mocno zgrzyta.

Tutaj posiłkowałam się tym, co internet mi wypluł, uwzględniłam również wiek. Poza tym Stanisław wspomina jednym zdaniem, że przechodzili najpierw, cytuję: przez górzyste tereny Abisynii i gęste lasy drzew oliwnych oraz krzewów kawy. Dopiero potem pojawiła się puszcza i to również sprawdzałam.

 

Uważam, że jakbyś zrobiła 70% dziennika i część finału opartego na dialogach (śmierć zakonnicy) wypadłoby o wiele wiele lepiej.

Jak już wspomniałam, przemyślę to w przyszłości :)

 

Szacunek za to opowiadanie i włożony trud. 

Dziękuję bardzo, a Tobie szacunek za tak wnikliwy komentarz, pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Finklo,

 

Tak, teraz lepiej.

heart

 

Aha, zapomniałam wspomnieć, że fabuła tocząca się dookoła kiły mi podeszła ze względów sentymentalnych – sama kiedyś popełniłam opko na ten temat.

heartheart

Trochę dziwnie, że daję serduszka przy temacie kiły, ale co tam :)

 


 

Hej, OldGuard!

 

Podobno od powrotu nie tknął kieliszka, więc surowa pokuta rzeczywiście poskutkowała.

 

No nie mógł tknąć, bo kieliszki jako takie zaczęły pojawiać się w Polsce w XVIII wieku. 

Właśnie to zmieniłam dosłownie chwilę przed Twoim komentarzem, jak wprowadzałam poprawki po komentarzu melendura :P

 

Za Wikipedią: W 1469 r., za panowania cesarza Fryderyka III, podniesiono kościół do rangi katedry.

 

Czyli wcześniej był “zaledwie” kościołem.

O cholibcia, to tego nie doczytałam. Tylko teraz jak zmienię na kościół, to pewnie wpadnie tutaj armia poprawiaczy krzycząc, że to przecież katedra XD

 

W liście z 13 lipca 1430 roku Stanisław pisze, że Anglicy schwytali Dziewicę Orleańską. Joanna d’Arc została schwytana przez Burgundczyków (którzy potem sprzedali ją Anglikom) 23 maja 1430 roku i dopiero w listopadzie sprzedana Anglikom. 

A widzisz, sprawdziłam rok, a nie pomyślałam, żeby sprawdzić dokładniej datę. I co teraz, usunę chyba tę Joannę, bo mi za bardzo mąci i zmienię rok znowu… Nie wiem.

 

Ale SNDWLKR wspomniał już chyba o największym problemie, bo syfilis pojawił się w Europie dopiero w latach 90. XV wieku (dokładnie podczas wojny we Włoszech w 1494/1495 r.), przyniesiony przez załogę Krzysztofa Kolumba z Ameryki, więc w 1430 roku nikt w Krakowie ani w Paryżu nie mógł chorować na tę chorobę, ani tym bardziej nazywać jej francą czy plagą na Zachodzie.

Sprawdzałam to i poczytałam trochę artykułów na ten temat, w skrócie: najnowsze badania wykazują, że najprawdopodobniej kiła była już wcześniej w Europie, tylko nie była tak zajadliwa i zaraźliwa jak ta przywleczona przez Kolumba.

więc w 1430 roku nikt w Krakowie ani w Paryżu nie mógł chorować na tę chorobę, ani tym bardziej nazywać jej francą czy plagą na Zachodzie.

Więc tutaj tak czy siak masz rację. Usunę tę wspominkę o Joannie i zmienię rok, wtedy dacie mi spokój z tą kiłą XD I katedra też będzie się zgadzać.

 

Gdyby jednak przymknąć oko na nią oraz na historyczne potknięcia i wplątywanie zbyt współczesnych określeń w opowieść, co zaburza imersję, byłoby bardzo dobrze. A tak to najbliżej mi do opinii Marzana, że tekst ma potencjał, który nie został do końca wykorzystany :)

Cóż to byłby za świat, gdyby nam wszystkim się to samo podobało!

Trudno było znaleźć złoty środek między taką stylistyką, która pozwoli na imersję a taką, która pozwoli czytelnikowi na zrozumienie tego, co czyta. No i też nie mam jeszcze tak rozległej wiedzy, która mi pozwoli swobodnie taką stylistyką się posługiwać.

 

Dziękuję za przeczytanie mimo średniego poziomu zadowolenia z lektury i szczegółowy komentarz, pozdrawiam serdecznie! smiley

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Dziękuję bardzo, a Tobie szacunek za tak wnikliwy komentarz, pozdrawiam serdecznie!

Upomnę, się jak to wiedźmini mają w zwyczaju, o zapłatę, kiedy zajdzie godzina prawdy :]

 

Tutaj posiłkowałam się tym, co internet mi wypluł, uwzględniłam również wiek. Poza tym Stanisław wspomina jednym zdaniem, że przechodzili najpierw, cytuję: przez górzyste tereny Abisynii i gęste lasy drzew oliwnych oraz krzewów kawy. Dopiero potem pojawiła się puszcza i to również sprawdzałam.

Sprawdzajac w necie, jak pisałem komentarz nic takiego nie znalazłem. Ale z kronikarskiej ciekawości podeślij źródło :) Tą książkę z bestiariusza również, bo to interesujący temat :)

 

Dziękuję bardzo, a Tobie szacunek za tak wnikliwy komentarz, pozdrawiam serdecznie!

No problemo, mimo wszystko nadal uważam, że to ciekawa fabuła mimo kilku zgrzytów, więc to nie jest tak, że się wynudziłem a i widzę, że biblio i tak jest :)

 

 

 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Cóż to byłby za świat, gdyby nam wszystkim się to samo podobało!

 

Nudny!

 

Trudno było znaleźć złoty środek między taką stylistyką, która pozwoli na imersję a taką, która pozwoli czytelnikowi na zrozumienie tego, co czyta. No i też nie mam jeszcze tak rozległej wiedzy, która mi pozwoli swobodnie taką stylistyką się posługiwać.

 

Jeśli masz czas i/lub ochotę, to podrzucam Ci swój twór, gdzie bawiłam się stylistykąPo publikacji komentujący też wyłapali sporo baboli, więc człowiek uczy się całe życie.

 

Dziękuję za przeczytanie mimo średniego poziomu zadowolenia z lektury i szczegółowy komentarz, pozdrawiam serdecznie

 

Czytało się dobrze, bo forma i sposób poprowadzenia były przyjemne, tylko te rzeczy, ktore wskazałam wcześniej, wybijały z imersji :)

Those who don't believe in magic will never find it

melendur88,

Sprawdzajac w necie, jak pisałem komentarz nic takiego nie znalazłem. Ale z kronikarskiej ciekawości podeślij źródło :) Tą książkę z bestiariusza również, bo to interesujący temat :)

Bestiariusz akurat znalazłam online w języku angielskim:

https://bestiary.ca/beasts/beast140.htm

 

A książka, z której najwięcej zaczerpnęłam, to:

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5132165/przewodnik-sredniowiecznego-obiezyswiata

 


 

OldGuard,

 

Jeśli masz czas i/lub ochotę, to podrzucam Ci swój twór, gdzie bawiłam się stylistyką. Po publikacji komentujący też wyłapali sporo baboli, więc człowiek uczy się całe życie.

O, dziękuję, chętnie zajrzę!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Hej! 

 

Początkowo mnie wciągnęło, ciekawy byłem jak się potoczą losy dwóch kochanków w epoce średniowiecznej.

Niestety, od momentu spotkania z diabłem, odniosłem wrażenie, że prawdopodobieństwo psychologiczne zaczęło się sypać, a wraz z nim i napięcie. 

– Powiedzmy, że nie jestem tak zły jak mnie malują… –

Przystojny jak szatan

–Idź do diabła

To, a potem jego imię pisane wstecz, to trochę za dużo sygnałów z kim mamy do czynienia (dla czytelnika, ale też dla Stanisława, który powinien był od razu się zorientować, że coś jest nie halo z tym gościem). Osobiście, wolałbym diabła nieco bardziej ukrytego, ale Leamas widać lubi od razu rzucać karty na stół.

– To dlatego Leamas cię nie porwał – rzekłem bezmyślnie. – Bo nie jesteś dziewicą. Bo dla sił piekielnych jesteś bezwartościowa.

To niekonwencjonalne podejście, bo to raczej za grzech idzie się do piekła. A tu dziewczę ma być porwane za brak grzechu, a wręcz za przebyte cierpienie (gwałt). Teologia à rebours.

Byłem pewien, że umyślnie wybrała taką śmierć, nie inną; z pełną świadomością wróciła do miejsca, gdzie ostatnio spotkała jednorożca. Chciała udowodnić, że nie jest bezwartościowa.

Ciężko uwierzyć, że czternastoletnia dziewczyna wybrałaby śmierć, bo diabeł nie zechciał jej porwać do piekła. Poza tym – jak to się stało, że wszystkowiedzący diabeł sądził, że dziewczyna jest dziewicą?

I tutaj pojawia się kolejny dowód na to, że Fortuna nam sprzyja.

Myślę, że średniowieczny człowiek raczej by nie użył w tym kontekście imienia pogańskiej bogini. 

 

Zastanawiam się również dlaczego Stanisław wplatał dialogi w listy? To raczej dziwne.

 

Podobał mi się za to opis placu św. Marka i bazyliki. I sama warstwa przygodowa, podróż, opisy miejsc były ciekawe. Ogólnie język swobodny i dobrze się czytało. Nie domyśliłem się też, że diabeł ostatecznie zabierze Jana. To dobra, zaskakująca klamra.

 

Pozdrawiam!

Witaj, kronosie,maximusie!

 

To, a potem jego imię pisane wstecz, to trochę za dużo sygnałów z kim mamy do czynienia (dla czytelnika, ale też dla Stanisława, który powinien był od razu się zorientować, że coś jest nie halo z tym gościem). Osobiście, wolałbym diabła nieco bardziej ukrytego, ale Leamas widać lubi od razu rzucać karty na stół.

Jesteś jedynym, który zauważył (albo przynajmniej wspomniał o tym), że Leamas jest od Samaela. Brawo za spostrzegawczość! Tutaj akurat faktycznie się nie kryłam z tym diabłem, bo nie tutaj chciałam lokować napięcie. Chciałam, żeby czytelnik pomyślał: O nie, to diabeł, Stanisław, uciekaj!

A sam Stanisław, cóż, na pewno również się domyślił z kim ma do czynienia, ale desperacja potrafi zmusić człowieka do jeszcze bardziej nieroztropnych czynów.

 

To niekonwencjonalne podejście, bo to raczej za grzech idzie się do piekła. A tu dziewczę ma być porwane za brak grzechu, a wręcz za przebyte cierpienie (gwałt). Teologia à rebours. ;)

Według średniowiecznych wierzeń siłom szatańskim najbardziej zależało na czystych duszach, czyli dziewicach, księżach i innym służącym Bogu i dlatego często Szatan pod postacią człowieka lub diabła zstępował na ziemię.

A do piekła za grzechy idzie się po śmierci, a nie jeszcze za życia.

 

Ciężko uwierzyć, że czternastoletnia dziewczyna wybrałaby śmierć, bo diabeł nie zechciał jej porwać do piekła.

Nie, nie, nie… Poszła na jednorożca, bo nie potrafiła żyć z poczuciem winy, że przez nią Stanisław nie osiągnął celu.

 

Poza tym – jak to się stało, że wszystkowiedzący diabeł sądził, że dziewczyna jest dziewicą?

A kto powiedział, że jest wszystkowiedzący?

 

Myślę, że średniowieczny człowiek raczej by nie użył w tym kontekście imienia pogańskiej bogini. 

Zgoda, zmieniam na los.

 

Zastanawiam się również dlaczego Stanisław wplatał dialogi w listy? To raczej dziwne.

Ano dziwne. Ale jakbyś zobaczył samą ścianę tekstu bez dialogów, to podejrzewam, że nie chciałoby Ci się go czytać. Nie byłam pewna, jak rozegrać kwestię dialogów, toć to pisałam listy pierwszy raz.

 

Podobał mi się za to opis placu św. Marka i bazyliki.

A to zasługa książki, o której wspomniałam wcześniej :)

 

I sama warstwa przygodowa, podróż, opisy miejsc, również ciekawe. Ogólnie język swobodny i dobrze się czytało. Nie domyśliłem się też, że diabeł ostatecznie zabierze Jana. To dobra, zaskakująca klamra.

Bardzo się cieszę, dziękuję za merytoryczny komentarz i pozdrawiam!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Jesteś jedynym, który zauważył (albo przynajmniej wspomniał o tym), że Leamas jest od Samaela.

Ja też, nie chwaląc się, o tym wspomniałam.

Babska logika rządzi!

Samael chyba zbyt łatwy do rozszyfrowania.

Faktycznie, Finklo, zwracam honor :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

No. ;-)

Babska logika rządzi!

No witam :D

Pozdrawiam Cię, najdroższy

Jakby tego było mało, w każdej gospodzie znajdzie się ktoś, kto śmierdzi i puszcza gazy, bez przerwy, przez całą noc. Obrzydliwe.

Delikatniś się znalazł, to przecież średniowiecze, dobrze, że wychodząc, nie dostał wiadrem fekaliów na łeb XD

tylko dlatego, że miłuję męża miast niewiasty

Hmm. Już kilka osób zauważyło, ale ja też uważam, że albo stylizacja języka, albo odpuszczamy takie pojedyncze wstawki, które w takiej formie wybijają z rytmu.

to bardzo ciekawe i mądre istoty, mądrzejsze od nas. Każdy mąż o tym wie, ale przecież tego nie przyzna, nawet na najgorszych torturach

 

Choć niektóre w istocie niebezpiecznie się przechylają i wyglądają, jakby kucały, gotowe defekować.

Hmm. Znam już trochę Twój humor, ale w tym konkretnym wypadku chyba niepotrzebne XD

które przywodzą na myśl długi i gruby rogal upinający włosy…

A co znaczył “rogal” dla ludzi w 1430 roku?

Wybacz, mój drogi, znowu zbaczam z tematu, a miałem przekazywać wieści o swojej podróży.

No to fakt, to samo pomyslałem, zanim sam się poprawił :D

Dowiedziałem się jedynie, że matka oddała ją do klasztoru w tak młodym wieku, bo chciała, by córka uniknęła losu, jaki zgotowano jej samej. W młodym wieku matka Sigridy została

Ależ świeca dogasa, dokończę hist

 

orię jutro, czyli w sumie dziś. Wybacz te gryzmoły, próbowałem dokończyć list w ciemnościach.

Fajny zabieg, fajny.

znamię na ramieniu się otworzy. Robią to umyślnie. Wiedzą, co to znamię znaczy…

– Leamas jestem.

No dla mnie zbyt oczywiste jak mam być szczery. 

Do Egiptu. Kraju jednorożców.

Jakich to oni cudów świata jeszcze w tym Egipcie nie mają :D

gęste lasy drzew oliwnych

No raczej gaje oliwne, nie lasy.

zza krzewów kawowych wyłoniło

Nie znano wtedy jeszcze kawy, dla Europejczyka to były jakieś tak krzewy, co najwyżej mógł je opisać.

– To dlatego Leamas cię nie porwał – rzekłem bezmyślnie. – Bo nie jesteś dziewicą. Bo dla sił piekielnych jesteś bezwartościowa.

Dokładnie tak ją określiłem – bezwartościowa. Przysięgam, że będę biczował się już do kresu swoich dni, a i tak nie zdołam odpokutować tych słów. Bo prawdopodobnie to one przyczyniły się do tego tragicznego zdarzenia, które nastąpiło później.

Totalnie nie rozumiem tego momentu. Co on takiego strasznego powiedział?

Że jest bezwartościowa dla sił piekielnych. A nie, że jest ogólnie bezwartościowa. Sorry, ale ja też wolałbym być bezwartościowy dla sił piekielnych. Dla mnie albo usunąć to “dla sił piekielnych”, abo nie wiem. Nic złego nie powiedział, to jest wręcz fakt danej sytuacji, nie zniewaga. I tak był delikatny, bo przypominam, że zawaliła mu cały plan kłamstwem.

Chciała udowodnić, że nie jest bezwartościowa.

Ale komu :D Diabłu? No tak, łobuz kocha najbardziej XD

 

 

Po prostu zrobiła słuszną rzecz, bo chciała odpokutować kłamstwo, a nie udowadniać, że jest wartościowa i nasz bohater nie miał racji. Znaczy oczywiście Ty jako autorka wiesz lepiej, co myślała Twoja bohaterka, ale dla mnie to niezrozumiałe zupełnie.

 

Bardzo dobrze oddana forma epistolarna. Imponuje mi głównie przez to, że opowiadanie jest bardzo długie, więc raczej nie należało do najłatwiejszych do napisania w takiej formie. Zgadzam się z niektórymi, że dialogi mi zgrzytały, nie było ich aż tyle, ani nie były tak trudne do “opowiedzenia”, żeby musiały się tu znajdować. Ale tak wybrałaś i nie psuło mi to lektury, podrzucam bardziej na przyszłość, że listy to jednak listy. Na szczególną uwagę zasługuje to, że nie mieliśmy odpowiedzi Jana, a jednak zawsze wiedzieliśmy co o tym sądzi. 

Znasz moje zamiłowania do podróży, więc pewnie spodziewasz się, że wstawki opisowe, również pokazujące, że Stanisław rzeczywiście fascynował się tym co go otacza, bardzo mi się podobały. Było kilka nieścisłości, widzę, że inni też coś poznajdowali, ale to nie zmienia faktu, że bardzo przyjemnie mi się te opisy czytało, nadawały klimatu i cieszę się, że dzielisz się czymś takim. Co do natury Afrykańskiej to wyznaczyłem kilka nieścisłości, ale ogólny opis się zgadza, szczególnie, że mówimy o północnej Afryce, a tam jest bardzo różnorodnie. Bardzo prawdopodobne, że właśnie podobne widoki widział, szczególnie w 1430. A to, że więcej jest innych, jest argumentem bezsensownym dla mnie. 

Największy minus opowiadania, dla mnie, to Leamas. Pomijając, że od razu wiadomo, że diabeł, to troszkę ogłupił bohaterów. Nie zorientował się Stanisław – okej, zaślepiony miłością. Ale zakonnica? Jan, ten to zazdrosny, ale żeby się nie zorientować? Jakby tak dokładnie się temu przyjrzeć to Leamas nic nie wnosi poza tym, że na koniec wiemy, że Jan to troszkę zdrajca. Chociaż to wpadło mi do głowy od razu, wiedząc, że nasz bohater nie zachorował, ale jednak dobrze, że zapomniałem o tej mysli dalej, bo zakończenie mnie zaskoczyło. Wszystko inne związane z diabłem dało się obejść po prostu go usuwając, więc ja go odbieram jako postać troszkę na siłę, a nawet uważam, że gdyby okazało się, że zakonnica nie jest dziewicą później, to lepiej by wyszło bez pomocy diabła. (chociaż to też było lekko przewidywalne).

No ale co tam diabeł, opowiadanie czytało mi się bardzo płynnie, jest napisane dobrze, ciekawie. Widać, że poświęciłaś wiele czasu, żeby posprawdzać różne informacje, szacun. Całościowo bardzo mi się podobało, wiele zabiegów jest oryginalnych.

Jest tu spór o refleksję i przesłanie. I fakt, ja też nie widzę tutaj drugiego dna, jakiejś ukrytej metafory, czy wielkiej złotej myśli. Ale nie widzę w tym nic złego. Opowiadanie prowadziło nas ku zgubie bohatera. To, że jego miłość umrze, a Stanisław przez swoją manię znalezienia lekarstwa, straci możliwość pożegnania się z ukochanym – było jasne odkąd wiedzieliśmy, że wyrusza w wyprawę. Ale to, że jego cała podróż była na darmo, bo robił to dla kogoś, kto nawet “nie był jego”, to już stawia sytuację w nowym świetle i bardzo mi się podoba to rozwiązanie. Jest to częsta życiowa puenta, smutna, ale prawdziwa. I tutaj pasowała, ładnie spięła opowiadanie. Tekst szedł dość przewidywalnie w jednym kierunku, ale za to w kierunku ciekawym, więc bardziej zastanawiałem się jak się to wszystko sprawdzi i jak do tego doprowadzisz, niż czy się sprawdzi. A sprawdziło się satysfakcjonująco, do tego jeszcze wzmocniłaś to w ostatnich zdaniach. Więc staję tutaj w obronie zakończenia.

Tekst ma kilka wad, ale o czym my mówimy, to jest naprawdę dobre opowiadanie. Chcesz się sprawdzać w średniowieczu, interesuje Cię to i super. Moim zdaniem widać dużą różnicę między tym tekstem, a Ale zbaw nas ode złego, na plus oczywiście. To wierzę, że kolejne średniowieczne to juz w ogóle będzie kozak.

Kliknąć, kliknąłem. Czy nominuję? Wybacz, musisz dać mi czas do namysłu.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Holly, postanowiłaś zmierzyć się z nową formą literacka i myślę, że podołałaś zadaniu, szkoda tylko, że reszta mnie nie uwiodła.

Rozumiem, że czas, w którym pomieściłaś tę historię, pozwala wierzyć w istnienie koziorożców i celowość wyprawy do Egiptu, by zdobyć antidotum na przypadłość, której nabawił się Jan, ale jednocześnie trudno mi uwierzyć, że średniowieczny kowal jest oczytany w romansach i bestiariuszach, tudzież biegły w pisaniu sążnistych listów z podróży – gdzie i kiedy nabył tych umiejętności?

Opowieść zepsuła mi obecność szatana. Mniemam, że Stanisław zdobyłby wymagany dokument o stanie zdrowia, niekoniecznie za sprawą sił piekielnych, a niektóre wydarzenia mające miejsce wcześniej i później też można było uzasadnić niekoniecznie obecnością Leamasa, tak jak zbędny wydał mi się opis spotkania Blem­m­jów, no, chyba że Stanisław miał omamy ze zmęczenia i niedożywienia.

Mnie ta opowieść zdała się bajką, trudną zarówno do przeczytania, jak i przejęcia się losami bohaterów.

Starałaś się, aby Stanisław posługiwał się językiem zbliżonym do średniowiecznego, ale szkoda, że wkradło się kilka zwrotów, które, moim zdaniem, nie mają tu racji bytu, jako że brzmią zbyt współcześnie, na przykład:  

każde za­ga­je­nie brzmi w mojej gło­wie ir­ra­cjo­nal­nie. – Obawiam się, że to słowo nie było używane w średniowieczu.

Trze­ba po­zy­tyw­nie przejść ba­da­nia i oczy­wi­ście za to za­pła­cić. – Jakbym słyszała współczesny komunikat służb medycznych.

I to wszyst­ko po­wsta­ło ręką czło­wie­ka, za­praw­dę fa­scy­nu­ją­ce! – Obawiam się, że to słowo nie było używane w średniowieczu.

Ka­pi­tan tłu­ma­czy to złymi wa­run­ka­mi po­go­do­wy­mi. – Toż to brzmi jak fragment współczesnego komunikatu o pogodzie.

Chcesz to za­świad­cze­nie czy nie? – Obawiam się, że to słowo nie było używane w średniowieczu.

Nietrud­no go zna­leźć, bo obłęd­ny aro­mat przy­praw… – Obawiam się, że tych słów nie używano w średniowieczu.

To praw­dzi­wy raj dla han­dlow­ców i piel­grzy­mów! – Szkoda, że zamiast współczesnych handlowców nie użyłaś słowa kupców.

wspa­nia­łe za­byt­ki, tak wiele zna­czą­ce dla hi­sto­rii ludz­ko­ści… – To zdanie brzmi jak z reklamy współczesnego biura podróży.

Prze­cież to jest ty­po­we za­gra­nie prze­wod­ni­ków. – Obawiam się, że tych słów nie używano w średniowieczu.

by na­stra­szyć tu­ry­stów i wy­cią­gnąć od nich pie­nią­dze. – Obawiam się, że tego słowa nie używano w średniowieczu.

I na tym poprzestanę.

 

 

ma­jęt­ne­go, ale nie­ste­ty tak sko­re­go do picia, jak i do pracy. → Czy to znaczy, że jednakowo lubił się upijać i pracować? Bo mam wrażenie, że te zamiłowania w zasadzie się wykluczają.

 

 Wstał i po­pra­wił swoją ko­szu­lę, już z tylko jed­nym ra­mie­niem. → Czy tu aby nie miało być: Wstał i po­pra­wił swoją ko­szu­lę, już z tylko jed­nym rękawem.

 

o tka­ni­nach z je­dwa­biu czy ada­masz­ku… → Adamaszek to tkanina (jedwabna lub bawełniana). Jest adamaszek, nie ma tkanin z adamaszku.

 

Czu­łem się pa­skud­nie, tak bez­rad­nie, ża­ło­śnie….! → Zbędna kropka po wielokropku. Po wielokropku nie stawia się kropki, tak jak nie stawia się jej przed wykrzyknikiem.

 

dwa za­krzy­wio­ne kozie rogi, każde w inną stro­nę. → Piszesz o rogach, a te są rodzaju męskiego. Proponuję: …dwa kozie rogi, każdy zakrzywiony w inną stro­nę.

 

wska­zał na dziw­ny las… → …wska­zał dziw­ny las

Wskazujemy co, nie na coś.

 

 …przy­pła­ci­łem za to nie­mal ży­ciem… → …niemal przy­pła­ci­łem to ży­ciem… Lub: …i niemal za­pła­ci­łem za to ży­ciem

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To przybywam ponownie z Rzeppospolitej z mymi przemyśleniami laugh

 

Jak już napisałem, forma w pełni mi siadła. Epistolarność ma taką ciekawą cechę odsłaniania tylko części i to subiektywnego oglądu na wydarzenia. Pozwala się zżyć z piszącym, bo chcąc nie chcąc, jego perspektywa jest jedyną, jaką znamy. Stąd też dość naturalnym jest, że narracja nie zwraca uwagi na inne postaci, jeśli autor listu o nich nie myśli tak bardzo. A Stanisław wydaje się człowiekiem misji, “zafiksowanym” na celu. Kolejne miejsca, Sigrida-dziewica, kolejne osoby, są dla niego “tikiem” na kartce, na której napisane jest “Jak uratować Jana?”. Tym ciekawiej, że Stanisław wypada także na osobę wrażliwą, ma bardzo ciekawe spojrzenie na świat i role społeczne. Taki wewnętrzny konflikt w nim jest bardzo napędzający dla fabuły. Ostatecznie wielkiego starcia tych dwóch nie było, ale poniekąd tłumaczy to jego zachowania. A dzięki niemu też inne refleksje wypadają nienachalnie, wynikają z, jak się zdaje, szczerej życzliwości.

 

Do tego, ponownie ukazujesz średniowiecze w ciekawy sposób. W “Ale nas zbaw od złego” było trochę klasycznego mroku, ponurości, choć nie demonizowanej. Tutaj ten świat żyje, tętni kolorami, zapachami i osobami, zaczarowanymi stworzeniami i jak je znaleźć. Fajnie, że ugryzłaś to od takiej strony.

 

Wydarzenia są z założenia obarczone tym, że poznajemy je z listu Stanisława w formie retrospektywnej. No po prostu nie dałoby się tego zrobić inaczej, bo Stanisław nie jest Ritą Skeeter, że ma pióro zapisujące na bieżąco. Chcąc nie chcą ma to choć trochę przemyślane, a przecież i tak pisze w emocjach. Dlatego, owszem, w stosunku do akcyjniaka wydarzenia wypadają bladziej, ale no nie oczekiwałem pościgów i wybuchów od listów.

W tym kontekście najsłabiej wypadł dla mnie Szatan, bo jego rola jest epizodyczna. I o ile “nieobecność” Sigridy kupuję, o tyle on jakoś tak się pojawił i zniknął. Ale też wyjaśniłaś, dlaczego paktu z diabłem nie było już na początku, więc rozumiem. Część moich przemyśleń na jego temat Przedpiścy zapisali mądrzej niż ja bym potrafił.

Zostaje pytanie o dialogi, które słusznie postawił melendur, didaskalia niekoniecznie występowałyby w liście. Ale też uważam, że do pewnego stopnia można iść na kompromis z Autorką, która chce nam coś opowiedzieć spójnie i w całości. Czysto teoretycznie Stanisław zapewne nie byłby w stanie zacytować żadnej wypowiedzi dokładnie.

 

Wreszcie wydźwięk całej opowieści i jej zakończenie – osobiście to, obok obrazowości, spodobało mi się najbardziej. Zastosowałaś motyw podróży, który z założenia narzuca, że bohater ma dojść z pkt A do pkt B, zarówno w wędrówce jak i w osiągnięciu celu. I w tym kontekście podoba mi się otwarte zakończenie. Jednak przesądzenie o tym, że Jan nie żyje, stanowiłoby gorzkie domknięcie (takie lubię, nic do nich nie mam). Ale otwarcie pozostawia pełne możliwości interpretacyjne, a czytelnik sam może domyślić sobie reakcję Stanisława – zarówno na powodzenie misji jak i niepowodzenie. Wcale nie odebrałem tego zakończenia jako jednoznacznie zamkniętego, głównie przez to, że nie wiemy, jak zachowa się Stanisław po otrzymaniu pozytywnej lub negatywnej informacji.

 

Ostatecznie, naprawdę udany tekst. Nie każdemu siądzie forma, pewnie mniejszej ilości odbiorców niż klasyczna opowieść. Ale w dalszym ciągu uważam, że zdaje egzamin.

Nie jest to tekst bez wad, ale jest JAKIŚ i jest O CZYMŚ. Przeczytanie go coś wnosi, nie pozostawia mnie obojętnym, a na niedociągnięcia jestem skory przymknąć oko wobec mocnych stron. A właściwie taki jest główny cel pisania.

 

Pozdrawiam heart

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Serdecznie witam, MichaelBullfinch!

 

Świetny gif na początek :D

 

Jakby tego było mało, w każdej gospodzie znajdzie się ktoś, kto śmierdzi i puszcza gazy, bez przerwy, przez całą noc. Obrzydliwe.

Delikatniś się znalazł, to przecież średniowiecze, dobrze, że wychodząc, nie dostał wiadrem fekaliów na łeb XD

To prawda, ale też jest niewieściuchem :)

 

Hmm. Już kilka osób zauważyło, ale ja też uważam, że albo stylizacja języka, albo odpuszczamy takie pojedyncze wstawki, które w takiej formie wybijają z rytmu.

Rozumiem, tylko że jeśli całkowicie zrezygnuję ze stylistyki, nawet okazyjnie, to już nikt nie uwierzy w tę historię. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Ale faktycznie mogłam popracować bardziej nad stylistyką, która jednocześnie byłaby zrozumiana. To trudne.

 

to bardzo ciekawe i mądre istoty, mądrzejsze od nas. Każdy mąż o tym wie, ale przecież tego nie przyzna, nawet na najgorszych torturach

Co to za kręcenie głową :D

 

Choć niektóre w istocie niebezpiecznie się przechylają i wyglądają, jakby kucały, gotowe defekować.

Hmm. Znam już trochę Twój humor, ale w tym konkretnym wypadku chyba niepotrzebne XD

To porównanie akurat zostało zaczerpnięte z książki, jest skojarzeniem prawdziwego średniowiecznego podróżnika XD

które przywodzą na myśl długi i gruby rogal upinający włosy…

A co znaczył “rogal” dla ludzi w 1430 roku?

No taki rogal do jedzenia…?

 

Ależ świeca dogasa, dokończę hist

 

orię jutro, czyli w sumie dziś. Wybacz te gryzmoły, próbowałem dokończyć list w ciemnościach.

Fajny zabieg, fajny.

A, dziękuję, dumna z niego jestem :)

 

znamię na ramieniu się otworzy. Robią to umyślnie. Wiedzą, co to znamię znaczy…

Zamienione na bliznę.

 

– Leamas jestem.

No dla mnie zbyt oczywiste jak mam być szczery. 

Jak wspomniałam wcześniej, miało być oczywiste.

 

gęste lasy drzew oliwnych

No raczej gaje oliwne, nie lasy.

Uuu kureczka.

 

Nie znano wtedy jeszcze kawy, dla Europejczyka to były jakieś tak krzewy, co najwyżej mógł je opisać.

W sumie racja.

 

Że jest bezwartościowa dla sił piekielnych. A nie, że jest ogólnie bezwartościowa. Sorry, ale ja też wolałbym być bezwartościowy dla sił piekielnych. Dla mnie albo usunąć to “dla sił piekielnych”, abo nie wiem. Nic złego nie powiedział, to jest wręcz fakt danej sytuacji, nie zniewaga. I tak był delikatny, bo przypominam, że zawaliła mu cały plan kłamstwem.

Hm.

Masz rację. A wtrąciłam to o siłach piekielnych, bo nie byłam pewna, czy każdy wyłapie, dlaczego Szatan w ogóle chciał ją porwać. Ale zaufam bardziej wiedzy czytelnika i usunę te siły, bo to faktycznie całkowicie zmienia sens.

 

Chciała udowodnić, że nie jest bezwartościowa.

Ale komu :D Diabłu? No tak, łobuz kocha najbardziej XD

:D

Usunęłam te siły piekielne, więc teraz wszystko się zgadza.

 

Bardzo dobrze oddana forma epistolarna. Imponuje mi głównie przez to, że opowiadanie jest bardzo długie, więc raczej nie należało do najłatwiejszych do napisania w takiej formie. Zgadzam się z niektórymi, że dialogi mi zgrzytały, nie było ich aż tyle, ani nie były tak trudne do “opowiedzenia”, żeby musiały się tu znajdować. Ale tak wybrałaś i nie psuło mi to lektury, podrzucam bardziej na przyszłość, że listy to jednak listy.

Dziękuję, że doceniasz moją ciężką pracę, choć nie chciałabym dostawać pochwał tylko za nią.

Wiele osób zwraca mi uwagę na ten zapis dialogów; byłam tego świadoma podczas pisania i wielokrotnie się zastanawiałam, jak to ugryźć. Zdecydowałam się jednak na standardowy zapis dialogów mimo formy epistolarnej, bo bałam się, że wielka ściana tekstu zniechęci większość czytelników, tym bardziej że tekst nie jest krótki. Choć teraz myślę, że zamiast myślników, mogłam dawać wszystko w cudzysłów… Czy to jednak nie uratowałoby sytuacji, jak myślisz?

 

Znasz moje zamiłowania do podróży, więc pewnie spodziewasz się, że wstawki opisowe, również pokazujące, że Stanisław rzeczywiście fascynował się tym co go otacza, bardzo mi się podobały. Było kilka nieścisłości, widzę, że inni też coś poznajdowali, ale to nie zmienia faktu, że bardzo przyjemnie mi się te opisy czytało, nadawały klimatu i cieszę się, że dzielisz się czymś takim. Co do natury Afrykańskiej to wyznaczyłem kilka nieścisłości, ale ogólny opis się zgadza, szczególnie, że mówimy o północnej Afryce, a tam jest bardzo różnorodnie. Bardzo prawdopodobne, że właśnie podobne widoki widział, szczególnie w 1430. A to, że więcej jest innych, jest argumentem bezsensownym dla mnie. 

Bardzo mnie to cieszy, bo zwracałam na to szczególną uwagę.

 

Największy minus opowiadania, dla mnie, to Leamas.

Tak, zgadzam się, że Szatan był najsłabszym ogniwem opowiadania.

 

Nie zorientował się Stanisław – okej, zaślepiony miłością. Ale zakonnica? Jan, ten to zazdrosny, ale żeby się nie zorientować? Jakby tak dokładnie się temu przyjrzeć to Leamas nic nie wnosi poza tym, że na koniec wiemy, że Jan to troszkę zdrajca. Chociaż to wpadło mi do głowy od razu, wiedząc, że nasz bohater nie zachorował, ale jednak dobrze, że zapomniałem o tej mysli dalej, bo zakończenie mnie zaskoczyło.

Coo?

Jan zdradził Stanisława? Nie gadaj!

Nie było to moim zamiarem, ale hej, ciekawie to zinterpretowałeś :)

 

Ale to, że jego cała podróż była na darmo, bo robił to dla kogoś, kto nawet “nie był jego”, to już stawia sytuację w nowym świetle i bardzo mi się podoba to rozwiązanie. Jest to częsta życiowa puenta, smutna, ale prawdziwa. I tutaj pasowała, ładnie spięła opowiadanie.

Dokładnie tak i nie ma co tu się doszukiwać jakichś ukrytych metafor czy symboli.

 

Tekst ma kilka wad, ale o czym my mówimy, to jest naprawdę dobre opowiadanie. Chcesz się sprawdzać w średniowieczu, interesuje Cię to i super. Moim zdaniem widać dużą różnicę między tym tekstem, a Ale zbaw nas ode złego, na plus oczywiście. To wierzę, że kolejne średniowieczne to juz w ogóle będzie kozak.

heart

 

Kliknąć, kliknąłem. Czy nominuję? Wybacz, musisz dać mi czas do namysłu.

A daj spokój. Nawet jeśli dojdzie do obrad Loży, to i tak tekst nie zostanie wyróżniony Piórkiem, czuję to w kościach. Ale wiadomo, to zawsze miło :)

 

Pozdrawiam serdecznie x3!

 


Witaj, regulatorzy!

 

ale jednocześnie trudno mi uwierzyć, że średniowieczny kowal jest oczytany w romansach i bestiariuszach, tudzież biegły w pisaniu sążnistych listów z podróży – gdzie i kiedy nabył tych umiejętności?

W sumie racja, mogłam wybrać inne rzemiosło…

 

Opowieść zepsuła mi obecność szatana. Mniemam, że Stanisław zdobyłby wymagany dokument o stanie zdrowia, niekoniecznie za sprawą sił piekielnych, a niektóre wydarzenia mające miejsce wcześniej i później też można było uzasadnić niekoniecznie obecnością Leamasa, tak jak zbędny wydał mi się opis spotkania Blemmjów, no, chyba że Stanisław miał omamy ze zmęczenia i niedożywienia.

Pewnie można byłoby uzasadnić to inaczej, wszystko można byłoby zrobić inaczej. Ale wybrałam Szatana i wyszło jak wyszło. Czy żałuję? Raczej nie, bo tak wtedy postanowiłam i nie wiedziałam, że pomysł się nie wybroni, widzę to dopiero po reakcjach czytelników. Jednak nie ma co żałować, że się tak wybrało a nie inaczej, tylko trzeba wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Co do Blemmjów, to zawsze wspomnienie o nich w jakiejkolwiek lekturze wywoływało u mnie ciarki ekscytacji przemieszanej ze strachem i musiałam ich tu wrzucić!

Mnie ta opowieść zdała się bajką, trudną zarówno do przeczytania, jak i przejęcia się losami bohaterów.

Przykro to czytać, ale jestem już duża i jakoś to przełknę.

 

Teraz odwołam się do współczesnych zwrotów:

każde zagajenie brzmi w mojej głowie irracjonalnie.

a absurdalnie?

 

Trzeba pozytywnie przejść badania i oczywiście za to zapłacić

Medyk musi cię uznać za wolnego od wszelkiej niemocy.

?

 

I to wszystko powstało ręką człowieka, zaprawdę fascynujące!

niesamowite?

 

Kapitan tłumaczy to złymi warunkami pogodowymi.

niesprzyjającymi warunkami do żeglugi?

 

Chcesz to zaświadczenie czy nie?

dokument?

 

To prawdziwy raj dla handlowców i pielgrzymów! – Szkoda, że zamiast współczesnych handlowców nie użyłaś słowa kupców.

Wielka szkoda. Zmieniam.

 

wspaniałe zabytki, tak wiele znaczące dla historii ludzkości… – To zdanie brzmi jak z reklamy współczesnego biura podróży.

Racja.

 

Przecież to jest typowe zagranie przewodników.

Przecież to jest klasyczna taktyka przewodników.

?

 

by nastraszyć turystów i wyciągnąć od nich pieniądze. – Obawiam się, że tego słowa nie używano w średniowieczu.

Ci przeklęci turyści! Myślałam, że już wszystkich się pozbyłam.

 

I na tym poprzestanę.

Mocne, stanowcze i dołujące.

 

majętnego, ale niestety tak skorego do picia, jak i do pracy. → Czy to znaczy, że jednakowo lubił się upijać i pracować? Bo mam wrażenie, że te zamiłowania w zasadzie się wykluczają.

Nieprawda! Teraz takiego osobnika nazwalibyśmy wysokofunkcjonującym alkoholikiem… Naprawdę są tacy ludzie, jednego nawet znam.

 

 Wstał i poprawił swoją koszulę, już z tylko jednym ramieniem. → Czy tu aby nie miało być: Wstał i poprawił swoją koszulę, już z tylko jednym rękawem.

O cholibcia, tak!

 

o tkaninach z jedwabiu czy adamaszku… → Adamaszek to tkanina (jedwabna lub bawełniana). Jest adamaszek, nie ma tkanin z adamaszku.

Dobrze wiedzieć! Tkaniny usunięte.

 

Czułem się paskudnie, tak bezradnie, żałośnie….! → Zbędna kropka po wielokropku. Po wielokropku nie stawia się kropki, tak jak nie stawia się jej przed wykrzyknikiem.

Zmieniłam na sam wykrzyknik.

 

dwa zakrzywione kozie rogi, każde w inną stronę. → Piszesz o rogach, a te są rodzaju męskiego. Proponuję: …dwa kozie rogi, każdy zakrzywiony w inną stronę.

Fakt.

 

wskazał na dziwny las… → …wskazał dziwny las

Wskazujemy co, nie na coś.

Ugh, czy ja kiedyś w końcu to zapamiętam?

 

Serdecznie dziękuję, regulatorzy! Choć ten komentarz miał bardziej gorzki niż słodki wydźwięk, zawsze jestem wdzięczna za Twoje odwiedziny i uwagi. Pozdrawiam najserdeczniej!

 


 

Czeeeeść, beeeecki!

 

To przybywam ponownie z Rzeppospolitej z mymi przemyśleniami laugh

Ahahha, świetne!

Epistolarność ma taką ciekawą cechę odsłaniania tylko części i to subiektywnego oglądu na wydarzenia. Pozwala się zżyć z piszącym, bo chcąc nie chcąc, jego perspektywa jest jedyną, jaką znamy. Stąd też dość naturalnym jest, że narracja nie zwraca uwagi na inne postaci, jeśli autor listu o nich nie myśli tak bardzo.

 

Tutaj ten świat żyje, tętni kolorami, zapachami i osobami, zaczarowanymi stworzeniami i jak je znaleźć. Fajnie, że ugryzłaś to od takiej strony.

To spostrzeżenie osładza mi niemal wszystkie negatywne uwagi. Bo taki był mój cel, żeby średniowiecze pokazać jako kolorowe i żywe, a nie szare i dołujące.

 

W tym kontekście najsłabiej wypadł dla mnie Szatan, bo jego rola jest epizodyczna. I o ile “nieobecność” Sigridy kupuję, o tyle on jakoś tak się pojawił i zniknął. Ale też wyjaśniłaś, dlaczego paktu z diabłem nie było już na początku, więc rozumiem. Część moich przemyśleń na jego temat Przedpiścy zapisali mądrzej niż ja bym potrafił.

 

Zostaje pytanie o dialogi, które słusznie postawił melendur, didaskalia niekoniecznie występowałyby w liście. Ale też uważam, że do pewnego stopnia można iść na kompromis z Autorką, która chce nam coś opowiedzieć spójnie i w całości. Czysto teoretycznie Stanisław zapewne nie byłby w stanie zacytować żadnej wypowiedzi dokładnie.

No właśnie i też o tym myślałam, jeszcze pisząc. Próbując cytować wypowiedzi z pamięci, wyglądałoby mniej więcej to tak: no więc, wspominał coś o tym i tamtym…, nie jestem pewny, ale… o ile mnie pamięć nie myli…, itd. Kto by chciał to czytać?

 

Już kolejny raz widzę od kogoś, że zakończenie usatysfakcjonowało, więc postęp jest odczuwalny, bo najczęściej psułam efekt zakończeniem właśnie. Jest co świętować :)

 

Ostatecznie, naprawdę udany tekst. Nie każdemu siądzie forma, pewnie mniejszej ilości odbiorców niż klasyczna opowieść. Ale w dalszym ciągu uważam, że zdaje egzamin.

Tak, też to zauważyłam, że fanów tego opowiadania jest raczej mniej niż więcej, ale nie żałuję, że je napisałam, taką miałam potrzebę, by spróbować czegoś nowego i już. Cieszę się, że sumarycznie uznajesz tekst za udany.

 

Nie jest to tekst bez wad, ale jest JAKIŚ i jest O CZYMŚ. Przeczytanie go coś wnosi, nie pozostawia mnie obojętnym, a na niedociągnięcia jestem skory przymknąć oko wobec mocnych stron. A właściwie taki jest główny cel pisania.

Amen heart

 

Pozdrawiam najserdeczniej i jeszcze raz dzięki za betę!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Powracam, zgodnie z zapowiedzią.

Wydaje mi się, że większość zarzutów, które miałem wobec tego tekstu, została już wyżej omówiona. Od siebie dorzucę ogólnie, że wydaje mi się za bardzo uwspółcześniony. Nie wiem czy w średniowieczu/renesansie dwóch gejów pisałoby do siebie tak otwarcie o swoich uczuciach. Wtedy sodomia była ścigana prawnie – a gdyby ten list dostał się w niepowołane ręce?

Przy falujących wodach laguny stały dwie granitowe kolumny, przedstawiające świętego Teodora tuż po pokonaniu smoka na jednym, na drugim zaś lwa symbolizującego świętego Marka.

Coś tu nie gra.

fasadzie w stylu bizantyjskim

Określenie ,,bizantyjski” wylansowali zachodni historycy na przełomie XVI i XVII w., bo mieli ból zadka, że Wschodnie Cesarstwo Rzymskie istniało znacznie dłużej niż Zachodnie. Wcześniej nazywali ich po prostu ,,Grekami”, więc dałbym ,,grecki”.

Blemmjowie, ludzie bez głów, mający oczy i usta na klatce piersiowej. Według angielskich podróżników i pisarzy – kanibale.

Akurat Blemmjowie byli znani już w starożytności, więc możesz zamienić Anglików na Greków/Rzymian i nie będą się tak rzucać w oczy. :P

Dobra, już się nie pastwię. Dobre to było, pomijając wszystkie merytoryczne sprawy, których czepiałem się wcześniej. Czuć klimat podróży w egzotyczne kraje plus taki specyficzny ,,ciężar”, kiedy widać, że tekst jest autentyczny, a nie tylko próbuje wymusić na czytelniku jakąś reakcję. Ogólnie mocne 7,5/8 na 10.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Holly, pewnie nie był to komentarz na jaki czeka piszący, ale cóż… potknięcia zdarzają się wszystkim. Cieszę się, że mimo wszystko zachowałaś równowagę i jasność spojrzenia. A w przyszłości może być tylko lepiej. :)

 

 a ab­sur­dal­nie?

Lepiej, ale może: …każde za­ga­je­nie brzmi w mojej gło­wie niedorzecznie/ bzdurnie/ głupio/ niemądrze/ bezrozumnie.

 

Medyk musi cię uznać za wol­ne­go od wszel­kiej nie­mo­cy.

Zdecydowanie lepiej. :)

 

nie­sa­mo­wi­te?

Lepiej. :)

 

nie­sprzy­ja­ją­cy­mi wa­run­ka­mi do że­glu­gi?

A może: Kapitan tłumaczy, że pogoda nie sprzyja żegludze.

 

do­ku­ment?

Lepiej. :)

 

Wiel­ka szko­da. Zmie­niam.

Bardzo słusznie. :)

 

Racja.

Fajnie, że się zgadzamy. :)

 

Prze­cież to jest kla­sycz­na tak­ty­ka prze­wod­ni­ków.

?

A może: Prze­cież tak zazwyczaj postępują prze­wod­ni­cy.

 

Ci prze­klę­ci tu­ry­ści! My­śla­łam, że już wszyst­kich się po­zby­łam.

Turyści mnożą się szybciej niż króliki w Australii. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka