- Opowiadanie: jfrydr - Po pierwsze, nie szkodzić

Po pierwsze, nie szkodzić

Witam serdecznie.

To drugie opowiadanie, które tutaj publikuję. Osadzone jest ono w stworzonym przeze mnie świecie Aggemunth, w którym toczy się również akcja pisanej przeze mnie równolegle powieści. Opowiadanie nie jest jej fragmentem, ale poszerza historię o wydarzenia, które miały miejsce wcześniej.

Inspiracją do napisania tego tekstu były rozważania nad tym, co człowiek może zrobić, czego nie powinien robić i jak trudna bywa granica pomiędzy pomocą a przekroczeniem własnych kompetencji.

Będę wdzięczny za uczciwy feedback i wszelkie uwagi. ;)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Po pierwsze, nie szkodzić

Minęło już pięć pełni księżyca, odkąd matka Mbali odeszła. Jej mogiła obrastała mchem na skraju polany, skrywając się w cieniu drzew zaklętej puszczy.

Młoda zielarka przejęła rolę swej matki. Doradzała, leczyła, wykonywała drobne zabiegi. Potrzebujących pomocy nie brakowało, nawet jeśli podróż przez midański las groziła zagubieniem na jego przeklętych ścieżkach.

Tego dnia do drzwi chaty na krańcu świata załomotała zrozpaczona kobieta. Mbali w jej oczach ujrzała lęk. Dwa kroki dalej spostrzegła kryjącego się przed światłem dnia mężczyznę.

– Nie… Proszę nie… Zostawcie mnie! – jęczał, kurczowo osłaniając głowę ramionami. – Robaki! Przeklęte robaki!

– Pani, ratuj mego syna! – Kobieta upadła na kolana, chwytając się fałd sukni zielarki. – To już dwadzieścia nocy, jak krzyczy. Te larwy wciąż chodzą pod jego skórą. Nocą wyłażą uszami, ustami i…

– Widziałaś je? Na własne oczy?

– Ja nie, ale… – Kobieta zbladła, a jej usta zadrżały. – Ale on… on mówi, że każdego ranka pełne ich wiadro wyrzuca do rynsztoka. Błagam, pani… ratuj!

Oczy matki lśniły od łez.

– Wejdźcie! – mruknęła Mbali, zatrzaskując drzwi, gdy tylko minęli próg.

 

***

Wewnątrz unosił się intensywny aromat dosychających u powały ziół. W nozdrzach dało się również wyczuć coś jeszcze. Zapach, którego nie sposób było nazwać. Zapach, który z jednej strony dawał ukojenie, a z drugiej wzbudzał niepokój. Nad paleniskiem powoli bulgotał wywar, którego mocy nie znała jeszcze nawet zielarka.

Młody mężczyzna leżał na drewnianej ławie w ciemnej izbie chaty, z głową wspartą niedbale zwiniętym kocem. Kobieta klęczała obok, ściskając dłoń syna.

– Twoje imię – rzuciła krótko zielarka.

– Cedrik, pani… – wymamrotał mężczyzna, odsuwając zaciśniętą pięść od oka. Jego źrenice były nierówne. Prawa szeroka, jakby niewidząca.

– Wiesz, gdzie się znajdujesz?

– Ja… – Rozejrzał się nerwowo. – W chacie… wiedźmy…?

Mbali zdusiła śmiech, odwracając na moment wzrok. Przeczesała długie, czarne loki i pochyliła się nad Cedrikiem. Zamrugał, jakby dopiero teraz ją ujrzał.

– Ale ty, pani… nie wyglądasz na wiedźmę – wyszeptał.

– Dziękuję ci. – Uśmiechnęła się szczerze. – Opowiedz, co cię dręczy.

Mężczyzna podniósł głowę, próbując usiąść, ale po chwili opadł z powrotem na ławę.

– Robaki… – rzekł cicho, jakby bojąc się, że za chwilę znów go dopadną. – Te wstrętne larwy… Są wszędzie…

Jego ręce powędrowały do karku i brzucha, zaczynając drapać. Paznokcie miał brudne, połamane, a skórę rozoraną miejsce przy miejscu. Do krwi.

– Proszę, zabierz je… zabierz! – Jego głos, przez krótką chwilę cichszy, znów przeszedł w krzyk.

Mbali położyła dłoń na jego ręce. Drugą odsłoniła brzuch i klatkę piersiową. Długo wpatrywała się w pokrytą ranami i świeżymi bliznami skórę.

– Są wszędzie… wszęęędzie… – jęk mężczyzny przeszedł w gorzki szloch.

Zielarka z powagą spojrzała w oczy matki, która również starała się doszukać jakiegokolwiek śladu larw. Tymczasem kolejny paznokieć pękł, rozdzierając skórę, z której popłynęła krew.

 

***

Cedrik spał już czternaście godzin. Choć od dawna nie był dzieckiem, matka czuwała przy nim, nie odchodząc nawet na krok.

– Ten eliksir, pani… – rzekła kobieta do Mbali. – Dziękuję. Nareszcie się wyśpi. A może i rany się zagoją. Kto wie… Dziękuję.

– Być może rany się zamkną – odparła zielarka – ale gdy się obudzi, choroba znów wróci.

Do oczu matki nie napłynęły już łzy. Zbyt wiele zdążyła ich wylać. Czule gładziła zlepione krwią włosy syna, a on oddychał spokojnie.

– Mam tylko jego… Troje już pochowałam… – westchnęła, potrząsając bezradnie głową. – Proszę… Czy jest jakakolwiek nadzieja?

– Nadzieja? – Mbali odwróciła wzrok. – Zioła pozwolą mu zasnąć… ale tylko duchy mogłyby oczyścić jego umysł z urojeń.

– Duchy? – głos kobiety zadrżał.

– Tak. Duchy.

Matka cofnęła rękę, jakby samo to słowo mogło ją oparzyć. Osunęła się na posadzkę, kryjąc twarz w dłoniach.

– Ile jeszcze przyjdzie mi dla niego wycierpieć – załkała. – No ile?!

Mężczyzna uniósł ciężkie powieki, jakby zbudził go szloch matki. Z ciepłym uśmiechem spojrzał na nią, klęczącą przy ławie. W jej sercu zrodziła się nadzieja.

Wyciągnął dłoń, by pogładzić jej policzek, lecz wtedy czarne paznokcie znów wgryzły się w skórę, rozdzierając ledwie zastrupiałe rany.

 

***

Mbali znów podała Cedrikowi porcję eliksiru. Powietrze wypełnił zapach chmielu, wilgotnej ziemi i przegniłych korzeni. Jego świadomość powoli odpływała, a ręce przestawały drapać.

– Wezwij duchy – rzekła kobieta, próbując opanować lęk. – Niech stanie się to, co musi się stać. Nawet jeśli on już nigdy nie będzie sobą!

– Nie zrozumiałaś mnie – wyszeptała Mbali, spuszczając wzrok. – Mogę dać ci eliksiry… mogę dać maści na rany… ale duchów nie potrafię wezwać…

Kobieta spojrzała na nieprzytomnego Cedrika. Długo milczała. Gdy wreszcie podniosła wzrok na zielarkę, rzekła oschle:

– Twoja matka nigdy by nam nie odmówiła ratunku… Żałuję, że odeszła.

– Przykro mi… chciałabym pomóc…

– Mogłabyś chociaż spróbować… pani… proszę… – głos kobiety łamał się. – Jeśli ty go nie ocalisz… sama będziesz patrzyć, jak umiera.

Mbali spojrzała w jej oczy, a później na mężczyznę. Leżał w bezruchu na ławie. Oddychał. Głębiej niż powinien, wolniej. Śnił. Nad jego głową wisiała maska Nekharona, jedna z tych, które wkładał, by otworzyć wrota zaświatów.

Zielarka ścisnęła wiszący na piersi talizman. Wspomniała dzień, w którym otrzymała go od ojca. „By zaświaty nigdy nie przeraziły cię swoją mocą”. Słowa szamana wybrzmiały w jej głowie, jakby znów stanął za jej plecami.

 

***

Księżyc stał wysoko na niebie, a leśną polanę rozświetlał jego blask. Mbali wykreśliła rytualny krąg według zapisków z księgi ojca. Nie wszystko potrafiła odczytać dokładnie. Fragmenty tekstu były zatarte, inne rozmazane, jeszcze inne zapisane w nieznanym jej alfabecie.

Ofiarę z ziół i rumu złożyła na brzegu paleniska. Ogień trzaskał iskrami, a dym pospiesznie wzlatywał ku niebu. Cedrik leżał w samym środku kręgu, a Mbali klęczała przy nim. Eliksir powinien już przestać działać, lecz mężczyzna się nie wybudzał. Połowę jego twarzy wykrzywiał nienaturalny grymas.

Mbali założyła maskę i wykrzyczała przygotowane według księgi słowa:

– Damballah! Vini geri nonm sa a! (Damballah! Przyjdź uzdrowić tego mężczyznę!)

Jej krzyk poniósł się pośród polany, odbijając się echem od ściany drzew. Jednak nic nie nastąpiło.

Rozejrzała się wokół, z wątłą nadzieją szukając wznoszącej się mgły zaświatów.

– Damballah! Vini geri nonm sa a! – krzyknęła ponownie. Głośniej. Lecz wciąż nic.

Mężczyzna spał głęboko, a ogień płonął jak wcześniej. Mbali z rezygnacją cisnęła maskę w bok i zaklęła pod nosem.

– Przepraszam… nie potrafię – wyszeptała z żalem, a łzy spłynęły po policzkach.

Wspomniała dzień, w którym sama pragnęła cudu dla swej matki. Podniosła wzrok i ujrzała stojącą w oddali kobietę.

– Aaaa! – krzyknęła rozpaczliwie. – Damballah! Vini geri nonm sa a!

Nagle powietrze lekko zawirowało, a płomień ogniska przygasł na moment. Blisko ziemi powoli zbierał się mleczny obłok zaświatów, a zielarka krzyknęła kolejny raz:

– Vini geri nonm sa a!

Ziemia zadrżała, bębny zadudniły nierówno, a mgła zafalowała pośród wiatru. Naraz niebiosa rozdarł grzmot i bezkształtny strumień mocy uderzył w środek wytyczonego kręgu.

Siła uderzenia rozrzuciła żarzące się drwa we wszystkie strony. Wiatr rozwiał przygotowane przez Mbali zioła, a zawartość butelki wsiąknęła w suchą jak pieprz ziemię.

Cedrika opanowały spazmy. Zielarka przypadła do niego, gdy tylko dostrzegła nieskoordynowane ruchy. Uderzał rękami, nogami i głową. Próbował łapać powietrze. Wymiotował. Pod miejscem, w którym leżał, rozlała się ciemna plama moczu.

Zacharczał, a później przyszedł ten świszczący oddech. Nierówny. Jego twarz zsiniała, a ręce zrobiły się chłodne. Po chwili przestał nabierać powietrza, jakby coś zatkało mu krtań. Mbali próbowała rozewrzeć jego usta, by przywrócić oddech, lecz on wciąż zaciskał zęby z całych sił.

– Cedriku!!! – wrzasnęła, uderzając go w policzek. – Cedriku!!!

Ale gdy szczęki się rozluźniły, jego serce już nie biło. Nie oddychał. Jedynie krew z rozgryzionego języka popłynęła po policzku.

Mbali uderzyła pięściami w ziemię.

– Aaaa!!! – wrzasnęła w stronę przepełnionej mocą puszczy. – Ojcze, dlaczego?!!! Dlaczego mnie w życiu niczego nie nauczyłeś?!!!

Zielarka ruszyła chwiejnym krokiem w stronę lasu. Upadła. Uderzyła głową o wystający kamień. Ogarnęła ją ciemność.

Chwilę później powietrze rozdarł krzyk biegnącej w stronę kręgu matki:

– Nie! Nieeee…!

Kobieta przypadła do martwego ciała syna, łkając i tuląc się do niego. Wołała jego imię, ale już nie reagował. Nie spał. Nie żył. Lecz ona wciąż całowała jego usta, policzki, nos, rany…

I ten szloch, który zna tylko złamane serce matki, niósł się echem aż po najodleglejsze zakątki midańskiej puszczy.

 

***

Wiatr jęczał między konarami drzew otaczających polanę. Wir narastał powoli, a mgła tylko lekko pobłyskiwała pomiędzy źdźbłami trawy. Żar dogasał w ledwie tlącym się palenisku, choć świeże drewno leżało nieopodal.

Mbali z trudem podniosła głowę. Ciepła krew spływała z rozciętej brwi, zalewając oko i przesłaniając obraz. Otarła twarz i spojrzała w stronę kręgu. Po ciele Cedrika pozostał jedynie ślad krwi i lekko wygnieciona ziemia. Jego matki również nie było.

Naraz cichy dźwięk bębnów przykuł jej uwagę. Dochodził z oddali, lecz brzmiał wyraźnie, jakby z wnętrza jej głowy.

– Nigdy nie prosiłaś… – głos Nekharona przerwał ciszę.

Zielarka odwróciła wzrok w jego stronę. Do jej oczu napłynęły łzy.

– Bo nigdy mnie nie słuchałeś – odparła gorzko, podnosząc się z ziemi.

Szaman rozpalił fajkę. Odurzający zapach uniósł się w powietrze, a Mbali wyciągnęła dłoń w stronę ojca.

– Pamiętaj… z tej ścieżki nie da się już zawrócić.

Skinęła głową, wkładając fajkę do ust. Gęsty, gryzący dym wypełnił jej płuca, a świat wokół zamigotał. Jej wzrok się wyostrzył, a serce zwolniło rytm. Bębny uderzyły głośniej.

Nekharon wyjął z niewielkiej sakiewki owocnik widmogłowa. Przełamał na pół. Część wcisnął pod policzek, a drugą podał bez słowa córce.

Najpierw poczuła cierpki smak i gorycz, a później wszystko widziała wyraźniej. Nie wiedzieć czemu, w palenisku nagle pojawiło się nadpalone drewno, a mgła wokół kręgu zaczęła gęstnieć.

Szaman nakreślił laską w czarnej ziemi symbole duchów. Na uboczu złożył suszone liście tytoniu i rum. Dużo rumu. Nalał go obficie do kilku czarek, jakby zapraszał do skosztowania. Na koniec, odwiązał mieszek złota od pasa i cisnął go między przygotowane podarunki.

Później została już tylko pieśń. Nekharon nucił jej słowa coraz głośniej, a przez głowę Mbali przemknęła myśl, że kiedyś już słyszała jej dźwięki.

Talizmany zawieszone na lasce szamana zadrżały, a wir powietrza przybrał na sile. Bębny zadudniły głośno. Ich puls zlewał się z rytmem pieśni. Gęsta mgła wypełniała otaczającą ich przestrzeń. Ogień buchnął wysoko. Iskry uleciały do nieba, porwane z pędem wiatru. Nekharon stanął twardo, ujmując laskę w dłoń i krzyknął stanowczo:

– Papa Legba! Louvri baryè ant mond yo! Jou a rive. Mond lespri yo dwe resevwa yon nouvo manbo! (Papa Legba! Otwórz bramę między światami! Nadszedł dzień. Świat duchów musi przyjąć nową szamankę!)

Naraz obezwładniający trzask rozerwał niebo, a pośród mgieł rytualnego kręgu, zjawił się Legba. U jego boku stanął Loko, cichy i dostojny. W głębi, pośród mroku, majaczyła zaś sylwetka Damballaha, strażnika porządku i tajemnic świata.

– Se pou Loko beni chemen li! Se pou Damballah temwaye nan non li! (Niech Loko pobłogosławi jej drogę! Niech Damballah zaświadczy w jej imieniu!) – dodał po chwili szaman.

Ziemia zadrżała, a Damballah uniósł wzrok w kierunku Nekharona. Przyglądał mu się uważnie. Długo. Bez słowa.

Wreszcie Papa Legba przerwał ciszę.

– Zaświaty nie potrzebują kolejnego szamana…

– Czyżby? – Nekharon mruknął beznamiętnie.

– Ona nie zna pieśni! Nie zna ceny! Nawet nie zna imion! – warknął Loko, ruszając szybkim krokiem w stronę Mbali. – Spróbowała otworzyć bramę, nie mając do tego prawa…

Mieniąca się ciemną zielenią twarz opiekuna szamanów i strażnika pradawnej wiedzy przybrała złowrogi wyraz. Nekharon stanął pomiędzy córką a duchem.

– Tak, spróbowała – rzekł twardo. – Miała odmówić? Miała spojrzeć matce w oczy i powiedzieć: Twoje dziecko umrze, a ja nic nie zrobię?

Loko pociągnął nerwowo dym z trzymanej w ustach fajki i rzucił niepewne spojrzenie w kierunku Damballaha.

– Ta ścieżka ją złamie, Nekharonie… – wyszeptał z powagą.

– To moja córka.

– Niech leczy ziołami. Niech szyje rany…

– A jeśli mnie zabraknie? – Szaman przerwał duchowi. – Kto obejmie puszczę opieką? Wy? Kto przekaże całą wiedzę nowemu pośrednikowi, skoro mnie już nie będzie?

Ogień buchnął mocniej, a Damballah powoli zbliżył się do Mbali. Zielarka zadrżała. Jego obecność była niczym świadectwo. Jakby świat już nigdy nie mógł zaprzeczyć, że ona stanęła oko w oko z zaświatami. Ziemia zawibrowała, a niebo rozdarł grzmot.

– Tak – to słowo wybrzmiało z mocą, jakby nie wydobywało się jedynie z ust ducha, lecz daleko spoza tego świata.

– Ale… – zaprotestował Loko, lecz spojrzenie Damballaha nie znało sprzeciwu.

Mbali stanęła pewniej na nogach, jakby nagle wypełniła ją nieznana dotąd siła.

– A więc niech tak będzie! – rzekł donośnie Loko.

– Na twoich zaś barkach, Nekharonie, spoczywa ciężar przekazania jej całej wiedzy – zwrócił się do szamana Papa Legba. – Wiesz, że zaświaty nigdy nie wybaczają…

Szaman uderzył laską w ziemię, a talizmany zabrzęczały donośnie.

Gęsta mgła znów zawirowała wokół kręgu, coraz szybciej i szybciej. Świat powoli rozmywał się, a Mbali stała pośrodku wytyczonych w czarnej ziemi symboli. Wiatr porywał jęzory ognia, które z każdą chwilą, coraz bardziej oplatały młodą szamankę.

Nie zawahała się. Stała pewnie, mimo że granat rozgwieżdżonego nieba mieszał się z czernią wypalonej ogniem ziemi. Jej skóra zapiekła, jakby moce zaświatów żłobiły w niej własne znaki.

Grzmot ponownie rozdarł niebo, bębny znów zadudniły głośniej, a wir powietrza wzniósł się wysoko, ponad korony drzew. Duchy odeszły, a Mbali leżała pośrodku zaklętego kręgu. Na jej twarzy wciąż pulsowały świeże symbole zaświatów. Malowidła, których nigdy już nie zmyje. Znaki, które wyryte zostały w niej głębiej niż pamięć tej nocy.

Głucha cisza wypełniła przestrzeń.

Po chwili przerwał ją cichy śpiew Nekharona.

Ta pieśń. Ta sama. Znała ją. Tak. Oczywiście… nucił ją zawsze, gdy tulił ją do snu. Lecz to było dawno temu. Jakby w innym życiu.

– Ojcze… – wyszeptała. – To ja go zabiłam, prawda?

– Próbowałaś go ocalić.

– A jakie to ma znaczenie? – załkała.

– Czasami największe…

Ogień przygasł nagle, a od strony lasu nadszedł chłód. Nekharon objął córkę ramieniem.

– Wiedziałem, że cię to czeka… – wyszeptał. – Nie sądziłem jednak, że tak szybko.

– Czy odtąd będę umiała odnaleźć właściwy sposób?

– Teraz dopiero będziesz mogła go szukać. 

Koniec

Komentarze

Dobrze napisane, czyta się ten tekst płynnie. Trochę miałem problem z tym ojcem. On w końcu żyje czy jest duchem? Ale klimat jak najbardziej może się podobać. Wciąga.

Minusem jak dla mnie jest pomysł, żeby przypisy/tłumaczenia były na końcu. Zaglądanie na koniec do przypisów wybija z rytmu.

Pozdrawiam!

@Grzesiek_W

Dziękuję za poświęcenie czasu na moje opowiadanie, cieszę się, że cię zaciekawiłem. Gwoli wyjaśnienia, Ojciec jest szamanem, nie duchem. zapraszam również do wcześniejszego opowiadania w podobnym klimacie pt “Nie śmierci się lękam”. 

Właśnie też się zastanawiałem jak inaczej rozwiązać te tłumaczenie – nie chcę likwidować haitańskich zapisów, bez tłumaczenia ciężko by było zrozumieć. 

Chętnie wysłucham sugestii jak to wygodniej zawrzeć w tekście opowiadania.

Poruszasz bardzo ważne pytania. Właściwie – każdy prędzej czy później musi je sobie (lub komuś) zadać albo odpowiadać. Jednocześnie – jakoś ciężko mi się czyta. Jakby za każdym słowem stała mgła tajemnicy. Taka mgła jak film pod tym tytułem, znasz? W tym filmie trudno mi było polubić kogokolwiek… Każdy jakoś winny, jednocześnie – niewinny osobiście… Tak to czuję mgliście (rym niezamierzony, ale ie znajduję innego słowa :))

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

@ TEO MAX 

Dzieki za poświecenie czasu. 

Hmmm… filmu nie kojarzę. Tytuł nadałem w związku z tematem rozważań nad którymi myślałem pisząc opowiadanie.

W kwestii mgły, poniekąd mój zamysł był taki, by pozostawić trochę tajemnicy i nie dopowiadać wszystkiego. Rozumiem, że to utrudniało czytanie? Czy może język, konstrukcja zdań?

Tajemnica jest fajna. Problem – ważny. Język, konstrukcja zdań – jeśli Ci ktoś tak doradzi, można poprawić.

Wydaje mi się, że Twój tekst jest bardzo gęsty, nie daje miejsca na oddech. OK., rozumiem, to wstęp do czegoś większego. Ale nie umiem dostatecznie polubić postaci, żeby poczuć ICH problem, żeby poczuć “dlaczego”… 

A problemy, które poruszasz, są godne przeżycia sercem, nie tylko intelektem.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Ok teraz już rozumiem. 

Fakt, może być tak, że za mało tłumaczę i przedstawiam postacie, ponieważ w mojej głowie są one rozbudowane i zdążyłem je już opisać w tworzonej równolegle powieści.

Tu może pojawiać się problem z moim wewnętrznym brakiem potrzeby szerszego przedstawienia w opowiadaniu charakteru postaci. 

Dzięki za zwrócenie uwagi.

Tak, jesteśmy blisko zrozumienia :) 

 

Powodzenia :)

Chętnie wysłucham sugestii jak to wygodniej zawrzeć w tekście opowiadania.

Ok, to tylko sugestia. Starałem się dopasować do Twojego stylu – jak najbliżej tłumaczenia z przypisów, ale zwykle używasz mniej spójników, więc [2] i [3] mogą wywoływać wrażenie “spowolnienia” akcji. Ale wydaje mi się, że chwila jest tu podniosła i raczej dłuższe zdania podkreślają “celebrację” tego momentu, więc “tempo” jest drugorzędne.

 

[1]

Mbali założyła maskę i wykrzyczała przygotowane według księgi słowa:

– Damballah! Vini geri nonm sa a!

Jej krzyk poniósł się pośród polany, odbijając się echem od ściany drzew. Jednak duch nie przyszedł uzdrowić mężczyzny.

 

[2]

Talizmany zawieszone na lasce szamana zadrżały, a wir powietrza przybrał na sile. Bębny zadudniły głośno. Ich puls zlewał się z rytmem pieśni. Gęsta mgła wypełniała otaczającą ich przestrzeń. Ogień buchnął wysoko. Iskry uleciały do nieba, porwane z pędem wiatru. Nekharon stanął twardo, ujmując laskę w dłoń.

– Papa Legba! Louvri baryè ant mond yo! Jou a rive. Mond lespri yo dwe resevwa yon nouvo manbo! – krzyknął stanowczo, wzywając Papa Legba do otwarcia bramy między światami, bo nadszedł dzień, w którym świat duchów musi przyjąć nową szamankę.

 

[3]

– Se pou Loko beni chemen li! Se pou Damballah temwaye nan non li! – dodał po chwili szaman, aby Loko pobłogosławił jej drogę, a Damballah zaświadczył w jej imieniu.

 

 

Hmmm… teraz mam zagwozdkę, bo ciekawie brzmi twoja wersja, tylko w sumie zależałoby mi na dosłownym tłumaczeniu.

A gdyby dać:

 

Jak takie przedstawienie tłumaczenia by wyglądało? Na pewno nie trzeba wtedy scrollować na sam dół i z powrotem.

Mbali założyła maskę i wykrzyczała przygotowane według księgi słowa:

– Damballah! Vini geri nonm sa a! (Damballah! Przyjdź uzdrowić tego mężczyznę!)

– Papa Legba! Louvri baryè ant mond yo! Jou a rive. Mond lespri yo dwe resevwa yon nouvo manbo!(Papa Legba! Otwórz bramę między światami! Nadszedł dzień. Świat duchów musi przyjąć nową szamankę.)

Naraz obezwładniający trzask rozerwał niebo, a pośród mgieł rytualnego kręgu, zjawił się Legba. U jego boku stanął Loko, cichy i dostojny. W głębi, pośród mroku, majaczyła zaś sylwetka Damballaha, strażnika porządku i tajemnic świata.

– Se pou Loko beni chemen li! Se pou Damballah temwaye nan non li!(Niech Loko pobłogosławi jej drogę! Niech Damballah zaświadczy o jej imieniu!) – dodał po chwili szaman.

Choć ta historia stanowi zamkniętą całość, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednocześnie jest kolejną częścią napisanego przez Ciebie „serialu”.

Tu już tytuł zdradza, że choć rzecz dotyczy poczynań zielarki, poruszasz sprawy szalenie istotne dla tych, którzy leczą, w dodatku bardzo umiejętnie wplatasz całkiem obce nam motywy wierzeń innej kultury, a to sprawia, że opisane wydarzenia pobudzają wyobraźnię i zapadają w pamięć, a jednocześnie pozwalają czekać na dalszy rozwój wypadków.

Jest trochę usterek, ale czytało się całkiem nieźle.

 

chwy­ta­jąc się fał­dów sukni zie­lar­ki. → …chwy­ta­jąc się fał­d sukni zie­lar­ki.

Fałda jest rodzaju żeńskiego.

 

Młody męż­czy­zna leżał na drew­nia­nej ławie w ciem­nej izbie chaty. Jego głowa spo­czy­wa­ła na nie­dba­le zwi­nię­tym kocu. Matka klę­cza­ła obok, ści­ska­jąc jego dłoń. → Czy zaimki są konieczne?

Proponuję: Młody męż­czy­zna leżał na drew­nia­nej ławie w ciem­nej izbie, z głową wspartą nie­dba­le zwi­nię­tym kocem. Kobieta klę­cza­ła obok, ści­ska­jąc dłoń syna.

 

wy­mam­ro­tał męż­czy­zna, od­sła­nia­jąc oczy, które do tej pory szczel­nie za­sła­niał za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi. → Czy matka ściskała dłoń syna zwiniętą w pięść i leżącą na oczach?

 

– Ja… – ro­zej­rzał się ner­wo­wo. → – Ja… – Ro­zej­rzał się ner­wo­wo.

 

Ce­drik spał już czter­na­ście go­dzin. Choć dawno nie był już dziec­kiem… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: Ce­drik spał już czter­na­ście go­dzin. Choć od dawna nie był dziec­kiem

 

Zie­lar­ka przy­pa­dła do niego, gdy tylko do­strze­gła jego nie­sko­or­dy­no­wa­ne ruchy. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

– Cedriku! – wrzasnęła, uderzając go w policzek. – Cedriku! → Skoro wrzasnęła, dałabym po trzy wykrzykniki: – Cedriku!!! – wrzasnęła, uderzając go w policzek. – Cedriku!!!

 

– Aaaa! – wrzasnęła w stronę przepełnionej mocą puszczy. – Ojcze, dlaczego?! Dlaczego mnie w życiu niczego nie nauczyłeś?! → – Aaaa!!! – wrzasnęła w stronę przepełnionej mocą puszczy. – Ojcze, dlaczego?!!! Dlaczego mnie w życiu niczego nie nauczyłeś?!!!

 

Ude­rzy­ła głową. → Co/ W co uderzyła?

 

a Dam­bal­lah uniósł swój wzrok w kie­run­ku Ne­kha­ro­na. → Zbędny zaimek.

 

– A jeśli mnie za­brak­nie? – sza­man prze­rwał du­cho­wi. → – A jeśli mnie za­brak­nie? – Sza­man prze­rwał du­cho­wi.

 

Zie­mia zawi­brow­ła, a niebo roz­darł grzmot. → Literówka.

 

– Na two­ich zaś bar­kach, Ne­kha­ro­nie, spo­czy­wa prze­ka­zać jej całą wie­dzę… → A może: – Na two­ich zaś bar­kach, Ne­kha­ro­nie, spo­czy­wa ciężar/ zadanie przekazania jej całej wiedzy

 

Sza­man ude­rzył swą laską w zie­mię… → Zbędny zaimek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

Dziękuję, że poświęciłaś czas na moje kolejne opowiadanie. Dziękuję za wyłapanie błędów. Poprawiłem wszystko. Muszę przyznać, że wyobraziłem sobie to, co sam napisałem, dopiero po tym jak to wychwyciłaś:

wymamrotał mężczyzna, odsłaniając oczy, które do tej pory szczelnie zasłaniał zaciśniętymi pięściami. → Czy matka ściskała dłoń syna zwiniętą w pięść i leżącą na oczach?

Mam nadzieję, że taka zmiana rozwiązuje ten problem:

wymamrotał mężczyzna, odsuwając zaciśniętą pięść od oka. Jego źrenice były nierówne. Prawa szeroka, jakby niewidząca. → Drugą rękę ściskała matka. ;)

 

 

Choć ta historia stanowi zamkniętą całość, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednocześnie jest kolejną częścią napisanego przez Ciebie „serialu”.

Hmmm… Czy to źle? Opowiadania, które piszę, osadzam w tym samym świecie i korzystam z tych samych bohaterów. Tutaj faktycznie jest pewne powiązanie czasowe, między tymi opowiadaniami i zastanawiałem się nawet, czy nie usunąć pierwszego akapitu. Chciałem jednak podkreślić to, że Mbali stosunkowo niedawno zaczęła sama leczyć.

 

Wprowadziłem też zmiany w kwestii tłumaczenia zwrotów w haitańskim. Dałem je w nawiasy, po zwrocie. Czy takie rozwiązanie jest do przyjęcia? 

 

Bardzo proszę, Jfrydr. Miło mi, że mogłam się przydać. A skoro dokonałeś poprawek, mogę udać się do klikarni. Idę od razu, żeby potem nie zapomnieć. :)

 

Mam na­dzie­ję, że taka zmia­na roz­wią­zu­je ten pro­blem:

Owszem, teraz jest lepiej. :)

 

Hmmm… Czy to źle? Opo­wia­da­nia, które piszę, osa­dzam w tym samym świe­cie i ko­rzy­stam z tych sa­mych bo­ha­te­rów.

Ależ nie! To zupełnie jasne, że skoro jesteśmy w tym samym świecie, będziemy spotykać tych samych bohaterów i na pewno z ciekawością będziemy śledzić ich losy, choć mam nadzieję, że grono to powiększy się i nie będą to tylko kolejni pacjenci Mbali. :)

 

Wprowadziłem też zmiany w kwestii tłumaczenia zwrotów w haitańskim. Dałem je w nawiasy, po zwrocie. Czy takie rozwiązanie jest do przyjęcia? 

Może w tej sprawie wypowiedzą się inni czytelnicy, bo mnie poprzedni zapis nie przeszkadzał, obecny też akceptuję. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 Idę od razu, żeby potem nie zapomnieć. :)

;) 

 

…mam nadzieję, że grono to powiększy się i nie będą to tylko kolejni pacjenci Mbali.

Bohaterów mam wielu w zanadrzu, a świat rozrósł mi się mocno, więc może w następnym opowiadaniu skupię się na czymś mniej zaświatowym, a bardziej aggemunthowym :) 

 

Jeszcze raz dziękuję.

Brzmi obiecująco. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak takie przedstawienie tłumaczenia by wyglądało? Na pewno nie trzeba wtedy scrollować na sam dół i z powrotem.

Jak dla mnie zapis w nawiasach jest lepszy niż scrollowanie.

Ale teraz zobaczyłem jak wybrnęli z tego Sapkowski i Tolkien, kiedy były im potrzebne np. zaklęcia. Kursywa dla oryginału i tłumaczenie po myślniku, czyli byłoby tak:

Mbali założyła maskę i wykrzyczała przygotowane według księgi słowa:

Damballah! Vini geri nonm sa a! – Damballah! Przyjdź uzdrowić tego mężczyznę!

Papa Legba! Louvri baryè ant mond yo! Jou a rive. Mond lespri yo dwe resevwa yon nouvo manbo! – Papa Legba! Otwórz bramę między światami! Nadszedł dzień. Świat duchów musi przyjąć nową szamankę.

Naraz obezwładniający trzask rozerwał niebo, a pośród mgieł rytualnego kręgu, zjawił się Legba. U jego boku stanął Loko, cichy i dostojny. W głębi, pośród mroku, majaczyła zaś sylwetka Damballaha, strażnika porządku i tajemnic świata.

Se pou Loko beni chemen li! Se pou Damballah temwaye nan non li! – Niech Loko pobłogosławi jej drogę! Niech Damballah zaświadczy o jej imieniu! – dodał po chwili szaman.

@Grzesiek_W

Hmmm… no ciekawie. Dzięki za sugestie. Na razie jednak zostanę przy nawiasach. Wydają mi się wprowadzać najmniejszą wątpliwość, czym te słowa są.

Ech, jak znam życie, to matka teraz oskarży szamankę o zabicie syna. Chyba że zniknęła na dobre albo na Haiti obyczaje są inne.

Trochę tekst wygląda na niedokończony. W sensie, że to dopiero wstęp do historii szamanki, a przed nią jeszcze długa droga. Ale czytało się dobrze.

Odniosłam wrażenie, że ojciec nie żyje. Bo jeśli żyje i jest w pobliżu, to dlaczego nie on wzywał duchy do chłopaka?

Babska logika rządzi!

@Finkla

dziekuje że przeczytałaś moje opowiadanie. 

bardzo się cieszę, że czytało się dobrze. 

Fakt trudno jest mi wyzbyć się poczucia głębi postaci, którą tworzyłem przy pisaniu powieści. Niestety kolejny raz wychodzi na to, ze pewien aspekt Nekharona jest ukryty. Wiem, ze to wada opowiadania, ale pozwolę sobie wyjaśnić:  Relacja Mbali, Nekharona i Noemi (z wcześniejszego opowiadania) jest bardzo skomplikowana. Nekharon jest szamanem, który ze względu na swoje obowiązki, nie może być przy swojej rodzinie.  Przez to przybywa do chaty wtedy, gdy komuś musi pomóc.

 

Jfrydrze, prosta sprawa: Ty czytasz moje teksty, ja czytam Twoje.

Babska logika rządzi!

@Finkla

Jfrydrze, prosta sprawa: Ty czytasz moje teksty, ja czytam Twoje.

A no właśnie… nadal czekam na twój tekst o zaświatach ;) 

Objawił się konkurs, do którego ten tekst się świetnie nada. I w ramach konkursu go opublikuję. Anonimowo, oczywiście, więc nie będzie aż tak łatwo znaleźć. :-)

Babska logika rządzi!

No tak… konkurs. Ja niby wstępnie mam już napisane opowiadanie na konkurs, ale jeszcze się waham jakie opowiadanie będzie lepsze: poważniejsze przemyślenia na temat tego, co po śmierci, czy bardziej twórcza, fantastyczna opowieść o zaświatach.

 

Bardzo przyjemny sposób pisania i bardzo się wciągnęłam w to opowiadanie ( a nie jest łatwo mnie wciągnąć ) naprawdę fajny pomysł!

Kostrzewski. alina8@gmail.com

@Akkptkt– ka 

Bardzo dziękuję, że poświęciłaś czas na moje opowiadanie. Zapraszam również na wcześniejsze opowiadanie pt “Nie śmierci się lękam”.

Cieszę się, że tekst przypadł do gustu. Piszę od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz sprawdzam jak odbierają to inni. Dlatego każda opinia jest dla mnie bardzo ważna.

pozdrawiam

Dobrze napisane, podobała mi się taka tajemnicza atmosfera. I że opowiadanie skłania do refleksji. Podczas czytania miałam jakieś takie dziwne uczucie, jakby coś na mnie ciążyło – ale nie uważam tego za wadę, wynika to bardziej z trudności problemów poruszonych w tekście. Najbardziej podobała mi się końcówka, poruszyła mnie jakoś.

Nowa Fantastyka