- Opowiadanie: barniusz - Idę po ciebie

Idę po ciebie

Dzień dobry,

na końcu przed­mo­wy umiesz­czam trig­ger war­ning, po­nie­waż wy­obra­żam sobie, że dla kogoś punkt wyj­ścia do tek­stu może być za mocny. Nie sądzę, żeby był to spo­iler – rzecz wy­da­rza się dość wcze­śnie w tek­ście. 

Po­mysł na tekst jest luźno in­spi­ro­wa­ny sesją w Va­esen RPG, którą mia­łem przy­jem­ność pro­wa­dzić parę lat temu, a która zo­sta­ła we mnie i w gra­czach na dłu­żej.

Ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia za betę dla Mi­cha­el­Bul­l­finch – po­praw­ki to jego za­słu­ga, błędy to moja wina.

--- 

Trig­ger war­ning: śmierć dziec­ka

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Idę po ciebie

Gdy Bogdan zamknął powieki córeczki, głę­bo­ko na dnie je­zio­ra Skrzy­pek otwo­rzył oczy.

 

*** 

 

Ma­ry­sien­ka umar­ła nagle. Wcze­snym ran­kiem zja­dła pajdę ulu­bio­ne­go żyt­nie­go chle­ba z ma­słem, a potem wy­bie­gła na po­dwó­rze, by nie stra­cić choć­by chwi­li sierp­nio­we­go dnia. Gdy kilka go­dzin póź­niej Bog­dan wy­szedł na po­dwó­rze do­sy­pać kurom ziar­na, wi­dział ją w od­da­li, jak biega po polu z naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, Mar­ce­li­ną. Pę­dzi­ły przed sie­bie z ru­mia­ny­mi twa­rza­mi, w tar­ga­nych wia­trem su­kien­kach. 

Nie­szczę­ście na­de­szło wcze­snym po­po­łu­dniem. Wpa­ro­wa­ło do izby wraz ze zzia­ja­ną Mar­ce­li­ną. Było w jej ury­wa­nym od­de­chu, w po­prze­ty­ka­nych źdźbła­mi, po­tar­ga­nych wło­sach, ale naj­wię­cej go tkwi­ło w roz­sze­rzo­nych z prze­ra­że­nia oczach.

– Ma­ryś­ka… – za­czę­ła dziew­czyn­ka, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. – Ona…

Bog­dan pod­niósł się z zydla, na któ­rym pykał przed­obia­do­wą fajkę i spoj­rzał krót­ko na żonę. Ta prze­sta­ła się krzą­tać po kuch­ni i stała teraz po­bla­dła, wpa­tru­jąc się w Mar­ce­li­nę. Męż­czy­zna ru­szył ku drzwiom.

– Chodź – po­le­cił dziew­czyn­ce. – Opo­wiesz po dro­dze.

Chwi­lę potem pę­dził już przez pole, po­ty­ka­jąc się i wy­krzy­ku­jąc imię córki. Słowa po­zo­sta­wio­nej da­le­ko w tyle Mar­ce­li­ny ko­tło­wa­ły mu się w gło­wie. 

By­ły­śmy na polu u sta­re­go Wie­nia­wy, bo u niego jest teraz ten ol­brzy­mi stóg. Wspi­na­ły­śmy się na niego i zjeż­dża­ły­śmy. Ma­ryś­ka chcia­ła po­ka­zać, jak da­le­ko ze­sko­czy z samej góry. Upa­dła i krzyk­nę­ła krót­ko, a chwi­lę potem pod­wi­nę­ła su­kien­kę i krzy­cza­ła już bez prze­rwy. Jej udo…

Bog­dan prze­sko­czył przez mie­dzę dzie­lą­cą jego zie­mię od pola sta­re­go Wie­nia­wy i w kilku dłu­gich su­sach do­padł do córki. Z otwartego uda, przez roz­dar­tą skórę prze­bi­ja­ła kość. Drob­ne nogi i su­kien­ka Ma­ry­sień­ki były lep­kie od krwi. Skąd jej tu aż tyle?! 

Słowa Mar­ce­li­ny znów za­dud­ni­ły mu w gło­wie: Pod­wi­nę­ła su­kien­kę i krzy­cza­ła bez prze­rwy.

Teraz mil­cza­ła. 

Krzycz, cór­cia, po­my­ślał. Krzycz. To musi tak bar­dzo boleć, na pewno bar­dzo cię boli. Wy­drzyj się, prze­cież po­tra­fisz. Tak ład­nie na mnie krzy­czysz, kiedy pod­szczy­pu­ję cię, gdy nie chcesz wy­grze­bać się z pie­rzy­ny. Krzycz, pro­szę.

Nie za­pa­mię­tał łez, które wsią­ka­ły mu w brodę.

Nie za­pa­mię­tał Mar­ce­li­ny, która za­trzy­ma­ła się prze­stra­szo­na na środ­ku pola i pa­trzy­ła, jak nie­sie wiot­ką córkę na rę­kach w stro­nę domu.

Nie za­pa­mię­tał uja­da­nia Zucha, który jesz­cze chwi­lę wy­le­gi­wał się w cie­niu pod chatą, ale pod­niósł się na czte­ry łapy, gdy tylko Bog­dan się zbli­żył.

Za­pa­mię­tał twarz sto­ją­cej w otwar­tych drzwiach Ireny. Mo­ment, gdy ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły, a w oczach mał­żon­ki zgasł blask.

 

*** 

 

Przed chatą Ja­ku­ba stały dwie ło­pa­ty i sie­kie­ra. Od kil­ku­na­stu lat to on kopał we wsi groby. Nie­da­le­ko wa­la­ły się szcza­py i le­ża­ła prze­wró­co­na tacz­ka. 

Drzwi były uchy­lo­ne, więc Bog­dan za­pu­kał i wszedł, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie. Już w progu po­czuł kwa­śny za­pach go­rzał­ki.

Jakub sie­dział na ławie. Przed nim, na krzy­wym stole, le­ża­ły bo­chen chle­ba, ce­bu­la, gli­nia­ny kubek i na wpół opróż­nio­na bu­tel­ka oko­wi­ty.

– Grób mu­sisz wy­ko­pać – po­wie­dział Bog­dan, omia­ta­jąc po­miesz­cze­nie spoj­rze­niem. 

Jakub spoj­rzał w jego kie­run­ku. Mętne, roz­bie­ga­ne oczy mó­wi­ły wiele o kon­dy­cji go­spo­da­rza.

– Komu? – za­py­tał i czknął.

Bog­dan za­wa­hał się. Głos uwiązł mu w gar­dle.

– Małej – po­wie­dział w końcu, nie mogąc wy­du­sić wię­cej.

Przy­mknął oczy i po­trzą­snął głową, by od­rzu­cić za­le­wa­ją­ce go myśli. Nie teraz. Naj­pierw trze­ba wszyst­ko za­ła­twić.

Jakub mil­czał przez chwi­lę. W końcu pod­niósł się i chwiej­nym kro­kiem pod­szedł do kre­den­su. Za chwi­lę po­sta­wił na stole drugi kubek i drżą­cą ręką nalał do obu al­ko­ho­lu nie­mal po sam brzeg. 

– Napij się.

– Nie chcę.

– Po­mo­że – stwier­dził Jakub i jakby chcąc dać przy­kład, wy­chy­lił. – Mocne. – Skrzy­wił się.

Bog­dan pod­szedł do stołu. Do­strzegł drugą, pustą bu­tel­kę, sto­ją­cą na pod­ło­dze. Nie wró­ży­ło to do­brze, a prze­cież nie mieli wiele czasu.

– Słu­chaj, Kuba – za­czął po­wo­li – po­trze­bu­ję, żebyś się ogar­nął. Mu­sisz za­cząć kopać, a ja zajmę się resz­tą. Nic jesz­cze nie jest go­to­we.

– Dziś nie wy­ko­pię.

– Wy­ko­piesz.

– Bog­dan, ja ledwo stoję. – Jakub po­tarł dło­nią czoło. – Zresz­tą i tak nie ma księ­dza, wy­je­chał dziś do mia­sta.

Bog­dan po­chy­lił się nad sto­łem i bły­ska­wicz­nym ru­chem zła­pał gra­ba­rza za ko­szu­lę. Pod­niósł go, aż za­trzesz­czał ma­te­riał. Ce­bu­la po­to­czy­ła się po trą­co­nym stole i spa­dła na pod­ło­gę.

– W dupie to mam, Kuba – wy­ce­dził przez zęby. – Twoje picie, księ­dza. Trze­ba ją po­cho­wać. Je­że­li Ma­ry­sia zo­sta­nie w domu zbyt długo, Skrzy­pek…

– Wiem, Bog­dan! – Twarz Ja­ku­ba stę­ża­ła. Od­trą­cił rękę go­ścia i opadł cięż­ko na ławę. – Wiem, że Skrzy­pek. Od czter­na­stu lat sły­szę tylko o nim. Mu­sisz kopać, Kuba, szyb­ko, Kuba. Nie wy­jeż­dżaj, nie cho­ruj, nigdy nie wia­do­mo, kiedy bę­dziesz po­trzeb­ny. Ja się o to, kurwa, nie pro­si­łem! – Chwy­cił kubek, który wcze­śniej na­peł­nił dla Bog­da­na i wypił dusz­kiem. 

Na chwi­lę za­pa­dła cisza, prze­ry­wa­na tylko szyb­kim od­de­chem Ja­ku­ba.

– Głupi byłem – pod­jął – że po śmier­ci ojca chwy­ci­łem za ło­pa­tę. Wi­dzia­łem prze­cież, co ta praca z nim zro­bi­ła. Ale ktoś mu­siał się tym zająć, a jakoś nikt się nie kwa­pił. Stary całe życie zno­sił to, co ja teraz, ale kiedy przy­szła kolej na niego, żadne z was się nie po­czu­ło. Co? Nagle Skrzy­pek prze­stał być taki strasz­ny? Pew­nie, niech przyj­dzie, zagra tę swoją me­lo­dyj­kę i za­bie­rze ze sobą sta­re­go. Żona i tak dawno od niego ode­szła, a z syna taki sam ochlej, nawet nie za­uwa­ży.

– Przy­kro mi, Kuba. Nie wie­dzia­łem. Ale teraz po­trze­bu­ję cię na cmen­ta­rzu.

Jakub spró­bo­wał wstać, ale nogi ugię­ły się pod nim. Oparł się o stół, wy­pu­ścił po­wie­trze.

– Wi­dzisz? – Uśmiech­nął się krzy­wo. – Nie dam rady. Ta­kie­go gra­ba­rza sobie wy­cho­wa­li­ście.

Bog­dan nie słu­chał. Wy­da­ło mu się, że z od­da­li do­bie­ga dźwięk skrzy­piec.

 

*** 

 Jest jesz­cze czas, po­wta­rzał sobie Bog­dan, idąc przez cmen­tarz. W rę­kach niósł za­bra­ne sprzed chaty Ja­ku­ba ło­pa­ty. Słoń­ce stoi wy­so­ko, a grób prze­cież bę­dzie…

 Mały.

 Prze­łknął ślinę i po­trzą­snął głową. Nie dziś, jesz­cze nie mógł po­zwo­lić sobie na sła­bość.

Minął lipę ro­sną­cą przy murze cmen­tar­nym. Jej cień wciąż nie się­gał miej­sca, gdzie za­mie­rzał kopać. Odło­żył ło­pa­ty i za­ka­sał rę­ka­wy. Raz jesz­cze spoj­rzał na słoń­ce. Jest czas. Musi być.

Wcze­śniej po­pro­sił na ple­ba­nii, by przy­sła­no do niego księ­dza, gdy tylko wróci z mia­sta. Irka miała zająć się przy­go­to­wa­niem małej – umyć ją i prze­brać. Wie­nia­wo­wa przy­szła pomóc i do­trzy­mać to­wa­rzy­stwa. Dadzą sobie radę. Muszą.

Za­czął kopać. Pierw­sze szty­chy wcho­dzi­ły łatwo. Mokra od ostat­nich desz­czów zie­mia ustę­po­wa­ła bez oporu. Wbić, do­ci­snąć, od­rzu­cić zie­mię. Jed­no­staj­ny rytm spra­wił, że myśli Bog­da­na za­czę­ły błą­dzić.

Od dziec­ka sły­szał o Skrzyp­ku. O mu­zy­kan­cie i jego nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści. O tym, jak trzy dni i trzy noce stał nad je­zio­rem i grał, aż od­po­wie­dzia­ła mu sama woda. O ukła­dzie, któ­re­go żaden czło­wiek nie po­wi­nien za­wie­rać. O skrzyp­cach, które nie grały dla ży­wych.

Poczuł ból, gdy ło­pa­ta tra­fi­ła na coś twar­de­go. Gruby ko­rzeń lipy. Spró­bo­wał jesz­cze raz, po­ma­ga­jąc sobie nogą. Trzo­nek pękł mu w rę­kach, a kilka drzazg bo­le­śnie wbiło się w dło­nie. Od­rzu­cił ło­pa­tę i schy­lił się, by pod­nieść z ziemi drugą. Wtedy to usły­szał. Tym razem na pewno. 

Mu­zy­ka.

Nie zdą­żył?

 

*** 

 

Do domu Bog­dan miał mniej wię­cej czte­ry wior­sty, je­że­li iść głów­ną drogą. Za da­le­ko. Od­rzu­cił ło­pa­tę, prze­sko­czył cmen­tar­ny mur i rzu­cił się przez pola. Mie­dze, rowy i ścier­ni­ska prze­la­ty­wa­ły pod no­ga­mi. Po­ty­kał się, łapał rów­no­wa­gę i biegł dalej, igno­ru­jąc ogień roz­le­wa­ją­cy się w płu­cach..

Skrzyp­ce nie mil­kły. Mu­zy­ka sta­wa­ła się coraz gło­śniej­sza.

Słoń­ce prze­cież jesz­cze nie za­szło. Dla­cze­go on już tu jest? Tak nie po­win­no być.

Zgu­bił krok, a kost­kę prze­szył ostry ból. Upadł, ale pod­niósł się na­tych­miast. Biegł wol­niej, kuś­ty­ka­jąc, ale dom był już nie­da­le­ko. Jesz­cze tylko…

Prze­sko­czył rów i znów nie­mal upadł, lą­du­jąc na głów­nej dro­dze.

Wtedy go zo­ba­czył. 

Skrzy­pek zbli­żał się już do domu Bog­da­na. Mu­zy­ka była je­dy­nym dźwię­kiem, który niósł się po wsi, nawet zwie­rzę­ta za­mil­kły. Żaden z są­sia­dów nie wy­szedł, nikt nie wy­sta­wił głowy przez okno. Nie­czę­sto sły­sza­na, ale do­brze znana me­lo­dia za­trzy­ma­ła wszyst­kich w do­mach.

Bog­dan ru­szył w tamtą stro­nę. Pró­bo­wał biec, ale nie miał już sił. Nad­wy­rę­żo­na noga pul­so­wa­ła bólem. 

– Hej – spró­bo­wał krzyk­nąć, ale głos uwiązł mu w gar­dle. Od­chrząk­nął. – Hej!

Skrzy­pek za­trzy­mał się i od­wró­cił. Choć dzie­li­ło ich kil­ka­dzie­siąt kroków, Bog­dan do­sko­na­le wi­dział zgni­ło­zie­lo­ną twarz i ciem­ne, osa­dzo­ne głę­bo­ko oczy. Rzad­kie, dłu­gie, pro­ste od wil­go­ci włosy opa­da­ły na twarz i ra­mio­na mu­zy­kan­ta. Znisz­czo­ny gar­ni­tur, który wi­siał na nim jak na stra­chu na wró­ble, ocie­kał wodą. 

Smy­czek le­ni­wie sunął po stru­nach. 

Bog­dan zbli­żał się. Za­ci­skał pię­ści i ża­ło­wał, że po­rzu­cił ło­pa­tę na cmen­ta­rzu. Za­mach­nął­by się nią teraz i roz­trza­skał te prze­klę­te skrzyp­ce na drza­zgi. 

Mu­zy­ka roz­brzmie­wa­ła coraz gło­śniej w jego uszach. Zwol­nił, czu­jąc, jak z każ­dym tak­tem opada z sił. Me­lo­dia za­czę­ła mu cią­żyć ni­czym mokre ubra­nie. 

– Prze­stań! – wark­nął, z tru­dem sta­wia­jąc ko­lej­ny krok. – Prze­stań to ze mną robić!

Ką­ci­ki ust Skrzyp­ka unio­sły się nie­znacz­nie. 

– Sam to sobie ro­bisz – po­wie­dział skrze­kli­wie. – Wie­rząc, że mo­żesz coś po­ra­dzić.

– Ty też wal­czy­łeś! – Bog­dan za­trzy­mał się pięć kroków od upio­ra. Czuł, że nie zdoła po­dejść ani kroku bli­żej.

Skrzy­pek mil­czał, gra­jąc nie­prze­rwa­nie. 

– Nie rób jej tego. Jest za młoda, za mała. 

– To nie ma zna­cze­nia. 

– Dla mnie ma – po­wie­dział cicho Bog­dan. Po­czuł łzy na­pły­wa­ją­ce do oczu. – Ni­ko­mu nie zro­bi­ła krzyw­dy.

– To też się nie liczy.

– Weź mnie za­miast niej. 

– Ona nie żyje.

– W takim razie zabij mnie.

– To tak nie dzia­ła – wy­ja­śnił bez­na­mięt­nie.

– Je­że­li sam to zro­bię… za­bie­rzesz mnie za­miast jej?

Smy­czek za­trzy­mał się. Mu­zy­ka uci­chła.

– Wtedy za­bio­rę oboje.

Bog­dan sko­czył. Wy­cią­gnął ręce, pró­bu­jąc się­gnąć po­marsz­czo­ne­go gar­dła upio­ra. 

Skrzyp­ce roz­brzmia­ły ostrym wi­zgiem.

 

***

 

Bog­dan stał nad je­zio­rem. Jego po­wol­ny od­dech za­mie­niał się w ob­ło­ki pary. 

Pa­trzył w błę­kit­ną taflę, od­ci­na­ją­cą się od bia­łe­go puchu. 

Skrzy­pek wal­czył, po­my­ślał. Usta­lił swoje za­sa­dy i do­stał szan­sę. 

Teraz moja kolej. Idę po cie­bie, cór­cia.

Naj­pierw pod cięż­ki­mi bu­ta­mi za­skrzy­piał śnieg. Potem za­chlu­po­ta­ła woda.

 

Koniec

Komentarze

Cześć

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem zakończenie. Opowiadanie bardzo dobre. Konkretne, chociaż smutne. Trochę szkoda, że nie rozprawiłeś się z tym żęposkrzypkiem bardziej dosadnie, ale widocznie tak miało być. 

Dla mnie jest to horror, ale widzę, że oznaczyłeś: inne. Ok.

Klik!

Pozdrawiam

Dzięki, Hesket

Zastanawiałem się, czy nie powinien być to horror – w końcu uznałem jednak, że chyba za mało straszy w tym wszystkim, żeby za horror uchodzić. 

Z ciekawości – jak zrozumiałeś zakończenie? :) 

Że bohater pobił skrzypka i wszedł do wody :-) Stał się… No właśnie, kim?

Czołem!

Musisz kopać, Kuba, szybko, Kuba.

“Kop, Kuba, kop”, jedyne moje skojarzenie ;)

Choć dzieliło ich kilkadziesiąt metrów, Bogdan doskonale widział zgniłozieloną twarz i ciemne, osadzone głęboko oczy.

Metry niedobrze wypadają w takich opowieściach. Lepiej podmienić na kroki, rzut kamieniem, cokolwiek. Też w drugim miejscu, gdzie ich użyłeś.

 

Niezła klamra kompozycyjna. Czasami zabrakło mi większych emocji u bohatera, trochę rozczarował skrót na końcu. W końcu Skrzypek po prostu wziął córkę?

Aura nadchodzenia Skrzypka i nieuniknioności również niezła. Fajne ;)

 

Pozdrawiam i klikam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

A no widzę, że Hesket ma ten sam problem ze zrozumieniem czy na pewno było tak ;)

Ostatni to chyba w ogóle rozumiemy niektóre rzeczy podobnie, Heskecie, bo w tekście Krzysztofa Kapibary tak samo było ;)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Dzięki, beeeecki, za wizytę i lekturę!

Jeżeli chodzi o brak emocji u Bogdana – chciałem przede wszystkim pokazać, że jest skupiony na działaniu. Bywa, że w skrajnych emocjach pierwszą reakcją jest po prostu działanie, bo ono odwleka moment skonfrontowania się z nową rzeczywistością. Tutaj napędem do tego, by nie myśleć, tylko robić, była dodatkowo wizja nadejścia Skrzypka. Stąd te dwa wspomnienia w tekście, że myśli przychodziły, ale Bogdan je odsuwał, upominając się, że nie teraz jest na to czas.

Ciekawe, że tak interpretujecie zakończenie. :) Moim zamysłem było to, że minęło kilka miesięcy, Bogdan wreszcie te myśli do siebie dopuścił i zgniotło go to straszliwie, więc ostatecznie postanowił (w przypływie szaleństwa i rozpaczy) wkroczyć po prostu do jeziora, najpewniej się topiąc. 

Wasze komentarze otworzyły mi jednak oczy na jeszcze jedno możliwe zakończenie – może stał nad tą wodą trzy dni i trzy noce, prosząc jezioro o możliwość złożenia wizyty, a to go w końcu wpuściło? W końcu Skrzypek też walczył i ustalił swoje zasady. ;) 

Miło mi, że pomimo tych wątpliwości, tekst uważacie za przyzwoity. :)

 

Metry poprawiłem, dzięki. MichaelBullfinch zwrócił mi uwagę na kilometry i zasugerował zmianę na wiorsty, ale cóż – jak nie pokażesz palcem, to sam się nie domyślę, że w takim razie metry też warto by czymś zastąpić. :D

Tutaj napędem do tego, by nie myśleć, tylko robić, była dodatkowo wizja nadejścia Skrzypka.

To w sumie celne, faktycznie, wiedział, co będzie się działo.

Wasze komentarze otworzyły mi jednak oczy na jeszcze jedno możliwe zakończenie – może stał nad tą wodą trzy dni i trzy noce, prosząc jezioro o możliwość złożenia wizyty, a to go w końcu wpuściło? W końcu Skrzypek też walczył i ustalił swoje zasady. ;) 

Otwarte zakończenie to nawet może być w tym wypadku zaleta :)

Metry poprawiłem, dzięki. MichaelBullfinch zwrócił mi uwagę na kilometry i zasugerował zmianę na wiorsty, ale cóż – jak nie pokażesz palcem, to sam się nie domyślę, że w takim razie metry też warto by czymś zastąpić. :D

Hah, no któż tak nie miał?

 

A jeszcze nie dodałem swojej refleksji, że całość może wypaść jako jakaś antybajka ze Skrzypka na dachu :)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Hej, uwielbiam Vaesen! Choć z horrorowych klimatów zdecydowanie wolę prowadzić KULT ze względu na czysto(prawie) narracyjną mechanikę systemu.

Co do opowiadania to bardzo sprawnie napisane. Już pierwsze zdanie od razu buduje napięcie i zachęca do dalszej lektury. Motyw Skrzypka też zrobił wrażenie. Nie jest to typowy potwór z folkloru, ale raczej nieuchronna siła, z którą nie da się targować. Spoko.

Najmocniej trafiła rozmowa Bogdana ze Skrzypkiem.

Osobiście lubię teksty, które po zakończeniu zostawiają mnie z jakimś dodatkowym pytaniem lub myślą do przepracowania, więc tutaj zabrakło mi odrobiny takiego drugiego dna. To jednak bardziej kwestia mojego gustu niż samego wykonania, bo warsztatowo opowiadanie jest naprawdę solidne.

Dzięki za ciekawą lekturę!

NomadFromNowhere, dzięki, że się pojawiłeś! 

 

Hej, uwielbiam Vaesen! Choć z horrorowych klimatów zdecydowanie wolę prowadzić KULT ze względu na czysto(prawie) narracyjną mechanikę systemu.

To prawda, im dłużej gram, tym bardziej uznaję wyższość PbtA nad Year Zero. ;) Nie mniej, Vaesen i Tajemnice Pętli to wciąż systemy, do których zawsze chętnie usiądę. Ostatecznie w nich także mechaniki jest tak niewiele, że storytelling bierze górę w większości przypadków.

 

Najmocniej trafiła rozmowa Bogdana ze Skrzypkiem.

Dziękuję! Ja chyba bardziej zadowolony jestem z rozmowy z Jakubem, ale pozostaje mi się cieszyć, że zdania są podzielone. :)

 

zabrakło mi odrobiny takiego drugiego dna.

No cóż, rozumiem. Na szczęście możemy być pewni, że w ostatniej scenie było przynajmniej jedno istotne dno – jeziora. ;) 

 

 

Pobetowo:

Bardzo ciekawy tekst, stosunkowo dużo się dzieje jak na szorta.

Są emocje, jest pomysł na “klątwę” w wiosce, jest bohater gotowy się poświęcić dla córki. Całkiem moje klimaty. Napisane sprawnie, nie miałem dużo do wypisania za bety, możesz być z siebie bardzo zadowolony.

Bardzo podobała mi się scena u grabarza. Doszukiwałem się w niej symboliki, ale nie chcę wciskać dodatkowych znaczeń scenie, która po prostu jest fajna i wcale nie musi nic więcej mówić. 

Klikam i polecam się na przyszłość!

You cannot petition the Lord with prayer!

Dziękuję – może poprawek nie było wiele, ale Twoje uwagi były bardzo celne i cenne. :)

A dostrzeganej symboliki jestem bardzo ciekaw. Jeżeli znajdziesz chwilę i chęci, żeby napisać więcej – śmiało!

Hej:)

Gdy palce Bogdana zamknęły powieki drobnej córeczki, głęboko na dnie jeziora Skrzypek otworzył oczy.

Gdy Bogdan zamknął powieki córeczki, na dnie jeziora Skrzypek otworzył oczy.

 

Wczesnym rankiem zjadła pajdę swojego ulubionego

jak biega po polu ze swoją najlepszą przyjaciółką

Pędziły przed siebie z rumianymi twarzami, w targanych wiatrem sukienkach

Może najpierw sukienki, a potem twarze…

 

na którym pykał swoją przedobiadową

Uważaj na swoje i jego bo lubisz nadużywać, jak ja emotek ;)

 

Bogdan podniósł się z zydla, na którym pykał swoją przedobiadową fajkę i spojrzał krótko na żonę. Ta przestała się krzątać po kuchni i stała teraz pobladła, wpatrując się w Marcelinę. Mężczyzna ruszył ku drzwiom.

Za długo i emocje opadły, a powinny pędzić w górę

 

 Żona zamarła z ścierką w ręku wpatrzona w Marcelinę. Bogdan wstał z zydla, zerknął tylko na żonę. Odłożył fajkę i ruszył do wyjścia.

 

Słowa pozostawionej dalekotyle Marceliny kotłowały mu się w głowie. 

Wybacz ale tu zakończę czepialstwo bo już jest późno:).

 

Fajny pomysł z skrzypkiem zabierającym ciała/dusze zmarłych i ciekawa końcówka z Bogdanem. Trochę długo przy Jakubie, można skrócić bo rozmowa ma na celu przedstawić skrzypka i pokazać czemu Kuba nie pochowa dziecka. 

Historia dobra i prosta jak kiełbasa z cebulką ;)

 

Pozdrawiam :)

 

 

 

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dzięki! Przeanalizuję i powprowadzam jutro zmiany z Twoich uwag :)

 

Piękne wykonanie i wykorzystanie krótkiej formy. Niesamowity klimat, aż ciężko oderwać, zwłaszcza po pierwszym wspomnieniu Skrzypka.

Pozdrawiam i klikam.

Przybyłam Was nawiedzać

Bardjaskier, dzięki jeszcze raz – część uwag wprowadziłem, część zostawiłem w głowie jako ważkie rady na przyszłość. Doceniam czepialstwo! 

L.Keller, szalenie mi miło czytać taki komentarz, kłaniam się i dziękuję za klika! :)

Dobry, mocny tekst!

 

jako prosty chłopak ze wsi spędziłem dużo czasu na skokach za stogów i byłem świadkiem niejednej złamanej ręki. Nikogo to nie powstrzymało przed kolejnymi skokami ????

tylko gospodarz z widłami przerywał zabawę ????

 

Dzięki za lekturę! :) 

Nie było mi dane doświadczyć dzieciństwa na wsi, ale kiedyś dostałem od “gospodarza” sztachetą w głowę za podjadanie porzeczek przez płot. ;) 

Witamże :]

 

Początek: brawo, w pierwszym paragrafie ktoś umiera i dostajemy tajemnicę Skrzypka. Tak trzymać.

 

Ale już scenę, gdzie biegamy za umierającym dzieckiem to by mocno skrócił. Albo całkiem out. Nie jest to szczególnie istotne dla fabuły, jak ona umarła, kto wtedy biegał etc. A wiemy z góry, że umarła, więc nie ma w niej też napięcia. Można by spokojnie zacząć zrozpaczonym ojcem u rozpijaczonego grabarza.

 

Dialog ze skrzypkiem też wypada nieco miałko. Albo może mi się tak wydaje, strasznie nie lubię, jak straszydło/demon/złol mówi “to tak nie działa”.

 

Ale po za tym, całkiem udany tekst. Jest napięcie aż do zakończenia, mamy tę tajemnicę od samego początku, i to napięcie i tajemnica razem ciągną czytelnika przez opowiadanie.

 

Klik, pozdrawiam.

 


 

Jej udo było otwarte, przez rozdartą skórę przebijała kość. Drobne nogi i sukienka Marysieńki były lepkie od krwi.

 

Zapamiętał twarz stojącej w otwartych drzwiach Ireny. Moment, gdy ich spojrzenia się spotkały, a w oczach małżonki zgasł blask.

No ale ona wiedziała, że coś się święci, to tak czekała z blaskiem w oczach? Taki 2/10 ten opis, bardziej pasuje do nagłej wiadomości, niż do kobity, która czekała na wieść o córce, pewnie roztrzęsiona.

 

Ciało Bogdana przeszył ból, gdy łopata trafiła na coś twardego

Nie no bez przesadyzmu, w rękach mógł to odczuć, ale bólem całego ciała?

 

Muzyka była jedynym dźwiękiem, jaki niósł się po wsi, nawet zwierzęta zamilkły

Raczej który.

 

Bogdan doskonale widział zgniłozieloną twarz i ciemne, osadzone głęboko oczy. Rzadkie, długie, proste od wilgoci włosy

Czasem trochę atakujesz czytelnika przymiotnikami i przysłówkami odprzymiotnymi.

enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest

Dziękujęże, GalicyjskiZakapiorze, że wpadłeś! 

 

Wskazane błędy w większości poprawiłem. Nie ruszyłem zdania, które przytaczasz jako ostatnie. Zgadzam się, że sporo jest tam określeń, ale nie czuję / nie rozumiem, dlaczego to źle. :) Założyłem, że upiór, który stanowi sedno opowiadania, zasługuje na chociaż delikatny opis, ale jednocześnie nie chciałem szczególnie go rozwlekać.

Rozumiem jednak, że Tobie takie skondensowanie nie musiało przypaść do gustu! 

Jeśli chodzi o scenę ze śmiercią córki – jasne, rozumiem proponowane przez Ciebie podejście. Moją intencją było związać czytelnika nieco bardziej z Bogdanem (dać miejsce, w którym można zacząć mu współczuć). Tempo na tym straciło, ale liczyłem, że ładunek emocjonalny nieco zyska. Widać niekoniecznie się to udało. :) 

Tak czy owak, rady biorę sobie do serca i przy kolejnym tekście tego typu spróbuję się stosować.

No właśnie, jeżeli masz jeszcze chwilę, to chętnie podpytam, czy te wskazówki uważasz za wskazane dla tekstu tego typu (okolice horroru, napięcie, tajemnica), czy za stałe prawidła pisarskie? 

 

Zgadzam się, że sporo jest tam określeń, ale nie czuję / nie rozumiem, dlaczego to źle.

To trochę jak powtórzonko. Jak powtarzasz było-było, to zupełnie normalny wyraz zaczyna gryźć w oczy. I tak samo jak masz jedno przymiotnikowe combo obok drugiego. Ale nie wszyscy są na to tak alergiczni jak ja, więc trochę “jak uważasz”.

 

No właśnie, jeżeli masz jeszcze chwilę, to chętnie podpytam, czy te wskazówki uważasz za wskazane dla tekstu tego typu (okolice horroru, napięcie, tajemnica), czy za stałe prawidła pisarskie? 

Tak całkiem stałego w literaturze nic nie ma… ale generalnie nie widzę w moim komentarzu nic szczególnie specyficznego dla gatunku. W romansie napięcie i tajemnica też się sprawdzą do przyciągania czytelnika, tylko będą innej natury (“z kim hrabia widuje się wieczorami?”)

enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest

Dzięki! :) 

Bardzo mi przypadł do gustu klimat, jak i sama historia.

 

Zachowanie Bogdana jest bardzo ludzkie i autentyczne. Osobiście znam małżeństwo, które straciło nagle syna. Od razu rzucili się do roboty i dosłownie na następny dzień załatwili pogrzeb, księdza, stypę, wszystko. Bez chwili wytchnienia. Dopiero potem ich dopadło.

 

Najbardziej podobała mi się rozmowa z grabarzem. Alkoholizm trochę stereotypowy, ale dobrze wytłumaczony.

 

Sam tworzyłem postać wiejskiego grabarza i sporo się dowiedziałem o kopaniu grobów. Myślałem, że znajdę coś, do czego się można przyczepić, ale wszystko można jakoś wytłumaczyć.

Jeśli Jakub jest synem grabarza i sam ma kilkanaście lat doświadczenia, to jednak powinien znać się na rzeczy, nawet jeśli wypalił się zawodowo i rozpił. Dwie łopaty i siekiera to stanowczo za mało, a narzędzia nie powinny się tak walać na podwórzu. Domyślam się zatem, że faktyczny roboczy zestaw może trzymać w szopie, a Bogdan w pośpiechu zawinął mu sprzed domu jakieś zaniedbane, niekonserwowane łopaty gospodarcze.

Bogdan do kopania grobu zabrał się fatalnie, co bardzo pasuje i jest uzasadnione. Jeśli trzonek pękł, to raczej od próby podważenia korzenia, nie od samego uderzenia. Ta druga łopata i tak by mu w niczym nie pomogła, chyba żeby zaczął kopać w innym miejscu.

Dzięki, nul! Doceniam, jak szeroką interpretację dopisałeś do mojego niewystarczającego researchu. :) Mimo wszystko trzeba stanąć w prawdzie i powiedzieć, że po prostu się nie popisałem. 

Cieszę się, że nie zaburzyło Ci to całości odbioru!

Nowa Fantastyka