Noc była zimna, a jesienny wiatr wył za oknem. Gałęzie rosnących gęsto drzew midańskiej puszczy uginały się ciężko. Słaby poblask księżyca wpadał przez zamazaną szybę chaty na krańcu świata. We wnętrzu zapach dogasających świec mieszał się z drażniącym aromatem bulgoczącego z wolna wywaru.
Mbali przyłożyła świeży okład do rozpalonego czoła swej matki. Kobieta od rana nie powiedziała już ani słowa. Tylko co jakiś czas unosiła powieki, by rozejrzeć się wokół. Jakby na kogoś jeszcze czekała.
Młoda zielarka próbowała już wszystkiego, czego nauczyła ją matka. Lecz nawet najsilniejsze zioła nie były w stanie usunąć twardego guza deformującego brzuch kobiety. Już wczoraj przestała oddawać mocz, a opuchlizna nóg z każdą chwilą narastała.
Mbali czule pogładziła twarz matki, wspominając jak wielu osobom ona pomogła. Gdyby choć teraz mogła jej doradzić. Powiedzieć, co robić. Lecz ona milczała.
Nagły błysk rozświetlił przestrzeń, a grzmot wstrząsnął całą chatą. Ogień w palenisku zapłonął mocniej, wzniecając garść iskier ulatujących w głąb komina.
Drzwi chaty otwarły się z hukiem.
Do wnętrza wdarła się gęsta niczym mleko mgła. Deski jęknęły pod krokami przybysza, a talizmany zawieszone na jego szamańskiej lasce zadźwięczały.
– Noemi… – Mbali zadrżała na dźwięk jego ochrypłego głosu.
– Ojcze… – wyszeptała z bólem. – Jeszcze oddycha.
Szaman podszedł powoli. Usiadł na brzegu łoża kobiety, ujmując delikatnie wychudzoną dłoń.
– Nekharonie… – wyszeptała niewyraźnie, a jej oblicze na krótką chwilę złagodniało. – Jesteś…
– Tak, moja piękna… jestem – odparł, przykładając miękko palec do wyschniętych ust.
Grzmot ponownie rozdarł niebo nad puszczą, a szaman z niepokojem spojrzał w stronę drzwi. Gdzieś w oddali głucho zadudniły bębny.
– Wycięcie guza to jedyna szansa – rzekła cicho Mbali, kładąc na prześcieradle zestaw narzędzi. – Proszę…
Szaman spojrzał ze smutkiem w oczy córki. Jej policzki były mokre od łez, a usta drżały. Zawahał się. Robił to już przecież nieraz. Wiedział, że to możliwe. Lecz czy na pewno dla niej najlepsze…?
– Zagrzej wodę… – odparł w końcu. – I przygotuj szmaty. Dużo szmat.
***
Położyli ją na stole. Rozpalili więcej świec i odsłonili brzuch. Twardy jak kamień guz napinał skórę poniżej pępka. Krew wyciekała z jej krocza, kapiąc pomiędzy deskami na podłogę. Naraz oddech kobiety spowolnił, a źrenice zwęziły się. Gorzki wyciąg z maku zaczynał działać. Mieli mało czasu.
Nekharon chwycił ostrze wyparzone w odkażającym wywarze i położył dłoń na jej brzuchu. Wiedział, że ból i tak nadejdzie, lecz większa dawka mogła ją zabić.
Spojrzał na talizman, który ofiarował jej lata temu. Nie rozstawała się z nim nawet przez chwilę.
A jeśli umrze od jego noża? Jeśli tylko doda jej cierpienia? Myśli krążyły głowie szamana bez ustanku.
Zacisnął powieki i znów ją ujrzał. Piękną. Jak dawniej…
***
Tańczyli w blasku księżyca, nad brzegiem Jeziora Mętnego, w którego gładkiej, czarnej tafli odbijały się migoczące na nieboskłonie gwiazdy. Chłód nocy coraz mocniej osiadał na ich skórze.
Wataha bagiennych wilków zawyła po drugiej stronie jeziora. Dla nich jednak nie istniało w tej chwili nic, poza głębią swych źrenic i ciepłem ciał.
– Za każdym razem, gdy znikasz z mych oczu, boję się, że stracę cię na zawsze – szepnęła Noemi.
– A jednak za każdym razem wracam… – odparł młody szaman z uśmiechem.
– Proszę, Nekharonie… – Zatrzymała go nagle, a na jej twarzy nie było uśmiechu. – Przysięgnij mi, że nigdy nie zaryzykujesz własnym życiem.
– Wiesz przecież, że nie mogę tego zrobić…
– Tak… wiem… – Odwróciła się w stronę jeziora, puszczając jego dłoń. – Lecz ty nie rozumiesz lęku, jaki mną targa każdej nocy, gdy wyczekuję twego powrotu…
– Sprzeciwiłbym się samym zaświatom, by do ciebie wrócić, moja piękna – wyszeptał, otulając ją ramionami. Czuł łomoczące w jej piersi serce. Słyszał świst przyspieszonego oddechu.
Dłuższą chwilę wpatrywali się w zgromadzoną ponad taflą jeziora mgłę. Nocne cienie wydawały się tańczyć pośród niej, jakby duchy umarłych tej nocy zstąpiły na ziemię.
– Czy boisz się umrzeć, kochana?
– Nie… – odparła cicho, gładząc jego dłoń. – Lękam się bycia ciężarem. Lękam się cierpienia i kalectwa. Ale nie, śmierci się nie boję.
***
Szaman spojrzał na jej spierzchnięte, sine usta. Policzki miała zapadnięte, a skórę pokrytą perlącym się potem.
– Nie mogę tego zrobić… – mruknął, odkładając ostrze.
– Co takiego? – Mbali uniosła głos. – Przecież ona umrze, jeśli…
– Nie tego by chciała – westchnął Nekharon, a po jego policzku popłynęła łza. Wplótł palce w czarne, poprzetykane siwizną loki ukochanej.
– Jak możesz to mówić? Myślisz, że ona nie chce żyć?!
W oczach córki widział jednocześnie lęk i gniew. Żadne słowa nie były teraz jej w stanie przekonać.
– Błagam cię… Ojcze… Choć jeden raz w życiu nie myśl tylko o sobie! – załkała, patrząc jak on się odwraca. – Nie, nie odchodź! Nie! Proszę…
Drzwi chaty otwarły się z hukiem, a sylwetka szamana zniknęła w cieniu nocy. Jeszcze krótki rozbłysk w mroku, a później pozostał jedynie szloch i świst szalejącego pośród puszczy wiatru.
***
Wciąż oddychała, gdy wrócił do chaty. Szybciej. Płycej. Z większym bólem. I choć noc z każdą chwilą dobiegała końca, kolejny dzień miał już dla niej nie nadejść.
Mbali wtulała policzek w ciepłą jeszcze dłoń matki. Powieki miała zaciśnięte, a umysł zagubiony pomiędzy jawą i snem.
Czas upływał bezlitośnie, a szaman spoglądał na twarz Noemi. Wiedział, że nie da się zatrzymać tego, co nieuniknione.
Jeszcze kilka oddechów. Jeszcze kilka nierównych uderzeń serca, nim jej głowa całkiem opadła na miękką poduszkę. Nekharon pogładził dłonią policzek kobiety. Nie drgnęła. Nie otworzyła już oczu. Lecz wiedział, że jeszcze go słyszy.
– Byłaś moim światłem, które potrafiło rozświetlić każdy mrok… Do zobaczenia, moja piękna… po tamtej stronie … – wyszeptał, wsuwając w jej usta mały, obsydianowy kamień. Jeśli zmrużyć powieki, kształtem przypominał serce.
***
Policzki Mbali były mokre od łez. Nie słyszała już świstu oddechu, nie czuła już kołaczącego się w piersiach matki serca. Bała się jednak otworzyć oczy. Chciała wciąż trwać przy niej, jeszcze przez chwilę… dopóki czuje jej ciepło.
Nekharon nakreślił na deskach podłogi symbole zaświatów. Wypełnił dwie czarki rumem, którego aromat w jednej chwili uniósł się w powietrze. Garść bagiennego ziela położył obok, a sam pociągnął gęsty dym z nabitej nim fajki. Wsunął pod język suszony owocnik widmogłowów. Cierpki, grzybny posmak rozlał się po jego ustach, wywołując znajome mrowienie warg i języka.
Jego źrenice się rozszerzyły. Głowa zrobiła się ciężka, a do uszu dobiegł rytmiczny dźwięk rytualnych bębnów. Powoli otwierał się na moce zaświatów. Uniósł jeszcze błędny wzrok, który zatrzymał się na przerażonym spojrzeniu Mbali. Rytuału jednak nie mógł już przerwać.
Krąg zapłonął z początku wątle, lecz nie zawahał się. Zawołał pewnie, a jego głos niósł się daleko poza granice tego świata:
– Papa Legba! Papa Legba! Louvri baryè a pou mwen. Kite Baron Samedi pase![1]
Ogień buchnął mocniej, a chatę wypełnił wilgotny zapach cmentarnej ziemi. Powietrze wokół kręgu zaczęło wirować, z każdą chwilą przybierając na sile. Bębny dudniły głośno, przenikając niemal każdą jego myśl. Bramy zaświatów otwierały się z wolna, a przestrzeń zdawała się niemal gęstnieć od mgły, która mieszała się z duszącym dymem cygara ducha śmierci.
Stuk. Stuk. Stuk. Obcasy Barona wyznaczały swój własny rytm. Świat wokół wirował, a duch stanął pewnie pośrodku rytualnego kręgu. Chwycił czarkę wypełnioną rumem.
– Wezwałeś mnie, szamanie! – warknął ochryple Baron Samedi, wykrzywiając twarz w szyderczym uśmiechu. Poprawił cylinder, by ukryć przegniłą do cna skórę swej czaszki.
– Pozwól mej Noemi odnaleźć spokój po tamtej stronie… – rzekł szaman z bólem, spoglądając w oczy ducha.
– Tylko tyle? – Baron przechylił głowę, wypuszczając w twarz Nekharona chmurę dymu.
– Proszę…
– O, tak lepiej. – Duch skinął głową, szczerząc trupio białe zęby. – A co w zamian, szamanie? Chyba nie chcesz, by tułała się po najpodlejszych zakątkach zaświatów…
Samedi dolał rumu do swej czarki, wypijając chciwie do dna.
– Czego żądasz? – wycedził Nekharon, patrząc jak duch śmierci przechadza się wokół ciała kobiety.
– Hmmm… – Baron pociągnął gęsty dym cygara, a żar rozświetlił jego oczy skrywane dotąd pod rondem cylindra. – Sto dusz!
– Sto? – wykrztusił z niedowierzaniem szaman. – Przecież to nierealne!
– Sto dusz… zagubionych, które nie mogą odnaleźć swej drogi na wieczny spoczynek – warknął duch, wbijając swe trupie palce w smukłą dłoń umarłej.
Nekharon opuścił głowę, a dusza Noemi powoli ruszyła za Baronem. Stuk. Stuk. Stuk.
– Zgoda! – odparł ciężko szaman, zaciskając pięści. – Sto dusz w zamian za wieczny spokój dla niej.
Szyderczy śmiech ducha śmierci niósł się echem aż do zaświatów. Stuk. Stuk. Stuk.
Noemi na krótką jeszcze chwilę odwróciła się w stronę Nekharona. Musnęła dłonią jego policzek. Delikatnie. Zmysłowo. Nierealnie.
Odetchnął i zamknął oczy, a jego dłonie się rozluźniły.
***
Słońce chowało się za górującym nad Masywem Durnhalu wulkanem. Noemi opierała swą głowę na piersi Nekharona, patrząc jak ostatnie promienie dnia tańczą pośród fioletu i czerwieni kłębiących się nad horyzontem chmur. Okryci jego płaszczem, wtulając się w siebie z całych sił, nie przejmowali się nadciągającym chłodem nocy.
– Czyż świat nie jest piękny? – Pogładziła czule jego szyję.
– Przy tobie nawet koniec dnia wygląda jak początek…
Uśmiechnęła się, spoglądając na dłoń, w której dotąd ściskał przeznaczony dla niej drobiazg.
– Ach… serce… – westchnęła, wpatrując się w błyszczący czarny kamień o wyjątkowym kształcie. – Jak zdołałeś go wypatrzyć?
Nie odpowiedział jednak. Spoważniał.
– Czy zgodzisz się zostać moją już na zawsze? – Odgarnął jej czarne loki, by spojrzeć w bezkres ukochanych źrenic.
– Każdy dzień z tobą to otchłań niepewności… – Pocałowała go, ściskając w dłoni gładki, zimny obsydian. – Ale żadnego nie oddałabym za spokojniejsze życie…
***
Brama zaświatów zamknęła się z głuchym trzaskiem, zabierając z tego świata Barona i duszę, po którą przyszedł. Rytmiczny dźwięk bębnów cichł z każdą chwilą, a pędzący wir zmieniał się w lekki, przyjemny powiew. Mgła rozmyła się nagle, jakby nigdy przedtem nie istniała.
Nekharon klęczał nieruchomo pośrodku rytualnego kręgu, a jego córka objęła go niepewnie. Po policzkach szamana spływały łzy. Łzy, które na zawsze zostały w pamięci Mbali.
Słowniczek pojęć:
Widmogłowy – halucynogenne grzyby, wykorzystywane w szamanizmie, by otworzyć umysł na moce zaświatów.
Bagienne ziele – rodzaj mocnego tytoniu, który wyostrza zmysły i uspokaja.
Midania – porośnięta zaklętą puszczą, bagnista kraina Aggemunthu
[1] Tłum. Papa Legba! Papa Legba! Otwórz dla mnie bramę. Pozwól Baronowi Samedi przejść!