Cześć, zapraszam Was do zapoznania się z czwartą częścią przygód Davrel po powrocie do Arven. Ten rozdział nosi tytuł “Konflikt”, gdyż wcześniejsze napięcia osiągają w nim punkt kulminacyjny. Poprzednie fragmenty historii znaleźć możecie tutaj:
Cześć, zapraszam Was do zapoznania się z czwartą częścią przygód Davrel po powrocie do Arven. Ten rozdział nosi tytuł “Konflikt”, gdyż wcześniejsze napięcia osiągają w nim punkt kulminacyjny. Poprzednie fragmenty historii znaleźć możecie tutaj:
Upał tego dnia był lepki jak smoła. Karczma w centrum Arven tonęła w półmroku, a powietrze w jej wnętrzu drżało od gorąca. Davrel siedział przy stole z Thorenem, powoli kończąc kufel. Rozmowy toczyły się leniwie, ludzie przysypiali nad ławami a psy wylegiwały się pod stołami.
W pewnym momencie drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł młody chłop, z twarzą białą jak kreda, oblepioną potem i pyłem z drogi. A jednak z początku nikt nie zwrócił na niego wagi – dopóki nie podniósł głosu.
– Wybuchło! – krzyknął, łapiąc oddech. – Wóz z winem, Jack Robin… wszyscy…
Cały gwar natychmiast zamarł. Nawet stary Gerd przestał nalewać piwo.
Zebrani otoczyli przybysza, jakby jego słowa mogły mieć inny sens, jeśli się w nie dokładnie wsłuchać. Chłop mówił szybko, chaotycznie, co chwilę przerywając i przełykając ślinę, jakby próbował dogonić własne wspomnienia.
Tuż przed świtem Jack wyjechał z transportem wina. Zatrzymał go patrol żołnierzy, podobno chcieli tylko zobaczyć papiery. Jack mocno się zdenerwował, coś odburknął, potem próbował ich przekupić. Ktoś szarpnął lejce, ktoś inny sięgnął po pochodnię – i wtedy…
Chłop zawahał się, spoglądając po twarzach słuchaczy. Zatrzymał wzrok na Davrelu.
– Płomień poszedł jak błysk, panie. A potem był tylko huk. I ogień tak jasny, że niebo aż się od niego rozżarzyło. Nie zostało nic. Ani z Jacka, ani z żołnierzy.
W karczmie zapanowała grobowa cisza. Nawet muchy przestały bzyczeć.
Thoren oparł się łokciem o stół, patrząc bez słowa w blat. Davrel nie drgnął. Tylko palce na kuflu zacisnęły mu się tak mocno, że knykcie pobielały.
Po chwili ktoś z końca sali odezwał się półgłosem, może nieświadomie:
– Ten chłopak do zawsze prosił się o kłopoty.
Kufel Davrela uderzył o stół z taką siłą, że aż reszta piwa rozlała się szeroką smugą. Spojrzał w stronę mężczyzny, zimno i bez słowa. Nikt więcej się nie odezwał.
Thoren położył mu dłoń na ramieniu.
– Zostaw – powiedział cicho. – To nic nie zmieni.
Davrel nie odpowiedział. Wstał od stołu i wyszedł z karczmy, zostawiając za sobą ciężką ciszę.
Droga do domu wójta była krótka, ale szlachcic nie pamiętał, jak ją przebył. Myśli kłębiły mu się w głowie, a serce z każdym krokiem biło szybciej. Przed domem stał stary wóz, światło sączyło się przez zasłonięte okna.
Zapukał mocno. Po chwili drzwi uchyliły się i w progu stanął Adam de Vrij.
– Pan Gris – powiedział cicho, bez przywitania.
– Przyszedłem do Lysii – odpowiedział krótko Davrel.
– Zatem już pan słyszał? Straszna tragedia. Taki młody chłopak – głos wójta lekko się załamał.
– Lysia wie?
– Tak. Zamknęła się w swoim pokoju. Nie chce nikogo widzieć… Daj jej proszę czas – dodał miękko. – Przyjdź później.
Ale Davrel już nie słuchał. Zrobił krok do przodu, a w jego oczach malował się gniew i żal.
– To pan powinien dać sobie czas, panie de Vrij – wybuchnął. – Czas, żeby przemyśleć, ilu ludzi już przez was zginęło! Napominałeś mnie o pokoju, a sam spiskujesz z tymi, którzy igrają z ogniem. Jack zginął przez was!
Adam drgnął. Nie odpowiedział, nie bronił się. Spuścił jedynie wzrok, a na jego twarzy pojawił się cień smutku oraz – co zaskoczyło Davrela – jakby sympatii i szacunku.
– Nie wiesz wszystkiego, synu – powiedział w końcu. – Ale widzę, że serce masz po właściwej stronie.
Davrel parsknął cicho i odwrócił się.
– Serce nie ma tu nic do rzeczy, panie de Vrij. Żegnam.
I ruszył w stronę bramy.
Kiedy oddalił się kilka kroków, instynktownie obejrzał się przez ramię. W oknie na piętrze, za cienką zasłoną, zobaczył sylwetkę ukochanej. Stała nieruchomo, jak cień w blasku świecy.
Zatrzymał się na moment, ale nie wrócił pod drzwi.
W pokoju na górze Lysia odsunęła się od szyby. Dłonie drżały jej lekko. Dwie duże łzy cicho spłynęły po policzkach.
Potem świeca zgasła, a dom pogrążył się w ciszy, która niosła w sobie echo nocnego wybuchu.
†
Światło poranka sączyło się przez brudne szyby karczmy, rozlewając się na stołach niczym mleczna mgła. W powietrzu unosił się ciężki zapach piwa, dymu i kurzu, który osiadł na wszystkim po nocy pełnej lamentów. Davrel siedział przy jednym z bocznych stołów, w cieniu. Na ławie obok leżał jego płaszcz, wilgotny jeszcze od porannej rosy. W dłoni trzymał kubek cienkiego piwa, którego nawet nie tknął. Spojrzenie miał wbite w blat, jakby próbował dostrzec w nim odpowiedzi na wszystkie dręczące go od poprzedniego dnia pytania.
Po chwili drzwi do karczmy otworzyły się z trzaskiem. Do środka wszedł Darion – pijany, chwiejny, z włosami sklejonymi potem. Miał zaciętą minę człowieka, który przeszedł przez piekło i postanowił w nim zostać. Kiedy spostrzegł Davrela, parsknął dwuznacznie i chwiejnym krokiem ruszył w jego stronę.
– Pewnie się teraz cieszysz, co? – warknął, zanim jeszcze usiadł. – Nikt ci już nie stoi na drodze do tej twojej Lysii – wypowiadając imię dziewczyny czknął głośno.
Davrel uniósł wzrok, ale nie odpowiedział.
– Zabili go jak psa! – Darion walnął pięścią w stół z taką furią, że aż kufel podskoczył rozlewając zawartość po całym stole. – Pieprzeni żołnierze! Pieprzona kontrola, pieprzona Północ! Wszystko przez nich! – Głos mu się załamał, a w oczach błysnęła wściekłość, którą nie wiedział, gdzie wyładować. – Przysięgam, że mi za to zapłacą. Każdy, kto miał z tym coś wspólnego.
Davrel odsunął kubek, spokojnie, niemal obojętnie.
– Jesteś pijany – powiedział cicho. – A poza tym zemsta nie zwróci Jackowi życia.
– Taki jesteś mądry, co? A co ty w ogóle wiesz o stracie? – Darion splunął pod nogi. – Zawsze byłeś zimny jak głaz. Jack przynajmniej chciał coś zmienić!
Na chwilę między mężczyznami zapadła cisza. W tle ktoś postawił kufel, ktoś inny kaszlnął. Davrel spojrzał na przyjaciela z ukosa, jakby ważył jego słowa, smakował je z niechęcią.
– Wiesz Darion… wozy z winem tak po prostu nie wybuchają – powiedział powoli, z naciskiem na każde słowo.
Darion zamarł, z ust wypadł mu półszept:
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Sam wiesz, co chcę powiedzieć.
Hodowca winorośli uniósł głowę. Twarz miał czerwoną, a oczy błyszczały mu od gniewu i alkoholu.
– Sugerujesz, że to moja wina?
Nie czekał na odpowiedź. Zanim Davrel zdążył cokolwiek powiedzieć, tamten już ruszył – ciężko, niezdarnie, ale z furią, która zaskoczyła wszystkich zgromadzonych w karczmie gości.
Pierwszy cios trafił Davrela w ramię, drugi w żebra. Ława runęła, kufle potoczyły się po podłodze. Szlachcic uchylił się przed kolejnym uderzeniem i odepchnął Dariona, który zatoczył się, lecz zaraz znów rzucił naprzód.
– Dość! – wrzasnął Thoren, ale nikt go nie słuchał.
Davrel uderzył z kontry – krótko, precyzyjnie. Dźwięk rozcinającego powietrze ciosu został zagłuszony przez huk przewracanego stołu. Darion zachwiał się, ale nie upadł. Chwycił Davrela za koszulę, pociągnął, obaj runęli na ziemię.
Przez chwilę szarpali się chaotycznie na podłodze, każdy próbując zyskać choć odrobinę przewagi nad przeciwnikiem.
– Na bogów, przestańcie! – krzyknął Markus, dopadając do nich. Chwycił Davrela za ramiona, odciągając go z trudem. Thoren przytrzymał Dariona, który wciąż oddychał ciężko, gotów do kolejnego ciosu.
– Jeszcze tego pożałujesz! – wyrzucił z siebie, próbując wyrwać się z silnego chwytu kowala. Twarz miał czerwoną, a oczy błyszczały mu pijaną wściekłością.
Davrel nie odpowiedział. Poprawił ubranie, wytarł krew z kącika ust i w milczeniu wyszedł z karczmy.
Markus spojrzał za nim z niepokojem. W tle Darion osunął się na stojąca obok ławę. Sięgnął po przewrócony kufel i postawił go z powrotem na stole. Przez chwilę siedział nieruchomo, po czym schował twarz w dłoniach.

†
W pomieszczeniu unosił się zapach dymu. Na stole między nimi leżała talia kart i kilka monet. Obok stała butelka wina, którą dopiero co otworzyli.
Aidan siedział w półmroku, podparty na łokciu, z fajką zwisającą z kącika ust, przez co jeszcze bardziej niż zwykle przypominał wyrośniętego krasnoluda.
Davrel przesunął w jego stronę dwie karty. Wargę miał spuchniętą, a pod prawym okiem widniał fioletowy siniak.
– Dwa asy – powiedział sucho. – Sprawa przesądzona.
Były skazaniec spojrzał, wziął butelkę, nalał sobie i mruknął:
– Sprawa przesrana, raczej. Wiesz, że ta nazwa… Eudemion… nie wiem co znaczy, ale brzmi jak coś, co daje się na rozwolnienie.
Davrel mimowolnie parsknął śmiechem. – Może i tak, ale zapewniam, że smakuje zdecydowanie lepiej.
– No to się przekonajmy – mruknął Aidan i wypił łyk. Skrzywił się lekko, ale po chwili kiwnął z uznaniem głową. – Masz rację. Smakuje zdecydowanie lepiej – potwierdził, po czym duszkiem opróżnił kieliszek i nalał sobie kolejny.
Davrel uśmiechnął się ledwie zauważalnie. Od pewnego czasu między nim a uciekinierem z Północy panował rodzaj milczącego porozumienia – dwóch ludzi, którzy przeszli zbyt wiele, by chcieć nawzajem wchodzić sobie w drogę. Zresztą mężczyzna, choć zapalczywy, był też całkiem pracowity, a we dworze zawsze znalazło się dla niego coś do roboty.
Grali już dłuższą chwilę, podczas gdy z zewnątrz dobiegał jedynie odgłos kopyt i krakanie wron. Aidan przełożył karty, Davrel sięgnął po butelkę.
– Tylko pamiętaj – rzucił były skazaniec. – Jak przegrasz, to nie dlatego, że oszukiwałem, tylko że pijesz za szybko.
Davrel już miał odpowiedzieć, gdy ktoś zapukał do drzwi. Trzy krótkie uderzenia, jakby z wahaniem.
Obaj spojrzeli po sobie.
– O tej porze? – mruknął Aidan. – To nigdy nie jest dobry znak.
Davrel wstał, przeszedł przez izbę i otworzył drzwi. W progu stał Martin Thys. Wyglądał, jakby nie spał od kilku nocy. Płaszcz miał zakurzony, wąsy w nieładzie a oczy podkrążone.
– Martin – powiedział Davrel powoli. – Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
– Wiem – wyszeptał przybysz. – Ale musimy porozmawiać.
W ciszy, która zapadła usłyszeli jak wiatr poruszył konarami stojących na zewnątrz drzew.
Davrel cofnął się o pół kroku.
– Wejdź.
Martin wszedł ostrożnie, jakby stąpał po rozżarzonych węglach. Spojrzał na Aidana, który z wymuszoną uprzejmością skinął mu głową.
– Wina? – zapytał Davrel.
– Nie, dziękuję. – Rachmistrz opadł ciężko na fotel. – Nie przyszedłem pić.
– To dobrze – mruknął były skazaniec. – Bo już kończymy.
Davrel uciszył go wzrokiem.
– Czego więc chcesz?
Martin złożył lekko drżące dłonie na stole.
– Odszedłem z winnicy – wyrzucił z siebie po chwili, nerwowo poprawiając kołnierz koszuli. – Nie mogłem już tam zostać. Nie po tym co się stało.
Zapadła krótka cisza.
– Przykro mi – odezwał się w końcu Davrel. – Ale nie wiem, co to ma wspólnego ze mną.
– Może… – Martin spojrzał mu w oczy – może potrzebujesz kogoś do ksiąg? Albo od tresury. Znam się trochę na koniach. Mogę też robić za stajennego.
Davrel nie odpowiedział od razu. W końcu uśmiechnął się krzywo.
– W zasadzie, choć dobrze radzę sobie z końmi, to z liczbami już niekoniecznie. Przydałby mi się ktoś z głową na karku. Ktoś komu mógłbym zaufać – mówiąc to przeciągnął ostatnie słowo tak, by zawisło między nimi w powietrzu.
– Rozumiem – odparł rachmistrz cicho. – Tak myślałem. I właśnie dlatego tu jestem.
Davrel spojrzał na niego uważnie.
– Mów.
Martin przełknął ślinę, jakby zbierał się na odwagę. Jego palce zabębniły o blat stołu. – Jack… – zaczął i zawahał się. – Jack działał samowolnie. Chciał się popisać. Chciał, żeby Darion zobaczył, że potrafi coś zrobić dla sprawy. Nikt mu tego nie kazał. Darion nawet nie wiedział o transporcie…
Davrel milczał. W powietrzu zawisło ciężkie, gęste napięcie.
Aidan odchylił się na krześle, splótł ręce za głową i patrzył na Martina spod przymkniętych powiek.
– Mów dalej – powiedział cicho szlachcic. – Co to znaczy, że działał sam?
– Dokładnie to, co powiedziałem – rachmistrz odetchnął głęboko. – Jack był przekonany, że Darion się zawahał. Że nie ma już odwagi robić tego, co trzeba.
– A więc postanowił wziąć sprawy w swoje ręce – Davrel ujął butelkę i obrócił ją w dłoni. – I przez to zginął.
– Tak – Martin spuścił wzrok. – Ale to nie wszystko.
Gospodarz spojrzał na niego badawczo.
– Co jeszcze?
Przybysz zawahał się, jakby sam nie był pewien, czy mówić dalej.
– No mówże – ponaglił go Aidan, ale Davrel ponownie skarcił go wzrokiem.
– Jest jeszcze ktoś.
– To znaczy?
– Darion nie kieruje ruchem oporu sam. Ma wspólnika. Nikt go nie widział, nikt nie zna jego twarzy. Darion mówi na niego Szpak. I tylko on ma z nim kontakt. A teraz wspólnie planują coś dużego…
– Dużego? – Aidan uniósł krzaczastą brew. – Co na przykład? Jakiś sabotaż?
– Nie wiem. – rachmistrz rozłożył bezradnie dłonie. – Słyszałem tylko, że chcą się zemścić za śmierć Jacka. I że Arven w końcu zobaczy, na co stać Zielone Opończe. Darion jest zdesperowany. Po tym wszystkim Agnes nie chce go znać. Wróciła z ojcem do Bree… Darion czuje, że traci grunt pod nogami. I że jeśli szybko czegoś nie zrobi, to wszystko może się posypać.
Davrel powoli odstawił butelkę.
– Czyli znów poleje się krew.
Martin podniósł na niego wzrok. – Dlatego tu przyszedłem. Bo jeśli coś się wydarzy… jeśli naprawdę planują coś dużego, to… Proszę cię, musisz ich powstrzymać!
Zapadła cisza.
Aidan spojrzał na Davrela.
– Szpak srak – wymamrotał. – Co o tym wszystkim myślisz?
Szlachcic nie odpowiedział od razu. Oparł łokcie o stół, splótł dłonie, a w jego oczach tliło się coś, czego Aidan nie widział nigdy wcześniej – determinacja.
– Sądzę – powiedział w końcu powoli – że Martin mówi prawdę. I że nie możemy pozwolić by ulice Arven znów spłynęły krwią.
Martin z nadzieją uniósł głowę.
– Co zatem zamierzasz? – zapytał ostrożnie.
Mężczyzna spojrzał na niego z zadumą.
– Najpierw odwiedzę przyjaciela.
Następnego poranka Davrel zatrzymał się przed znajomymi drzwiami. Zanim zapukał, zawahał się na moment. Potem dwukrotnie uderzył w drewno.
Po chwili otworzył Corrin – zaspany, z rozwichrzonymi włosami, w starym, poplamionym kaftanie.
– Davrel? – mruknął, przecierając oczy. – Co ty tu robisz o tak wczesnej porze?
– Muszę cię o coś prosić.
– Teraz? – Corrin zmarszczył brwi. – A to nie może poczekać do śniadania?
– Nie.
Szlachcic spojrzał przyjacielowi prosto w oczy.
– Corrin, chciałbym, żebyś wstąpił do ruchu oporu – wyszeptał.
†
Dzień był spokojny – taki, w którym nawet wiatr zdawał się przystanąć, by odpocząć. Davrel stał przed domem, w cieniu rozłożystego dębu. Koszulę miał rozpiętą pod szyją, rękawy podwinięte. Czarny miecz poruszał się w jego dłoniach z tą samą precyzją, z jaką inni mogli odmierzać kwartę zboża – płynnie, bez wahania, w rytmie oddechu.
Krok w bok, cięcie, obrót. Kropla potu spłynęła mu po skroni, ale twarz pozostała skupiona. Ćwiczenie nie miało w sobie nic z agresji – była w nim raczej dyscyplina i rodzaj medytacyjnego spokoju, który przychodził tylko wtedy, gdy umysł naprawdę się wycisza.
Od wizyty u Corrina minął ponad tydzień, jednak jak do tej pory pomocnik młynarza nie dostarczył jeszcze żadnej wartościowej informacji. A czas uciekał. Zresztą Davrel martwił się nie tylko planami ruchu oporu, ale i bezpieczeństwem przyjaciela. Dlatego wyszedł poćwiczyć. Potrzebował oczyścić głowę.
Wtem zza drogi dobiegł go odgłos kroków. Aidan, z rękami w kieszeniach i źdźbłem trawy w ustach, zatrzymał się przy płocie. Przez chwilę przyglądał się w milczeniu, po czym parsknął pod nosem.
– Trenujesz do baletu, Dav? – zapytał, unosząc brew. – Brakuje ci tylko spódnicy.
Davrel zatrzymał miecz w pół obrotu, odetchnął głęboko i dopiero wtedy odwrócił się w jego stronę.
– Jeśli chcesz, mogę pokazać ci kilka kroków – odparł spokojnie, wskazując głową na stojak z bronią. – To co, Aidan? Zatańczymy?
Były skazaniec skrzywił się, jakby propozycja była nieprzyzwoita.
– Z takim pędrakiem z Południa? To dla mnie żadna przyjemność.
– No tak, twoja duma mogłaby nie wytrzymać kolejnej porażki – odparł zaczepnie szlachcic.
– Albo twoje zęby – odburknął Aidan i ruszył w stronę stojaka. Minął go jednak bez słowa. Zatrzymał się przy pieńku, na którym leżały dwa toporki, wziął je do rąk i odwrócił się z zadziornym uśmiechem.
– No dobra – Obrócił jeden z nich w dłoni. – W takim razie zatańczmy.
Davrel lekko uniósł miecz w powitaniu.
– Z przyjemnością.
Ruszyli jednocześnie, choć to Aidan wykonał pierwszy atak – gwałtowny, pewny siebie, jakby wciąż chciał udowodnić coś sobie i światu. Toporki błysnęły w słońcu. Pierwsze cięcie Davrel sparował z łatwością, drugiego ledwie uniknął, cofając się o krok. Ostrze świsnęło tuż obok jego ramienia, tnąc powietrze z przeciągłym sykiem i przypominając mu dlaczego nigdy nie lubił przeciwników z bronią w każdej ręce.
Ziemia zaskrzypiała pod ich stopami. Były skazaniec nacierał coraz szybciej. Jego uderzenia były krótkie, dzikie, jakby czerpał z samego środka swojej nieokrzesanej natury. Davrel odpowiadał spokojem. Parował, unikał, czekał. W jego ruchach nie było agresji, jedynie cierpliwość artysty, który wie, że pośpiech psuje dzieło.
Błysk metalu. Dźwięk uderzeń jak rytm bębnów. Ciała splatające się z kurzem. Przez krótką chwilę zdawać się mogło, że to nie walka, a prawdziwy taniec – z choreografią napiętą niczym cięciwa.
Aidan zamachnął się raz jeszcze, szeroko, z całą siłą. Davrel błyskawicznie zszedł z linii ataku, obrócił się płynnie, a w następnym ułamku sekundy stal jego miecza zalśniła tuż przy szyi przeciwnika.
W ciszy, która zapadła słychać było jedynie przyspieszone oddechy obu walczących.
Aidan mrugnął, po czym wybuchnął śmiechem – czystym, beztroskim.
– No dobra, tancereczko, tym razem wygrałeś.
Davrel opuścił miecz, a kącik jego ust uniósł się lekko.
– Tym razem – powtórzył, niczym zaproszenie.
Wtem, gdzieś z góry, doleciał ich dźwięk oklasków. Odwrócili głowy. Na balkonie, oparty o poręcz, stał Martin. Uśmiechał się z uznaniem, choć w jego oczach kryło się coś czujnego.
– No, no – rzucił z góry. – Może i masz oko do koni, Davrel, ale z mieczem też nieźle sobie radzisz.
Zszedł na dół, kilka ostatnich schodków przeskakując z gracją, której nie spodziewaliby się po urzędniku od ksiąg. Poprawił rękawy koszuli, po czym zbliżył się do stojących na dziedzińcu mężczyzn.
– Teraz moja kolej – powiedział.
Davrel lekko uniósł brwi i uśmiechnął się półgębkiem.
– Nie sądziłem, że po tym co właśnie zobaczyłeś, będziesz się jeszcze miał ochotę ze mną zmierzyć.
– Spokojnie, nie z tobą. – Rachmistrz wskazał na Aidana. – Z nim.
Były skazaniec uniósł toporki. W jego oczach błysnęło rozbawienie.
– Przeciw tobie? A czym będziesz walczył, kałamarzem?
Martin bez słowa sięgnął po długi żelazny pręt oparty o ścianę. Obrócił go w dłoni, sprawdzając wagę, po czym stanął naprzeciw rywala.
– Wystarczy. – Uśmiechnął się lekko. – Tylko nie marudź, jak znów dostaniesz po tyłku.
Aidan ruszył pierwszy, tak jak wcześniej z Davrelem – pewny siebie, z rozpędem. Ale jego przeciwnik nie potrzebował zrobić nawet kroku. Wykorzystując długość swojej broni sprawił, że po pierwszym, wymierzonym nisko, ciosie były skazaniec potknął się. Drugi ściął mu równowagę. Mężczyzna runął na ziemię, kurz wzbił się w powietrze.
Zanim zdołał się odwrócić, Martin przycisnął mu koniec pręta do pleców.
– Gdyby to była włócznia – powiedział spokojnie – już byś nie żył.
Przez chwilę panowała cisza. Potem Martin cofnął broń i wyciągnął rękę.
– Chodź. Popracujemy nad pracą nóg.
Aidan spojrzał na niego z niedowierzaniem, po czym roześmiał się szeroko.
– Dobrze, dobrze… ale jeśli znów mnie powalisz, to stawiasz piwo. Jeśli ja ciebie, też. Gorąco dziś jak cholera.
– Umowa stoi – odparł rozbawiony Martin, pomagając mu wstać.
Davrel oparł się o płot i przyglądał im się w milczeniu.
W promieniach popołudniowego słońca trzej mężczyźni wyglądali przez chwilę jak starzy towarzysze broni, a nie ludzie wplątani w sprawy, które mogły kosztować ich życie.

†
W ciszy nocy coś uderzyło w drzwi. Raz, potem drugi i trzeci – coraz mocniej, jakby po tamtej stronie ktoś walczył o życie.
Davrel zerwał się z łóżka, chwycił leżący nieopodal miecz i otworzył okiennice. Na zewnątrz panowała głucha ciemność, tylko wiatr huczał w koronach drzew.
Z korytarza dobiegł stukot kroków. Aidan, wpółubrany, z toporkiem w dłoni, mruknął:
– Kto, u diabła, wali o tej porze?
Szlachcic nie odpowiedział. Zszedł po schodach i otworzył drzwi.
Na progu stał Corrin – blady, z zapadniętymi policzkami, zziajany jakby biegł pół nocy. Płaszcz miał rozdarty a w oczach panikę.
– Zielone Opończe… – wydyszał. – Uderzą przed świtem. Garnizon w Harrowden… Żołnierze Północy… Odwet za Jacka…
Aidan zaklął pod nosem, Martin pojawił się na schodach, jeszcze zaspany.
Davrel nie tracił czasu.
– Martin, zostajesz i pilnujesz dworu. Aidan – bądź w pogotowiu, ale nigdzie się nie ruszaj.
Zwrócił się do Corrina:
– Ty wracaj do siebie. Z nikim nie rozmawiaj.
Corrin wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale widząc spojrzenie Davrela, skinął tylko głową.
Drzwi zatrzasnęły się z głuchym hukiem, a po chwili z dziedzińca dobiegł tętent kopyt.
Noc powoli ustępowała miejsca świtowi. Ziemia parowała po deszczu, w powietrzu czuć było smak dymu i metalu.
Davrel galopował samotnie, skulony w siodle, z mieczem przewieszonym przez plecy. Koń parskał, kopyta chlupały w błocie. Przez prawe ramię szlachcic dostrzegał już różowy blask jutrzenki. Wtem jego oczom ukazało się inne światło. W oddali majaczyła czerwona łuna – płomienny blask bijący z kierunku, w którym leżało Harrowden. Każdy kolejny zakręt drogi odsłaniał coraz większe języki ognia nad horyzontem.
– Spóźniłem się – przemknęło mu przez głowę.
Pognał konia. Wiatr szarpał płaszcz, gałęzie smagały go po twarzy.
Wokół panowała nienaturalna cisza – żadnych ptaków, żadnych głosów. Tylko dym, coraz gęstszy, coraz bliższy.
W pewnej chwili, zza zakrętu, dobiegł huk. Potem echo krzyku.
Davrel nie zatrzymywał się. Teraz liczyła się każda sekunda.
Na drodze przed nim nagle pojawiła się ciemna sylwetka. Jeździec, pędzący wprost na niego.
Szarpnął cugle – koń stanął dęba, ziemia prysnęła błotem. Tamten też się zatrzymał. W ostatniej chwili.
Przez moment obaj patrzyli na siebie przez tuman kurzu i dymu.
Potem Davrel rozpoznał twarz.
– Darion.
Darion wyglądał jak człowiek, który cudem wymknął się śmierci – twarz miał czarną od sadzy, na ramieniu ślady krwi, oczy przekrwione.
– Pułapka… – wydyszał. – Waldron wiedział. Czekali na nas… Strzały z każdej strony. Nie wiem, kto ocalał…
Davrel spojrzał na niego uważnie.
– Zielone Opończe?
– Rozproszeni. Paru może uciekło. Większość… – mężczyzna urwał, potrząsając głową. – To koniec.
Przez chwilę słychać było tylko ciężki oddech ich koni i szum wiatru niosącego popiół.
W powietrzu unosił się zapach spalenizny.
Szlachcic spojrzał ku wzgórzom.
– Jeszcze nie – oznajmił.
Nie zdążył powiedzieć nic więcej.
Zza najbliższego pagórka rozległ się tętent. Najpierw pojedynczy, potem drugi, trzeci – aż ziemia zaczęła drżeć.
Davrel odwrócił się gwałtownie. Pięciu jeźdźców wyłoniło się z porannej mgły, stal błysnęła w pierwszym świetle poranka.
– Żołnierze Waldrona – warknął Darion, chwytając miecz.
Nie było już czasu na ucieczkę.
Pierwszy z napastników dopadł ich w galopie. Davrel ściął go jednym, szybkim ciosem. Krew trysnęła na siodło.
Drugi jeździec zaszarżował od boku – szlachcic uchylił się w ostatniej chwili, koń Dariona wpadł między wrogów. Metal uderzał o metal, iskry sypały się w powietrzu.
Davrel walczył metodycznie, jak zawsze – precyzja, rytm, żadnych zbędnych ruchów.
Darion przeciwnie – jak ogień, który trawi wszystko, co stanie mu na drodze. Wykrzykując wściekle, atakował, parował, uderzał. Wszystko z dziką determinacją.
Ostatni z żołnierzy próbował uciec. Davrel dopadł go i ciął mieczem, aż ten spadł z konia i osunął się w błoto.
Zapadła cisza, którą przerywały jedynie oddechy, końskie parsknięcia i szum wiatru.
Darion zsiadł z konia, oparł się na mieczu. Krew spływała po jego dłoniach.
– Nie powinni byli wiedzieć… – wyszeptał. – Ktoś musiał ich ostrzec.
Davrel otarł ostrze o płaszcz jednego z zabitych.
– Waldron nie jest głupcem – odparł chłodno. – Ma szpiega w ruchu oporu.
Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał.
Na wschodzie niebo zaczynało różowieć – świt nad Harrowden – polem trupów i dymiącymi ruinami.
Hodowca winorośli wyprostował się, wciąż dysząc ciężko.
– Co teraz? – zapytał niepewnie.
Szlachcic spojrzał na niego spokojnie.
– Wybrałeś swoją ścieżkę, Darion. Czas postawić kolejny krok. Jeśli chcesz przeżyć – jedź do prowincji Idris. To zabawne, ale tam będziesz najbezpieczniejszy. Waldron nie będzie cię szukał tuż pod nosem namiestnika.
– Nie – zaprotestował przyjaciel. – Nie mogę. Jeszcze nie…
Davrel podszedł bliżej. Cisza między nimi zgęstniała. W końcu mężczyzna odezwał się wolno, pewnie:
– To jedyne wyjście. Podobno wzdłuż rzeki dochodzi czasem do potyczek z żołnierzami Północy. Może uda ci się zebrać nowych rekrutów.
– Ale Arven… winnice… Agnes… – zapłakał Darion.
– Nie ma czasu. Ruszaj! – ponaglił go Davrel.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W tle wiatr unosił dym i popiół z ruin Harrowden.
Wreszcie hodowca winorośli skinął głową.
– A ty? – zapytał cicho.
– Zostanę tutaj. Pomogę ocalałym.
Darion jeszcze przez moment zwlekał, po czym wskoczył na konia i ruszył w kierunku północnej granicy. Odjeżdżając, nie obejrzał się ani razu.
Davrel patrzył za nim tak długo, aż sylwetka przyjaciela zniknęła między drzewami.
W końcu odwrócił się w stronę południa, gdzie niebo bladło już od wschodzącego słońca. Pogładził konia po szyi i powiedział półgłosem:
– Do domu.

†
Od kilku dni nad Arven wisiała cisza, jakby ktoś nałożył na miasteczko czarny całun. W powietrzu czuć było napięcie i strach. Ludzie poruszali się szybciej niż zwykle, rozmawiali ciszej, unikali spojrzeń strażników. Nawet Thoren, który zwykle pracował od świtu do zmierzchu, zamykał kuźnię już wczesnym popołudniem.
Wieść o masakrze w Harrowden rozeszła się błyskawicznie. Nikt nie wiedział dokładnie, co się wydarzyło, ale każdy znał kogoś, kto po tamtej nocy nie wrócił do domu. W przyciszonych rozmowach padały słowa takie jak zasadzka, ogień i Waldron. Nikt nie odważył się wypowiedzieć głośno imienia Dariona, choć wszyscy wiedzieli, że był w to zamieszany.
Tego ranka Davrel jechał powoli, bez pośpiechu. Koń stąpał po wilgotnej drodze, a para unosiła się z jego nozdrzy w chłodnym powietrzu. Gdy zbliżył się do domu Lysii, dostrzegł coś, co od razu postawiło go w stan gotowości. Przy bramie stali żołnierze w czarno-burgundowych barwach. Obok nich zebrał się mały tłum mieszkańców. Kobiety trzymały dzieci za ręce, mężczyźni milczeli, niektórzy z twarzami jak kamień, inni z oczami pełnymi gniewu i lęku.
Szlachcic zeskoczył z siodła, podał wodze chłopakowi z tłumu i bez słowa ruszył ku wejściu. Strażnik spojrzał na niego z wahaniem, ale nie odważył się go zatrzymać. Z dziedzińca dobiegły podniesione głosy – ostry ton rozkazu, kobiecy krzyk, szyderczy śmiech.
Gdy przekroczył bramę, Davrel zobaczył scenę, która na moment zaparła mu dech.
Pośrodku dziedzińca stał Nair Waldron, wysoki, w czarnym płaszczu z wyszytym nowym herbem rodu. Jego dłoń spoczywała na rękojeści topora. Przed nim, w błocie, klęczał stary wójt, Adam de Vrij. Twarz miał zakrwawioną, a ręce spętane za plecami.
Po lewej stronie, przytrzymywana przez dwóch żołnierzy, stała Lysia. Włosy miała rozczochrane, policzki mokre od łez. Widząc ukochanego, wyrwała się naprzód, ale jeden ze strażników brutalnie pociągnął ją z powrotem.
Davrel zatrzymał się kilka kroków od Waldrona.
– Co tu się dzieje? – zapytał spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewał ton gniewu.
Za plecami usłyszał szmer – to ludzie z Arven wchodzili na dziedziniec. Jednych przywiodła tu troska o wójta, innych zwykła ciekawość.
Zarządca odwrócił się powoli, a na jego twarzy pojawił się grymas przypominający uśmiech.
– Ach, sir Davrel Gris. Doskonały moment. Będziesz świadkiem egzekucji.
– Egzekucji? – powtórzył szlachcic powoli. – Czyjej?
– Tego oto człowieka – odparł Waldron, wskazując na klęczącego wójta. – Przywódcy buntowników. Szpaka – ostatnie słowo wymówił niemal tryumfalnie.
Przez tłum przebiegł cichy pomruk. Ktoś zaklął pod nosem, ktoś inny przeżegnał się szybko. Wójt uniósł głowę. Usta mu drżały, lecz nie odezwał się ani słowem.
Nair skinął na jednego ze strażników, który zbliżył się i uderzył starca otwartą dłonią. Głuchy plask odbił się echem od murów. Lysia krzyknęła, ponownie próbując się wyrwać.
– Przyznaj się! – ryknął Waldron, pochylając się nad klęczącym mężczyzną. – Mów, że to ty!
Mimo to, wójt nadal milczał. A jednak w jego oczach próżno było szukać odwagi. Już prędzej rezygnacji – jakby pogodził się z tym, co tego dnia miał zgotować mu los.
Davrel zrobił krok naprzód.
– Nair – powiedział spokojnie, choć każde słowo niosło w sobie napięcie. – Ty naprawdę w to wierzysz?
Waldron odwrócił głowę, zaskoczony tonem rozmówcy.
– W co, sir Gris?
– W to, że ten klęczący przed tobą starzec był w stanie zorganizować zbrojny atak na garnizon. – Szlachcic mówił z drwiną, ale w jego spojrzeniu tliła się lodowata powaga. – Przecież on ledwo trzyma pióro, nie mówiąc już o mieczu.
Przez tłum ponownie przebiegł pomruk, tym razem aprobaty.
Waldron zmrużył oczy.
– Jeśli nie on, to kto?
Davrel uśmiechnął się krzywo.
– Do tego trzeba kogoś młodszego. Kogoś z charyzmą. Kogoś, kto porwie za sobą ludzi.
Zarządca przyjrzał mu się podejrzliwie.
– Wiesz kim jest Szpak, Gris?
– Możliwe – Davrel wzruszył ramionami. A potem, jakby niesiony chwilą dodał: – Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, to Szpak…
Zrobił krok naprzód, stając niemal twarzą w twarz z rozmówcą. Wokół zapadła głęboka cisza, przerywana jedynie chrzęstem pancerzy i odległym krakaniem wron.
Davrel uniósł podbródek i dokończył wyraźnym, pewnym głosem:
– …to ja.
Wypowiedziane przez niego słowa zawisły ciężko w powietrzu.
Na dziedzińcu zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak wiatr szarpie chorągwie na murach. Żołnierze spojrzeli po sobie, niepewni, czy to prowokacja, czy szaleństwo. Lysia zamarła, wpatrzona w ukochanego tak, jakby próbowała odczytać z jego twarzy co zamierza.
Waldron milczał dłuższą chwilę. A potem wybuchł gromkim śmiechem.
– Więc to tak? – zapytał. – Przybyłeś tu, żeby ze mnie drwić? Wszyscy wiedzą, że dopiero niedawno wróciłeś do Arven. Jak niby miałbyś to wszystko zorganizować? Wiem, że chcesz ratować ojca ukochanej, ale nie ośmieszaj się, Gris.
– To ty się ośmieszasz, Nair – chłodno odpowiedział mu Davrel. – Czyżbyś nie zauważył, że od mojego powrotu aktywność ruchu oporu wzrosła? A Darion? Przecież to mój przyjaciel. Nie przyszło Ci do głowy, że cały czas działał z mojego rozkazu?
Na ustach zarządcy pojawił się grymas: pół uśmiech, pół drgnięcie gniewu.
– I jak myślisz, czemu w ogóle wróciłem do Arven? – kontynuował szlachcic. – Jeśli nie po to, by wyrżnąć północnych najeźdźców i wszystkie wierne im kundle!
Przez zgromadzony na dziedzińcu tłum po raz kolejny przeszedł szmer.
– Zapłacisz mi za to – wyszeptał wściekle Waldron.
Davrel nie odpowiedział. Stał nieruchomo, wzrok miał chłodny, spokojny.
– Straże! – krzyknął zarządca. Żołnierze sięgnęli po broń.
Stojący po środku placu Davrel odsunął płaszcz i odsłonił miecz. Ciemna stal błysnęła w zimnym świetle wrześniowego przedpołudnia.
– Więc to tak – powiedział spokojnie. – To jest ta twoja nowa tradycja, Waldron? Chowanie się za plecami innych. Już rozumiem czemu stare rody tak tobą pogardzają. Nie dlatego, że jesteś bękartem, ale dlatego, że jesteś tchórzem!
Ostatnie słowo trafiło Naira prosto między oczy.
– Dosyć – zaryczał. – Wyzywam cię na an gore, stawaj!
Kolejny pomruk w tłumie, ale tym razem inny. Jakby uznania.
– Ach, pojedynek Tan gore. Więc jednak tradycja nie jest ci obca – odparł szlachcic. – Ale jaką mam gwarancję, że jeśli wygram odejdę wolny?
– Masz moje słowo – prychnął Waldron. – Żołnierze uszanują starą tradycję. A zresztą, i tak nie przeżyjesz walki.
Znów zapadła cisza. Tylko Lysia szarpnęła się do przodu, ale żołnierz chwycił ją za ramię.
– Davrel, nie! – krzyknęła.
Nie spojrzał w jej stronę. Zrobił krok w ubite błoto dziedzińca. Patrzył jak Waldron powoli dobywa topora. Stal przecięła powietrze z cichym świstem.
– A zatem, sir Gris. – Nair uśmiechnął się szeroko. – Czas na spotkanie ze śmiercią.
Ich zderzenie było gwałtowne. Waldron ruszył pierwszy– ciężko, brutalnie, z siłą człowieka, który przez lata nie ćwiczył, lecz walczył. Davrel cofnął się pod naporem uderzenia. Potem kolejny krok w tył. Moc z jaką zaatakował Nair wyraźnie go zaskoczyła.
W końcu odsunął się w bok a jego klinga przecięła powietrze płynnie, niemal lekko.
Uderzenie, unik, błysk ostrza. Powtórz.
Na dziedzińcu żołnierze zmieszali się z tłumem, tworząc wokół walczących mężczyzn niemy krąg.
Davrel poruszał się teraz z precyzją. Każdy jego krok był wyważony, każdy ruch miecza przemyślany. Waldron, coraz bardziej wściekły, parł naprzód, niecierpliwy, chcąc jednym celnym ciosem zakończyć całe widowisko.
– Walcz jak mężczyzna! – ryknął, uderzając z góry.
Davrel odbił cios, obracając się w pół kroku. Brzdęk klingi i wtem jego ostrze wślizgnęło się pod gardę przeciwnika i rozcięło mu policzek. Krew trysnęła na błoto. Nair syknął z bólu, cofnął się, po czym ruszył do przodu z jeszcze większą furią. Uderzał teraz bez ładu, na ślepo, z siłą i determinacją złapanego w potrzask zwierzęcia. Był jeszcze groźniejszy.
Jego pięść trafiła Davrela pod żebra tak silnie, że ten na moment niemal stracił oddech i upadł. Zza pleców doleciał go stłumiony krzyk Lysii.
Zepchnięty do obrony, szlachcic cofał się krok po kroku. Aż nagle przystanął. Ostrza walczących skrzyżowały się po raz kolejny, ale tym razem Davrel pozwolił przeciwnikowi nacisnąć. Wstrzymał oddech. A potem ugiął kolano, następnie wykonał gwałtowny zwrot i, nisko prowadząc klingę, błyskawicznie przerzucił miecz do drugiej ręki. Słońce błysnęło na ostrzu, gdy metal przeszył ciało nieco poniżej żeber.
Waldron zamarł, po czym osunął się na kolana. Próbował jeszcze coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle. Potem runął na wznak, aż błoto rozprysnęło się na boki.
Dziedziniec pogrążył się w ciszy.
Davrel, nie poruszając się, patrzył na poległego. Oddychał ciężko, a w jego twarzy nie było triumfu. Jedynie cień żalu.
Ktoś upuścił włócznię. Metal uderzył o kamień, dźwięk przeciął ciszę niczym krzyk. Kilku żołnierzy cofnęło się odruchowo, inni tylko stali z opuszczonymi mieczami. Nikt nie wiedział, co robić. Na twarzach malowało się napięcie. Wice dowódca – wysoki mężczyzna o pobladłej twarzy i włosach poprzetykanych siwizną – zrobił krok naprzód. Spojrzał na martwego zarządcę. Następnie przeniósł wzrok na Davrela, który stał nad ciałem, z ręką wciąż na rękojeści miecza.
– Rzuć broń! – rozkazał.
W tym momencie w otaczającym ich tłumie dał się słyszeć gniewny pomruk.
– Nie możecie go aresztować! To był honorowy pojedynek! – rozległy się okrzyki.
Markus wysunął się spośród zebranych.
– Musicie uszanować świętą tradycje Tan gore. Nawet na Północy się jej przestrzega – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewał ton groźby.
– Nie aresztuję go za zabicie zarządcy – wyjaśnił wice dowódca – ale za przywództwo w ruchu oporu. Sami słyszeliście jak się przyznał!
Na twarzach zebranych na dziedzińcu ludzi wymalował się cień konsternacji.
Davrel drgnął.
– Nie jestem Szpakiem – powiedział głosem spokojnym, ale stanowczym. – Nie wiem kto jest.
– Ale przed chwilą…
– Mówię prawdę. Jeśli podważasz uczciwość moich słów, możesz wyzwać mnie na pojedynek.
Wice dowódca cofnął się o krok. Nie był ryzykantem, raczej człowiekiem pragmatycznym. Ponadto, wyczuwał również rosnący gniew tłumu. Wiedział, że w tych okolicznościach walka mogłaby nie skończyć się dobrze.
– A więc? – zapytał Davrel. – Jak będzie?
– Opuścić broń – zakomenderował oficer. – Pozwólcie mu odejść.
Nie czekając aż zmieni zdanie, szlachcic odwrócił się i bez słowa ruszył w stronę wyjścia. Żołnierze rozstąpili się w milczeniu.
Po kolei mijał wpatrzonych w niego mieszkańców Arven. Na dziedzińcu nikt nie klaskał, nikt nie wiwatował. Tylko cisza i zapach żelaza unosiły się w chłodnym powietrzu, jak po burzy, która przeszła zostawiając po sobie jedynie zgliszcza dawnego porządku.
Kiedy przechodził obok Lysii, zwolnił i rzucił jej krótkie spojrzenie. Stała nadal w tym samym miejscu i nieprzytomnymi oczyma wpatrywała się w cudem ocalonego ojca.
†
W sypialni panowała cisza, jakiej nie słyszał od dawna. Ogień w kominku dogasał, rzucając na ściany nieregularne, drgające cienie.
Na stole leżała jego klinga – oczyszczona z krwi, lecz wciąż ciężka od wspomnień. Davrel przesuwał po niej szmatką, powoli, jakby chciał zetrzeć nie tylko brud, ale i to, co rano wydarzyło się przed domem wójta.
Na zewnątrz wiatr szarpał okiennicą, w dole ujadał pies. Zza drzew dobiegało echo dzwonów – ktoś modlił się jeszcze za duszę poległych pod Harrowden.
Mężczyzna westchnął, odsunął miecz i oparł łokcie o kolana. W dłoniach czuł drżenie.
Pukanie do drzwi było tak ciche, że przez moment sądził, iż to wiatr. Nie odpowiedział, lecz po chwili zawiasy skrzypnęły i do środka wślizgnęło się światło świecy.
W progu stanęła Lysia. W półmroku wyglądała inaczej niż zwykle – delikatna, niemal eteryczna, jakby i na niej ten dzień odcisnął swoje piętno. Trzymała świecę oburącz, a płomień drżał, odbijając się w jej oczach.
– Martin mnie wpuścił – powiedziała cicho.
Davrel uniósł wzrok, nie odpowiadając.
– Wszyscy mówią, że jesteś bohaterem – dodała po chwili.
Zawahała się, wciąż stojąc w drzwiach. Światło świecy rozlewało się po podłodze, rozdzielając ich pasem ciepłego blasku.
– Mogę wejść? – zapytała.
Szlachcic skinął głową. Dziewczyna przekroczyła próg i zamknęła za sobą drzwi. Aromat wosku rozniósł się po izbie.
Lysia zbliżyła się powoli i postawiła świecę na stole, obok miecza. Przez moment patrzyła na niego w milczeniu – na czarny metal, w którym nie odbijało się światło.
– Nie powinnam ci przeszkadzać – szepnęła. – Ale nie mogłam zasnąć.
Davrel skinął głową, lecz nie odwrócił wzroku od ognia.
– Ja też nie.
Usiadła naprzeciw niego, z dłońmi splecionymi na kolanach, jakby szukała w nich oparcia. Przez chwilę milczeli, słuchając trzasku drewna w kominku.
– Chciałam ci podziękować – powiedziała w końcu. – Za ojca. Za to, że stanąłeś po naszej stronie, gdy nikt inny nie odważył się odezwać. Gdyby nie ty…
Nie dokończyła, głos jej się załamał. Davrel spojrzał na nią, a potem przeniósł wzrok na leżącą między nimi klingę.
– Zrobiłem tylko to, co było konieczne – odparł spokojnie. – Poza tym nie chciałem, żebyś ty też została bez rodziny. Ale zabicie Naira nie przyniesie nic dobrego.
Lysia zmarszczyła brwi.
– Co masz na myśli?
– Waldron był tyranem, to prawda – odpowiedział powoli, jakby ważąc każde słowo. – Ale był też człowiekiem z zasadami. Wierzył w to, co robi.
Przesunął dłonią po rękojeści miecza, jak gdyby sprawdzał, czy ten jest prawdziwy.
– A ja… po prostu byłem szybszy.
W jego głosie nie było ani dumy, ani skruchy – jedynie zmęczenie. Cichy ton człowieka, który w zbyt krótkim czasie doświadczył zbyt wiele.
Lysia nachyliła się lekko do przodu.
– Gdybyś tego nie zrobił, mój ojciec by nie przeżył. I wielu innych również. Odbierając jedno życie, uratowałeś wiele.
Davrel uśmiechnął się krzywo, bez radości.
– Wiem – wyszeptał.
Zapadła cisza. Ogień przygasł, a w jego migotaniu twarze obojga wyglądały jak odbicia w wodzie – nietrwałe, rozmyte, prawie nierzeczywiste. Lysia wyciągnęła rękę i dotknęła jego dłoni.
– Dziś rano ocaliłeś Arven – szepnęła. – I mnie.
Davrel znów nie odpowiedział. Spojrzał na ich splecione dłonie, potem na jej twarz, w której odbijał się płomień świecy. W jego oczach pojawiło się coś łagodnego – jeszcze nie ulga, ale rodzaj cichego przyzwolenia. Na bliskość, której od tak dawna unikał.
Odsunął miecz, jakby chciał choć na moment oddzielić przeszłość od chwili, w której się znaleźli. Wstał i podszedł do okna. Na zewnątrz świat zamarł w półmroku – mgła snuła się między domami, a z oddali dobiegało stłumione krakanie wron.
– To jeszcze nie koniec – powiedział po chwili. – Śmierć Waldrona niczego nie zakończyła. Na jego miejsce namiestnik przyśle kogoś innego. Zawsze tak jest.
Odwrócił się.
– A wtedy Arven znów może stać się polem bitwy.
Lysia podniosła wzrok.
– Poradzimy sobie – powiedziała z taką pewnością, jakby próbowała przekonać nie jego, lecz cały świat. – Razem przetrwamy każdą burzę.
Davrel uśmiechnął się słabo.
– Nie wiesz co potrafią niektóre burze.
– Wiem – odpowiedziała. – Ale jeśli już mają nadejść, chcę być przy tobie.
Zrobiła krok w jego stronę. Potem drugi.
Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy dzieliło ich ledwie kilka cali. Światło świecy błyszczało jej w oczach.
Przez moment oboje milczeli, jakby w oczekiwaniu.
W końcu Davrel uniósł rękę i delikatnie dotknął jej policzka.
W jego spojrzeniu nie było już chłodu ani żalu. Tylko zmęczenie i coś, co przypominało ulgę.
Lysia zamknęła oczy, a gdy ich usta się spotkały, wszystko inne przestało istnieć – błoto na dziedzińcu, krew, strach, echo krzyków sprzed kilku godzin.
Zostało tylko ciepło ciała drugiego człowieka.
Płomień świecy zadrżał, jakby chciał coś zasygnalizować. Dziewczyna objęła ukochanego za szyję, a on mocniej przyciągnął ją do siebie. Ich ruchy były powolne, niepewne, jakby oboje bali się, że lada moment czar pryśnie.
Davrel delikatnie ujął ją za dłoń i pociągnął w głąb izby.
W świetle dogasającego ognia ich sylwetki zlały się w jeden, płynny cień.
A potem płomień zgasł.
Witam Cię przy kolejnej części. :)
Przebiegłam szybko wzrokiem i widzę, że trzeba jeszcze dokładniej sprawdzić oraz poprawić dialogi; tu przykłady:
– A więc postanowił wziąć sprawy w swoje ręce – Davrel ujął butelkę i obrócił ją w dłoni. – I przez to zginął.
– Tak – Martin spuścił wzrok. – Ale to nie wszystko.
– Nie wiem. – rachmistrz rozłożył bezradnie dłonie.
– No dobra – Obrócił jeden z nich w dłoni. – W takim razie zatańczmy.
– Możliwe – Davrel wzruszył ramionami. A potem, jakby niesiony chwilą dodał: – Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, to Szpak…
Inne sprawy:
– Może… – Martin spojrzał mu w oczy – może potrzebujesz kogoś do ksiąg? Albo od tresury. Znam się trochę na koniach. Mogę też robić za stajennego. – czy tu nie miało być „do”?
Masz bardzo dużo stojących obok siebie wyrażeń: „(od)powiedział/(od)powiedziała”, stwarzających niepotrzebne powtórzenia.
Czasem brak przecinków, np.:
Płaszcz miał rozdarty (tu?) a w oczach panikę.
– Wiesz (tu?) kim jest Szpak, Gris?
„P/północ”, „P/południe” piszesz dwojako – czy celowo?
Ilustracje (to AI?) – bardzo na plus. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Mam w tym początkowym fragmencie sporo wątpliwości i mam nadzieję, że autor nie odbierze ich personalnie. Przede wszystkim brakuje tu konsekwencji – zwłaszcza w dialogach z de Vrijem. Formy grzecznościowe skaczą między „pan”, „wy”, „synu” i „ty”, co wybija z rytmu i zaciera relacje między postaciami.
Pojawia się też niespójność w opisie śmierci Jacka: raz ginie w wybuchu wozu razem z żołnierzami, a później w dialogach brzmi to tak, jakby został zabity „jak pies”, co wyraźnie zmienia wydźwięk wydarzenia. Takich drobnych pęknięć jest więcej i niestety osłabiają scenę, która sama w sobie ma dobry klimat i spory potencjał emocjonalny.
Mam nadzieję, że w dalszej części tekstu wszystko zostało lepiej dopracowane.
I zapraszam kolegę do częstszego komentowania twórczości innych autorów.
https://www.wattpad.com/user/Pankovski