- Opowiadanie: TKII - II. Nowe początki

II. Nowe początki

Cześć,

Po opu­bli­ko­wa­niu opo­wia­da­nia Po­wrót i otrzy­ma­nych ko­men­ta­rzach, zde­cy­do­wa­łem się na­pi­sać ciąg dal­szy hi­sto­rii Da­vre­la po po­wro­cie do ro­dzin­ne­go Arven. Cie­kaw je­stem Wa­szych opi­nii na temat tego tek­stu, zwłasz­cza, że to do­pie­ro mój drugi, cho­ciaż tro­chę dłuż­szy od po­przed­nie­go. Dodam też, że przed prze­czy­ta­niem warto za­po­znać się z po­przed­nią czę­ścią, gdyż oba frag­men­ty są po­wią­za­ne.

Ak­tu­ali­za­cja 20.12.2025: Wpro­wa­dzi­łem kilka ko­rekt, a jed­no­cze­śnie do­da­łem dziś ciąg dal­szy. Za­chę­cam do za­po­zna­nia się z roz­dzia­łem “De­cy­zje”.

Oceny

II. Nowe początki

Świt przy­szedł cicho, jakby sam nie był pe­wien, czy ma prawo bu­dzić ten dom. Wnę­trze dworu wciąż pach­nia­ło dymem i ku­rzem, a zimne po­wie­trze prze­są­cza­ło się przez szpa­ry w de­skach. Da­vrel leżał nie­ru­cho­mo, przy­kry­ty derką, którą po­przed­nie­go dnia roz­ło­żył w głów­nej sali. Śniło mu się, że stoi na roz­le­głej rów­ni­nie, po­ro­śnię­tej in­ten­syw­nie zie­lo­ną trawą. Niebo nad nim było czy­ste, bez słoń­ca ani chmur – tylko nie­koń­czą­ca się prze­strzeń.

Z tej pust­ki wy­ło­nił się koń. Biały jak śnieg, ga­lo­pu­ją­cy ku niemu w ciszy, która zda­wa­ła się dźwię­czeć w uszach. Zwie­rzę zbli­ża­ło się coraz szyb­ciej, jego grzy­wa wi­ro­wa­ła na wie­trze ni­czym pło­mień. Tuż przed Da­vre­lem sta­nę­ło dęba i za­rża­ło – głos był głę­bo­ki, nie­mal ludz­ki, jakby coś w nim chcia­ło prze­mó­wić.

Za­sko­czo­ny tą wizją, Da­vrel obu­dził się. Przez wy­bi­te okna wpa­da­ło blade świa­tło dnia. Na uła­mek se­kun­dy miał wra­że­nie, że wciąż sły­szy echo tego rże­nia – po chwi­li zro­zu­miał jed­nak, że to tylko wiatr. Usiadł po­wo­li, prze­tarł twarz i ro­zej­rzał się po pu­stym wnę­trzu.

Cie­pło wy­ga­sło, a na jego miej­sce znów po­wo­li wdzie­rał się stycz­nio­wy chłód. Męż­czy­zna wstał, na­rzu­cił płaszcz i roz­pa­lił ogień w pa­le­ni­sku. Zjadł coś z resz­tek, które miał jesz­cze ze sobą, po czym wy­szedł przed dom. Mgła snuła się po do­li­nie, kry­jąc da­le­ki trakt i dachy Arven. Świat był cichy, jak po wiel­kim śnie.

Pa­trzył chwi­lę na to, co kie­dyś było jego domem – na po­pę­ka­ne belki, na ścia­ny z wy­bla­kłym tyn­kiem, na ślady daw­ne­go życia. Wie­dział, że czeka go praca, któ­rej nie zdoła skoń­czyć w kilka dni. Ale po raz pierw­szy od dawna po­czuł, że chce spró­bo­wać. Prze­brał się i zszedł do mia­stecz­ka.

Dwa dni póź­niej Da­vrel koń­czył wła­śnie spraw­dzać dach staj­ni, gdy usły­szał, że ktoś nad­jeż­dża. Z drogi do­bie­gał stu­kot kopyt i głos na­wo­łu­ją­cy jego imię. Zmru­żył oczy, osła­nia­jąc twarz przed słoń­cem. Po chwi­li zo­ba­czył zna­jo­mą po­stać – ciem­na kar­na­cja, fi­glar­ne spoj­rze­nie i duży nos. Da­rion Hall, uśmiech­nię­ty jak zwy­kle, je­chał w jego stro­nę wy­ma­chu­jąc ra­do­śnie ręką.

– A więc to praw­da – rzu­cił zsia­da­jąc z konia. – Plot­ki nie kła­ma­ły. Da­vrel Gris na­praw­dę wró­cił do Arven.

– W każ­dej plot­ce tkwi ziar­no praw­dy – od­parł z lek­kim uśmie­chem.

Da­rion pod­szedł, uści­snął mu dłoń, a potem przy­cią­gnął go do krót­kie­go, przy­ja­ciel­skie­go ob­ję­cia. Da­vrel szyb­ko od­no­to­wał, że przy­ja­ciel zmie­nił się tylko nie­znacz­nie, czas od­ci­snął na jego twa­rzy za­le­d­wie kilka no­wych bruzd.

– Chcia­łem cię od­wie­dzić już wczo­raj, Dav, ale mu­sia­łem wy­je­chać w in­te­re­sach. Be­czek nie można zo­sta­wiać bez nad­zo­ru, zwłasz­cza tych peł­nych.

– W in­te­re­sach? Czym się teraz zaj­mu­jesz?

– Winem, jak więk­szość w Kade – od­parł Da­rion z dumą. – Mam wła­sne win­ni­ce pod wzgó­rza­mi. Upra­wiam syrah i tro­chę gre­na­che. Wiesz, mówi się, że nasze wino roz­grze­wa nawet serca miesz­kań­ców Pół­no­cy. – Uśmiech­nął się krzy­wo. – Choć nie wiem, czy aku­rat oni w ogóle mają serca.

Da­vrel tylko ski­nął głową.

– Ale nie przy­je­cha­łem z pu­sty­mi rę­ka­mi – dodał Da­rion. – Przy­wio­złem coś z ze­szło­rocz­nych zbio­rów. – Się­gnął do juków i wyjął bu­tel­kę opa­ko­wa­ną w ciem­ne płót­no, którą na­stęp­nie podał go­spo­da­rzo­wi.

Da­vrel ge­stem za­pro­sił go­ścia do głów­nej sali.

Usie­dli przy ni­skim stole i otwo­rzy­li bu­tel­kę. Wino miało kolor doj­rza­łej wiśni, a za­pach przy­po­mi­nał cie­płe lato i kurz sta­rych dróg. Przez chwi­lę pili w mil­cze­niu.

– Eu­de­mion? – za­py­tał z prze­ką­sem Da­vrel za­uwa­ża­jąc sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ną na ety­kie­cie nazwę.

– No co? – żach­nął się Da­rion. – Bóg wina i do­brej za­ba­wy.

– Nie mów mi, że za­czą­łeś wie­rzyć w bogów.

– Oczy­wi­ście, że nie – Da­rion ro­ze­śmiał się po­ro­zu­mie­waw­czo. – Ale ta nazwa po­do­ba się lu­dziom, a wino do­brze się sprze­da­je. Zresz­tą miesz­kań­cy Kade po­trze­bu­ją ta­kich sym­bo­li. Na­sta­ły trud­ne czasy. Pa­mię­tasz we­se­le La­re­ta z na­szej wio­ski? – za­py­tał nagle. – To, kiedy mie­li­śmy po sie­dem­na­ście lat i ktoś – chyba ty – wlał spi­ry­tus do pon­czu.

Da­vrel uśmiech­nął się mimo woli. – Nie chyba. To byłeś ty.

– Bzdu­ra – za­prze­czył Da­rion, ale jego oczy bły­snę­ły roz­ba­wie­niem. – Wszy­scy potem tań­czy­li do rana. Pa­mię­tasz, jak lu­dzie z trzech są­sied­nich wio­sek przy­szli, bo sły­sze­li mu­zy­kę? To były czasy.

Da­vrel ski­nął głową. – Tak. Teraz już chyba nie ma ta­kich wesel, co?

Da­rion spo­waż­niał.

– Bo nie wolno – po­wie­dział cicho. – Pół­noc uzna­ła, że duże zgro­ma­dze­nia budzą nie­po­kój spo­łecz­ny – za­drwił tonem urzęd­ni­ka. – Nie­po­kój spo­łecz­ny! Ro­zu­miesz to, Dav? Nie można już nawet za­tań­czyć, wypić, po­śmiać się gło­śno. Wszyst­kie świę­ta muszą być ciche, kon­tro­lo­wa­ne. Jakby życie miało nie prze­szka­dzać ich po­rząd­ko­wi.

Da­vrel pa­trzył w kie­lich.

– Takie czasy, Da­rion.

– Tylko jeśli na nie po­zwo­li­my – wark­nął tam­ten, a potem wes­tchnął i dolał im wina. – Ale nie psuj­my sobie dnia. Dziś pi­je­my za twój po­wrót, tak?

Da­vrel uniósł kie­lich i ski­nął głową.

– Ale ty mi po­wiedz, Dav. Co za­mie­rzasz teraz robić? Zo­sta­niesz tu na stałe?

Da­vrel za­wa­hał się. Od­ru­cho­wo spoj­rzał na roz­le­głe pola za dwo­rem, a w pa­mię­ci po­ja­wił się sen – biały koń ga­lo­pu­ją­cy przez śnieg, wolny i nie­uchwyt­ny.

– Myślę… – za­czął po­wo­li. – Myślę o ho­dow­li koni.

Da­rion wydał z sie­bie krót­kie, za­sko­czo­ne wes­tchnie­nie, po czym ro­ze­śmiał się ser­decz­nie.

– Koni? Tego bym się po tobie nie spo­dzie­wał, Dav!

Ale w sumie… pa­su­je. Ty za­wsze mia­łeś w sobie coś z jeźdź­ca… i z ucie­ki­nie­ra.

Da­vrel uśmiech­nął się blado. – Konie są cier­pliw­sze niż lu­dzie. A do tego nie ga­da­ją.

Da­rion spoj­rzał na niego uważ­nie, jakby chciał coś dodać, ale w końcu tylko po­ki­wał głową.

– W takim razie przy­da ci się pomoc. Znam kilku han­dla­rzy z Therm, mają dobre źre­ba­ki. Jeśli chcesz, mogę za­ła­twić kilka na po­czą­tek.

– Był­bym wdzięcz­ny.

Da­rion uśmiech­nął się sze­rzej. – Do­brze cię wi­dzieć, Dav. Na­praw­dę do­brze. – Po­cią­gnął so­lid­ny łyk wina. – Wiesz, pra­wie się nie zmie­ni­łeś – po­wie­dział przy­glą­da­jąc się twa­rzy przy­ja­cie­la.

Da­vrel do­sko­na­le wie­dział co jego to­wa­rzysz ma na myśli. Mimo, iż obaj byli już do­brze po trzy­dzie­stym roku życia, on sam wy­glą­dał na znacz­nie młod­sze­go. Na jego twa­rzy bra­ko­wa­ło zmarsz­czek, a w krót­kich ja­sno­brą­zo­wych wło­sach próż­no było szu­kać si­wi­zny. Na­to­miast w ciem­no­nie­bie­skich oczach ja­rzył się jakiś nie­uchwyt­ny pło­mień. Da­le­kie echo tego sa­me­go bla­sku, który ponad pięt­na­ście lat temu zo­ba­czył u ran­ne­go męż­czy­zny.

– Tobie się za to chyba tro­chę przy­ty­ło, co Da­rion?

– Nie prze­sa­dzaj­my. Zresz­tą, kto nie ma brzu­cha, ten słabo rucha – ro­ze­śmiał się ho­dow­ca wi­no­ro­śli, po­now­nie na­peł­nia­jąc kie­li­chy. Dal­sza roz­mo­wa to­czy­ła się w przy­ja­znej at­mos­fe­rze. W końcu Da­rion od­sta­wił pusty kie­lich na stół i prze­cią­gnął się, zer­ka­jąc na za­cho­dzą­ce słoń­ce.

– Czas wra­cać, zanim za­pad­nie zmrok. Lu­dzie w mia­stecz­ku i tak już pew­nie ga­da­ją, że za długo tu u cie­bie sie­dzę.

Ru­szył w stro­nę wyj­ścia, ale za­trzy­mał się na progu, jakby coś sobie przy­po­mniał.

– Za­wsze chcia­łem cię o to za­py­tać, Dav. Ten wasz herb, co wisi w głów­nej sali – zła­ma­na włócz­nia na tle srebr­ne­go kręgu. Co on wła­ści­wie zna­czy?

Da­vrel mil­czał przez chwi­lę, jakby za­sta­na­wiał się, czy od­po­wie­dzieć.

– Babka opo­wia­da­ła mi kie­dyś hi­sto­rię – po­wie­dział w końcu. – Dawno temu, zanim nasi przod­ko­wie przy­by­li do Kade, byli wo­jow­ni­czym ludem, ko­czow­ni­ka­mi z po­ło­żo­nych za Gó­ra­mi Dzia­ło­wy­mi za­chod­nich ste­pów. Żyli z walki i gra­bie­ży. Ale gdy do­tar­li w oko­li­ce Arven, ich przy­wód­ca miał po­dob­no zro­zu­mieć, że to miej­sce jest inne. Że nie trze­ba już wal­czyć o prze­trwa­nie.

Da­vrel od­wró­cił się w stro­nę okna, przez które wpa­da­ły ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca.

– Zła­mał wtedy swoją włócz­nię, na znak, że koń­czy z daw­nym ży­ciem. Że zna­lazł zie­mię, na któ­rej chce osiąść. – Spoj­rzał na Da­rio­na. – Od tam­tej pory zła­ma­na włócz­nia stała się sym­bo­lem na­sze­go rodu.

Da­rion przez chwi­lę nic nie mówił.

– Pięk­na hi­sto­ria – rzekł w końcu. – Może i sym­bo­licz­na, ale… wiesz, Dav, cza­sem myślę, że nie­któ­re włócz­nie nie po­win­ny być ła­ma­ne. Poza tym za­rów­no twój oj­ciec jak i dzia­dek ra­czej nie na­le­że­li do spo­koj­nych.

Da­vrel uśmiech­nął się lekko, choć w jego oczach po­ja­wił się cień za­du­my.

– Do trzech razy sztu­ka – po­wie­dział.

Da­rion par­sk­nął śmie­chem, wsko­czył na konia i ski­nął mu głową.

– Do­brze cię znowu wi­dzieć, Dav. Na­praw­dę.

– Cie­bie rów­nież, Da­rion.

Gdy przy­ja­ciel od­je­chał, Da­vrel przez chwi­lę pa­trzył za nim w mil­cze­niu, a potem uniósł wzrok ku her­bo­wi nad drzwia­mi. Zła­ma­na włócz­nia błysz­cza­ła w ostat­nim świe­tle dnia, jakby przy­po­mi­na­jąc mu, że spo­kój za­wsze ma swoją cenę.

 

 

Po­ran­ki były jesz­cze chłod­ne, ale pach­nia­ły już wio­sną. Mgła uno­si­ła się nad rzeką, le­ni­wie prze­su­wa­jąc się mię­dzy drze­wa­mi, a z każ­de­go kąta do­cho­dzi­ły dźwię­ki życia – śpiew pta­ków, plusk wody, skrzy­pie­nie wozów na dro­dze do mia­sta. Po raz pierw­szy od wielu mie­się­cy Da­vrel bu­dził się nie od chło­du czy kosz­ma­rów, lecz od słoń­ca wdzie­ra­ją­ce­go się przez szpa­ry w okien­ni­cach.

Po­bli­ska oko­li­ca rów­nież bu­dzi­ła się z le­tar­gu. Dwór, który jesz­cze nie­daw­no przy­po­mi­nał ruinę, teraz wy­peł­nia­ły głosy na­ję­tych do pracy ludzi i dźwię­ki na­rzę­dzi. Na dzie­dziń­cu le­ża­ły równo po­ukła­da­ne bale drew­na, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach świe­żo cio­sa­nych desek. Zie­mia była mięk­ka od roz­to­pów, błoto mie­sza­ło się z tro­ci­na­mi, a wśród ruin po­ja­wi­ły się pierw­sze ślady zie­le­ni – drob­ne źdźbła trawy wy­ra­sta­ją­ce u stóp znisz­czo­nych murów.

Da­vrel za­trzy­mał się na chwi­lę przed bramą, spo­glą­da­jąc w stro­nę ma­ja­czą­ce­go w od­da­li lasu. W po­wie­trzu czuł tę samą wil­goć i za­pach ży­wi­cy, które pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa. Wtedy wio­sna ozna­cza­ła dla niego czas wy­ści­gów, śmie­chu i pierw­szych pik­ni­ków z przy­ja­ciół­mi. Teraz – była ra­czej przy­po­mnie­niem, że wszyst­ko można od­bu­do­wać, jeśli tylko znaj­dzie się w sobie wy­star­cza­ją­co dużo siły.

Wcze­sne słoń­ce bar­wi­ło do­li­nę zło­tem, gdy z dzie­dziń­ca do­biegł go stuk młot­ka. Mar­kus już pra­co­wał, jak za­wsze pierw­szy.

W od­da­li widać było rów­nież Cor­ri­na i Tho­re­na, nio­są­cych belki w stro­nę staj­ni. Dwór, choć wciąż po­ra­nio­ny, żył. Każde ude­rze­nie dłuta, każdy pod­nie­sio­ny ka­mień przy­wra­cał mu cząst­kę daw­nej świet­no­ści.

W ciągu kilku ostat­nich ty­go­dni sie­dzi­ba rodu Gris za­czę­ła zmie­niać swoje ob­li­cze. Za­miast ciszy i pust­ki po­ja­wił się rytm pracy, śmiech i roz­mo­wy przy wspól­nych po­sił­kach. Po­dwó­rze za­peł­ni­ło się ludź­mi – sta­ry­mi przy­ja­ciół­mi, daw­ny­mi są­sia­da­mi, a nawet kil­ko­ma śmiał­ka­mi, któ­rzy przy­szli z oko­licz­nych wio­sek, ku­sze­ni obiet­ni­cą za­pła­ty i cie­płe­go jadła. Mar­kus, Cor­rin i Tho­ren pra­co­wa­li nie­mal bez wy­tchnie­nia, a i sam Da­vrel nie ogra­ni­czał się do wy­da­wa­nia po­le­ceń – dźwi­gał ka­mie­nie, he­blo­wał deski, uczył się na nowo cię­ża­ru wła­snych rąk. Z każ­dym dniem dwór coraz mniej przy­po­mi­nał miej­sce opusz­czo­ne, a coraz bar­dziej – dom.

Szlach­cic po­sta­no­wił jed­nak, że nie od­two­rzy go takim, jakim go pa­mię­tał. Wpro­wa­dzał wła­sne zmia­ny, kie­ru­jąc się prak­tycz­no­ścią i do­świad­cze­niem, któ­re­go na­brał przez lata.

W sta­rych piw­ni­cach kazał po­głę­bić ko­ry­ta­rze i roz­bu­do­wać pod­ziem­ne po­miesz­cze­nia – teraz miały peł­nić funk­cję za­rów­no spi­żar­ni, jak i bez­piecz­ne­go schro­nie­nia na wy­pa­dek nie­spo­dzie­wa­nych zda­rzeń. Na obrze­żach po­sia­dło­ści sta­nę­ła pa­li­sa­da, so­lid­na i pro­sta, z bramą wy­ku­tą z dę­bo­wych bali, którą Mar­kus za­pro­jek­to­wał i zbu­do­wał wła­sno­ręcz­nie.

Przy pracy nie bra­ko­wa­ło rąk. Cor­rin, wciąż we­so­ły i gło­śny, zajął się od­bu­do­wą staj­ni, prze­kli­na­jąc pod nosem każdą źle wcię­tą belkę. Tho­ren z kolei, spo­koj­ny i po­wścią­gli­wy, do­pó­ki zmrok nie spę­dzał ich znad rusz­to­wań, nad­zo­ro­wał ludzi przy na­pra­wie ka­mien­nych murów. Sam Da­rion, choć na co dzień za­ję­ty win­ni­ca­mi, wpa­dał od czasu do czasu, by pomóc lub po pro­stu wypić z przy­ja­ciół­mi wie­czor­ny kie­lich wina i po­na­rze­kać na po­dat­ki.

Po­nad­to, w ciągu dwóch mi­nio­nych mie­się­cy, Da­vrel pod­jął także próbę od­zy­ska­nia ode­bra­nych jego ro­dzi­nie ziem. Zaś dzię­ki ta­len­to­wi ne­go­cja­cyj­ne­mu oraz przy­wie­zio­ne­mu ze wscho­du złotu, udało się od­ku­pić sporą ich część. Chciał przy­wró­cić swo­je­mu ro­do­wi dobre imię, a do tego po­trze­bo­wał za­rów­no grun­tów, jak i od­po­wied­niej sie­dzi­by. I nie szczę­dził w tym celu gro­sza.

Wkrót­ce, do Arven za­czę­li też za­glą­dać inni dawni zna­jo­mi. Mały Do­mi­nic Pu­rell, który przed laty, wspól­nie z Tho­re­nem, uczył się u ko­wa­la, teraz przy­wo­ził gwoź­dzie, pod­ko­wy i dobre wie­ści z mia­stecz­ka. Reth An­to­nin, han­dlarz ksiąg, po­ja­wiał się co kilka ty­go­dni, przy­no­sząc zdo­by­te gdzieś za bez­cen tomy o ho­dow­li koni. Da­vrel pła­cił mu szczo­drze, a roz­mo­wa z elo­kwent­nym księ­ga­rzem za­wsze spra­wia­ła mu dużo przy­jem­no­ści.

Pew­ne­go dnia Mar­kus, ob­ser­wu­jąc po­stę­py prac, za­gad­nął z cie­ka­wo­ścią:

– Po­wiedz mi, Dav, po co ci te wszyst­kie konie? Masz skrzy­nię pełną złota, a za­cho­wu­jesz się jak wy­dzie­dzi­czo­ny szlach­cic.

Da­vrel od­po­wie­dział spo­koj­nie, nie prze­ry­wa­jąc pracy:

– Nie chcę, żeby lu­dzie wie­dzie­li o moim bo­gac­twie. Złoto przy­cią­ga uwagę, a ta nie jest mi po­trzeb­na.

– A znasz się w ogóle na ko­niach?

Da­vrel uniósł wzrok, po czym wska­zał na nowo za­ku­pio­ny od An­to­ni­na tom.

– Pytam na po­waż­nie. – Cie­śla zmarsz­czył krza­cza­ste brwi.

– Na wscho­dzie mia­łem oka­zję uczyć się od naj­lep­szych – Na chwi­lę za­milkł, jakby roz­wa­żał, czy po­wie­dzieć wię­cej. – Od tych, któ­rzy wie­dzie­li, jak roz­ma­wiać z końmi jesz­cze zanim te na­uczą się bie­gać.

Mar­kus tylko po­krę­cił głową, uśmie­cha­jąc się z lek­kim nie­do­wie­rza­niem.

– Cza­sem jak cię słu­cham, to myślę, że byłeś już wszę­dzie i wi­dzia­łeś wszyst­ko.

– Nie wszyst­ko – od­parł cicho szlach­cic, spo­glą­da­jąc na od­le­głe wzgó­rza. – Ale wy­star­cza­ją­co, by wie­dzieć, że spo­kój to coś, na co warto cięż­ko pra­co­wać.

– A co z two­imi ro­dzi­ca­mi? Nie my­śla­łeś, żeby ich po­mścić?

Da­vrel odło­żył trzy­ma­ny w ręku mło­tek.

– Za­sta­na­wia­łem się nad tym. I to nie raz. – Prze­niósł wzrok na przy­ja­cie­la. – Ale prze­by­wa­jąc z dala od Arven na­uczy­łem się,

że ze­msta nie­rzad­ko ma dużo bar­dziej gorz­ki smak, niż się spo­dzie­wa­my. Na wscho­dzie mają nawet takie po­wie­dze­nie: Zanim wy­ru­szysz w po­dróż po ze­mstę, wykop dwa groby. Ro­zu­miesz?

– Tak. – Cie­śla ski­nął głową. Nie po­wie­dział nic wię­cej.

Wraz z na­dej­ściem praw­dzi­wej wio­sny oko­li­ce Arven roz­kwi­tły w pełni. Zie­mia, jesz­cze nie­daw­no twar­da i spę­ka­na po zimie, za­czę­ła mięk­nąć pod słoń­cem, a zboża na po­lach wokół dworu wy­strze­li­ły świe­żą, so­czy­stą zie­le­nią. W do­li­nie sły­chać było szum stru­mie­nia, który niósł ze sobą za­pach mo­krej ziemi i od­le­głych lasów. Po­ran­ki stały się ja­śniej­sze, a wie­czo­ry pach­nia­ły dymem i mło­dym winem.

Da­rion do­trzy­mał słowa – kilka ty­go­dni po ich roz­mo­wie w Arven po­ja­wił się wóz ze sły­ną­cej z ho­dow­li koni pro­win­cji Therm, a na nim trzy źre­ba­ki o dłu­gich, smu­kłych no­gach i błysz­czą­cych grzy­wach. Dwa kasz­ta­ny i jeden siwek, tak młody, że jesz­cze po­ty­kał się o wła­sne nogi. Były nie­spo­koj­ne, nie­uf­ne wobec ob­cych ludzi i no­we­go miej­sca, ale Da­vrel ob­ser­wo­wał je z cier­pli­wo­ścią. Miał w oczach ten sam sku­pio­ny, spo­koj­ny błysk, jaki po­ja­wia się u ludzi, któ­rzy do­sko­na­le wie­dzą, co robią.

Z cza­sem w dol­nej czę­ści po­sia­dło­ści wy­ro­sła nie­wiel­ka za­gro­da i pierw­sze pa­stwi­sko. Mar­kus z Cor­ri­nem po­sta­wi­li dla koni so­lid­ny wy­bieg, a Tho­ren zajął się do­pro­wa­dze­niem wody. Każ­de­go dnia praca szła na­przód – a wraz z nią cały dwór za­czy­nał znów żyć.

Lu­dzie z oko­licz­nych wio­sek coraz czę­ściej za­glą­da­li na wzgó­rze, żeby zo­ba­czyć, jak wy­glą­da od­ro­dzo­na sie­dzi­ba rodu Gris. Jedni przy­no­si­li je­dze­nie, inni drew­no, a nie­któ­rzy – tylko cie­ka­wość i py­ta­nia. Da­vrel przyj­mo­wał ich wszyst­kich uprzej­mie, ale za­wsze z dy­stan­sem. Nie chciał, by jego po­wrót bu­dził zbyt­nią sen­sa­cję.

Wie­czo­ra­mi, gdy słoń­ce kryło się za wzgó­rza­mi, a pola spo­wi­ja­ła złota mgła, sia­dał przy ogni­sku i pa­trzył, jak źre­ba­ki uczą się ga­lo­pu. Ich ko­py­ta wznie­ca­ły kurz, a dźwięk biegu od­bi­jał się od drew­nia­nej pa­li­sa­dy jak echo no­we­go po­cząt­ku.

 

 

Kwiet­nio­we słoń­ce, ła­god­ne i złote, spły­wa­ło po da­chach Arven, od­bi­ja­jąc się w stru­mie­niu, który le­ni­wie wił się przez do­li­nę. Z każ­dej stro­ny sły­chać było od­gło­sy od­ra­dza­ją­ce­go się życia – śpiew skow­ron­ków, brzę­cze­nie psz­czół, da­le­kie uja­da­nie psa pa­ster­skie­go. Na łą­kach po dru­giej stro­nie stru­mie­nia pasły się już źre­ba­ki, które przy­by­ły do po­sia­dło­ści le­d­wie parę ty­go­dni wcze­śniej.

Da­vrel szedł po­wo­li wzdłuż ścież­ki pro­wa­dzą­cej ku stru­mie­nio­wi, wsłu­cha­ny w rytm wła­snych kro­ków i w mięk­ki sze­lest wia­tru. Miał na sobie lnia­ną ko­szu­lę w od­cie­niu ciem­ne­go błę­ki­tu – ko­lo­ru wio­sen­ne­go nieba przed burzą – oraz ciem­no­sza­re spodnie i wy­so­kie, brą­zo­we buty z wy­pra­wio­nej skóry. Rę­ka­wy miał pod­wi­nię­te do łokci, a włosy nieco zmierz­wio­ne wia­trem. Tego dnia nie wy­glą­dał jak szlach­cic, lecz ra­czej jak czło­wiek, który sam od nowa bu­du­je swoje miej­sce na ziemi – spo­koj­ny, sku­pio­ny, wolny od zbroi i daw­nych zmar­twień.

Za­trzy­mał się, gdy do jego uszu do­tar­ła me­lo­dia – de­li­kat­na, nieco me­lan­cho­lij­na, śpie­wa­na przy akom­pa­nia­men­cie lutni. Dźwięk po­cho­dził z dru­giej stro­ny stru­mie­nia, nio­sąc ze sobą coś dziw­nie zna­jo­me­go, ni­czym echo za­po­mnia­ne­go snu. Da­vrel zmru­żył oczy, pró­bu­jąc do­strzec źró­dło mu­zy­ki. Wresz­cie zo­ba­czył syl­wet­kę ko­bie­ty sie­dzą­cej na ka­mie­niu, ze sto­pa­mi za­nu­rzo­ny­mi w wo­dzie. Była od­wró­co­na ple­ca­mi a pro­mie­nie słoń­ca tań­czy­ły na jej kasz­ta­no­wych wło­sach.

Ostroż­nie stą­pa­jąc po ka­mie­niach, Da­vrel prze­pra­wił się przez stru­mień. Gdy sta­nął po dru­giej stro­nie, ode­zwał się ła­god­nie:

– Nie­czę­sto można tu usły­szeć mu­zy­kę.

Dziew­czy­na od­wró­ci­ła się, za­sko­czo­na, ale bez stra­chu. Gdy spoj­rza­ła w jego stro­nę, za­uwa­żył, że grzyw­ka fi­lu­ter­nie opada jej na czoło. Twarz miała de­li­kat­ną, ale nie kru­chą – ra­czej za­dzior­ną, żywą. Było w niej coś trud­ne­go do uchwy­ce­nia – lek­kość ruchu i cień smut­ku w oczach, jakby każde jej spoj­rze­nie pa­mię­ta­ło o czymś utra­co­nym.

Uśmiech­nę­ła się lekko i za­py­ta­ła:

– Czy mój śpiew panu prze­szka­dza?

– Prze­ciw­nie, trud­no przejść obo­jęt­nie obok tak pięk­ne­go głosu.

Dziew­czy­na nie­śmia­ło ski­nę­ła głową.

– To pio­sen­ka, którą śpie­wa­ła mi matka, kiedy byłam dziec­kiem – od­po­wie­dzia­ła cicho, po czym jakby mi­mo­wol­nie do­da­ła. – Nie gra­łam jej odkąd zgi­nę­ła w wiel­kim po­ża­rze. Ale dziś… me­lo­dia sama do mnie przy­szła.

Da­vrel mil­czał, za­sko­czo­ny. W jego oczach po­ja­wi­ła się ostroż­na cie­ka­wość, ale i odro­bi­na za­kło­po­ta­nia – nie wie­dział, o jakim wy­da­rze­niu mówi dziew­czy­na.

Nie­zna­jo­ma zmie­rzy­ła go wzro­kiem i za­uwa­żyw­szy jego zmie­sza­nie za­gad­nę­ła:

– Chyba nie jest pan tu­tej­szy, praw­da?

Da­vrel uśmiech­nął się pod nosem.

– Wła­ści­wie… nie­daw­no wró­ci­łem. Da­vrel Gris – przed­sta­wił się krót­ko.

– Och – od­par­ła, z roz­ba­wie­niem uno­sząc brwi. – A więc

w końcu mam przy­jem­ność po­znać czło­wie­ka, o któ­rym mówi całe Arven.

– I cóż ta­kie­go o mnie mówią?

Błysk w jej oczach i na­tych­mia­sto­wa, jakby przy­go­to­wa­na spe­cjal­nie na tę chwi­lę od­po­wiedź:

– Że wró­cił czło­wiek, który skry­wa nie­jed­ną ta­jem­ni­cę.

– Nie mam żad­nych ta­jem­nic – od­pa­ro­wał nieco zbyt szyb­ko, by mogło to za­brzmieć na­tu­ral­nie. – Po pro­stu dużo po­dró­żo­wa­łem.

Do­strzegł jej roz­ba­wio­ny, nie­mal szel­mow­ski uśmiech. Chcąc szyb­ko zmie­nić temat ro­zej­rzał się wkoło. Jego wzrok przy­cią­gnął koń przy­wią­za­ny do, znaj­du­ją­cej się tuż za dziew­czy­ną, wierz­by. Było to silne, do­brze utrzy­ma­ne zwie­rzę, o pięk­nym umasz­cze­niu.

– To twoja klacz?

– Tak, pre­zent od ojca – skwi­to­wa­ła krót­ko. – Znasz się panie na ko­niach?

– Mia­łem oka­zję do­wie­dzieć się co nieco o tych szla­chet­nych stwo­rze­niach – ta ostat­nia uwaga wy­raź­nie spodo­ba­ła się dziew­czy­nie. – A w ogóle, pani, ze­chcesz zdra­dzić mi z kim mam przy­jem­ność?

– Je­stem Lysia. – To krót­kie, wy­po­wie­dzia­ne z pełną gra­cją i na­tu­ral­no­ścią, zda­nie wy­wo­ła­ło mię­dzy roz­mów­ca­mi sub­tel­ne na­pię­cie. Da­vrel cze­kał, spo­dzie­wa­jąc się na­zwi­ska, to jed­nak nie padło.

Gdy w końcu otwo­rzył usta, by coś po­wie­dzieć, do ich uszu do­biegł zbli­ża­ją­cy się z dużą pręd­ko­ścią tę­tent kopyt.

Chwi­lę póź­niej, z dru­giej stro­ny po­bli­skie­go za­gaj­ni­ka usły­sze­li do­no­śny głos:

– Pa­nien­ko Lysio! Pa­nien­ko Lysio!

Dziew­czy­na drgnę­ła i od­wró­ci­ła głowę w stro­nę, skąd do­bie­ga­ło wo­ła­nie. W jej oczach po­ja­wił się cień za­kło­po­ta­nia. Po chwi­li spo­mię­dzy drzew wy­ło­nił się jeź­dziec – młody męż­czy­zna na gnia­dym koniu. Wy­glą­dał na dzie­więt­na­ście, może dwa­dzie­ścia lat, miał ciem­ne, krę­co­ne włosy i twarz o ostrych, nieco zu­chwa­łych ry­sach. Za­trzy­mał się gwał­tow­nie, błoto pry­snę­ło spod kopyt.

Gdy tylko zo­ba­czył Lysię i sto­ją­ce­go obok niej ob­ce­go męż­czy­znę, na­tych­miast ze­sko­czył z konia i dobył mie­cza.

– Czy ten in­truz ci się na­pra­sza, pa­nien­ko? – syk­nął, kie­ru­jąc ostrze w stro­nę Da­vre­la.

Na krót­ką chwi­lę za­pa­dła cisza. Męż­czyź­ni mie­rzy­li się spoj­rze­nia­mi. Da­vrel po­zo­stał nie­ru­cho­my, z rę­ka­mi opusz­czo­ny­mi wzdłuż ciała, lecz w jego wzro­ku tlił się chłod­ny spo­kój.

– Jack! – Lysia pod­nio­sła głos. – Scho­waj ten miecz, zanim zro­bisz coś głu­pie­go!

Chło­pak za­wa­hał się, po czym nie­chęt­nie od­su­nął klin­gę i wbił ją w zie­mię.

– Jack Robin – po­wie­dzia­ła Lysia, zwra­ca­jąc się do Da­vre­la lekko prze­pra­sza­ją­cym tonem. – A to sir Da­vrel Gris.

Jack zmru­żył oczy.

– Więc to ty je­steś ten Da­vrel, o któ­rym tyle sły­sza­łem od Da­rio­na Halla – rzu­cił z uda­wa­ną uprzej­mo­ścią.

– Ach, zatem znasz się z Da­rio­nem – od­parł spo­koj­nie Da­vrel, a ką­ci­ki jego ust po­ru­szy­ły się le­d­wie za­uwa­żal­nie.

Lysia pró­bo­wa­ła roz­ła­do­wać na­pię­cie.

– Jack pra­cu­je w win­ni­cy, praw­da? Po­ma­ga przy tłocz­ni…

– Po­ma­gał, – po­pra­wił ją chło­pak, pro­stu­jąc się dum­nie. – Dzi­siaj Da­rion po­in­for­mo­wał mnie, że od jutra będę sa­mo­dziel­nie nad­zo­ro­wał po­łu­dnio­wą część win­ni­cy. To bar­dzo od­po­wie­dzial­na funk­cja.

– Gra­tu­lu­ję – po­wie­dział Da­vrel z lek­kim uśmie­chem, który tylko czę­ścio­wo ukry­wał jego roz­ba­wie­nie mło­dzień­czą dumą chło­pa­ka.

Lysia unio­sła brwi.

– Czy to dla­te­go mnie szu­ka­łeś? Żeby mi o tym po­wie­dzieć?

– Nie, pa­nien­ko – od­parł Jack po­spiesz­nie, jakby wsty­dząc się, że mogła tak o nim po­my­śleć. – To twój oj­ciec mnie wy­słał. Kazał cię zna­leźć, mówił, że ma ci coś pil­ne­go do prze­ka­za­nia.

Lysia wes­tchnę­ła i z żalem odło­ży­ła lut­nię.

– Ro­zu­miem. W takim razie po­win­nam wra­cać.

Zwró­ci­ła się do Da­vre­la z uprzej­mym uśmie­chem:

– Dzię­ku­ję za roz­mo­wę, panie Gris. Mam na­dzie­ję, że jesz­cze się spo­tka­my.

Da­vrel ski­nął głową.

– Ja rów­nież mam taką na­dzie­ję.

Jack po­mógł jej wsiąść na konia, ale nawet wtedy nie spu­ścił wzro­ku z Da­vre­la. W jego spoj­rze­niu było coś su­ro­we­go, nie­uf­ne­go, jakby pró­bo­wał ostrzec go bez słów. Gdy od­je­cha­li, echo kopyt długo jesz­cze roz­brzmie­wa­ło mię­dzy drze­wa­mi.

Da­vrel zo­stał sam nad stru­mie­niem. Wiatr po­ru­szył wodę, a z nur­tem po­pły­nę­ło kilka mło­dych liści – de­li­kat­nych, kru­chych, jak coś do­pie­ro po­wo­ła­ne­go do życia.

 

 

Da­vrel stał na po­dwó­rzu, opar­ty o żerdź ogro­dze­nia. Od spo­tka­nia z Lysią mi­nę­ły dwa dni. Po­ra­nek był cie­pły i spo­koj­ny. Nad łą­ka­mi uno­si­ła się de­li­kat­na mgła, a z od­da­li do­cho­dzi­ło rże­nie koni i skrzy­pie­nie drew­na – Mar­kus wraz z ludź­mi koń­czył sta­wiać nowy od­ci­nek pa­li­sa­dy.

Nagle z da­le­ka do­biegł od­głos kopyt. Da­vrel uniósł wzrok i do­strzegł jeźdź­ca zmie­rza­ją­ce­go ku dwo­ro­wi – sa­mot­ne­go, w ciem­nym płasz­czu, bez eskor­ty. Męż­czy­zna trzy­mał się pro­sto w sio­dle, a siwy koń stą­pał pew­nie po wil­got­nej dro­dze. Gdy był już bli­żej, Da­vrel za­uwa­żył szczu­płą, po­cią­głą twarz, lekko po­si­wia­łe włosy i by­stre, czuj­ne spoj­rze­nie.

Jeź­dziec za­trzy­mał się przed bramą, zsiadł z konia i, nie pro­sząc o pomoc, sa­me­mu przy­wią­zał wodze do słup­ka.

– Pan Da­vrel Gris, jak mnie­mam? – za­py­tał tonem, w któ­rym uprzej­mość brzmia­ła bar­dziej jak obo­wią­zek niż przy­ja­zny gest.

– Zga­dza się – od­parł Da­vrel, pod­cho­dząc.

– Adam de Vrij, wójt Arven – Męż­czy­zna wy­cią­gnął dłoń; jego uścisk był silny, zde­cy­do­wa­ny. – Za­mie­rza­łem od­wie­dzić pana dużo wcze­śniej, ale cho­ro­ba po­krzy­żo­wa­ła moje plany.

Da­vrel ski­nął głową i za­pro­sił go­ścia ge­stem w stro­nę ławy sto­ją­cej w cie­niu sta­re­go je­sio­nu.

– Miło mi pana po­znać. Arven to spo­koj­ne miej­sce.

– I oby jak naj­dłu­żej takim po­zo­sta­ło – od­po­wie­dział de Vrij, sia­da­jąc. – Dzię­ku­ję za wino, po­pro­szę wodę – za­opo­no­wał, gdy Da­vrel chciał na­peł­nić mu kie­lich. – Je­stem w pracy – wy­ja­śnił. – A pan? Jak pan się urzą­dza?

Roz­ma­wia­li chwi­lę o od­bu­do­wie dworu i pracy ludzi. Wójt słu­chał z lek­kim dy­stan­sem, przy­ta­ku­jąc od czasu do czasu. W końcu za­py­tał:

– A jeśli wolno wie­dzieć – jakie ma pan plany wobec tego miej­sca? Z do­świad­cze­nia wiem, że czło­wiek bez za­ję­cia prę­dzej czy póź­niej za­czy­na się nu­dzić, a nuda to nie jest dobre to­wa­rzy­stwo dla mło­dych ludzi.

Da­vrel za­wa­hał się, jakby roz­wa­żał, ile po­wie­dzieć.

– Pla­nu­ję zająć się ho­dow­lą koni. Mam już kilka źre­biąt z Therm, ra­so­wych, do­brze się za­po­wia­da­ją.

Na twa­rzy wójta po­ja­wił się cień za­sko­cze­nia, może nawet uzna­nia.

– Konie – po­wtó­rzył po­wo­li, jakby sma­ko­wał to słowo. – Szla­chet­ne stwo­rze­nia. Kto po­tra­fi je zro­zu­mieć, po­tra­fi też zro­zu­mieć ludzi.

Da­vrel uniósł na niego wzrok, ale nic nie po­wie­dział. Ski­nął tylko lekko głową.

De Vrij spoj­rzał przed sie­bie, na pa­stwi­sko i ludzi przy pracy. Po chwi­li spu­ścił wzrok i jakby mi­mo­cho­dem po­wie­dział:

– Mam tylko na­dzie­ję, że nie okaże się pan tak nie­spo­koj­nym du­chem jak pań­ski oj­ciec – przez twarz wójta prze­mknął cień wspo­mnie­nia. – Sir Dun­can Gris był czło­wie­kiem o wiel­kich am­bi­cjach… i nie­spo­koj­nej na­tu­rze. Ni­g­dzie nie po­tra­fił za­grzać miej­sca. A my w Arven nie po­trze­bu­je­my awan­tur­ni­ków, szcze­gól­nie teraz, przed wi­zy­tą za­rząd­cy.

Da­vrel zmarsz­czył brwi. – Ja­kie­go za­rząd­cy? – za­py­tał za­sko­czo­ny.

Adam de Vrij spoj­rzał na niego z lekką iro­nią. – Widzę, że nie nad­ro­bił pan jesz­cze za­le­gło­ści. Po po­wo­ła­niu na na­miest­ni­ka Gar Ve­stings usta­no­wił w każ­dej z pię­ciu pro­win­cji Po­łu­dnia swo­ich za­rząd­ców. Ludzi, któ­rzy mają czu­wać nad po­rząd­kiem, po­dat­ka­mi i… lo­jal­no­ścią wobec Pół­no­cy – wy­ja­śnił. – Na­miest­nik, chcąc zy­skać po­par­cie lo­kal­nej lud­no­ści, zde­cy­do­wał się na wybór spo­śród miej­sco­wych.

– Mą­drze – wtrą­cił się Da­vrel.

– Mą­drze, ale wielu mu od­mó­wi­ło – kon­ty­nu­ował wójt. – Przed­sta­wi­cie­le sta­rych rodów nie chcie­li być po­są­dze­ni o przy­mie­rze z wro­giem. Choć chwa­li­my się swoją to­le­ran­cją, pewne tra­dy­cyj­ne war­to­ści nadal są na Po­łu­dniu bar­dzo ważne.

– Kto zatem zo­stał nowym za­rząd­cą Kade?

– W końcu wybór padł na Naira Wal­dro­na.

Da­vrel pod­niósł wzrok, w któ­rym po­ja­wił się błysk za­sko­cze­nia.

– Wal­dron? Jeśli do­brze pa­mię­tam, stary lord nie miał dzie­dzi­ca.

– To praw­da. – Wójt mówił spo­koj­nie, lecz z wy­czu­wal­ną re­zer­wą. – Nair jest jego bę­kar­tem. Stary Wal­dron opie­ko­wał się nim, lecz nigdy ofi­cjal­nie nie uznał go za syna. Do­pie­ro na­miest­nik nadał mu tytuł i wła­dzę, ku­pu­jąc w za­mian jego lo­jal­ność.

Szlach­cic ski­nął lekko głową w ge­ście za­chę­ca­ją­cym, by jego roz­mów­ca mówił dalej.

– Ale stare rody nie za­po­mi­na­ją. Dla nich Nair nadal jest tylko bę­kar­tem. A on o tym wie. I to pali go od środ­ka.

– A teraz przy­jeż­dża do Arven?

– Jest w trak­cie ob­jaz­du po pro­win­cji – wy­ja­śnił wójt po chwi­li. – Ma się za­trzy­mać także tutaj, w Arven. I chciał­bym wie­rzyć, że jego wi­zy­ta prze­bie­gnie spo­koj­nie. Zwłasz­cza, że mie­li­śmy też ostat­nio tro­chę kło­po­tów z gra­su­ją­cy­mi na dro­gach ban­dy­ta­mi.

Da­vrel spoj­rzał mu pro­sto w oczy.

– Nie za­mie­rzam spra­wiać kło­po­tów.

Adam de Vrij ski­nął głową z po­zor­nym za­do­wo­le­niem,

ale w jego spoj­rze­niu cza­iła się czuj­ność czło­wie­ka, który zbyt wiele razy wi­dział, jak lu­dzie skła­da­ją obiet­ni­ce, by wie­rzyć w nie bez za­strze­żeń.

– Oby tak było, panie Gris. Arven lubi spo­kój. Ale spo­kój bywa kru­chy. Wy­star­czy jeden fał­szy­wy krok, by prysł jak cien­ka war­stwa lodu.

Po tych sło­wach wójt wstał, otrze­pał płaszcz i po­że­gnał się krót­ko. Gdy od­jeż­dżał, Da­vrel długo pa­trzył za nim, aż jego syl­wet­ka znik­nę­ła za wzgó­rzem. Wiatr po­ru­szył li­ście je­sio­nu. Młody szlach­cic przez chwi­lę stał w mil­cze­niu, czu­jąc, że coś – nie­wi­dzial­ne jesz­cze, lecz nie­uchron­ne – za­czy­na­ło się po­ru­szać.

 

 

Ma­jo­we po­po­łu­dnie było cie­płe, ale nie le­ni­we – po­wie­trze pach­nia­ło świe­żym drew­nem, wap­nem i ży­wi­cą, bo ro­bot­ni­cy koń­czy­li od­bu­do­wę za­chod­nie­go skrzy­dła dworu. Da­vrel stał na dzie­dziń­cu, nagi od pasa w górę, z mie­czem w dłoni. Skóra na jego ra­mio­nach i tor­sie lśni­ła od potu, a każdy ruch był na­tu­ral­nie płyn­ny i pełen gra­cji, nie­mal ta­necz­ny – jakby nie tyle ćwi­czył, a przy­po­mi­nał sobie coś, co znał od za­wsze. Czar­ny miecz prze­ci­nał po­wie­trze z ci­chym świ­stem, raz po raz ude­rza­jąc w wy­ima­gi­no­wa­ne­go prze­ciw­ni­ka. Jego ciem­na stal wy­da­wa­ła się pić blask wio­sen­ne­go słoń­ca. Broń była cięż­ka, a mimo to zda­wa­ła się re­ago­wać na każdy im­puls myśli swo­je­go wła­ści­cie­la. Choć długo jej nie do­ty­kał, Da­vrel pa­mię­tał każdy ćwi­czo­ny ty­go­dnia­mi gest.

Za­trzy­mał się na mo­ment, by zła­pać od­dech, i oparł klin­gę o zie­mię. Prze­su­nął wzro­kiem po oko­li­cy – po­lach, pa­stwi­skach, kilku wo­zach przy szo­pie, wresz­cie po wą­skim trak­cie, który biegł ku po­łu­dnio­we­mu la­so­wi. W od­da­li do­strzegł dwie syl­wet­ki na ko­niach, su­ną­ce po­wo­li po ścież­ce. Zmru­żył oczy. Nawet z tej od­le­gło­ści roz­po­znał kasz­ta­no­we włosy Lysii i czar­ne loki mło­de­go Jacka Ro­bi­na. Na tle zie­lo­nych pól oraz błę­kit­ne­go nieba ich po­sta­ci two­rzy­ły iście sie­lan­ko­wy pej­zaż.

Nie za­sta­na­wia­jąc się długo, z uśmie­chem, w któ­rym było tyleż cie­ka­wo­ści, co czuj­no­ści, Da­vrel chwy­cił za wodze i do­siadł konia. Kilka chwil póź­niej znik­nął wśród drzew.

Las przy­jął go chłod­nym cie­niem i wonią wil­got­nej ziemi. Sły­szał śpiew pta­ków oraz cichy szmer po­bli­skie­go stru­my­ka. Wtem jego uszu do­bie­gły pod­nie­sio­ne głosy. Naj­pierw mę­skie, a potem ko­bie­cy. W miarę jak zbli­żał się do źró­dła tych dźwię­ków, tempo jego od­de­chu się uspo­ka­ja­ło, a zmy­sły wy­ostrza­ły. Nagle z przo­du do­biegł go krzyk – potem drugi, bar­dziej gniew­ny. Da­vrel zsiadł z konia i ru­szył pie­szo, stą­pa­jąc ostroż­nie po mchu i li­ściach.

Po kil­ku­na­stu kro­kach wresz­cie ich zo­ba­czył. Lysia sie­dzia­ła na koniu, obok niej Jack, a na­prze­ciw nich stało trzech ob­cych męż­czyzn o twar­dych, brud­nych twa­rzach czę­ścio­wo za­sło­nię­tych chu­s­ta­mi. W dło­niach mieli noże, a u pasów krót­kie mie­cze. Da­vrel usły­szał coś o kosz­tow­no­ściach i o ko­niach. Jeden z na­past­ni­ków, gru­bas z bli­zną cią­gną­cą się w po­przek czoła, ro­ze­śmiał się ochry­ple i, zbyt długo wpa­tru­jąc się w Lysię, rzu­cił coś, czego Da­vrel nie zro­zu­miał. Je­dy­nie Jack Robin drgnął ner­wo­wo. Jego ręka za­mar­ła jed­nak w po­ło­wie drogi po broń.

Ban­dy­ta pod­szedł do dziew­czy­ny, chwy­cił jej ramię i po­cią­gnął, jakby chciał zrzu­cić ją z sio­dła. Lysia od­ru­cho­wo od­su­nę­ła się, ale jego chwyt był zbyt mocny.

Wie­dzio­ny na­głym im­pul­sem, Da­vrel wy­sko­czył z krza­ków. W jed­nej chwi­li dy­stans mię­dzy nim a na­past­ni­kiem skró­cił się do kilku kro­ków – błysk ostrza, szarp­nię­cie ra­mie­nia i czar­ny miecz za­to­pił się w gar­dle ban­dy­ty z mięk­kim, nie­mal stłu­mio­nym cmok­nię­ciem. Struż­ka krwi ude­rzy­ła w po­wie­trze jak czer­wo­na nić, zanim męż­czy­zna runął na zie­mię, dła­wiąc się wła­snym od­de­chem.

Da­vrel, nie za­trzy­mu­jąc się, otwar­tą dło­nią ude­rzył w zad konia Lysii. Zwie­rzę za­rża­ło i ru­szy­ło z ko­py­ta, uno­sząc dziew­czy­nę z dala od sceny. – Ucie­kaj! – krzyk­nął, ale jego głos zo­stał nie­mal cał­ko­wi­cie za­głu­szo­ny przez tę­tent kopyt.

Dwaj po­zo­sta­li ban­dy­ci za­wa­ha­li się tylko na mo­ment, a potem rzu­ci­li się na niego. Pierw­szy z nich wy­ko­nał sze­ro­ki, nie­chluj­ny za­mach. Szlach­cic uchy­lił się płyn­nie i pchnął z fi­ne­zją – czar­ne ostrze prze­cię­ło brzuch na­past­ni­ka z taką ła­two­ścią, jakby roz­ci­na­ło tka­ni­nę. Drugi, wi­dząc to, zawył wście­kle i pró­bo­wał ude­rzyć z boku, lecz Da­vrel od­wró­cił się w miej­scu, jego klin­ga za­wi­ro­wa­ła i za­trzy­ma­ła się do­pie­ro po ze­tknię­ciu z ko­ścią. Ruch był chłod­ny i pre­cy­zyj­ny, nie­mal bez emo­cji. Ciało ostat­nie­go ban­dy­ty bez­wład­nie osu­nę­ło się na ścież­kę.

Cisza za­pa­dła na­tych­miast. Tylko sze­lest liści i cięż­kie od­de­chy prze­ry­wa­ły spo­kój lasu. Da­vrel stał chwi­lę nie­ru­cho­mo, z mie­czem wciąż w dłoni, jakby jego ciało jesz­cze nie zdą­ży­ło zro­zu­mieć, że walka do­bie­gła końca.

W końcu od­wró­cił się do wciąż sto­ją­ce­go w tym samym miej­scu Jacka. Młody Robin sie­dział na koniu z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, blady, z dło­nią ner­wo­wo za­ci­śnię­tą na nie­uży­tym mie­czu.

Da­vrel pod­szedł do niego po­wo­li, ocie­ra­jąc klin­gę z krwi.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał.

Mło­dzie­niec nie od­po­wie­dział od razu. W jego oczach mie­sza­ły się wstyd i gniew.

– Nie mo­głem… – za­czął, ale urwał w pół zda­nia. Zsiadł z konia.

Szlach­cic oj­cow­skim ge­stem po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu. – To nic złego, czuć strach. To on ra­tu­je życie.

Jed­nak Jack uni­kał jego spoj­rze­nia. Stał mil­czą­cy wpa­tru­jąc się w ciała trzech po­le­głych męż­czyzn.

– Znasz ich? – spy­tał Da­vrel, ostrzem mie­cza zsu­wa­jąc za­krwa­wio­ną chu­s­tę z twa­rzy naj­bliż­sze­go ban­dy­ty.

– Nie… chyba nie są stąd – wy­du­sił w końcu chło­pak.

Męż­czy­zna przyj­rzał mu się uważ­nie, potem spoj­rzał na ciała i scho­wał miecz do po­chwy.

– Nie mów ni­ko­mu o tym, co tu wi­dzia­łeś – po­wie­dział cicho, ale sta­now­czo. – Nie po­trze­bu­ję roz­gło­su. Arven też nie.

Ale Jack nie od­po­wie­dział. Pa­trzył tylko, jak Da­vrel od­cho­dzi w stro­nę swo­je­go konia, zaś na jego twa­rzy coraz wy­raź­niej ry­so­wał się kieł­ku­ją­cy w nim we­wnętrz­ny kon­flikt. W spoj­rze­niu, które po­słał od­jeż­dża­ją­ce­mu, mie­sza­ły się zra­nio­na duma, strach, za­zdrość i gniew.

 

Z no­wych po­sta­ci wy­stą­pi­li:

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Co do tytułu: czemu „początki” wielką literą? To jakaś nazwa?

Co do Przedmowy:

Po opublikowaniu opowiadania Powrót i otrzymanych komentarzach, zdecydowałem się napisać ciąg dalszy historii Davrela po powrocie do rodzinnego Arven. Ciekaw jestem Waszych opinii na temat tego tekstu, zwłaszcza, że do dopiero mój drugi, chociaż trochę dłuższy od poprzedniego. – tu wkradła się literówka, tworząca niepotrzebnie błąd ortograficzny, a poza tym ważne, czy trzeba znać część pierwszą (wspomniany „Powrót”), aby czytać ten – jak go sam nazwałeś – „ciąg dalszy historii”?

 

Ze spraw technicznych – wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przeanalizowania):

W tym fragmencie rozjechały się wersy:

Darion podszedł, uścisnął mu dłoń, a potem przyciągnął go do krótkiego, przyjacielskiego objęcia. Davrel szybko odnotował,

że przyjaciel zmienił się tylko nieznacznie, czas odcisnął na jego twarzy zaledwie kilka nowych bruzd.

 

Ale ta nazwa podoba się ludziom (przecinek?) a wino dobrze się sprzedaje.

 

Może połączyć razem, skoro padają po sobie, be żadnego rozdzielenia, dwie wypowiedzi Dariona (poniżej jest więcej takich fragmentów)?:

– Oczywiście, że nie – Darion roześmiał się porozumiewawczo. – Ale ta nazwa podoba się ludziom a wino dobrze się sprzedaje. Zresztą mieszkańcy Kade potrzebują takich symboli. Nastały trudne czasy.

– Pamiętasz wesele Lareta z naszej wioski? – zapytał nagle Darion. – To, kiedy mieliśmy po siedemnaście lat i ktoś – chyba ty – wlał spirytus do ponczu.

 

Tu znowu rozjechały się wersy (poniżej są jeszcze inne takie przykłady, zatem trzeba te fragmenty poprawić):

Davrel skinął głową. – Tak. Teraz już chyba nie ma takich

wesel, co?

 

– Bo nie wolno – powiedział cicho. – Północ uznała, że duże zgromadzenia budzą niepokój społeczny. – Zadrwił tonem urzędnika. – czy to zadrwienie nie było gębowe?

 

– Tylko (przecinek?) jeśli na nie pozwolimy – warknął tamten, a potem westchnął i dolał im wina.

 

Darion uśmiechnął się szerzej. – Dobrze cię widzieć, Dav. Naprawdę dobrze. – Pociągnął solidny łyk wina. – Wiesz, prawie się nie zmieniłeś. – powiedział przyglądając się twarzy przyjaciela. – błędny zapis dialogu? – poniżej jest jeszcze wiele przykładów, więc dialogi trzeba poprawić

Davrel bardzo dobrze wiedział (przecinek?) co jego towarzysz ma na myśli. Mimo, iż obaj byli już dobrze po trzydziestym roku życia, wyglądał na znacznie młodszego. Jego twarz pozbawiona była zmarszczek, a w krótkich jasnobrązowych włosach próżno było szukać siwizny. – powtórzenia?

Ale (przecinek?) gdy dotarli w okolice Arven, ich przywódca miał podobno zrozumieć, że to miejsce jest inne.

Davrel uniósł wzrok (przecinek?) po czym wskazał na nowo zakupiony od Antonina tom.

– Czasem (przecinek?) jak cię słucham, to myślę, że byłeś już wszędzie

i widziałeś wszystko.

Ich kopyta wzniecały kurz, a dźwięk ich biegu odbijał się od drewnianej palisady jak echo nowego początku. – powtórzenie?

Była odwrócona plecami (przecinek?) a promienie słońca tańczyły na jej kasztanowych włosach.

Było w niej coś, co trudno było uchwycić – lekkość ruchu i cień smutku w oczach, jakby każde jej spojrzenie pamiętało o czymś utraconym. – powtórzenie?

Błysk w jej oczach i błyskawiczna, jakby przygotowana specjalnie na tę chwilę odpowiedź: – styl/powtórzenie?

A w ogóle (przecinek przy Wołaczu?) pani, zechcesz zdradzić mi (przecinek?) z kim mam przyjemność?

To krótkie, wypowiedziane z pełną gracją i naturalnością zdanie (i tu?) wywołało między rozmówcami subtelne napięcie.

Po chwili, spomiędzy drzew wyłonił się jeździec – młody mężczyzna na gniadym koniu. – zbędny przecinek?

– Czy ten intruz Ci się naprasza, panienko? – syknął, kierując ostrze w stronę Davrela. – formy grzecznościowe w dialogach – małymi?

– Ach, zatem znasz się z Darionem – odparł spokojnie Davrel, a kąciki jego ust poruszyły się ledwie zauważalnie. – czy to nie jest to samo?

Dzisiaj Darion powiedział mi, że od jutra będę samodzielnie nadzorował południową część winnicy. To bardzo odpowiedzialna funkcja.

– Gratuluję – powiedział Davrel z lekkim uśmiechem, który tylko częściowo ukrywał jego rozbawienie młodzieńczą dumą chłopaka.– powtórzenie?

Od spotkania z Lysia minęły dwa dni. – literówka?

Davrel skinął lekko głową w geście zachęcającym (przecinek?) by jego rozmówca mówił dalej.

Wystarczy jeden fałszywy krok (przecinek?) by prysł jak cienka warstwa lodu.

Skóra na jego ramionach i torsie lśniła od potu, a każdy jego ruch był naturalnie płynny i pełen gracji, niemal taneczny – jakby nie tyle ćwiczył, co przypominał sobie coś, co znał od zawsze. – powtórzenia?

Jego oczy przesunęły się po okolicy – polach, pastwiskach, kilku wozach przy szopie, wreszcie po wąskim trakcie, który biegł ku południowemu lasowi. W oddali dostrzegł dwie sylwetki na koniach, przesuwające się powoli po ścieżce. – i tu?

Patrzył tylko, jak Davrel odchodzi w stronę swojego konia, zaś ma jego twarzy coraz wyraźniej rysował się kiełkujący w nim wewnętrzny konflikt. – literówka?

W spojrzeniu, które posłał odjeżdżającemu (przecinek?) mieszały się zraniona duma, strach, zazdrość i gniew.

 

Cóż, doczytane do końca, poprawiłam co mogłam, lecz niestety nigdzie nie znalazłam obiecanej fantastyki… Gdzie tu jest oznaczone przy wyborze kategorii „fantasy”? Tekst to kolejny fragment większej całości, a nie osobne opowiadanie.

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

 

Pecunia non olet

Ponownie dziękuję za uwagi. Naniosłem już większość poprawek, ale część chcę jeszcze sprawdzić. Co do oznaczenia ‘fantasy’, to ja rozumiem je w ten sposób, że jeśli akcja dzieje się w wyimaginowanym świecie, to to jest fantastyka. Ale jeśli jest jakaś węższa definicja, to chętnie ją poznam i zmienię oznaczenie. Tak samo, jak zrobiłem ze zmianą tagu ‘opowiadanie’ na ‘fragment’.

Rozumiem, to zawsze decyzja oraz wybór Autora. :) Skoro według Ciebie jest to świat fantasy – ok. :) 

Zmiana tagu jest natomiast o tyle istotna, że fragmenty nie mogą być objęte grafikiem ani nominowane. 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka