- Opowiadanie: TKII - III. Decyzje

III. Decyzje

Cześć, za­chę­cam Was do za­po­zna­nia się z dal­szy­mi przy­go­da­mi Da­vre­la, po jego po­wro­cie do ro­dzin­ne­go Arven. Ten roz­dział nosi tytuł “De­cy­zje”, po­nie­waż szlach­cic do­ko­nu­je w nim trzech wy­bo­rów, które istot­nie wpły­ną na jego dal­sze losy. Wy­da­je mi się, że to naj­sta­ran­niej przy­go­to­wa­na ze wszyst­kich do­tych­cza­so­wych czę­ści hi­sto­rii, cie­kaw je­stem jed­nak Wa­sze­go zda­nie. Po­przed­nie frag­men­ty zna­leźć można tutaj:

Po­wrót

Nowe po­cząt­ki
Dal­sza cześć hi­sto­rii: Kon­flikt

Oceny

III. Decyzje

Wbrew jego na­dzie­jom, plot­ka o star­ciu z ban­dy­ta­mi ro­ze­szła się po Arven szyb­ciej niż ogień po su­chym lesie. Jedni twier­dzi­li, że Da­vrel sa­mot­nie sta­nął prze­ciw­ko trzem roz­bój­ni­kom i zabił ich jak muchy. Inni, że był ich tuzin, a on oca­lał tylko cudem. Nie­któ­rzy do­da­wa­li nawet, że to sam los wziął go wtedy w opie­kę.

Da­vrel słu­chał tego z ro­sną­cym po­iry­to­wa­niem. Nie szu­kał roz­gło­su – nigdy go nie zno­sił. Ale im bar­dziej pró­bo­wał mil­cze­niem uci­szyć wie­ści, tym prę­dzej się nio­sły.

Na szczę­ście bar­dzo szyb­ko nawet ta hi­sto­ria prze­sta­ła bu­dzić emo­cje. Gdy w karcz­mie Pod Zło­tym Je­le­niem gruch­nę­ła no­wi­na o za­rę­czy­nach Da­rio­na Halla, lu­dzie mieli wresz­cie coś, co na­praw­dę nada­wa­ło się do plo­tek.

Da­rion się żeni! – szep­ta­no przy każ­dym stole, jakby był to cud, który na­le­ża­ło obejść do­oko­ła i do­tknąć, aby się upew­nić, że to praw­da. Zresz­tą w Arven rzad­ko dzia­ło się coś, co po­ru­sza­ło ludzi bar­dziej niż dobre we­se­le.

Wie­czo­rem Da­vrel i Mar­kus sie­dzie­li przy bocz­nym stole, z dala od naj­więk­sze­go gwaru. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach dymu, gorz­kie­go piwa i przy­pa­lo­ne­go chle­ba. Na ła­wach drze­ma­li już dwaj fur­ma­ni, a karcz­marz – stary, łysy jak ko­la­no Gerd – prze­le­wał piwo do gli­nia­nych kufli z miną czło­wie­ka, któ­re­go nic już nie zdzi­wi.

– Ku­pi­łem dziś dwa nowe źre­ba­ki – ode­zwał się Da­vrel, ob­ra­ca­jąc w dłoni kufel. – Z Therm. Czy­sta krew, dobry tem­pe­ra­ment.

– Ko­lej­ne? – Mar­kus par­sk­nął śmie­chem. – Jesz­cze tro­chę, a bę­dziesz wy­da­wał na konie wię­cej niż na je­dze­nie.

– Może i tak – od­parł spo­koj­nie szlach­cic. – Ale w od­róż­nie­niu od ludzi, konie to stwo­rze­nia, które słu­cha­ją, zanim za­re­agu­ją.

Mar­kus po­krę­cił głową, uno­sząc kufel. – Zatem za konie, co nie ga­da­ją.

Stuk­nę­li się kub­ka­mi. Piwo było cie­płe i gorz­ka­we, ale miało w sobie coś ko­ją­ce­go. Na ze­wnątrz za­pa­dał zmierzch, a przez brud­ne okna wpa­da­ły ostat­nie pasma ró­żo­we­go świa­tła.

Po pew­nym cza­sie drzwi karcz­my otwo­rzy­ły się z hu­kiem i do środ­ka wto­czy­ła się trój­ka męż­czyzn – gwar, śmiech, za­pach wina i chłod­ne­go po­wie­trza wy­peł­ni­ły izbę. Pierw­szy z nich, Da­rion Hall, szedł przo­dem, roz­cheł­sta­ny, z sze­ro­kim uśmie­chem i ru­mień­cem na twa­rzy. Za nim Jack Robin, po­włó­czą­cy no­ga­mi, z miną kogoś, kto już nie bar­dzo wie gdzie się znaj­du­je, i trze­ci, któ­re­go Da­vrel roz­po­znał do­pie­ro po chwi­li – Mar­tin Thys.

Ten ostat­ni wcho­dząc nie­mal po­tknął się o próg, ale szyb­ko od­zy­skał rów­no­wa­gę. Miał roz­bie­ga­ne spoj­rze­nie, ner­wo­wo po­pra­wiał man­kie­ty i mówił tak szyb­ko, jakby wciąż pró­bo­wał do­go­nić wła­sne myśli.

– Na wszyst­kich świę­tych… – mruk­nął Mar­kus. – Zo­bacz no, Dav, kogo tu dziś licho przy­nio­sło.

Da­rion do­strzegł ich przy stole i za­wo­łał z sze­ro­kim uśmie­chem:

– A więc to tutaj cho­wa­cie się przed świa­tem!

Jack ski­nął tylko głową i od­wró­cił wzrok. Da­vrel od­wza­jem­nił jego spoj­rze­nie, chłod­ne i krót­kie. Chło­pak mruk­nął coś pod nosem, po czym, nie tłu­ma­cząc się ni­ko­mu, wy­szedł z karcz­my, zo­sta­wia­jąc po sobie je­dy­nie echo trza­ska­ją­cych drzwi. Mar­tin chciał ru­szyć za nim, ale Da­rion go po­wstrzy­mał. Wzru­szył ra­mio­na­mi, jakby nie za­mie­rzał się tym przej­mo­wać.

– Niech idzie, mło­dość musi się wy­szu­mieć – rzu­cił i klep­nął Mar­ti­na po ple­cach. – Ale za to my też mamy powód do świę­to­wa­nia, co nie, Thys?

Na szczu­płej twa­rzy męż­czy­zny po­ja­wił się nie­pew­ny uśmiech. Da­vrel, po chwi­li wa­ha­nia, ski­nął im głową i za­pro­sił ich do stołu. Mar­kus prze­su­nął kufel, ro­biąc miej­sce.

– A więc jed­nak – po­wie­dział we­so­ło Da­vrel. – Mówią, że się że­nisz.

Da­rion od­chy­lił się na krze­śle i z roz­ma­chem stuk­nął ku­flem o blat. Piana prze­la­ła się przez kra­wędź. – Tak, żenię się! – oznaj­mił z bły­skiem w oku. – Wresz­cie ktoś po­wie­dział mi tak.

Mar­kus par­sk­nął śmie­chem.

– Cud się stał. I która oka­za­ła się taka od­waż­na?

– Agnes van Bom­mel – od­parł Da­rion, z dumą pro­stu­jąc plecy. – Córka kupca z Bree. Naj­ład­niej­sza dziew­czy­na pod słoń­cem.

– I pew­nie rów­nie bo­ga­ta jak ładna – mruk­nął Mar­kus.

Da­rion ro­ze­śmiał się sze­ro­ko, nie za­prze­cza­jąc. – A czy to w czymś prze­szka­dza? Po­wiem wam, że po­tra­fi li­czyć szyb­ciej niż jej oj­ciec, a to już coś.

Da­vrel uniósł kufel, kry­jąc uśmiech. – Wy­glą­da na to, że w końcu ktoś zna­lazł spo­sób, żeby cię uci­szyć, Da­rion.

Śmiech przy stole był szcze­ry i gło­śny, prze­ry­wa­ny stu­kiem kufli. At­mos­fe­ra za­czę­ła po­wo­li się roz­luź­niać – pra­wie jak daw­niej. Gdzieś wśród roz­mów i opa­rów piwa wró­ci­ła tamta bez­tro­ska sprzed lat, gdy życie wy­da­wa­ło się prost­sze zaś świat mniej­szy.

– A co z Jac­kiem? – za­gad­nął Mar­kus po chwi­li, gdy Da­rion się­gnął po ko­lej­ne piwo. – Ostat­nio wy­glą­da, jakby go coś gry­zło.

Od­po­wie­dział mu Mar­tin:

– Zdaje się, że przy­po­mniał sobie, że ma coś do za­ła­twie­nia.

Da­vrel spoj­rzał na niego py­ta­ją­co, ale ten już kon­ty­nu­ował z uzna­niem:

– Ten chło­pak jest na­praw­dę zdol­ny. I pra­co­wi­ty. Da­le­ko zaj­dzie.

Da­rion przy­tak­nął z lek­kim uśmie­chem. – I od­da­ny spra­wie. Bar­dzo od­da­ny.

Da­vrel uniósł brew. – Ja­kiej spra­wie?

Na mo­ment za­pa­dła cisza. W karcz­mie roz­legł się stuk ta­le­rzy, ktoś za­śmiał się przy są­sied­nim stole. Da­rion wy­mie­nił krót­kie spoj­rze­nie z Mar­ti­nem, po czym od­chrząk­nął.

– Nowy ga­tu­nek wina – po­wie­dział z uda­wa­ną swo­bo­dą. – Eks­pe­ry­men­tu­je­my tro­chę.

– Oczy­wi­ście – mruk­nął Da­vrel.

– A ty, Mar­tin? – ode­zwał się po chwi­li. – Co teraz ro­bisz? Pa­mię­tam jak świet­nie ra­dzi­łeś sobie z włócz­nią. Mar­tin Thys, je­dy­ny, który po­tra­fił do­rów­nać Tho­re­no­wi.

Męż­czy­zna za­śmiał się ner­wo­wo, a potem prze­cią­gnął dło­nią po krót­kich wło­sach w ko­lo­rze sza­re­go blon­du. – To były czasy… Teraz pro­wa­dzę księ­gi Da­rio­na, a moją bro­nią są pióro i pa­pier. I wierz­cie mi… też po­tra­fią być nie­bez­piecz­ne.

– Mądry wybór – przy­znał szlach­cic z uzna­niem. – Spo­kój to luk­sus, na który warto pra­co­wać.

– I rzad­ko kogo na niego stać – dodał pół­gło­sem Mar­kus.

Na chwi­lę wszy­scy za­mil­kli. Wokół sły­chać było tylko trzask drew­na w ko­min­ku i gwar roz­mów z są­sied­nich sto­łów. Cie­pło ognia od­bi­ja­ło się w ku­flach, w ich oczach, w krót­kim spo­ko­ju, który w tej chwi­li – choć kru­chy – wy­da­wał się jak naj­bar­dziej praw­dzi­wy.

Do­piw­szy ko­lej­ne piwo, Da­rion od­sta­wił pusty kufel i prze­cią­gnął się le­ni­wie, z za­do­wo­le­niem.

– A skoro już o ko­bie­tach mowa… – rzu­cił za­czep­nie. – Sły­sza­łem, że nasz Da­vrel smali cho­lew­ki do Lysii de Vrij. Praw­da to czy plot­ki?

Mar­kus par­sk­nął śmie­chem, a Mar­tin uniósł brew z uda­wa­ną po­wa­gą.

– Lysii? Córki Adama? – spy­tał.

Da­vrel zmarsz­czył brwi, za­sko­czo­ny. – Córka wójta? Nie wie­dzia­łem.

Da­rion aż opluł się ze śmie­chu. – Nie wie­dzia­łeś?! Na bogów, czło­wie­ku, całe Kade o tym wie!

– Wy­glą­da na to, że nie bywam w od­po­wied­nich krę­gach – od­parł lekko za­wsty­dzo­ny, z uśmie­chem uno­sząc kufel.

Mar­kus klep­nął go po ra­mie­niu. – Albo że zbyt rzad­ko by­wasz w karcz­mie.

– Może i tak.

– Ale przy­znaj, że coś w niej jest – cią­gnął Da­rion z upo­rem. – Taki ogień w oczach. I pew­ność sie­bie, jakby każdy chłop w pro­mie­niu pię­ciu mil ma­rzył tylko o niej.

– Bo i marzą – wtrą­cił się Mar­tin.

Da­vrel ro­ze­śmiał się cicho, krę­cąc głową. – Ko­bie­ty… za­wsze przy­no­szą kło­po­ty.

– O, i to mówi czło­wiek, który ostat­nio po­so­lił sobie her­ba­tę. Cie­ka­we o czym tak wtedy du­ma­łeś – wtrą­cił Mar­kus.

– Albo o kim – za­żar­to­wał Mar­tin, a wszy­scy znowu wy­buch­nę­li śmie­chem.

Da­rion, z już lekko za­mglo­nym spoj­rze­niem, uniósł palec. – Po­słu­chaj mojej rady, stary przy­ja­cie­lu. Ko­bie­ta do­brze ci zrobi. Ode­tchniesz. Prze­sta­niesz w końcu uda­wać, że nie pa­mię­tasz, jak to jest być szczę­śli­wym.

Da­vrel po­krę­cił głową, lecz nie za­prze­czył. Myśl o Lysii prze­mknę­ła przez jego umysł szyb­ciej, niżby chciał – jej śmiech, spoj­rze­nie, spo­sób, w jaki trzy­ma­ła wodze. Na ustach za­drgał mu cień uśmie­chu.

Mar­tin za­uwa­żył to i mruk­nął pod nosem:

– Wy­glą­da na to, że już za późno na rady.

Ho­dow­ca wi­no­ro­śli za­śmiał się, pod­niósł kufel i krzyk­nął:

– Za ko­bie­ty, które kom­pli­ku­ją życie!

– I za męż­czyzn, któ­rzy nie po­tra­fią bez tego żyć – dodał Mar­kus.

Na­czy­nia stuk­nę­ły się z głu­chym brzę­kiem.

Wie­czór prze­cią­gnął się nie­mal do rana. Ogień w ko­min­ku do­ga­sał, piwo lało się cien­kim stru­mie­niem, a śmiech brzmiał coraz ci­szej, coraz bar­dziej chra­pli­wie. Słowa plą­ta­ły się mię­dzy wspo­mnie­nia­mi i pół­sen­ny­mi żar­ta­mi.

Kiedy wy­szli na ze­wnątrz, po­wie­trze było chłod­ne, prze­sy­co­ne za­pa­chem dymu i wil­go­ci. Da­vrel pod­trzy­my­wał Da­rio­na, który po­ty­kał się o każdy ka­mień, a Mar­kus śmiał się pod nosem.

– Wiesz, Da­vrel… – beł­ko­tał Da­rion – …Agnes ma ku­zyn­kę. Też ładna. Może ci ją przed­sta­wię…

Da­vrel tylko wes­tchnął, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc śmiech.

– Le­piej zaj­mij się sobą, Da­rion.

– Już się zaj­mu­ję! – od­krzyk­nął trium­fal­nie. – W końcu się żenię!

Ich śmiech po­niósł się po pu­stych uli­cach Arven, zni­ka­jąc w ciem­no­ściach.

Mar­tin po­że­gnał się ski­nie­niem, ru­sza­jąc w stro­nę win­ni­cy, zaś Mar­kus od­pro­wa­dził Da­vre­la ka­wa­łek drogi, nim ro­ze­szli się każdy w swoją stro­nę.

Gdy szlach­cic wra­cał w stro­nę dworu, w gło­wie wciąż dźwię­cza­ły mu słowa przy­ja­ciół oraz echo ich śmie­chu. Mimo noc­ne­go chło­du uśmie­chał się pod nosem.

Nie wie­dział jesz­cze, że ten ma­jo­wy wie­czór – zwy­kły, cie­pły, pełen piwa i żar­tów – bę­dzie jed­nym z ostat­nich tak spo­koj­nych przez bar­dzo długi czas.

 

 

Po­ran­ne słoń­ce le­ni­wie wspi­na­ło się nad wzgó­rza­mi, roz­le­wa­jąc cie­pły blask po łą­kach i dro­dze pro­wa­dzą­cej ku wio­sce. Da­vrel szedł po­wo­li, z kap­tu­rem opusz­czo­nym nisko na czoło. Nie my­ślał o celu, ra­czej po­zwa­lał, by nogi same nio­sły go przed sie­bie. Od pa­mięt­nej nocy w go­spo­dzie minął już ponad ty­dzień, męż­czy­zna nadal czuł jed­nak lek­kie cie­pło wspo­mnień – rzad­ki, nie­mal za­po­mnia­ny ro­dzaj spo­ko­ju.

Dźwięk koń­skich kopyt wy­rwał go z za­my­śle­nia. Zza za­krę­tu wy­ło­ni­ła się Lysia, ja­dą­ca na siwym wierz­chow­cu, z wło­sa­mi roz­wia­ny­mi na wie­trze i uśmie­chem, który wy­da­wał się znać se­kret każ­dej drogi. Za­uwa­ży­ła go i ścią­gnę­ła wodze.

– Sir Gris! – za­wo­ła­ła z ra­do­snym za­sko­cze­niem. – Dokąd to tak wcze­śnie?

– Sam nie wiem – od­po­wie­dział, uno­sząc wzrok. – Lubię cza­sem po pro­stu bez celu po­spa­ce­ro­wać po oko­li­cy.

Dziew­czy­na ze­sko­czy­ła z konia z taką lek­ko­ścią, jakby ro­bi­ła to setki razy. Słoń­ce roz­świe­tli­ło jej twarz, a Da­vrel przez chwi­lę nie po­tra­fił ode­rwać od niej wzro­ku.

– To może cho­ciaż ka­wa­łek mnie od­pro­wa­dzisz? – za­py­ta­ła z fi­glar­nym bły­skiem w oku.

– Z przy­jem­no­ścią – od­parł. – Zresz­tą, i tak mia­łem na­dzie­ję, że cię spo­tkam.

Ru­szy­li po­wo­li obok sie­bie. Lysia pro­wa­dzi­ła konia za uzdę, a Da­vrel co jakiś czas rzu­cał szyb­kie spoj­rze­nia w stro­nę lasu.

– Kogo tak tam wy­pa­tru­jesz? – spy­ta­ła z lek­kim roz­ba­wie­niem. – Wy­glą­dasz, jak­byś spo­dzie­wał się, że jakiś ban­dy­ta znów mnie na­pad­nie.

– Może nie ban­dy­ta, ale pe­wien na­tręt – mruk­nął, uda­jąc po­wa­gę.

Jego to­wa­rzysz­ka par­sk­nę­ła śmie­chem. – Ach, więc o to cho­dzi! – po­krę­ci­ła głową. – Nie mu­sisz się mar­twić, Jack jest dla mnie jak młod­szy brat. Wiele nas łączy – do­da­ła po chwi­li. – Oboje stra­ci­li­śmy matki, gdy by­li­śmy jesz­cze dzieć­mi.

Da­vrel uśmiech­nął się krzy­wo, a w jego oczach po­ja­wił się cień iro­nii.

– Jak brat, po­wia­dasz? – rzu­cił tonem, w któ­rym po­brzmie­wa­ła lekka kpina. – Nie za­uwa­ży­łem, żeby pa­trzył na cie­bie jak na sio­strę.

Lysia unio­sła brwi, za­sko­czo­na, a po chwi­li jej usta wy­gię­ły się w za­czep­ny uśmiech.

– Czyż­byś był za­zdro­sny o ta­kie­go go­ło­wą­sa? – za­py­ta­ła z uda­wa­ną po­wa­gą, po­pra­wia­jąc nie­sfor­ny ko­smyk wło­sów, który spadł jej na czoło.

– Za­zdro­sny? – po­wtó­rzył Da­vrel, po­zwa­la­jąc sobie na pół­u­śmiech. – Nie. Ale cie­kaw je­stem, czy Jack wie jak go na­zy­wasz.

– Nie wie – przy­zna­ła z roz­ba­wie­niem. – I chyba le­piej, żeby tak zo­sta­ło.

Jej śmiech był lekki i dźwięcz­ny, niósł się po po­lnej dro­dze ni­czym echo daw­ne­go lata. Szli dalej po­wo­li, roz­ma­wia­jąc pół­żar­tem, pół­se­rio, a wy­po­wia­da­ne słowa coraz śmie­lej tań­czy­ły mię­dzy nimi.

Gdy do­tar­li do końca drogi, zza ogro­dze­nia wy­ło­nił się dom wójta – so­lid­ny, z za­dba­nym obej­ściem i krza­ka­mi róż pod oknem. Na ławie przed gan­kiem sie­dział Adam de Vrij: szczu­pła, po­cią­gła twarz, któ­rej nie dało po­my­lić się z żadną inną. Na widok przy­jezd­nych wy­pro­sto­wał się i po­słał Da­vre­lo­wi spoj­rze­nie tak prze­ni­kli­we, że ten przez mo­ment po­czuł się jak chło­piec przy­ła­pa­ny na kra­dzie­ży ja­błek z sadu są­sia­da.

Po­zdro­wił wójta lek­kim, grzecz­nym ski­nie­niem. Lysia uśmiech­nę­ła się nieco bez­rad­nie, jakby przy­wy­kła do oschło­ści ojca.

– Nie przej­muj się – szep­nę­ła. – On tak za­wsze.

– Wie­rzę – od­parł Da­vrel pół­gło­sem, uno­sząc kącik ust.

Przez chwi­lę w mil­cze­niu stali przy pło­cie. W końcu Lysia za­py­ta­ła:

– Sły­sza­łeś o za­rę­czy­nach Da­rio­na?

– Sły­sza­łem – przy­znał Da­vrel. – Wy­glą­da na to, że nasz przy­ja­ciel w końcu się ustat­ku­je.

– I co? – unio­sła brew z lek­kim uśmie­chem. – Wy­bie­rasz się na przy­ję­cie?

– Tak, pójdę – od­parł po chwi­li za­wa­ha­nia. – Ale tylko jeśli zgo­dzisz się iść ze mną.

Dziew­czy­na za­śmia­ła się cicho, mru­żąc oczy. – Cóż… chyba nie mogę od­mó­wić męż­czyź­nie, który ura­to­wał mi życie. Ale mam wa­ru­nek.

– Słu­cham.

– Za­ło­żysz tę samą ko­szu­lę, którą mia­łeś przy na­szym pierw­szym spo­tka­niu.

Teraz to Da­vrel ro­ze­śmiał się ser­decz­nie. – Jeśli to cię ucie­szy.

– A zatem je­ste­śmy umó­wie­ni. – Lysia skie­ro­wa­ła w stro­nę roz­mów­cy otwar­tą dłoń, a ten uści­snął ją z czu­ło­ścią. – Do wi­dze­nia, sir Gris.

– Do wi­dze­nia, Lysio.

Zo­stał jesz­cze chwi­lę na dro­dze, pa­trząc, jak znika za drzwia­mi. Potem ru­szył po­wo­li z po­wro­tem, a w jego kroku było coś lek­kie­go – jakby to krót­kie spo­tka­nie tchnę­ło w niego wię­cej życia niż cały mi­nio­ny ty­dzień.

 

 

Czerw­co­we po­po­łu­dnie było jasne i chłod­ne jak na tę porę roku, a po­wie­trze nio­sło ze sobą za­pach świe­żo sko­szo­nej trawy i mo­krej ziemi. Na ho­ry­zon­cie prze­my­ka­ły le­ni­we ob­ło­ki, roz­świe­tlo­ne zło­ty­mi smu­ga­mi słoń­ca. Da­vrel, sto­jąc przed lu­strem, do­pi­nał man­kie­ty nie­bie­skiej ko­szu­li – tej samej, którą miał na sobie pod­czas pierw­sze­go spo­tka­nia z Lysią. Ma­te­riał był już lekko spra­ny, z drob­ny­mi śla­da­mi na­praw przy ra­mie­niu, ale to tylko do­da­wa­ło jej uroku.

Spoj­rzał na sie­bie kry­tycz­nie, wy­gła­dził dło­nią ja­sno­brą­zo­we włosy i par­sk­nął pod nosem.

– A miech mnie… prze­cież to tylko przy­ję­cie – mruk­nął do swo­je­go od­bi­cia.

A jed­nak w jego ru­chach wi­docz­na była na­pię­ta ostroż­ność. Sam nie po­tra­fił na­zwać tego uczu­cia – może to przez myśl o Lysii, a może przez to, co od kilku dni czuł w po­wie­trzu: dziw­ny spo­kój, jak przed burzą.

Za­trzy­mał powóz przed domem wójta. Głów­na ulica Arven była pusta, sły­chać było tylko sze­lest liści i od­głos młota gdzieś w od­da­li. Już miał zejść z kozła, gdy zza lekko uchy­lo­ne­go okna do­bie­gły go stłu­mio­ne głosy.

Naj­pierw męski, ostry i sta­now­czy:

– Nie mie­szaj się do tego. Ruch oporu to nie za­ba­wa!

Da­vrel za­marł. W od­po­wie­dzi roz­brzmiał cich­szy, ko­bie­cy ton – roz­po­znał go na­tych­miast, choć nie do­sły­szał słów.

Zmarsz­czył brwi. Ruch oporu?

Zanim jed­nak zdą­żył po­my­śleć, co mo­gła­by zna­czyć, roz­mo­wa uci­chła, a za chwi­lę w ko­ry­ta­rzu roz­le­gły się lek­kie kroki.

Ze­sko­czył z wozu i za­pu­kał w twar­de, dę­bo­we drew­no. Drzwi otwo­rzy­ły się nie­mal na­tych­miast.

Lysia stała w progu, oto­czo­na po­ran­nym świa­tłem. Miała na sobie pro­stą, jasną suk­nię, w pasie prze­wią­za­ną cien­ką wstąż­ką, a włosy sple­cio­ne w war­kocz, w który wplo­tła błę­kit­ną ta­siem­kę – do­kład­nie w ko­lo­rze jego ko­szu­li. Na szyi błysz­czał jej drob­ny srebr­ny wi­sio­rek w kształ­cie ptaka z roz­po­star­ty­mi skrzy­dła­mi.

Da­vrel spoj­rzał na niego mi­mo­wol­nie, a Lysia, wi­dząc to, uśmiech­nę­ła się lekko.

– Pa­miąt­ka po matce – po­wie­dzia­ła ła­god­nie.

Kiedy wsia­da­li do po­wo­zu, zza drzwi dał się jesz­cze sły­szeć stuk kro­ków, jakby wójt chciał upew­nić się, że rze­czy­wi­ście od­je­cha­li. Da­vrel po­czuł na karku nie­przy­jem­ne ukłu­cie nie­po­ko­ju, ale szyb­ko je zi­gno­ro­wał. Ru­szy­li w stro­nę sie­dzi­by Da­rio­na. Przez dłuż­szą chwi­lę je­cha­li w ciszy, wdy­cha­jąc za­pach roz­grze­wa­ją­cych się pól.

W końcu to on prze­rwał mil­cze­nie.

– Sły­sza­łem, że Agnes po­cho­dzi z bo­ga­te­go rodu. Wiesz coś o jej ojcu?

– O Edwi­nie van Bom­me­lu? – Lysia spoj­rza­ła przed sie­bie.

– W za­sa­dzie tyle co wszy­scy. Jest jed­nym z naj­bo­gat­szych ludzi w Bree. To naj­więk­sza pro­win­cja No­we­go Po­łu­dnia a on skrzęt­nie wy­ko­rzy­stu­je jej cen­tral­ne po­ło­że­nie. A choć Bree sły­nie głów­nie z sera, – no wiesz, krowy, pa­stwi­ska, se­ro­war­nie – to van Bom­mel han­dlu­je nie tylko nim. Sprze­da­je wino, zboże, drew­no… wła­ści­wie wszyst­ko, co da się kupić. Mówią, że po­tra­fi za­ro­bić nawet na desz­czu.

– Brzmi jak ktoś, na kogo Da­rion po­wi­nien uwa­żać – mruk­nął Da­vrel.

– Ra­czej ktoś, kogo może po­dzi­wiać. W Bree liczy się spryt i pra­co­wi­tość. Van Bom­mel ma obie cechy.

– Jakoś nie po­tra­fię sobie wy­obra­zić Da­rio­na jako se­ro­wa­ra. – Da­vrel ro­ze­śmiał się krót­ko.

– W Bree wszyst­ko jest moż­li­we – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem Lysia.

Śmia­li się jesz­cze chwi­lę, aż przed nimi wy­ło­nił się dwór Da­rio­na, roz­świe­tlo­ny gir­lan­da­mi i świa­tła­mi la­tar­ni, tęt­nią­cy mu­zy­ką i śmie­chem gości. Wzdłuż sze­ro­kiej alei pro­wa­dzą­cej do głów­ne­go wej­ścia roz­sta­wio­no lam­pio­ny i roz­wie­szo­no wstąż­ki w ko­lo­rach domu van Bom­me­lów – zła­ma­nej bieli i głę­bo­kiej zie­le­ni. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach ja­śmi­nu i świe­żo roz­la­ne­go wina, a od stro­ny ogro­du do­la­ty­wa­ły dźwię­ki skrzy­piec i śmiech dzie­ci, które ra­do­śnie bie­ga­ły mię­dzy sto­ła­mi.

Da­vrel i Lysia za­trzy­ma­li się przed wej­ściem. Przez chwi­lę pa­trzy­li na gwar, mi­go­czą­ce świa­tła i roz­brzmie­wa­ją­ce roz­mo­wy, czu­jąc jakby zna­leź­li się w zu­peł­nie innym świe­cie. Dziew­czy­na z lek­kim zde­ner­wo­wa­niem po­pra­wi­ła włosy. W tym mo­men­cie z wnę­trza dworu wy­szedł Da­rion. Uśmie­chał się sze­ro­ko, roz­pro­mie­nio­ny i dumny, w ja­sno­zło­tej sza­cie i z kie­li­chem w dłoni.

– Da­vrel! Lysia! Na­resz­cie! – za­wo­łał, ści­ska­jąc ich ser­decz­nie. – Chodź­cie, po­zna­cie Agnes!

Przed nimi sta­nę­ła młoda ko­bie­ta o de­li­kat­nej, nie­mal ete­rycz­nej uro­dzie. Jej orze­cho­we oczy błysz­cza­ły cie­płem, zaś brą­zo­we włosy upię­te były luźno, tak, że kilka pasm spły­wa­ło na ra­mio­na. Skórę miała jasną, a na po­licz­kach roz­sia­ne drob­ne piegi. Uśmiech­nę­ła się do nich z sym­pa­tią.

– Sir Gris, to za­szczyt pana po­znać – po­wie­dzia­ła mięk­kim gło­sem. – Da­rion tyle o panu opo­wia­dał, że mam wra­że­nie, jak­bym znała pana od dawna.

Da­vrel ski­nął głową, pro­sząc by mó­wi­ła mu po imie­niu i wy­ra­ża­jąc na­dzie­ję, że może jed­nak nie wszyst­ko co na jego temat po­wie­dział jej na­rze­czo­ny było praw­dą. W duchu przy­znał zaś, że pro­sto­ta i na­tu­ral­ność Agnes van Bom­mel lekko go za­sko­czy­ły. Było w niej coś tak szcze­re­go, że na mo­ment za­po­mniał o wszyst­kich mę­czą­cych go od rana prze­czu­ciach. Także spo­sób w jaki pa­trzy­ła na Da­rio­na, pełen czu­ło­ści i na­dziei, wska­zy­wał na jej cał­ko­wi­te od­da­nie. Jed­no­cze­śnie, spo­glą­da­jąc na Agnes, Da­vrel mi­mo­wol­nie przy­po­mniał sobie matkę i ta myśl spra­wi­ła, że po­czuł in­stynk­tow­ną sym­pa­tię do sto­ją­cej przed nim ko­bie­ty.

– A to jest Lysia – wtrą­cił Da­rion, spo­glą­da­jąc z uśmie­chem na dziew­czy­nę. – Naj­dziel­niej­sza ko­bie­ta, jaką znam.

Agnes ro­ze­śmia­ła się lekko. – W takim razie mu­sisz mi kie­dyś opo­wie­dzieć o swo­ich przy­go­dach.

Lysia za­ró­żo­wi­ła się nie­znacz­nie. – To długa hi­sto­ria. Ale chyba z do­brym za­koń­cze­niem – do­da­ła, zer­ka­jąc na Da­vre­la.

We­szli do dworu. W środ­ku roz­brzmie­wał gwar roz­mów, uno­sił się za­pach pie­czo­nych po­traw i owo­co­we­go wina. Stół pod wiatą ugi­nał się pod cię­ża­rem je­dze­nia – pasz­te­ty, pie­czo­ne ryby, świe­że pie­czy­wo. Pół­mi­ski z se­ra­mi z Bree stały osob­no, tuż obok ka­deń­skich win. Da­vrel uśmiech­nął się pod nosem.

– Widzę, że se­ro­wa­rzy z Bree mają się do­brze – mruk­nął.

– Nie drwij – za­śmia­ła się Lysia. – To po­waż­ne rze­mio­sło.

– Oczy­wi­ście – od­parł z uda­wa­ną po­wa­gą. – Zwłasz­cza, jeśli ro­śnie przy nim for­tu­na.

Zna­leź­li swoje miej­sca przy stole, tuż obok Mar­ku­sa i He­le­ny. Cor­rin z Anną sie­dzie­li na­prze­ciw­ko, śmie­jąc się z ja­kie­goś żartu lekko już pod­pi­te­go Retha An­to­ni­na. Tho­ren, jak zwy­kle, ob­ser­wo­wał wszyst­kich z lek­kim dy­stan­sem, a Mar­tin po­ma­gał na­le­wać wino do kie­li­chów. Nieco dalej Da­vrel do­strzegł Jacka Ro­bi­na z młodą dziew­czy­ną o zło­tych wło­sach. Lysia po­ma­cha­ła im ra­do­śnie, jed­nak Da­vrel do­strzegł drob­ną zmia­nę w wy­ra­zie jej twa­rzy.

Szyb­ko od­wró­ci­ła się do niego i z uśmie­chem za­py­ta­ła:

– Po­wiedz, czy to nie miłe, że wszy­scy znowu są razem?

– Bar­dzo – przy­znał. – Ale jesz­cze mil­sze, że ty je­steś tu ze mną – od­po­wie­dział de­li­kat­nie mu­ska­jąc pod sto­łem jej dłoń.

Uśmiech­nę­ła się tylko, a srebr­ny ptak na jej szyi bły­snął raz jesz­cze w świe­tle wcze­sne­go po­po­łu­dnia.

Chwi­lę póź­niej do po­miesz­cze­nia wszedł Edwin van Bom­mel. Da­vrel roz­po­znał go nie­mal na­tych­miast. Był lekko otyły, ru­basz­ny, z twa­rzą czło­wie­ka, który lubi do­brze zjeść i jesz­cze le­piej za­ro­bić. Uśmie­chał się od ucha do ucha, ser­decz­nie po­kle­pu­jąc mi­ja­nych po dro­dze gości, a jego gło­śne żarty nio­sły się po sali bu­dząc ogól­ną we­so­łość. Je­dy­nie oczy, by­stre i ru­chli­we, zdra­dza­ły wy­traw­ne­go kupca, który za­wsze szuka oka­zji do in­te­re­su. Ge­stem dłoni po­zdro­wiw­szy kilku bie­siad­ni­ków, pod­szedł do Da­rio­na i Agnes, którą po­ca­ło­wał w czoło.

– No, wresz­cie zna­la­złaś chło­pa, co umie li­czyć szyb­ciej niż ty! – rzu­cił żar­to­bli­wie. 

Jed­nak mimo, iż to van Bom­mel sku­piał na sobie spoj­rze­nia więk­szo­ści gości, uwagę Da­vre­la bar­dziej zwró­cił inny, sto­ją­cy tuż za kup­cem, ele­ganc­ko ubra­ny męż­czy­zna. Miał chłod­ny wyraz oczu, a jego sta­ran­nie ogo­lo­na głowa błysz­cza­ła w świe­tle wi­szą­cej tuż nad nim oliw­nej lampy.

– Hej, Mar­kus! Wiesz kto stoi za van Bom­me­lem? – za­py­tał przy­ja­cie­la szlach­cic.

Cie­śla spoj­rzał we wska­za­nym kie­run­ku.

– To Lucas Si­lver, ho­dow­ca wina z po­łu­dnia pro­win­cji. Z tego, co sły­sza­łem, on i Da­rion za­cię­cie ry­wa­li­zu­ją w in­te­re­sach, ale pry­wat­nie są do­bry­mi przy­ja­ciół­mi.

– Nie wy­glą­da jakby cie­szył się, że tu jest.

– Może dla­te­go, że nie­daw­no zmar­ła mu żona. Trud­no w takim sta­nie cie­szyć się z cu­dze­go szczę­ścia – współ­czu­ją­co wy­ja­śnił Mar­kus.

W tym mo­men­cie po sali roz­niósł się cichy, acz wy­raź­ny dźwięk noża ude­rza­ją­ce­go o kie­lich. Da­rion wstał, twarz miał już lekko za­ró­żo­wio­ną od wina.

– Dro­dzy przy­ja­cie­le! – za­wo­łał. – Dzię­ku­ję, że je­ste­ście tutaj, by świę­to­wać naj­więk­szy cud w moim życiu – to, że ktoś wresz­cie wziął mnie na po­waż­nie!

Śmiech i brawa roz­la­ły się po sali, pod­czas gdy Da­rion kon­ty­nu­ował:

– Wy­pij­my więc za mi­łość, która przy­cho­dzi wtedy, gdy czło­wiek prze­sta­je jej szu­kać… i za przy­ja­ciół, któ­rzy przy­cho­dzą, nawet gdy nie są za­pro­sze­ni!

Kie­li­chy unio­sły się w górę, ktoś krzyk­nął: Zdro­wie na­rze­czo­nych!, a mu­zy­ka za­gra­ła gło­śniej. Da­vrel, uśmie­cha­jąc się pod nosem, wypił łyk wina i ro­zej­rzał się po sali. Mar­kus z He­le­ną szep­ta­li coś do sie­bie, Cor­rin pró­bo­wał prze­krzy­czeć lut­ni­stę, a Tho­ren ga­wę­dził z Re­them An­to­ni­nem o han­dlu że­la­zem.

Wtedy drzwi otwo­rzy­ły się po raz ko­lej­ny. Do sali, tym samym nieco zmę­czo­nym, ale pew­nym sie­bie kro­kiem, który Da­vrel pa­mię­tał z po­przed­nich spo­tkań, wszedł Adam de Vrij.

– Wy­bacz­cie spóź­nie­nie – po­wie­dział z cie­niem urzęd­ni­czej po­wa­gi. – Za­trzy­ma­ły mnie obo­wiąz­ki.

Da­rion z uśmie­chem pod­su­nął mu kie­lich.

– Obo­wiąz­ki obo­wiąz­ka­mi, ale wino cze­kać nie bę­dzie!

Od­po­wie­dzia­ła mu ko­lej­na salwa śmie­chu, pod­czas któ­rej Da­vrel bacz­nie przyj­rzał się wój­to­wi. Na jego twa­rzy nie było jed­nak widać nic poza kur­tu­azją.

W miarę jak przy­ję­cie na­bie­ra­ło tempa, rósł także wszech­obec­ny, ra­do­sny har­mi­der. Przy wej­ściu pach­nia­ło pie­czo­nym mię­sem, a nad ogro­dem uno­sił się lekki dym z pa­le­ni­ska, gdzie kilku chłop­ców do­glą­da­ło rożna. Pod­cho­dząc do stołu z se­ra­mi, Da­vrel po­my­ślał, że dawno nie wi­dział Arven tak roz­ra­do­wa­ne­go. Jego uwagę szyb­ko zwró­ci­ły jed­nak znaj­du­ją­ce się po dru­giej stro­nie stołu syl­wet­ki wójta i van Bom­me­la. Choć nie pla­no­wał pod­słu­chi­wać, mi­mo­wol­nie zro­bił krok w ich kie­run­ku.

– Pięk­na para, praw­da? – po­wie­dział ku­piec. – Pa­su­ją do sie­bie jak wino z Kade do sera z Bree! – Ro­ze­śmiał się do­no­śnie, aż kilku gości po­wtó­rzy­ło jego żart. – A Da­rion… chło­pak ma łeb na karku. Pra­co­wi­ty, zdol­ny – da­le­ko zaj­dzie!

Da­vrel uniósł brwi. Słowa van Bom­me­la od­bi­ły się w jego umy­śle ni­czym echo, nie po­tra­fił sobie jed­nak przy­po­mnieć gdzie i kiedy sły­szał już coś po­dob­ne­go.

– Poza tym lep­szy on niż ten Wasz bę­kart Wal­dron, który też krę­cił się koło mojej Agnes – dodał z lek­kim po­iry­to­wa­niem. – Ale teraz wró­cił już chyba do Kade więc może tu sobie kogoś znaj­dzie.

Adam de Vrij skrzy­wił się, a potem na­chy­lił się bli­żej kupca.

– A jak in­te­re­sy, panie van Bom­mel? I jak sy­tu­acja w Bree?

– No cóż… – wes­tchnął w za­my­śle­niu ku­piec. – W Bree to zu­peł­nie inny świat niż tutaj, w Kade – za­czął. – Na­miest­nik wy­brał na za­rząd­cę czło­wie­ka sła­be­go i bez do­świad­cze­nia, który bar­dziej niż po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji ceni sobie wy­god­ne krze­sła. Poza tym mamy Grona Thun­derc­lo­uda.

Wójt uniósł brwi i ski­nął głową na znak, by jego roz­mów­ca mówił dalej.

– Thun­derc­lo­udo­wie to stare na­zwi­sko – wy­ja­śnił Edwin. – A Gron to czło­wiek su­ro­wy, ale prawy. Nie znosi le­ni­stwa ani nie­po­rząd­ku. Nie darzy Pół­no­cy mi­ło­ścią, ale dzię­ki niemu w Bree pa­nu­je spo­kój. Za­rząd­ca boi się mu sprze­ci­wić, a kupcy mogą pra­co­wać bez stra­chu, że jutro wszyst­ko runie. Sta­bil­ność, panie de Vrij, to naj­lep­szy przy­ja­ciel han­dlu.

Pod­parł się na stole, jakby chciał pod­kre­ślić wagę swo­ich słów.

– Wi­dzisz pan, tam in­te­re­sy kwit­ną, a u was… cóż, ten cały ruchu oporu… – skrzy­wił się lekko. – De­sta­bi­li­za­cja, za­miast roz­wo­ju. Niech mi pan wie­rzy, w Bree nikt by na to nie po­zwo­lił.

De Vrij kiw­nął głową, a w jego oczach po­ja­wi­ła się jakby odro­bi­na smut­ku.

– Może Arven to mała mie­ści­na, ale nawet tu sły­sze­li­śmy o Thun­derc­lo­udach – rzu­cił z cie­niem uzna­nia w gło­sie.

Da­vrel, który przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie z dru­gie­go końca stołu, upił łyk wina i spoj­rzał w bok. Może rze­czy­wi­ście zbyt po­chop­nie osą­dził wójta. De Vrij wy­da­wał się ra­czej czło­wie­kiem ostroż­nym niż bun­tow­ni­czym. Od­su­nął się więc, ko­rzy­sta­jąc z chwi­li za­mie­sza­nia, i ro­zej­rzał się po sali.

Mu­zy­ka w tle przy­ci­chła, a przez otwar­te okna wla­ty­wał za­pach ogro­du. Da­vrel ru­szył w stro­nę wyj­ścia, szu­ka­jąc Lysii. Nie zna­la­zł­szy jej w gwar­nej sali, prze­szedł do holu. W po­miesz­cze­niu pa­no­wał pół­mrok, roz­świe­tlo­ny je­dy­nie kil­ko­ma lam­pa­mi sto­ją­cy­mi przy ścia­nach. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach wosku i ka­dzi­dła. Przy­sta­nął na mo­ment, po­zwa­la­jąc, by wzrok przy­zwy­cza­ił się do słab­sze­go świa­tła.

Wtem z ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą­ce­go ku scho­dom do­bie­gły go pod­nie­sio­ne głosy. Gdy zbli­żył się w ich stro­nę, zo­ba­czył Lysię i Da­rio­na. Dziew­czy­na stała z rę­ka­mi sple­cio­ny­mi na pier­siach, a na jej twa­rzy ma­lo­wa­ło się na­pię­cie. Da­rion mówił coś szyb­ko, żywo przy tym ge­sty­ku­lu­jąc, ale każde jego słowo wy­da­wa­ło się tylko bar­dziej iry­to­wać roz­mów­czy­nię.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał Da­vrel, sta­jąc kilka kro­ków od nich.

Lysia od­wró­ci­ła się na­tych­miast i po­sła­ła mu wdzięcz­ne, choć za­ra­zem lekko za­trwo­żo­ne spoj­rze­nie.

– Jak naj­bar­dziej. Po pro­stu… spie­ra­li­śmy się o pewną spra­wę z prze­szło­ści – od­par­ła, po czym uśmiech­nę­ła się z lek­kim przy­mu­sem. – Chodź, za­tańcz ze mną.

Zro­bi­ła krok w jego stro­nę, ale zanim zdą­ży­ła ująć go za rękę, głos Da­rio­na za­trzy­mał ich oboje.

– Za­cze­kaj, Dav – po­wie­dział spo­koj­nie, choć w jego gło­sie brzmia­ła nuta sta­now­czo­ści. – Chciał­bym z tobą po­roz­ma­wiać.

Lysia spoj­rza­ła na Da­vre­la, potem na Da­rio­na, jakby chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale w końcu tylko wes­tchnę­ła cięż­ko.

– Tylko nie zni­kaj­cie na długo – rzu­ci­ła pół­żar­tem, po czym ode­szła w stro­nę sali.

Da­rion ge­stem wska­zał Da­vre­lo­wi scho­dy, po czym ru­szył przo­dem. Wspi­na­jąc się na górę, sły­sze­li słab­ną­ce mu­zy­kę i roz­mo­wy.

Na pię­trze pa­no­wał spo­kój, za­kłó­ca­ny je­dy­nie skrzy­pie­niem pod­ło­gi i od­gło­sem wia­tru za oknem. Ho­dow­ca wi­no­ro­śli otwo­rzył drzwi do jed­ne­go z pokoi – nie­wiel­kie­go, urzą­dzo­ne­go skrom­nie, ale z klasą.

– Sły­sza­łem o twoim spo­tka­niu z ban­dy­ta­mi – za­czął Da­rion, od­wra­ca­jąc się do niego. – Jack mi po­wie­dział.

– To nic ta­kie­go. Każdy na moim miej­scu po­stą­pił­by tak samo.

– Ale nie każdy po­tra­fi się tak bić. – Da­rion uśmiech­nął się słabo. – Wi­dzisz, Dav… wszyst­ko, co zro­bi­łeś od swo­je­go po­wro­tu do Arven… Myślę, że za­słu­ży­łeś sobie na nasze za­ufa­nie.

Nasze? Masz na myśli sie­bie… Mar­ti­na i Jacka?

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział od razu. Pod­szedł do okna i od­chy­lił za­sło­nę. Na ze­wnątrz, w bla­sku lam­pio­nów, lu­dzie tań­czy­li, śmie­jąc się i wzno­sząc to­a­sty.

– Jest coś, o czym muszę ci po­wie­dzieć. Coś, co nie może wyjść poza ścia­ny tego po­ko­ju – Od­wró­cił się z po­wro­tem. – Prze­wo­dzę Zie­lo­nym Opoń­czom… – Po tych sło­wach zro­bił krót­ką pauzę, jakby chciał spraw­dzić jakie wra­że­nie wy­war­ły na jego roz­mów­cy.– Wi­dzisz, dla mnie to coś wię­cej niż tylko ruch oporu. To lu­dzie, któ­rzy mają dość ko­rup­cji, chci­wo­ści i prze­mo­cy. A przede wszyst­kim mają dość jarz­ma Pół­no­cy.

Da­vrel mil­czał, ale nie wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go.

– Chcesz, żebym do was do­łą­czył, praw­da? – za­py­tał w końcu.

– Tak – po­twier­dził krót­ko Da­rion. – Z two­imi umie­jęt­no­ścia­mi i moimi kon­tak­ta­mi mo­gli­by­śmy dużo osią­gnąć – mówił coraz szyb­ciej. – I nie cho­dzi wcale o za­bi­ja­nie. Cho­dzi o dzia­ła­nie, po­ka­za­nie, że nie każdy się boi. Że są tacy, któ­rzy wciąż pa­mię­ta­ją, czym była wol­ność.

– Wol­ność? – Da­vrel par­sk­nął cicho. – Nie po­wiesz mi chyba, że od pod­pa­le­nia kilku sto­dół lu­dzie nagle staną się wolni.

– A ty na­zwiesz wol­no­ścią mil­cze­nie, gdy Pół­noc pali nasze domy? – od­ciął się Da­rion. – Wró­ci­łeś, wi­dzisz co się dzie­je. Nie mów mi, że nie ob­cho­dzi cię nic poza wła­snym spo­ko­jem.

– Ob­cho­dzi mnie wię­cej, niż my­ślisz. – Głos Da­vre­la był cichy, ale twar­dy. – Dla­te­go nie wezmę w tym udzia­łu. Prze­moc rodzi je­dy­nie prze­moc. Z bro­nią w ręku nie da się zmie­nić świa­ta.

W po­miesz­cze­niu za­pa­dła cisza, w któ­rej sły­chać było je­dy­nie do­bie­ga­ją­cą zza okna mu­zy­kę.

Da­rion wes­tchnął, pod­szedł do okna i spoj­rzał na ciem­nie­ją­cy ogród.

– I nie zmie­nisz zda­nia?

– Nie.

– A mia­łem na­dzie­ję, że cię prze­ko­nam – mruk­nął. – Szko­da. – Od­wró­cił się, po czym spoj­rzał pro­sto w oczy przy­ja­cie­la. – My­śla­łem, że je­steś jed­nym z nas.

Da­vrel nie od­po­wie­dział. Otwo­rzył drzwi i wy­szedł, a mu­zy­ka z sali znów wy­peł­ni­ła mu uszy. Przez chwi­lę stał w ko­ry­ta­rzu, czu­jąc, jak w jego wnę­trzu ście­ra­ją się gniew i żal. Po­my­ślał, że świat wcale nie jest taki czar­no-bia­ły jakim widzi go jego przy­ja­ciel. Od­go­niw­szy tę myśl, szyb­ko ru­szył w dół scho­dów, szu­ka­jąc w tłu­mie Lysii – je­dy­nej osoby, która mogła na nowo przy­wró­cić mu spo­kój.

Nie mogąc zna­leźć dziew­czy­ny w głów­nej sali, Da­vrel wy­szedł na dzie­dzi­niec. Chłod­ne po­wie­trze ude­rzy­ło go w twarz.

W oświe­tlo­nym lam­pio­na­mi ogro­dzie sły­chać było śmiech i nio­są­cą się z wnę­trza dworu mu­zy­kę. Pró­bu­jąc uspo­ko­ić od­dech i myśli po roz­mo­wie z Da­rio­nem, szlach­cic za­trzy­mał się przy ka­mien­nym murze. Za­uwa­żył, że nie­da­le­ko, przy usta­wio­nej tar­czy, ze­brał się mały tłum ga­piów. Wśród ogól­ne­go po­ru­sze­nia, Lucas Si­lver na­pi­nał wła­śnie łuk. Jego ruchy były płyn­ne, nie­mal ele­ganc­kie, a gdy wy­pu­ścił strza­łę, ta z sy­kiem wbiła się w sam śro­dek celu. Ze­bra­ni wokół go­ście kla­snę­li z uzna­niem.

Z twa­rzą nadal na­pię­ta po po­przed­nim spo­tka­niu, Da­vrel pod­szedł bli­żej.

– Cał­kiem nie­zła ręka – rzu­cił z lek­kim uśmie­chem, w któ­rym po­brzmie­wa­ło wy­zwa­nie. – My chyba jesz­cze nie mie­li­śmy przy­jem­no­ści. Da­vrel Gris – przed­sta­wił się wy­cią­ga­jąc dłoń w stro­nę strzel­ca.

– Lucas Si­lver – męż­czy­zna od­wró­cił się i uniósł brwi, a w jego twa­rzy widać było lekką za­dzior­ność. – Dzia­dek był my­śli­wym, na­uczył mnie tego i owego.

– Zatem może mała ry­wa­li­za­cja? Strze­la­my na zmia­nę, po trzy strza­ły każdy.

– Czemu nie? Tar­cza jest twoja – Si­lver od­su­nął się odro­bi­nę, ro­biąc ry­wa­lo­wi miej­sce na wprost celu i podał mu łuk.

Da­vrel na­cią­gnął cię­ci­wę. Sku­pił wzrok, wy­pu­ścił od­dech, strze­lił – strza­ła tra­fi­ła w sam śro­dek. Kilka osób przy­kla­snę­ło. Lucas od­po­wie­dział pew­nym ru­chem, rów­nie cel­nie.

Drugi strzał Da­vre­la po­szedł odro­bi­nę niżej, tuż pod cen­trum. Lucas prze­strze­lił po­dob­nie, tyle, że nieco po­wy­żej środ­ka. Wśród pu­blicz­no­ści roz­legł się cichy szept, ktoś nawet za­krzyk­nął, że idą łeb w łeb.

Trze­cią strza­łę szlach­cic wy­pu­ścił z więk­szym sku­pie­niem. Lek­kie drgnie­cie dłoni, zbyt gwał­tow­ny wy­dech i grot wbił się nie­znacz­nie na lewo od środ­ka. Na mo­ment za­pa­dła cisza. Potem Lucas na­cią­gnął łuk, a wokół zro­bi­ło się jesz­cze ci­szej. Usta­wił się bo­kiem, przy­mknął jedno oko, wy­pu­ścił po­wie­trze i zwol­nił cię­ci­wę. Strza­ła z ci­chym trza­skiem wbiła się w śro­dek tar­czy.

Roz­le­gły się okla­ski i śmie­chy. Si­lver od­wró­cił się, ski­nął Da­vre­lo­wi głową, ale nie uniósł rąk w ge­ście trium­fu.

– Dobre strza­ły – po­wie­dział spo­koj­nie. – Wy­rów­na­ny po­je­dy­nek.

Da­vrel od­wza­jem­nił ski­nie­nie.

– Dziś nie jest mój dzień – od­parł. – Ale przy­znam, że było warto.

Przez chwi­lę obaj mil­cze­li, pa­trząc na tar­czę. Szlach­cic po­czuł, jak gniew, który palił go jesz­cze kilka chwil temu, ustę­pu­je miej­sca cze­muś lżej­sze­mu – może sym­pa­tii, a może po pro­stu sza­cun­ko­wi.

Lucas zbli­żył się do tar­czy, by wy­cią­gnąć strza­ły. Da­vrel pod­szedł do niego i po­mógł w mil­cze­niu. Za­uwa­żył, że drew­no wokół środ­ka było już dość mocno po­szar­pa­ne od ude­rzeń gro­tów.

– Dawno nie wi­dzia­łem, żeby ktoś tak strze­lał – przy­znał, po­da­jąc Si­lve­ro­wi jedną ze strzał.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się lekko.

– Na po­lo­wa­niu nie ma miej­sca na po­mył­ki.

Da­vrel ski­nął głową.

– Pew­nie dla­te­go tak spo­koj­nie trzy­masz łuk.

– Spo­kój to po­ło­wa suk­ce­su – od­parł ho­dow­ca wi­no­ro­śli, a po chwi­li za­wa­ha­nia dodał: – Tobie też go nie bra­ku­je. Ale dziś… chyba my­śla­mi byłeś gdzie in­dziej.

Da­vrel nie od­po­wie­dział. Wpa­try­wał się w tar­czę, jakby wi­dział w niej coś wię­cej niż tylko zbit­kę drew­na i ko­no­pi. W końcu wes­tchnął.

– Może i tak. Dzię­ku­ję za po­je­dy­nek. Po­trze­bo­wa­łem tego.

– Z przy­jem­no­ścią po­wtó­rzę – rzu­cił Lucas z uśmie­chem, po czym od­szedł w stro­nę ogro­du, zo­sta­wia­jąc Da­vre­la sa­me­go.

Męż­czy­zna ode­tchnął głę­bo­ko i z sil­nym po­sta­no­wie­niem, że teraz w końcu znaj­dzie Lysię wró­cił do sali. We­wnątrz było gło­śno, mu­zy­ka nio­sła się ponad sto­ła­mi, a po­wie­trze cięż­kie było od za­pa­chu je­dze­nia i dymu świec. W tłu­mie gości do­strzegł córkę wójta. Już miał ru­szyć w jej stro­nę, gdy drogę za­gro­dzi­ła mu rosła syl­wet­ka Edwi­na van Bom­me­la.

– Pan Da­vrel Gris, jak mnie­mam? – za­gad­nął, uno­sząc kie­lich. – Sły­sza­łem, że han­dlu­jesz końmi.

– To praw­da, za­ło­ży­łem w Arven ho­dow­lę. – od­parł szlach­cic z grzecz­nym uśmie­chem.

– Cie­ka­we za­ję­cie. – Edwin kiw­nął głową. – Ale po­wiedz, czy da się na tym do­brze za­ro­bić?

Da­vrel za­wa­hał się na mo­ment.

– Jesz­cze nie wiem. Do­pie­ro za­czy­nam.

Ku­piec par­sk­nął cicho, jakby ta wy­po­wiedź wy­star­cza­ją­co po­in­for­mo­wa­ła go o war­to­ści roz­mów­cy.

– Ach tak, ro­zu­miem. W takim razie życzę po­wo­dze­nia. – Wypił łyk wina i zaraz potem od­wró­cił się do in­ne­go go­ścia, zo­sta­wia­jąc Da­vre­la sa­me­mu sobie.

Męż­czy­zna ro­zej­rzał się po sali i znów zo­ba­czył Lysię. Stała przy jed­nym z fi­la­rów, w dłoni trzy­ma­ła kie­lich, a świa­tło lamp od­bi­ja­ło się w jej zie­lo­nych oczach. Zbli­żył się do niej z lek­kim uśmie­chem.

– Może za­tań­czy­my? – za­py­tał, po­chy­la­jąc lekko głowę.

Uśmiech­nę­ła się z wdzię­kiem i po­da­ła mu dłoń.

– Już my­śla­łam, że za­po­mnia­łeś.

Mu­zy­ka przy­ci­chła, potem roz­brzmia­ła nowa me­lo­dia – wol­niej­sza, ła­god­niej­sza. Da­vrel objął ją ostroż­nie, pro­wa­dząc w rytm in­stru­men­tów. Wy­czuł sub­tel­ny aro­mat jej wło­sów, świe­ży i czy­sty, jak las po desz­czu.

Tym­cza­sem przy jed­nym ze sto­li­ków w kącie sali sie­dział Jack Robin, a kie­lich z winem prze­chy­lał się nie­bez­piecz­nie w jego dłoni.

Pa­trzył na tań­czą­cych zmru­żo­ny­mi ocza­mi, a na jego twa­rzy igrał pół­u­śmiech – zbyt kwa­śny, by można było uznać go za przy­ja­ciel­ski.

Sie­dzą­ca obok niego dziew­czy­na pró­bo­wa­ła jesz­cze za­in­te­re­so­wać go roz­mo­wą, ale tylko zbył ją ge­stem dłoni. I wtedy jego spoj­rze­nie spo­czę­ło na Da­vre­lu i Lysii.

Tań­czy­li bli­sko sie­bie, a ich ruchy były płyn­ne, choć z da­le­ka da­wa­ło się rów­nież za­uwa­żyć de­li­kat­ną nie­zręcz­ność.

Męż­czy­zna czuł obok sie­bie cie­pło ciała part­ner­ki. Po­ru­sza­ła się lekko, z na­tu­ral­ną gra­cją, a jej spoj­rze­nie błysz­cza­ło pod wpły­wem lam­pio­nów i wy­pi­te­go wina.

– O co kłó­ci­li­ście się z Da­rio­nem? – za­py­tał cicho, gdy ich kroki zlały się z ryt­mem mu­zy­ki.

Uśmiech znik­nął z jej ust, a ciało na mo­ment ze­sztyw­nia­ło – Och, znasz go. On za­wsze we wszyst­kim musi mieć ostat­nie słowo. – od­par­ła, spusz­cza­jąc wzrok. – Opo­wiedz mi le­piej o Wscho­dzie. Jak tam jest? Po­dob­no wszyst­ko wy­glą­da ina­czej – lu­dzie, mia­sta, nawet ko­bie­ty.

– Ina­czej, to aku­rat praw­da – od­po­wie­dział, pa­trząc gdzieś ponad jej ra­mie­niem.

– A więc? – za­śmia­ła się, prze­krzy­wia­jąc głowę. – Mia­łeś tam wiele ko­biet?

– Ani jed­nej – od­parł spo­koj­nie.

Lysia unio­sła brew i uśmiech­nę­ła się mięk­ko.

– Nie wie­rzę – po czym ośmie­lo­na al­ko­ho­lem, z roz­ba­wie­niem w gło­sie i cie­niem pro­wo­ka­cji w spoj­rze­niu do­da­ła: – Czy to zna­czy, że wciąż je­steś pra­wicz­kiem?

Da­vrel spoj­rzał na nią z lek­kim roz­ba­wie­niem. – Nie. Mój pierw­szy raz był tu, w Arven. Jesz­cze przed znik­nię­ciem.

Na mo­ment za­mil­kła, pa­trząc mu w oczy, jakby pró­bo­wa­ła wy­czy­tać z nich coś, czego nie wy­po­wie­dział na głos. Potem, z lekko prze­kor­nym uśmie­chem, spy­ta­ła:

– I na­praw­dę żadna ko­bie­ta na Wscho­dzie ci się nie spodo­ba­ła?

Nie od­po­wie­dział od razu, a w jego spoj­rze­niu po­ja­wił się cień – wspo­mnie­nie, któ­re­go nie chciał przy­wo­ły­wać. Lysia przyj­rza­ła mu się ba­daw­czo.

– Kto to był? – za­py­ta­ła mięk­ko, ale w jej gło­sie po­brzmie­wa­ło na­pię­cie. – Mi chyba mo­żesz po­wie­dzieć? I czy była tak pięk­na jak ja?

Da­vrel spoj­rzał na nią bez słowa, po­chy­lił się i po­ca­ło­wał – gwał­tow­nie i z pasją, jakby chciał cho­ciaż na chwi­lę za­trzy­mać czas.

Dziew­czy­na za­mar­ła, po czym od­po­wie­dzia­ła na po­ca­łu­nek. Naj­pierw nie­pew­nie, potem z na­ra­sta­ją­cą na­mięt­no­ścią. Z każdą se­kun­dą coraz sil­niej czuła su­ro­wą szcze­rość trzy­ma­ją­ce­go ją w ob­ję­ciach męż­czy­zny. Mu­zy­ka, roz­mo­wy i śmie­chy wokół roz­pły­nę­ły się w tępym szu­mie, jakby świat na mo­ment prze­stał ist­nieć.

Nagle Da­vrel po­czuł szarp­nię­cie za ramię, a chwi­lę póź­niej – ude­rze­nie w twarz. Mocne, pi­ja­ne i pełne furii. Za­chwiał się i od­ru­cho­wo się­gnął do pasa, jed­nak czar­ny miecz zo­stał w domu. Pod­niósł wzrok i zo­ba­czył przed sobą Jacka Ro­bi­na.

Mło­dzie­niec stał z roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi, oczy miał prze­krwio­ne, a od­dech cięż­ki od gnie­wu i al­ko­ho­lu.

– Ty… – wy­sy­czał, wska­zu­jąc na Da­vre­la pal­cem. – Jak śmia­łeś ją tknąć!

Wokół za­pa­dła cisza. Kil­ko­ro gości od­wró­ci­ło głowy, a or­kie­stra nie­śmia­ło wstrzy­ma­ła grę.

– Jak śmia­łem? – po­wtó­rzył spo­koj­nie Da­vrel, ocie­ra­jąc krew z roz­cię­tych ust – Wy­da­je mi się, że Lysia sama może o sobie de­cy­do­wać.

Jack wark­nął i się­gnął po szpa­dę u pasa.

– Wy­zy­wam cię! – ryk­nął. – Na śmierć i życie!

Lysia od­su­nę­ła się o krok, blada, ale nikt nie za­re­ago­wał. W tym samym mo­men­cie drzwi sali otwo­rzy­ły się z hu­kiem a do środ­ka wbiegł mały Do­mi­nic Pu­rell, cały zzia­ja­ny i roz­go­rącz­ko­wa­ny.

– Nair Wal­dron! – za­wo­łał na całe gar­dło. – Nair Wal­dron przy­był do Arven!

 

 

W staj­ni pa­no­wał chłod­ny pół­mrok. Za­pach siana mie­szał się z wonią koń­skie­go potu i dymu z pa­le­ni­ska, które tliło się jesz­cze w rogu. Da­vrel prze­cią­gnął dło­nią po grzy­wie kasz­tan­ki, po­pra­wia­jąc jej kan­tar. Zwie­rzę par­sk­nę­ło cicho, jakby od­czy­tu­jąc jego na­strój.

Od przy­ję­cia w domu Da­rio­na mi­nę­ły dwa dni, lecz wspo­mnie­nia wciąż nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Przy­jazd za­rząd­cy wy­wo­łał wśród gości kon­ster­na­cję. Przez salę prze­szedł szmer, a gniew Jacka na mo­ment ustą­pił miej­sca zdu­mie­niu. Lysia spoj­rza­ła na Da­vre­la. W jej oczach tliło się coś no­we­go: nie­po­kój. Wójt od razu na­ka­zał przy­go­to­wać konia i po­śpiesz­nie ru­szył na spo­tka­nie z Wal­dro­nem, wcze­śniej ostrze­ga­jąc Da­vre­la i Ro­bi­na, iż w tej sy­tu­acji nie życzy sobie żad­nych głu­pot. Po tym jak znik­nął na dro­dze, mu­zy­ka jesz­cze przez chwi­lę pró­bo­wa­ła utrzy­mać po­zo­ry ra­do­ści, lecz go­ście szyb­ko ro­ze­szli się do domów. Od dwóch dni szlach­cic nie wi­dział rów­nież sa­me­go Jacka, za­ło­żył jed­nak, że po tym jak wy­trzeź­wiał, chło­pak zwy­czaj­nie po­rzu­cił po­mysł z po­je­dyn­kiem.

Da­vrel po­trzą­snął głową, jakby chciał od­pę­dzić tam­ten obraz. Odło­żył szczot­kę, prze­cią­gnął dło­nią po czo­ło­wym pasie uprzę­ży. Koń po­ru­szył uchem, spo­koj­ny, pewny jego do­ty­ku.

Nagle od stro­ny bramy wjaz­do­wej do­biegł go zgiełk – tupot kopyt, szczęk stali, pod­nie­sio­ne głosy. Męż­czy­zna wyj­rzał przez uchy­lo­ne drzwi. Na dzie­dzi­niec wje­cha­ło kilku jeźdź­ców w czar­nych i bur­gun­do­wych bar­wach. Na czele, na po­tęż­nym gnia­do­szu, sie­dział męż­czy­zna, któ­re­go syl­wet­ka na­tych­miast przy­cią­ga­ła wzrok.

Był wy­so­ki, bar­czy­sty, o krót­kich czar­nych wło­sach i bro­dzie przy­cię­tej w ostry szpic. Przez lewe oko bie­gła czar­na prze­pa­ska, a jego ciem­na zbro­ja po­ły­ski­wa­ła czer­wo­ny­mi ak­cen­ta­mi. U pasa wi­siał miecz o cięż­kiej głow­ni, a na ple­cach – topór.

Da­vrel od razu do­my­ślił się, kim jest przy­bysz.

– Sir Gris? – ode­zwał się jeden ze straż­ni­ków, zsia­da­jąc z konia. – Za­rząd­ca Nair Wal­dron pra­gnie z panem po­roz­ma­wiać.

Go­spo­darz otarł dło­nie o skó­rza­ny far­tuch i wy­szedł na­prze­ciw go­ścio­wi. Ry­cerz ze­sko­czył z sio­dła z gra­cją, ja­kiej Da­vrel nie spo­dzie­wał­by się po kimś o tak po­tęż­nej po­stu­rze.

– Więc to pan jest dzie­dzi­cem rodu Gris. – Głos miał głę­bo­ki, spo­koj­ny, ale cza­iła się w nim pew­ność kogoś, kto jest przy­zwy­cza­jo­ny do po­słu­chu. – Wiele o panu sły­sza­łem.

– Mam na­dzie­ję, że same dobre rze­czy – uprzej­mie od­parł Da­vrel.

Wal­dron uśmiech­nął się lekko, choć jego twarz nie zła­god­nia­ła ani na mo­ment.

– Za­le­ży, kto opo­wia­da. – Ski­nął głową w stro­nę koni sto­ją­cych w sta­jen­nych bok­sach. – Sły­sza­łem, że zna się pan na tych zwie­rzę­tach le­piej niż nie­je­den han­dlarz z Therm.

– Sta­ram się. – Da­vrel spoj­rzał na ru­ma­ka za­rząd­cy. – Pięk­ny okaz.

Wal­dron po­gła­dził wierz­chow­ca po szyi.

– Był pięk­ny. Teraz coraz czę­ściej od­ma­wia po­słu­szeń­stwa. Mój sta­jen­ny twier­dzi, że to sta­rość… – urwał i spoj­rzał py­ta­ją­co na go­spo­da­rza.

Szlach­cic ob­szedł konia, za­trzy­mał się przy ło­pat­ce, do­tknął jej lekko, potem spoj­rzał w oczy zwie­rzę­cia.

– Nie sta­rość. Zmę­cze­nie – stwier­dził po chwi­li. – Po­trze­bu­je wię­cej ruchu, świe­że­go po­wie­trza. I mniej smy­czy.

Wal­dron uniósł brew.

– Mniej smy­czy?

– Cza­sem wy­star­czy, żeby koń po­czuł, że jesz­cze może de­cy­do­wać o sobie. Ina­czej traci ducha.

Na twa­rzy Naira znów po­ja­wił się cień uśmie­chu.

– Duch – po­wtó­rzył to słowo tak, jakby ważył jego zna­cze­nie. – Po­do­ba mi się. Widać, że zna się pan na swo­jej pracy.

Da­vrel wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Każdy, kto spę­dził tro­chę czasu przy ko­niach, po­tra­fi to wy­czuć.

– Ale nie każdy po­tra­fi to na­zwać – od­parł Wal­dron, po­pra­wia­jąc rę­ka­wi­cę. – Widzę, że mamy po­dob­ne za­in­te­re­so­wa­nia.

Przez chwi­lę jesz­cze gła­dził grzy­wę swego konia, po czym znów ob­ró­cił się do roz­mów­cy.

– Wła­ści­wie – po­wie­dział – sądzę, że łączy nas coś wię­cej niż tylko upodo­ba­nie do koni.

Szlach­cić uniósł lekko brwi, cze­ka­jąc na roz­wi­nię­cie.

– Obaj – cią­gnął Nair – je­ste­śmy tu tro­chę jak obcy wśród swo­ich. – Za­trzy­mał na nim wzrok je­dy­ne­go oka, prze­ni­kli­wy, po­zba­wio­ny cie­nia ra­do­ści. – Ja, bo je­stem bę­kar­tem. Pan, bo wró­cił po la­tach do miej­sca, które już nie jest tym samym co kie­dyś.

– Być może – od­parł Da­vrel, za­cie­ka­wio­ny do czego zmie­rza jego gość.

– Praw­dę mó­wiąc, ro­zu­miem pana – mówił dalej Wal­dron, po­wo­li zdej­mu­jąc rę­ka­wi­cę. – To trud­ne, gdy czło­wiek pró­bu­je od­na­leźć swoje miej­sce wśród ludzi, któ­rzy nie wie­dzą, kim na­praw­dę jest.

Za­miast od­po­wie­dzi Da­vrel spoj­rzał na jego zbro­ję. Do­pie­ro teraz za­uwa­żył ema­lio­wa­ny herb na na­pier­śni­ku: czar­ny wilk z prze­pa­ską na oku.

Za­rząd­ca do­strzegł jego spoj­rze­nie.

– Widzi pan zmia­nę? – Uniósł pod­bró­dek z lekką dumą. – Dawny herb mo­je­go rodu przed­sta­wiał zwy­kłe­go wilka. Ten jest nowy. Mój.

Szlach­cic przyj­rzał mu się uważ­niej.

– Z prze­pa­ską, jak u pana.

– Tak. – Nair do­tknął rę­ka­wi­cą frag­men­tu zbroi. – Sym­bo­le muszą się zmie­niać, tak jak czasy i lu­dzie. Pół­noc zro­zu­mia­ła to już dawno. Tam nie ma miej­sca na sen­ty­men­ty. Wi­dzia­łem sto­li­cę – Kar­tha­lion – i po­wiem panu jedno: tam wszyst­ko kwit­nie, wszyst­ko się roz­wi­ja. Nowe ulice, nowe rze­mio­sło. A tutaj… – ro­zej­rzał się po dzie­dziń­cu, na któ­rym jego lu­dzie roz­przę­ga­li konie – Za­wsze to Po­łu­dnie było po­stę­po­we, ale teraz… Teraz gnu­śnie­je, tonąc w prze­szło­ści.

– Arven to nie sto­li­ca – od­parł spo­koj­nie Da­vrel. – Lu­dzie tu wolą pa­mię­tać, skąd po­cho­dzą.

– I wła­śnie dla­te­go stoją w miej­scu – Wal­dron mówił coraz ostrzej, choć wciąż bez uno­sze­nia głosu. – Tra­dy­cja to kaj­da­ny, panie Gris. Kaj­da­ny, które dawni możni sami sobie za­ło­ży­li, a teraz udają, że to klej­no­ty.

Da­vrel skrzy­żo­wał ręce na pier­si.

– Tra­dy­cja może krę­po­wać, ale bywa też ko­twi­cą. Dzię­ki niej wiemy, kim je­ste­śmy. Bez niej by­li­by­śmy je­dy­nie dry­fu­ją­cy­mi ło­dzia­mi.

Wal­dron mil­czał chwi­lę, po czym uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

– Mądre słowa, choć się z nimi nie zga­dzam. Ale sza­nu­ję pań­skie zda­nie, panie Gris. – Za­piął z po­wro­tem rę­ka­wi­cę i ski­nął głową, jakby chciał za­koń­czyć temat.

Przez mo­ment sły­sze­li tylko szum wia­tru w ko­ro­nach drzew i od­gło­sy koń­skich kopyt ude­rza­ją­cych o bruk.

– Wie pan… – dodał nagle, jakby pod wpły­wem chwi­li. – Sądzę, że mo­gli­by­śmy sobie pomóc.

Da­vrel spoj­rzał na niego py­ta­ją­co.

– Z po­par­ciem za­rząd­cy pań­ska stad­ni­na mo­gła­by roz­kwit­nąć – Nair mówił lekko, jakby od nie­chce­nia. – A ja w za­mian po­trze­bo­wał­bym tylko drob­nej przy­słu­gi.

– Ja­kiej?

– Prze­nik­nie pan do ruchu oporu. I po­mo­że mi znisz­czyć go od środ­ka.

– Skąd po­mysł, że w ogóle by mnie przy­ję­li?

Wal­dron przyj­rzał mu się ba­daw­czo.

– Myślę, że konie to nie je­dy­ny pana ta­lent.

Szlach­cic zmru­żył oczy.

– Przy­kro mi, ale nie in­te­re­su­ję się po­li­ty­ką – po­wie­dział po chwi­li na­my­słu.

Nair uśmiech­nął się krót­ko, po czym od­wró­cił się i jed­nym płyn­nym ru­chem wsko­czył na sio­dło.

– A co, jeśli to po­li­ty­ka za­czy­na in­te­re­so­wać się panem? – rzu­cił przez ramię, po czym ru­szył w stro­nę bramy.

Da­vrel pa­trzył za nim, aż czar­no-bur­gun­do­we syl­wet­ki znik­nę­ły w kurzu drogi. Czuł, że roz­mo­wa nie prze­bie­gła źle, mimo to ostat­nie słowa za­rząd­cy cały czas brzę­cza­ły mu w uszach.

 

 

Po­ra­nek był chłod­ny i wil­got­ny, po­wie­trze cięż­sze niż zwy­kle, jakby świat jesz­cze nie otrzą­snął się po desz­czu. Da­vrel wra­cał z dzie­dziń­ca, nio­sąc dwa puste worki na siano. Od kilku dni jego myśli wciąż krą­ży­ły wokół Naira Wal­dro­na – jego głosu, po­sta­wy, lu­stru­ją­ce­go spoj­rze­nia i czar­nej prze­pa­ski. A co, jeśli to po­li­ty­ka za­czy­na in­te­re­so­wać się panem?

Pró­bu­jąc zająć czymś głowę, sku­piał się na pro­stych czyn­no­ściach. Ko­niom koń­czy­ło się siano, ru­szył więc do sto­do­ły. Zamek w drzwiach za­skrzy­piał cicho, kiedy je pchnął. W środ­ku pa­no­wał pół­mrok a za­pach mo­kre­go siana mie­szał się z koń­skim potem. W ciszy sły­szał tylko wła­sne kroki i od­le­głe stu­ka­nie kopyt na dzie­dziń­cu. Przez szpa­ry w de­skach są­czy­ły się blade pasma świa­tła.

Gdy się­gnął po opie­ra­ją­ce się o belkę widły, Da­vrel usły­szał coś, co nie pa­so­wa­ło do pa­nu­ją­cej w po­miesz­cze­niu ciszy – gło­śne, prze­cią­głe chrap­nię­cie. Męż­czy­zna za­marł. Dźwięk do­cho­dził z końca sto­do­ły, z ciem­ne­go kąta, gdzie siano było naj­wy­żej uło­żo­ne. Ostroż­nie i prze­szedł kilka kro­ków, sta­wia­jąc stopy tak, by nie wy­da­wa­ły dźwię­ku.

Na po­sła­niu ze słomy leżał czło­wiek. Z bli­ska wy­glą­dał jak ktoś, komu trud­no przy­pi­sać ja­ki­kol­wiek wiek. Twarz miał znisz­czo­ną, po­ora­ną bruz­da­mi, a mimo pa­nu­ją­ce­go w po­miesz­cze­niu chło­du, po­licz­ki i czoło błysz­cza­ły mu od potu. Do tego tęga syl­wet­ka, sze­ro­kie ra­mio­na i brzuch jak becz­ka – cięż­ki, lecz twar­dy. W jego krót­ką, zmierz­wio­ną, ciem­no­brą­zo­wą brodę wplą­ta­ne były po­je­dyn­cze źdźbła siana. Na­to­miast mu­sku­lar­ne ręce z po­tęż­ny­mi dło­nia­mi przy­po­mi­na­ły ra­czej młoty niż ele­ment ludz­kie­go ciała. Jedna z nich spo­czy­wa­ła na brzu­chu, druga na ko­la­nie – sze­ro­ka, po­pę­ka­na, z gru­by­mi, zro­go­wa­cia­ły­mi pal­ca­mi. Całą swoją po­sta­cią przy­po­mi­nał tro­chę prze­ro­śnię­te­go kra­sno­lu­da.

Da­vrel przez chwi­lę są­dził, że to jakiś chłop, który za­snął po ro­bo­cie. Jed­nak coś w wy­glą­dzie męż­czy­zny wzbu­dzi­ło jego czuj­ność. Kiedy zro­bił jesz­cze jeden krok, in­truz nagle otwo­rzył oczy.

Po­cząt­ko­wo, jego spoj­rze­nie było mętne, ale w se­kun­dę na­bra­ło ostro­ści. Potem wszyst­ko wy­da­rzy­ło się nagle – ryk, błysk ruchu i cios. Pięść ude­rzy­ła Da­vre­la w brodę z taką siłą, że aż od­rzu­ci­ło go w tył. Wy­pu­ścił widły. W uszach mu za­dzwo­ni­ło, a świat przed ocza­mi na mo­ment po­ciem­niał.

Za­to­czył się, ude­rzył bar­kiem o słup i le­d­wie utrzy­mał rów­no­wa­gę. W ustach po­czuł me­ta­licz­ny smak krwi. Tym­cza­sem męż­czy­zna już ru­szał na niego, z sze­ro­ko roz­ło­żo­ny­mi ra­mio­na­mi, gotów zła­pać i zmiaż­dżyć.

Usko­czył w bok, a pięść prze­ciw­ni­ka prze­cię­ła po­wie­trze o włos od jego twa­rzy. Gdyby tra­fił, pew­nie zła­mał­by mu szczę­kę. Na­past­nik był szyb­ki jak na swoje ga­ba­ry­ty, ale jego cię­żar też robił swoje – po dru­gim cio­sie lekko się za­chwiał. Da­vrel sko­rzy­stał z chwi­li, omi­nął jego gardę i tra­fił w żebra. Cios głu­cho odbił się jed­nak od twar­de­go torsu nie­zna­jo­me­go. In­truz ryk­nął i chwy­cił go za kurt­kę, po­cią­ga­jąc z siłą, która wy­trą­ci­ła szlach­ci­ca z rów­no­wa­gi. Wzbi­ja­jąc tuman kurzu, padli razem na siano.

Przez mo­ment wa­li­li się na­wza­jem pię­ścia­mi, dziko i bez­myśl­nie – tylko in­stynkt, od­dech, na­pię­cie mię­śni. Nagle Da­vrel po­czuł, jak po­tęż­na dłoń za­ci­ska mu się na gar­dle. Za­czął się dusić. Ko­la­nem ude­rzył prze­ciw­ni­ka w bok. Raz. Potem drugi, moc­niej. Uścisk ze­lżał, wy­rwał się więc i prze­to­czył w bok. Szyb­ki unik, świst prze­ci­na­ne­go po­wie­trza i po­now­nie zna­leź­li się w zwar­ciu. Ich ra­mio­na zde­rzy­ły się z su­chym trza­skiem.

Do Da­vre­la za­czę­ło w końcu do­cie­rać, że tej walki nie wygra siłą. Cof­nął się więc, po­zwa­la­jąc prze­ciw­ni­ko­wi znów ru­szyć na­przód, i w ostat­nim mo­men­cie zro­bił unik, pod­sta­wia­jąc nogę. Tam­ten runął w siano z głu­chym ło­sko­tem. Da­vrel do­padł do niego i przy­sta­wił mu do gar­dła po­chwy­co­ne po dro­dze widły.

– Kim je­steś? – w gło­wie mu szu­mia­ło a w ustach czuł smak kurzu.

Obaj dy­sze­li cięż­ko. W ciszy, która nagle za­pa­dła, sły­chać było tylko świsz­czą­ce od­de­chy i od­le­głe par­sk­nię­cie koni w staj­ni.

– Kim je­steś i co tu ro­bisz? – po­wtó­rzył Da­vrel.

Męż­czy­zna od­wró­cił głowę, splu­nął krwią w bok.

– Pier­dol się – wy­chry­piał.

Da­vrel de­li­kat­nie do­ci­snął trzy­ma­ne na gar­dle in­tru­za widły i zmru­żył oczy. W świe­tle wpa­da­ją­cym przez szpa­ry w de­skach do­strzegł coś na dłoni męż­czy­zny – po ze­wnętrz­nej stro­nie, na mię­śniu mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym. Trzy wy­pa­lo­ne na skó­rze znaki: krop­ka, kre­ska, krop­ka.

– Znam ten sym­bol – po­wie­dział cicho. – Je­steś ska­zań­cem.

Męż­czy­zna par­sk­nął śmie­chem, choć brzmiał on bar­dziej jak ka­szel.

– Już nie. Ucie­kłem… Ko­pal­nie mie­dzi na Pół­no­cy…

Nie co­fa­jąc wideł, Da­vrel za­py­tał:

– Jak się na­zy­wasz?

– Aidan Wil­liams. – Usły­szał po chwi­li. – I mo­żesz mnie zabić, bo nie za­mie­rzam wra­cać.

– Wo­lisz zgi­nąć niż wró­cić do ko­pal­ni? – po­wtó­rzył za­sko­czo­ny szlach­cic.

– Tak. Nie wrócę tam. Wo­lał­bym zdech­nąć. – po­twier­dził nie­zna­jo­my.

Bez stra­chu spoj­rzał na Da­vre­la a w jego oczach od­ma­lo­wa­ły się ból i de­ter­mi­na­cja.

Szlach­cic mil­czał chwi­lę, pa­trząc na po­ko­na­ne­go in­tru­za. Był w tym czło­wie­ku jakiś upór, coś nie­okieł­zna­ne­go i su­ro­we­go, ale praw­dzi­we­go. Widać było, że dużo prze­szedł.

Da­vrel po­czuł dziw­ne ukłu­cie w sercu. Wra­ca­jąc do Arven sły­szał prze­ra­ża­ją­ce opo­wie­ści o pracy w ko­pal­niach Pół­no­cy. Po­dob­no ludzi gi­nę­li tam jak muchy. A jed­nak le­żą­cy przed nim teraz męż­czy­zna miał w sobie wy­star­cza­ją­co dużo siły nie tylko by prze­trwać, ale nawet uciec. Jego hart ducha i wola prze­trwa­nia ro­bi­ły wra­że­nie. Da­vrel nie po­tra­fił po­zo­stać obo­jęt­nym na tak nie­złom­ny cha­rak­ter.

– Masz szczę­ście – po­wie­dział w końcu i cof­nął widły. – Po­trze­bu­ję rąk do pracy.

Męż­czy­zna uniósł brew, po czym usiadł, wy­cie­ra­jąc krew z ust wierz­chem dłoni.

– I to już? Spo­ty­kasz w sto­do­le brud­ne­go włó­czę­gę i tak po pro­stu da­jesz mu ro­bo­tę?

– Jak się wy­ką­piesz nie bę­dziesz już brud­ny – od­parł Da­vrel spo­koj­nie. – Poza tym wy­glą­dasz na sil­ne­go.

Aidan za­śmiał się sucho.

– A ty za­wsze je­steś taki ufny? Skąd wiesz, że nie po­de­rżnę ci gar­dła we śnie?

– Przed chwi­lą pró­bo­wa­łeś i jakoś ci się nie udało.

– No to, że nie okrad­nę cię i nie zwie­ję?

Da­vrel spoj­rzał mu pro­sto w oczy.

– Jeśli to zro­bisz – po­wie­dział cicho – znaj­dę cię. I za­bi­ję.

Mię­dzy nimi za­pa­dła cisza. A potem były ska­za­niec pierw­szy raz na­praw­dę się uśmiech­nął.

– W po­rząd­ku. Umowa stoi.

Szlach­cic ski­nął głową.

– Aha, i jesz­cze jedno. Od dziś bę­dziesz nosił rę­ka­wi­ce. Za­wsze.

Aidan spoj­rzał na swoją dłoń z wy­pa­lo­nym zna­kiem, potem znów na Da­vre­la.

– Żebyś nie mu­siał się mnie wsty­dzić?

– Żebyś nie mu­siał tłu­ma­czyć. – Padła od­po­wiedź.

Męż­czy­zna ro­ze­śmiał się jesz­cze raz, cicho, z lekką chryp­ką.

– Dziw­ny z cie­bie czło­wiek. Od­waż­ny. Albo głupi. Sam jesz­cze nie wiem.

Da­vrel od­wró­cił się w stro­nę drzwi sto­do­ły.

– Zo­ba­czy­my się przy ro­bo­cie. Jutro o świ­cie cze­kaj na dzie­dziń­cu.

Zanim wy­szedł, obej­rzał się jesz­cze raz. Aidan sie­dział w sia­nie, roz­ma­so­wu­jąc żebra i uśmie­cha­jąc się do sie­bie pod nosem, jakby wła­śnie za­czy­nał nowy roz­dział życia – albo koń­czył po­przed­ni.

 

Z no­wych po­sta­ci wy­stą­pi­li:

 

 

Koniec
Nowa Fantastyka