Dzień dobry.
Z góry dziękuję za lekturę – mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony.
Dzień dobry.
Z góry dziękuję za lekturę – mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony.
Dziś są twoje trzydzieste dziewiąte śmierciny. Wiem z płyty grobowej. Siódmy maja. Kasztany w rozkwicie, pierwsze odważne trele ptaków, życie się odradza, że tak zażartuję. Zachodzę tu czasem do ciebie, siadam. Rzadko się odzywam. Nie chcę przeszkadzać. Znaczy się w myślach, w myślach mało do ciebie mówię. Na zewnątrz to wcale, nie jestem szalony. Dla ciebie dziwny, to z pewnością, ale nie szalony. Zresztą szalony to daleki od normy, a dziś to i norma sama od siebie daleka.
Teraz zrobię wyjątek. Śmierciny to dobra okazja. Przychodzę do ciebie od kilku miesięcy, zacząłem na poprzednią jesień. Pamiętam, pomyślałem, że ładnie ci orzechy wokół grobu naspadały. No proszę, wtedy spadały orzechy, a dziś przy innej okazji rozkwitają ci kasztany. Zbieg okoliczności, oczywiście, ale to moje dwa ulubione drzewa. Jedyne tak charakterystyczne, że nauczyłem się je rozpoznawać jeszcze w podstawówce. Potem niewiele już się o przyrodzie nauczyłem, jak tak teraz myślę. Może stąd te kasztany i orzechy.
Mało się do ciebie zwracam, bo nie wiem, czy słyszysz. I nie bardzo chcę przeszkadzać. Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że możesz słyszeć. W życiu bym nie pomyślał, ha! Ale dzisiaj już niczego nie jestem pewny. Jeżeli słyszysz, to przepraszam, że nachodzę. To jedna z niewielu ławeczek, jakie są w okolicy, akurat tu, przy twoim grobie. Inne nie bardzo się uchowały. Kiedy przysiadłem tu za pierwszym razem, starałem się zupełnie cię zignorować. Ławeczka, to o nią mi chodziło. A że przy grobie? Czym jest dziś stary, zapomniany grób. Dekoracją co najwyżej jak donica albo budką telefoniczną przy ulicy. Jest, bo jest, ale dopóki nie musisz podlać czy zadzwonić, to najwyżej potkniesz się spojrzeniem, otrzepiesz mrugnięciem i pójdziesz dalej.
Tylko że tak się nie da. Nie sposób tak usiąść przy grobie i nie spojrzeć na płytę, na pomnik. Na imię i nazwisko. Twoje na przykład, ładne, choć imienia nie znałem, pierwsze widzę. Ale tak to jest, że spojrzy człowiek na takie imię i nazwisko i już przepadł. Bo z tego to i zaraz wyłoni się jakaś twarz, mimika jakaś. I pytania o nie. A kiedy się uśmiecha, a kiedy krzywi w złości. Co lubi. Znaczy lubił, bo nie żyje.
W końcu tak wyszło, że chociaż nie za bardzo chciałem, to się odzywałem. Głównie o sobie.
Dużo głupot ci naopowiadałem, jak się nad tym zastanawiam. I chyba nie do końca byłem zawsze szczery. To głupie. Nawet w takiej sytuacji nie byłem do końca szczery, z tej durnej potrzeby, którą mieliśmy w sobie od zawsze. Dzisiaj będę.
Nie jest mi lekko. Chociaż nie byłem, oczywiście, u lekarza, to myślę, że mam depresję. Wstyd się przyznać. Za moich czasów się o tym nie mówiło. Ciekawe, jak za twoich? Prawie sto lat różnicy, niesamowite. Sto lat przede mną w Rosji stłumiono rewolucję. Mnóstwo, mnóstwo czasu.
Depresja. Jak już to nazwałem, to jest trochę łatwiej. Można spojrzeć na siebie z boku. Nabrać dystansu, zobaczyć sytuację, a nie w niej tonąć. Współczucia trochę dla siebie zdobyć. Tyle lat wyparcia, żebym wreszcie to dostrzegł. Głupi jestem.
Wpadłem z jednej pustki w drugą. Z początku można było się jeszcze okłamywać, nie zauważać. W końcu dużo się działo. Nowa sytuacja, to całe powstanie z martwych. Chyba ostatecznie nigdy ci o tym nie opowiedziałem. Sam niewiele rozumiem, już mówiłem, że w tych sprawach to ja zatrzymałem się na kasztanach i orzechach. Trochę poczytałem, bo przez jakiś czas działały jeszcze te wielkie wyświetlacze zastępujące prasę.
Stało się tak, że pewnego dnia wstaliśmy z martwych. Pierwsze, co pamiętam, to jak stoję nad dziurą w ziemi, podpisaną obok moim imieniem i nazwiskiem. Wokół stali inni, podobnie jak ja otumanieni. To nie jest sytuacja, którą łatwo sobie wyjaśnić. Patrzyłem na swoje ręce, na skórę w kolorze dojrzałych oliwek. Gdy dotarło do mnie, że tu i ówdzie dostrzegam płaty mięsa, a nawet kości, w pierwszej chwili spanikowałem. Potem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nie czuję bólu, nic właściwie nie czułem, więc nie mogło być tak źle.
W sąsiedniej alejce wywiązała się wtedy jakaś szarpanina, zatem poszedłem sobie. Nigdy nie przepadałem za przemocą i jak widać przeszło wiek pod ziemią nie zdołał tego zmienić.
Niewiele pamiętam o sobie sprzed Powstania – bo tak żywi nazywali ten dzień, jak się wkrótce dowiedziałem. Zostały mi raczej idee niż fakty. Ułożony, spokojny. Nie wiem, czym się zajmowałem, ale na pewno niczym szalonym.
Miałem żonę. Musiała Powstać przede mną lub po mnie, bo nie było jej na cmentarzu w chwili, gdy odzyskałem świadomość. A może była, tylko się nie rozpoznaliśmy. Zupełnie jej nie pamiętam, a o tym, że istniała, wiem tylko dlatego, że po jakimś czasie, gdy nieco się już uspokoiło, wróciłem na cmentarz i już spokojniejszy przeczytałem, co było na nagrobku. Sto lat leżeliśmy tam razem, a teraz grób był pusty. Rozejrzałem się po okolicy, ale nie dostrzegłem żywego ducha. Znaczy… Przepraszam, człowiek tyle lat nie żyje, a te naleciałości pozostały. Nikogo tam nie było. Przynajmniej z początku nikogo nie zauważyłem. Gdy bowiem ruszyłem cmentarną alejką, w krzyżującej się z nią uliczce dostrzegłem kobietę. Pamiętam, uderzyło mnie wtedy, że nawet nie jestem pewny, czy to moja żona. Wiedziałem, że ją miałem, ale nie miałem pojęcia, jak wyglądała. A może tego, że istniała, także byłem świadom tylko dzięki napisowi z pomnika?
Kobieta zatrzymała się. Nie wiem, czy na mój widok, czy na widok czegoś innego. W zachodzącym słońcu nie mogłem wyraźnie dostrzec jej twarzy. Stanęła jednak i ja też zdałem sobie sprawę, że stoję, próbując coś sobie przypomnieć lub chociaż upewnić się, czy coś czuję, czy jedynie wiem, że czuć coś powinienem.
Wiem, że przez myśl przebiegły mi obrazy. Ja z nią, snujący się po świecie. W mojej wyobraźni nie byliśmy rozkładającymi się ciałami, a parą zdrowych, żywych ludzi. Idących razem przez łąkę, grzejących stopy przy kominku, roześmianych w restauracji. Nie wiem, czy takie mieliśmy życie, ale takiego zapragnąłem. I to z pewnością było pragnienie.
Nagle usłyszałem, że ktoś się zbliża. Rozejrzałem się dookoła – wychodzili. Zza grobów i drzew, z bocznych alejek. Znów na nią spojrzałem. Na jej twarzy położyły się brzydkie cienie. W miejscu ust pojawiła się ciemna plama.
Wtedy zobaczyłem nas prawdziwymi, w sensie takimi, jakim ja teraz jestem. Zgniłymi, zjełczałymi ciałami, oglądającymi się co rusz za siebie. Nie zbliżającymi się do ognia, aby przez brak jakiegokolwiek czucia nie spalić się w płomieniach. Prawie nie rozmawiającymi, z obawy przed tematem, który musiałby się pojawić. Nie od razu to zrozumiałem, trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała. Dopiero potem zastanowiłem się nad tym nieco głębiej. Temat, który byłby nieunikniony, byłby jednocześnie tabu. Jak wyznanie uczuć przez parę kochanków, z których każde ma własną rodzinę. Tylko gorszym. Oj, znacznie gorszym.
Puściłem się biegiem, żeby uciec. Powiem uczciwie, że i od niej, i od tych myśli. Biegłem na przełaj, przez płot i jeszcze dalej ulicą. Potem, gdy dowiedziałem się więcej, zacząłem żałować każdego niepotrzebnego metra, który wówczas przebiegłem.
Ze strzępów informacji próbowałem odtworzyć szerszy obraz sytuacji. Pojawiały się różne teorie i chyba żadna nie znalazła ostatecznego potwierdzenia. Powstaliśmy tylko my, żyjący w określonym czasie. Wskazywano różne powody, najbardziej zapadły mi w pamięć dwa. Pierwszy, czyli jakiś lek lub szczepienie, które jako skutek uboczny zachowało nasze ciała i wybudziło je, gdy nadeszła pora. Jaka pora, na co? Chciałbym wiedzieć. Choć właściwie nie, nie chciałbym. Ty byś chciał, gdybyś był na moim miejscu?
Druga hipoteza dotyczyła robactwa. Zamiast nas zjeść, zakonserwowały.
Badania szybko się skończyły. Nie było komu dalej ich prowadzić. Nie ma opracowań dotyczących wzorców zachowań po Powstaniu, ale na własny użytek podzieliłem nas na trzy grupy.
O pierwszej grupie trochę już wspominałem. W pierwszych tygodniach musiałem się przed nimi kryć, bo co bardziej agresywni spośród nas wprowadzali porządki. W każdym razie próbowali. W dużej mierze to dzięki nim zacząłem rozumieć, że Powstanie nie jest na zawsze. Z jakichś powodów dostaliśmy określoną ilość energii, ale gdy się skończy, wracamy w nicość.
Żywi zniknęli szybko. Zaraz po nich zniknęli pogromcy. Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować. Niektórzy próbowali podjadać żywych, licząc chyba, że w ten sposób przejmą ich energię życiową, ale nic to nie dało.
Nawet kiedy zrobiło się bezpieczniej, nigdy już nie wróciłem na cmentarz, na którym Powstałem. Zrozumiałem, że to nie oprawców się bałem, lecz ponownego spotkania z tą kobietą. Strachem napawał mnie nie lęk przed pięściami i zębami, a przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły. Mnie uchroniły, w sensie.
Potrafię znormalizować się w głowie. Oswoiłem się z widokiem swoich dłoni, dziurami w ciele. Za to – gdy patrzę na innych, kiedy mijamy się z daleka… Inni wydają mi się ohydni. Prześlizguję się po nich wzrokiem, jak gdyby Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością. Niezręczną dla patrzącego, niepewnego jak się zachować ze swoim byciem sprawnym.
Wybacz, rozwlekam tę myśl, bo chyba obawiam się to nazwać nawet do ciebie. Do rzeczy. Chodzi o to, że nie potrafiłbym dotrzeć w rozmowie z kimś do pytania, kim się staliśmy. Gdyby kto inny mnie takim zdefiniował, to dopiero wtedy byłaby prawda.
Za dużo myślę o sobie. Opowiadałem, jak pogrupowałem Powstańców.
Druga grupa pojawiła się szybko i jeszcze szybciej zniknęła. To ci, którzy po zrozumieniu zasad tego wszystkiego, postanowili się wycofać. Przez mniej więcej tydzień, gdzie okiem sięgnąć, dało się dostrzec kogoś biegnącego. Już ich nie ma, dobiegli do swoich met. To przez nich wraca do mnie wspomnienie tamtej ucieczki z cmentarza i powraca uporczywe pytanie, jak wiele czasu wówczas straciłem.
Wreszcie trzecia grupa. Moja. Szwendamy się z dala od siebie, powoli. Niepewni, jak długo ta dziwna, utrzymująca martwe ciało na chodzie energia w nas pozostanie. Stawiamy kroki powoli, bo chociaż wiemy, co czeka po, to nie jesteśmy pewni, czy chcemy do tego wracać.
Późno już. Słońce nisko. Naprawdę mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłem.
Próbuję się pożegnać. Chcę otworzyć usta i powiedzieć coś, choćby krótkie będę szedł, pa, ale na zewnątrz wydobywają się tylko warknięcia. Przegniłe, nadgryzione robactwem i spulchnione wilgocią ciało podnosi się powoli, a ponadrywane mięśnie pieką bólem, gdy wstaję.
Idę. Nie żyj nam sto lat, hej.
Ciekawe (przecinek?) jak za twoich?
Zaraz po nich zniknęli ich pogromcy. Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować. – powtórzenie?
Strachem napawał mnie nie z lęk przed pięściami i zębami, a przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły. – literówka?
Za to (przecinek lub myślnik?) gdy patrzę na innych, kiedy mijamy się z daleka…
Prześlizguję się po nich wzrokiem, jak gdyby Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością. Niezręczną dla patrzącego, niepewnego jak się zachować ze swoim byciem sprawnym. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?
Przez mniej więcej tydzień (przecinek?) gdzie okiem sięgnąć, dało się dostrzec kogoś biegnącego.
Szwędamy się z dala od siebie, powoli. – rzadko używam, ale sprawdziłam i net mówi mi, że to ortograficzny?
Moim zdaniem wpisałeś się, Anonimie, w wymogi konkursowe wręcz w dwustu procentach. :) Dywagacje narratora są smutne, ale i bardzo trafne. Świetnie potrafimy sobie wyobrazić to, co, a także – kogo nam opisuje. :) Brawa za pomysł na tytuł oraz całkiem inne znaczenie pojęcia „Powstańcy”. :) I za wymowny koniec. :)
Kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)
Serdeczne dzięki za wizytę, bruce!
Wskazane błędy poprawione – mam nadzieję, że mieści się to w definicji “ścierania kurzy” z konkursowego regulaminu. Błąd ortograficzny mnie zawstydził, a jednocześnie wpisuję szwendanie do kanonu słów, których ortografia nie idzie ramię w ramię z tym, jak te słowa czuję. (Obok świeżego, które przez rz byłoby świeże dłużej!)
Szwendania także nie byłam pewna, musiałam sprawdzić. :)
Każdy popełnia błędy, oby tylko tak nieliczne, jak u Ciebie. :)
Pozdrawiam ciepło i również dziękuję. 

Witam!
Zaraz po nich zniknęli fpogromcy.
Coś się rozjechało albo zlało?
Na zewnątrz to wcale, nie jestem szalony.
Dziwnie się czyta z tym przecinkiem.
zastanowiłem się nad tym nieco bardziej
Kolokwialne. Lepszy związek frazeologiczny to głębiej – od analogii do “po głębszym zastanowieniu”
Napisane w pięknym, nastrojowym stylu. Podobała mi się i treść, i sposób budowania zdań. Dużo wzruszających momentów, realistyczne zdziwienie bohatera światem. W trakcie lektury wczuwałem się w narratora – co, biorąc pod uwagę jego opłakany stan, jest osiągnięciem – i jednocześnie wymogiem do imersji w przedstawiony świat.
Tekst ma szansę zostać w głowie na dłużej, niedopowiedzenia tylko zachęcają do zadawania sobie pytań. Czyta się i głową i sercem, czyli wywołuje uczucia, i nie jest to bynajmniej znużenie :)
Kliknąłem, ale wydaje mi się, że dużo klików może doprowadzić do ujawnienia autora, kiedyś było to dyskutowane – musiałbym wrócić do jednego z poprzednich konkursów.
Gratulacje za bardzo udany tekst!
Bardzo dziękuję za tak miłe słowa! Jest mi szalenie miło.
Przy okazji chętnie podejmę wątek kolokwializmów w narracji pierwszoosobowej. Absolutnie nie po to, żeby udowadniać, że tekst jest ok, tylko z czystej ciekawości – gdzie Twoim (a niech tam, Waszym) zdaniem leży granica pomiędzy błędem w tekście a pozwoleniem bohaterowi mówić jak człowiek, niedoskonale?
Oczywiście dobrym punktem wyjścia byłoby „autor ma świadomość, a błąd jest celowy” – czego w przywołanym przypadku zabrakło. Ale czy np. tekst musi być na tyle sugestywny, żeby czytelnik też zyskał świadomość, że to gra?
Przy okazji chętnie podejmę wątek kolokwializmów w narracji pierwszoosobowej. Absolutnie nie po to, żeby udowadniać, że tekst jest ok, tylko z czystej ciekawości – gdzie Twoim (a niech tam, Waszym) zdaniem leży granica pomiędzy błędem w tekście a pozwoleniem bohaterowi mówić jak człowiek, niedoskonale?
To płynna granica. :) Przyznam, że często muszę przy czytaniu zastanawiać się nad tą kwestią. :) Zazwyczaj po prostu dany bohater ciągle używa takich zwrotów i z czasem przywykam do tego, uznając dane określenia jako “swojskie” dla owego bohatera. Miałam np. początkowo podobny dylemat przy obecnym konkursie z opowiadaniem o dziadku – jest tam sporo takich właśnie sformułowań, nie wypisywałam ich zatem, bo w sumie całość jest opowieścią narratora, używającego… hmm… dość specyficznej formy językowej. :))
Pozdrawiam serdecznie. 
Dzięki za ten głos, bruce! Granica rzeczywiście jest płynna – łatwo chyba pójść o krok za daleko i zrobić z bohatera karykaturę poprzez jego idiolekt. :) Choć i tu wiele chyba zależy od kontekstu; mnie szczególnie „irytują” (zdecydowanie za mocne słowo) próby pokazania, że bohater jest prostym człowiekiem, poprzez to, że cały czas gdzieś przyszł i coś wziąściał.
Doskonale Cię rozumiem, Anonimie. :)
Dzięki, pozdrawiam ciepło. 
Odnośnie pytania: w opowiadaniu język bohatera oscyluje między codziennością a metaforą:
Przychodzę do ciebie od kilku miesięcy, zacząłem na poprzednią jesień. Pamiętam, pomyślałem, że ładnie ci orzechy wokół grobu naspadały.
To jest przykład fragmentu, w którym są kolokwializmy, składnia i gramatyka nieco kuleje, i co powie na to Tarnina? A jednak nie zaznaczałem tego jako błąd, tylko próbę zapisania myśli takich, jakimi są, łącznie z niedoskonałością gramatyczną.
Są też mniejsze grzeszki:
Mnie uchroniły, w sensie.
Metafory graniczące z kolokwializmem też:
Potrafię znormalizować się w głowie
Czy mi to przeszkadza? Kiedyś już napisałem i się tego trzymam: nie przeszkadza mi maniera pisarska, która definiuje styl, o ile mieści się w granicach poprawności. Tutaj się nie mieści (ewidentnie jest to “jazda bo bandzie”), ale też mi nie przeszkadza, ponieważ od początku widzę, że jest cechą tego opowiadania.
Ujmę to tak: gdybym miał przeczytać całą książkę tak napisaną, miałbym mieszane uczucia. Tutaj jest mały, zamknięty utwór, w którym owe kolokwializmy wydają się tak nienaruszalną częścią, że poprawianie ich nie ma sensu. Widzę w tym zamysł artystyczny, każde zdanie jest dla mnie zrozumiałe, mimo owych zgrzytów z poprawnością. Ma to swój urok.
To jeszcze jedno porównanie: jeśli opowiadanie ma tag “absurd” to nie będę rygorystycznie sprawdzał logiki (choć mogę sprawdzać technikalia).
Jeszcze przytoczę najładniejszy fragment:
Nie zbliżającymi się do ognia, aby przez brak jakiegokolwiek czucia nie spalić się w płomieniach. Prawie nie rozmawiającymi, z obawy przed tematem, który musiałby się pojawić. Nie od razu to zrozumiałem, trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała. Dopiero potem zastanowiłem się nad tym nieco bardziej. Temat, który byłby nieunikniony, byłby jednocześnie tabu. Jak wyznanie uczuć przez parę kochanków, z których każde ma własną rodzinę. Tylko gorszym. Oj, znacznie gorszym.
Jeśli ceną za przeczytanie tego są zgrzyty gramatyczno-składniowe i kolokwializmy – tak, chętnie ją zapłacę XD
Dzięki za tak obszerne odniesienie się do mojej rozkminy. :D Przekonany, śpieszę poprawić zastanowienie się bardziej na zastanowienie się głębiej. :)

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.
/Fryderyk II Wielki/
Oj, stresik. ;)

Fajne, jest odrobina humoru, są też sprawy ważne. Przypomniało mi troszkę “Cmentarne syreny” Marszawy.
Lubię opowiadania, gdzie mierzymy się z dialogiem wewnętrznym bohatera, są one ciekawe, chociaż trudno w nich nie popełnić błędów, szczególnie powtórzeń, jak “ci”, “ciebie”, “moje”, “twoje” etc. Jest kilka miejsc, które wybijały mnie z rytmu, marzan fajnie podsumował, zgadzam się z nim w pełni, ale… w opowiadaniach, które stoją dialogiem wewnętrznym, jak wspomniałem, ciężko jest zachować pełną poprawność, szczególnie jak chce się pisać dość luźno, a bohater to gawędziarz – tutaj takiego mamy. Więc o ile było sporo miejsc, które prawdopodobnie można było zapisać lepiej, to całość czytało mi się płynnie i przyjemnie.
Historia jest ciekawa, ma emocje, może troszkę brak stawki, ale to nie ten rodzaj opowiadania, żeby mi to przeszkadzało. Minus jaki widzę to przeciąganie, mam wrażenie, Anonimie, że starałeś się dobrnąć do limitu i lekko rozwadniałeś. Poza tym jestem usatysfakcjonowany. Podejrzewam też z kim mam do czynienia, ale to okaże się w wątku ze zgadywankami, czy miałem rację.
Z góry dziękuję za lekturę – mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony.
Nie, nie był to czas stracony :D
Kliknę. Pozdrawiam!
Dzień dobry.
Chciałby człowiek poznać opinie jurorów, a tu trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Michaelu, dzięki za lekturę! Nie pozostaje mi nic innego jak zgodzić się z Twoimi obserwacjami. Także z tą o rozwodnieniu – pierwsza wersja tekstu, która uważam, że była w punkt, miała 8k znaków. Można więc przyjąć, że 20% tekstu to walka o limit. Myślę, że udało mi się uniknąć totalnego wodolejstwa, ale fakt – nie jest aż tak gęsto, jak mogłoby być.
Podejrzewam też z kim mam do czynienia, ale to okaże się w wątku ze zgadywankami, czy miałem rację.
Zgadywanki mogą być równie emocjonujące co ogłoszenie wyników. ;)
Ładnie napisane.
Wydaje mi się, że tekst jest dojrzały. To nie tanie uganianie się zombiaków za żywymi z serii “zjem twój móóózg”, tylko próba wyjścia poza standardowy horror. Fajne słowo tytułowe.
I tak, zgadywanki IMO bardziej emocjonują niż wyniki. Każdy może mieć na to taki wpływ, jaki tylko chce. A wyniki fascynują głównie tę czołówkę, która spodziewa się podium.
Bardzo dziękuję, Finklo, za wizytę i miłe słowa! Cieszę się, że znalazłaś czas i chęci, żeby zajrzeć. :)
Ze słowa tytułowego wywodzi się cały pomysł na tekst, więc to dobrze, że zwraca uwagę w pozytywny sposób.
Urzekający, romantyczny filozof-zombie! Ot, prosta historia, ale wiele emocji.
Zastanawiam się tylko, czy on w końcu czuł ból czy nie?
Idę zaklikać do bliblioteki!
Dziękuję serdecznie!
Jestem świadom tego potknięcia logicznego – zakładałem, że nie czuje „zewnętrznego” bólu (ogniska), ale jest świadom bólu wynikającego z własnego rozpadu. Namiast może jest to nieco zbyt naciągane – wtedy chyba zostawiłbym scenę z rwącymi z bólu mięśniami, a jakimś innym obrazkiem zastąpił unikanie ognisk. Myślisz, Cytryno, że tędy droga?
Za klika serdecznie dziękuję, a błędu do rozstrzygnięcia konkursu nie poprawiam, bo jest bardziej znamienny niż brakujący przecinek. :)