- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Śmierciny

Śmierciny

Dzień dobry.

Z góry dzię­ku­ję za lek­tu­rę – mam na­dzie­ję, że nie bę­dzie to czas stra­co­ny.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Śmierciny

Dziś są twoje trzy­dzie­ste dzie­wią­te śmier­ci­ny. Wiem z płyty gro­bo­wej. Siód­my maja. Kasz­ta­ny w roz­kwi­cie, pierw­sze od­waż­ne trele pta­ków, życie się od­ra­dza, że tak za­żar­tu­ję. Za­cho­dzę tu cza­sem do cie­bie, sia­dam. Rzad­ko się od­zy­wam. Nie chcę prze­szka­dzać. Zna­czy się w my­ślach, w my­ślach mało do cie­bie mówię. Na ze­wnątrz to wcale, nie je­stem sza­lo­ny. Dla cie­bie dziw­ny, to z pew­no­ścią, ale nie sza­lo­ny. Zresz­tą sza­lo­ny to da­le­ki od normy, a dziś to i norma sama od sie­bie da­le­ka.

Teraz zro­bię wy­ją­tek. Śmier­ci­ny to dobra oka­zja. Przy­cho­dzę do cie­bie od kilku mie­się­cy, za­czą­łem na po­przed­nią je­sień. Pa­mię­tam, po­my­śla­łem, że ład­nie ci orze­chy wokół grobu na­spa­da­ły. No pro­szę, wtedy spa­da­ły orze­chy, a dziś przy innej oka­zji roz­kwi­ta­ją ci kasz­ta­ny. Zbieg oko­licz­no­ści, oczy­wi­ście, ale to moje dwa ulu­bio­ne drze­wa. Je­dy­ne tak cha­rak­te­ry­stycz­ne, że na­uczy­łem się je roz­po­zna­wać jesz­cze w pod­sta­wów­ce. Potem nie­wie­le już się o przy­ro­dzie na­uczy­łem, jak tak teraz myślę. Może stąd te kasz­ta­ny i orze­chy. 

Mało się do cie­bie zwra­cam, bo nie wiem, czy sły­szysz. I nie bar­dzo chcę prze­szka­dzać. Kie­dyś nigdy bym nie po­my­ślał, że mo­żesz sły­szeć. W życiu bym nie po­my­ślał, ha! Ale dzi­siaj już ni­cze­go nie je­stem pewny. Je­że­li sły­szysz, to prze­pra­szam, że na­cho­dzę. To jedna z nie­wie­lu ła­we­czek w oko­li­cy, aku­rat tu, przy twoim gro­bie. Inne nie bar­dzo się ucho­wa­ły. Kiedy przy­sia­dłem tu za pierw­szym razem, sta­ra­łem się zu­peł­nie nie zwracać na ciebie uwagi. Ła­wecz­ka, to o nią mi cho­dzi­ło. A że przy gro­bie? Czym jest dziś stary, za­po­mnia­ny grób. Dekoracją co najwyżej, jak donica, albo budką telefoniczną. Jest, bo jest, ale do­pó­ki nie mu­sisz pod­lać czy za­dzwo­nić, to naj­wy­żej po­tkniesz się spoj­rze­niem, otrze­piesz mru­gnię­ciem i pój­dziesz dalej.

Tylko że tak się nie da. Nie spo­sób tak usiąść przy gro­bie i nie spoj­rzeć na płytę, na po­mnik. Na imię i na­zwi­sko. Twoje na przy­kład, ładne, choć imie­nia nie zna­łem, pierw­sze widzę. Ale tak to jest, że spoj­rzy czło­wiek na takie imię i na­zwi­sko i już prze­padł. Bo z tego to i zaraz wy­ło­ni się jakaś twarz, mi­mi­ka jakaś. I py­ta­nia o nie. A kiedy się uśmie­cha, a kiedy krzy­wi w zło­ści. Co lubi. Zna­czy lubił, bo nie żyje.

W końcu tak wy­szło, że cho­ciaż nie za bar­dzo chcia­łem, to się od­zy­wa­łem. Głów­nie mówiłem o sobie.

Dużo głu­pot ci na­opo­wia­da­łem, jak się nad tym za­sta­na­wiam. I chyba nie do końca byłem za­wsze szcze­ry. To głu­pie. Nawet w ta­kiej sy­tu­acji nie byłem do końca szcze­ry, z tej dur­nej po­trze­by, która towarzyszy nam za­wsze. Dzi­siaj będę.

Nie jest mi lekko. Cho­ciaż nie byłem, oczy­wi­ście, u le­ka­rza, to myślę, że mam de­pre­sję. Wstyd się przy­znać. Za moich cza­sów się o tym nie mó­wi­ło. Cie­ka­we, jak za two­ich? Pra­wie sto lat róż­ni­cy, nie­sa­mo­wi­te. Sto lat przede mną w Rosji stłu­mio­no re­wo­lu­cję. Mnó­stwo, mnó­stwo czasu.

De­pre­sja. Jak już to na­zwa­łem, to jest tro­chę ła­twiej. Można spoj­rzeć na sie­bie z boku. Na­brać dy­stan­su, zo­ba­czyć sy­tu­ację, a nie w niej tonąć. Współ­czu­cia tro­chę dla sie­bie zdo­być. Tyle lat wy­par­cia, żebym wresz­cie to do­strzegł. Głupi je­stem. 

Wpa­dłem z jed­nej pust­ki w drugą. Z po­cząt­ku można było się jesz­cze okła­my­wać, nie za­uwa­żać. W końcu dużo się dzia­ło. Nowa sy­tu­acja, to całe po­wsta­nie z mar­twych. Chyba osta­tecz­nie nigdy ci o tym nie opo­wie­dzia­łem. Sam nie­wie­le ro­zu­miem, już mó­wi­łem, że w tych spra­wach to ja za­trzy­ma­łem się na kasz­ta­nach i orze­chach. Tro­chę po­czy­ta­łem, bo przez jakiś czas dzia­ła­ły jesz­cze te wiel­kie wy­świe­tla­cze za­stę­pu­ją­ce prasę. 

Stało się tak, że pew­ne­go dnia wsta­li­śmy z mar­twych. Pierw­sze, co pa­mię­tam, to jak stoję nad dziu­rą w ziemi, pod­pi­sa­ną na płycie obok moim imie­niem i na­zwi­skiem. Wokół stali inni, po­dob­nie jak ja otu­ma­nie­ni. To nie jest sy­tu­acja, którą łatwo sobie wy­ja­śnić. Pa­trzy­łem na swoje ręce, na skórę w ko­lo­rze doj­rza­łych oli­wek. Gdy do­tar­ło do mnie, że tu i ów­dzie do­strze­gam płaty mięsa, a nawet kości, w pierw­szej chwi­li spa­ni­ko­wa­łem. Potem zda­łem sobie spra­wę, że tak na­praw­dę nie czuję bólu, nic wła­ści­wie nie czu­łem, więc nie mogło być tak źle. 

W są­sied­niej alej­ce wy­wią­za­ła się wtedy jakaś szar­pa­ni­na, więc po­sze­dłem sobie. Nigdy nie prze­pa­da­łem za prze­mo­cą i, jak widać, prze­szło wiek pod zie­mią nie zdo­łał tego zmie­nić. 

Nie­wie­le pa­mię­tam o sobie sprzed Po­wsta­nia – bo tak żywi na­zy­wa­li ten dzień, jak się wkrót­ce do­wie­dzia­łem. Zo­sta­ły mi ra­czej idee niż fakty. Uło­żo­ny, spo­koj­ny. Nie wiem, czym się zaj­mo­wa­łem, ale na pewno ni­czym sza­lo­nym. 

Mia­łem żonę. Na pewno Po­wstała przede mną lub po mnie, bo nie było jej na cmen­ta­rzu w chwi­li, gdy od­zy­ska­łem świa­do­mość. A może była, tylko się nie roz­po­zna­li­śmy. Zu­peł­nie jej nie pa­mię­tam, a o tym, że ist­nia­ła, wiem tylko dla­te­go, że po ja­kimś cza­sie, gdy nieco się już uspo­ko­iło, wró­ci­łem na cmen­tarz i, już spo­koj­niej­szy, prze­czy­ta­łem, co było na na­grob­ku. Sto lat le­że­li­śmy tam razem, a teraz grób był pusty. Ro­zej­rza­łem się po oko­li­cy, ale nie do­strze­głem ży­we­go ducha. Zna­czy… Prze­pra­szam, czło­wiek tyle lat nie żyje, a te nawyki po­zo­sta­ły. Ni­ko­go tam nie było. Przy­naj­mniej z po­cząt­ku ni­ko­go nie za­uwa­ży­łem. Gdy bo­wiem ru­szy­łem cmen­tar­ną alej­ką, na krzy­żu­ją­cej się z nią ścieżce do­strze­głem ko­bie­tę. Pa­mię­tam, ude­rzy­ło mnie wtedy, że nawet nie je­stem pewny, czy to moja żona. Wie­dzia­łem, że ją mia­łem, ale nie mia­łem po­ję­cia, jak wy­glą­da­ła. A może tego, że ist­nia­ła, także byłem świa­dom tylko dzię­ki na­pi­so­wi z po­mni­ka? 

Ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się. Nie wiem, czy na mój widok, czy na widok cze­goś in­ne­go. W za­cho­dzą­cym słoń­cu nie widziałem dobrze jej twa­rzy. Sta­nę­ła jed­nak i ja też zda­łem sobie spra­wę, że stoję, pró­bu­jąc coś sobie przy­po­mnieć lub cho­ciaż upew­nić się, czy coś czuję, czy je­dy­nie wiem, że czuć coś po­wi­nie­nem. 

Wiem, że przez myśl prze­bie­gły mi ob­ra­zy. Ja z nią, snu­ją­cy się po świe­cie. W mojej wy­obraź­ni nie by­li­śmy roz­kła­da­ją­cy­mi się cia­ła­mi, a parą zdro­wych, ży­wych ludzi. Idą­cych razem przez łąkę, grze­ją­cych stopy przy ko­min­ku, ro­ze­śmia­nych w re­stau­ra­cji. Nie wiem, czy takie mie­li­śmy życie, ale ta­kie­go za­pra­gną­łem. I to z pew­no­ścią było pra­gnie­nie.

Nagle usły­sza­łem, że ktoś się zbli­ża. Ro­zej­rza­łem się do­oko­ła – wy­cho­dzi­li. Zza gro­bów i drzew, z bocz­nych ale­jek. Znów na nią spoj­rza­łem. Na jej twa­rzy po­ło­ży­ły się brzyd­kie cie­nie. W miej­scu ust po­ja­wi­ła się ciem­na plama.

Wtedy zo­ba­czy­łem nas naprawdę, w sen­sie, ta­ki­mi, jakim ja teraz je­stem. Zgni­ły­mi, zjeł­cza­ły­mi cia­ła­mi, oglą­da­ją­cy­mi się co rusz za sie­bie. Pra­wie nie roz­ma­wia­ją­cy­mi, z obawy przed te­ma­tem, który mu­siał­by się po­ja­wić. Nie od razu to zro­zu­mia­łem, tro­chę jakby z po­cząt­ku to pod­świa­do­mość mi pod­po­wia­da­ła. Do­pie­ro potem za­sta­no­wi­łem się nad tym nieco głę­biej. Temat, który byłby nie­unik­nio­ny, byłby jed­no­cze­śnie tabu. Jak wy­zna­nie uczuć między parą ko­chan­ków, z któ­rych każde ma wła­sną ro­dzi­nę. Tylko gor­szym. Oj, znacz­nie gor­szym.

Pu­ści­łem się bie­giem, żeby uciec. Po­wiem uczci­wie, że i od niej, i od tych myśli. Bie­głem na prze­łaj, przez płot i jesz­cze dalej ulicą. Potem, gdy do­wie­dzia­łem się wię­cej, pożałowałem każ­de­go nie­po­trzeb­ne­go metra, który wów­czas prze­bie­głem.

Ze strzę­pów in­for­ma­cji pró­bo­wa­łem od­two­rzyć szer­szy obraz sy­tu­acji. Po­ja­wia­ły się różne teo­rie i chyba żadna nie zna­la­zła osta­tecz­ne­go po­twier­dze­nia. Po­wsta­li­śmy tylko my, którzy żyliśmy w okre­ślo­nym cza­sie. Wska­zy­wa­no różne po­wo­dy, naj­bar­dziej za­pa­dły mi w pa­mięć dwa. Pierw­szy, czyli jakiś lek lub szcze­pie­nie, które jako sku­tek ubocz­ny za­cho­wa­ło nasze ciała i wy­bu­dzi­ło je, gdy na­de­szła pora. Jaka pora, na co? Chciał­bym wie­dzieć. Choć wła­ści­wie nie, nie chciał­bym. Ty byś chciał, gdy­byś był na moim miej­scu?

Druga hi­po­te­za do­ty­czy­ła ro­bac­twa. Za­miast nas zjeść, za­kon­ser­wo­wa­ło.

Ba­da­nia szyb­ko się skoń­czy­ły. Nie było komu ich dalej pro­wa­dzić. Nie ma opra­co­wań do­ty­czą­cych wzor­ców za­cho­wań po Po­wsta­niu, ale na wła­sny uży­tek po­dzie­li­łem nas na trzy grupy.

O pierw­szej gru­pie tro­chę już wspo­mi­na­łem. W pierw­szych ty­go­dniach mu­sia­łem się przed nimi kryć, bo co bar­dziej agre­syw­ni spo­śród nas wpro­wa­dza­li swoje po­rząd­ki. W każ­dym razie pró­bo­wa­li. W dużej mie­rze to dzię­ki nim zrozumiałem, że Po­wsta­nie nie jest na za­wsze. Z ja­kichś po­wo­dów do­sta­li­śmy okre­ślo­ną ilość ener­gii, ale gdy się skoń­czy, wra­ca­my w ni­cość.

Żywi znik­nę­li szyb­ko. Zaraz po nich znik­nę­li po­grom­cy. Uga­nia­nie się za ofia­ra­mi mu­sia­ło wiele ich kosz­to­wać. Nie­któ­rzy pró­bo­wa­li pod­ja­dać ży­wych, li­cząc chyba, że w ten spo­sób przej­mą ich ener­gię ży­cio­wą, ale nic to nie dało. 

Nawet kiedy zro­bi­ło się bez­piecz­niej, nigdy już nie wró­ci­łem na cmen­tarz, na któ­rym Po­wsta­łem. Zro­zu­mia­łem, że to nie opraw­ców się bałem, lecz po­now­ne­go spo­tka­nia z tą ko­bie­tą. Stra­chem na­pa­wał mnie nie lęk przed pię­ścia­mi i zę­ba­mi, a przed tym, od czego do­świad­cze­nia pię­ści nas uchro­ni­ły. Mnie uchro­ni­ły, w sen­sie.

Po­tra­fię znor­ma­li­zo­wać się w gło­wie. Oswo­iłem się z wi­do­kiem swo­ich dłoni, dziu­ra­mi w ciele. Za to – gdy pa­trzę na in­nych, kiedy mi­ja­my się z da­le­ka… Inni wy­da­ją mi się ohyd­ni. Prze­śli­zgu­ję się po nich wzro­kiem, jak gdyby Po­wsta­nie było nie­zręcz­ną nie­peł­no­spraw­no­ścią. Nie­zręcz­ną dla pa­trzą­ce­go, który nie wie, gdzie się podziać z własnym zdrowym ciałem.

Wy­bacz, roz­wle­kam tę myśl, bo chyba oba­wiam się to na­zwać nawet w rozmowie z tobą. Do rze­czy. Cho­dzi o to, że nie po­tra­fił­bym do­trzeć w roz­mo­wie z kimś do py­ta­nia, kim się sta­li­śmy. Gdyby kto inny mnie takim określił, to do­pie­ro wtedy by­ła­by praw­da.

Za dużo myślę o sobie. Opo­wia­da­łem, jak po­gru­po­wa­łem Po­wstań­ców.

Druga grupa po­ja­wi­ła się szyb­ko i jesz­cze szyb­ciej znik­nę­ła. To ci, któ­rzy po zro­zu­mie­niu zasad tego wszyst­kie­go, po­sta­no­wi­li się wy­co­fać. Przez mniej więcej tydzień, gdzie nie spojrzałeś, ktoś biegł. Już ich nie ma, do­bie­gli, każdy do swojej mety. To przez nich wraca do mnie wspomnienie tamtej ucieczki z cmentarza i uporczywe pytanie, ile czasu wtedy straciłem.

Wresz­cie trze­cia grupa. Moja. Szwen­da­my się z dala od sie­bie, po­wo­li. Nie­pew­ni, jak długo ta dziw­na, utrzy­mu­ją­ca mar­twe ciało na cho­dzie ener­gia w nas po­zo­sta­nie. Sta­wia­my kroki po­wo­li, bo cho­ciaż wiemy, co czeka po, to nie je­ste­śmy pewni, czy chce­my do tego wra­cać.

Późno już. Słoń­ce nisko. Na­praw­dę mam na­dzie­ję, że w ni­czym nie prze­szko­dzi­łem. 

Pró­bu­ję się po­że­gnać. Chcę otwo­rzyć usta i po­wie­dzieć coś, choć­by krót­kie będę szedł, pa, ale wychodzą mi tylko wark­nię­cia. Prze­gni­łe, nad­gry­zio­ne ro­bac­twem i rozpuchłe od wilgoci ciało pod­no­si się po­wo­li, a po­nadry­wa­ne mię­śnie pieką bólem, gdy wsta­ję. 

Idę. Nie żyj nam sto lat, hej.

Koniec

Komentarze

Ciekawe (przecinek?) jak za twoich?

Zaraz po nich zniknęli ich pogromcy. Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować. – powtórzenie?

Strachem napawał mnie nie z lęk przed pięściami i zębami, a przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły. – literówka?

Za to (przecinek lub myślnik?) gdy patrzę na innych, kiedy mijamy się z daleka…

Prześlizguję się po nich wzrokiem, jak gdyby Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością. Niezręczną dla patrzącego, niepewnego jak się zachować ze swoim byciem sprawnym. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

Przez mniej więcej tydzień (przecinek?) gdzie okiem sięgnąć, dało się dostrzec kogoś biegnącego.

Szwędamy się z dala od siebie, powoli. – rzadko używam, ale sprawdziłam i net mówi mi, że to ortograficzny?

 

Moim zdaniem wpisałeś się, Anonimie, w wymogi konkursowe wręcz w dwustu procentach. :) Dywagacje narratora są smutne, ale i bardzo trafne. Świetnie potrafimy sobie wyobrazić to, co, a także – kogo nam opisuje. :) Brawa za pomysł na tytuł oraz całkiem inne znaczenie pojęcia „Powstańcy”. :) I za wymowny koniec. :) 

 

Kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)

Serdeczne dzięki za wizytę, bruce

Wskazane błędy poprawione – mam nadzieję, że mieści się to w definicji “ścierania kurzy” z konkursowego regulaminu. Błąd ortograficzny mnie zawstydził, a jednocześnie wpisuję szwendanie do kanonu słów, których ortografia nie idzie ramię w ramię z tym, jak te słowa czuję. (Obok świeżego, które przez rz byłoby świeże dłużej!)

Szwendania także nie byłam pewna, musiałam sprawdzić. :) 

Każdy popełnia błędy, oby tylko tak nieliczne, jak u Ciebie. :) 

Pozdrawiam ciepło i również dziękuję. heartkiss

Witam!

 

Zaraz po nich zniknęli fpogromcy.

 

Coś się rozjechało albo zlało?

 

Na zewnątrz to wcale, nie jestem szalony.

Dziwnie się czyta z tym przecinkiem.

 

zastanowiłem się nad tym nieco bardziej

Kolokwialne. Lepszy związek frazeologiczny to głębiej – od analogii do “po głębszym zastanowieniu”

 

Napisane w pięknym, nastrojowym stylu. Podobała mi się i treść, i sposób budowania zdań. Dużo wzruszających momentów, realistyczne zdziwienie bohatera światem. W trakcie lektury wczuwałem się w narratora – co, biorąc pod uwagę jego opłakany stan, jest osiągnięciem – i jednocześnie wymogiem do imersji w przedstawiony świat.

Tekst ma szansę zostać w głowie na dłużej, niedopowiedzenia tylko zachęcają do zadawania sobie pytań. Czyta się i głową i sercem, czyli wywołuje uczucia, i nie jest to bynajmniej znużenie :)

Kliknąłem, ale wydaje mi się, że dużo klików może doprowadzić do ujawnienia autora, kiedyś było to dyskutowane – musiałbym wrócić do jednego z poprzednich konkursów.

Gratulacje za bardzo udany tekst!

 

Bardzo dziękuję za tak miłe słowa! Jest mi szalenie miło.

 Przy okazji chętnie podejmę wątek kolokwializmów w narracji pierwszoosobowej. Absolutnie nie po to, żeby udowadniać, że tekst jest ok, tylko z czystej ciekawości – gdzie Twoim (a niech tam, Waszym) zdaniem leży granica pomiędzy błędem w tekście a pozwoleniem bohaterowi mówić jak człowiek, niedoskonale?

Oczywiście dobrym punktem wyjścia byłoby „autor ma świadomość, a błąd jest celowy” – czego w przywołanym przypadku zabrakło. Ale czy np. tekst musi być na tyle sugestywny, żeby czytelnik też zyskał świadomość, że to gra?

 Przy okazji chętnie podejmę wątek kolokwializmów w narracji pierwszoosobowej. Absolutnie nie po to, żeby udowadniać, że tekst jest ok, tylko z czystej ciekawości – gdzie Twoim (a niech tam, Waszym) zdaniem leży granica pomiędzy błędem w tekście a pozwoleniem bohaterowi mówić jak człowiek, niedoskonale?

 

To płynna granica. :) Przyznam, że często muszę przy czytaniu zastanawiać się nad tą kwestią. :) Zazwyczaj po prostu dany bohater ciągle używa takich zwrotów i z czasem przywykam do tego, uznając dane określenia jako “swojskie” dla owego bohatera. Miałam np. początkowo podobny dylemat przy obecnym konkursie z opowiadaniem o dziadku – jest tam sporo takich właśnie sformułowań, nie wypisywałam ich zatem, bo w sumie całość jest opowieścią narratora, używającego… hmm… dość specyficznej formy językowej. :)) 

 

Pozdrawiam serdecznie. heart

Dzięki za ten głos, bruce! Granica rzeczywiście jest płynna – łatwo chyba pójść o krok za daleko i zrobić z bohatera karykaturę poprzez jego idiolekt. :) Choć i tu wiele chyba zależy od kontekstu; mnie szczególnie „irytują” (zdecydowanie za mocne słowo) próby pokazania, że bohater jest prostym człowiekiem, poprzez to, że cały czas gdzieś przyszł i coś wziąściał. 

Doskonale Cię rozumiem, Anonimie. :)

Dzięki, pozdrawiam ciepło. kiss

Odnośnie pytania: w opowiadaniu język bohatera oscyluje między codziennością a metaforą:

 

Przychodzę do ciebie od kilku miesięcy, zacząłem na poprzednią jesień. Pamiętam, pomyślałem, że ładnie ci orzechy wokół grobu naspadały.

 

To jest przykład fragmentu, w którym są kolokwializmy, składnia i gramatyka nieco kuleje, i co powie na to Tarnina? A jednak nie zaznaczałem tego jako błąd, tylko próbę zapisania myśli takich, jakimi są, łącznie z niedoskonałością gramatyczną.

 

Są też mniejsze grzeszki:

 

Mnie uchroniły, w sensie.

 

Metafory graniczące z kolokwializmem też:

 

Potrafię znormalizować się w głowie

 

Czy mi to przeszkadza? Kiedyś już napisałem i się tego trzymam: nie przeszkadza mi maniera pisarska, która definiuje styl, o ile mieści się w granicach poprawności. Tutaj się nie mieści (ewidentnie jest to “jazda bo bandzie”), ale też mi nie przeszkadza, ponieważ od początku widzę, że jest cechą tego opowiadania.

Ujmę to tak: gdybym miał przeczytać całą książkę tak napisaną, miałbym mieszane uczucia. Tutaj jest mały, zamknięty utwór, w którym owe kolokwializmy wydają się tak nienaruszalną częścią, że poprawianie ich nie ma sensu. Widzę w tym zamysł artystyczny, każde zdanie jest dla mnie zrozumiałe, mimo owych zgrzytów z poprawnością. Ma to swój urok.

To jeszcze jedno porównanie: jeśli opowiadanie ma tag “absurd” to nie będę rygorystycznie sprawdzał logiki (choć mogę sprawdzać technikalia).

 

Jeszcze przytoczę najładniejszy fragment:

 

Nie zbliżającymi się do ognia, aby przez brak jakiegokolwiek czucia nie spalić się w płomieniach. Prawie nie rozmawiającymi, z obawy przed tematem, który musiałby się pojawić. Nie od razu to zrozumiałem, trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała. Dopiero potem zastanowiłem się nad tym nieco bardziej. Temat, który byłby nieunikniony, byłby jednocześnie tabu. Jak wyznanie uczuć przez parę kochanków, z których każde ma własną rodzinę. Tylko gorszym. Oj, znacznie gorszym.

 

Jeśli ceną za przeczytanie tego są zgrzyty gramatyczno-składniowe i kolokwializmy – tak, chętnie ją zapłacę XD

Dzięki za tak obszerne odniesienie się do mojej rozkminy. :D Przekonany, śpieszę poprawić zastanowienie się bardziej na zastanowienie się głębiej. :) 

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

Oj, stresik. ;) 

Fajne, jest odrobina humoru, są też sprawy ważne. Przypomniało mi troszkę “Cmentarne syreny” Marszawy

Lubię opowiadania, gdzie mierzymy się z dialogiem wewnętrznym bohatera, są one ciekawe, chociaż trudno w nich nie popełnić błędów, szczególnie powtórzeń, jak “ci”, “ciebie”, “moje”, “twoje” etc. Jest kilka miejsc, które wybijały mnie z rytmu, marzan fajnie podsumował, zgadzam się z nim w pełni, ale… w opowiadaniach, które stoją dialogiem wewnętrznym, jak wspomniałem, ciężko jest zachować pełną poprawność, szczególnie jak chce się pisać dość luźno, a bohater to gawędziarz – tutaj takiego mamy. Więc o ile było sporo miejsc, które prawdopodobnie można było zapisać lepiej, to całość czytało mi się płynnie i przyjemnie. 

Historia jest ciekawa, ma emocje, może troszkę brak stawki, ale to nie ten rodzaj opowiadania, żeby mi to przeszkadzało. Minus jaki widzę to przeciąganie, mam wrażenie, Anonimie, że starałeś się dobrnąć do limitu i lekko rozwadniałeś. Poza tym jestem usatysfakcjonowany. Podejrzewam też z kim mam do czynienia, ale to okaże się w wątku ze zgadywankami, czy miałem rację.

Z góry dziękuję za lekturę – mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony.

Nie, nie był to czas stracony :D

Kliknę. Pozdrawiam!

Dzień dobry.

Chciałby człowiek poznać opinie jurorów, a tu trzeba uzbroić się w cierpliwość.

 

Michaelu, dzięki za lekturę! Nie pozostaje mi nic innego jak zgodzić się z Twoimi obserwacjami. Także z tą o rozwodnieniu – pierwsza wersja tekstu, która uważam, że była w punkt, miała 8k znaków. Można więc przyjąć, że 20% tekstu to walka o limit. Myślę, że udało mi się uniknąć totalnego wodolejstwa, ale fakt – nie jest aż tak gęsto, jak mogłoby być.

 

Podejrzewam też z kim mam do czynienia, ale to okaże się w wątku ze zgadywankami, czy miałem rację.

Zgadywanki mogą być równie emocjonujące co ogłoszenie wyników. ;) 

 

Ładnie napisane.

Wydaje mi się, że tekst jest dojrzały. To nie tanie uganianie się zombiaków za żywymi z serii “zjem twój móóózg”, tylko próba wyjścia poza standardowy horror. Fajne słowo tytułowe.

I tak, zgadywanki IMO bardziej emocjonują niż wyniki. Każdy może mieć na to taki wpływ, jaki tylko chce. A wyniki fascynują głównie tę czołówkę, która spodziewa się podium.

Bardzo dziękuję, Finklo, za wizytę i miłe słowa! Cieszę się, że znalazłaś czas i chęci, żeby zajrzeć. :) 

Ze słowa tytułowego wywodzi się cały pomysł na tekst, więc to dobrze, że zwraca uwagę w pozytywny sposób. 

Urzekający, romantyczny filozof-zombie! Ot, prosta historia, ale wiele emocji.

Zastanawiam się tylko, czy on w końcu czuł ból czy nie? 

Idę zaklikać do bliblioteki! 

Dziękuję serdecznie!

 Jestem świadom tego potknięcia logicznego – zakładałem, że nie czuje „zewnętrznego” bólu (ogniska), ale jest świadom bólu wynikającego z własnego rozpadu. Namiast może jest to nieco zbyt naciągane – wtedy chyba zostawiłbym scenę z rwącymi z bólu mięśniami, a jakimś innym obrazkiem zastąpił unikanie ognisk. Myślisz, Cytryno, że tędy droga?

 Za klika serdecznie dziękuję, a błędu do rozstrzygnięcia konkursu nie poprawiam, bo jest bardziej znamienny niż brakujący przecinek. :)

 

 

Anonimie, opisałeś szczególną sytuację, więc to całkiem zrozumiałe, że zwierzenia i przemyślenia Powstańca też zwyczajne nie są. Dobrze się czytało. :)

:)!

Dziń dybry! Mój komentarz wygląda nietypowo, bo piszę z telefonu, mam nadzieję, że nadal będzie w miarę czytelny. Zacznę od niefortunnej nazwy wydarzenia, które nazwałeś Powstaniem, bo przez to skojarzyłam sobie z wojną i przez kilka chwil myślałam, że to monolog powstańca. Nie rozumiem też, o co się kłóciły zombiaki a parę razy o tyn wspominasz, co wskazuje na to, że było to istotne, ale tego nie wyjaśniasz. Zdarzyło się parę językowych czy składniowych potworków, jak: "otrzepanie się mrugnięciem" czy "puściłem się biegiem, żeby uciec", lecz można przymknąć na to oko, bo generalnie językowo jest w porządku. "Bo chociaż wiemy, co czeka po, to nie jesteśmy pewni…" nie rozumiem tego zdania. Czeka kogo i po czym? Poza tym kilka zdań wcześniej podmiot liryczny twierdzi, że nie wie, po co powstali, a teraz wie? Hm. Nawet ciekawy pomysł, podoba mi się też tytuł. Tylko, kureczka, za wiele w sumie się tu nie dzieje i nic prawie nie wiemy. Dlaczego bohater tak uciekał przed swoją żoną? Jakie są skutki Powstania, w sensie, dlaczego miałabym się tym przejąć? No nie wiem, przepraszam, ale nie poruszył mnie tekst w żaden sposób. I jeszcze ta depresja, po co w ogóle została wspomniana? Mam wrażenie, że zostało tu wiele wątków wspomnianych, które w ogóle się ze sobą nie łączą. Tak czy siak życzę powodzenia w konkursie i wszystkiego dobrego!

mam nadzieję, że nadal będzie w miarę czytelny.

Lektura tego komentarza była wycieczką, nie ukrywam. Nie mniej doceniam, że chciało Ci się go pisać z telefonu. :)

Dzięki za opinię! Przykro mi, że tekst zupełnie się z Tobą rozminął, ale chyba musimy z tym żyć. Zwracasz uwagę na dużo jego fundamentalnych założeń, więc próba poprawy o to oparta byłaby tak naprawdę napisaniem drugiego, innego opowiadania. 

Pozdro i bardzo dziękuję za poświęcony czas!

Witam!

 

Bardzo fajna wizja. Na początku zwróciłem uwagę na bardzo przyjemny klimat. Te kasztany itp. Drugą bardzo fajną rzeczą była nowość w tekście. Mam na myśli, że sekret opowiadania objawił się nie od razu tylko po jakimś czasie. Było zaskoczenie. Na koniec pochwalę oryginalność pomysłu. Opko naprawdę z wyobraźnią a do tego wiele zdań było “mądrych” , “inteligentnych”.

 

Serdeczne pozdrowienia!!! :)

Dziękuję, równocześnie zwracając uwagę, że wszystkie mądre i inteligentne zdania pochodzą od bohatera, nie od osoby autorskiej. :)

Miło, że Ci się podobało!

Hej ho! 

Ciekawy tytuł i pomysł na nostalgicznego zombie. Bardzo ładnie i nastrojowo poprowadzona narracja, powoli odkrywasz karty, z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Brakowało mi nieco więcej akcji. Śmiało mogłeś jeszcze to rozwinąć i podrzucić bohaterowi więcej kłód pod nogi. :D

Zakończenie mi się spodobało. Wizja szwendającego się po świecie trupa, tak długo, jak pozostanie w nim „dziwna, utrzymująca martwe ciało przy życiu energia”, właściwie nie zamyka tej historii. Tak jak śmierć nie była końcem dla głównego bohatera. Ładnie to się spina. 

 

Pozdrawiam serdecznie :) 

Dziękuję! :)

pierwsze odważne trele ptaków

Czemu "odważne"?

Dla ciebie dziwny

Dlaczego?

Zresztą szalony to daleki od normy

Idiom, supozycja materialna: Zresztą "szalony" to odbiegający od normy.

dziś to i norma sama od siebie daleka

Czy narrator na pewno nie jest szalony? XD

zacząłem na poprzednią jesień

Zacząłem poprzedniej jesieni; albo zeszłej jesieni.

Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że możesz słyszeć.

Angielskawe, hmmm…

niewielu ławeczek, jakie są w okolicy

A może po prostu: niewielu ławeczek w okolicy?

 starałem się zupełnie cię zignorować

Anglicyzm: starałem się nie zwracać na ciebie uwagi.

Dekoracją co najwyżej jak donica albo budką telefoniczną przy ulicy.

Grób jest budką telefoniczną tylko metaforycznie (a ulica nic tu nie wnosi poza kulawą fonetyką): Dekoracją co najwyżej, jak donica, albo budką telefoniczną.

najwyżej potkniesz się spojrzeniem, otrzepiesz mrugnięciem i pójdziesz dalej

Podoba mi się ta fraza.

Tylko że tak się nie da.

Tylko, że tak się nie da.

pierwsze widzę

Złamany idiom w pierwszej chwili mnie zdezorientował. Potem załapałam.

odzywałem. Głównie o sobie.

Odzywanie nie ma odniesienia (dlaczegoś): odzywałem. Głównie mówiłem o sobie.

I chyba nie do końca byłem zawsze szczery.

Poplątany szyk, chociaż w monologu…

potrzeby, którą mieliśmy w sobie od zawsze

Ale już nie mamy, hmm?

Mnóstwo, mnóstwo czasu.

Powtórzenie dla wzmocnienia to anglicyzm.

 w tych sprawach to ja zatrzymałem się na kasztanach

Wymowniej: w tych sprawach, to się ja zatrzymałem na kasztanach.

podpisaną obok moim imieniem i nazwiskiem

"Obok"? 

To nie jest sytuacja, którą łatwo sobie wyjaśnić

Oj tam, faza Hobartha :)

zatem poszedłem sobie

"Zatem" to troszkę za wysoki rejestr, nie pasuje do otoczenia.

i jak widać przeszło wiek pod ziemią nie zdołał tego zmienić

A czemu miałby? Co jest złego w nieprzepadaniu za przemocą? Wtrącenie wydziel: i, jak widać, przeszło wiek…

Niewiele pamiętam o sobie sprzed Powstania

Hmmmmmmmmmmmmmmm…

tak żywi nazywali ten dzień

Ale już przestali?

Musiała Powstać przede mną lub po mnie

Anglicyzm: Na pewno Powstała przede mną albo po mnie.

wróciłem na cmentarz i już spokojniejszy przeczytałem

Hmmm. Może: wróciłem na cmentarz i, już spokojniejszy, przeczytałem. A może: wróciłem na cmentarz, już spokojniejszy, i przeczytałem.

te naleciałości pozostały

https://wsjp.pl/haslo/podglad/18160/nalecialosc ? A może po prostu nawyki?

cmentarną alejką, w krzyżującej się z nią uliczce

Uliczka na cmentarzu?

nawet nie jestem pewny, czy to moja żona

Jeśli nie jest pewny, to przynajmniej przypuszcza, a on chyba w ogóle nie wie.

A może tego, że istniała, także byłem świadom tylko dzięki napisowi z pomnika? 

Trochę za wysoki ton.

nie mogłem wyraźnie dostrzec jej twarzy

Angielskawe, może: nie widziałem dobrze jej twarzy.

Wtedy zobaczyłem nas prawdziwymi, w sensie takimi

Może: Wtedy zobaczyłem nas naprawdę, w sensie, takimi…

zjełczałymi ciałami

Hmm.

Nie zbliżającymi się do ognia, aby przez brak jakiegokolwiek czucia nie spalić się w płomieniach

Mało naturalne. Może: Unikającymi ognia, żeby nie spłonąć, nawet tego nie czując. (A w ogóle – gdzie na ulicach otwarty ogień?)

trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała

Hmm?

Jak wyznanie uczuć przez parę kochanków

Lepiej: między parą kochanków.

zacząłem żałować

Pożałowałem.

Ze strzępów informacji próbowałem odtworzyć szerszy obraz sytuacji.

Zrymowane i pretensjonalne.

Pojawiały się różne teorie i chyba żadna nie znalazła ostatecznego potwierdzenia. 

Jak to teorie…

Powstaliśmy tylko my, żyjący w określonym czasie

Nijak nie ma tu jednoczesności: Powstaliśmy tylko my, którzy żyliśmy w określonym czasie.

Pierwszy, czyli jakiś lek lub szczepienie, które jako skutek uboczny zachowało nasze ciała i wybudziło je, gdy nadeszła pora.

Pierwszy to skutek uboczny jakiegoś leku lub szczepionki, przez który nasze ciała przetrwały i wybudziły się, kiedy nadeszła pora. Jeśli to skutek uboczny – czyli niezamierzony – to jak się ma do tego pora?

Druga hipoteza dotyczyła robactwa. Zamiast nas zjeść, zakonserwowały.

Jeśli to robactwo, to nas zakonserwowało. Rodzaj nijaki.

Nie było komu dalej ich prowadzić.

Szyk: Nie było komu ich dalej prowadzić.

Nie ma opracowań dotyczących wzorców zachowań po Powstaniu

A skąd on to wie?

co bardziej agresywni spośród nas wprowadzali porządki

Można wprowadzać jakieś albo czyjeś porządki, ale nie takie bezprzymiotnikowe.

zacząłem rozumieć

Zrozumiałem. Ludzie, aspekt dokonany nie gryzie. To nie zombie.

Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować.

Akcent i anglicyzm: Uganianie się za ofiarami na pewno wiele ich kosztowało.

Zrozumiałem, że to nie oprawców się bałem

Na pewno nie miało być: Zrozumiałem, że to nie oprawców się boję?

przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły

?

Potrafię znormalizować się w głowie

Kto tak mówi?

Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością.

Jak już, to bycie Powstałym, ale "niezręczna niepełnosprawność" brzmi… niezręcznie. Hmm.

niepewnego jak się zachować ze swoim byciem sprawnym

Może tak: który nie wie, gdzie się podziać z własnym zdrowym ciałem.

obawiam się to nazwać nawet do ciebie

Niestety, to nie po polsku: obawiam się to nazwać, nawet w rozmowie z tobą.

Gdyby kto inny mnie takim zdefiniował, to dopiero wtedy byłaby prawda.

Nie mam pojęcia, co próbujesz powiedzieć. "Zdefiniować" to nie to samo, co określić, ale nie widzę nawet, jakim bohater ma być określony.

To ci, którzy po zrozumieniu zasad tego wszystkiego, postanowili się wycofać.

A może tak: To ci, którzy, kiedy już zrozumieli zasady tego wszystkiego, postanowili się wycofać. (A przed chwilą było, że zasad nikt nie rozumie – to jak jest?)

Przez mniej więcej tydzień, gdzie okiem sięgnąć, dało się dostrzec kogoś biegnącego.

Idiom: jak okiem sięgnąć. Ale w ogóle zdanie jest angielskawe. Co powiesz na: Przez mniej więcej tydzień, gdzie nie spojrzałeś, ktoś biegł?

dobiegli do swoich met

Pluralizacja powoduje konkretyzację i czytelnik zostaje z uroczym obrazem zombiaka na melinie.

To przez nich wraca do mnie wspomnienie tamtej ucieczki z cmentarza i powraca uporczywe pytanie, jak wiele czasu wówczas straciłem.

Powtórzenia: To przez nich wraca do mnie wspomnienie tamtej ucieczki z cmentarza i uporczywe pytanie, ile czasu wtedy straciłem.

Niepewni, jak długo ta dziwna, utrzymująca martwe ciało na chodzie energia w nas pozostanie.

Mało zgrabne, infodumpowe (choć większość z tego już wiemy) i angielskawe (oni zawszą są "not sure", kiedy my uczciwie nie wiemy).

chociaż wiemy, co czeka po, to nie jesteśmy pewni, czy chcemy do tego wracać.

choćby krótkie będę szedł, pa, ale na zewnątrz wydobywają się tylko warknięcia

Supozycja materialna w cudzysłów: choćby krótkie "będę szedł, pa", ale wychodzą mi tylko warknięcia.

spulchnione wilgocią ciało

Hmmm. Rozpuchłe od wilgoci?

podnosi się powoli

Aliteracja.

ponadrywane mięśnie pieką bólem, gdy wstaję. 

A przedtem zombie nie czuły bólu?

 

Nastrojowe. Smutne. Całkiem nieźle wypada taki monolog zombie, zwłaszcza, że nie wykładasz od razu kawy na ławę, tylko powoli, stopniowo odmalowujesz apokalipsę. Tylko trochę… nie widzę niczego pod spodem. Może źle patrzę.

wydaje mi się, że dużo klików może doprowadzić do ujawnienia autora, kiedyś było to dyskutowane 

Tylko autora, który wypełnił fragment reprezentacyjny do Biblioteki. Ale to się może zdezaktualizować…

gdzie Twoim (a niech tam, Waszym) zdaniem leży granica pomiędzy błędem w tekście a pozwoleniem bohaterowi mówić jak człowiek, niedoskonale?

Ha, to zależy. Po pierwsze tekst ma być czytelny (a błędy przeszkadzają). Po drugie ma oddawać osobowość bohatera, w czym czasem pomagają, ale często nie. Powiedziałabym, że jeśli błąd nie jest rażący, a pasuje do tego, jak bohater ma wyglądać, to przejdzie: na przykład babunia staruszeczka jeszcze może obsztorcowywać wnuka, żeby ubrał swetr, ale w ustach polonisty brzmi to strasznie fałszywie.

Ale czy np. tekst musi być na tyle sugestywny, żeby czytelnik też zyskał świadomość, że to gra?

Tak. Nie możesz oczekiwać od czytelnika, że będzie Ci czytał w myślach.

To jest przykład fragmentu, w którym są kolokwializmy, składnia i gramatyka nieco kuleje, i co powie na to Tarnina?

Poza wyraźnie kulawą najesienią nie miała zastrzeżeń :P

w opowiadaniach, które stoją dialogiem wewnętrznym, jak wspomniałem, ciężko jest zachować pełną poprawność, szczególnie jak chce się pisać dość luźno, a bohater to gawędziarz – tutaj takiego mamy.

Myślę, że udało mi się uniknąć totalnego wodolejstwa, ale fakt – nie jest aż tak gęsto, jak mogłoby być.

Tekst jest raczej spokojny, więc trochę wody mu nie zaszkodzi.

Jestem świadom tego potknięcia logicznego – zakładałem, że nie czuje „zewnętrznego” bólu (ogniska), ale jest świadom bólu wynikającego z własnego rozpadu.

A czym się – fizjologicznie – różni jedno od drugiego? Chyba niczym…

przez kilka chwil myślałam, że to monolog powstańca

W pewnym sensie… :)

Nie rozumiem też, o co się kłóciły zombiaki a parę razy o tyn wspominasz, co wskazuje na to, że było to istotne, ale tego nie wyjaśniasz.

W sumie… chyba kłóciły się z pozycji ogólnoludzkich ("ja tu rządzę!"). Ale czy to takie ważne?

Dlaczego bohater tak uciekał przed swoją żoną?

Przypuszczam, że z tego samego powodu, dla którego Adam z Ewą spletli sobie gatki z liści figowych.

wszystkie mądre i inteligentne zdania pochodzą od bohatera, nie od osoby autorskiej. :)

Skromność :)

A żebyś wiedziała, że potrzymam, jak wreszcie coś wrzucisz :D

 

Nie trąb, pisze się XD

Nie trąb, pisze się XD

Uwierzę jak zobaczę XD Do tego czasu będzie trąbione XD

Jasny gwizdek, a jeszcze dwie godziny temu to był całkiem niezły tekst XD 

Dzięki, spróbuję przysiąść do poprawek w przyszłym tygodniu – tu chyba potrzeba będzie więcej czasu :D

No dobra, nie dawało mi to spokoju. :D Do pierwszej części udało się usiąść dziś. Jeszcze raz dzięki, Tarnino, za taką wnikliwość!

 

Czemu "odważne"?

Ponieważ nieśmiało wystawiły głowy, zobaczyły, że już chyba wiosna i z początku nieufnie, czy to na pewno wiosna i czy na pewno już można, a potem coraz bardziej odważnie, zaczęły swoje trele. 

 

Dlaczego?

Ponieważ jest zombie, truposz w grobie jest zwykłym ludzkim truposzem, który zombie zna tylko z Od zmierzchu do świtu.

 

Idiom, supozycja materialna: Zresztą "szalony" to odbiegający od normy.

Bohater nie zna połowy słów, których użyłaś, natomiast autor zgadza się, że szalonego należy zapisać kursywą. Pogwałcenie idiomu przypisuję niechlujności językowej mówiącego (zasłaniając tym swoja ignorancję, ma się rozumieć) i – choć samemu koduję, żeby mówić ładniej – pozwalam sobie zostawić w tekście.

 

Czy narrator na pewno nie jest szalony? XD

Pewnie trochę jest, normalny nie zbudowałby tak pięknych zdań! Bo to miałaś na myśli, prawda…? XD

 

Zacząłem poprzedniej jesieni; albo zeszłej jesieni.

To akurat w pełni świadome – uważam, że zombie staruszek-gawędziarz mówi, że coś było na poprzednią jesień.

 

A może po prostu: niewielu ławeczek w okolicy?

Od razu milej się siada na takiej ławeczce ze skróconego zdania, poprawione!

 

Anglicyzm: starałem się nie zwracać na ciebie uwagi.

Interesującym dla mnie jest spostrzeżenie, jak bardzo przesiąkłem anglicyzmami – kompletnie ich nie zauważam. Tutaj poprawię, bo Twoja propozycja brzmi ładniej. Na to, co poprzednio nazwałaś anglicyzmem, gapiłem się kilka minut i nadal nie wiem, co tam było nie po polsku. Globalizacja mnie dojechała!

 

Dekoracją co najwyżej, jak donica, albo budką telefoniczną.

Poprawione!

 

Podoba mi się ta fraza.

Podoba mi się ten komentarz!

 

Tylko, że tak się nie da.

Serio? Przecinek nie cofa się przed tylko że niemal zawsze, chyba że ewidentnie chcemy zaakcentować pauzę w wymowie? :O

 

Odzywanie nie ma odniesienia (dlaczegoś): odzywałem. Głównie mówiłem o sobie.

Poprawione, a ja nauczony! (Wierzę, że pominięcie tego mówiłem, nomen omen w wypowiedzi jest bardzo prawdopodobne, ale nie psuje mi obrazu bohatera).

 

Ale już nie mamy, hmm?

Poprawione na towarzyszy nam od zawsze.

 

Powtórzenie dla wzmocnienia to anglicyzm.

Bardzo, bardzo dużo ich w tym tekście. ;)

 

"Obok"? 

Mówiący zgubił na płycie obok, na szczęście już się znalazło.

 

Oj tam, faza Hobartha :)

Dodałem chyba że czytywało się Dicka. (Wcale nie XD).

 

"Zatem" to troszkę za wysoki rejestr, nie pasuje do otoczenia.

Więc zmieniłem. ;)

 

Ale już przestali?

Tak, bo nie żyją. ;)

 

Anglicyzm: Na pewno Powstała przede mną albo po mnie.

Jesus Christ!

 

https://wsjp.pl/haslo/podglad/18160/nalecialosc ? A może po prostu nawyki?

Popłakałem się ze śmiechu XD Nawet naleciałość jest angielska. XDDDDD Co jest!

 

Uliczka na cmentarzu?

Wyobrażam sobie, że można w niechlujnej wypowiedzi tak nazwać alejkę. Ale zmieniłem na ścieżkę.

 

Mało naturalne. Może: Unikającymi ognia, żeby nie spłonąć, nawet tego nie czując. (A w ogóle – gdzie na ulicach otwarty ogień?)

 

Wywaliłem to zdanie o ogniu, za dużo komplikuje (także z tym czuciem bólu).

Jasny gwizdek, a jeszcze dwie godziny temu to był całkiem niezły tekst XD 

Ponieważ nieśmiało wystawiły głowy, zobaczyły, że już chyba wiosna i z początku nieufnie, czy to na pewno wiosna i czy na pewno już można, a potem coraz bardziej odważnie, zaczęły swoje trele. 

Hmmmm… i chcesz tyle informacji upchać w jedno słowo? Odważnie XD

Ponieważ jest zombie, truposz w grobie jest zwykłym ludzkim truposzem, który zombie zna tylko z Od zmierzchu do świtu.

OK ^^

Bohater nie zna połowy słów, których użyłaś, natomiast autor zgadza się, że szalonego należy zapisać kursywą.

Supozycja materialna jest wtedy, kiedy mówimy o słowie, a nie o tym, co to słowo nazywa, na przykład: "Żaba" pisze się przez samo "ż". Zwykle dajemy takie słowo w cudzysłów, żeby zaznaczyć, że chodzi o słowo "żaba" a nie o jakąś dziwną pisaną żabę :)

Pewnie trochę jest, normalny nie zbudowałby tak pięknych zdań! Bo to miałaś na myśli, prawda…? XD

No, pewnie XD

uważam, że zombie staruszek-gawędziarz mówi, że coś było na poprzednią jesień.

A nie zrobił na mnie wrażenia staruszka…

Na to, co poprzednio nazwałaś anglicyzmem, gapiłem się kilka minut i nadal nie wiem, co tam było nie po polsku.

"Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że możesz słyszeć." Raz: my po prostu słyszymy (widzimy, węszymy etc.), nie obudowujemy tego modalnościami. W sumie chyba załatwia to aspekt czasownika, choć nie zawsze (niedokonany – możliwość, dokonany – fakt, ale nie dam za to głowy, to taka luźna obserwacja). "Kiedyś nigdy" to też ciut dziwna zbitka, tym razem semantycznie. 

Podoba mi się ten komentarz!

Podoba mi się, że Ci się podoba ^^

Przecinek nie cofa się przed tylko że niemal zawsze, chyba że ewidentnie chcemy zaakcentować pauzę w wymowie? :O

Kurtyzana, jak mawiał mój pan od łaciny, consuetudo. Żem tak przywykła do przecinka przed "że", że (o, właśnie…) jak go nie ma, to mi nieswojo…

Bardzo, bardzo dużo ich w tym tekście. ;)

Indeed, sir! :D

Dodałem chyba że czytywało się Dicka. (Wcale nie XD).

Wcale tak XD

Tak, bo nie żyją. ;)

https://instantrimshot.com/classic/?sound=rimshot 

Jesus Christ!

Popłakałem się ze śmiechu XD Nawet naleciałość jest angielska. XDDDDD Co jest!

… whaaaat? w sumie nawet nie wiem, jak jest po angielsku "naleciałość" XD "Scale"? "Film"? "Dusting"? XD

Wyobrażam sobie, że można w niechlujnej wypowiedzi tak nazwać alejkę. Ale zmieniłem na ścieżkę.

I to też jest ładne :)

heart

Tarnino, kliknij w ten link z naleciałości ;) Sugeruje, że pierwsza to „angielska”, kiedy wtrąca się zwroty brzmiące z angielskiego. :D

 Dokończyłem wczoraj poprawki – jednak nie było potrzeba aż tyle czasu. Dzięki raz jeszcze!

Moje uszanowanie!

 

To ja dziękuję za możliwość lektury, a czas w ogóle nie był stracony. Tekst ciekawy i z pomysłem. Więcej pewności!

 

Sposób narracji i sama tematyka tejże bardzo przypomina mi krótkie opowiadanie Lovecrafta pod tytułem “Wyrzutek”. Swoją drogą, polecam gorąco, czysty gotyk. Tutaj taka forma nieźle przypasowała z klimatem konkursu, no i ściśle z samymi wytycznymi, bezpośrednio (a więc na plus!) z zagadnieniem, co po tej całej śmierci jest. To pierwszy tekst, jaki przeczytałem w wątku, który skupia się dokładnie na tym. Wyszło całkiem nieźle, choć, jak zawsze dla mnie, nieco przykrótko. Próby wyjaśnienia zjawiska zmartwychstań pojawiają się co prawda, jednak jedynie jako domysły narratora. Swoją drogą, dość niespójne, naciągne. Tekst nic a nic by nie stracił, gdyby uchylono jednak trochę rąbka tajemnicy. No, chyba, że taka była Twoja kowencja.

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

Dziękuję, Robercie! :) 

Miałem poczucie, że powody Powstania ostatecznie nie były dla narratora kluczowe – stąd poświęcam im niewiele miejsca. :)

 Cieszę się, że tekst się spodobał – to bardzo miłe!

 Fanem Lovecrafta niestety nie jestem. Dał nam świetne uniwersum, ale jego literatura bardzo mnie męczy. :) 

Sugeruje, że pierwsza to „angielska”, kiedy wtrąca się zwroty brzmiące z angielskiego. :D

laugh Fakt, ale to zupełnie inny sens :D

heart

Owszem, ale po Twoim komentarzu, który punktował anglicyzm po anglicyzmie, nie mogłem się nie zaśmiać z angielskich naleciałości w linku na  zupełnie inny temat :D

Już samym tytuł jest chwytliwy – ciekawe słowotwórstwo. Historyjka też interesująca, choć trochę mało rozbudowana – można by na tym koncepcie napisać ciut więcej o świecie po Powstaniu.

Natomiast na duży plus styl – bardzo dobrze, lekko napisane.

 

Subiektywne uwagi:

– nie “zacząłem na poprzednią jesień”, a “zacząłem poprzedniej jesieni”,

– skoro podmiot liryczny opowiada, jak po potrafi rozróżnić orzech od innych drzew, przydałaby się informacja, jaki to rodzaj orzechu,

– “Dekoracją co najwyżej, jak donica, albo budką telefoniczną” – tu chyba powinna być “budka telefoniczna”.

Dzięki!

W kwestii orzechów, to zupełnie nie chodziło o to, że narrator jest specem od orzechów. Wręcz przeciwnie – o drzewach wie tyle co nic, a jego szczyt możliwości to powodzenie „oho, to orzech”.  :) Znajomość odmian wykracza daleeeko poza jego zakres wiedzy.

A kto powiedział, że akcja toczy się w Polsce? :)

A nikt laugh

Anonimie, ja natomiast mam odwrotnie. Uniwersum moim zdaniem dał nam raczej głupie (choć bez wątpienia ciekawe), zaś czyta mi się go zawsze przyjemnie. Co prawda z tym czytaniem, im dalej od jego uniwersum, tym lepiej, i właśnie opowiadanie “Wyrzutek” nie ma związku z mitologią lovecraftańską. 

Jak pięknie można się różnić! ;)

Pozwolę sobie jeszcze na offtop, ale skądinąd wiem, że autor opowiadania nie będzie miał pretensji o śmiecenie pod jego tekstem.

A propos Lovecrafta – w niedzielę miałem przyjemność zagrać w sesji RPG łączącej właśnie Zew Cthulhu z Wściekłymi Psami Tarantino. Mitologia, którą dał nam Lovecraft, moim zdaniem najbardziej błyszczy w tego typu momentach, kiedy uzupełnia jakąś inną opowieść. Czyste Mity są dość wtórne, ale jako przełamanie dla czegoś innego, spisują się świetnie. 

Podobnie dobrze bawiłem się na sesjach osadzonych w realiach II WŚ, gdzie pierwszym planem była wojna partyzancka w lasach pod Duklą, a mity pojawiały się w tle, aby dopiero na koniec w pełni zająć kadr.

Jeżeli Wyrzutek nie ma z nimi nic wspólnego – pewnie prędzej czy później sięgnę, dzięki za polecajkę! :) 

Mitologia, którą dał nam Lovecraft, moim zdaniem najbardziej błyszczy w tego typu momentach, kiedy uzupełnia jakąś inną opowieść. Czyste Mity są dość wtórne, ale jako przełamanie dla czegoś innego, spisują się świetnie. 

Masz rację! Poniekąd sam zazwyczaj używał jej w ten właśnie sposób – kolejne przygody różnych ludzi objawiały te same, niezmienne tajemnice. 

 

Podobnie dobrze bawiłem się na sesjach osadzonych w realiach II WŚ, gdzie pierwszym planem była wojna partyzancka w lasach pod Duklą, a mity pojawiały się w tle, aby dopiero na koniec w pełni zająć kadr.

O, a to ciekawe bardzo! Chodzi o partyzantkę czechosłowacką? 

 

 

Wydaje mi się, że byli to polscy partyzanci, ale graliśmy dość dawno, więc nie dam głowy. :) 

Ciekawy pomysł. Ładnie napisane. Pewnie nawet napisałbym, że mógłbym wczuć się w bohatera, gdyby nie pewien kapitan, który zerka mi na ekran. Cytuję jego słowa: “Jak dorwę tych Powstańców, to im nogi z dupą pourywam przy samej szyi, tak że żadnych śmierdzin nie dośmierdzą”. Proszę mu wybaczyć, on ma od dawna na pieńku z zombiakami.

Mnie się podobało. Pozdrawiam.

Zrozumiałe. Nie drażnij kapitana! :)

Dzięki!

No, kapitan Rape Victim (tak się nazywał, prawda?) pewnie nie doceniłby tego tekstu. ;-)

Mam wrażenie, że umyka mi jakieś wewnętrzne nawiązanie. Czy chodzi o ten tekst? :D Chętnie przeczytam, jeżeli tak.

Jeżeli nie, to też chętnie przeczytam w wolnej chwili, bo nagromadzenie ocen 6 i 5 robi kolosalne wrażenie. :D 

Ale niestety, Unfallu, nie skomentuję – nazbyt zdradzające by to było. :)

Ale niestety, Unfallu, nie skomentuję – nazbyt zdradzające by to było. :)

No i cały misterny plan w… ;)

Ależ ja ten tekst polecam wszystkim czytelnikom z poczuciem humoru. Możesz, Anonimie, nie przyznawać się, że przeczytałeś polecajkę pod własnym tekstem. 

Acz, oczywiście, rozumiem, że trochę by to sugerowało, gdybyś jako jedyny skorzystał z polecajki. :-)

Czy inni mnie czytają? Gospodarz potrzebuje alibi. ;-)

Widać Finklo dotychczas nie wykazałem się poczuciem humoru, gdyż tekst nie został mi polecony nigdy w przeszłości! :D 

Ależ ja wcale nie twierdzę, że jak ktoś nie przeczytał tekstu Unfalla, to nie ma poczucia humoru. Raczej, że jak ma, to powinien przeczytać, bo są spore szanse, że go zachwyci.

Unfallu, ja po prostu skomentuję tutaj – a nuż jeszcze zerkniesz na ten komentarz. :)

 

Czytanie tego bez kontekstu i z moim nawykiem pomijania tagów było ciekawą przygodą, bo początkowo miałem skąd tyle wysokich ocen ma tak niechlujny tekst?, potem nie no, to musi być konwencja, a w końcu – ale już po lekturze komentarzy – zerknąłem na nazwę konkursu i wszystko wskoczyło na swoje miejsce.

Tekst oraz sam szanowny pan Rape Victim urzekają, a moim absolutnym faworytem jest zdanie:

 

Wstał z kanapy, wytrzeźwiał i pobiegł do szafy.

 

Nowa Fantastyka