Dzień dobry.
Z góry dziękuję za lekturę – mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony.
Dzień dobry.
Z góry dziękuję za lekturę – mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony.
Dziś są twoje trzydzieste dziewiąte śmierciny. Wiem z płyty grobowej. Siódmy maja. Kasztany w rozkwicie, pierwsze odważne trele ptaków, życie się odradza, że tak zażartuję. Zachodzę tu czasem do ciebie, siadam. Rzadko się odzywam. Nie chcę przeszkadzać. Znaczy się w myślach, w myślach mało do ciebie mówię. Na zewnątrz to wcale, nie jestem szalony. Dla ciebie dziwny, to z pewnością, ale nie szalony. Zresztą szalony to daleki od normy, a dziś to i norma sama od siebie daleka.
Teraz zrobię wyjątek. Śmierciny to dobra okazja. Przychodzę do ciebie od kilku miesięcy, zacząłem na poprzednią jesień. Pamiętam, pomyślałem, że ładnie ci orzechy wokół grobu naspadały. No proszę, wtedy spadały orzechy, a dziś przy innej okazji rozkwitają ci kasztany. Zbieg okoliczności, oczywiście, ale to moje dwa ulubione drzewa. Jedyne tak charakterystyczne, że nauczyłem się je rozpoznawać jeszcze w podstawówce. Potem niewiele już się o przyrodzie nauczyłem, jak tak teraz myślę. Może stąd te kasztany i orzechy.
Mało się do ciebie zwracam, bo nie wiem, czy słyszysz. I nie bardzo chcę przeszkadzać. Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że możesz słyszeć. W życiu bym nie pomyślał, ha! Ale dzisiaj już niczego nie jestem pewny. Jeżeli słyszysz, to przepraszam, że nachodzę. To jedna z niewielu ławeczek w okolicy, akurat tu, przy twoim grobie. Inne nie bardzo się uchowały. Kiedy przysiadłem tu za pierwszym razem, starałem się zupełnie nie zwracać na ciebie uwagi. Ławeczka, to o nią mi chodziło. A że przy grobie? Czym jest dziś stary, zapomniany grób. Dekoracją co najwyżej, jak donica, albo budką telefoniczną. Jest, bo jest, ale dopóki nie musisz podlać czy zadzwonić, to najwyżej potkniesz się spojrzeniem, otrzepiesz mrugnięciem i pójdziesz dalej.
Tylko że tak się nie da. Nie sposób tak usiąść przy grobie i nie spojrzeć na płytę, na pomnik. Na imię i nazwisko. Twoje na przykład, ładne, choć imienia nie znałem, pierwsze widzę. Ale tak to jest, że spojrzy człowiek na takie imię i nazwisko i już przepadł. Bo z tego to i zaraz wyłoni się jakaś twarz, mimika jakaś. I pytania o nie. A kiedy się uśmiecha, a kiedy krzywi w złości. Co lubi. Znaczy lubił, bo nie żyje.
W końcu tak wyszło, że chociaż nie za bardzo chciałem, to się odzywałem. Głównie mówiłem o sobie.
Dużo głupot ci naopowiadałem, jak się nad tym zastanawiam. I chyba nie do końca byłem zawsze szczery. To głupie. Nawet w takiej sytuacji nie byłem do końca szczery, z tej durnej potrzeby, która towarzyszy nam zawsze. Dzisiaj będę.
Nie jest mi lekko. Chociaż nie byłem, oczywiście, u lekarza, to myślę, że mam depresję. Wstyd się przyznać. Za moich czasów się o tym nie mówiło. Ciekawe, jak za twoich? Prawie sto lat różnicy, niesamowite. Sto lat przede mną w Rosji stłumiono rewolucję. Mnóstwo, mnóstwo czasu.
Depresja. Jak już to nazwałem, to jest trochę łatwiej. Można spojrzeć na siebie z boku. Nabrać dystansu, zobaczyć sytuację, a nie w niej tonąć. Współczucia trochę dla siebie zdobyć. Tyle lat wyparcia, żebym wreszcie to dostrzegł. Głupi jestem.
Wpadłem z jednej pustki w drugą. Z początku można było się jeszcze okłamywać, nie zauważać. W końcu dużo się działo. Nowa sytuacja, to całe powstanie z martwych. Chyba ostatecznie nigdy ci o tym nie opowiedziałem. Sam niewiele rozumiem, już mówiłem, że w tych sprawach to ja zatrzymałem się na kasztanach i orzechach. Trochę poczytałem, bo przez jakiś czas działały jeszcze te wielkie wyświetlacze zastępujące prasę.
Stało się tak, że pewnego dnia wstaliśmy z martwych. Pierwsze, co pamiętam, to jak stoję nad dziurą w ziemi, podpisaną na płycie obok moim imieniem i nazwiskiem. Wokół stali inni, podobnie jak ja otumanieni. To nie jest sytuacja, którą łatwo sobie wyjaśnić. Patrzyłem na swoje ręce, na skórę w kolorze dojrzałych oliwek. Gdy dotarło do mnie, że tu i ówdzie dostrzegam płaty mięsa, a nawet kości, w pierwszej chwili spanikowałem. Potem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nie czuję bólu, nic właściwie nie czułem, więc nie mogło być tak źle.
W sąsiedniej alejce wywiązała się wtedy jakaś szarpanina, więc poszedłem sobie. Nigdy nie przepadałem za przemocą i, jak widać, przeszło wiek pod ziemią nie zdołał tego zmienić.
Niewiele pamiętam o sobie sprzed Powstania – bo tak żywi nazywali ten dzień, jak się wkrótce dowiedziałem. Zostały mi raczej idee niż fakty. Ułożony, spokojny. Nie wiem, czym się zajmowałem, ale na pewno niczym szalonym.
Miałem żonę. Na pewno Powstała przede mną lub po mnie, bo nie było jej na cmentarzu w chwili, gdy odzyskałem świadomość. A może była, tylko się nie rozpoznaliśmy. Zupełnie jej nie pamiętam, a o tym, że istniała, wiem tylko dlatego, że po jakimś czasie, gdy nieco się już uspokoiło, wróciłem na cmentarz i, już spokojniejszy, przeczytałem, co było na nagrobku. Sto lat leżeliśmy tam razem, a teraz grób był pusty. Rozejrzałem się po okolicy, ale nie dostrzegłem żywego ducha. Znaczy… Przepraszam, człowiek tyle lat nie żyje, a te nawyki pozostały. Nikogo tam nie było. Przynajmniej z początku nikogo nie zauważyłem. Gdy bowiem ruszyłem cmentarną alejką, na krzyżującej się z nią ścieżce dostrzegłem kobietę. Pamiętam, uderzyło mnie wtedy, że nawet nie jestem pewny, czy to moja żona. Wiedziałem, że ją miałem, ale nie miałem pojęcia, jak wyglądała. A może tego, że istniała, także byłem świadom tylko dzięki napisowi z pomnika?
Kobieta zatrzymała się. Nie wiem, czy na mój widok, czy na widok czegoś innego. W zachodzącym słońcu nie widziałem dobrze jej twarzy. Stanęła jednak i ja też zdałem sobie sprawę, że stoję, próbując coś sobie przypomnieć lub chociaż upewnić się, czy coś czuję, czy jedynie wiem, że czuć coś powinienem.
Wiem, że przez myśl przebiegły mi obrazy. Ja z nią, snujący się po świecie. W mojej wyobraźni nie byliśmy rozkładającymi się ciałami, a parą zdrowych, żywych ludzi. Idących razem przez łąkę, grzejących stopy przy kominku, roześmianych w restauracji. Nie wiem, czy takie mieliśmy życie, ale takiego zapragnąłem. I to z pewnością było pragnienie.
Nagle usłyszałem, że ktoś się zbliża. Rozejrzałem się dookoła – wychodzili. Zza grobów i drzew, z bocznych alejek. Znów na nią spojrzałem. Na jej twarzy położyły się brzydkie cienie. W miejscu ust pojawiła się ciemna plama.
Wtedy zobaczyłem nas naprawdę, w sensie, takimi, jakim ja teraz jestem. Zgniłymi, zjełczałymi ciałami, oglądającymi się co rusz za siebie. Prawie nie rozmawiającymi, z obawy przed tematem, który musiałby się pojawić. Nie od razu to zrozumiałem, trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała. Dopiero potem zastanowiłem się nad tym nieco głębiej. Temat, który byłby nieunikniony, byłby jednocześnie tabu. Jak wyznanie uczuć między parą kochanków, z których każde ma własną rodzinę. Tylko gorszym. Oj, znacznie gorszym.
Puściłem się biegiem, żeby uciec. Powiem uczciwie, że i od niej, i od tych myśli. Biegłem na przełaj, przez płot i jeszcze dalej ulicą. Potem, gdy dowiedziałem się więcej, pożałowałem każdego niepotrzebnego metra, który wówczas przebiegłem.
Ze strzępów informacji próbowałem odtworzyć szerszy obraz sytuacji. Pojawiały się różne teorie i chyba żadna nie znalazła ostatecznego potwierdzenia. Powstaliśmy tylko my, którzy żyliśmy w określonym czasie. Wskazywano różne powody, najbardziej zapadły mi w pamięć dwa. Pierwszy, czyli jakiś lek lub szczepienie, które jako skutek uboczny zachowało nasze ciała i wybudziło je, gdy nadeszła pora. Jaka pora, na co? Chciałbym wiedzieć. Choć właściwie nie, nie chciałbym. Ty byś chciał, gdybyś był na moim miejscu?
Druga hipoteza dotyczyła robactwa. Zamiast nas zjeść, zakonserwowało.
Badania szybko się skończyły. Nie było komu ich dalej prowadzić. Nie ma opracowań dotyczących wzorców zachowań po Powstaniu, ale na własny użytek podzieliłem nas na trzy grupy.
O pierwszej grupie trochę już wspominałem. W pierwszych tygodniach musiałem się przed nimi kryć, bo co bardziej agresywni spośród nas wprowadzali swoje porządki. W każdym razie próbowali. W dużej mierze to dzięki nim zrozumiałem, że Powstanie nie jest na zawsze. Z jakichś powodów dostaliśmy określoną ilość energii, ale gdy się skończy, wracamy w nicość.
Żywi zniknęli szybko. Zaraz po nich zniknęli pogromcy. Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować. Niektórzy próbowali podjadać żywych, licząc chyba, że w ten sposób przejmą ich energię życiową, ale nic to nie dało.
Nawet kiedy zrobiło się bezpieczniej, nigdy już nie wróciłem na cmentarz, na którym Powstałem. Zrozumiałem, że to nie oprawców się bałem, lecz ponownego spotkania z tą kobietą. Strachem napawał mnie nie lęk przed pięściami i zębami, a przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły. Mnie uchroniły, w sensie.
Potrafię znormalizować się w głowie. Oswoiłem się z widokiem swoich dłoni, dziurami w ciele. Za to – gdy patrzę na innych, kiedy mijamy się z daleka… Inni wydają mi się ohydni. Prześlizguję się po nich wzrokiem, jak gdyby Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością. Niezręczną dla patrzącego, który nie wie, gdzie się podziać z własnym zdrowym ciałem.
Wybacz, rozwlekam tę myśl, bo chyba obawiam się to nazwać nawet w rozmowie z tobą. Do rzeczy. Chodzi o to, że nie potrafiłbym dotrzeć w rozmowie z kimś do pytania, kim się staliśmy. Gdyby kto inny mnie takim określił, to dopiero wtedy byłaby prawda.
Za dużo myślę o sobie. Opowiadałem, jak pogrupowałem Powstańców.
Druga grupa pojawiła się szybko i jeszcze szybciej zniknęła. To ci, którzy po zrozumieniu zasad tego wszystkiego, postanowili się wycofać. Przez mniej więcej tydzień, gdzie nie spojrzałeś, ktoś biegł. Już ich nie ma, dobiegli, każdy do swojej mety. To przez nich wraca do mnie wspomnienie tamtej ucieczki z cmentarza i uporczywe pytanie, ile czasu wtedy straciłem.
Wreszcie trzecia grupa. Moja. Szwendamy się z dala od siebie, powoli. Niepewni, jak długo ta dziwna, utrzymująca martwe ciało na chodzie energia w nas pozostanie. Stawiamy kroki powoli, bo chociaż wiemy, co czeka po, to nie jesteśmy pewni, czy chcemy do tego wracać.
Późno już. Słońce nisko. Naprawdę mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłem.
Próbuję się pożegnać. Chcę otworzyć usta i powiedzieć coś, choćby krótkie będę szedł, pa, ale wychodzą mi tylko warknięcia. Przegniłe, nadgryzione robactwem i rozpuchłe od wilgoci ciało podnosi się powoli, a ponadrywane mięśnie pieką bólem, gdy wstaję.
Idę. Nie żyj nam sto lat, hej.
Ciekawe (przecinek?) jak za twoich?
Zaraz po nich zniknęli ich pogromcy. Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować. – powtórzenie?
Strachem napawał mnie nie z lęk przed pięściami i zębami, a przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły. – literówka?
Za to (przecinek lub myślnik?) gdy patrzę na innych, kiedy mijamy się z daleka…
Prześlizguję się po nich wzrokiem, jak gdyby Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością. Niezręczną dla patrzącego, niepewnego jak się zachować ze swoim byciem sprawnym. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?
Przez mniej więcej tydzień (przecinek?) gdzie okiem sięgnąć, dało się dostrzec kogoś biegnącego.
Szwędamy się z dala od siebie, powoli. – rzadko używam, ale sprawdziłam i net mówi mi, że to ortograficzny?
Moim zdaniem wpisałeś się, Anonimie, w wymogi konkursowe wręcz w dwustu procentach. :) Dywagacje narratora są smutne, ale i bardzo trafne. Świetnie potrafimy sobie wyobrazić to, co, a także – kogo nam opisuje. :) Brawa za pomysł na tytuł oraz całkiem inne znaczenie pojęcia „Powstańcy”. :) I za wymowny koniec. :)
Kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)
Serdeczne dzięki za wizytę, bruce!
Wskazane błędy poprawione – mam nadzieję, że mieści się to w definicji “ścierania kurzy” z konkursowego regulaminu. Błąd ortograficzny mnie zawstydził, a jednocześnie wpisuję szwendanie do kanonu słów, których ortografia nie idzie ramię w ramię z tym, jak te słowa czuję. (Obok świeżego, które przez rz byłoby świeże dłużej!)
Szwendania także nie byłam pewna, musiałam sprawdzić. :)
Każdy popełnia błędy, oby tylko tak nieliczne, jak u Ciebie. :)
Pozdrawiam ciepło i również dziękuję. 

Witam!
Zaraz po nich zniknęli fpogromcy.
Coś się rozjechało albo zlało?
Na zewnątrz to wcale, nie jestem szalony.
Dziwnie się czyta z tym przecinkiem.
zastanowiłem się nad tym nieco bardziej
Kolokwialne. Lepszy związek frazeologiczny to głębiej – od analogii do “po głębszym zastanowieniu”
Napisane w pięknym, nastrojowym stylu. Podobała mi się i treść, i sposób budowania zdań. Dużo wzruszających momentów, realistyczne zdziwienie bohatera światem. W trakcie lektury wczuwałem się w narratora – co, biorąc pod uwagę jego opłakany stan, jest osiągnięciem – i jednocześnie wymogiem do imersji w przedstawiony świat.
Tekst ma szansę zostać w głowie na dłużej, niedopowiedzenia tylko zachęcają do zadawania sobie pytań. Czyta się i głową i sercem, czyli wywołuje uczucia, i nie jest to bynajmniej znużenie :)
Kliknąłem, ale wydaje mi się, że dużo klików może doprowadzić do ujawnienia autora, kiedyś było to dyskutowane – musiałbym wrócić do jednego z poprzednich konkursów.
Gratulacje za bardzo udany tekst!
Bardzo dziękuję za tak miłe słowa! Jest mi szalenie miło.
Przy okazji chętnie podejmę wątek kolokwializmów w narracji pierwszoosobowej. Absolutnie nie po to, żeby udowadniać, że tekst jest ok, tylko z czystej ciekawości – gdzie Twoim (a niech tam, Waszym) zdaniem leży granica pomiędzy błędem w tekście a pozwoleniem bohaterowi mówić jak człowiek, niedoskonale?
Oczywiście dobrym punktem wyjścia byłoby „autor ma świadomość, a błąd jest celowy” – czego w przywołanym przypadku zabrakło. Ale czy np. tekst musi być na tyle sugestywny, żeby czytelnik też zyskał świadomość, że to gra?
Przy okazji chętnie podejmę wątek kolokwializmów w narracji pierwszoosobowej. Absolutnie nie po to, żeby udowadniać, że tekst jest ok, tylko z czystej ciekawości – gdzie Twoim (a niech tam, Waszym) zdaniem leży granica pomiędzy błędem w tekście a pozwoleniem bohaterowi mówić jak człowiek, niedoskonale?
To płynna granica. :) Przyznam, że często muszę przy czytaniu zastanawiać się nad tą kwestią. :) Zazwyczaj po prostu dany bohater ciągle używa takich zwrotów i z czasem przywykam do tego, uznając dane określenia jako “swojskie” dla owego bohatera. Miałam np. początkowo podobny dylemat przy obecnym konkursie z opowiadaniem o dziadku – jest tam sporo takich właśnie sformułowań, nie wypisywałam ich zatem, bo w sumie całość jest opowieścią narratora, używającego… hmm… dość specyficznej formy językowej. :))
Pozdrawiam serdecznie. 
Dzięki za ten głos, bruce! Granica rzeczywiście jest płynna – łatwo chyba pójść o krok za daleko i zrobić z bohatera karykaturę poprzez jego idiolekt. :) Choć i tu wiele chyba zależy od kontekstu; mnie szczególnie „irytują” (zdecydowanie za mocne słowo) próby pokazania, że bohater jest prostym człowiekiem, poprzez to, że cały czas gdzieś przyszł i coś wziąściał.
Doskonale Cię rozumiem, Anonimie. :)
Dzięki, pozdrawiam ciepło. 
Odnośnie pytania: w opowiadaniu język bohatera oscyluje między codziennością a metaforą:
Przychodzę do ciebie od kilku miesięcy, zacząłem na poprzednią jesień. Pamiętam, pomyślałem, że ładnie ci orzechy wokół grobu naspadały.
To jest przykład fragmentu, w którym są kolokwializmy, składnia i gramatyka nieco kuleje, i co powie na to Tarnina? A jednak nie zaznaczałem tego jako błąd, tylko próbę zapisania myśli takich, jakimi są, łącznie z niedoskonałością gramatyczną.
Są też mniejsze grzeszki:
Mnie uchroniły, w sensie.
Metafory graniczące z kolokwializmem też:
Potrafię znormalizować się w głowie
Czy mi to przeszkadza? Kiedyś już napisałem i się tego trzymam: nie przeszkadza mi maniera pisarska, która definiuje styl, o ile mieści się w granicach poprawności. Tutaj się nie mieści (ewidentnie jest to “jazda bo bandzie”), ale też mi nie przeszkadza, ponieważ od początku widzę, że jest cechą tego opowiadania.
Ujmę to tak: gdybym miał przeczytać całą książkę tak napisaną, miałbym mieszane uczucia. Tutaj jest mały, zamknięty utwór, w którym owe kolokwializmy wydają się tak nienaruszalną częścią, że poprawianie ich nie ma sensu. Widzę w tym zamysł artystyczny, każde zdanie jest dla mnie zrozumiałe, mimo owych zgrzytów z poprawnością. Ma to swój urok.
To jeszcze jedno porównanie: jeśli opowiadanie ma tag “absurd” to nie będę rygorystycznie sprawdzał logiki (choć mogę sprawdzać technikalia).
Jeszcze przytoczę najładniejszy fragment:
Nie zbliżającymi się do ognia, aby przez brak jakiegokolwiek czucia nie spalić się w płomieniach. Prawie nie rozmawiającymi, z obawy przed tematem, który musiałby się pojawić. Nie od razu to zrozumiałem, trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała. Dopiero potem zastanowiłem się nad tym nieco bardziej. Temat, który byłby nieunikniony, byłby jednocześnie tabu. Jak wyznanie uczuć przez parę kochanków, z których każde ma własną rodzinę. Tylko gorszym. Oj, znacznie gorszym.
Jeśli ceną za przeczytanie tego są zgrzyty gramatyczno-składniowe i kolokwializmy – tak, chętnie ją zapłacę XD
Dzięki za tak obszerne odniesienie się do mojej rozkminy. :D Przekonany, śpieszę poprawić zastanowienie się bardziej na zastanowienie się głębiej. :)

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.
/Fryderyk II Wielki/
Oj, stresik. ;)

Fajne, jest odrobina humoru, są też sprawy ważne. Przypomniało mi troszkę “Cmentarne syreny” Marszawy.
Lubię opowiadania, gdzie mierzymy się z dialogiem wewnętrznym bohatera, są one ciekawe, chociaż trudno w nich nie popełnić błędów, szczególnie powtórzeń, jak “ci”, “ciebie”, “moje”, “twoje” etc. Jest kilka miejsc, które wybijały mnie z rytmu, marzan fajnie podsumował, zgadzam się z nim w pełni, ale… w opowiadaniach, które stoją dialogiem wewnętrznym, jak wspomniałem, ciężko jest zachować pełną poprawność, szczególnie jak chce się pisać dość luźno, a bohater to gawędziarz – tutaj takiego mamy. Więc o ile było sporo miejsc, które prawdopodobnie można było zapisać lepiej, to całość czytało mi się płynnie i przyjemnie.
Historia jest ciekawa, ma emocje, może troszkę brak stawki, ale to nie ten rodzaj opowiadania, żeby mi to przeszkadzało. Minus jaki widzę to przeciąganie, mam wrażenie, Anonimie, że starałeś się dobrnąć do limitu i lekko rozwadniałeś. Poza tym jestem usatysfakcjonowany. Podejrzewam też z kim mam do czynienia, ale to okaże się w wątku ze zgadywankami, czy miałem rację.
Z góry dziękuję za lekturę – mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony.
Nie, nie był to czas stracony :D
Kliknę. Pozdrawiam!
Dzień dobry.
Chciałby człowiek poznać opinie jurorów, a tu trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Michaelu, dzięki za lekturę! Nie pozostaje mi nic innego jak zgodzić się z Twoimi obserwacjami. Także z tą o rozwodnieniu – pierwsza wersja tekstu, która uważam, że była w punkt, miała 8k znaków. Można więc przyjąć, że 20% tekstu to walka o limit. Myślę, że udało mi się uniknąć totalnego wodolejstwa, ale fakt – nie jest aż tak gęsto, jak mogłoby być.
Podejrzewam też z kim mam do czynienia, ale to okaże się w wątku ze zgadywankami, czy miałem rację.
Zgadywanki mogą być równie emocjonujące co ogłoszenie wyników. ;)
Ładnie napisane.
Wydaje mi się, że tekst jest dojrzały. To nie tanie uganianie się zombiaków za żywymi z serii “zjem twój móóózg”, tylko próba wyjścia poza standardowy horror. Fajne słowo tytułowe.
I tak, zgadywanki IMO bardziej emocjonują niż wyniki. Każdy może mieć na to taki wpływ, jaki tylko chce. A wyniki fascynują głównie tę czołówkę, która spodziewa się podium.
Bardzo dziękuję, Finklo, za wizytę i miłe słowa! Cieszę się, że znalazłaś czas i chęci, żeby zajrzeć. :)
Ze słowa tytułowego wywodzi się cały pomysł na tekst, więc to dobrze, że zwraca uwagę w pozytywny sposób.
Urzekający, romantyczny filozof-zombie! Ot, prosta historia, ale wiele emocji.
Zastanawiam się tylko, czy on w końcu czuł ból czy nie?
Idę zaklikać do bliblioteki!
Dziękuję serdecznie!
Jestem świadom tego potknięcia logicznego – zakładałem, że nie czuje „zewnętrznego” bólu (ogniska), ale jest świadom bólu wynikającego z własnego rozpadu. Namiast może jest to nieco zbyt naciągane – wtedy chyba zostawiłbym scenę z rwącymi z bólu mięśniami, a jakimś innym obrazkiem zastąpił unikanie ognisk. Myślisz, Cytryno, że tędy droga?
Za klika serdecznie dziękuję, a błędu do rozstrzygnięcia konkursu nie poprawiam, bo jest bardziej znamienny niż brakujący przecinek. :)
Anonimie, opisałeś szczególną sytuację, więc to całkiem zrozumiałe, że zwierzenia i przemyślenia Powstańca też zwyczajne nie są. Dobrze się czytało. :)
:)!
Dziń dybry! Mój komentarz wygląda nietypowo, bo piszę z telefonu, mam nadzieję, że nadal będzie w miarę czytelny. Zacznę od niefortunnej nazwy wydarzenia, które nazwałeś Powstaniem, bo przez to skojarzyłam sobie z wojną i przez kilka chwil myślałam, że to monolog powstańca. Nie rozumiem też, o co się kłóciły zombiaki a parę razy o tyn wspominasz, co wskazuje na to, że było to istotne, ale tego nie wyjaśniasz. Zdarzyło się parę językowych czy składniowych potworków, jak: "otrzepanie się mrugnięciem" czy "puściłem się biegiem, żeby uciec", lecz można przymknąć na to oko, bo generalnie językowo jest w porządku. "Bo chociaż wiemy, co czeka po, to nie jesteśmy pewni…" nie rozumiem tego zdania. Czeka kogo i po czym? Poza tym kilka zdań wcześniej podmiot liryczny twierdzi, że nie wie, po co powstali, a teraz wie? Hm. Nawet ciekawy pomysł, podoba mi się też tytuł. Tylko, kureczka, za wiele w sumie się tu nie dzieje i nic prawie nie wiemy. Dlaczego bohater tak uciekał przed swoją żoną? Jakie są skutki Powstania, w sensie, dlaczego miałabym się tym przejąć? No nie wiem, przepraszam, ale nie poruszył mnie tekst w żaden sposób. I jeszcze ta depresja, po co w ogóle została wspomniana? Mam wrażenie, że zostało tu wiele wątków wspomnianych, które w ogóle się ze sobą nie łączą. Tak czy siak życzę powodzenia w konkursie i wszystkiego dobrego!
mam nadzieję, że nadal będzie w miarę czytelny.
Lektura tego komentarza była wycieczką, nie ukrywam. Nie mniej doceniam, że chciało Ci się go pisać z telefonu. :)
Dzięki za opinię! Przykro mi, że tekst zupełnie się z Tobą rozminął, ale chyba musimy z tym żyć. Zwracasz uwagę na dużo jego fundamentalnych założeń, więc próba poprawy o to oparta byłaby tak naprawdę napisaniem drugiego, innego opowiadania.
Pozdro i bardzo dziękuję za poświęcony czas!
Witam!
Bardzo fajna wizja. Na początku zwróciłem uwagę na bardzo przyjemny klimat. Te kasztany itp. Drugą bardzo fajną rzeczą była nowość w tekście. Mam na myśli, że sekret opowiadania objawił się nie od razu tylko po jakimś czasie. Było zaskoczenie. Na koniec pochwalę oryginalność pomysłu. Opko naprawdę z wyobraźnią a do tego wiele zdań było “mądrych” , “inteligentnych”.
Serdeczne pozdrowienia!!! :)
Dziękuję, równocześnie zwracając uwagę, że wszystkie mądre i inteligentne zdania pochodzą od bohatera, nie od osoby autorskiej. :)
Miło, że Ci się podobało!

Hej ho!
Ciekawy tytuł i pomysł na nostalgicznego zombie. Bardzo ładnie i nastrojowo poprowadzona narracja, powoli odkrywasz karty, z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Brakowało mi nieco więcej akcji. Śmiało mogłeś jeszcze to rozwinąć i podrzucić bohaterowi więcej kłód pod nogi. :D
Zakończenie mi się spodobało. Wizja szwendającego się po świecie trupa, tak długo, jak pozostanie w nim „dziwna, utrzymująca martwe ciało przy życiu energia”, właściwie nie zamyka tej historii. Tak jak śmierć nie była końcem dla głównego bohatera. Ładnie to się spina.
Pozdrawiam serdecznie :)
Dziękuję! :)

pierwsze odważne trele ptaków
Czemu "odważne"?
Dla ciebie dziwny
Dlaczego?
Zresztą szalony to daleki od normy
Idiom, supozycja materialna: Zresztą "szalony" to odbiegający od normy.
dziś to i norma sama od siebie daleka
Czy narrator na pewno nie jest szalony? XD
zacząłem na poprzednią jesień
Zacząłem poprzedniej jesieni; albo zeszłej jesieni.
Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że możesz słyszeć.
Angielskawe, hmmm…
niewielu ławeczek, jakie są w okolicy
A może po prostu: niewielu ławeczek w okolicy?
starałem się zupełnie cię zignorować
Anglicyzm: starałem się nie zwracać na ciebie uwagi.
Dekoracją co najwyżej jak donica albo budką telefoniczną przy ulicy.
Grób jest budką telefoniczną tylko metaforycznie (a ulica nic tu nie wnosi poza kulawą fonetyką): Dekoracją co najwyżej, jak donica, albo budką telefoniczną.
najwyżej potkniesz się spojrzeniem, otrzepiesz mrugnięciem i pójdziesz dalej
Podoba mi się ta fraza.
Tylko że tak się nie da.
Tylko, że tak się nie da.
pierwsze widzę
Złamany idiom w pierwszej chwili mnie zdezorientował. Potem załapałam.
odzywałem. Głównie o sobie.
Odzywanie nie ma odniesienia (dlaczegoś): odzywałem. Głównie mówiłem o sobie.
I chyba nie do końca byłem zawsze szczery.
Poplątany szyk, chociaż w monologu…
potrzeby, którą mieliśmy w sobie od zawsze
Ale już nie mamy, hmm?
Mnóstwo, mnóstwo czasu.
Powtórzenie dla wzmocnienia to anglicyzm.
w tych sprawach to ja zatrzymałem się na kasztanach
Wymowniej: w tych sprawach, to się ja zatrzymałem na kasztanach.
podpisaną obok moim imieniem i nazwiskiem
"Obok"?
To nie jest sytuacja, którą łatwo sobie wyjaśnić
Oj tam, faza Hobartha :)
zatem poszedłem sobie
"Zatem" to troszkę za wysoki rejestr, nie pasuje do otoczenia.
i jak widać przeszło wiek pod ziemią nie zdołał tego zmienić
A czemu miałby? Co jest złego w nieprzepadaniu za przemocą? Wtrącenie wydziel: i, jak widać, przeszło wiek…
Niewiele pamiętam o sobie sprzed Powstania
Hmmmmmmmmmmmmmmm…
tak żywi nazywali ten dzień
Ale już przestali?
Musiała Powstać przede mną lub po mnie
Anglicyzm: Na pewno Powstała przede mną albo po mnie.
wróciłem na cmentarz i już spokojniejszy przeczytałem
Hmmm. Może: wróciłem na cmentarz i, już spokojniejszy, przeczytałem. A może: wróciłem na cmentarz, już spokojniejszy, i przeczytałem.
te naleciałości pozostały
https://wsjp.pl/haslo/podglad/18160/nalecialosc ? A może po prostu nawyki?
cmentarną alejką, w krzyżującej się z nią uliczce
Uliczka na cmentarzu?
nawet nie jestem pewny, czy to moja żona
Jeśli nie jest pewny, to przynajmniej przypuszcza, a on chyba w ogóle nie wie.
A może tego, że istniała, także byłem świadom tylko dzięki napisowi z pomnika?
Trochę za wysoki ton.
nie mogłem wyraźnie dostrzec jej twarzy
Angielskawe, może: nie widziałem dobrze jej twarzy.
Wtedy zobaczyłem nas prawdziwymi, w sensie takimi
Może: Wtedy zobaczyłem nas naprawdę, w sensie, takimi…
zjełczałymi ciałami
Hmm.
Nie zbliżającymi się do ognia, aby przez brak jakiegokolwiek czucia nie spalić się w płomieniach
Mało naturalne. Może: Unikającymi ognia, żeby nie spłonąć, nawet tego nie czując. (A w ogóle – gdzie na ulicach otwarty ogień?)
trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała
Hmm?
Jak wyznanie uczuć przez parę kochanków
Lepiej: między parą kochanków.
zacząłem żałować
Pożałowałem.
Ze strzępów informacji próbowałem odtworzyć szerszy obraz sytuacji.
Zrymowane i pretensjonalne.
Pojawiały się różne teorie i chyba żadna nie znalazła ostatecznego potwierdzenia.
Jak to teorie…
Powstaliśmy tylko my, żyjący w określonym czasie
Nijak nie ma tu jednoczesności: Powstaliśmy tylko my, którzy żyliśmy w określonym czasie.
Pierwszy, czyli jakiś lek lub szczepienie, które jako skutek uboczny zachowało nasze ciała i wybudziło je, gdy nadeszła pora.

Pierwszy to skutek uboczny jakiegoś leku lub szczepionki, przez który nasze ciała przetrwały i wybudziły się, kiedy nadeszła pora. Jeśli to skutek uboczny – czyli niezamierzony – to jak się ma do tego pora?
Druga hipoteza dotyczyła robactwa. Zamiast nas zjeść, zakonserwowały.
Jeśli to robactwo, to nas zakonserwowało. Rodzaj nijaki.
Nie było komu dalej ich prowadzić.
Szyk: Nie było komu ich dalej prowadzić.
Nie ma opracowań dotyczących wzorców zachowań po Powstaniu
A skąd on to wie?
co bardziej agresywni spośród nas wprowadzali porządki
Można wprowadzać jakieś albo czyjeś porządki, ale nie takie bezprzymiotnikowe.
zacząłem rozumieć
Zrozumiałem. Ludzie, aspekt dokonany nie gryzie. To nie zombie.
Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować.
Akcent i anglicyzm: Uganianie się za ofiarami na pewno wiele ich kosztowało.
Zrozumiałem, że to nie oprawców się bałem
Na pewno nie miało być: Zrozumiałem, że to nie oprawców się boję?
przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły
?
Potrafię znormalizować się w głowie
Kto tak mówi?
Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością.
Jak już, to bycie Powstałym, ale "niezręczna niepełnosprawność" brzmi… niezręcznie. Hmm.
niepewnego jak się zachować ze swoim byciem sprawnym
Może tak: który nie wie, gdzie się podziać z własnym zdrowym ciałem.
obawiam się to nazwać nawet do ciebie
Niestety, to nie po polsku: obawiam się to nazwać, nawet w rozmowie z tobą.
Gdyby kto inny mnie takim zdefiniował, to dopiero wtedy byłaby prawda.
Nie mam pojęcia, co próbujesz powiedzieć. "Zdefiniować" to nie to samo, co określić, ale nie widzę nawet, jakim bohater ma być określony.
To ci, którzy po zrozumieniu zasad tego wszystkiego, postanowili się wycofać.
A może tak: To ci, którzy, kiedy już zrozumieli zasady tego wszystkiego, postanowili się wycofać. (A przed chwilą było, że zasad nikt nie rozumie – to jak jest?)
Przez mniej więcej tydzień, gdzie okiem sięgnąć, dało się dostrzec kogoś biegnącego.
Idiom: jak okiem sięgnąć. Ale w ogóle zdanie jest angielskawe. Co powiesz na: Przez mniej więcej tydzień, gdzie nie spojrzałeś, ktoś biegł?
dobiegli do swoich met
Pluralizacja powoduje konkretyzację i czytelnik zostaje z uroczym obrazem zombiaka na melinie.
To przez nich wraca do mnie wspomnienie tamtej ucieczki z cmentarza i powraca uporczywe pytanie, jak wiele czasu wówczas straciłem.
Powtórzenia: To przez nich wraca do mnie wspomnienie tamtej ucieczki z cmentarza i uporczywe pytanie, ile czasu wtedy straciłem.
Niepewni, jak długo ta dziwna, utrzymująca martwe ciało na chodzie energia w nas pozostanie.
Mało zgrabne, infodumpowe (choć większość z tego już wiemy) i angielskawe (oni zawszą są "not sure", kiedy my uczciwie nie wiemy).
chociaż wiemy, co czeka po, to nie jesteśmy pewni, czy chcemy do tego wracać.
?
choćby krótkie będę szedł, pa, ale na zewnątrz wydobywają się tylko warknięcia
Supozycja materialna w cudzysłów: choćby krótkie "będę szedł, pa", ale wychodzą mi tylko warknięcia.
spulchnione wilgocią ciało
Hmmm. Rozpuchłe od wilgoci?
podnosi się powoli
Aliteracja.
ponadrywane mięśnie pieką bólem, gdy wstaję.
A przedtem zombie nie czuły bólu?

Nastrojowe. Smutne. Całkiem nieźle wypada taki monolog zombie, zwłaszcza, że nie wykładasz od razu kawy na ławę, tylko powoli, stopniowo odmalowujesz apokalipsę. Tylko trochę… nie widzę niczego pod spodem. Może źle patrzę.
wydaje mi się, że dużo klików może doprowadzić do ujawnienia autora, kiedyś było to dyskutowane
Tylko autora, który wypełnił fragment reprezentacyjny do Biblioteki. Ale to się może zdezaktualizować…
gdzie Twoim (a niech tam, Waszym) zdaniem leży granica pomiędzy błędem w tekście a pozwoleniem bohaterowi mówić jak człowiek, niedoskonale?
Ha, to zależy. Po pierwsze tekst ma być czytelny (a błędy przeszkadzają). Po drugie ma oddawać osobowość bohatera, w czym czasem pomagają, ale często nie. Powiedziałabym, że jeśli błąd nie jest rażący, a pasuje do tego, jak bohater ma wyglądać, to przejdzie: na przykład babunia staruszeczka jeszcze może obsztorcowywać wnuka, żeby ubrał swetr, ale w ustach polonisty brzmi to strasznie fałszywie.
Ale czy np. tekst musi być na tyle sugestywny, żeby czytelnik też zyskał świadomość, że to gra?
Tak. Nie możesz oczekiwać od czytelnika, że będzie Ci czytał w myślach.
To jest przykład fragmentu, w którym są kolokwializmy, składnia i gramatyka nieco kuleje, i co powie na to Tarnina?
Poza wyraźnie kulawą najesienią nie miała zastrzeżeń :P
w opowiadaniach, które stoją dialogiem wewnętrznym, jak wspomniałem, ciężko jest zachować pełną poprawność, szczególnie jak chce się pisać dość luźno, a bohater to gawędziarz – tutaj takiego mamy.

Myślę, że udało mi się uniknąć totalnego wodolejstwa, ale fakt – nie jest aż tak gęsto, jak mogłoby być.
Tekst jest raczej spokojny, więc trochę wody mu nie zaszkodzi.
Jestem świadom tego potknięcia logicznego – zakładałem, że nie czuje „zewnętrznego” bólu (ogniska), ale jest świadom bólu wynikającego z własnego rozpadu.
A czym się – fizjologicznie – różni jedno od drugiego? Chyba niczym…
przez kilka chwil myślałam, że to monolog powstańca
W pewnym sensie… :)
Nie rozumiem też, o co się kłóciły zombiaki a parę razy o tyn wspominasz, co wskazuje na to, że było to istotne, ale tego nie wyjaśniasz.
W sumie… chyba kłóciły się z pozycji ogólnoludzkich ("ja tu rządzę!"). Ale czy to takie ważne?
Dlaczego bohater tak uciekał przed swoją żoną?
Przypuszczam, że z tego samego powodu, dla którego Adam z Ewą spletli sobie gatki z liści figowych.
wszystkie mądre i inteligentne zdania pochodzą od bohatera, nie od osoby autorskiej. :)
Skromność :)

A żebyś wiedziała, że potrzymam, jak wreszcie coś wrzucisz :D

Nie trąb, pisze się XD
Nie trąb, pisze się XD
Uwierzę jak zobaczę XD Do tego czasu będzie trąbione XD


Jasny gwizdek, a jeszcze dwie godziny temu to był całkiem niezły tekst XD
Dzięki, spróbuję przysiąść do poprawek w przyszłym tygodniu – tu chyba potrzeba będzie więcej czasu :D
No dobra, nie dawało mi to spokoju. :D Do pierwszej części udało się usiąść dziś. Jeszcze raz dzięki, Tarnino, za taką wnikliwość!
Czemu "odważne"?
Ponieważ nieśmiało wystawiły głowy, zobaczyły, że już chyba wiosna i z początku nieufnie, czy to na pewno wiosna i czy na pewno już można, a potem coraz bardziej odważnie, zaczęły swoje trele.
Dlaczego?
Ponieważ jest zombie, truposz w grobie jest zwykłym ludzkim truposzem, który zombie zna tylko z Od zmierzchu do świtu.
Idiom, supozycja materialna: Zresztą "szalony" to odbiegający od normy.
Bohater nie zna połowy słów, których użyłaś, natomiast autor zgadza się, że szalonego należy zapisać kursywą. Pogwałcenie idiomu przypisuję niechlujności językowej mówiącego (zasłaniając tym swoja ignorancję, ma się rozumieć) i – choć samemu koduję, żeby mówić ładniej – pozwalam sobie zostawić w tekście.
Czy narrator na pewno nie jest szalony? XD
Pewnie trochę jest, normalny nie zbudowałby tak pięknych zdań! Bo to miałaś na myśli, prawda…? XD
Zacząłem poprzedniej jesieni; albo zeszłej jesieni.
To akurat w pełni świadome – uważam, że zombie staruszek-gawędziarz mówi, że coś było na poprzednią jesień.
A może po prostu: niewielu ławeczek w okolicy?
Od razu milej się siada na takiej ławeczce ze skróconego zdania, poprawione!
Anglicyzm: starałem się nie zwracać na ciebie uwagi.
Interesującym dla mnie jest spostrzeżenie, jak bardzo przesiąkłem anglicyzmami – kompletnie ich nie zauważam. Tutaj poprawię, bo Twoja propozycja brzmi ładniej. Na to, co poprzednio nazwałaś anglicyzmem, gapiłem się kilka minut i nadal nie wiem, co tam było nie po polsku. Globalizacja mnie dojechała!
Dekoracją co najwyżej, jak donica, albo budką telefoniczną.
Poprawione!
Podoba mi się ta fraza.
Podoba mi się ten komentarz!
Tylko, że tak się nie da.
Serio? Przecinek nie cofa się przed tylko że niemal zawsze, chyba że ewidentnie chcemy zaakcentować pauzę w wymowie? :O
Odzywanie nie ma odniesienia (dlaczegoś): odzywałem. Głównie mówiłem o sobie.
Poprawione, a ja nauczony! (Wierzę, że pominięcie tego mówiłem, nomen omen w wypowiedzi jest bardzo prawdopodobne, ale nie psuje mi obrazu bohatera).
Ale już nie mamy, hmm?
Poprawione na towarzyszy nam od zawsze.
Powtórzenie dla wzmocnienia to anglicyzm.
Bardzo, bardzo dużo ich w tym tekście. ;)
"Obok"?
Mówiący zgubił na płycie obok, na szczęście już się znalazło.
Oj tam, faza Hobartha :)
Dodałem chyba że czytywało się Dicka. (Wcale nie XD).
"Zatem" to troszkę za wysoki rejestr, nie pasuje do otoczenia.
Więc zmieniłem. ;)
Ale już przestali?
Tak, bo nie żyją. ;)
Anglicyzm: Na pewno Powstała przede mną albo po mnie.
Jesus Christ!
https://wsjp.pl/haslo/podglad/18160/nalecialosc ? A może po prostu nawyki?
Popłakałem się ze śmiechu XD Nawet naleciałość jest angielska. XDDDDD Co jest!
Uliczka na cmentarzu?
Wyobrażam sobie, że można w niechlujnej wypowiedzi tak nazwać alejkę. Ale zmieniłem na ścieżkę.
Mało naturalne. Może: Unikającymi ognia, żeby nie spłonąć, nawet tego nie czując. (A w ogóle – gdzie na ulicach otwarty ogień?)
Wywaliłem to zdanie o ogniu, za dużo komplikuje (także z tym czuciem bólu).
Jasny gwizdek, a jeszcze dwie godziny temu to był całkiem niezły tekst XD

Ponieważ nieśmiało wystawiły głowy, zobaczyły, że już chyba wiosna i z początku nieufnie, czy to na pewno wiosna i czy na pewno już można, a potem coraz bardziej odważnie, zaczęły swoje trele.
Hmmmm… i chcesz tyle informacji upchać w jedno słowo? Odważnie XD
Ponieważ jest zombie, truposz w grobie jest zwykłym ludzkim truposzem, który zombie zna tylko z Od zmierzchu do świtu.
OK ^^
Bohater nie zna połowy słów, których użyłaś, natomiast autor zgadza się, że szalonego należy zapisać kursywą.
Supozycja materialna jest wtedy, kiedy mówimy o słowie, a nie o tym, co to słowo nazywa, na przykład: "Żaba" pisze się przez samo "ż". Zwykle dajemy takie słowo w cudzysłów, żeby zaznaczyć, że chodzi o słowo "żaba" a nie o jakąś dziwną pisaną żabę :)
Pewnie trochę jest, normalny nie zbudowałby tak pięknych zdań! Bo to miałaś na myśli, prawda…? XD
No, pewnie XD
uważam, że zombie staruszek-gawędziarz mówi, że coś było na poprzednią jesień.
A nie zrobił na mnie wrażenia staruszka…
Na to, co poprzednio nazwałaś anglicyzmem, gapiłem się kilka minut i nadal nie wiem, co tam było nie po polsku.
"Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że możesz słyszeć." Raz: my po prostu słyszymy (widzimy, węszymy etc.), nie obudowujemy tego modalnościami. W sumie chyba załatwia to aspekt czasownika, choć nie zawsze (niedokonany – możliwość, dokonany – fakt, ale nie dam za to głowy, to taka luźna obserwacja). "Kiedyś nigdy" to też ciut dziwna zbitka, tym razem semantycznie.
Podoba mi się ten komentarz!
Podoba mi się, że Ci się podoba ^^
Przecinek nie cofa się przed tylko że niemal zawsze, chyba że ewidentnie chcemy zaakcentować pauzę w wymowie? :O
Kurtyzana, jak mawiał mój pan od łaciny, consuetudo. Żem tak przywykła do przecinka przed "że", że (o, właśnie…) jak go nie ma, to mi nieswojo…

Bardzo, bardzo dużo ich w tym tekście. ;)
Indeed, sir! :D
Dodałem chyba że czytywało się Dicka. (Wcale nie XD).
Wcale tak XD
Tak, bo nie żyją. ;)
https://instantrimshot.com/classic/?sound=rimshot
Jesus Christ!

Popłakałem się ze śmiechu XD Nawet naleciałość jest angielska. XDDDDD Co jest!
… whaaaat? w sumie nawet nie wiem, jak jest po angielsku "naleciałość" XD "Scale"? "Film"? "Dusting"? XD
Wyobrażam sobie, że można w niechlujnej wypowiedzi tak nazwać alejkę. Ale zmieniłem na ścieżkę.
I to też jest ładne :)

Tarnino, kliknij w ten link z naleciałości ;) Sugeruje, że pierwsza to „angielska”, kiedy wtrąca się zwroty brzmiące z angielskiego. :D
Dokończyłem wczoraj poprawki – jednak nie było potrzeba aż tyle czasu. Dzięki raz jeszcze!
Moje uszanowanie!
To ja dziękuję za możliwość lektury, a czas w ogóle nie był stracony. Tekst ciekawy i z pomysłem. Więcej pewności!
Sposób narracji i sama tematyka tejże bardzo przypomina mi krótkie opowiadanie Lovecrafta pod tytułem “Wyrzutek”. Swoją drogą, polecam gorąco, czysty gotyk. Tutaj taka forma nieźle przypasowała z klimatem konkursu, no i ściśle z samymi wytycznymi, bezpośrednio (a więc na plus!) z zagadnieniem, co po tej całej śmierci jest. To pierwszy tekst, jaki przeczytałem w wątku, który skupia się dokładnie na tym. Wyszło całkiem nieźle, choć, jak zawsze dla mnie, nieco przykrótko. Próby wyjaśnienia zjawiska zmartwychstań pojawiają się co prawda, jednak jedynie jako domysły narratora. Swoją drogą, dość niespójne, naciągne. Tekst nic a nic by nie stracił, gdyby uchylono jednak trochę rąbka tajemnicy. No, chyba, że taka była Twoja kowencja.
Pozdrawiam serdecznie!!!
Dziękuję, Robercie! :)
Miałem poczucie, że powody Powstania ostatecznie nie były dla narratora kluczowe – stąd poświęcam im niewiele miejsca. :)
Cieszę się, że tekst się spodobał – to bardzo miłe!
Fanem Lovecrafta niestety nie jestem. Dał nam świetne uniwersum, ale jego literatura bardzo mnie męczy. :)
Sugeruje, że pierwsza to „angielska”, kiedy wtrąca się zwroty brzmiące z angielskiego. :D
Fakt, ale to zupełnie inny sens :D

Owszem, ale po Twoim komentarzu, który punktował anglicyzm po anglicyzmie, nie mogłem się nie zaśmiać z angielskich naleciałości w linku na zupełnie inny temat :D


Już samym tytuł jest chwytliwy – ciekawe słowotwórstwo. Historyjka też interesująca, choć trochę mało rozbudowana – można by na tym koncepcie napisać ciut więcej o świecie po Powstaniu.
Natomiast na duży plus styl – bardzo dobrze, lekko napisane.
Subiektywne uwagi:
– nie “zacząłem na poprzednią jesień”, a “zacząłem poprzedniej jesieni”,
– skoro podmiot liryczny opowiada, jak po potrafi rozróżnić orzech od innych drzew, przydałaby się informacja, jaki to rodzaj orzechu,
– “Dekoracją co najwyżej, jak donica, albo budką telefoniczną” – tu chyba powinna być “budka telefoniczna”.
Dzięki!
W kwestii orzechów, to zupełnie nie chodziło o to, że narrator jest specem od orzechów. Wręcz przeciwnie – o drzewach wie tyle co nic, a jego szczyt możliwości to powodzenie „oho, to orzech”. :) Znajomość odmian wykracza daleeeko poza jego zakres wiedzy.
W Polsce jest chyba tylko jedno drzewo orzechowe – Juglans regia 
A kto powiedział, że akcja toczy się w Polsce? :)
A nikt 
Anonimie, ja natomiast mam odwrotnie. Uniwersum moim zdaniem dał nam raczej głupie (choć bez wątpienia ciekawe), zaś czyta mi się go zawsze przyjemnie. Co prawda z tym czytaniem, im dalej od jego uniwersum, tym lepiej, i właśnie opowiadanie “Wyrzutek” nie ma związku z mitologią lovecraftańską.
Jak pięknie można się różnić! ;)

Pozwolę sobie jeszcze na offtop, ale skądinąd wiem, że autor opowiadania nie będzie miał pretensji o śmiecenie pod jego tekstem.
A propos Lovecrafta – w niedzielę miałem przyjemność zagrać w sesji RPG łączącej właśnie Zew Cthulhu z Wściekłymi Psami Tarantino. Mitologia, którą dał nam Lovecraft, moim zdaniem najbardziej błyszczy w tego typu momentach, kiedy uzupełnia jakąś inną opowieść. Czyste Mity są dość wtórne, ale jako przełamanie dla czegoś innego, spisują się świetnie.
Podobnie dobrze bawiłem się na sesjach osadzonych w realiach II WŚ, gdzie pierwszym planem była wojna partyzancka w lasach pod Duklą, a mity pojawiały się w tle, aby dopiero na koniec w pełni zająć kadr.
Jeżeli Wyrzutek nie ma z nimi nic wspólnego – pewnie prędzej czy później sięgnę, dzięki za polecajkę! :)
Mitologia, którą dał nam Lovecraft, moim zdaniem najbardziej błyszczy w tego typu momentach, kiedy uzupełnia jakąś inną opowieść. Czyste Mity są dość wtórne, ale jako przełamanie dla czegoś innego, spisują się świetnie.
Masz rację! Poniekąd sam zazwyczaj używał jej w ten właśnie sposób – kolejne przygody różnych ludzi objawiały te same, niezmienne tajemnice.
Podobnie dobrze bawiłem się na sesjach osadzonych w realiach II WŚ, gdzie pierwszym planem była wojna partyzancka w lasach pod Duklą, a mity pojawiały się w tle, aby dopiero na koniec w pełni zająć kadr.
O, a to ciekawe bardzo! Chodzi o partyzantkę czechosłowacką?
Wydaje mi się, że byli to polscy partyzanci, ale graliśmy dość dawno, więc nie dam głowy. :)
Czaje, czaje.
Ciekawy pomysł. Ładnie napisane. Pewnie nawet napisałbym, że mógłbym wczuć się w bohatera, gdyby nie pewien kapitan, który zerka mi na ekran. Cytuję jego słowa: “Jak dorwę tych Powstańców, to im nogi z dupą pourywam przy samej szyi, tak że żadnych śmierdzin nie dośmierdzą”. Proszę mu wybaczyć, on ma od dawna na pieńku z zombiakami.
Mnie się podobało. Pozdrawiam.
Zrozumiałe. Nie drażnij kapitana! :)
Dzięki!
No, kapitan Rape Victim (tak się nazywał, prawda?) pewnie nie doceniłby tego tekstu. ;-)
Mam wrażenie, że umyka mi jakieś wewnętrzne nawiązanie. Czy chodzi o ten tekst? :D Chętnie przeczytam, jeżeli tak.
Jeżeli nie, to też chętnie przeczytam w wolnej chwili, bo nagromadzenie ocen 6 i 5 robi kolosalne wrażenie. :D
Ale niestety, Unfallu, nie skomentuję – nazbyt zdradzające by to było. :)
Ale niestety, Unfallu, nie skomentuję – nazbyt zdradzające by to było. :)
No i cały misterny plan w… ;)
Ależ ja ten tekst polecam wszystkim czytelnikom z poczuciem humoru. Możesz, Anonimie, nie przyznawać się, że przeczytałeś polecajkę pod własnym tekstem.
Acz, oczywiście, rozumiem, że trochę by to sugerowało, gdybyś jako jedyny skorzystał z polecajki. :-)
Czy inni mnie czytają? Gospodarz potrzebuje alibi. ;-)
Widać Finklo dotychczas nie wykazałem się poczuciem humoru, gdyż tekst nie został mi polecony nigdy w przeszłości! :D
Ależ ja wcale nie twierdzę, że jak ktoś nie przeczytał tekstu Unfalla, to nie ma poczucia humoru. Raczej, że jak ma, to powinien przeczytać, bo są spore szanse, że go zachwyci.
Unfallu, ja po prostu skomentuję tutaj – a nuż jeszcze zerkniesz na ten komentarz. :)
Czytanie tego bez kontekstu i z moim nawykiem pomijania tagów było ciekawą przygodą, bo początkowo miałem skąd tyle wysokich ocen ma tak niechlujny tekst?, potem nie no, to musi być konwencja, a w końcu – ale już po lekturze komentarzy – zerknąłem na nazwę konkursu i wszystko wskoczyło na swoje miejsce.
Tekst oraz sam szanowny pan Rape Victim urzekają, a moim absolutnym faworytem jest zdanie:
Wstał z kanapy, wytrzeźwiał i pobiegł do szafy.