- Opowiadanie: Eledhil - New Humanity (tytuł roboczy)

New Humanity (tytuł roboczy)

Wrzucam prolog i pierwszy rozdział książki, która w mojej głowie dojrzewa od dwudziestu lat. Jest to na pewno wersja beta. Sporo pracy redaktorskiej przede mną, więc jeśli kogoś zainteresuje, chętnie podeślę cały pierwszy tom. Krytyka i miłe słowa – wszystko przytulę :)

Oceny

New Humanity (tytuł roboczy)

Prolog, Układ Ryūgū, Ryūgū, 2247 NH

Cisza w sanktuarium na Ryūgū aż dźwieczała w uszach. Wielowarstwowe ekranowanie, odcinające pomieszczenie od sieci Core Sentry, sprawiało, że powietrze wydawało się falować. Akira Yamato trwał w siadzie seiza na macie. Chłodny jedwab odświętnego kimona, obciążony ciężkim haftem rodowego herbu, spływał mu po ramionach.

Przed nim wznosił się skromny ołtarz. W wąskich snopach ciepłego światła lśniły wyblakłe fotografie i pamiątki z czasów umarłej planety. Na kamiennym piedestale rósł karłowaty jałowiec. Akira przesunął opuszkami palców po sękatym pniu bonsai, po czym przeniósł wzrok wyżej, na starożytną katanę wspartą na stojaku z drewna cedrowego. Zimna, naostrzona stal odbijała światło ołtarza.

Za dwie godziny jego prom odlatywał na Axio One. Zamknął oczy i pogrążył się w rozmowie z przodkami. Szukał wsparcia przed tym, co miało nadejść.

Wykonał głęboki ukłon, dociskając czoło do tatami. Kiedy się wyprostował, jego ruchy nabrały sztywnej precyzji. Twarz stężała. Odłożył na bok wątpliwości, przybierając postawę CEO AntropoGenetics.

Sięgnął po terminal leżący na niskim stoliku i uaktywnił szyfrowany kanał. Poświata holo-rejestratora zabarwiła ołtarzyk bladym błękitem. Yamato wziął głęboki oddech, wpatrując się prosto w obiektyw.

– Marcus. – Słowo ledwie przeszło mu przez gardło. Przełknął z trudem ślinę, zmuszając się do utrzymania twardego, nieustępliwego spojrzenia. – Jeśli oglądasz tę wiadomość, oznacza to, że nasze dawne pomysły nie były takie głupie…

 

 

 

 

 

 

 

 

Genotyp chroniony patentem GAC-[T-994.00.81]-Mod.7A/ISL. Baza kognitywna i biologiczna: Canis familiaris (Wyżeł Weimarski) – rasa szlachetna z epoki ziemskiej. Modyfikacje autoryzowane wyłącznie na potrzeby IS Logistics, zoptymalizowane pod grawitację 1.11G planety Chalcis. Wdrożono wzmocnioną strukturę tytanowo-kostną, dodatek genów lokalnych drapieżników szczytowych oraz bio-tytanowe skrzydła stabilizujące. Zaprogramowano bezwzględne przywiązanie behawioralne do jednostki Alfa. Uwaga: Wymaga ścisłej kontroli zmodyfikowanego instynktu łowczego.

 

SOURCE: Wyciąg z rejestru inżynierii fauny, AntropoGenetics dla ISL.

LOG NODE: AG-ISL-MUT / 2241 (NH)

 

Rozdział I, Chalcis, układ Aithon, 2247 NH 

– Grey! Grey! – delikatny męski głos wyraźnie przebijał się przez ciszę późnego popołudnia, zakłócaną jedynie miarowym buczeniem pomp i wzmagającym się szumem stepu.

Pędzący w kilkumetrowych susach pies nie zwalniał biegu. Dyszał ciężko, ale widać było, że sprawia mu to ogromną radość. Wyczuwał wyraźnie zapach a’erilosów. Z tej odległości można było już je dostrzec – kilkanaście ciemnych sylwetek wyłaniających się z ciemnofioletowego morza traw. Stado żerowało jeszcze, ale niedługo zacznie się zakopywać, żeby uciec przed buranem. Dorian widywał je z bliska i wiedział, że w rzeczywistości, pomimo swoich rozmiarów, były to łagodne, powolne stworzenia. Dla człowieka nie stanowiły zagrożenia, o ile się ich nie sprowokowało. Wolał więc, żeby Grey ich nie drażnił.

Gdzieś z oddali poprzez dudnienie tłoków przebijać się zaczął głęboki pomruk. Ledwie wyczuwalne drgania powietrza. Zrywał się wiatr. Jego pierwsze mroźne powiewy mieszały się z ciepłym, nasiąkniętym parą powietrzem, zwiastując nadciągający wieczór. W oddali, na granicy widoczności, narastał na horyzoncie pas rdzawo-burego tumanu – ciężkie, zawiesiste pasmo metalicznego kurzu nadciągające znad dzikich stepów. 

Dorian przeniósł wzrok na majaczące na krawędzi doliny potężne słupy emiterów. Powietrze wokół nich wciąż drżało od napięcia magnetycznych kurtyn, które przez cały dzień opierały się naturze. Przez szum wiatru przebił się ostry, wwiercający się w uszy pisk wygaszanych transformatorów. Znał ten dźwięk doskonale. System przechodził w tryb spoczynku. Utrzymanie pełnej mocy osłon przeciw uderzeniom magnetycznej mgły, pędzącej z prędkością dwustu kilometrów na godzinę, kosztowało zbyt wiele. Kalkulacja była prosta – taniej było wyłączyć tarcze na noc, oddać pole żywiołowi i zostawić na chodzie jedynie pompy ciepła.

Płaską równinę przecinały ogromne hydroponiczne wieże. Potężne, masywne kolosy o średnicy dziesięciu metrów pięły się pięćdziesiąt metrów w górę, niemal stapiając się z kolorytem nieba, który z ciemno-brązowego przechodził w amarantowy. Widać je było aż po horyzont, rozstawione w odległości pięciuset metrów jedna od drugiej. Wyglądały, jakby podtrzymywały nieboskłon. Wyglądały, jak jakieś starożytne kolumny, które nie pozwalają sklepieniu świątyni zapaść się w dół. Od zachodu, wraz z ostatnimi, rubinowymi promieniami czerwonego karła nadciągała noc, a wraz z nią szaro-czerwona kurzawa. To wszystko zlewało się w feerię wszelkich odcieni czerwieni: ochry, miedzi i głębokiego cynobru, kontrastując z ciemnofioletowym stepem. Za chwilę miało rozpocząć się niesamowite widowisko – codzienny letni rytuał Chalcis.

Wysoki pisk urwał się gwałtownie. Ustało drganie powietrza. Kurtyny padły. Chwilę później potężna, miedziana fala wdarła się na Stepy Indygo. Daleko na horyzoncie uderzyła w dolinę bez żadnych przeszkód, kładąc się ciężkim całunem. Dorian miał jeszcze kilka minut, zanim przednia ściana żywiołu dotrze do wzgórza.

Wiatr z pierwszymi obłokami kurzu przynosił drażniący, nieprzyjemny dla nozdrzy człowieka zapach piżma – odór dzikiego Chalcis, wymieszany z ozonem, którym po całym dniu pracy wież hydroponicznych nadal przesiąknięte było powietrze. Dorian odczuwał w ustach jej wyraźny, metaliczny posmak. O tej porze mógł sobie jeszcze pozwolić na zdjęcie maski i wdychanie powietrza bez filtrów poliwęglanowych. Uwielbiał ten smak i ten zapach. To był zapach wolności i radości. Tylko tutaj, na skraju stepów, w obliczu nadciągającego żywiołu, potrafił choć na chwilę odciąć się od tego, co nieustannie go trawiło. Miał serdecznie dosyć tego permanentnego, podskórnego rozedrgania i przebodźcowania, które, od kiedy pamiętał, wymuszało na nim ciągłą potrzebę ruchu. Czasami, patrząc na ciemniejące od pyłu niebo, łapał się na mrocznej myśli: gdyby ten pieprzony Buran po prostu uderzył we mnie teraz, miałbym w końcu spokój. Ponad wszystko pragnął ciszy.

To był prawdziwy powód, dla którego Doriana tak ciągnęło do tej burzy. Poza nim samym nikt go nie znał. Sam Dorian nie do końca potrafił opisać, czym jest to, po co wdrapywał się latem na wzgórza Stepów Indygo. Może dlatego z nikim o tym nie rozmawiał. Może brakowało słów, żeby to wyrazić. A może było to zbyt cenne, żeby się tym dzielić. To było jego. To była tajemnica. Coś, co intuicyjnie ukrywał. Nawet przed starym Eliasem. Nawet przed Valentine. Chociaż z nią akurat w ogóle zbyt wiele nie rozmawiał. Poznawali się dopiero. Widzieli się raptem dwa razy. Nigdy sam na sam.

Kiedyś, dawno temu, napomknął o tym Eliasowi. Został wtedy zignorowany. Elias udał, że nie słyszy pytania. Może nie znał na nie odpowiedzi, co też było możliwe, chociaż mało prawdopodobne. Dorian był Człowiekiem. Należał do rodziny Zarządców jednego z potężniejszych Konsorcjów. Potrafił obserwować i wyciągać wnioski. I doszedł do kluczowego – w jego otoczeniu nikt poza nim samym nie doświadczał tego irytującego, nieznośnego Szumu w głowie. Tak czy inaczej z wiekiem Dorian nauczył się na nim nie skupiać. A podczas jednego z Buranów odkrył, że ten Szum można wyłączyć… Już samo to było warte spędzania czasu na tych wzgórzach podczas każdego letniego wieczoru.

– Grey! Wracaj! – dotarł na wzgórze. Pomimo zwiększonej grawitacji Chalcis poruszał się z niezwykłą lekkością. Każdy ruch ciała był wyważony i pełen lekkości, a rysujące się pod kombinezonem mięśnie chłopca wspomagał system modulatorów pneumatycznych, dzięki którym 1.11G nie stanowiło żadnej przeszkody. Huczący wiatr aktywował dodatkowe wzmocnienie kombinezonu. Chłopiec włączył antygrawitacyjny dysk, muskając go opasającą nadgarstek białą bransoletą i usiadł na nim. Gdy uruchamiało się statyczne pole ochronne, powietrze dookoła na moment delikatnie zmatowiało, by po chwili odzyskać pełną przejrzystość. Dorian wyregulował wysokość, żeby móc podziwiać widowisko w całej okazałości. Trawa, do tej pory płożąca się przy gruncie, teraz, wraz z porywami wiatru ożyła. Sięgała mu niemal do twarzy.

Grunt delikatnie wibrował od pracy pomp tłoczących z głębokich warstw gleby hektolitry pary wodnej rozgrzanej do temperatury niemal trzystu stopni. A wiatr przybierał na sile. Przed chwilą ledwie muskał powierzchnię stepu, teraz zaczął nią szarpać w niesamowitym tańcu. Falowanie przestrzeni się nasilało, a huk pędzącego powietrza rezonował z odgłosami pomp z najbliższej wieży. Bez pola siłowego intensywny zapach stada byłby dla chłopca niemal nie do wytrzymania. Jednak dla Greya ten zapach oznaczał zdobycz. Instynkt łowcy wzywał go w dół, ku nabrzmiewającym kłębom kurzawy.

 

Z daleka wyglądał jak zwykły pies, ale kiedy z głuchym warkotem wyrwał w dół zbocza, pod jego srebrzysto-szarą sierścią natychmiast napięły się potężne sploty mięśni. Złożył płasko po bokach swoje skrzydła, by stawiać jak najmniejszy opór powietrzu i w ułamku sekundy przeistoczył się z łagodnego towarzysza w biologiczną maszynę pędzącą za morderczym instynktem. Dorian był w pełni świadomy, że jeśli natychmiast go nie powstrzyma, ten drapieżny pęd weźmie górę nad posłuszeństwem. Dlatego wolał zareagować już teraz, kiedy Grey był w zasięgu jego naturalnego głosu. Przywoływanie go przez bransoletę mogłoby się nie udać, gdyby zbliżył się zbytnio do swoich ofiar. Zresztą za chwilę bransoleta straci swoją moc.

Pies wysforował się już bardzo daleko naprzód. Zbiegł głęboko w stronę równiny. Gdyby nie jego srebrno-szare umaszczenie, byłby prawie niewidoczny ze szczytu wzgórza, na którym stanął właśnie jego towarzysz. Jednak głos pana był ważniejszy niż instynkt łowiecki. Zmarszczył śmiesznie pysk, wyszczerzył potężne, połyskujące metalicznie zęby i zawarczał. Był bardzo podekscytowany i zniecierpliwiony, ale zawrócił. Po trzech susach wyskoczył wysoko w powietrze. Będąc w górze rozpostarł swoje delikatnie wyglądające, owadzie skrzydła i poszybował w kierunku Doriana.

Chłopiec miał tylko pół godziny czasu. Nastawił timer na bransolecie. Drobne cyfry na holo zaczęły pulsować delikatną, błękitną poświatą, odliczając sekundy do momentu, w którym bezwzględne procedury bezpieczeństwa wymuszą powrót. Wiedział, że to ważne. Gdyby w odpowiednim czasie nie zaczął schodzić ze wzgórza, oznaczałoby to kłopoty. Albo po prostu by nie przeżył. Chalcis tolerowała tylko tych, którzy potrafili nagiąć się do jej surowych praw. Dla Doriana prawa tej planety były codziennością.

Obejrzał się za siebie, aby upewnić się, że towarzyszący mu gwardziści znajdują się wystarczająco blisko. Hauer, Vane, Warchol. Zawsze ci sami ludzie. Jego cienie i straż przyboczna. Byli dokładnie tam, gdzie być powinni – trzy nieruchome sylwetki w kanciastych, ciężkich skafandrach bojowych. Podniósł rękę w geście potwierdzającym, że wszystko u niego w porządku. Jeden z nich odpowiedział podobnym gestem, po czym dwukrotnie uderzył zaciśniętą pięścią w napierśnik pancerza, potwierdzając ich pełną gotowość. Codzienny rytuał tych wypraw.

Burza nabierała rozmachu. To, co przed kilkoma minutami było rdzawym pasmem odcinającym się na horyzoncie, zaczęło nabierać kształtów. Ogromne kłęby metalicznego pyłu sięgały wysoko, aż do stratosfery. Stamtąd, rozpędzone do prędkości blisko pięciuset km/h opadały zmrożonymi igłami, mieszając się z parą wodną. Tarcie, jakie przy tym tworzyły, zaczęło narastać w elektrycznych wyładowaniach, których rozbłyski widać było już w oddali.

Pierwsze grzmoty również zaczęły docierać do wzgórza. W tym momencie najbardziej oddalone od nich kolumny zaczęły się zapadać. System bioformacyjny przechodził w stan nocnego uśpienia. Jednak kolumny działały jak gigantyczne piorunochrony, zbierając wyładowania i kierując je bezpośrednio na step. Zapłonął on od fioletowo-czerwonych figur Lichtenberga – gigantycznych, rozgałęzionych wzorów wypalanych w poszyciu przez miliony woltów. Wszystkiemu towarzyszyły kłęby pary wodnej. Huk, chociaż przytłumiony przez pole osłony, narastał fizyczną falą. Kolejne kolumny ze słyszalnym już zgrzytem zapadały się pod ziemię, a siatka wyładowań zbliżała się wraz z tumanem.

Na narastających podmuchach doszybował do chłopca jego towarzysz. Kiedy przechodził przez pole, zafalowało ono niemal niedostrzegalnie. Na ułamek sekundy huk podwoił swoją intensywność, wdzierając się do środka wraz z mocnym podmuchem. Grey, zdyszany, położył się u podstawy dysku. Ziajał z wysiłku i machał radośnie ogonem, wpatrzony swoimi mądrymi oczyma w chłopca. Dorian delikatnie pogładził go po głowie, po czym skierował wzrok ponownie ku zachodowi. Nadciągał Buran Tesla.

We wzbierającym wokół chaosie komunikacja z CS zaczynała gwałtownie zawodzić. W uszach Doriana wybrzmiał przeraźliwy, świdrujący pisk, zmuszając chłopaka do wykrzywienia się z bólu i gwałtownego wyciszenia dźwięku. To jego komering – dyskretny biometryczny implant komunikacyjny, zintegrowany teraz z systemami hełmu – odbierał przesterowane pasmo. Spojrzał na nadgarstek. Na holo-wyświetlaczu bransolety pulsował czerwienią krótki komunikat: BŁĄD EMI. UTRATA SYGNAŁU. Dorian przełknął ślinę. Wiedział, że od tej sekundy zdany jest wyłącznie na siebie, a niewidzialna bariera odcięła go od reszty świata. Kaskada jonowa ostatecznie zerwała biomonitoring, pozostawiając skafander w trybie autonomicznym.

Wpatrzony w chaos otaczający jego bezpieczną sferę, odetchnął z ulgą. Cisza. Nie znał jej źródła i nie rozumiał jej natury, ale otulała go od wewnątrz. Wszystko, co działo się dookoła, przestało do niego docierać. Jakby ktoś włączył w jego umyśle pauzę. Wyrównał i wydłużył oddech. Pojawiała się jakaś głębia, przestrzeń w obrębie jego czaszki, do której się zapadał. Stawał się maleńki, jak ziarno pyłu i jednocześnie ogromny, jak cała planeta. Było to fascynujące i jednocześnie przerażające doświadczenie. Ale miał wrażenie, że w tym świecie, w którym wszystko było zaplanowane, w którym cała jego przyszłość i cały otaczający go świat są przewidywalne i sztuczne, te momenty, kiedy zatapia się w ciszę własnego umysłu, są jedynymi prawdziwymi momentami, jakich doświadcza.

Było w tej ciszy coś więcej. Jakaś mądrość, której natury był ciekaw. Zatapiał się w niej, zanurzał powoli. Z każdym oddechem coraz głębiej. Pragnął tej ciszy, tęsknił za nią. Jednocześnie czuł, że to jedynie zasłona. Kurtyna, za którą odnajdzie coś. Coś zakazanego? Coś, o czym nie przeczyta w logach, nie dowie się z planetarnych archiwów ani z neuro-strumieni immersyjnych CS. A może po prostu odnajdzie tam siebie? I był coraz bardziej przekonany, że poza nim samym nikt nie ma pojęcia, że coś tam, w głębi umysłu jest. Jakiś cel. Zapomniany przez świat i ludzi. Nierozumiany przez CS. Zapadał się. Z każdym oddechem coraz głębiej. Zbliżał do odpowiedzi… Był tak blisko, jak nigdy wcześniej. Wdech, wydech…

Tymczasem poza bańką jego wyciszonego umysłu rozpętało się piekło. Buran uderzył z pełną siłą. Kiedy minęły wyznaczone procedurami minuty, a dziedzic rodu wciąż siedział znieruchomiały na dysku, gwardziści ruszyli biegiem na szczyt wzgórza. Pędzili przez miedzianą kurzawę, walcząc z huraganowym wiatrem, by ratować swojego pana.

Grey, widząc przedzierające się przez burzę potężne, zakute w pancerze sylwetki i czując, że jego pan jest całkowicie odcięty od świata, uległ pierwotnemu instynktowi. Wierny obrońca z głuchym warkotem rzucił się prosto na nadbiegającego Hauera, by własnym ciałem osłonić Doriana.

Błysnęło. Porucznik, nie mając innego wyjścia, wypalił z paralizatora i dopadł do chłopca.

Cisza zgasła w nagłym, bolesnym rozbłysku. Brutalne szarpnięcie wyrwało Doriana z transu. Gdy otworzył oczy, zobaczył jeszcze opadające w tumanach kurzu zwiotczałe ciało Greya. Ułamek sekundy później na swoim ramieniu poczuł ciężką dłoń porucznika Gwardii.

Zanim umysł zdołał przetworzyć ciąg zdarzeń, gardło Doriana ścisnął gwałtowny, skurcz. Chłopak zaczerpnął powietrza, a jego serce przyspieszyło. Poczuł panikę.. Przez tę jedną, nieskończenie długą chwilę był tylko zdezorientowanym, przerażonym dzieckiem otoczonym przez szalejący żywioł.

Oficer patrzył na niego, a w jego oczach, mimo wizjera, widać było przerażenie. Drugi z gwardzistów dopiero dobiegał, by zabezpieczyć obezwładnione zwierzę. Wszystko, co nastąpiło potem, działo się w ogromny pędzie. Wpojone instynkty uderzyły ze zdwojoną mocą – wieloletni trening odciął uderzenie lęku, sprawiając, że ciało i zmysły były gotowe do działania w mgnieniu oka. Oprzytomniał i analizował sytuację.

Grey. Najpewniej rzucił się na gwardzistów. Nic mu nie będzie. Poza polem nie widać już było nic, poza czarną, przecinaną pajęczynami wyładowań, pustką. Wraz z gwardzistami w pole wdarł się chaos. Buran był nieprzewidywalny. 

Nieopodal lądowała już AGAVa, ale wściekły napór buranu uderzył w nich, zanim w pełni schronili się w jej zasięgu. Osobista tarcza z dysku zaczęła gwałtownie drżeć, w desperackiej próbie powstrzymania magnetycznego wiatru. Głowa pulsowała w chaotycznym rytmie wyładowań żywiołu. Dorian skulił się w sobie, czując narastający, fizyczny ból. Jednym szarpnięciem naciągnął maskę filtrującą i zasunął wizjer polaryzacyjny. W tej samej sekundzie komunikator w jego hełmie eksplodował ostrym, ciągłym piskiem alarmu przeciążeniowego. Zeskoczył, zgarniając dysk z ziemi w pełnym biegu. Ruszyli pędem w stronę statku. Wpadli do śluzy pojazdu dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed tym, jak główne czoło burzy z niszczycielskim rykiem uderzyło wprost w barierę pola statycznego.

Zmatowiała bańka AGAVy zareagowała sykiem, który ledwie przebijał się przez to, co działo się na zewnątrz. To był dźwięk ablacji – miliony metalicznych igieł uderzały w krawędź pola, natychmiast wyparowując w jaskrawych mikro-rozbłyskach. Powierzchnia osłony zaczęła drżeć, a jej dotąd przejrzysta struktura stała się mleczna od nieustannego bombardowania miedzianym pyłem. Pole siłowe „krwawiło” energią, oddając ciepło do otoczenia, byle tylko utrzymać integralność wnętrza.

Śluza zatrzasnęłą się z łoskotem, a wewnętrzne generatory natychmiast odcięły ich od magnetycznego chaosu. I wtedy to wróciło. Uderzyło w Doriana z nieopisaną siłą. Znajomy, świdrujący Szum z powrotem wdarł się do jego umysłu, przygniatając go swoim ciężarem. Chłopak skrzywił się z bólu i zacisnął zęby. Znowu to samo. Znowu ten jazgot – pomyślał, rozmasowując skronie i walcząc z nagłym atakiem. 

AGAVą trzęsło. Turbulencje były na tyle silne, że boczne silniki stabilizujące musiały wejść na najwyższe obroty, wyjąc przy tym przeraźliwie. Buran dzisiaj przeszedł sam siebie, odcinając ich całkowicie od CS. Vector szarpał za stery, walcząc o każdy metr. Zazwyczaj szczerzyłby tylko zęby w tym swoim cynicznym uśmiechu, ale dzisiaj jego twarz była śmiertelnie poważna i skupiona. 

– To gówno powinno być teraz sterowane zdalnie z wygodnego fotela na orbicie przez jakąś trójkę, a nie ręcznie w tym piekle! – ryknął z przodu kabiny, z trudem utrzymując maszynę w poziomie. – Silniki mają już ponad sto dziesięć procent! Wybacz, młody panie, ale jeśli zaraz nie wejdziemy w korytarz osłonowy, Buran przerobi nas na krwiste konfetti!

Ton jego głosu wyrażał wszystko. A Dorian potrafił czytać pomiędzy wierszami. I doskonale wyczuwał emocje ludzi, których znał od dziecka. Wciąż walcząc z pulsującym bólem głowy i rozrywającym czaszkę szumem, uniósł wzrok. Instynkt Klasy Jeden zadziałał bezbłędnie.

– Więc wyobraź sobie, że jesteś na orbicie, Vector – rzucił, a jego lodowaty ton natychmiast przebił się przez wycie turbin, ucinając panikę pilota. – I ustabilizuj ten pieprzony ciąg.

Wtedy dopiero zerknął na bransoletę. Poczuł, jak lęk rozlewa się nieprzyjemnie po jego ciele, uciskając brzuch. Licznik wskazywał 17 minut po czasie. Agava zawracała. Turbulencje nie słabły, ale piloci ISL szkolili się w najbardziej ekstremalnym środowisku. Manualne sterowanie w tych warunkach i z mniej doświadczonym pilotem mogło oznaczać, że nikt nigdy nie dowiedziałby się, co się stało. 

Siedemnaście minut! Niemożliwe, żeby minęło aż tyle czasu. Nie potrafił tego wyjaśnić. Spojrzał na porucznika Hauera. Viktor nie zdjął jeszcze hełmu, ale przez polaryzację wizjera Dorian widział jego zaciśnięte szczęki. Porucznik rzadko bywał tak sztywny. Zazwyczaj, gdy byli sami na stepie, pozwalał sobie na luźniejszy ton, opowiadając ciekawe historie ze swoich licznych misji. Teraz jednak był tylko funkcjonariuszem Spartan – elitarnej Gwardii ISL. Patrzył surowym, zabarwionym smutkiem wzrokiem. Dla Doriana mogło to oznaczać koniec jego letnich eskapad. Dla tych ludzi stawka była o wiele wyższa. Mogło to nawet oznaczać koniec życia, jakie znali.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo plastycznie narysowany obcy świat. Ciekawie się czyta. Masz ją całą gotową? Narracja jest niebyt szybka, dużo wewnętrznego monologu bohatera, więc pewne całość ma dużą objętość. Pozdrawiam!

Dziękuję za czas i miłe słowa! :) Tak, mam całość pierwszej części. Potrzebuję kilka fragmentów przeredagować jeszcze i dopisać kilka akapitów. Myślę, że patrząc całościowo, jest dosyć dynamicznie, chociaż nie jestem obiektywny :D

Hej,

na wstępie zaznaczę, że nie jestem grupą docelową – nie przepadam za sci-fi, więc do jako takiej historii nie jestem w stanie się obiektywnie odnieść. Tekst jest bardzo statyczny, ale też przeczytałem go tylko do końca 2 sceny. Rozumiem, że chcesz nakreślić świat, relacje, ale póki co nie przykuwa uwagi na dłużej. Jeżeli chodzi o sam warsztat, to zwróć proszę uwagę na przymiotniki – jest ich zdecydowanie za dużo i spowalniają one czytanie.

 

Cisza w sanktuarium na Ryūgū aż dźwieczała w uszach. Wielowarstwowe ekranowanie, odcinające pomieszczenie od sieci Core Sentry, sprawiało, że powietrze wydawało się falować. Akira Yamato trwał w siadzie seiza na macie. Chłodny jedwab odświętnego kimona, obciążony ciężkim haftem rodowego herbu, spływał mu po ramionach.

Przed nim wznosił się skromny ołtarz. W wąskich snopach ciepłego światła lśniły wyblakłe fotografie i pamiątki z czasów umarłej planety. Na kamiennym piedestale rósł karłowaty jałowiec. Akira przesunął opuszkami palców po sękatym pniu bonsai, po czym przeniósł wzrok wyżej, na starożytną katanę wspartą na stojaku z drewna cedrowego. Zimna, naostrzona stal odbijała światło ołtarza.

Za dwie godziny jego prom odlatywał na Axio One. Zamknął oczy i pogrążył się w rozmowie z przodkami. Szukał wsparcia przed tym, co miało nadejść.

Wykonał głęboki ukłon, dociskając czoło do tatami. Kiedy się wyprostował, jego ruchy nabrały sztywnej precyzji. Twarz stężała. Odłożył na bok wątpliwości, przybierając postawę CEO AntropoGenetics.

Sięgnął po terminal leżący na niskim stoliku i uaktywnił szyfrowany kanał. Poświata holo-rejestratora zabarwiła ołtarzyk bladym błękitem. Yamato wziął głęboki oddech, wpatrując się prosto w obiektyw.

– Marcus. – Słowo ledwie przeszło mu przez gardło. Przełknął z trudem ślinę, zmuszając się do utrzymania twardego, nieustępliwego spojrzenia. – Jeśli oglądasz tę wiadomość, oznacza to, że nasze dawne pomysły nie były takie głupie

Lugosi, dziękuję za uwagę i czas :) Jak tylko skończę całość, zabiorę się za czytanie, zwrócę uwagę, jak to idzie :) 

Witaj. :)

 

Przybywam z rewizytą, choć fragmenty nie wchodzą do grafika Dyżurnych. :)

 

Sprawy techniczne, które mnie zatrzymały przy czytaniu, i sugestie oraz wątpliwości co do nich (zawsze – jedynie do przemyślenia):

Dla człowieka nie stanowiły zagrożenia, o ile się ich nie sprowokowało. Wolał więc, żeby Grey ich nie drażnił. – powtórzenie?

Wyglądały, jakby podtrzymywały nieboskłon. Wyglądały, jak jakieś starożytne kolumny, które nie pozwalają sklepieniu świątyni zapaść się w dół. – i tu?

Od zachodu, wraz z ostatnimi, rubinowymi promieniami czerwonego karła (przecinek?) nadciągała noc, a wraz z nią szaro-czerwona kurzawa. – i tutaj?

Tylko tutaj, na skraju stepów, w obliczu nadciągającego żywiołu, potrafił choć na chwilę odciąć się od tego, co nieustannie go trawiło. Miał serdecznie dosyć tego permanentnego, podskórnego rozedrgania i przebodźcowania, które, od kiedy pamiętał, wymuszało na nim ciągłą potrzebę ruchu. – i tu?; ogólnie w całym tekście dostrzegam sporo stojących blisko siebie, rozmaitych form zaimka „to”

Tak czy inaczej (przecinek?) z wiekiem Dorian nauczył się na nim nie skupiać. – czyli aliteracja celowa?

Chłopak zaczerpnął powietrza, a jego serce przyspieszyło. Poczuł panikę.. Przez tę jedną, nieskończenie długą chwilę był tylko zdezorientowanym, przerażonym dzieckiem otoczonym przez szalejący żywioł. – i ta?

Trawa, do tej pory płożąca się przy gruncie, teraz, wraz z porywami wiatru (przecinek?) ożyła.

Gdyby nie jego srebrno-szare umaszczenie, byłby prawie niewidoczny ze szczytu wzgórza, na którym stanął właśnie jego towarzysz. – powtórzenie?

Stamtąd, rozpędzone do prędkości blisko pięciuset km/h opadały zmrożonymi igłami, mieszając się z parą wodną. – słownie?

I był coraz bardziej przekonany, że poza nim samym nikt nie ma pojęcia, że coś tam, w głębi umysłu (przecinek?) jest.

Zanim umysł zdołał przetworzyć ciąg zdarzeń, gardło Doriana ścisnął gwałtowny, skurcz. – zbędny ostatni przecinek?

Poczuł panikę.. – o jedną kropkę za dużo lub za mało?

Przez tę jedną, nieskończenie długą chwilę (przecinek?) był tylko zdezorientowanym, przerażonym dzieckiem otoczonym przez szalejący żywioł. Oficer patrzył na niego, a w jego oczach, mimo wizjera, widać było przerażenie. – powtórzenia?

Wszystko, co nastąpiło potem, działo się w ogromny pędzie. – literówka?

Poza polem nie widać już było nic, poza czarną, przecinaną pajęczynami wyładowań, pustką. – powtórzenie?

 

Sprawa nowego pojęcia – wprowadzasz słowo „b/Buran”, lecz zapisujesz je dwojako, Czytelnik nie ma pojęcia, jak ma być zapisane prawidłowo i niepotrzebnie pojawia się z miejsca 9 błędów rzeczowych, więc trzeba to ujednolicić; np.:

Stado żerowało jeszcze, ale niedługo zacznie się zakopywać, żeby uciec przed buranem.

A podczas jednego z Buranów odkrył, że ten Szum można wyłączyć…

Nieopodal lądowała już AGAVa, ale wściekły napór buranu uderzył w nich, zanim w pełni schronili się w jej zasięgu.

Wybacz, młody panie, ale jeśli zaraz nie wejdziemy w korytarz osłonowy, Buran przerobi nas na krwiste konfetti!

 

Ten fragment jest niezrozumiały – najpierw wygląda tak, jakby to komunikator, który eksplodował (podmiot poprzedniego zdania), zeskoczył zgarniając dysk, a potem nagle pojawia się wyrażenie: „ruszyli pędem; wpadli”, nie wiadomo, do kogo/czego się odnoszące, skoro wcześniej zdania były formułowane w liczbie pojedynczej:

Jednym szarpnięciem naciągnął maskę filtrującą i zasunął wizjer polaryzacyjny. W tej samej sekundzie komunikator w jego hełmie eksplodował ostrym, ciągłym piskiem alarmu przeciążeniowego. Zeskoczył, zgarniając dysk z ziemi w pełnym biegu. Ruszyli pędem w stronę statku. Wpadli do śluzy pojazdu dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed tym, jak główne czoło burzy z niszczycielskim rykiem uderzyło wprost w barierę pola statycznego.

 

Wszelkich technicznych/fizycznych/mechanicznych/astronomicznych drobiazgów oraz szczegółowych danych nie ogarniam, niestety. :)

Pomysł ciekawy, ten zmieniający się wygląd psa czy opisy otoczenia – nader oryginalne; życzę powodzenia w dalszej twórczości i pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka