- Opowiadanie: OldGuard - Studnia w Witherthorn Dell

Studnia w Witherthorn Dell

Kie­dyś czy­ta­łam sporo an­giel­skiej prozy XIX-wiecz­nej i ten tekst jest jedną z nie­licz­nych prób za­ba­wy takim sty­lem. Na ile udaną, okaże się w ko­men­ta­rzach.

 

Opo­wia­da­nie za­wie­ra tro­chę (wię­cej niż tro­chę) zdań wie­lo­krot­nie zło­żo­nych, co może wy­wo­ły­wać aler­gię u czę­ści czy­ta­ją­cych :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Studnia w Witherthorn Dell

Za­le­d­wie Bethy prze­kro­czy­ła próg do­mo­stwa, a prze­ję­ło ją nie­od­par­te wra­że­nie, że tam­tej­szy ogród nie godzi się na jej obec­ność. W każ­dym sze­le­ście liści po­brzmie­wa­ło szy­der­stwo na­tu­ry, która ra­do­wa­ła się z faktu, iż ko­lej­na dusza po­zwo­li­ła się spę­tać w zie­lo­ne wici Wi­ther­thorn Dell. Nawet wiatr, błą­ka­ją­cy się po­śród sę­dzi­wych cisów, szep­tał imię in­tru­za z wy­raź­ną od­ra­zą.

Nie o dzi­kie chwa­sty tu szło, ani o glinę, co po deszczu kle­iła się upar­cie do trze­wi­ków. Rzecz tkwi­ła w zja­wi­skach wy­my­ka­ją­cych się ro­zu­mo­wi. W tra­wie, co wzgar­dziw­szy świa­tłem dnia, ku ziemi źdźbła kie­ro­wa­ła oraz w gło­gach spla­ta­ją­cych cier­ni­ste ra­mio­na w la­bi­rynt wio­dą­cy ku sa­me­mu sercu ogro­du. Gdy Bethy uj­rza­ła go po raz pierw­szy, świersz­cze za­mil­kły gwał­tow­nie, a nią owład­nę­ła nagła me­lan­cho­lia, po­dob­na do tej, która przy­cho­dzi tylko w grud­niu, na skra­ju sta­re­go roku, zwia­stu­jąc nie­uchron­ny ko­niec pew­ne­go okre­su.

Ha­rold Au­sten, po­przed­ni wło­darz tych ziem i stry­jecz­ny brat Bethy, prze­słał klu­cze w ko­per­cie, nie skre­śliw­szy ani jed­ne­go słowa wy­ja­śnie­nia. Do­pie­ro ad­wo­kat Ford, sza­fu­jąc uprzej­mo­ścia­mi, wy­wo­dził, iż nagła cho­ro­ba uczy­ni­ła zeń czło­wie­ka nie­zdol­ne­go do sa­mo­dziel­no­ści. Umiesz­czo­no go więc wśród sióstr za­kon­nych w York­shi­re. Jej z kolei po­zwo­li­ło to objąć ro­dzin­ny ma­ją­tek szyb­ciej niźli pla­no­wa­ła.

Bethy przy­ję­ła tę wer­sję bez więk­sze­go sprze­ci­wu. Li­czy­ła wszak trzy­dzie­ści sie­dem wio­sen, od roku spo­wi­jał ją kir wdo­wień­stwa, a bo­ta­nicz­ny laur z Cam­brid­ge prze­stał wy­star­czać, odkąd życie mał­żon­ka zga­sło przed­wcze­śnie. Pra­gnę­ła za­tra­cić się w stu­dio­wa­niu flory tak bar­dzo, aby za­głu­szyć bicie owdo­wia­łe­go serca. I mimo że dzi­wi­ła się, iż stry­jecz­ny brat Ha­rold w tak krót­kim cza­sie stał się znie­do­łęż­nia­łym człe­kiem, choć jesz­cze rok wcze­śniej pi­sy­wał listy świad­czą­ce o ostro­ści umy­słu i cha­rak­te­ry­stycz­nej dlań iro­nii, to dar losu przy­ję­ła z nie­kła­ma­ną ulgą. Z dnia na dzień opu­ści­ła wschod­nią An­glię i ru­szy­ła do Wi­ther­thorn Dell, po­zo­sta­wia­jąc w rę­kach ad­wo­ka­ta Forda obo­wią­zek do­peł­nie­nia wszel­kich for­mal­no­ści.

Pierw­szy ty­dzień w mu­rach sta­rej po­sia­dło­ści upły­nął Bethy na mo­zol­nym ka­ta­lo­go­wa­niu plo­nów ziemi. Z pió­rem w dłoni, przy ni­kłym bla­sku świec, sta­ra­ła się ująć w karby ła­ciń­skich mian to, co ją ota­cza­ło. Taxus bac­ca­ta. Di­gi­ta­lis pur­pu­rea. Lo­ni­ce­ra pe­ric­ly­me­num. Pte­ri­dium aqu­ili­num. Nazwy za­peł­nia­ły stro­ni­ce jedna po dru­giej i po­wo­li od­sła­nia­ły se­kre­ty ogro­du.

W pro­wi­zo­rycz­nym la­bo­ra­to­rium, za­aran­żo­wa­nym po­śród mro­ków do­mo­stwa, roz­sta­wi­ła mo­sięż­ne sta­ty­wy, pal­ni­ki Bun­se­na i szkla­ne pro­bów­ki, aby zgłę­biać ta­jem­ni­ce ota­cza­ją­cej ją flory. Ra­cjo­na­lizm zo­stał jed­nak wy­sta­wio­ny na cięż­ką próbę już trze­cie­go dnia, gdy pre­pa­rat z igły ci­so­wej, pod­da­ny dzia­ła­niu błę­ki­tu me­ty­le­no­we­go, uka­zał pod mi­kro­sko­pem struk­tu­rę przy­po­mi­na­ją­cą bar­dziej ludz­ką tkan­kę na­błon­ko­wą niż ko­mór­ki ro­ślin­ne. Od­kry­cie wzbu­dzi­ło w niej cie­ka­wość i skie­ro­wa­ło wprost do bi­blio­te­ki.

Bi­blio­te­ka była nie­wiel­ka jak na roz­mia­ry po­sia­dło­ści, acz za­wie­ra­ła mno­gość dzieł róż­nych nauk. Re­ga­ły się­ga­ły su­fi­tu po­kry­te­go stiu­kiem w kształ­cie wici ro­ślin­nych, a mię­dzy wo­lu­mi­na­mi wi­sia­ły stare i mi­ster­ne pa­ję­czy­ny. Po­wie­trze pach­nia­ło mie­sza­ni­ną ter­pen­ty­ny i sta­rych skór.

Po nie­dłu­gim cza­sie ko­bie­ta na­tra­fi­ła na ko­lek­cję ziel­nych szcząt­ków tak sę­dzi­wą, iż pa­pier pod nie­któ­ry­mi oka­za­mi stał się nie­mal prze­źro­czy­sty. Na od­wro­cie wid­nia­ły ła­ciń­skie in­skryp­cje, lecz atra­ment biegł od pra­wej do lewej. Bethy spę­dzi­ła dwa wie­czo­ry na po­rów­ny­wa­niu swo­ich za­pi­sków ze zna­le­zio­ny­mi kar­ta­mi tylko po to, aby od­kryć, że róż­nic jest wię­cej niźli po­do­bieństw, a ogród musi skry­wać jesz­cze nie­jed­ną ta­jem­ni­cę.

Trze­cie­go wie­czo­ru, gdy lampa naf­to­wa rzu­ca­ła na ścia­ny drga­ją­ce cie­nie, zna­la­zła pierw­szy list. Był we­tknię­ty po­mię­dzy stro­ny bo­ta­nicz­ne­go atla­su Lin­dleya, i zło­żo­ny tak sta­ran­nie, że zda­wa­ło się, iż ktoś chciał go ukryć, a za­ra­zem pra­gnął, by go od­na­le­zio­no. Pismo było zna­jo­me – cha­rak­te­ry­stycz­ne po­chy­le­nie liter i ta sama dba­łość o in­ter­punk­cję, która ce­cho­wa­ła Ha­rol­da. List nie nosił żad­nej daty.

Jeśli to czy­taszje­steś już w środ­ku. Zro­zu­miesz wszyst­ko za kilka dni i bę­dziesz chcia­ła uznać za cho­ro­bę wy­obraź­ni. Nie rób tego. Po­peł­ni­łem ten błąd i stra­ci­łem czas, który po­wi­nie­nem był spę­dzić na ba­da­niach.

Bethy zło­ży­ła list i odło­ży­ła na bok. Serce biło jej nieco szyb­ciej, lecz rozum pod­po­wia­dał roz­sąd­ne wy­tłu­ma­cze­nie: Ha­rold sła­bo­wał już wtedy na umy­śle, o czym zresz­tą wspo­mi­nał ad­wo­kat.

Wró­ci­ła do atla­su i pół nocy stu­dio­wa­ła szki­ce ro­ślin.

Drugi list zna­la­zła na­stęp­ne­go wie­czo­ru, tym razem mię­dzy stro­na­mi Her­ba­rium Blac­kwel­la. Pismo po­dob­ne do wcze­śniej­sze­go, acz bar­dziej ro­ze­dr­ga­ne.

Ogród żyje. To jest jego za­sad­ni­cza wła­ści­wość i naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo. Nie myśl o nim jed­nak jak o zbio­rze ro­ślin. To od­ręb­ny byt, który nie­ustan­nie ob­ser­wu­je. Każdy liść znał moje imię. Każdy ko­rzeń wie­dział, gdzie spa­łem, co ja­dłem, czym się zaj­mo­wa­łem. Zro­zu­mia­łem wtedy, że nie ma uciecz­ki. Sprawdź trze­ci tom moich za­pi­sków. Roz­dział je­de­na­sty. Prze­czy­taj, a potem zde­cy­duj, czy nadal chcesz tu zo­stać.

Bethy odło­ży­ła list z mie­sza­ni­ną smut­ku i nie­po­ko­ju, mając już pew­ność, że bied­ny Ha­rold osza­lał.

Stud­nię zna­la­zła do­pie­ro ósme­go dnia, ukry­tą pod ca­łu­nem z blusz­czu, który dła­wił ka­mien­ne cem­bro­wi­ny. Było to miej­sce wy­ję­te spod wła­dzy słoń­ca, a zaj­rzaw­szy w głąb, Bethy po­czu­ła, jak chłód bi­ją­cy z dna muska twarz ni­czym lo­do­wa­ty palec. Po­ję­ła ry­chło, że to wła­śnie tutaj bije serce Wi­ther­thorn Dell.

U stóp stud­ni pysz­ni­ła się pa­proć – Dry­op­te­ris fi­lix-mas – a za nią skry­wa­ły zimne, wil­got­ne ka­mie­nie. Ko­bie­ta kuc­nę­ła i od­su­nę­ła wiel­kie li­ście. Doj­rza­ła znaki w omszałej cembrowinie. Nie były to li­te­ry żad­ne­go zna­ne­go jej ję­zy­ka, a na­cię­cia przy­po­mi­na­ły ra­czej ślady pa­zu­rów, cho­ciaż ich re­gu­lar­ność prze­czy­ła temu, by zo­sta­wił je przy­pad­ko­wo jakiś zwierz.

Za­pa­mię­ta­ła trzy ze zna­ków, o kształ­tach przy­po­mi­na­ją­cych cier­nie splą­ta­ne z ko­ść­mi, i wie­czo­rem, przy do­ga­sa­ją­cym ko­min­ku, od­wzo­ro­wa­ła je w swym ka­je­cie. Atra­ment zda­wał się czer­nieć bar­dziej niż za­zwy­czaj, jakby obce glify piły świa­tło z po­ko­ju. Z każ­dym mo­zol­nie kre­ślo­nym zna­kiem, drża­ła coraz moc­niej, choć w ko­min­ku trza­ska­ły drwa.

Tam­tej nocy śniła o ko­rze­niach, co jak węże z raj­skie­go ogro­du, opla­ta­ły łoże w dusz­nym uści­sku. Wy­da­wa­ło się, że krew w ży­łach za­mie­nia się w gęsty, ro­ślin­ny sok, nio­są­cy w sobie go­rycz ziemi. Czuła, jak jej dusza po­wo­li wsią­ka w czar­ny, grzą­ski grunt, sta­jąc się czę­ścią od­wiecz­ne­go cyklu roz­kła­du i na­ro­dzin.

Blady brzask są­czył się przez szyby, gdy obu­dzi­ła się równo ze świ­tem. Przez chwi­lę le­ża­ła nie­ru­cho­mo, wpa­trzo­na w sufit. Do­pie­ro gdy chłód po­ran­ne­go po­wie­trza do­tknął jej dłoni, opu­ści­ła wzrok.

Zie­mia pod pa­znok­cia­mi była wbita głę­bo­ko. Czar­na i wil­got­na. Bethy unio­sła obie ręce z nie­mym prze­ra­że­niem i przez długą chwi­lę po pro­stu na nie pa­trzy­ła, jakby na­le­ża­ły do kogoś in­ne­go. Kogoś, kto przez noc uży­czył sobie jej ciała i robił z nim rze­czy, o któ­rych nie miała prawa wie­dzieć. Po­czu­ła, jak żo­łą­dek za­ci­ska się w bo­le­snym skur­czu. Na pie­rzy­nie, tam, gdzie nocą spo­czy­wa­ły dło­nie, zo­sta­ły dwa ciem­ne od­ci­ski.

Wie­czo­rem, gdy kroki po­wio­dły ją ku stud­ni, uj­rza­ła w tra­wie wy­raź­ne ślady stóp.  Wy­gnie­cio­ny w darni kształt zda­wał się być jesz­cze świe­ży.

Przez na­stęp­ne trzy noce nie na­wie­dził jej żaden sen. Spała cięż­ko po­zba­wio­na owego szep­tu, co przę­dzie nici w go­dzi­nie du­chów. Bu­dząc się o brza­sku, nie od­naj­dy­wa­ła jed­nak w sobie ożyw­cze­go tchnie­nia, które przy­no­si ju­trzen­ka, lecz prze­ra­ża­ją­cą, ja­ło­wą pust­kę. Wy­da­wa­ło jej się, że noc, miast być uko­je­niem, stała się zło­dzie­jem krad­ną­cym naj­skryt­sze wspo­mnie­nia, aby na­kar­mić nimi ko­rze­nie Wi­ther­thorn Dell.

Wró­ci­ła do bi­blio­te­ki.

Tym razem z prze­czu­ciem, które wo­la­ła­by za­głu­szyć. Trze­ci tom za­pi­sków Ha­rol­da był opra­wio­ny ina­czej niż po­zo­sta­łe. Grzbiet miał ciem­niej­szy, jakby czę­sto do­ty­ka­ny.

Roz­dział je­de­na­sty za­czy­nał się bez ty­tu­łu, co samo w sobie sta­no­wi­ło oso­bli­wość w pe­dan­tycz­nej struk­tu­rze za­pi­sków stry­jecz­ne­go brata. Za­miast na­głów­ka był zapis da­to­wa­ny sie­dem lat wstecz. Li­te­ry stały pro­sto, su­ge­ru­jąc silną rękę i jasny umysł.

Sieć opla­ta­ją­ca po­sia­dłość, czy­ta­ła Bethy po­chy­lo­na nad kartą, nie jest na­tu­ral­ną struk­tu­rą. Ko­rze­nie po­ro­zu­mie­wa­ją się, a ogród myśli. Nie w spo­sób, który roz­po­znał­by czło­wiek, ale w pry­mi­tyw­nych ka­te­go­riach głodu i naj­prost­szych po­trzeb.

Na­stęp­na stro­na była za­pi­sa­na drob­niej­szym, bar­dziej ner­wo­wym cha­rak­te­rem pisma, jakby ręka au­to­ra drża­ła pod­czas kre­śle­nia słów.

Za­czy­nam ro­zu­mieć, dla­cze­go mój oj­ciec nigdy stąd nie wy­je­chał. Nie mógł. Ogród go nie wy­pu­ścił, a i on nie chciał z tym wal­czyć. Myślę, że ja też nie chcę wy­jeż­dżać. To jest naj­strasz­niej­sze od­kry­cie. Po­dej­mę jed­nak próbę, wbrew sobie i wbrew niemu.

Pod tymi sło­wa­mi ko­lej­ne dwa zda­nia, do­pi­sa­ne od­mien­nym atra­men­tem. Śwież­szym. Może skre­ślo­ne tuż przed wy­jaz­dem do York­shi­re. Tak małe, jakby Ha­rold pisał je w ukry­ciu, bojąc się, że ogród zerka mu przez ramię.

Po­mo­gło mi to, że wciąż chcia­łem żyć. Za­py­taj sie­bie, czy ty też tego chcesz. Szcze­rze.

Bethy sie­dzia­ła z tomem w dło­niach przez długą chwi­lę. Potem spraw­dzi­ła pa­znok­cie lewej ręki. Na ser­decz­nym wciąż tkwi­ła smuga czar­nej gliny.

Za­czę­ła badać stud­nię me­to­dycz­nie, z owym ry­go­rem god­nym miana uczo­nej, które sobie ro­ści­ła po­mi­mo braku dy­plo­mu i for­mal­ne­go stop­nia. Pra­gnę­ła ująć w karby lo­gi­ki coś, co wy­my­ka­ło się nauce. Zstę­po­wa­ła ku stud­ni co świt, dzier­żąc mo­sięż­ne ob­ciąż­ni­ki i zwoje ko­nop­ne­go sznu­ra. Nie szu­ka­ła już praw­dy o na­tu­rze, lecz ra­tun­ku dla wła­snej duszy, która po­wo­li wsią­ka­ła w cze­luść mię­dzy ka­mie­nia­mi. Z mo­zo­łem opusz­cza­ła linę, mie­rząc głę­bo­kość zdra­dziec­kiej toni – sześć­dzie­siąt stóp do lu­stra wody, jesz­cze pięć do dna. Zba­da­ła che­mię cie­czy, co lśni­ła w pro­bów­ce czy­sto­ścią bez żad­nej skazy ziem­skie­go pyłu, lecz nie zna­la­zła ni­cze­go trwoż­ne­go. Odłu­pa­ła wresz­cie ka­mień stu­dzien­ny po­kry­ty jed­nym z ta­jem­ni­czych zna­ków i pod­da­ła do­kład­nym oglę­dzi­nom. Pod szkłem po­więk­sza­ją­cym uka­zał swe praw­dzi­we ob­li­cze – nie spo­iła go dłoń mu­ra­rza, ale żywa sieć wici, sple­cio­nych w cia­snym uści­sku.

Stud­nia nie jest mu­ro­wa­na za­pi­sa­ła wie­czo­rem. Stud­nia jest zro­śnię­ta. Przy­po­mi­na ścię­gna i żywe tkan­ki. 

Bethy prze­czu­wa­ła, że owo zro­śnię­cie do­ty­czy nie tylko skał, ale i jej samej, wple­cio­nej w tka­ni­nę tego prze­klę­te­go miej­sca. Myśl prze­ra­zi­ła ją na tyle, że za­czę­ła po­wąt­pie­wać w osąd ro­zu­mu i lękać się, iż cho­ro­ba Ha­rol­da jest i jej prze­zna­czo­na.

Spo­rzą­dzi­ła więc listę. Uczo­na w niej nie od­pu­ści­ła cał­ko­wi­cie i ta część na­tu­ry do­ma­ga­ła się na­uko­wej sys­te­ma­tycz­no­ści nawet w ob­li­czu sła­bu­ją­ce­go umy­słu. Ob­ja­wy, na­pi­sa­ła u góry kart­ki, a na­stęp­nie w punk­tach spi­sa­ła wszel­kie nie­po­ko­ją­ce stany.

1. Mary o ko­rze­niach, po­wta­rza­ją­ce się, na­si­la­ją­ce.

2. Zie­mia pod pa­znok­cia­mi przy braku wspo­mnień o noc­nych wę­drów­kach.

3. Zanik snów przez trzy ko­lej­ne noce, ale bez ulgi pły­ną­cej z krze­pią­ce­go od­po­czyn­ku.

Za­trzy­ma­ła się przy ostat­nim punk­cie. Prze­łknę­ła ślinę i do­pi­sa­ła:

4. Nie chcę stąd wy­jeż­dżać.

Czwar­tej nocy sen o ko­rze­niach po­wró­cił, lecz tym razem nie wię­zi­ły jej w pod­ziem­nej głu­szy. Stała u kra­wę­dzi stud­ni, pa­trząc, jak z cem­bro­wi­ny wy­su­wa­ją się białe macki. Nie czuła lęku, trwa­jąc w bez­ru­chu z opusz­czo­ny­mi dłoń­mi, i po­zwa­la­ła pędom badać palce, prze­gu­by, łok­cie i ra­mio­na. Ro­ślin­ne nici, tka­jąc ko­ron­kę wokół ciała, zda­wa­ły się szep­tać zda­nia, któ­rych rozum nie poj­mo­wał, ale serce roz­po­zna­wa­ło bez trudu. Zro­zu­mie­nie ob­ja­wi­ło się w sen­nym unie­sie­niu. Stud­nia nie szu­ka­ła ofia­ry, ale po­wo­do­wa­na cie­ka­wo­ścią, chcia­ła wyj­rzeć hen poza ka­mien­ne mury.

Bethy ro­zu­mia­ła tę cie­ka­wość bar­dzo do­brze, bo sama całe życie ją w sobie pie­lę­gno­wa­ła. Pasja, ni­czym nie­na­sy­co­ny pło­mień, tra­wi­ła jej duszę od dziec­ka, nie dając wy­tchnie­nia ni w mu­rach uczel­nia­nych, ni w życiu mał­żeń­skim. W każ­dym drgnie­niu bia­łych kłą­czy od­naj­dy­wa­ła echo wła­snych, nie­wy­po­wie­dzia­nych pytań, które od lat drą­ży­ły w sercu ko­ry­ta­rze pełne wąt­pli­wo­ści. Po­ję­ła, że zdo­by­ta do­tych­czas wie­dza była je­dy­nie za­po­wie­dzią burzy, która wła­śnie nad­cią­ga­ła z dna stud­ni.

Gdy po­wie­ki Bethy unio­sły się o brza­sku ko­lej­ne­go dnia, uj­rza­ła na pa­ra­pe­cie wronę, nie­ru­cho­mą jak rzeź­ba wy­ku­ta z naj­czar­niej­sze­go he­ba­nu. Nie było w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, wszak owo ptac­two czę­sto na­wie­dza­ło an­giel­skie do­mo­stwa, lecz ta pa­trzy­ła na nią z taką prze­ni­kli­wo­ścią, że Bethy nie za­uwa­ży­ła nawet, kiedy blask po­ran­ka zdą­żył wy­peł­znąć na śro­dek sy­pial­ni. Miała doj­mu­ją­ce prze­świad­cze­nie, iż czar­ny gość trwał na po­ste­run­ku już w go­dzi­nach głę­bo­kich ciem­no­ści, za­glą­da­jąc w jej sny.

Ptak nie wydał żad­ne­go dźwię­ku, je­dy­nie lekko prze­chy­lił głowę. Ko­bie­ta po­czu­ła, że wi­zy­ta wrony jest zna­kiem z ogro­du, który wy­słał szpie­ga – jedną z jego wielu par oczu i jedną z jego wielu form.

Bethy unio­sła rękę i po­wo­li, bar­dzo po­wo­li, wy­cią­gnę­ła palec w stro­nę ptaka, który od­le­ciał zanim go do­tknę­ła. Na pa­ra­pe­cie zo­sta­ło pióro, czar­ne i lśnią­ce. Wzię­ła je i scho­wa­ła do kie­sze­ni far­tu­cha. Sama nie wie­dzia­ła, dla­cze­go.

Cały dzień spę­dzi­ła wśród murów po­sia­dło­ści, co chwi­la zer­ka­jąc w stro­nę ogro­du. Wie­czór zdą­żył już po­kryć pola i scho­wać słoń­ce za ho­ry­zont, gdy za­py­ta­ła sie­bie, tak jak Ha­rold na­ka­zał, czy chce żyć. Szcze­rze.

Do­pie­ro gdy noc ob­ję­ła ra­mio­na­mi oko­li­cę, Bethy wy­szła do ogro­du, a rześ­kie po­wie­trze, owi­nę­ło się wokół ciała jak macki ze snu. W bla­sku księ­ży­ca po­stać zda­wa­ła się tra­cić ludz­kie kon­tu­ry, sta­pia­jąc się z cie­niem sta­rych cisów, które wy­cią­ga­ły się ku niej w ge­ście nie­me­go po­wi­ta­nia.

Niebo przy­bra­ło barwę sę­dzi­we­go sre­bra, a trawa ugię­ła się pod cię­ża­rem rosy, gdy ko­bie­ta sta­nę­ła w końcu przy stud­ni. Po­ło­ży­ła dło­nie na cem­bro­wi­nie, czu­jąc pod pal­ca­mi cie­pło. Owa go­rącz­ka, bi­ją­ca z trze­wi ziemi, prze­ni­ka­ła dło­nie. Ko­bie­ta wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni far­tu­cha pióro wrony, które drża­ło jak igła kom­pa­su, wska­zu­jąc wprost na stud­nię.

Wrzu­ci­ła je do środ­ka i po­wie­dzia­ła:

– Do­brze. Oto je­stem.

W tej samej chwi­li tafla czar­nej wody w głę­bi­nie drgnę­ła dzięk­czyn­nym szep­tem ty­się­cy pod­ziem­nych kłą­czy, które wła­śnie uzna­ły swą panią.

Wró­ci­ła do do­mo­stwa, a cisza sy­pial­ni przy­ję­ła ją w ob­ję­cia ni­czym stara pia­stun­ka. Her­ba­ta w fi­li­żan­ce, po­rzu­co­na przed wie­czor­ną wę­drów­ką, już wy­sty­gła. Bethy unio­sła jed­nak na­czy­nie do ust, ale za­miast go­ry­czy in­dyj­skich liści, po­czu­ła na ję­zy­ku słony po­smak mi­ne­ra­łów i sło­dycz le­śne­go próch­na.

Się­gnę­ła po ze­szyt, otwo­rzy­ła go na świe­żej stro­nie i pi­sa­ła całą noc.

Dwa dni póź­niej u bram Wi­ther­thorn Dell po­ja­wił się ad­wo­kat Ford, nio­sąc ostat­nie do­ku­men­ty do pod­pi­su. Za­stał do­mo­stwo po­grą­żo­ne w nie­na­tu­ral­nej ciszy, prze­ry­wa­nej je­dy­nie kra­ka­niem wron.

Gdy wresz­cie od­na­lazł Bethy w bi­blio­te­ce, nie wsta­ła na jego widok. Sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo przy oknie, a jej skóra przy­bra­ła od­cień bla­de­go mar­mu­ru, gęsto prze­sia­ne­go sia­tecz­ką pul­su­ją­cych żyłek. Ko­bie­ta unio­sła wzrok, a oczy lśni­ły jak woda w stud­ni. Za­miast słowa po­wi­ta­nia, wy­da­ła z sie­bie cichy, szu­mią­cy dźwięk, po­dob­ny do wia­tru w sę­dzi­wych ci­sach.

Ad­wo­kat uciekł, gu­biąc ka­pe­lusz i pa­pie­ry, lecz Bethy nawet nie drgnę­ła.

Na biur­ku przed nią leżał otwar­ty kajet. Ostat­nia stro­na opi­sy­wa­ła coś, czego Ford nigdy by nie zro­zu­miał, nawet gdyby miał od­wa­gę za­trzy­mać się i prze­czy­tać.

Mnie­ma­łam, iż miano bo­ta­nicz­ki daje mi prawo do zgłę­bia­nia taj­ni­ków flory, lecz był to jeno prze­jaw mej pychy. Praw­dzi­we po­zna­nie nie rodzi się z wie­dzy książ­ko­wej, ale po­cho­dzi z jed­no­ści.

 

 

Koniec

Komentarze

Chwilami styl i figury wydawały mi się wysilone lub lekko parodystyczne. Na przykład: "Wieczór zdążył już pokryć pola i schować słońce za horyzont". Czy personifikowany wieczór jest w stanie robić takie rzeczy? Być może, jeśli się uprzeć. Ta metafora jednak mnie nie przekonuje. "Patrzyła na nią z tak nieludzką przenikliwością, iż kobieta straciła rachubę czasu". Tego też nie kupuję. Powinnaś trochę dokładniej przedstawić proces prowadzący do utraty poczucia czasu, jeżeli treść tego zdania ma przemówić do czytelnika. Nie wiem, może na przykład napisać coś o zapadaniu się w "otchłań oczu ptaka". “Wpatrzona w sufit, gdzie pająk utkał w nocy sieć”. Mało precyzyjne i brzmi z lekka potocznie, nie pasuje moim zdaniem do XIX-wiecznej prozy, której autorzy dbali o szczegóły. "[P]od którym pająk rozsnuł w nocy sieć"?

Do wygładzenia i dopracowania. Tak czy owak, do pewnego stopnia udało Ci się stworzyć lovecraftowski nastrój.

Zaskoczenia nie ma, bo i pewnie być nie miało. Natomiast końcówka jest, uważam, dobrze rozegrana emocjonalnie. Trafia.

 

Jeszcze kilka rzeczy, które wyłapałem.

Odkrycie wzbudziło weń ciekawość i skierowało wprost do biblioteki

Ściągniętych zaimków z -ń używa się w odniesieniu do rodzaju męskiego. Co więcej, występują tylko w dwóch przypadkach gramatycznych (w dopełniaczu i bierniku).

https://obcyjezykpolski.pl/uderzyc-wen-patrzec-nan/

Harold chorował już wtedy na umyśle

Ktoś może być chory na umyśle (potoczne). Chorować na umyśle to, o ile mój mnie nie zawodzi, niepoprawna składnia. Później używasz gdzieś czasownika “słabować”. Tutaj też by pasowało.

Każdy korzeń wiedział, gdzie spałem, co jadłem, czym żem się zajmował

http://filologpolski.blogspot.com/2014/02/zem-zes-zesmy-zescie.html

Z każdą kreską, którą kreśliła

Nie brzmi to najlepiej.

Bethy poczuła, jak chłód bijący z dna, muska jej twarz

Bez drugiego przecinka.

Dojrzała omszałe znaki wyryte w cembrowinie, co urągały wszelkiej ludzkiej mowie

Jak znaki mogą urągać mowie? Pomieszanie sensów.

znaki (…) ni to zapisane w angielszczyźnie, ni w łacinie

To też brzmi nielogicznie. Angielszczyznę i łacinę zapisuje się takimi czy innymi znakami, nie odwrotnie. Mniejsza o to, że w zasadzie tymi samymi.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Cóż, tekst miejscami dobry, fajnie się go czyta, ale niektóre rzeczy mocno zgrzytały – podpisuję się pod tym, co wyłapał mój przedpiśca – szczególnie to o znakach – oj, zęby od tego rozbolały. Tym bardziej, że potem była mowa o glyfach i glyfy te z pewnością nie były literami alfabetu łacińskiego.

 

Miejscami opowiadanie miało mocne akcenty.

Niektóre fragmenty przywodziły mi nawet na myśl świetny utwór autorstwa Q:

 

Stymulacja podkorowa, czyli nieodpowiednia dla nieletnich gawęda o pewnej panience

 

 

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Cześć, OldGuard

Nie znam się na poprawności XIX-wiecznego stylu i pewnie dlatego nie przeszkadzało mi to w odbiorze. Czułem narastający klimat grozy i tajemnicę. Koniec jest zbyt przewidywalny, najsłabsze ogniwo tekstu. 

Klik!

Pozdrawiam

Bardzo fajnie narastający klimat i zdecydowanie moja estetyka, więc czytało się świetnie. 

 

Mam tylko wątpliwości odnośnie zdań wielokrotnie złożonych, bo ile rozumiem stylizację to momentami zmuszały do wysiłku. Nie zmienia to faktu, że bardzo dobry tekst.

 

Więcej!

Autorka się stara. To widać. Wyszło nieźle, choć troszkę sztucznie.

"Odkrycie obudziło WEŃ ciekawość …". Bohaterka jest kobietą a WEŃ oznacza "w NIM". Wyłącznie.

Stylistyka moja również. Co do stylizacji XIX– nie jest pełna, ale ja jestem zdanie, że nie chodzi w stylizacji by być dokładnym co do joty w kwestii danego wieku, tylko żeby czytelnik poczuł klimat. A tobie sie to udało, jestem kontent.

 

Przyznaję, że spodziewalem się zakończenia, ale mimo to czytałem do końca i było fajnie.

 

Zdania wielokrotnie złożone – ja ja uwielbiam i nie miałem z nimi żadnego problemu.

 

Klimatyka również mi się spasowała, jak @ŻmiiiTeutońskiej, to też kliknę:) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Witaj. :)

Kwestie techniczne i wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

Zaledwie Bethy przekroczyła próg posiadłości, a przejęło ją nieodparte wrażenie, że tamtejszy ogród nie godzi się na jej obecność. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

I (przecinek?) mimo że dziwiła się, iż stryjeczny brat Harold w tak krótkim czasie stał się zniedołężniałym człekiem, choć jeszcze rok wcześniej pisywał listy świadczące o ostrości umysłu i charakterystycznej dlań ironii, to dar losu przyjęła z niekłamaną ulgą.

Bethy poczuła, jak chłód bijący z dna, muska twarz niczym lodowaty palec. – zbędny ostatni przecinek?

Bethy przeczuwała, że owo zrośnięcie dotyczy nie tylko skał, ale i jej samej, wplecionej w tkaninę tego przeklętego miejsca. Myśl przeraziłana tyle, że zaczęła powątpiewać w osąd rozumu i lękać się, iż choroba Harolda jest i jej przeznaczona. – powtórzenia?

Sporządziła więc listę. Uczona w niej nie odpuściła całkowicie i ta część natury domagała się naukowej systematyczności nawet w obliczu słabującego umysłu. – tu mi jakoś zgrzyta początek drugiego zdania (?) – chodzi o naturę uczonej w bohaterce?

Studnia nie szukała ofiary, ale (przecinek?) powodowana ciekawością, chciała wyjrzeć hen (i tu?) poza kamienne mury.

Dopiero gdy noc objęła ramionami okolicę, Bethy wyszła do ogrodu, a rześkie powietrze, owinęło się wokół ciała jak macki ze snu. – zbędny ostatni przecinek?

 

Znakomity pomysł na znakomity horror i znakomite jego wykonanie. :)

Pozdrawiam serdecznie, klik. :) 

Pecunia non olet

Bardzo ładne opowiadanie z mocniejszymi akcentami. Barwne nostalgiczne opisy . Sama historia wciągająca i smutna na końcu.

kliczek ode mnie.

Hej, hej – odpowiadam na razie zbiorczo (odniosę się do pojedynczych komentarzy pewnie w okolicach środy/czwartku :))

 

Najbardziej rażące błędy (o jacie, jaki wstyd :o) zostały poprawione. Eksperyment z takim tekstem uznaje za udanie nieudany po wczytaniu się w kilka opinii, które są mimo wszystko dość rozbieżne :P Pewnie kiedyś podejmę kolejną próbę, a dzięki wartościowym komentarzom, być może będzie nawet lepsza. 

 

Dziękuję za wszystkie kliki, które pojawiły się po drodze :)

 

 

IMO, próba udana. Czuć powiew XIX wieku, z kobietą walczącą o prawo do prowadzenia badań. Ogródek mroczny. Reakcja adwokata na swój sposób zabawna… Coś się nie wykazał jajami.

Czytało się dobrze.

Babska logika rządzi!

Czytało się nieźle, niemniej miejscami archaizacja potrafiła wybijać tempo, spowalniać aby zbudować klimat, a jak już zbudowaliśmy klimat to go więcej dać kosztem wydarzeń i historii. To oczywiście kwestia gustu, ja jednak wolę gdy dzieje się nieco więcej w opowiadaniu.

Tymczasowy lakoński król

Witam :]

 

Fajne, pod wieloma względami. Czuć klimacik.

 

Jest tu niezły pomysł i sporo urzekających opisów (”szyderstwo natury, która radowała się z faktu, iż kolejna dusza pozwoliła się spętać w zielone wici Witherthorn Dell”), choć czasem metonimie zdają mi się iść za daleko (”atrament biegł” – być może, gdyby opisywać akt pisania, ale o słowach, które już są na kartce…?)

 

Zabrakło mi tu takiego miecza Damoklesa/tykającego zegara. Tzn, on trochę był, ale bardzo niejasny – nie było jasne, czy roślinki chcą jakąś wymierną krzywdę zrobić narratorce, czy tylko zatrzymać ją na miejscu (ojciec autora notatek “nigdy nie wyjechał”, to nie jest aż ostatecznie aż tak straszny los, żebym miał obgryzać paznokcie przejęty przyszłością narratorki).

 

Pozdrawiam i klik


 

Dojrzała omszałe znaki wyryte w cembrowinie

Wolałbym znaki w omszałej cembrowinie – raczej nie jest przecież tak, że mech selektywnie porasta znaki.

 

mi, i wieczorem

Bez przecinka IMO

 

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Może powyższy komentarz był dość szorstki – więc podkreślę – eksperyment “udanie nieudany” ale na pewno cenny. Mnie długie, złożone zdania nie przeszkadzają – wręcz przeciwnie – lubię je, styl też fajny. Może i całość mnie jakoś nie zachwyciła (jak pisałem wyżej – miała swoje mocne momenty) – ale podoba mi się końcówka – i ona mi się najbardziej kojarzyła z utworem Q.

 

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Witam!

 

Położyła dłonie na cembrowinie, czując pod palcami ciepło.

Tu mam problem, bo imiesłów wskazuje, że jednocześnie czuła ciepło i kładła dłonie. W dodatku w tym samym akapicie jest podobna konstrukcja, w której imiesłów jest użyty dobrze, ale i tak zwróciłem uwagę na schemat zdań.

 

Poza tym przyjemnie się czytało. Zanurzyłem się w atmosferę ogrodu i majątku, zapach skóry i terpentyny w bibliotece, ogród z jego mroczną, ale żywą studnią.

Zaraz, zaraz, dlaczego nie pomstuję, że nie ma zwrotu akcji?

A czy w oryginalnych opowiadaniach z tego okresu było ich tak wiele? Dobrze, koniec jest prawie płaski, całe budowane dotąd napięcie zostaje rozładowane banalną sceną, ale czy to nie czasem poszukiwanie sensacji w czymś, co sensacją wcale nie miało być?

Zakończenie jest takie… melancholijne. Pasuje do reszty. Współczesna dusza błaga o to, żeby cała mozolnie budowana dekoracja się zawaliła, żeby ogród nagle rozkwitł emocjami – ale on jest angielski i flegmatyczny.

Już widzę, jak zaczytywałyby się tym damy przemierzające pociągiem zamglone przestrzenie Wysp. Ech, za późno, za późno :P

 

Angielskim dżentelmenom nie wypada wspominać o jakimś klikaniu, ale czy ja mam na obrazku dżentelmena? To klikam :)

Legitny staroszkolny horror. Skończył się trochę inaczej niż oczekiwałem, chyba nawet lepiej. ;) Przyczepiłbym się tylko do tego, że akcja leci ciut za szybko – takie utwory stoją głównie klimatem, więc nie obraziłbym się za więcej opisów, zwłaszcza że czyta się je przyjemnie.

Nie o dzikie chwasty tu szło, ni o glinę, co po dżdżu kleiła się uparcie do trzewików. (…) W trawie, co wzgardziwszy światłem dnia, ku ziemi źdźbła kierowała…

Mam wrażenie, że tu pocisnęłaś za bardzo. Stylizacja miała być na XIX-wieczną angielską literaturę grozy, a SOV kieruje skojarzenia raczej ku przegiętemu średniowieczu/wczesnej nowożytności. No i to ,,co”, ,,ni”, ,,dżdż”… Później jest już OK.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Wracam z bardziej indywidualnymi odpowiedziami :)

 

jeroh

 

Chwilami styl i figury wydawały mi się wysilone lub lekko parodystyczne.

Wysilone być może. Nieumiejętne być może. Być może nawet śmieszne, ale na pewno nie parodystyczne :P

 

Metaforę wieczoru zostawiłam, ten fragment o upływającym czasie zmieniłam. Z innych wskazówek też chyba skorzystałam w 100%, bo nanosiłam już w poniedziałek, ale miały sens. Zeń/weń okazało się niezłą wtopą, ale przynajmniej zapamiętam na długo. Z “żem” wydaję mi się, że sprawa nie była aż tak jednoznaczna, ale dla świętego spokoju też zmieniłam ;)

 

Jim,

 

zgrzytający fragment zmieniłam, tekst Outty sobie zakolejkowałam – muszę zajrzeć do niego na dniach, bo po przeczytaniu pierwszych zdań jestem ciekawa, gdzie tam widać jakieś podobieństwa. A zanim dotrę do wspomnianej w komentarzu końcówki, to przede mną 40k zzs.

 

Komentarz nie był szorstki, dopóki nie rzucasz inwektywami i nie wchodzimy w prywatę, to jestem w stanie przyjąć krytykę. Zwłaszcza gdy uzasadnienie wychodzi poza “nie podoba mi się, bo mi się nie podoba” ;)

 

Hesket,

 

przyjmuję, mimo wszystko dzięki za dość wysoką gwiazdkową ocenę ;) W sumie dość ciekawe, bo np SNDWLKR napisał, że on zakończenia się nie spodziewał. No, ale od zawsze uważałam, że zakończenia są najtrudniejsze do napisania. Zaraz po pierwszych zdaniach, wymyśleniu tytułu i wypełnieniu treścią części między początkiem a końcem. ;)

 

ŻmijaTeutońska,

 

dzięki za wizytę i komentarz! Tak, zdaję sobie sprawę, że niektórzy źle trawią tego typu rozbudowane zdania, stąd ostrzeżenie w zapowiedzi ;) Są one zamierzone w tym przypadku, ale i tak gdzieś tam poszatkowałam w międzyczasie.

 

SPW,

 

Wyszło nieźle, choć troszkę sztucznie.

przyjmuję, ale pisanie tego tekstu sprawiło mi na tyle dużo przyjemności, że może kiedyś podejmę inną próbę. Mam nadzieję, że drugie podejście będzie bardziej udane ;)

 

melendur88,

 

hmm, dość dawno nie czytałam XIX-wiecznej prozy, muszę sobie odświeżyć i sprawdzić, czego brakowało. Dobrze, że jest chociaż jeden fan zdań wielokrotnie złożonych :D Dzięki za kliczka!

 

bruce,

 

naniosłam zmiany, ale nie wszystkie. Mimo tej zaimkozy, nie wszędzie udało się ją wyrzucic. Ale spojrzę na to jeszcze w weekend świeższym okiem i może jednak znajdę jakiś pomysł :) Dzięki za wizytę i miłe słowa!

 

CZARNA2,

 

dzięki za kliczek. Tak, historia raczej bez happy endu, chociaż kto wie? :)

 

Finkla,

 

przyznaję, że bardzo cieszy mnie ta opinia, bo jakoś (nie wiem, czemu) kojarzę Cię z tego typu literaturą i gdybyś mi napisała “wszystko źle” bez słowa uznałabym w tym przypadku, że wszystko źle ;)

 

Reakcja adwokata na swój sposób zabawna… Coś się nie wykazał jajami.

Ach ci angielscy dżentelmeni.

 

OneTwo,

 

rozumiem i to oczywiście żadne usprawiedliwienie, ale głównie chodziło mi tutaj o język niż fabułę. Ale fakt faktem, że opowiadanie powinno bronić się jednym i drugim

 

GalicyjskiZakapior,

 

Zmiany naniosłam, dzięki! Jedynie pozostaje mi pomyśleć nad tym biegnącym atramentem. W weekend rzucę na to świeżym okiem i zobaczę, co da się zrobić. Fakt, roślinki można by podkręcić i całość miałaby bardziej horrorowaty wydźwięk. Nie pierwszy raz mój tekst zyskałby na rozwinięciu o jakiś wątek :P

 

marzan,

 

Tu mam problem, bo imiesłów wskazuje, że jednocześnie czuła ciepło i kładła dłonie. W dodatku w tym samym akapicie jest podobna konstrukcja, w której imiesłów jest użyty dobrze, ale i tak zwróciłem uwagę na schemat zdań.

W weekend będę nanosić poprawki, więc w tym też grzebnę, dzięki za wskazanie :)

 

A czy w oryginalnych opowiadaniach z tego okresu było ich tak wiele? Dobrze, koniec jest prawie płaski, całe budowane dotąd napięcie zostaje rozładowane banalną sceną, ale czy to nie czasem poszukiwanie sensacji w czymś, co sensacją wcale nie miało być?

Może to właśnie kwestia czytanej prozy, ale też w dużej mierze tak postrzegam XIX-wieczną literaturę. 

 

Już widzę, jak zaczytywałyby się tym damy przemierzające pociągiem zamglone przestrzenie Wysp. Ech, za późno, za późno :P

Może zamiast OldGuard powinnam mieć OldSoul ^^

 

Dziękuję za kliczka :)

 

SNDWLKR,

 

Skończył się trochę inaczej niż oczekiwałem, chyba nawet lepiej. ;)

O widzisz, ilu czytelników, tyle opinii, bo wyżej pojawiły się głosy, że zakończenie jest oczywiste. 

 

Przyczepiłbym się tylko do tego, że akcja leci ciut za szybko – takie utwory stoją głównie klimatem, więc nie obraziłbym się za więcej opisów, zwłaszcza że czyta się je przyjemnie.

To była moja pierwsza próba z taką stylizacją i mimo wszystko wydaje się nie tak tragiczna, więc planuję popełnić coś w tym klimacie w przyszłości. Mam nadzieję, że wyjdzie dłuższe.

 

Mam wrażenie, że tu pocisnęłaś za bardzo

Zmieniłam, bo w sumie faktycznie ten fragment był mocno podkręcony i niespójny z dalszą częścią.

 

jakoś (nie wiem, czemu) kojarzę Cię z tego typu literaturą

Mnie?! Dziewiętnastowieczna literatura kojarzy mi się z długimi i przegadanymi obyczajówkami. Stronię i od jednego, i od drugiego. Ostatni tekst próbowałam pisać w stylu rosyjskiego XIX wieku, ale to ze względu na tematykę.

Coś tam czytałam Hugo, Dostojewskiego, Dickensa czy naszych polskich autorów, ale raczej z obowiązku niż dla przyjemności.

Babska logika rządzi!

To nie wiem skąd takie skojarzenie :P muszę chyba pozaglądać więcej do Twoich tekstów, aby to odczarować :)

O widzisz, ilu czytelników, tyle opinii, bo wyżej pojawiły się głosy, że zakończenie jest oczywiste.

Znaczy, ja obstawiałem, że rzuci się do tej studni (nie wiem, dlaczego, ale taki sposób zejścia wydaje mi się bardzo ,,romantyczny” :P; pewnie zasługa prerafaelitów) albo odwiozą ją do wariatkowa, jak w porządnym kosmicznym horrorze. Asymilacji przez roślinki nie wziąłem pod uwagę, ale mówię, wydaje mi się lepsza niż moje pomysły. :)

planuję popełnić coś w tym klimacie w przyszłości. Mam nadzieję, że wyjdzie dłuższe.

Powodzenia!

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Hej,

opowiadanie podobało mi się ( jak chyba każde spod Twojej klawiatury, które miałem okazję czytać :)). Stylizacja nie męczy, wręcz powoduje, że czyta się przyjemnie i pomaga zagłębić w historię. Fajnie pokazana ewolucja bohaterki: z pasjonatki botaniką sama się nią staje. Zakończenie jest mroczne i przewrotne.

SNDWLKR

 

albo odwiozą ją do wariatkowa

laugh

 

lugosi,

 

opowiadanie podobało mi się ( jak chyba każde spod Twojej klawiatury, które miałem okazję czytać :)).

heart

 

Dziękuję za wizytę i miłe słowa. Zawsze fajnie Cię widzieć pod swoimi tekstami ;) 

Nowa Fantastyka