- Opowiadanie: kronos.maximus - Demon Maxwella

Demon Maxwella

Naukowiec o szkockich korzeniach rozpoczyna pracę w marsjańskiej korporacji górniczej Martian Southern Hemisphere. Wkrótce w jego ręce trafia tajemnicze znalezisko z Tytana. Badania nad obiektem mogą odmienić jego karierę, jednak sprawy szybko wymykają się spod kontroli.

Opowiadanie jest zamkniętą całością, choć jego akcja rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w „Artefakcie na Tytanie". Kto czytał, rozpozna znalezisko. Tym razem stawiam mniej na akcję, a więcej na to, co dzieje się w głowie bohatera.

Życzę przyjemnej lektury!

 

Dziękuję  GalicyjskiemuZakapiorowi oraz OldGuard za cenne uwagi podczas bety!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Demon Maxwella

Z pamiętników Lachlana Maxwella (wykopalisko)

 

13. sol 137 roku marsjańskiego

W końcu szansa na coś wielkiego, oby nie okazała się płonna! Niech zapamiętam tę datę, dwie liczby pierwsze, szczęśliwy traf. Korporacja dostała wiadomość z platform wiertniczych Tytana. Podczas obróbki jednej ze skał, natrafiono na nieznany minerał, tak twardy, że ściera diamentowe wiertła. Początkowo byłem sceptyczny, co do wagi tego wydarzenia, lecz po testach lokalnych inżynierów, jestem zdania, że to może być wielkie odkrycie.

Z niedowierzaniem przyjrzałem się nadesłanym zdjęciom i filmom. Próbka ma niebywale harmonijną, sześcienną formę. Rozdzielczość zdjęć pozwoliła mi stwierdzić brak jakichkolwiek nierówności czy zakrzywień do skali dziesiątej części ludzkiego włosa.

Gdyby nie fakt, że obiekt leżał głęboko pod warstwami skał, dałbym głowę, że to dzieło człowieka.

Zwróciłem się do Zarządu o przetransportowanie znaleziska na Marsa, zapewniając, że bliższa analiza da spektakularne rezultaty. Dostałem zielone światło, pod warunkiem, że sprawę zachowam w tajemnicy.

 

15. sol 137 r. m.

Saturn znajduje się w opozycji, osiem i pół jednostek astronomicznych od Marsa. Fuzyjny wehikuł kurierski z przyspieszeniem dwa g doleci w siedem dni.

 

22. sol 137 r. m.

Przesyłka, dla niepoznaki wysłana jako „pigment tolinowy klasy premium”, dotarła zgodnie z planem. Nikt, oprócz ścisłego grona Zarządu o niczym nie wie. Trzej inżynierowie badający znalezisko na Tytanie i jeden operator platformy podpisali umowy o zachowaniu poufności. Szef ochrony, Artur Hemmer, przygotował ofensywę dezinformacyjną, w razie, gdyby ktoś – jak to ujął – “paplał”.

Ustaliłem z Zarządem, że paczuszkę otworzę w samotności, bez świadków. Ufają mi. A może się boją? Bądź co bądź, to niezbadany minerał. Wiem, że aktywność promieniotwórcza nie została zarejestrowana. Ludzie na Tytanie trzymali to gołymi rękoma.

Kostka leży przede mną na biurku. Błyszcząca, regularna, jak kunsztownie oszlifowany wyrób jubilerski.

 

30. sol 137 r. m.

Zbadanie twardości próbki zleciłem moim zaufanym współpracownicom: inżynier Linn Thorstein oraz testerce materiałowej Seo-yoon Kim. Skłamałem, że kostka to nowy syntetyk na wiertło.

 

31. sol 137 r. m.

W międzyczasie rozszerzyłem gabinet o superkomputer klasy Hypatia. Cholernie drogi, ale Zarząd zgodził się go sfinansować. Sprofilowany do nauk ścisłych, nie jest może zbyt wylewny, ale sprawdza się doskonale w odnajdywaniu wzorców i analogii.

 

Szef działu badań i rozwoju

 

Ukradkiem, zza mlecznej szyby oddzielającej stołówkę od korytarza, dwie kobiety śledziły wzrokiem wysokiego mężczyznę. Sunął korytarzem płynnie i bezszelestnie. Grafitowy garnitur podkreślał szczupłą sylwetkę.

– Przystojny, co? – Seo-yoon złapała koleżankę za rękaw.

– Uważaj, bo wyleję kawę – zaśmiała się Linn, po czym poprawiła kołnierzyk odsłaniając szyję.

Lachlan nie spodziewał się obecności kogokolwiek w jadalni tak wcześnie. Zaskoczony, uniósł kącik ust, siląc się na uśmiech.

Nastawił w kawiarce podwójne espresso. Wskazał dłonią czteroosobowy stolik, dociśnięty do przeszklonej ściany.

– Jak idą testy nowego materiału? – zapytał, przechodząc od razu do spraw zawodowych.

– Próbka wytrzymała szlifowanie agregatem diamentowym – odpowiedziała Linn.

Lachlan zdumiał się.

–  Świetnie. A próbowałyście skrawanie Q-węglem?

–  Tak – odpowiedziała krótko Linn. Uniosła filiżankę z kawą, wzięła łyk i dodała: – Jechałyśmy też po krawędziach metalami o wysokiej entropii.

– I?

– I nic, próbka nienaruszona. Jak ona właściwie została wytopiona? – Linn wbiła w niego spojrzenie.

Nawet gdyby chciał, nie potrafił wyjaśnić.

– Firma żąda, żeby szczegóły nowego materiału pozostały tajemnicą. Konkurencja nie śpi – wykręcił się dyplomatyczną odpowiedzią.

– Idę po dodatkową kawę. Ktoś reflektuje? – Seo-yoon oblizała usta, wstała od stołu i podeszła do kawiarki.

Nastało milczenie. Lachlan odwrócił się i spojrzał przez okno.

Poranne światło odbijało się od pomarańczowej powierzchni Marsa, otulając rdzawą poświatą zabudowania dziennicy Delta. Widok był spektakularny, bo budynek kompanii wydobywczej górował nad otaczającymi go zabudowaniami.

– Dlaczego właściwie opuściłeś akademię? – zapytała nagle Linn, opierając dłonie o krawędź blatu.

– Miałem dość impasu w badaniach podstawowych. – Lachlan poprawił opadający na oczy kosmyk włosów. – Zastój trwa już cały wiek. Po fiasku eksperymentu z membraną Do­ho­ro­vit­za, rządy przestały finansować ambitne projekty.

– Dobrze pan zrobił, że przeniósł się do nas – zaszczebiotała Seo-yoon. – MaSoHe dba o swoich pracowników. Wie pan, że ja dostałam apartament służbowy w Ellenth? Otwarta przestrzeń, wysoki sufit, recepcja, konsjerż, ochrona, słowem, wszystko, co potrzeba rodzinie z trójką dzieci. No, mogłoby mieć dwa pokoje więcej… – Zatrzepotała rzęsami. – Na swoim stanowisku dostał pan pewnie wielką rezydencję, co?

– Jak na ironię, jestem minimalistą – roześmiał się. Uniósł porcelanową filiżankę i duszkiem dopił jej zawartość. – Wybaczcie, mam nagłe wezwanie.

Dotknął ucha, włączając odbiornik.

– On nie pasuje na szefa, jest za szczery – skwitowała Seo-yoon, kiedy Lachlan opuścił stołówkę. – Nie lubi gadać, a szef powinien dużo mówić, ale nic nie powiedzieć. Wiesz o co mi chodzi? Tak mi się w każdym razie wydaje. Choć nigdy nie byłam szefem. I nie zamierzam. Czy dużo mówię? Powiedz!

Linn podparła podbródek piąstką. Mgła ustępowała, odsłaniając postrzępione krawędzie krateru. Smuga światła rozlała się na skupionym czole kobiety.

 

Z pamiętników Lachlana Maxwella (badania)

 

33. sol 137 r. m.

Linn, przekazując mi papierową kopię dokumentacji testów, stanęła bliżej mnie, niż jest to konieczne. Pytała o moje zainteresowania. O sobie mówiła niewiele. Lubię z nią rozmawiać.

 

41. sol 137 r. m.

Zamówiłem mikroskop neurotronowy z zaawansowanym podajnikiem, jeden z najlepszych na rynku. Sieć neuronowa interpretuje trajektorie odbitych elektronów i na tej podstawie tworzy trójwymiarowy wizerunek struktury atomowej. To całkiem spory mebel, musiałem powiększyć gabinet.

Zamierzam zintegrować mikroskop z moją Hypatią.

 

45. sol 137 r. m.

Obserwacja kostki mikroskopem przyniosła odkrycie, którego w żaden sposób nie potrafię zrozumieć.

Przy stopniu przybliżenia odpowiadającym dziesiątym częściom mikrona, monitor wyświetla regularny motyw kwadratów, zmniejszających się ku brzegom kostki. Wzór jest symetryczny w osi pionowej i poziomej i powtarza się przy każdym kolejnym przybliżeniu, aż do skali atomu, na której kończy się rozdzielczość mikroskopu. To fraktal, dywan Sierpińskiego. W trójwymiarze – gąbka Mengera.

Kostka na pewno nie jest strukturą krystaliczną. Wygląda raczej, jak obiekt żywcem wyjęty z podręcznika matematyki. 

Musiałem przetrzeć oczy, żeby się upewnić, że nie ulegam złudzeniu optycznemu.

A może mikroskop jest uszkodzony? Hypatia twierdzi, że jest sprawny.

Pozostaje jeszcze możliwość, że to wytwór obcej cywilizacji.

Czy ja wariuję?

 

46. sol 137 r. m.

Bardzo chciałbym zasięgnąć opinii innych naukowców. Tymczasem raportować mogę tylko do Zarządu, który ani nie jest zainteresowany, ani nie pojmuje wyjątkowości tego przedmiotu.

 

73. sol 137 r. m.

Dwudziesty ósmy dzień bez nowego odkrycia. Kończą mi się fundusze. Zarząd pyta o zastosowania praktyczne. Małostkowi!

Jestem rozczarowany Hypatią. Od początku karmię ją wynikami testów i badań, a niewdzięcznica nie wypluwa nic wartego uwagi. Oto jaką odpowiedź dostaję: Brak dostatecznych danych na miarodajną teorię.

 

75. sol 137 r. m.

Dostałem oficjalną informację od Zarządu, że ze względu na brak postępów w badaniach, skończą finansowanie projektu. Kostka ma zostać złożona w depozyt do momentu, gdy będzie pomysł na jej wykorzystanie praktyczne.

 

Zdolna inżynier

 

– Linn Thorstein? – Szef ochrony, Hemmer, zatrzymał drobną kobietę mijającą go w korytarzu. Uniósł lewą część górnej wargi w grymasie, który miał przypominać uśmiech.

– Spieszę się, panie Hemmer – ucięła Linn.

– Dokąd? – Złapał ją za ramię. – Mam kilka pytań.

Wskazał zaciemniony wykusz na końcu korytarza.

– Nawet pan unika kamer? – zapytała z przekąsem. Uwaga go dotknęła.

– Pracujesz od jakiegoś czasu z Maxwellem – stwierdził, kiedy schowali się za rogiem.

– Tak, testuję dla niego nowy materiał.

– Nie obchodzi mnie, co testujesz. – Ścisnął mocniej jej ramię. – Co sądzisz o Maxwellu? Jest mrukiem, co? Może nawet mizantropem?

– Niewiele mówi, ale to człowiek o bogatej osobowości. Współpraca z nim to przyjemność.

– Skąd wiesz o jego osobowości, skoro milczy?

– Kobieca intuicja.

Hemmer odwrócił głowę. Korytarz był pusty. Z łatwością zamknąłby wąską szyję tej pyskatej zdziry w uścisku i przygwoździł do ściany. Wciągnął powietrze głęboko do płuc, przymykając oczy. Uspokoił się.

– Co myślisz o człowieku, który ma piękny apartament, ale prawie nie opuszcza gabinetu?

– Myślę, że jest samotnikiem oddanym nauce – odpowiedziała, nie tracąc rezonu. – Muszę już iść, panie Hemmer. Przypominam, że jestem inżynierem zatrudnionym w trybie niezależnym. Jeśli coś mi się stanie, smartkontrakt opublikuje anons obciążający korporację, a w konsekwencji i pana.

Mięśnie twarzy Artura Hemmera rozluźniły się. Policzki opadły, nadając twarzy wyraz pysku bulldoga. Nie sprawdził dostatecznie, przeoczył tryb niezależny. Jego władza nad nią była ograniczona.

– Inżynier, to mimo wszystko tylko asystent naukowca, a ty masz potencjał intelektualny – wydusił z siebie. – Czy wiesz, że jestem członkiem Zarządu?

Błękitne oczy kobiety odpowiedziały chłodem.

– Tak, panie Hemmer. Nie wiem jednak, jakim sposobem ocenił pan mój potencjał intelektualny.

Hemmer pociągnął nosem, puścił ją i odszedł.

 

Z pamiętników Lachlana Maxwella (na własnej skórze)

 

265. sol 137 r. m.

Jest druga w nocy, obudziłem się wyczerpany męczącym snem, z głową na blacie. Chyba wiem, co się stało.

Wczoraj, późnym popołudniem, obracałem sześcian w dłoni zastanawiając się, co dalej. Przypomniał mi prezent, który dostałem od babci na szóste urodziny, muszlę. „Przyłóż do ucha, to usłyszysz dźwięk ziemskiego morza” – śmiała się babcia, pukając w nią palcem.  Odruchowo zbliżyłem kostkę do głowy. Tuż przy skroni ukłuło mnie przykre wyładowanie. To właśnie wtedy straciłem świadomość.

 

267. sol 137 r. m.

Podejrzewam, że przedmiot w jakiś sposób wpłynął na mój mózg, bo dziś rano, nagle, wpadłem na rozwiązanie problemu spiekanego węglika. Gdyby między cząsteczkami zastosować wyładowania plazmowe, to sproszkowany wolfram można by zespalać z kobaltem przy dużo niższej temperaturze! Oszczędność energii, zysk dla korporacji.

 

268. sol 137 r. m.

Skan głowy rezonansem i elektroencefalografią potwierdził moje przypuszczenia. Nastąpiło zagęszczenie połączeń między neuronami w odpowiedzialnym za myślenie abstrakcyjne płacie czołowym, przy jednoczesnym rozrzedzeniu w okolicy ciemieniowej.

Skonsultowałem się z neurobiologiem, który stwierdził, że obszary wyglądają na przypadkowe i niestety, nie zaoferował bardziej szczegółowych wniosków. Konieczne są kolejne eksperymenty, którym, mimo ryzyka, gotów jestem się poddać.

 

269. sol 137 r. m.

Po drugim przyłożeniu kostki do skroni również zasnąłem. Tym razem, niestety, były przykre efekty uboczne. Wymiotowałem pół dnia, dokuczała mi migrena, miałem ręce i nogi jak z waty. Nie mogłem też grać na gitarze, bo palce drętwiały, struny wymykały się z chwytu. Na szczęście przeszło.

Z pozytywów – dostałem przedłużenie finansowania. Zarząd zaaprobował nowy kierunek badań, wiążąc duże nadzieje ze stymulacją mózgu. Efekty uboczne zataiłem.

 

270. sol 137 r. m.

Wrzuciłem dane ze skanów do Hypatii. Dodatkowo dodałem masę informacji o sobie – wagę, wzrost, kod DNA, dokumentację medyczną, stare zdjęcia i filmy, swoje artykuły i książki, a nawet zapiski z pamiętnika. Jednym słowem, wszystko.

Spytana o wnioski, odpowiedziała tym samym co zwykle: brak dostatecznych danych na miarodajną teorię. Jednak tym razem dodała coś, co mnie nieco zmartwiło: Lachlan Maxwell – sugerowana ostrożność.

 

275. sol 137 r. m.

Wstrzymuję się z dalszymi testami na sobie. Gdy tylko zbliżyłem kostkę do skroni, napadł mnie tak silny ból głowy, że prawie zemdlałem. Na szczęście wszystko przeszło, gdy się oddaliłem.

 

276. sol 137 r. m.

Jak dobrze być w domu i choć na chwilę zapomnieć o badaniach. Właśnie skończyłem gitarową aranżację pierwszego nokturnu Gabriela Fauré. Muzyka obudziła wspomnienia.

Wysunąłem dolną szufladę witryny, na dnie której leżał starannie złożony, pamiątkowy kilt. Każda przecinająca się nić i splot barw były literą w księdze rodu, który na Marsie miał wartość jedynie sentymentalną.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu przesunąłem szybę i wziąłem do ręki moją muszlę. Złociła się nawet w półmroku. Organiczna i wyrafinowana, zawinięta do środka jak pięść, pozwalała ciekawemu oku zajrzeć w swe koralowe wnętrze. Jakże różniła się od geometrycznie perfekcyjnej i przez to nieludzkiej kostki!

 

Twardy orzech

 

Pędzący korytarzem Lachlan nie zauważył wynurzającej się zza rogu kantyny Linn. Zanim zdążył zareagować, bark kobiety wbił się w jego kościstą klatkę piersiową. Straciła równowagę, ale zdążył chwycić ją w talii, ratując przed upadkiem.

– Lachlan! – roześmiała się. Przykucnęła, aby poprawić but. – Prawie złamałam obcas. Polujesz na kawę?

– Prawdę mówiąc, biegnę do gabinetu.

– Znowu do pracy? Przemęczony mózg jest nieproduktywny.

– Czuję się świetnie. – Lachlan słabo kłamał.

– Czy ty z Ziemi spadłeś? Patrzysz czasem w lustro?

Uśmiechnął się niedbale.

– Wiesz, ten nowy syntetyk… trudno go rozgryźć.

– To nie jest syntetyk, prawda? – Dotknęła dłonią jego twarzy.

Turkusowa kreska makijażu wokół jej oczu wyciągała się ku skroniom. Satynowe usta okalał unikalny wzór pionowych rowków.

– Ta kostka, to… – szepnął, ale słowa uwięzły mu w gardle.

Milczenie trwało nieskończenie długo. W końcu, zniecierpliwiona, odsunęła się.

– Możesz mi powiedzieć. Nie martw się, nie sypnę, jestem twarda jak ta diabelska próbka.

Lachlan przełknął ślinę, nie pomogło. Gardło miał suche i ściśnięte, nic przez nie nie przechodziło. Mięśnie twarzy stężały, nadając jej ponury wyraz.

– Do diabła, Maxwell! – krzyknęła, tracąc cierpliwość.

– Muszę iść – wykrztusił chrapliwie.

 

Z pamiętników Lachlana Maxwella (na cudzej skórze)

 

277. sol 137 r. m.

Poinformowałem Zarząd, że nie mogę przeprowadzać testów na sobie, ze względu na mój stan zdrowia.

 

278. sol 137 r. m.

Dzwonił Hemmer, mówiąc, że nie muszę eksperymentować na sobie, bo znalazł ochotnika. To zadłużony górnik z Omegi. Po tym, jak wyraziłem wątpliwości, co do moralnego aspektu sprawy, Hemmer zapewnił mnie, że człowiek ten jest świadomy ryzyka i za godziwą zapłatę jest gotów ponieść uszczerbek na zdrowiu. Dodał też, że w razie czego korporacja udzieli mu pomocy medycznej.

 

279. sol 137 r. m.

Przed chwilą stało się coś dziwnego, czego nie potrafię pojąć. Mam ciągle podwyższony puls i suche gardło.

Około godziny siedemnastej, Hemmer wezwał mnie do swojego biura. Chciał, żebym wziął ze sobą kostkę. W gabinecie siedział ochotnik, o którym wczoraj wspomniał. Sztywny, chudy, w białej koszuli, która podkreślała jego bezkrwistą cerę, wyglądał jak straszydło. Zorientowawszy się w czym rzecz, zapragnąłem jak najszybciej wyjść.

I właśnie wtedy to się stało. Nogi przeszył spazm, ręce wykręciły się dotkliwie, kark zesztywniał. Jednym słowem, coś przejęło kontrolę nad moim ciałem.

Jak nakręcona maszynka, ruszyłem w stronę nieszczęśnika. Lewa ręka, niezależnie od mojej woli, wsunęła się do kieszeni, wyciągając kostkę. Automatycznym ruchem zbliżyła przedmiot do głowy siedzącego mężczyzny. W jego oczach nie dostrzegłem strachu, raczej niecierpliwość. Nawet nie odsunął głowy. Po kilku sekundach nastąpiło wyładowanie elektrostatyczne i mężczyzna osunął się nieprzytomny na krzesło.

Dopiero wtedy moje mięśnie odpuściły. Odzyskałem kontrolę nad członkami, choć cały drżałem z przerażenia. Oblewał mnie zimny pot.

Uciekłem do swego gabinetu, nie wymieniwszy słowa z Hemmerem. Zresztą, tamten, zaskoczony tym, co ujrzał na własne oczy, nie próbował mnie zatrzymać.

 

280. sol 137 r. m.

Jest ranek, właśnie otrzymałem przeraźliwy raport z przebiegu wczorajszych wydarzeń.

Otóż, górnik spał aż dwanaście godzin. Obudził się o piątej rano, skarżąc na niezwykle realistyczny koszmar. Śnił mu się syn, którego porwali, jak to określił, łowcy skór. W pewnym momencie jęknął: „powiedzieli, że zrobią z niego dzieło sztuki”. Wykrzyknąwszy to, dostał gwałtownych drgawek, przywarł do ściany i począł drapać ją paznokciami. Towarzysząca mu pielęgniarka sięgnęła po jednorazówkę z dawką witaminową i środkami uspokajającymi. Ogłuszył ją, wyjął z ręki strzykawkę i wbił sobie w szyję. Dźgał kilkukrotnie, aż trafił w tętnicę. Zanim kobieta odzyskała przytomność, górnik zdążył wykrwawić się na śmierć. Całe zdarzenie zarejestrowały kamery.

Notatka kończyła się informacją, że mężczyzna zataił zaginięcie ośmioletniego syna, mające miejsce kilka dni temu. Według oceny prawników MaSoHe, to wydarzenie było bezpośrednią przyczyną jego załamania nerwowego, które w konsekwencji doprowadziło do samobójczej śmierci. W tym kontekście, jak twierdzili adwokaci, korporacja nie ponosiła odpowiedzialności za śmierć ochotnika.

Mam potworne poczucie winy.

 

281. sol 137 r. m.

Wprowadziłem szczegółowy opis wydarzeń do Hypatii. Komputer długo przetwarzał informacje, po czym wypluł odpowiedź: Brak dostatecznych danych na miarodajną teorię, Lachlan Maxwell – zalecana ostrożność.

To wiem i bez tej cholernej maszyny!

 

282. sol 137 r. m.

Myliłem się, sądząc, że po tym wszystkim Zarząd zatrzyma finansowanie projektu. Firma wyraziła zadowolenie z dotychczasowych rezultatów i wiązała duże nadzieje z dalszymi badaniami na ludziach.

Zapytałem Hemmera, czy będzie sekcja zwłok, dochodzenie przyczyn. Z właściwą sobie obcesowością, oznajmił, że nic takiego nie nastąpi i żebym w tej sprawie nie był przesadnie wylewny.

 

283. sol 137 r. m.

Dziś rano, z ciężkim sercem, zdecydowałem, że kończę z MaSoHe. Sporządziłem wypowiedzenie umowy o pracę. Przeleciałem przez nie wzrokiem, wygładziłem kilka zdań, wysłałem.

 

284. sol 137 r. m.

Pierwszy raz od miesięcy spałem spokojnie. Czuję ulgę, mimo że tracę stanowisko i nie mam pojęcia co dalej. Prawdopodobnie wrócę do akademii.

Śniła mi się Linn. Nachyliła się nade mną, szepnęła do ucha, że kostka to urządzenie obcych. Kazała wywalić cholerstwo z powrotem do odwiertu.

Może zaproszę ją do siebie? Opowiem jej o wszystkim, zrzucę brzemię tajemnicy, którego nie jestem w stanie dłużej dźwigać.

 

285. sol 137 r. m.

Do diabła! Dany mi był zaledwie jeden sol spokoju! Ta pieprzona, obca siła pojawiła się znowu. W środku nocy, kiedy na wpół spałem, to coś moimi rękami wysłało wiadomość do Zarządu: „chwilowe załamanie, wycofuję rezygnację”.

Pierwszy raz naprawdę się boję. Nie Hemmera ani MaSoHe, tylko samego siebie.

 

295. sol 137 r. m.

Siedzę w gabinecie i myślę co dalej. Po dzisiejszym wydarzeniu popadłem w rezygnację. Zaczynam się godzić z tym, że w niektórych kwestiach nie mam nic do powiedzenia, bo siła, być może odrębna osobowość, przejmuje nade mną kontrolę.

Zdaje się, że najlepiej będzie, jak po prostu zaakceptuję „nowego Maxwella”, albo – jak lubię go w skrócie nazywać – „Maxa”. Opór kosztuje zbyt dużo i za każdym razem okazuje się jałowy.

Oto, co się wydarzyło.

W biurze Hemmera siedział niewysoki mężczyzna o ogorzałej twarzy. Długie, posklejane od potu włosy, zwisały w nieładzie. Ręce miał wykręcone do tyłu, przywiązane do oparcia krzesła, nogi skute kajdanami. Jego rozmarzone spojrzenie nadawało mu wyraz wizjonera, człowieka z okładek ziemskich podręczników, jednego z tych, którzy w epoce przedmarsjańskiej tworzyli fundamenty cywilizacji.

Okazało się, że jest to Rojas Pérez, przywódca podziemnych struktur na Omedze. Na koncie miał rozboje i sabotaże. Człowiek ten został pozbawiony praw obywatela planety i skazany na śmierć przez Marsjański Trybunał Współdzielony.

Hemmer chełpił się pojmanym rebeliantem jak myśliwy trofeum. Rzucił coś w rodzaju: „Eksperymentuj na nim do woli, Maxwell, to prezent od korporacji”.

Właśnie wtedy „Max” po raz kolejny przejął nade mną kontrolę. Zadrżałem, jak potrącony manekin, mechanicznym krokiem ruszyłem w stronę rebelianta. Tamten patrzył tym swoim rozmytym wzrokiem w nieokreślony punkt na suficie.

Jednak musiał się bać, bo oddychał szybko i ciężko. Gdy moja ręka z kostką wyciągnęła się w stronę jego skroni, odruchowo odsunął głowę.

Pamiętam dobrze, Hemmer krzyknął: „siedź spokojnie, bydlaku!”. Swoją kwadratową, grubą łapą złapał Rojasa za włosy i przysunął do kostki. Chwilę później rebeliant zapadł w sen.

Ocknął się stosunkowo szybko, bo zaledwie godzinę później. Przez jakiś czas towarzyszyła mu dezorientacja – nie potrafił określić czasu ani miejsca, w którym się znajdował – ale już wieczorem odzyskał rozeznanie w rzeczywistości. Zapytany o odczucia, uparcie milczał.

Zgodnie z planem, przeprowadzono niezbędne badania medyczne, które, wraz z opisem całej sytuacji, wprowadziłem do komputera.

 

296. sol 137 r. m.

Dziś Hypatia zaskoczyła mnie komunikatem: Lachlan Maxwell – wsuń badany obiekt w podajnik mikroskopowy.

Wykonałem prośbę maszyny.

Lachlan Maxwell – zezwól na dostęp do mikroskopu.

Ponownie postąpiłem zgodnie z sugestią. Nastąpiła kalibracja urządzenia. Hypatia przybliżyła powierzchnię kostki, aż do pojawienia się wzoru fraktala. Potem obróciła obiekt o dziewięćdziesiąt stopni w płaszczyźnie poziomej, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Zatrzymała przez chwilę, przetwarzając dane. Kolejny obrót nastąpił o dwieście siedemdziesiąt stopni w płaszczyźnie pionowej.

Niestety, to wszystko. Wysunęła podajnik z kostką, wyłączyła mikroskop i wyświetliła: Brak dostatecznych danych na miarodajną teorię.

 

Ochroniarz od Hemmera

 

– Lachlan Maxwell – bardziej stwierdził niż spytał mężczyzna w uniformie. – Rojas Pérez uciekł w nocy z aresztu. Obecnie, we współpracy z policją, ustalamy miejsce jego pobytu. Jeżeli ma pan pytania bądź sugestie, proszę o kontakt bezpośrednio z Arturem Hemmerem, który będzie dostępny od godziny jedenastej trzydzieści. Z mojej strony to już wszystko.

Lachlan zmarszczył brwi.

– Z aresztu Hemmera nie ucieka się tak po prostu – stwierdził, zatrzymując obracającego się na pięcie ochroniarza.

– Sądzimy, że pomógł mu ktoś z korporacji – odparł tamten nieprzekonywująco. Nie doczekawszy się dalszych pytań, odszedł.

Lachlan nagle doznał olśnienia. Pomyślał o Linn, o jej nadmiernym zainteresowaniu artefaktem, o niezależnym kontrakcie.

Wieczorem, kiedy tylko zatrzasnął drzwi mieszkania, przez jego plecy przeszedł lodowaty dreszcz. Max przejął ciało.

Z szuflady biurka wyjął pamiętnik i wyrywał kartkę po kartce, metodycznie wsuwając je do wałka niszczarki papieru.

To była dopiero rozgrzewka. Chwilę potem, chwycił obiema rękami gryf gitary, uniósł ją wysoko, po czym z impetem roztrzaskał o podłogę.

Na sztywnych nogach, jakby nie do końca potrafiły się zgiąć w kolanach, podszedł do witryny. Przebił pięścią szybę i złapał muszlę. Ciśnięta o ścianę rozbiła się na grube kawałki.

Z kiltem poszło trudniej. Nie zważając na ból przeciętej skóry i toczącą się z rany krew, Max próbował rozerwać materiał rękoma. Przekonawszy się, że w ten sposób niewiele osiągnie, sięgnął po nóż kuchenny i począł bezładnie ciąć grubą wełnę. Kilt doznał tylko drobnych uszkodzeń.

Zmęczony zrezygnował, wypuścił umazany we krwi nóż i oddał kontrolę zrozpaczonemu Lachlanowi.

 

Konfrontacja

 

Ostatni wieczór i szalony epizod z Maxem kosztowały Lachlana mnóstwo energii. Przysypiał w gabinecie.

Zbudził go sygnał nowej wiadomości. Na ekranie Hypatii pojawił się tekst w gaelickim szkockim: Dàta gu leòr, moladh air barail.

Przetarł oczy, żeby upewnić się, że na pewno nie śni. Z jakiego powodu maszyna przeszła na ten egzotyczny język?

Jako dziecko władał nim dobrze. Jego babcia należała do garstka zapaleńców utrzymujących gaelicki przy życiu, setki lat po jego oficjalnym wygaśnięciu. Po przeprowadzce na Marsa, przez resztę życia, przekazywała tajniki języka małemu Lachlanowi.

Świtało mu znaczenie niektórych słów, ale sens całości umykał. Moladh to pochwała, barail to punkt widzenia, a dàta to oczywiście dane. Przypomniał sobie wypowiadane przez babcie wyraźne „r”.

Gu lèir to całkowicie, ale co znaczyło gu leòr? Lachlan schodził coraz głębiej do przeszłości, wspomnienia rozlały się po jego umyśle. Gu leòr to wystarczająco!

Nagle cały sens zdania stał się jasny: Wystarczająco dużo danych, sugestia hipotezy.

A więc w końcu coś znalazła!

Maszyna obróciła nieznacznie obiektywem kamery, łapiąc ostrość. Odczytała z mięśni twarzy, że zrozumiał.

Wyświetliła: Cuir an ciùb anns a’ mhicreasgop.

Tym razem pojął od razu. Chciała, żeby umieścił kostkę w mikroskopie. Wstał leniwie, na wpół pogrążony we wspomnieniach. Zbliżył się do podajnika mikroskopowego, włączył zasilanie.

Wówczas poczuł drętwienie. Ręka zaczęła sztywnieć. Max budził się.

Hypatia wyświetliła natychmiast: Cùm grèim air cuimhneachain.

Trzymaj się wspomnień. Zrozumiał. Wspomnienia były pierwotne, mocno wdrukowane w strukturę neuronów, rozproszone. Max nie miał dostępu do tych partii jego mózgu. Dopóki utrzymywał retrospektywny stan umysłu, był wolny.

„Tartan i kilt, każdy klan ma swój wzór, każdy Szkot swój strój”. Babcia trzymała w dłoniach starannie złożoną, kraciastą spódnicę. Ciepły dotyk grubej wełny pod opuszkami palców, kurz tańczący w tunelu świetlnym, perłowa muszla.

Odzyskał władzę w rękach. Położył kostkę na podajniku, dał Hypatii dostęp do mikroskopu.

Na ekranie mikroskopowym ukazało się zbliżenie powierzchni próbki. Maszyna zainicjowała procedurę obrotu: trzysta sześćdziesiąt stopni w płaszczyźnie poziomej, tyle samo w płaszczyźnie bocznej i tyle samo w pionowej. Podajnik wykonał kolejno pełne obroty we wszystkich trzech płaszczyznach.

Hypatia powiększała obraz mikroskopowy. Osłupiały Lachlan dostrzegł, że wzór fraktala na powierzchni kostki zmienia się w swój negatyw. Wolno, ale wyraźnie. W ciągu kilkunastu sekund to nie kwadraty tworzące fraktal były pełne, ale przestrzenie między nimi.

Hypatia wyświetliła dłuższy tekst:

Hipoteza – Badany obiekt jest makroskopowym analogiem fermionu, cząstki elementarnej o spinie połówkowym.

Status ontologiczny – Model Standardowy wyklucza możliwość istnienia takiego obiektu w znanym wszechświecie. Możliwa korelacja z eksperymentem z membraną Do­ho­ro­vit­za (źródło pierwotnej anomalii).

Kontekst neurobiologiczny – W obiekcie zakodowany jest mechanizm programowania neuronowego. Mechanizm ten został odwrócony przez pełny obrót w trzech płaszczyznach.

Lachlan Maxwell – Istnieje możliwość przywrócenia pierwotnej struktury neuronów. Silna sugestia bezzwłocznego zbliżenia obiektu do głowy.

Hypatia wysunęła podajnik z kostką z mikroskopu. Lachlan wyciągnął rękę…

…która zatrzymała się w pół drogi, zwiotczała i opadła na kolano. Obie ręce, głowa, szyja i nogi odłączyły się od jego woli. Max powrócił, przejmując pełną kontrolę.

W desperackim akcie, Lachlan zdołał otworzyć usta i wydobyć kilka nieartykułowanych dźwięków – początek ustnej komendy dla Hypatii. Bezskutecznie. Szczęka zatrzasnęła się, zęby zazgrzytały. Stał się biernym obserwatorem, jego ciało niesterownym wehikułem.

Serią następujących po sobie szarpnięć nóg, Max znalazł się przy szafce z narzędziami. Odnalazłszy obcęgi, impulsywnym ruchem odciął fizyczne połączenie Hypatii z mikroskopem. Rozjuszony, wsunął kostkę z powrotem do urządzenia i – poprzez ręczny kontroler – dokonał trzech obrotów, przywracając ją do pierwotnego stanu. Na koniec wyjął kostkę i, nie zważając na ból i mdłości, zapamiętale przycisnął ją do skroni.

Tuż przed utratą przytomności, Lachlan zdążył jeszcze pomyśleć, że to koniec, że Max uwięził go w jego własnym ciele na zawsze.

 

Skierował kroki do serwerowni. Zaczął skrupulatnie rozmontowywać jedną jednostkę po drugiej. Rozbijał młotkiem szklane karty, wyłuskując je z plastikowych obudów, przecinał obcęgami kable. Zaprzestał destrukcji Hypatii dopiero około północy. Proste narzędzia, którymi dysponował, nie były dość skuteczne. Skontaktował się z czarnorynkową firmą dokonującą utylizacji.

Około drugiej w nocy potężny drab z dwoma towarzyszami wszedł do pustego skrzydła MaSoHe, kierując się do gabinetu Maxwella. W czwórkę szybko uwinęli się z uprzątnięciem szczątków maszyny.

Max towarzyszył im w drodze na slumsy Omegi. Zaparkowali na obrzeżach dzielnicy, przed średniej wielkości składem i wysypali ładunek: nośniki pamięci w połamanych obudowach, poprzecinane kable, wtyczki, metalowe szafki z wgnieceniami od uderzeń młotka, śruby. Dwóch z nich zabrało się do rozkręcania obudów, podczas gdy wysoki pracowicie sortował poszczególne rodzaje materiałów, wrzucając je do osobnych boksów.

Maxa interesował tylko pojemnik, do którego trafiły szklane płytki pamięci. Upewnił się, że prasa hydrauliczna skruszyła szklane wafle na tysiące drobnych kawałków.

 

Epilog

 

Sala konferencyjna wiała przyjemnym chłodem, w powietrzu unosił się zapach kawy. Długi, prostokątny pokój otaczały ściany ze szlifowanego betonu poprzetykane wielkoformatowymi szybami. Przy monolitycznym, orzechowym blacie, ośmiu członków Zarządu kierowało wyczekujące spojrzenia w stronę Maxwella. U szczytu stołu, siedział skupiony dyrektor korporacji, pan Goodwill. Wypielęgnowaną dłonią o krótkich palcach przeczesał siwiejące włosy.

Ciszę przerwało szuranie przesuwanego krzesła. Wstała Agatha Adeboye, wychudzona, ciemnoskóra kobieta o długiej szyi i przenikliwych oczach. Podeszła do jednej ze ścian i, przytykając długi palec do ciepłoczułego interfejsu, uruchomiła projektor. Oczom wszystkich ukazały się nagrania z operacji wywiezienia resztek Hypatii.

Maxwell spodziewał się tego, wszak korytarze korporacji naszpikowane były kamerami. Odpowiedź miał już przygotowaną: zrzucił winę na obciążenie psychiczne towarzyszące badaniom oraz gwałtowne załamanie nerwowe. Hemmer skwitował jego wypowiedź krótkim: „wiedziałem, że to psychol”. Srinivasa z kolei był zdania, że informacje zgromadzone w Hypatii dałoby się częściowo odtworzyć, gdyby odnaleźć jej szczątki. Rozgorzała dyskusja, którą Goodwill przerwał podniesieniem otwartej dłoni.

– To prawda, że kryzys zawodowy może zdarzyć się każdemu, jesteśmy w stanie to zrozumieć. Miał pan już wcześniej chwilę słabości, gdy wysłał nam wypowiedzenie pracy. Jesteśmy gotowi zapomnieć o wszystkim, jeśli w ramach rekompensaty zintensyfikuje pan badania i zaprezentuje rezultaty.

Maxwell wstał, chciał zabrać głos, ale Goodwill przytknął palec do ust.  

– Zarząd potrzebuje również dowodu pełnego zaangażowania w sprawy korporacji. – Wymienił spojrzenie z Hemmerem. – Chcielibyśmy na własne oczy zobaczyć działanie przedmiotu. Zarząd rozumie, że obiekt ten posiada właściwości hipnotyczne. Zgadza się?

– Można tak to ująć – odparł Max.

– Czy zgodziłby się pan przeprowadzić mały pokaz?

„Po moim trupie!” Lachlan zdał sobie sprawę z ironii wypowiadanych słów.

– Kiedy? – zapytał spokojnie Max.

Dyrektor wziął łyk wody. Otarł chusteczką usta.

– Teraz.

Jedna z betonowych ścian przesunęła się, tworząc otwór wielkości drzwi, przejście do sąsiedniego pomieszczenia. Goodwill zachęcił Lachlana, żeby wszedł.

W niewielkim, pozbawionym okien pokoiku, siedziała Seo-yoon. Kiedy tylko zobaczyła Maxwella, jej znużone oblicze rozjaśniło się.

– A, to pan, bo już myślałam, że nie wiadomo co mi szykują, bo jak to pan ma robić ten eksperyment, to jestem spokojna. Mówili, że trochę mnie rozboli głowa, że będę dłużej spała. Wie pan, ile musiałabym pracować, żeby dostać pięciopokojowe mieszkanie? Dorastające dzieci nie mają swoich pokoi, a tak, chwila dyskomfortu, pstryk, i już mają.

Max wsunął rękę do kieszeni, począł wodzić opuszkami po chłodnej powierzchni kostki. Ruszył w stronę Koreanki.

– Mój mąż był przeciwny, bo niby czemu korporacja miałaby mi, ot tak, sprezentować wielką rezydencję. Ale ja wtedy, w stołówce, wspomniałam o mieszkaniu, pan myślał o tym i wstawił się za mną, prawda? Pewnie nie uszło pana uwadze, że się zaharowuję, biorę nadgodziny. Czemu pan milczy? Pewnie nie daję dojść do głosu. Hihi. Niech pan powie szczerze, czy ja dużo mówię?

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Sprawy technikaliów, które zatrzymały mnie przy czytaniu i związane z nimi sugestie oraz wątpliwości (zawsze – jedynie do przemyślenia):

 

Ogólnie mam wątpliwość, dotyczącą całej treści, co do zapisu skrótu roku marsjańskiego – np.: „281. sol 137 r.m.” , czy nie powinno być: r-kropka-spacja-m?

 

Podczas obróbki jednej ze skał, (zbędny przecinek?) natrafiono na nieznany minerał, tak twardy, że ściera diamentowe wiertła.

Początkowo byłem sceptyczny, (i ten?) co do wagi tego wydarzenia, lecz, (i ten?) po testach lokalnych inżynierów, (i ten?) jestem zdania, że to może być wielkie odkrycie.

Dostałem zielone światło, (i ten?) pod warunkiem, że sprawę zachowam w tajemnicy.

Próbka pozostała nienaruszona. Jak ona właściwie została wytopiona? – powtórzenie/styl?

Nawet gdyby chciał, nie potrafił jej wyjaśnić.

– Firma chce, żeby szczegóły nowego materiału pozostały tajemnicą. – i tutaj?

Widok był spektakularny, bo budynek kompani wydobywczej, (zbędny przecinek?) górował nad otaczającymi go zabudowaniami. – gramatyczny?

No, może mogłoby mieć dwa pokoje więcej… – odchrząknęła. – czy ta (i inne, np. Podczas obróbki jednej ze skał, natrafiono na nieznany minerał, tak twardy, że ściera diamentowe wiertła; – Sporządziłem wypowiedzenie umowy o pracę. Przeleciałem przez nie wzrokiem, wygładziłem kilka zdań, wysłałem; Potem obróciła obiekt o dziewięćdziesiąt stopni w płaszczyźnie poziomej, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara; Tartan i kilt, każdy klan ma swój wzór, każdy Szkot swój strój; Max powrócił, przejmując pełną kontrolę; Rozgorzała dyskusja, którą Prezes przerwał podniesieniem otwartej dłoni; Maxwell wstał, chciał zabrać głos, ale Prezes przytknął palec do ust) aliteracja celowa?

Wiesz (przecinek?) o co mi chodzi?

Oto (i tu?) jaką odpowiedź dostaję: Brak dostatecznych danych na miarodajną teorię.

– Nie obchodzi mnie (i tu?) co testujesz.

 

Przy zestawieniu tych dwóch fragmentów mam pewną wątpliwość:

75. sol 137 r.m.

Dostałem oficjalną informację od Zarządu, że ze względu na brak postępów w badaniach, skończą finansowanie projektu. Kostka ma zostać złożona w depozyt do momentu, gdy będzie pomysł na jej wykorzystanie praktyczne. (…)

265. sol 137 r.m.

Jest druga w nocy, obudziłem się zmęczony ciężkim snem, z głową na blacie. Chyba wiem, co się stało.

Wczoraj, późnym popołudniem, obracałem sześcian w dłoni zastanawiając się, co dalej. – mam zatem pytanie – to kostka nie znajdowała się zamknięta w depozycie, on nadal miał do niej dostęp?

 

Skonsultowałem się z neurobiologiem, który stwierdził, że obszary wyglądają na przypadkowe i (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) niestety, nie zaoferował bardziej szczegółowych wniosków.

Spytana o wnioski, odpowiedziała tym samym (przecinek?) co zwykle: brak dostatecznych danych na miarodajną teorię.

Poinformowałem Zarząd, że nie mogę przeprowadzać testów na sobie, ze względu na mój stan zdrowia. – zbędny ostatni przecinek?

Około godziny siedemnastej, Hemmer wezwał mnie do swego biura. – tu zbędny pierwszy?

Ciał, żebym wziął ze sobą kostkę. – brak dwóch liter?

Zorientowawszy się (przecinek?) w czym rzecz, zapragnąłem jak najszybciej wyjść.

Z właściwą sobie obcesowością, oznajmił, że nic takiego nie nastąpi i żebym w tej sprawie nie był przesadnie wylewny. – zbędny pierwszy przecinek?

Czuję ulgę, mimo że tracę stanowisko i nie mam pojęcia (przecinek?) co dalej.

Przez jakiś czas towarzyszyła mu dezorientacja – nie potrafił określić czasu ani miejsca (przecinek?) w jakim się znajdował – ale już wieczorem odzyskał rozeznanie w rzeczywistości.

– Lachlan Maxwell. – Bardziej stwierdził niż spytał mężczyzna w uniformie. – tu mam wątpliwość, czy nie bez kropki i małą literą (?)

Proste narzędzia, którymi dysponował (przecinek?) nie były dość skuteczne.

Srinivasa z kolei, był zdania, że informacje zgromadzone w Hypatii dałoby się częściowo odtworzyć, gdyby odnaleźć jej szczątki. – zbędny pierwszy przecinek?

– To prawda, że kryzys zawodowy może zdarzyć się każdemu, jesteśmy w stanie to zrozumieć. Chwila słabości zdarzyła się panu już wcześniej, gdy wysłał nam wypowiedzenie pracy. – powtórzenia?

– A, to pan, bo już myślałam, że nie wiadomo (przecinek?) co mi szykują, bo jak to pan ma robić ten eksperyment, to jestem spokojna.

 

Bardzo dobry horror SF, nieustannie trzymający w napięciu, nieprzewidywalny; zakończenie mroczne i idealnie pasujące do całej atmosfery tekstu. :)

Wiele rzeczy nie do końca wyjaśnionych (choćby losy uciekiniera i pomagającej mu inżynier), co dodaje smaczku fabule. :) Czytelnik zaczyna się autentycznie bać – czuje, że takich nowych, nieodgadnionych do końca, a zatem – śmiertelnie niebezpiecznych „Maxów” mogą być już niedługo miliony. :)

Kliczek podwójny, życzę powodzenia przy nominacjach, pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

hej @kronosie,

Przesyłka, dla niepoznaki wysłana jako „pigment tolinowy klasy premium”, dotarła zgodnie z planem. Nikt, oprócz ścisłego grona Zarządu o niczym nie wie. Trzej inżynierowie badający znalezisko na Tytanie i jeden operator platformy podpisali umowy o zachowaniu poufności. Szef ochrony, Artur Hemmer, przygotował ofensywę dezinformacyjną, w razie, gdyby ktoś paplał.

Wiem, że to dziennik, ale do tej pory prowadzony był technicznym językiem i to “paplał” trochę wybija mnie z rytmu.

W międzyczasie rozszerzyłem gabinet o superkomputer klasy Hypatia.

Sprzęt x klasy y. Klasyka sci-fi. :D

Ukradkiem, zza mlecznej szyby oddzielającej stołówkę od korytarza, dwie kobiety śledziły wzrokiem wysokiego mężczyznę. Sunął korytarzem płynnie i bezszelestnie. Grafitowy garnitur podkreślał szczupłą sylwetkę.

– Przystojny, co? – Seo-yoon złapała koleżankę za rękaw.

Nie jestem fanem przedstawiania głównego bohatera jako “tego atrakcyjnego” Zwłaszcza jak to jego pierwszy opis. Trąci fanfickiem.

Linn wbiła w niego pytające spojrzenie.

Wydaje mi się to zbędne.

Dlatego dobrze pan zrobił, że przeniósł się do nas

To też.

Zatrzepotała kilkukrotnie rzęsami. – Na swoim stanowisku dostał pan pewnie wielką rezydencję, co?

Jak na inżyniera na Marsie sprawia wrażenie dość stereotypowo płytkiej kobiety.

Nie lubi gadać, a szef powinien dużo mówić, ale nic nie powiedzieć. Wiesz o co mi chodzi? Tak mi się w każdym razie wydaje. Choć nigdy nie byłam szefem. I nie zamierzam. Czy dużo mówię? Powiedz!

To fajne, bo pokazałeś mi jaka jest, zamiast mi o tym powiedzieć. :)

Żona narzekała lekarzowi, że mąż się z nią bez końca awanturuje. Za każdym razem, kiedy wybuchnie kłótnia, zalecił lekarz, niech pani płucze gardło solą…

Zupełnie nie rozumiem, czemu on jej to mówi. To taki żart na zaczęcie rozmowy? Jest to dla mnie o tyle dziwne, że skoro pyta ją o imię i nazwisko to znaczy, że jej nie zna. Zaczynanie rozmowy z obcym człowiekiem żartem bez wstępu… Myślę, że jestem w tym momencie równie skonfundowany, co Linn.

wydusił z siebie nafaszerowanym fałszem głosem

Tu z kolei, wydaje mi się, że tłumaczysz za dużo.

śmiała się babcia pukając w nią palcem.

Brak przecinka.

Podejrzewam, że przedmiot w jakiś sposób wpłynął na mój mózg, bo dziś rano, nagle, wpadłem na rozwiązanie problemu spiekanego węglika.

Imo: Podejrzewam, że przedmiot w jakiś sposób wpłynął na mój mózg. Dziś rano, nagle, wpadłem na rozwiązanie problemu spiekanego węglika.

miałem ręce i nogi jak z waty

Imo: ręce i nogi miałem jak z waty.

Gdy tylko znalazłem się w pobliżu kostki, napadł mnie tak silny ból głowy, że prawie zemdlałem. Na szczęście wszystko przeszło, gdy odszedłem dalej.

Trochę się rymują zakończenia tych zdań.

Zanim zdążył zareagować, bark kobiety wbił się w jego kościstą klatkę piersiową.

Nieco niezgrabne. Imo: wpadł na nią.

Ciał, żebym

Chciał?

Pierwszy raz naprawdę się boję. Nie Hemmera, nie MaSoHe, ale samego siebie.

Broń Boże, nie zarzucam użycia, ale teraz każde wyliczenie “nie to ale to” kojarzy się z ChatemGPT. Nie wiem, czy jest to efekt, który chcesz osiągnąć. Zdanie w pełni poprawne, tylko zwracam uwagę.

przywiązane do oparcia krzesła, nogi skute kajdanami. Moją uwagę przykuło jego

Babcia trzymała w dłoniach starannie złożoną, kraciastą spódnicę.

Nie wiem czy zamierzony, ale podoba mi się motyw pozaziemskiej kostki w kwadraty i szkockiej spódnicy w kratę. Ładnie to ze sobą koresponduje. Nie wiem, czy nawet bardziej bym tego nie eksponował.

że Max uwięził go w ciele na zawsze.

Coś mi tu nie gra. Może we własnym? Albo jako obserwatora? Coś bym zmienił.

Na końcu stołu, przywdziewając maskę skupienia, siedział sam Prezes.

Jarosław? :O 

Dodałbym chociaż nazwisko, samo Prezes jest dziwaczne.

 

Mam mieszane uczucia.

Fabuła jest najzupełniej ok. Masz bardzo dobry styl, który od razu narzuca odbiór tekstu jako sci-fi/hard sci-fi. Intryga z kostką oczywista, ale jest na tyle fachowego słownictwa i naukowych wyjaśnień, że przechodzi to zupełnie w porządku.

Uwagi fabularne:

  1. Przemiana Maxwella – a bardziej jego poddanie się. Z punktu widzenia czytelnika, poddał się dość szybko. Możliwe, że to z czegoś wynika, ale nie rozumiem z czego. Nie widziałem walki i napięcia, tylko efekt. Zabrakło stawki.
  2. Nie rozumiem wątku górnika, który uciekł. Jeżeli nie zamierzałeś go wykorzystać później, to wydaje mi się, że jego wprowadzenie niczego nie zmienia. Worldbuiling i napięcie powinno służyć fabule. Odnoszę wrażenie, że tu tego zabrakło.
  3. Nie wiem czemu Hypatia przejawiała troskę o Maxwella. Trudno mi nawet zgadywać.

Największy zarzut jaki mam do tego tekstu to postaci:

  1. Maxwell poddaje się zbyt szybko.
  2. Prezes, który pełni ważną rolę w epilogu jest tylko funkcją fabuły. Brakuje mu czegokolwiek charakterystycznego.
  3. Hemmer jest chyba combo kilku postaci – członek zarządu, szef ochrony, nadgorliwy ochroniarz i kombinator. Wydaje mi się, że z nim mam najmniejszy problem, ale nadal ciężko mi w niego uwierzyć.
  4. Dwie marsjańskie panie inżynier – przepraszam Cię, ale one obie zachowują się jak ostatnie idiotki. Z czego Linn rozumiem, że udaje, bo knuje swoją intrygę (o której nic nie wiemy), ale nadal są aż przerysowane, przez co niewiarygodne.

Potraktuj proszę to, co napisałem nie jako krytykę a feedback od czytelnika, gdzie moim zdaniem pewne rzeczy mogły by działać lepiej. 

Podsumowując – masz dobre sci-fi pióro, czyta się gładko i bez wywrotek. Mocnym punktem są rzeczy techniczno-naukowe, które opisujesz (nie mam kwalifikacji, by ocenić ich poprawność, po prostu są dobrze napisane i brzmią wiarygodnie). Fabuła nie jest nowa, ale solidna.

Popracowałbym nad budowaniem postaci oraz większą uwagą, jaką rolę w fabule spełnia konkretny element opowiadania – tu głównie mam na myśli górnika. Poświęcasz mu sporo miejsca, by ani on nie wrócił, by zrobić kolejny twist ani nie wyjaśniasz, co się z nim stało. 

Ac, pozwolę sobie wtrącić do Twojej wątpliwości:

Nie rozumiem wątku górnika, który uciekł. Jeżeli nie zamierzałeś go wykorzystać później, to wydaje mi się, że jego wprowadzenie niczego nie zmienia. Worldbuiling i napięcie powinno służyć fabule. Odnoszę wrażenie, że tu tego zabrakło.

O ile dobrze zrozumiałam fabułę, górnik nie uciekł, bo zmarł. 

Pecunia non olet

Dzięki @bruce,

Swoją drogą w swoim komentarzu pomyliłem górnika z Rojasem Pérezem. Górnik faktycznie popełnił samobójstwo, a zaginął Perez. Więc mój zarzut trafniej by brzmiał, że śmierć/zaginięcie Rojasa Péreza nie ma żadnego wpływu na fabułę, ani za bardzo nic nie wyjaśnia.

 

śmierć/zaginięcie Rojasa Péreza nie ma żadnego wpływu na fabułę, ani za bardzo nic nie wyjaśnia.

 

Wiesz, Ac ja odebrałam ten wątek jako pokazanie, że przysłowiowe “zło czai się wszędzie” – gość uciekł, zatem jest “nowym Maxem”, zagraża każdemu, w tym swojemu drugiemu ja. :) I każdego może zniszczyć. :) 

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Witaj bruce!

 

 

Ogólnie mam wątpliwość, dotyczącą całej treści, co do zapisu skrótu roku marsjańskiego – np.: „281. sol 137 r.m.” , czy nie powinno być: r-kropka-spacja-m?

Racja. Do poprawienia.

 

Jak zawsze, uwagi dotyczące interpunkcji, aliteracji, powtórzeń itp. są bardzo cenne. Szczególnie z interpunkcją to ciężka sprawa, zawsze mam masę błędów. Co do powtórzeń, to po setnej lekturze człowiek przestaje je widzieć. Przejdę przez tekst i poprawię.

 

Bardzo dobry horror SF, nieustannie trzymający w napięciu, nieprzewidywalny; zakończenie mroczne i idealnie pasujące do całej atmosfery tekstu. :) (…)

Kliczek podwójny, życzę powodzenia przy nominacjach, pozdrawiam serdecznie. :) 

Dzięki za miłe słowa i podwójny klik! Miałem nadzieję, że tekst będzie mroczny, choć trochę obawiałem się, czy bohater nie idzie zbyt wyraźnie w dół po równi pochyłej. Są rzeczy niedopowiedziane, jak zawsze u mnie, i widzę, że jednemu czytelnikowi się to podoba, inny chciałby mieć wszystko dopowiedziane. Fajnie, że dla Ciebie to dodatkowy smaczek! Ja sam również lubię teksty pozostawiające pewne znaki zapytania.

 

Kostka ma zostać złożona w depozyt do momentu, gdy będzie pomysł na jej wykorzystanie praktyczne. (…)

Polecenie, żeby kostkę złożyć w depozyt, nie oznaczało rozkazu, żeby zrobić to z dnia na dzień. Dali mu jakiś tam termin (powiedzmy tydzień) na dokończenie obecnych badań. Bardziej chodziło o to, że nie będzie miał już funduszy na drogie testy. Zgadzam się, że powinno być to powiedziane w tekście.

 

Wiesz, Ac ja odebrałam ten wątek jako pokazanie, że przysłowiowe “zło czai się wszędzie” – gość uciekł, zatem jest “nowym Maxem”, zagraża każdemu, w tym swojemu drugiemu ja. :) I każdego może zniszczyć. :) 

:)

 

 

Witaj ac!

 

Wiem, że to dziennik, ale do tej pory prowadzony był technicznym językiem i to “paplał” trochę wybija mnie z rytmu.

Tutaj Lachlan zacytował słowo użyte przez Hemmera. Może powinienem to wziąć w cudzysłów.

 

Sprzęt x klasy y. Klasyka sci-fi. :D

No dobrze, może trochę “kliszowate”. ;)

 

Nie jestem fanem przedstawiania głównego bohatera jako “tego atrakcyjnego” Zwłaszcza jak to jego pierwszy opis. Trąci fanfickiem.

Będę miał na uwadze w przyszłości. Ale czy to oznacza, że nie wolno mieć atrakcyjnych bohaterów? Czy tylko uważać, żeby nie sygnalizować tego w pierwszym opisie?

 

Linn wbiła w niego pytające spojrzenie.

Wydaje mi się to zbędne.

(…)

Dlatego dobrze pan zrobił, że przeniósł się do nas

To też.

Zgoda.

 

Jak na inżyniera na Marsie sprawia wrażenie dość stereotypowo płytkiej kobiety.

Koreanka właśnie nie jest inżynierem, jedynie operatorem, pomocnikiem inżyniera. Inżynierem jest Linn. Seo-yoon miała być płytka i naiwna.

 

To fajne, bo pokazałeś mi jaka jest, zamiast mi o tym powiedzieć. :)

:)

 

Zupełnie nie rozumiem, czemu on jej to mówi. To taki żart na zaczęcie rozmowy? Jest to dla mnie o tyle dziwne, że skoro pyta ją o imię i nazwisko to znaczy, że jej nie zna. Zaczynanie rozmowy z obcym człowiekiem żartem bez wstępu… Myślę, że jestem w tym momencie równie skonfundowany, co Linn.

Zastanawiałem się właśnie, czy tego “żartu” Hemmera nie wyciąć. Ostatecznie postanowiłem zostawić, żeby pokazać, że facet jedzie na wstępie z seksistowskim żatem, żeby zdobyć przewagę. Ale Linn jest na to odporna. Jeśli ten zabiegł nie wyszedł, to muszę to przemyśleć.

Tu z kolei, wydaje mi się, że tłumaczysz za dużo.

Wzięte pod uwagę.

 

Podejrzewam, że przedmiot w jakiś sposób wpłynął na mój mózg. Dziś rano, nagle, wpadłem na rozwiązanie problemu spiekanego węglika.

Może być ta wersja.

 

ręce i nogi miałem jak z waty.

Ok.

Trochę się rymują zakończenia tych zdań.

Nie zauważyłem. Podobnie jak powtórzeń i aliteracji. To jest ta przysłowiowa ślepota autora, który zna tekst na pamięć.

wpadł na nią.

Zbyt proste? ;) Ale może proste jest najlepsze.

 

Broń Boże, nie zarzucam użycia, ale teraz każde wyliczenie “nie to ale to” kojarzy się z ChatemGPT. Nie wiem, czy jest to efekt, który chcesz osiągnąć. Zdanie w pełni poprawne, tylko zwracam uwagę.

To moja własna struktura, nie korzystam z modeli językowych do generacji tekstu. Ale wiem co masz na myśli. 

Nie wiem czy zamierzony, ale podoba mi się motyw pozaziemskiej kostki w kwadraty i szkockiej spódnicy w kratę. Ładnie to ze sobą koresponduje. Nie wiem, czy nawet bardziej bym tego nie eksponował.

Cieszę się, że ta analogia Ci się spodobała. Może byłoby warto to pogłębić? A może Lachlan widział na powierzchni kostki to, co tkwiło gdzieś głęboko w nim samym? Przydałoby się przeprowadzić na niej nieco głębsze badania. ;)

 

Coś mi tu nie gra. Może we własnym? Albo jako obserwatora? Coś bym zmienił.

Ok, pomyślę nad zmianą. Pierwotnie było “we własnym ciele”, ale bałem się, że czytalnicy zarzucą mi, że “własnym” jest zbędne.

Dodałbym chociaż nazwisko, samo Prezes jest dziwaczne.

Słuszna uwaga. 

Fabuła jest najzupełniej ok. Masz bardzo dobry styl, który od razu narzuca odbiór tekstu jako sci-fi/hard sci-fi. Intryga z kostką oczywista, ale jest na tyle fachowego słownictwa i naukowych wyjaśnień, że przechodzi to zupełnie w porządku.

Fajnie, że podobał Ci się styl i że fabuła, mimo, że prosta, jednak siadła. 

 

Przemiana Maxwella – a bardziej jego poddanie się. Z punktu widzenia czytelnika, poddał się dość szybko. Możliwe, że to z czegoś wynika, ale nie rozumiem z czego. Nie widziałem walki i napięcia, tylko efekt. Zabrakło stawki.

Może nie miał wyboru? Próbował, siła była zbyt potężna.

Nie rozumiem wątku górnika, który uciekł. Jeżeli nie zamierzałeś go wykorzystać później, to wydaje mi się, że jego wprowadzenie niczego nie zmienia. Worldbuiling i napięcie powinno służyć fabule. Odnoszę wrażenie, że tu tego zabrakło.

Poprzez postaci górniak oraz rebelianta (Rojasa) zamierzałem pokazać różne działanie kostki na różnych ludzi (chociaż sam schemat “fizyczny” był zawsze taki sam: wyładowanie elektrostatyczne przy głowie, potem sen). Chciałem pokazać jak najwięcej z punktu widzenia Maxwella, czyli czytelnik widzi prawie tylko to, co on, i, tak jak on, może jedynie domyślać się wzorca działania kostki. Hypatia uchyla rąbka tajemnicy pod koniec.

Jest też coś więcej – poprzez te postacie opowiadanie łączy się z szerszym światem, który chcę odsłaniać stopniowo, w cyklu. Oczywiście, to żadne tłumaczenie, bo opko musi się bronić jako samodzielny tekst. 

 

Nie wiem czemu Hypatia przejawiała troskę o Maxwella. Trudno mi nawet zgadywać.

A czy obecne modele językowe nie troszczą się o użytkownika? Spróbuj zadać jakieś pytanie związane ze złym samopoczuciem, albo działaniem, które może ci zaszkodzić. Owszem, Hypatia była AI naukowym, ale bazowała na szerszym modelu, z wbudowaną troską o życie i zdrowie użytkownika (jak i każdego innego człowieka).

 

Maxwell poddaje się zbyt szybko.

Wyżej wyjaśniałem. Ale to cenna uwaga (jak i wszystkie inne) i będę nad tym myślał.

 

Prezes, który pełni ważną rolę w epilogu jest tylko funkcją fabuły. Brakuje mu czegokolwiek charakterystycznego.

Tu zgoda. Na swoją obronę powiem tylko, że mam tendencję do rozbudowywania postaci, co pociąga za sobą rozbudowę długości tekstu. Sztuką jest zarysować postać tak, żeby nie była miałka. 

 

Hemmer jest chyba combo kilku postaci – członek zarządu, szef ochrony, nadgorliwy ochroniarz i kombinator. Wydaje mi się, że z nim mam najmniejszy problem, ale nadal ciężko mi w niego uwierzyć.

Hmm… Tu trochę nie podzielam Twojej opinii. Hemmer jest brutalem, chamem, ale z silną intuicją jak poruszać się w korporacyjnej rzeczywistości, żeby “nie przegiąć” (np. kiedy Linn poinformowała go o swoim niezależnym kontrakcie, potrafił się cofnąć). Ma też sporo znajmości w półświatku, które pomagają mu osiągać cele, i z tego powodu jest też na rękę korporacji. Pomyśl o ludziach typu były pracownik służb bezpieczeństwa, który jest ogniwem łączącym świat biznesu ze światem przestępczym. 

 

Dwie marsjańskie panie inżynier – przepraszam Cię, ale one obie zachowują się jak ostatnie idiotki. Z czego Linn rozumiem, że udaje, bo knuje swoją intrygę (o której nic nie wiemy), ale nadal są aż przerysowane, przez co niewiarygodne.

Jedna tak się zachowuje, i taka miała być ta postać. Jest niemądra, ma bardzo naiwny obraz świata, ale nie jest osobą złą. Czy tacy ludzie nie istnieją? Powtarzam, ona nie ma tytułu inżyniera.

Nie zgadam się też, że Linn jest głupia. Od razu domyśla się, że ta historia z syntetykiem na wiertło to brednia. Próbuje wyciągnąć od Lachlana prawdę na temat obiektu, na temat jego samego, lekko go uwodzi. W innej scenie nie poddaje się naciskom Hemmera. Czy knuje swoją intrygę? Może, a może po prostu chce zbliżyć się emocjonalnie do Lachlana?

 

Potraktuj proszę to, co napisałem nie jako krytykę a feedback od czytelnika, gdzie moim zdaniem pewne rzeczy mogły by działać lepiej. 

Właśnie tak to traktuję, i bardzo sobie cenię Twoje uwagi. Podobnie jak uwagi bruce, są dla mnie wskazówką, jak lepiej pisać w przyszłości. Zawsze długo zastanawiam się nad komentarzami czytelników.

 

Podsumowując – masz dobre sci-fi pióro, czyta się gładko i bez wywrotek. Mocnym punktem są rzeczy techniczno-naukowe, które opisujesz (nie mam kwalifikacji, by ocenić ich poprawność, po prostu są dobrze napisane i brzmią wiarygodnie). Fabuła nie jest nowa, ale solidna.

Dzięki za miłe słowa, które mobilizują do dalszej pracy.

 

Popracowałbym nad budowaniem postaci oraz większą uwagą, jaką rolę w fabule spełnia konkretny element opowiadania – tu głównie mam na myśli górnika. Poświęcasz mu sporo miejsca, by ani on nie wrócił, by zrobić kolejny twist ani nie wyjaśniasz, co się z nim stało. 

Tak, pomyślę nad tym konkretnym wątkiem. W przypadku górnika, chciałem pokazać, że kostka potrafi zabić. Dlaczego zginął górnik desperat? Dlaczego rebeliant zbiegł?

Ciekawe w tym kontekście, że siła mojego poprzedniego opka (według czytelników) tkwiła w dobrze narysowanych postaciach. :)

Ok, kumam z kostką w depozycie; pozdrawiam i także dziękuję; powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Cześć, kronos.maximus

Trochę jak Lovecraft, ale na Marsie. Czytałem z zainteresowaniem, ciekawy, czym okaże się być przedmiot. Bardzo dobrze, że nie dajesz jednoznacznej odpowiedzi. Interesująco opisujesz samo znalezisko. Dziwi mnie jedynie sposób, taki trochę olewczy, traktowania zdrowia i życia w ogóle wszystkich na tej stacjj przez prezesa. Zresztą… chyba jemu również nie zależało na własnym życiu. Albo oni wszyscy byli pod wpływem osobliwego odkrycia. 

Klik!

Pozdrawiam

No dobrze, może trochę “kliszowate”. ;)

Nie miałem na myśli, że to coś złego. Tylko bardzo rozpoznawalne dla gatunku. Niemal kanoniczne. ;)

Będę miał na uwadze w przyszłości. Ale czy to oznacza, że nie wolno mieć atrakcyjnych bohaterów? Czy tylko uważać, żeby nie sygnalizować tego w pierwszym opisie?

Pewnie, że wolno. Tylko w idealnym świecie każdy opis albo pcha fabułę do przodu, albo daje informacje o świecie lub bohaterach, która jest potrzebna do zrozumienia opowiadania. W tym przypadku nie ma znaczenia, czy Lachlan jest atrakcyjny, bo później do tego nie wracasz, ani bohater nie korzysta ze swojej cechy, którą mu nadajesz. Więc technicznie – gdybyś to usunął, opowiadanie na niczym, by nie straciło.

I tak, zwłaszcza przy pierwszych opisach czytelnik ma nadzieję dowiedzieć się czegoś ważnego o postaci, zwłaszcza jeżeli to główny bohater. Powierzchowna cecha, która nigdzie potem nie jest wykorzystywana w mojej ocenie może być zredukowana do “był przystojnym mężczyzną w okolicach czterdziestki”, bo w mniejszej ilości słów przekazujesz tą samą informację i możesz skupić uwagę odbiorcy na innych kwestiach.

Teraz jak o tym myślę, to w tej scenie pokazałeś nam też płytkość Koreanki, która faktycznie wraca (cecha) w finale. Więc chyba mam na myśli, że na tym ogniu mogłeś upiec więcej niż jedną pieczeń. :)

 

Może nie miał wyboru? Próbował, siła była zbyt potężna.

Wiem, co masz na myśli. Natomiast przemiana bohatera często jest sercem i centrum opowiadania. Uważam, że gdybyś pokazał nam tą walkę i dlaczego bohater tak zaciekle walczy o kontrolę nad własnym ciałem łatwiej związałbyś czytelnika z postacią. 

Zdaje sobie sprawę, że łatwo przesadzić w drugą stronę natomiast tak, jak pisałem – nie odczułem tej walki.

Owszem, Hypatia była AI naukowym, ale bazowała na szerszym modelu, z wbudowaną troską o życie i zdrowie użytkownika (jak i każdego innego człowieka).

Chyba właśnie przez to, że Hypatia została przedstawiona jako ściśle maszyna naukowa oraz komunikowała się z Lachlanem też bardzo bezosobowo tak trudno mi było przejść nad tym bez zastanowienia.

Myślę, że zdanie wyjaśnienia albo scenka, w której Hypatia pyta “Jak się dzisiaj czujesz, Maxwell?“, nawet kiedy wiemy, że to algorytm, to pozwala później łatwiej uwierzyć w jej troskę. Zmierzam do tego, że byłem tym nieco zaskoczony, bo wcześniej nie pokazałeś nam jej z tej strony.

Hmm… Tu trochę nie podzielam Twojej opinii. Hemmer jest brutalem, chamem, ale z silną intuicją jak poruszać się w korporacyjnej rzeczywistości, żeby “nie przegiąć” (np. kiedy Linn poinformowała go o swoim niezależnym kontrakcie, potrafił się cofnąć). Ma też sporo znajmości w półświatku, które pomagają mu osiągać cele, i z tego powodu jest też na rękę korporacji. Pomyśl o ludziach typu były pracownik służb bezpieczeństwa, który jest ogniwem łączącym świat biznesu ze światem przestępczym. 

Tak jak mówiłem, z nim mam najmniejszy problem. ;)

Sztuką jest zarysować postać tak, żeby nie była miałka. 

Mamy to:

Na końcu stołu, przywdziewając maskę skupienia, siedział sam Prezes

Co powiesz na małe przetasowanie? – Siedzący u szczytu stołu prezes Voland przeczesał żylastą dłonią rzedniejące włosy. Nie spuszczał z Maxwella oczu.

Mamy drobną podpowiedź jak sobie można kogoś takiego wyobrazić oraz mówisz, co robił – nie spuszczał oczu – ale nie tłumaczysz dlaczego. Czytelnik może sobie dopowiedzieć, że to skupienie, czy podejrzliwość, czy cokolwiek.

To tylko sugestia z mojej strony.

Nie zgadam się też, że Linn jest głupia.

Nie mówię, że jest tylko, że się zachowuje. Ale mamy prawo mieć różne opinie. :)

Ciekawe w tym kontekście, że siła mojego poprzedniego opka (według czytelników) tkwiła w dobrze narysowanych postaciach. :)

A to wiesz, jak jest. Co człowiek, to opinia. :) 

Tak czy siak, powodzenia w dalszym pisaniu i na pewno przeczytam kolejne.

 

 

Cześć Hesket!

 

Trochę jak Lovecraft, ale na Marsie.

Ciekawa uwaga, bo pod sam koniec pisania tego opka, algorytm YT zasugerował mi audiobooka “Widmo nad innsmouth”, którego z uwagą przesłuchałem. Wstyd się przyznać, ale było to moje pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z pisarstwem Lovecrafta. :)

 

Czytałem z zainteresowaniem, ciekawy, czym okaże się być przedmiot. Bardzo dobrze, że nie dajesz jednoznacznej odpowiedzi. Interesująco opisujesz samo znalezisko.

Cieszy mnie Twój pozytywny odbiór. :)

Dziwi mnie jedynie sposób, taki trochę olewczy, traktowania zdrowia i życia w ogóle wszystkich na tej stacjj przez prezesa. Zresztą… chyba jemu również nie zależało na własnym życiu. Albo oni wszyscy byli pod wpływem osobliwego odkrycia. 

Nie byli wszyscy pod wpływem przedmiotu. Obojętność wobec życia i zdrowia wykazywali tylko wobec tych, którzy niewiele dla nich znaczyli. Twarde życie na Marsie. Wyobrażałem sobie Marsa jako coś w rodzaju Ameryki w początkach jej istnienia: dziki zachód, prawo silniejszego itp.

 

Wielkie dzięki za przeczytanie i klika!

 

Cześć ac!

 

zwłaszcza przy pierwszych opisach czytelnik ma nadzieję dowiedzieć się czegoś ważnego o postaci, zwłaszcza jeżeli to główny bohater.

Będę o tym pamiętał w przyszłych opkach.

Zdaje sobie sprawę, że łatwo przesadzić w drugą stronę natomiast tak, jak pisałem – nie odczułem tej walki.

To cenna uwaga. 

Myślę, że zdanie wyjaśnienia albo scenka, w której Hypatia pyta “Jak się dzisiaj czujesz, Maxwell?“, nawet kiedy wiemy, że to algorytm, to pozwala później łatwiej uwierzyć w jej troskę. 

Tak, to jest dobry pomysł. Choć miałem nadzieję, że Hypatia, właśnie poprzez ten kontrast (zimna, matematyczna maszyna, która w krytycznym momencie troszczy się o bohatera) wywoła ciekawy dla czytelnika efekt. Mogłaby być motywowana na przykład tym, że “choroba” Lachlana może doprowadzić do końca badań, do czego ona nie może dopuścić. Coś jak HAL 9000 w Odysei Kosmicznej, tylko w drugą stronę. 

Co powiesz na małe przetasowanie? – Siedzący u szczytu stołu prezes Voland przeczesał żylastą dłonią rzedniejące włosy. Nie spuszczał z Maxwella oczu.

Mamy drobną podpowiedź jak sobie można kogoś takiego wyobrazić oraz mówisz, co robił – nie spuszczał oczu – ale nie tłumaczysz dlaczego. Czytelnik może sobie dopowiedzieć, że to skupienie, czy podejrzliwość, czy cokolwiek. To tylko sugestia z mojej strony.

To też trafna uwaga. Tak, prezes powienien mieć cechę fizyczną i nazwisko, tak jak każdy inny bohater albo nawet postać trzeciorzędna, taka jak Agatha Adoboye: “wychudzona, ciemnoskóra kobieta o długiej szyi i przenikliwych oczach”. Tu w jednym zdaniu zrobiłem to, o czym piszesz. Ae chyba jakoś w podświadomości chciałem prezesa pozostawić nieokreślonego, nieco tajemniczego, a w praktyce został po prostu niedopracowany.

 

Dziękuję za rozbudowany komentarz i pozdrawiam!

No. I teraz się wyjaśnia, dlaczego korporacja dostaje takiego świra na punkcie próbki. Wreszcie rozumiem ich działania. Owszem, takie coś nie powinno sobie leżeć luzem gdzieś w Kosmosie. Nie sądzę, że korpo kieruje chęć uniknięcia niewinnych ofiar, raczej chcieliby położyć łapy na tym czymś. I jest to zgodne z oczekiwaniami co do niedobrej firmy.

Nadal nie wiadomo, co właściwie kostka robi ludziom. Jednemu podsunęła wynalazek, a potem przejęła nad nim kontrolę, innego zabiła, kolejnego… 

No właśnie. IMO, przydałoby się jakoś domknąć wątek rebelianta. Nie wiem, kto mu pomógł w ucieczce, co mu zrobił artefakt, czy go później złapali…

Ale ogólnie – teraz artefakt jest czymś tajemniczym i fascynującym. Mam ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej. Poprzednio powiedziałeś mi tylko, że korpo się za nią ugania po trupach, bo tak.

To fraktal, dywan Sierpińskiego.

Trójwymiarowy dywan Sierpińskiego to gąbka/kostka Mengera.

Babska logika rządzi!

Witaj Finklo!

 

Nie sądzę, że korpo kieruje chęć uniknięcia niewinnych ofiar, raczej chcieliby położyć łapy na tym czymś. I jest to zgodne z oczekiwaniami co do niedobrej firmy.

Właśnie tak mniej więcej myślałem.

Nadal nie wiadomo, co właściwie kostka robi ludziom. Jednemu podsunęła wynalazek, a potem przejęła nad nim kontrolę, innego zabiła, kolejnego… 

Artefakt nie lubi zbyt szybko ujawniać swoich tajemnic. ;) Ale zdaje się, że jego działanie zależy od konkretnego człowieka. Trochę jak z alkoholem – jeden zacznie śpiewać, drugi się śmiać, trzeci płakać, a jeszcze inny wda się w bójkę. 

No właśnie. IMO, przydałoby się jakoś domknąć wątek rebelianta. Nie wiem, kto mu pomógł w ucieczce, co mu zrobił artefakt, czy go później złapali…

Mam w głowie jego wątek, ale jest zbyt obszerny, żeby go wcisnąć w to opowiadanie.

Ale ogólnie – teraz artefakt jest czymś tajemniczym i fascynującym. Mam ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej.

Te słowa naprawdę cieszą! 

Trójwymiarowy dywan Sierpińskiego to gąbka/kostka Mengera.

Tak, dokładnie o ten obiekt mi chodziło. Znalazłem tę nazwę, ale fraktal Sierpińskiego wydawał mi się bardziej znany, tudzież łatwiejszy do znalezienia (plus polskie nazwisko). Ale chyba nie doceniłem czytelników. :) Po Twoim komentarzu zastanawiam się czy nie zmienić na kostkę Mengera, bo właściwie Maxwell, naukowiec piszący do siebie samego, zastosowałby najbardziej adekwatną i precyzyjną nazwę.

 

Dziękuję za klika oraz pozytywny komentarz!

Możesz te nazwy połączyć – kostka Mengera, dywan Sierpińskiego w trzech wymiarach – czy jakoś tak. I ludzie skojarzą, i naukowiec będzie syty.

Babska logika rządzi!

Wciągnąłem się i to od pierwszych akapitów! Historia poprowadzona jest w satysfakcjonujący sposób, tajemnice odkrywane są powoli. No i nie ma infodumpu, a świat jest mimo to zbudowany! 

 

Co do zgrzytów, poniżej parę moich, jak zawsze, lista czysto subiektywna! 

 

Miałem trochę problem z narracją, że czasem rozmywała się i była wszechwiedząca, a czasem trzecioosobowa, nie wyglądało to na celowy zabieg, popraw mnie jeżeli się mylę.

Przykład:

Ukradkiem, zza mlecznej szyby oddzielającej stołówkę od korytarza, dwie kobiety śledziły wzrokiem wysokiego mężczyznę. Sunął korytarzem płynnie i bezszelestnie. Grafitowy garnitur podkreślał szczupłą sylwetkę.

a potem akapit niżej mamy już głowę Maxwella

Lachlan nie spodziewał się obecności kogokolwiek w jadalni tak wcześnie. Zaskoczony, uniósł kącik ust, siląc się na uśmiech.

Dzienniki są konsekwentne w narracji, tam jest okej.

 

Drugim moim zgrzytem był ból głowy bohatera. W jednej scenie nie może podejść do kostki przez potworny ból, w następnej wyciąga kostkę z kieszeni. Jest tu ogromny skok myślowy, który trochę mnie zatrzymał na czytaniu. Wróciłem weryfikować ‘ale jak to, przed chwilą nie mógł się zbliżyć’ .

 

No i wątek z więźniem, który uciekł, nie jest spłacony, ale to zakładam celowy zabieg pod przeczytanie następnej części? :D 

 

W każdym razie opowiadanie zasługuje na bibliotekę i swój pierwszy w życiu ‘klik’ podaruję Tobie laugh

 

Prestidigitator ukłonił się w pas, rzucił coś drobnego na ziemię i w kłębach dymu zniknął. W powietrzu zostało tylko wibrujące lekko uczucie: wdzięczność. Podziękowanie, że mógł tu być z Tobą.

Dobrze napisane i wciągające – choć, jak zauważyła Finkla, ilość niedomkniętych wątków może zastanawiać, szczególnie, że przedmowa deklaruje zamkniętą całość.

Również pogubiłem się w tym, że w oddziaływaniu na różnych ludzi obiekt daje różne efekty. Te obroty, które zmieniają jego działanie też zabrzmiały dziwnie – obroty względem czego? Pola grawitacyjnego? Wielu ludzi pewnie obracało przedmiot na rozmaite sposoby, powinien być zupełnie “rozkalibrowany”.

Momentami zawieszałem się na technikaliach (jestem fizykiem). Gdzieś pojawia się mikroskop neutronowy, a są odbite elektrony. Skąd w ogóle urządzenie bierze wiązkę neutronów, skoro można ją otrzymać albo w akceleratorze albo w reaktorze jądrowym? Jedno i drugie raczej nie zmieści się w pokoju. Takich szczegółów było trochę, może nie-fizyka nie rozpraszają – mnie zatrzymywały na moment, ale nie odbierały przyjemności z czytania.

A że czytało się przyjemnie, biblioteka zasłużona!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ja zrozumiałam, że artefakt jest fermionem, więc po obróceniu o 360 stopni coś się w nim zmienia. A Hypatia nie obracała kostki tak po prostu, tylko po kolei w każdej płaszczyźnie. Mnie się to bardzo spodobało. Ale ja nie jestem fizykiem. :-)

Babska logika rządzi!

Witaj Prestidigitator!

 

Wciągnąłem się i to od pierwszych akapitów! Historia poprowadzona jest w satysfakcjonujący sposób, tajemnice odkrywane są powoli. No i nie ma infodumpu, a świat jest mimo to zbudowany! 

Ciesze się z pozytywnego odbioru tekstu!

 

Miałem trochę problem z narracją, że czasem rozmywała się i była wszechwiedząca, a czasem trzecioosobowa, nie wyglądało to na celowy zabieg, popraw mnie jeżeli się mylę.

Właśnie nie jestem pewien tego, czy narrator nie może czasem wejść do głowy bohatera, mimo, że realacjonuje wydarzenia i odnosi się do bohaterów w trzeciej osobie. Czyli narrator opowiada, że jakiś pan X sobie coś robi, a potem mówi co ten pan czuje. Myślę, że to dozwolone.

Ale w przypadku, gdy dodatkowo wplatam w tekst pamiętnik bohatera, taki zabieg rzeczywiście może dezorientować.

Drugim moim zgrzytem był ból głowy bohatera. W jednej scenie nie może podejść do kostki przez potworny ból, w następnej wyciąga kostkę z kieszeni. Jest tu ogromny skok myślowy, który trochę mnie zatrzymał na czytaniu. Wróciłem weryfikować ‘ale jak to, przed chwilą nie mógł się zbliżyć’ .

Tak, to niestety (dla mnie) dobrze wyłapana niedokładność logiczna, za którą przepraszam. Maxwell mógł zbliżyć się do kostki. Odczuwał ból jedynie, gdy zbliżał ją do głowy. Chodziło mi bardziej o jego niechęć do zbliżania się do kostki, bo kojarzyła mu się z mdłościami i bólem głowy. Poprawię to w tekście. 

No i wątek z więźniem, który uciekł, nie jest spłacony, ale to zakładam celowy zabieg pod przeczytanie następnej części? :D 

Dokładnie tak. :)

W każdym razie opowiadanie zasługuje na bibliotekę i swój pierwszy w życiu ‘klik’ podaruję Tobie laugh

Wielkie dzięki i czuję się wyróżniony otrzymaniem Twojego pierwszego polecenia do biblioteki! 

 

 

Witaj marzan!

Dobrze napisane i wciągające

Miło słyszeć! Dzięki!

jak zauważyła Finkla, ilość niedomkniętych wątków może zastanawiać, szczególnie, że przedmowa deklaruje zamkniętą całość.

Przyznam, że mam problem z tym jak definiować tego typu opowiadanie. Bo chyba nie jest to fragment? Być może w przedmowie powinienem zaznaczyć, że tekst odnosi się w kilku miejscach do szerszego świata, ale nie wpływa to na zrozumienie całości?

Również pogubiłem się w tym, że w oddziaływaniu na różnych ludzi obiekt daje różne efekty.

Rozumiem, przemyślę to.

Te obroty, które zmieniają jego działanie też zabrzmiały dziwnie – obroty względem czego? Pola grawitacyjnego? Wielu ludzi pewnie obracało przedmiot na rozmaite sposoby, powinien być zupełnie “rozkalibrowany”.

Tak, to świetny komentarz, sporo o tym myślałem. Kostka wraca do aktualnego stanu (binarnego) po krótkim czasie (kilkudziesięciu sekundach, kilku minutach?) bez ruchu. Dlatego nie została “rozkalibrowana”. Aby spowodować “inwersję”, należałoby precyzyjnie ją obracać, nie robiąc przy tym dłuższej przerwy. 

Co do względności obrotów: to są po prostu obroty w trzech wymiarach przestrzeni, nie ma znaczenia czy nazwiemy obrót poziomym, pionowym, czy bocznym. Grawitacja nie ma znaczenia. Nie ma też znaczenia ich kolejność. Jedynie to, czy obrót jest prawoskrętny czy lewoskrętny, albo zgodny bądź niezgodny z ruchem wskazówek zegara. 

Finkla dobrze to interpretuje. Maszyna znalazła analogię zachowania kostki do fermionu, spin połówkowy. 

Gdzieś pojawia się mikroskop neutronowy, a są odbite elektrony. Skąd w ogóle urządzenie bierze wiązkę neutronów, skoro można ją otrzymać albo w akceleratorze albo w reaktorze jądrowym? Jedno i drugie raczej nie zmieści się w pokoju. Takich szczegółów było trochę, może nie-fizyka nie rozpraszają – mnie zatrzymywały na moment, ale nie odbierały przyjemności z czytania.

To nie jest mikroskop neutronowy, ale neurotronowy. Mikroskop elektronowy, którego odczyt jest interepretowany przez sieć neuronową (slbo ogólnie SI) i dopiero potem wyświetlany. Następne zdanie to wyjaśnia: “Sieć neuronowa interpretuje trajektorie odbitych elektronów i na tej podstawie tworzy trójwymiarowy wizerunek struktury atomowej”.

Jeżeli chodzi o wielkość mikroskopu, to Maxwell powiększył swój gabinet, żeby go zmieścić: “To całkiem spory mebel, musiałem powiększyć gabinet”.

Jeżeli takich szczegółów technicznych było więcej, prosiłbym o wskazanie, będę miał coś do sprawdzenia i doszlifowania. Dzięki za ten cenny komentarz!

A że czytało się przyjemnie, biblioteka zasłużona!

To cieszy najbardziej. Dziękuję za przeczytanie i polecenie do biblioteki!

 

 

Hej Finklo!

Możesz te nazwy połączyć – kostka Mengera, dywan Sierpińskiego w trzech wymiarach – czy jakoś tak. I ludzie skojarzą, i naukowiec będzie syty.

Tak zrobiłem. :)

Ja zrozumiałam, że artefakt jest fermionem, więc po obróceniu o 360 stopni coś się w nim zmienia. A Hypatia nie obracała kostki tak po prostu, tylko po kolei w każdej płaszczyźnie. Mnie się to bardzo spodobało. Ale ja nie jestem fizykiem. :-)

Dokładnie tak, oprócz tego, że kolejność płaszczyzn nie ma znaczenia, oby w każdej z nich został dokonany obrót. Poza tym, kostka ma cechy obiektu matematycznego (czyli jest podobna do cząstek elementarnych), ale jednocześnie jest “namacalna”, Maxwell może ją dotknąć, poczuć, zobaczyć. 

 

Sieć neuronowa interpretuje trajektorie odbitych elektronów i na tej podstawie tworzy trójwymiarowy wizerunek struktury atomowej

 

Hm, mikroskop elektronowy nie ma rozdzielczości atomowej. Do analizy strukturalnej używa się przeważnie X-ray (dyfrakcja promieniowania gamma o długości zbliżonej do odległości międzyatomowej).

Elektrony z wiązki mikroskopu elektronowego nie mają odpowiedniej długości fali. Nawet sieć neuronowa nie złamie zasad fizyki. Nie da rady, na skutek wielu zasad, od optycznych do nieoznaczoności Heisenberga.

Są obecnie np. tomografy rentgenowskie do wykonywana obrazów, ale trójwymiarowy dyfraktometr rentgenowski to byłoby coś, i w zasadzie robiłoby to, co w opowiadaniu. Ilość danych do przetworzenia byłaby istotnie potworna, ale – uwaga – i tak urządzenie widziałoby tylko powierzchnię do pewnej głębokości, nie wnętrze przedmiotu. Struktury atomowej wnętrza nie da się badać.

Samą powierzchnię da się zeskanować mikroskopem sondy skanującej (inaczej mikroskop sił atomowych). To taka bardzo mała igiełka, która jeździ wzdłuż powierzchni. Też ma rozdzielczość atomową, ale widzi tylko to, czego dotknie, a skanowanie trwa bardzo długo (bo dla takiej malutkiej igiełki nasza skala odległości to jak podróż na księżyc :) ).

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Witaj marzan!

 

Hm, mikroskop elektronowy nie ma rozdzielczości atomowej. 

Pisząc opko sprawdzałem to m.in. w wikipedii: “Mikroskop elektronowy – mikroskop wykorzystujący do obrazowania wiązkę elektronów. Mikroskop elektronowy pozwala badać strukturę materii na poziomie atomowym”. Ale, nie będąc specem, przyjmuję komentarz od fizyka, że lepiej byłoby w tym kontekście użyć dyfraktometr rentgenowski, albo urządzenie, które opisujesz w ostatnim akapicie.

Sieć neuronowa miała w moim zamierzeniu “wyostrzać” obraz, w szerokim rozumieniu. Mikroskop nie powiększał już bardziej, niż do skali atomowej: “Wzór (…) powtarza się przy każdym kolejnym przybliżeniu, aż do skali atomu, na której kończy się rozdzielczość mikroskopu”. 

 

Nie da rady, na skutek wielu zasad, od optycznych do nieoznaczoności Heisenberga.

Tak, orientuję się mniej więcej – im mniejsza długość fal, tym większa energia i tym bardziej naruszony układ. 

Struktury atomowej wnętrza nie da się badać.

Maxwell nie badał wnętrza struktury atomowej. On przyglądał się powierzchni obiektu, stopniowo ją przybliżając. I przy pewnej skali zobaczył coś takiego jak fraktal Sierpińskiego, który w trójwymiarze jest kostką Mengera. Przybliżał dalej, aż do końca rozdzielczości mikroskopu, czyli do skali mniej więcej atomu. Poza tym, dlatego właśnie się zdziwił – takie coś, według jego wiedzy, nie mogło istnieć. I to jest ten element fiction (bardziej niż science). ;)

 

Wielkie dzięki za te techniczne uwagi! Dają sporo do myślenia!

 

O ile pamiętam kiedyś NASA miało problem ze skanowaniem płytek osłon termicznych wahadłowca w bardzo dużych powiększeniach, wymiar był podobny jak tej kostki., a chcieli zobaczyć jak zaczyna się proces degradacji właśnie na poziomie warstw atomów. 

U Ciebie chyba przydałaby się kombinacja mikroskopu elektronowego (jeszcze jeden warunek pomiaru – powierzchnia przedmiotu jest przewodząca, nie wiem, czy kostka przewodzi) z detektorem EDX (analiza składu powierzchni), do tego X-ray do analizy struktury atomowej+ od razu tomograf rentgenowski, i jeszcze głowica AFM do skanowania powierzchni. Wydaje mi się, że nawet obecnie są możliwości techniczne by coś takiego zbudować, ale jest po prostu za drogie. No i kombinacja tych trzech metod to wyzwanie dla sieci neuronowej.

To w sumie tylko dekoracja w opowiadaniu, nie będę się nad nią pastwił XD

 

Za to sam efekt obrotów i ten makroskopowy spin mogę kupić – jeśli spin jest jakoś powiązany z momentem obrotowym (na przykład orbitalnym) cząstek przedmiotu, to przedmiot ma taki wewnętrzny żyroskop.

Było słynne doświadczenie, w którym fizycy wymusili bodajże polem magnetycznym, żeby moment pędu elektronów (czyli związany z obrotem wokół czegoś) został skierowany w określoną “stronę” – zgodnie lub przeciwnie ze wskazówkami zegara. No i cały przedmiot poddany doświadczeniu zaczął obracać się w drugą stronę – jak śmigłowiec z wyłączonym śmigłem ogonowym :) Więc się da :P

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Witaj marzan!

 

U Ciebie chyba przydałaby się kombinacja mikroskopu elektronowego (jeszcze jeden warunek pomiaru – powierzchnia przedmiotu jest przewodząca, (…) No i kombinacja tych trzech metod to wyzwanie dla sieci neuronowej. To w sumie tylko dekoracja w opowiadaniu, nie będę się nad nią pastwił XD

Nie pastwisz się, tylko uszczegóławiasz i urealniasz pod kątem technicznym. Na pewno zwięszyłoby to wartość opowiadania, szczególnie w oczach znawców tematu, ale obawiam się, że dla wielu czytelników mogłoby to być niezrozumiałe. Pamiętam, że Hawking w przedmiowie do swojej “Krótkiej historii czasu” pisał, że każdy kolejny wzór, zmniejszy ilość czytelników o połowę, dlatego ograniczył się tylko do jednego, znanego e=mc2. 

Za to sam efekt obrotów i ten makroskopowy spin mogę kupić – jeśli spin jest jakoś powiązany z momentem obrotowym (na przykład orbitalnym) cząstek przedmiotu, to przedmiot ma taki wewnętrzny żyroskop.

Tak, mniej więcej coś takiego miałem na myśli. :)

 

Zachowuję Twoje uwagi na przyszłość, gdybym wchodził głębiej w szczegóły techniczne.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Hej 

 

"Ochroniarz od Hemmera

 

W tym fragmencie coś jest pomieszane – najpierw perspektywa Linn, a za chwilę Maxa. Przydałoby się to jakoś rozdzielić.

 

Linn mnie martwi. Rozwijasz wątek Maxwella i Linn, a tu nagle się urywa i już nie wracasz do niej. Przydałoby się jakieś domknięcie– może w epilogu zamiast tej gadatliwej.

 

Opowiadanie super! Nie zarzucasz czytelnika naukowymi hasłami i dbasz o warstwę fabularną o czym często fani SF zapominają. Zachowanie tej równowagi sprawia, że nie trzeba być fanem gatunku by dobrze się bawić przy opowiadaniu. 

 

Relacja Maxwell– Linn jest ciekawa. Maxwell-Max no i działanie samej kostki. 

Tajemnice odsłaniasz stopniowo razem z intrygą Maxa ( albo raczej kostki :), co sprawia, że historię śledzi się jak kryminał. No komputer gadjący po szkocku :D robi robotę – dobrze, że Maxwell nie zjadł obcego, jak Szkoci kosmiczny puding, który chciał wygrać Wimbledon ;). 

 

Warstwę naukową zostawiam innym. Ale Finkla Cię pochwaliła więc ufam, że jest ok. 

 

Klikam, a niech stracę;), a nawet nominuję bo tekst jest dobry i wyróżnia się na tle innych opowiadań:).

 

Pozdrawiam :) 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hej!

 

"Ochroniarz od Hemmera (…) W tym fragmencie coś jest pomieszane – najpierw perspektywa Linn, a za chwilę Maxa. Przydałoby się to jakoś rozdzielić.

Chodzi o to, że wszystkie wcześniejsze rozdziały, które nie były pamiętnikiem opisywały Linn, a tu nagle punkt widzenia przechodzi na Maxwella? Nie pomyślałem o tym. Ale weź pod uwagę, że kolejny rodział “konfrontacja” oraz “epilog” też pokazują zdarzenia z perspektywy Maxwella. 

Linn mnie martwi. Rozwijasz wątek Maxwella i Linn, a tu nagle się urywa i już nie wracasz do niej. Przydałoby się jakieś domknięcie– może w epilogu zamiast tej gadatliwej.

Tak, czuję też ten niedosyt, bo Linn to postać z potencjałem. Niestety, nie mogła się pojawić w epilogu zamiast gadatliwej, bo miała taki typ kontraktu, który ją chronił przed korporacją, a sama nigdy by się na coś takiego nie zgodziła.

 

Opowiadanie super! Nie zarzucasz czytelnika naukowymi hasłami i dbasz o warstwę fabularną o czym często fani SF zapominają. Zachowanie tej równowagi sprawia, że nie trzeba być fanem gatunku by dobrze się bawić przy opowiadaniu. 

Dziękuję za miłe słowa! Warstwa fabularna to chyba najważniejszy element opowiadania. Cieszę się, że przypadła Ci do gustu.

No komputer gadjący po szkocku :D robi robotę

Maxwell powrzucał sporo danych do kompa, stare i nowe zdjęcia, swoje notatki, dosłownie wszystko co miał. Więc chyba komputer, po przetrawieniu tego, poczuł się jak jego dobry znajomy. ;)

– dobrze, że Maxwell nie zjadł obcego (…)

Na to, żeby Maxwell połknął kostkę nie wpadłem. :D Ale kto wie, może znajdzie się ktoś na tyle nieostrożny, że ją spróbuje skonsumować. A może zębem sprawdzi czy to złoto? ;) I przypadkiem kostka wskoczy mu do gardła? 

Warstwę naukową zostawiam innym. Ale Finkla Cię pochwaliła więc ufam, że jest ok. 

No i przeszedłem test marzana, który jest fizykiem. Więc chyba nie jest z tym najgorzej. 

Klikam, a niech stracę;), a nawet nominuję bo tekst jest dobry i wyróżnia się na tle innych opowiadań:).

Wielkie dzięki za klika i nominację. Twój pozytywny odbiór mobilizuje do dalszej pracy!

 

Również pozdrawiam!

 

 

 

 

Kronosie, znów mogę dołączyć do zadowolonych czytelników, bo choć nie do końca pojęłam istotę sześcianu, że o jego nie całkiem odkrytych możliwościach nie wspomnę, to muszę powiedzieć, że historia Lachlana okazała się bardzo satysfakcjonująca.

 

La­chlan od­wró­cił się i spoj­rzał za okno. → La­chlan od­wró­cił się i spoj­rzał przez okno.

By spojrzeć za okno należy je otworzyć i wychylić się zeń.

 

Linn pod­par­ła pod­bró­dek na pią­st­ce. → Linn pod­par­ła pod­bró­dek piąstką. Lub: Linn opar­ła pod­bró­dek na pią­st­ce.

 

Mgła ustę­po­wa­ła, od­sła­nia­jąc po­strzę­pio­ne kra­wę­dzie kra­te­ru. Smuga świa­tła roz­la­ła się na jej sku­pio­nym czole. → Czy dobrze rozumiem, że smuga światła rozlała się na czole ustępującej mgły?

 

Jest druga w nocy, obu­dzi­łem się zmę­czo­ny cięż­kim snem… → Na czym polega ciężkość snu?

Proponuję: Jest druga w nocy, obu­dzi­łem się wyczerpany męczącym snem

 

nie po­tra­fił okre­ślić czasu ani miej­sca w jakim się znaj­do­wał… → …nie po­tra­fił okre­ślić czasu ani miej­sca w którym się znaj­do­wał

 

chwy­cił obie­ma rę­ka­mi gryf gi­ta­ry, uniósł ją wy­so­ko do góry… → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy można unieść coś wysoko do dołu?

 

Zmę­czo­ny zre­zy­gno­wał, wy­pu­ścił uto­czo­ny we krwi nóż… → Obawiam się, że nie można utoczyć noża we krwi.

Proponuję: Zmę­czo­ny zre­zy­gno­wał, wy­pu­ścił umazany/ ubrudzony/ uwalany we krwi nóż

 

…która za­trzy­ma­ła się wpół drogi… → …która za­trzy­ma­ła się w pół drogi

https://nck.pl/en/projekty-kulturalne/projekty/ojczysty-dodaj-do-ulubionych/ciekawostki-jezykowe/w-pol-czy-wpol-

 

„Po moim trupie!”. → Zbędna kropka, albowiem to zdanie kończy wykrzyknik.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj regulatorzy!

 

Kronosie, znów mogę dołączyć do zadowolonych czytelników (…)

Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie i skomentowanie! Zdaję sobie sprawę, że szczegóły techniczne działania kostki są nieco skomplikowane. Cieszę się, że mimo to opowiadanie okazało się satysfakcjonujące.

Sugerowane poprawki wprowadziłem!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Bardzo prosze, Kronosie. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Cześć Anet! Miło, że przeczytałaś i jeszcze milej, że się spodobało! Pozdrawiam serdecznie!

Kłaniam się.

Bardzo satysfakcjonujące, pomimo drobnych wad, wskazanych we wcześniejszych od mojego komentarzach. opowiadanie. Mniejsza z nimi.

Bardzo jestem ciekaw, czy opisana przez Ciebie zdolność ,,kostki’’ do ingerowania w funkcjonowanie mózgu nie jest furtką-łącznikiem do trzeciego z tego swoistego cyklu opowiadania. Uciekł facet, poddany działaniu ,,kostki’’, szefowie korporacji mogą coś sobie pomyśleć, coś wyobrazić… Nie o uciekinierze, uściślam…

Pozdrawiam.

Tytuł opowiadania: Demon Maxwella. Jest to pojęcie z dziedziny fizyki. Demon rozdzielał ciepłe i chłodne cząsteczki gazu (szybsze i wolniejsze). Ten znany paradoks wiąże się z pojęciem Entropii. Jeden z bohaterów Twojego opowiadania nazywa się Maxwell.

To opowiadanie jest związane z poprzednią historią o artefakcie z Tytana, który narobił dużo problemów.

Fabuła rozgrywa się na czerwonej planecie, gdzie Lachlan Maxwell bada tajemniczą kostkę przy pomocy superkomputera i mikroskopu neutronowego. Użyłeś czasu marsjańskiego, czyli soli, marsjańskich dni i marsjańskich lat.

Piszesz dużo i dosyć szybko. W opowiadaniu sporo się dzieje.

Używasz dużej ilości skojarzeń naukowych, ale akurat mi to nie przeszkadza.

 

Witaj AdamieKB!

 

Bardzo satysfakcjonujące, pomimo drobnych wad, wskazanych we wcześniejszych od mojego komentarzach. opowiadanie. Mniejsza z nim.

Cieszę się niezmiernie, że opowiadanie przypadło Ci do gustu! 

Bardzo jestem ciekaw, czy opisana przez Ciebie zdolność ,,kostki’’ do ingerowania w funkcjonowanie mózgu nie jest furtką-łącznikiem do trzeciego z tego swoistego cyklu opowiadania. Uciekł facet, poddany działaniu ,,kostki’’, szefowie korporacji mogą coś sobie pomyśleć, coś wyobrazić… Nie o uciekinierze, uściślam…

Niestety, nie mogę za dużo zdradzić, bo pracuję nad kolejną częścią, która dotyczy właśnie uciekiniera. Mam nadzieję, że po przeczytaniu, czytelnicy będą mieli nieco jasniejszy obraz, co do wpływu kostki na ludzi.

Pozdrawiam i dziękuję za przeczytanie!

 

Cześć Grzesiek12!

 

Świetne streszczenie! Masz rację, “demon Maxwella” to pojęcie z ekperymentu myślowego, który dotyczył mieszania gazów o różnej temperaturze. Związane jest z nim pojęcie entropii. U mnie dotyczy również naukowca, ale nieco inaczej rozumianego demona: siły, która przejmuje nad nim kontrolę. 

Czy piszę dużo? Kiedy mam czas i kiedy teksty spotykają się z pozytywnym odbiorem, to chyba tak. Kiedy kończę, opowiadania są zazwyczaj dłuższe, ale obcinam je ile się da, żeby nie zanudzić czytelników.

Mam nadzieję, że opowiadanie Ci się spodobało. Pozdrawiam! :)

No to nie zdradzaj, KronosieMaksimusie, tylko szybciej pisz! smileysmiley

Podobało mi się, wciągająca historia, tajemniczy i groźny artefakt z kosmosu. Lubię takie rzeczy.

Cześć Pusia! Cieszę się, że historia Cię wciągnęła! :) Sam też lubię opowieści o tajemniczych przedmiotach z kosmosu i postanowiłem spróbować swoich sił w wymyśleniu opowiadania na ten właśnie temat. Pozdrawiam!

Ze sporym opóźnieniem, ale jestem pobetowo.

 

Osobiście ten tekst podobał mi się bardziej od wcześniejszego. Pomimo nadal dość otwartego zakończenia, wydaje się bardziej spójna i sprawdza się dobrze jako osobna historia. Styl, chociaż raczej oszczędny, pasuje do opowiadania i tekst czyta się płynnie. Nie wiem, czy masz w głowie już swoje uniwersum, ale z tych kawałków, które tutaj serwujesz, powstaje dość ciekawa całość.

Those who don't believe in magic will never find it

Dziń dybry!

 

Przybywam z oceną Piórkową!

Współczuję, trudny Lożanin teraz Ci się trafił. Nie przepadam za sci-fi, a „Artefakt na Tytanie” też niestety średnio przypadł mi do gustu. Postaram się jednak mimo wszystko docenić tekst, najlepiej jak potrafię.

 

lecz, po testach lokalnych inżynierów

→ lecz po testach lokalnych inżynierów

 

Zwróciłem się do Zarządu o przetransportowanie znaleziska na Marsa, zapewniając, że bliższa analiza da spektakularne rezultaty. Dostałem zielone światło, pod warunkiem, że sprawę zachowam w tajemnicy.

I tak uwierzyli mu na słowo, niczego nie kazali podpisać? XD

 

Saturn znajduje się w opozycji, osiem i pół jednostek astronomicznych od Marsa. Fuzyjny wehikuł kurierski z przyspieszeniem dwa g doleci w siedem dni.

Nie rozumieć :P

I czy to takie istotne dla fabuły? Ale dobrze, załóżmy, że to służy budowaniu solidnego zawieszenia niewiary.

 

A może boją się?

Szyk:

→ A może się boją?

 

Bądź co bądź, to niezbadany minerał. Wiem, że aktywność promieniotwórcza nie została zarejestrowana. Ludzie na Tytanie trzymali to gołymi rękoma.

Eee, to chyba niezbyt mądrze?

 

Wskazał dłonią czteroosobowy stolik, dociśnięty do przeszklonej ściany.

Trudno wskazać czym innym niż dłonią.

 

 

Widzę, że masz skłonność to nadmiernej didaskalizacji (jest takie słowo? Nawet jeśli nie, od dzisiaj jest :P). Pokażę Ci na poniższym przykładzie, co bym pousuwała:

 

– Jak idą testy nowego materiału? – zapytał, przechodząc od razu do spraw zawodowych.

– Próbka wytrzymała szlifowanie agregatem diamentowym – odpowiedziała Linn.

Lachlan zdumiał się.

–  Świetnie. A próbowałyście skrawanie Q-węglem?

–  Tak – odpowiedziała krótko Linn. Uniosła filiżankę z kawą, wzięła łyk i dodała: – Jechałyśmy też po krawędziach metalami o wysokiej entropii.

– I?

– I nic, próbka nienaruszona. Jak ona właściwie została wytopiona? – Linn wbiła w niego spojrzenie.

Nawet gdyby chciał, nie potrafił wyjaśnić.

– Firma żąda, żeby szczegóły nowego materiału pozostały tajemnicą. Konkurencja nie śpi – wykręcił się dyplomatyczną odpowiedzią.

– Idę po dodatkową kawę. Ktoś reflektuje? – Seo-yoon oblizała usta, wstała od stołu i podeszła do kawiarki.

 

Moim zdaniem usuwanie nadmiernej ilości didaskaliów wygładza tekst, ale to tylko propozycja, nie musisz się z nią zgadzać.

 

 

bo budynek kompani wydobywczej górował nad otaczającymi go zabudowaniami.

Kompanii i bez przecinka

 

opierając dłonie o krawędź blatu.

– Miałem dość impasu w badaniach podstawowych. – Lachlan poprawił opadający na oczy kosmyk włosów. – Zastój trwa już cały wiek. Po fiasku eksperymentu z membraną Dohorovitza, rządy przestały finansować ambitne projekty.

– Dobrze pan zrobił, że przeniósł się do nas – zaszczebiotała Seo-yoon oparta o blat kuchenny.

Ile razy ona jeszcze będzie się opierać o ten blat?

 

No, może mogłoby mieć dwa pokoje więcej…

 

Zatrzepotała kilkukrotnie rzęsami.

Całkowicie zbędne.

 

Linn, przekazując mi papierową kopię dokumentacji testów, stanęła bliżej mnie, niż jest to konieczne. Pytała o moje zainteresowania. O sobie mówiła niewiele. Lubię z nią rozmawiać.

Czy ten. Pamiętnik. Pisze. Robot?

 

To fraktal, dywan Sierpińskiego. W trójwymiarze – gąbka Mengera.

 

Wygląda raczej, jak obiekt żywcem wyjęty z podręcznika matematyki. 

Bez przecinka.

 

Uwaga dotknęła go.

Szyk:

→ Uwaga go dotknęła.

 

– Nie obchodzi mnie co testujesz.

→ – Nie obchodzi mnie, co testujesz.

 

– To nie jest syntetyk, prawda? – Dotknęła dłonią jego twarzy.

Stał tuż przy Linn.

??

Przecież ją złapał w talii, ona dotyka jego twarzy, no to chyba wiadomo, że stał tuż przy niej.

 

Satynowe usta okalał unikalny wzór pionowych rowków.

Jeezu, co tu się zadziało, kto w taki sposób postrzega otoczenie? ;p

 

Po tym, jak wyraziłem wątpliwości, co do moralnego aspektu sprawy,

→ Po tym, jak wyraziłem wątpliwości co do moralnego aspektu sprawy,

 

Około godziny siedemnastej, Hemmer wezwał mnie do swego biura.

→ Około godziny siedemnastej Hemmer wezwał mnie do swojego biura.

Swego brzmi archaicznie

 

Uciekłem do swego gabinetu

Zali pośpieszyłem do swej komnaty…

 

Otóż, górnik spał aż dwanaście godzin.

Otóż górnik spał aż dwanaście godzin.

 

środkami uspakajającymi.

uspokajającymi

 

Firma wyraziła zadowolenie z dotychczasowych rezultatów i wiązała duże nadzieje z dalszymi badaniami na ludziach.

Prawdziwa korporacja XDD

 

Jego rozmarzone spojrzenie, nadawało mu wyraz wizjoner

→ Jego rozmarzone spojrzenie nadawało mu wyraz wizjonera

 

nie potrafił określić czasu ani miejsca w którym się znajdował

→ nie potrafił określić czasu ani miejsca, w którym się znajdował

 

Zmęczony zrezygnował, wypuścił umazany we krwi nóż i oddał kontrolę zrozpaczonemu Lachlanowi.

O, bardzo ładne zdanie!

 

Po przeprowadzce na Marsa, przez resztę życia, przekazywała tajniki języka małemu Lachlanowi.

Nie znam się, ale czy odległość na to na pewno pozwalała? Żeby babcia jeszcze za życia zdołała przekazywać informacje w kosmos?

 

Proste narzędzia, którymi dysponował nie były dość skuteczne.

→ Proste narzędzia, którymi dysponował, nie były dość skuteczne.

 

U szczytu stołu, siedział skupiony dyrektor korporacji, pan Goodwill.

→ U szczytu stołu siedział skupiony dyrektor korporacji, pan Goodwill.

 

Ciszę przerwał chrzęst przesuwanego krzesła.

Chyba bardziej szuranie?

 

Srinivasa z kolei, był zdania

 → Srinivasa z kolei był zdania

 

 

 

Teraz ja zastosuję styl pamiętniczka:

05.08.26, 12:31

Nie jestem w stanie przejąć się niczym w tym opowiadaniu: ani odkryciem, ani ludźmi, ani otoczeniem. Mimo że tekst jest napisany sprawnie. Odkryciem się nie przejęłam pewnie dlatego, że nie rozumiem tych wszystkich matematyczno-fizycznych określeń i nie rozumiem też wagi odkrycia metalu. Ale czemu w resztę nie potrafię się wczuć? Nie mam pojęcia. Wyraźnie widać, że zadbałeś o zawieszenie niewiary, szczegółowość, reakcje bohaterów, są wiarygodni, żywi. O otoczenie również się zatroszczyłeś. No nie wiem, może ja się nie znam po prostu. Co by dużo tłumaczyło, bo jak wspomniałam już wcześniej, nie jestem fanką sci-fi.

 

05.08.26, 13:12

Moje spojrzenie na opowiadanie zmienia się o jakieś 90 stopni, może więcej. Dzieje się to dość późno, bo dopiero przy pierwszych niepokojących objawach spowodowanych eksperymentami z kostką, ale dzieje się.

Historia zdecydowanie nabrała tempa przy eksperymentach. W końcu dostajemy akcję, nie jesteśmy zasypywani mnóstwem technicznych, niezrozumiałych dla zwykłego czytelnika określeń. Motyw doktora Jekylla i Mistera Hyde’a w nowoczesnym wydaniu jest bardzo przekonujący.

Gdy nie jestem już zasypywana technikaliami, zaczynam doceniać walory tekstu: solidny warsztat, wiarygodność postaci i zdarzeń, umiejętnie stworzony świat przedstawiony, skupienie na przeżyciach bohatera a nie tylko na jego otoczeniu.

 

 

 

Będę na TAK.

 

Gratuluję i pozdrawiam!!

 

Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?

Witaj OldGuard!

 

Osobiście ten tekst podobał mi się bardziej od wcześniejszego. Pomimo nadal dość otwartego zakończenia, wydaje się bardziej spójna i sprawdza się dobrze jako osobna historia. Styl, chociaż raczej oszczędny, pasuje do opowiadania i tekst czyta się płynnie.

To znaczy, że jest jakiś progres. Tym razem bardziej świadomie podszedłem do otwartych wątków i dzięki temu miałem nad nimi większą kontrolę. Beta bardzo pomogła, więc jeszcze raz dzięki! :)

Nie wiem, czy masz w głowie już swoje uniwersum, ale z tych kawałków, które tutaj serwujesz, powstaje dość ciekawa całość.

Te słowa bardzo cieszą, bo jak jest zainteresowanie, to chce się pisać. Tak, mam w głowie szerszy świat niż ten zawarty w dwóch opublikowanych opowiadaniach. Jestem w trakcie pisania trzeciej części, ale ciągle nie jestem zadowolony z kilku wątków. Nawet na betę jeszcze za wcześniej. :)

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

 

Witaj HollyHell91!

Współczuję, trudny Lożanin teraz Ci się trafił. Nie przepadam za sci-fi, a „Artefakt na Tytanie” też niestety średnio przypadł mi do gustu. Postaram się jednak mimo wszystko docenić tekst, najlepiej jak potrafię.

Tak, pamiętem Twój komentarz pod poprzednim tekstem, w którym mnie trochę przewalcowałaś. ;) Ale może to dobrze, bo będę się bardziej starał. Wiem też, że nie wszystko musi każdemu się podobać. 

 Wiem, że aktywność promieniotwórcza nie została zarejestrowana. Ludzie na Tytanie trzymali to gołymi rękoma. Eee, to chyba niezbyt mądrze?

Jak zbadali promieniotwórczość, to chyba nie powinien być za bardzo groźny. Ale pewnie coś tam ryzykowali. 

Trudno wskazać czym innym niż dłonią.

Racja. Choć czasem można głową, albo wzrokiem. Ale w tym kontekście rzeczywiście, dopowiedzenie nie jest potrzebne.

Widzę, że masz skłonność to nadmiernej didaskalizacji

Ech, chyba tak. Zgadzam się ze skreśleniami, które zaproponowałaś. 

Kompanii i bez przecinka

Zgadza się, mój błąd.

Ile razy ona jeszcze będzie się opierać o ten blat?

Poprawię. 

Czy ten. Pamiętnik. Pisze. Robot?

Rzeczywiście. Ten fragment wyszedł trochę dziwnie. Może Maxwell akurat w momencie tego zapisu się spieszył? 

Przecież ją złapał w talii, ona dotyka jego twarzy, no to chyba wiadomo, że stał tuż przy niej.

Ok. 

Jeezu, co tu się zadziało, kto w taki sposób postrzega otoczenie? ;p

Lachlan. xD

Myślisz, że to zbyt dziwne? A jak byś to napisała?

Zali pośpieszyłem do swej komnaty…

Ok, będe pamiętał. 

Zmęczony zrezygnował, wypuścił umazany we krwi nóż i oddał kontrolę zrozpaczonemu Lachlanowi. O, bardzo ładne zdanie!

Ufff… Chociaż jedno. :)

Nie znam się, ale czy odległość na to na pewno pozwalała? Żeby babcia jeszcze za życia zdołała przekazywać informacje w kosmos?

Babcia przeprowadziła się na Marsa razem z nim na miejscu go uczyła.

Chyba bardziej szuranie?

Zdecydowanie, złego czasownika użyłem.

Nie jestem w stanie przejąć się niczym w tym opowiadaniu: ani odkryciem, ani ludźmi, ani otoczeniem. (…) Wyraźnie widać, że zadbałeś o zawieszenie niewiary, szczegółowość, reakcje bohaterów, są wiarygodni, żywi. O otoczenie również się zatroszczyłeś. No nie wiem, może ja się nie znam po prostu. Co by dużo tłumaczyło, bo jak wspomniałam już wcześniej, nie jestem fanką sci-fi.

Doceniam, że mimo wszystko starasz się podejść życzliwie do tekstu. Wiem, jakie to trudne, jak się nie jest fanem gatunku. 

Moje spojrzenie na opowiadanie zmienia się o jakieś 90 stopni, może więcej. Dzieje się to dość późno, bo dopiero przy pierwszych niepokojących objawach spowodowanych eksperymentami z kostką, ale dzieje się.

Historia zdecydowanie nabrała tempa przy eksperymentach. W końcu dostajemy akcję, nie jesteśmy zasypywani mnóstwem technicznych, niezrozumiałych dla zwykłego czytelnika określeń. Motyw doktora Jekylla i Mistera Hyde’a w nowoczesnym wydaniu jest bardzo przekonujący

Gdy nie jestem już zasypywana technikaliami, zaczynam doceniać walory tekstu: solidny warsztat, wiarygodność postaci i zdarzeń, umiejętnie stworzony świat przedstawiony, skupienie na przeżyciach bohatera a nie tylko na jego otoczeniu.

Kamień spadł mi z serca. Teraz myślę, że dla kogoś nie lubiącego SF tekst może rzeczywiście być ciężki, a wstawki techniczne męczące. Chciałem nie tyle epatować technikaliami, co raczej pokazać, że czasem robimy coś, czego z pozoru nie chcemy (czyli takie fałszywe wyobrażenie o sobie). Wcale nie musiało być tak, że kostka przemowała władzę nad Maxwellem. To mógł być on sam, jego mroczna część, która się aktywowała w krytycznych sytuacjach (pragnienie sukcesu, sławy, przełomu naukowego). I tu analogia do dokrota Jekylla i mistera Hyde’a jest trafna. 

 

Dziękuję za krytyczne uwagi i bardzo się cieszę, że znalazłaś wystarczająco dużo walorów, żeby być na TAK! 

 

Pozdrawiam serdecznie!

Witam pobetowo i lożowo ;]

 

Widzę, że tajemniczy materiał został przesunięty aż do pierwszego paragrafu – i bardzo ładnie, od razu mamy jakiś punkt zaczepienia, coś, czym można się zainteresować i co mówi czytelnikowi, jaki to jest rodzaj tekstu. Ale, oczywiście, na tym się nie kończy – po chwili dostajemy podejrzanego szefa ochrony, nowe informacje o kostce, coś przejmuje kontrolę nad ciałem. Przed ostatecznym złym zakończeniem mamy kontrapunkt, mocny promyk nadziei. Rzeczy się dzieją, napięcie rośnie. Technicznych szczegółów jest na tyle, by tworzyć mocną atmosferę SF, ale nie na tyle, by przynudzać. Język może nie jest jakiś szczególnie "WOW", ale zdecydowanie wystarcza, by dobrze się czytało.

 

Czepiać się można tu raczej drugorzędnych rzeczy – np. naukowiec przykłada potencjalny artefakt obcych do głowy. Co więcej… to działa. A co więcej więcej, on to robi znowu, zamiast testować na myszach, czy coś. Ciut naiwna sekwencja. No i całość nie jest jakoś szczególnie odkrywcza.

 

Zakończenie jest wciąż dość otwarte, ale nie na tyle, by rozpatrywać to jako większą wadę w wypadku Twojego poprzedniego tekstu.

 

"Graficznie" boli mnie, że nie ma chociaż enterów po kolejnych wpisach z pamiętnika. No ale to pryszcz, oczywiście.

 

Tak ogólnie, jest bardzo fajnie. Jeszcze się trochę zastanawiam nad głosem, bo wiadomo, niełatwo mi oceniać tekst jako samcowi beta.

 

Pozdrawiam!

 


 

– odchrząknęła

Dużą. Co prawda, to "czynność paszczą", ale nie oznacza w żaden sposób mówienia, a już na pewno nie kwestii przed myślnikiem (tylko jej przerwanie).

quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam

Witaj GalicyjskiZakapiorze!

 

Widzę, że tajemniczy materiał został przesunięty aż do pierwszego paragrafu – i bardzo ładnie, od razu mamy jakiś punkt zaczepienia, coś, czym można się zainteresować i co mówi czytelnikowi, jaki to jest rodzaj tekstu. Ale, oczywiście, na tym się nie kończy (…)

Tak, wziąłem sobie do serca Twoją radę o tym, żeby szybciej przejść do rzeczy i jestem z tego zadowolony. Miło słyszeć, że ostatecznie oceniasz tekst pozytywnie.

 

Czepiać się można tu raczej drugorzędnych rzeczy – np. naukowiec przykłada potencjalny artefakt obcych do głowy. Co więcej… to działa. A co więcej więcej, on to robi znowu (…)

Pierwszy raz przykłada przypadkiem, a że jest w impasie badawczym i przełożeni chcą mu zabrać jego “klucz do kariery”, to idzie za ciosem. Dodatkowo motywuje go odkrycie, że kostka stymuluje mózg, dzięki czemu może np. rozwiązać trapiący go od dawna techniczny problem. 

 

Zakończenie jest wciąż dość otwarte, ale nie na tyle, by rozpatrywać to jako większą wadę w wypadku Twojego poprzedniego tekstu.

Wziąłem pod uwagę komentarze pod poprzednim tekstem (”porozrzucałes okruchy”) i tym razem starałem się pozamykać co mogę, albo wyrzucić wątki, które zbyt luźno łączą się z tekstem. Nie zawsze było łatwo, bo mam tendencję do rozbudowywania świata. Ale czasem “mniej znaczy więcej”. 

 

"Graficznie" boli mnie, że nie ma chociaż enterów po kolejnych wpisach z pamiętnika. No ale to pryszcz, oczywiście.

Da się poprawić. :)

 

Tak ogólnie, jest bardzo fajnie. Jeszcze się trochę zastanawiam nad głosem, bo wiadomo, niełatwo mi oceniać tekst jako samcowi beta.

Cieszę się z pozytywnego odbioru i liczę na głos. Jeszcze raz dziękuję za cenne uwagi podczas bety oraz za poświęcony czas!

 

Pozdrawiam!

Witaj, Kronosie!

Jestem z natury mało techniczna, mam problemy z prostym liczeniem, a tu taki tekst zaserwowałeś, że trzeba się nieźle skupić! Tym bardziej z przyjemnością piszę, że dobrze się czytało! 

Pomysł może nienowy, tajemniczy artefakt był już nieraz bohaterem opowiadań i filmów, ale fabuła jest poprowadzona sprawnie, a język tak dobrany, by nawet laik zrozumiał, mniej więcej, o co chodzi. Trochę technicznego żargonu dla fanów sci-fi nie szkodzi i nie przeszkadza. 

Jest nieco niedociągnięć w kreacji postaci drugoplanowych, ale bohater wyszedł całkiem porządny i przekonujący, choć jego walka z Maxem, już mniej. Obie panie przydałoby się nieco poprawić…

Tekst, w mojej opinii, jest lepszy od pierwszego, lepiej skonstruowany, ciekawiej poprowadzony. 

Lekkie piórkowe wahanie, ale raczej będę na tak, bo tekst jest porządny. 

Pozdrawiam serdecznie! :) 

Witaj, JolkaK!

 

Jestem z natury mało techniczna, mam problemy z prostym liczeniem, a tu taki tekst zaserwowałeś, że trzeba się nieźle skupić! Tym bardziej z przyjemnością piszę, że dobrze się czytało! (…) fabuła jest poprowadzona sprawnie, a język tak dobrany, by nawet laik zrozumiał, mniej więcej, o co chodzi. Trochę technicznego żargonu dla fanów sci-fi nie szkodzi i nie przeszkadza. 

I tak po becie sporo tych technicznych rzeczy wyciąłem. Nie jest łatwo zachować rozsądną dawkę żargonu, bo dla nietechnicznych będzie za dużo, a dla tych co lubią, za mało. :) Miło słyszeć, że mimo wszystko dobrze się czytało!

 

Jest nieco niedociągnięć w kreacji postaci drugoplanowych, (…) Obie panie przydałoby się nieco poprawić…

I to jest ta uwaga nad którą najdłużej myślałem i chyba najcenniejsza. 

Zgoda, że koreanka nie grzeszy rozumem. Ale właśnie taka miała być, naiwna i prostolinijna. Na jej przykładzie chciałem pokazac jak interpretacja intencji (to, co ona myślała na temat Maxwella) może się rozjeżdżać z jego rzeczywistymi motywami. Ale chyba średnio mi to wyszło, co daje do myślenia.

Linn miała być inteligentą i dobrą osobą. Domyśla się, że Maxwell ją oszukuje, ale nie chce tego powiedzieć wprost. Próbuje wyciągnąć do niego pomocną dłoń, którą on odrzuca. Linn nie wie, co się właściwie dzieje z Lachlanem. Podejrzewa wpływ Hemmera, bo Lachlan z nim współpracuje.

W kolejnej części postać Linn będzie pogłębiona. 

 

A czy nikomu nie podobała się próba uratowania Lachlana przez maszynę? Akurat ta scena, w moim odczuciu, jest całkiem oryginalna. Zwykle AI jest pokazane jako złowieszcze, a tu staje ramię w ramię z człowiekiem przeciwko tajemniczej złej sile. ;) No i musi się wysilić, żeby ominąć to coś i dotrzeć do prawdziwego Maxwella. 

 

Tekst, w mojej opinii, jest lepszy od pierwszego, lepiej skonstruowany, ciekawiej poprowadzony. Lekkie piórkowe wahanie, ale raczej będę na tak, bo tekst jest porządny. 

Kolejny głos, że ten tekst jest lepszy, co oznacza, że zrobiłem jakiś krok do przodu. To cieszy! Szczególnie bałem się tych niedomkniętych wątków, bo to był główny zarzut pod poprzednim tekstem. 

 

Wielkie dzięki za wartościowe uwagi i słowa, które motywują! Pozdrawiam serdecznie!

 

Czołem Kronosie!

Najpierw na bieżąco podczas czytania:

 

Troszeczkę zastanawia mnie jak można było w całym procesie badawczym ukryć, że nikt nie wie z jakiego materiału zrobiony jest artefakt. To chyba średnio możliwe? Niby poruszasz temat lekko w dialogu (i brawo, bo moja wątpliwość nie została zupełnie bez odpowiedzi w fabule!), ale chyba to jednak zbyt płytkie wyjaśnienie bym uwierzył, że ścisłe umysły się poddały.

 

Czy między 75 a 265 solem przedmiot nie zostałby złożony do depozytu? Tak jak nakazał zarząd?

 

Sam Maxwell to dobra postać – ma sporo ciekawych cech, jest naukowcem, a mimo to ma sentymentalną duszę (nie żeby to się z założenia wykluczało, ale scena z kiltem na Marsie bardzo mi się spodobała oraz to jak ten motyw wykorzystałeś).

Pierwszy raz od miesięcy spałem spokojnie. Czuję ulgę, mimo że tracę stanowisko i nie mam pojęcia co dalej. Prawdopodobnie wrócę do akademii.

Hmmm… No nie wiem, czy powinien czuć ulgę. Jako naukowiec, miał jednak jakąś kontrolę nad badaniami, a widzi, że to groźne i że zarząd nic sobie z tego nie robi. A tak to oddaje zupełnie wszystkie karty.

Zdaje się, że najlepiej będzie, jak po prostu zaakceptuję „nowego Maxwella”, albo – jak lubię go w skrócie nazywać – „Maxa”. Opór kosztuje zbyt dużo i za każdym razem okazuje się jałowy.

To również wydaje mi się szybkie i pochopne. Z nikim tego nie skonsultował? Nikomu nie powiedział? Nie próbował tego odkręcić? Tak po prostu się poddał?

Trochę brakuje mi walki o siebie z jego strony.

 

No to już po przeczytaniu. Ponownie (jak z Tytanem) intryga wydaje się spójna naukowo. Miło, że teraz wiemy czym jest artefakt. Albo przynajmniej, że cokolwiek o nim wiemy. Udany prequel. Znów działa krwiożercza korporacja, motyw oklepany, ale bardzo pasujący.

Powyżej wskazałem parę mieszanych odczuć. Uważam, że Maxwell w tekście, który jest walką o niego i etykę w nauce mógłby być nieco bardziej wyrazisty. Lepsza jest Seo-yoon. Zabrakło mi jednak postaci jak … .

Bardzo dobrze wypadło zakończenie i puenta, w punkt spięła tekst.

 

Miałem spory problem z oceną, więc pomogła mi tabelka. Tym razem mi trochę zabrakło, więc będę na NIE. To bardzo solidny tekst, po prostu poszczególne elementy i przez to całość wypadają niewybitnie, a porządnie. Lektura jak najbardziej udana.

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Witaj beeeecki!

 

Tro­szecz­kę za­sta­na­wia mnie jak można było w całym pro­ce­sie ba­daw­czym ukryć, że nikt nie wie z ja­kie­go ma­te­ria­łu zro­bio­ny jest ar­te­fakt. To chyba śred­nio moż­li­we? Niby po­ru­szasz temat lekko w dia­lo­gu (i brawo, bo moja wąt­pli­wość nie zo­sta­ła zu­peł­nie bez od­po­wie­dzi w fa­bu­le!), ale chyba to jed­nak zbyt płyt­kie wy­ja­śnie­nie bym uwie­rzył, że ści­słe umy­sły się pod­da­ły.

Zarząd był bardzo klarowny, że sprawę należy zachować w tajemnicy. Więc badał głównie Maxwell, jedna inżynier (Linn) i technik (koreanka). Ta ostatnia nie miała ani wiedzy, ani ochoty, żeby zagłębić się w tajniki materiału. Nie bardzo ją to też interesowało, bo była matką, na sercu której leżało głównie dobro rodziny i porządna pensja. Natomiast Linn wiedziała, że materiał, to coś więcej. Próbowała wyciągnąć coś od Maxwella, ale on milczał. Czy podzieliła się swoją wiedzą jeszcze z kimś? Być może, ale to już przekracza ramy tego opowiadania.

 

Czy mię­dzy 75 a 265 solem przed­miot nie zo­stał­by zło­żo­ny do de­po­zy­tu? Tak jak na­ka­zał za­rząd?

Z tym depozytem wyjaśniałem trochę już Bruce. Tak, zarząd kazał wziąć przedmiot w depozyt, ale nie znaczyło to że już od jutra. Chodziło bardziej o to, że podjęli decyzję typu: nie ma sensu dalej łożyć pieniędzy na coś, co nie przynosi wymiernych rezultatów (zysków finansowych). 

 

Sam Ma­xwell to dobra po­stać – ma sporo cie­ka­wych cech, jest na­ukow­cem, a mimo to ma sen­ty­men­tal­ną duszę (nie żeby to się z za­ło­że­nia wy­klu­cza­ło, ale scena z kil­tem na Mar­sie bar­dzo mi się spodo­ba­ła oraz to jak ten motyw wy­ko­rzy­sta­łeś).

Fajnie, że tak odebrałeś Maxwella. Tak ja sam sobie go wyobrażałem. Samotnik, ze smykałką badawczą, lubiący sukces i dążący do niego, a jednak nieco wycofany społecznie. Introwertyk, który lubi wracać do przeszłości, bo szuka tam odpowiedzi na pytania egzystencjalne, np. o swoją tożsamość (stąd pamiętnik). 

 

Hmmm… No nie wiem, czy po­wi­nien czuć ulgę. Jako na­uko­wiec, miał jed­nak jakąś kon­tro­lę nad ba­da­nia­mi, a widzi, że to groź­ne i że za­rząd nic sobie z tego nie robi. A tak to od­da­je zu­peł­nie wszyst­kie karty.

To prawda. On po prostu chciał uciec od tego, czego się przestraszył. Zgadzam się, że tracił przez to kontrolę. Być może nawet było to nieetycznie, bo kto wie co korporacja zrobi z potencjalnie bardzo niebezpiecznym przedmiotem.

 

Tak po pro­stu się pod­dał? Tro­chę bra­ku­je mi walki o sie­bie z jego stro­ny.

Tak, tu się zgadzam, bo kilku czytelników podobnie to odebrało. Zbyt szybko zrezygnował z walki o siebie. Postaram się w kilku słowach wyjaśnić jak ja to widzę. Chodziło mi nawet nie o to, że on się poddaje, ale że (jako naukowiec), chce po prostu obserować tę część siebie, która przejmuje nad nim kontrolę. Czyli, nie aktywnie angażować się w walkę, ale, dając nazwę tej obcej części (”Max”), uprzedmiotowić ją i w ten sposób uczynić obiektem badawczym. Powinienem był to lepiej wyjaśnić w tekście. Prawdę mówiąc to wyjaśnienie pierwotnie było w tekście, ale potem je wyciąłem, bo sądziłem, że za dużo tłumaczenia.

 

No to już po prze­czy­ta­niu. Po­now­nie (jak z Ty­ta­nem) in­try­ga wy­da­je się spój­na na­uko­wo. Miło, że teraz wiemy czym jest ar­te­fakt. Albo przy­naj­mniej, że co­kol­wiek o nim wiemy. Udany pre­qu­el. Znów dzia­ła krwio­żer­cza kor­po­ra­cja, motyw okle­pa­ny, ale bar­dzo pa­su­ją­cy.

Po­wy­żej wska­za­łem parę mie­sza­nych od­czuć. Uwa­żam, że Ma­xwell w tek­ście, który jest walką o niego i etykę w nauce mógł­by być nieco bar­dziej wy­ra­zi­sty. Lep­sza jest Seo-yoon. Za­bra­kło mi jed­nak po­sta­ci jak … .

Jak Benjamin, Oleg albo Hemmer? Tak, wiem o czym mówisz. Nie ma tak wyrazistych postaci i takiej dynamiki jak w “Tytanie”. Tu bardziej postawiłem na nieco konfesyjny charakter opowiadania i detale techniczne samego artefaktu. Rozumiem, że możesz czuć niedosyt. 

Bar­dzo do­brze wy­pa­dło za­koń­cze­nie i pu­en­ta, w punkt spię­ła tekst.

Cieszę się!

Mia­łem spory pro­blem z oceną, więc po­mo­gła mi ta­bel­ka. Tym razem mi tro­chę za­bra­kło, więc będę na NIE. To bar­dzo so­lid­ny tekst, po pro­stu po­szcze­gól­ne ele­men­ty i przez to ca­łość wy­pa­da­ją nie­wy­bit­nie, a po­rząd­nie. Lek­tu­ra jak naj­bar­dziej udana.

No szkoda, ale rozumiem. Było nieźle, bo dostałem u Ciebie 6 punktów na 13, więc blisko połowy, ale jednak za mało, żeby przekroczyć granicę na “tak”.

 

Dzięki za poświęcony czas na przeczytanie i zrecenzowanie i cieszę się, że uznałeś takst za solidny, a lekturę za udaną! 

 

Pozdrawiam!

I słusznie, że broniłem formy we wcześniejszym opowiadaniu, gdzie skupiłeś się bardziej na wydarzeniach wokół artefaktu, a nie na samym artefakcie. Tutaj mamy część poświęconą już kostce i jest tym bardziej ciekawa, bo nawet czytając wcześniejsze opko, nie wiedzieliśmy o niej tak naprawdę nic. 

Sam nie wiem, która część bardziej mi się podoba, ale i tutaj jestem bardzo usatysfakcjonowany.

Wpadam dość późno, bo musiałem sobie zrobić małą przerwę od NF, więc pewnie sporo poprawek już było, ale napisane bardzo dobrze, nie zatrzymywałem się.

Kwestie techniczne zostawiam, nie znam się na fizyce, ja łykałem wszystko jak pelikan. 

Maxwell jest dość ciekawą postacią, da się z nim zżyć, chociaż zabrakło mi trochę więcej prób walki z Maxem. To chyba największy minus opowiadania. Nie mówię, że nie ma to sensu, bo przecież sam nie wiedział co się dzieje i pewnie takie szybkie przejścia są nawet bardziej realne, ale jednak brakowało mi większego opisu tych zajść.

Dodatkowy plus za pisanie w formie dziennika, bardzo dobrze Ci to wyszło.

Zakończenie miodzio, lepszego chyba nie można było wybrać z puli możliwych zakończeń.

Serdecznie życzę Ci piórka i wybacz, że znowu nie zdążyłem z nominacją.

Pozdrawiam, mam nadzieję, że jeszcze coś w tym świecie napiszesz! :D

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Witaj MichaelBullfinch!

 

Tutaj mamy część poświęconą już kostce i jest tym bardziej ciekawa, bo nawet czytając wcześniejsze opko, nie wiedzieliśmy o niej tak naprawdę nic. 

Tak, tutaj kostka uchyla rąbka tajemnicy, zmuszając mnie też trochę do wysilenia wyobraźni i uszczegółowienia czym ona jest.

(…) tutaj jestem bardzo usatysfakcjonowany.

Wpadam dość późno, bo musiałem sobie zrobić małą przerwę od NF, więc pewnie sporo poprawek już było, ale napisane bardzo dobrze, nie zatrzymywałem się.

Cieszy mnie to!

Kwestie techniczne zostawiam, nie znam się na fizyce, ja łykałem wszystko jak pelikan.

Na ile potrafiłem, starałem sie dbać o to, żeby kwestie technicze miały ręce i nogi i nie były odklejone od praw fizyki (oprócz samego artefaktu, który jest mega odklejony od praw fizyki). ;D 

Maxwell jest dość ciekawą postacią, da się z nim zżyć, chociaż zabrakło mi trochę więcej prób walki z Maxem. To chyba największy minus opowiadania. Nie mówię, że nie ma to sensu, bo przecież sam nie wiedział co się dzieje i pewnie takie szybkie przejścia są nawet bardziej realne, ale jednak brakowało mi większego opisu tych zajść.

Jesteś kolejną osobą, której tego zabrakło u Maxwella. Coś musi być na rzeczy, kwestia dla mnie do przemyślenia. Chyba bohater bardziej heroiczny jest lepszy.

Dodatkowy plus za pisanie w formie dziennika, bardzo dobrze Ci to wyszło. Zakończenie miodzio, lepszego chyba nie można było wybrać z puli możliwych zakończeń. Serdecznie życzę Ci piórka i wybacz, że znowu nie zdążyłem z nominacją. Pozdrawiam, mam nadzieję, że jeszcze coś w tym świecie napiszesz! :D

Dziękuję za miłe słowa oraz wnikliwy komentarz. Mam sporą satysfakcję, gdy uda mi się dostarczyć czytelnikowi trochę rozrywki, albo przez chwilę zastanowi się nad jakąś kwestią. Dziękuję za życzenie piórka, może tym razem tekst da radę!

Piszę kolejne części, ale z każdym krokiem jest nieco trudniej, bo coraz więcej rzeczy musi do siebie pasować. Jednocześnie każda część musi być całością. Ale pozytywne komentarze, takie jak Twój, bardzo mobilizują.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Cześć, Kronosie!

Opowiadanie spodobało mi się bardziej od poprzedniej części, przykuło uwagę, choć zachwytem bym tego jeszcze nie nazwał. Pod kątem elementów SF trochę zmylił mnie tytuł, bo spodziewałem się jednak, że doczekam się jakiegoś związku z drugą zasadą termodynamiki, a nie po prostu gry słów z nazwiskiem. Zresztą widać, że postarałeś się, żeby warstwa fizyczna przynajmniej dawała wrażenie wiarygodności.

Saturn znajduje się w opozycji, osiem i pół jednostek astronomicznych od Marsa. Fuzyjny wehikuł kurierski z przyspieszeniem dwa g doleci w siedem dni.

Osiem i pół jednostki astronomicznej (jak “osiem i pół kilometra”, nie “kilometrów”). Chwilkę… światło pokonuje 8,5 j.a. w jakieś 68 minut, więc zrobienie tego dystansu w tydzień wymaga średniej prędkości przelotowej circa 2000 km/s. Z przyspieszeniem 2 g osiągnie taką prędkość w około 100 000 sekund, czyli ciut ponad dobę – wszystko się zgadza – lubię, jak autor nie robi mnie w konia z danymi.

Inne plusy, które odnotowałem przy lekturze: spoista historia z solidnie wbudowanym przesłaniem, przekonująco (trochę, ale nie bardzo nachalnie) piszesz o tym, że prowadzenie badań naukowych leży w interesie publicznym i jego główny ciężar nie może być oddawany w ręce korporacji, to bardzo ważny przekaz. Niektóre rozwiązania szczegółowe są naprawdę dobre, jak choćby pomysł wykorzystania szkockiego gaelickiego czy poprowadzenie zakończenia. Choć co do języka zawahałem się w tym miejscu:

Jego babcia należała do garstki zapaleńców utrzymujących gaelicki przy życiu, setki lat po jego oficjalnym wygaśnięciu. Po przeprowadzce na Marsa, przez resztę życia, przekazywała tajniki języka małemu Lachlanowi.

To zabrzmiało prawie jak tajne komplety. Skoro w tym świecie wciąż istnieje system akademicki, choćby bardzo niedofinansowany, język mający użytkowników niewątpliwie starano by się utrzymać przy życiu zamiast ogłaszać jego “oficjalne wygaśnięcie”.

Inne kwestie, które mnie nie przekonały: myślę, że na przesłaniu ucierpiało powiązanie postaci z fabułą, nawet główny bohater wydaje się mało zaangażowany we własne losy, a inni na ogół sprawiają wrażenie narzędzi narracyjnych bez wyraźnych oznak życia wewnętrznego. (Jest to zresztą problem znany mi z własnej “twórczości”). Ta gigantyczna cząstka elementarna… pomysł sam w sobie ciekawy, ale spodziewałbym się, że na przykład wchodziłaby w nietypowe interakcje z fotonami zamiast normalnie je odbijać. Jej wpływ na Lachlana jest najoczywiściej inspirowany znanymi nam z przyrody pasożytami zmieniającymi zachowanie żywiciela i tutaj niestety zawieszenie niewiary rozpada mi się w proch i pył, bo z jakiej racji cząstka elementarna ma się zachowywać jak pasożyt? To zupełnie inne kategorie bytów, równie dobrze mógłbym próbować rozpędzać przywry w cyklotronie i oczekiwać, że przy zderzeniach powstaną jakieś nowe gatunki. Przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś brałem udział w fascynującej dyskusji poruszającej między innymi ten temat, pod opowiadaniem https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/31667.

Językowo opowiadanie niestety niezgrabne, przykładowo z jednego miejsca mogę wypisać:

Poinformowałem Zarząd, że nie mogę przeprowadzać testów na sobie, ze względu na mój stan zdrowia.

Bez drugiego przecinka, jako że nie mógł przeprowadzać ze względu na stan zdrowia, a nie informował ze względu na stan zdrowia.

Dzwonił Hemmer, mówiąc, że nie muszę eksperymentować na sobie, bo znalazł ochotnika.

Lepiej “żeby powiedzieć”, zastępowanie okolicznika celu imiesłowem nie jest w pełni wzorcowe.

Po tym, jak wyraziłem wątpliwości, co do moralnego aspektu sprawy

Bez drugiego przecinka, grupa “co do moralnego aspektu sprawy” to integralny opis wątpliwości, a nie dopowiedzenie.

jest świadomy ryzyka i za godziwą zapłatę jest gotów ponieść uszczerbek na zdrowiu.

Niepotrzebne powtórzenie “jest”; pewnie też napisałbym “świadom”, żeby szło w parze z “gotów”, ale to tylko propozycja stylistyczna.

podwyższony puls

Przyspieszony puls (podwyższoną temperaturę).

Około godziny siedemnastej, Hemmer wezwał mnie do swojego biura.

Grupy okolicznika na początku zdania nie oddzielamy przecinkiem.

Nieco wyżej mocno rzuciło mi się w oczy też “złożona w depozyt” (moim zdaniem może być “oddana w depozyt”, ale złożona do depozytu).

 

Będę na NIE, ale nie jest to oczywista decyzja piórkowa i na pewno nie sprawi mi zawodu, jeśli wyróżnienie pomimo to otrzymasz.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Witaj Ślimaku Zagłady!

 

 widać, że postarałeś się, żeby warstwa fizyczna przynajmniej dawała wrażenie wiarygodności. (…) Z przyspieszeniem 2 g osiągnie taką prędkość w około 100 000 sekund, czyli ciut ponad dobę – wszystko się zgadza – lubię, jak autor nie robi mnie w konia z danymi.

Staram się sprawdzać rzeczy, które da się jakoś zmierzyć. :)

 

Inne plusy, które odnotowałem przy lekturze: spoista historia z solidnie wbudowanym przesłaniem, przekonująco (trochę, ale nie bardzo nachalnie) piszesz o tym, że prowadzenie badań naukowych leży w interesie publicznym i jego główny ciężar nie może być oddawany w ręce korporacji, to bardzo ważny przekaz. Niektóre rozwiązania szczegółowe są naprawdę dobre, jak choćby pomysł wykorzystania szkockiego gaelickiego czy poprowadzenie zakończenia.

Wielkie dzięki za miłe słowa! Osobiście uważam, że scena z próbą uratowania Maxwella przez Hypatię poprzez sięgnięcie do gaelickiego jest najciekawsza. Mimo to, myślę, że mogłem ją jeszcze lepiej napisać (może dodać dramaturgi, albo poprawić tempo). Nie znalazła takiego odzewu wśród czytelników, na jaki liczyłem. 

 

Choć co do języka zawahałem się w tym miejscu: Jego babcia należała do garstki zapaleńców utrzymujących gaelicki przy życiu, (…) język mający użytkowników niewątpliwie starano by się utrzymać przy życiu zamiast ogłaszać jego “oficjalne wygaśnięcie”.

Rzeczywiście, tego akurat punktu dogłębnie nie przemyślałem. Dobra uwaga.

 

Inne kwestie, które mnie nie przekonały: (…) inni na ogół sprawiają wrażenie narzędzi narracyjnych bez wyraźnych oznak życia wewnętrznego. (Jest to zresztą problem znany mi z własnej “twórczości”).

Przyjmuję zastrzeżenie. Cóż, wykreowałem ich na tyle, na ile potrafiłem. Zbudować głębokie i żywe postaci we względnie krótkim opowiadaniu jest trudną sztuką. Niektóre z nich zamierzam pogłębiać w kolejnych odcinkach cyklu (np. Rojasa, czy Linn).

Natomiast myślę, że sam główny bohater nie był tak całkiem pozbawiony życia wewnętrznego (muzyka, wspomnienia, szkockie korzenie, pasja naukowa, skłonnośc do nostalgii, lekki introwertyzm itp). Co do uwagi, że nie walczył o swój los to zgodzę się częściowo, bo przecież podejmował próby przełamania obcej woli, tylko że sam niewiele mógł zrobić. Głównym problemem było zastrzeżenie korporacji, że sprawa musi być tajna, co ograniczało możliwości sięgnięcia po pomoc.

 

Ta gigantyczna cząstka elementarna… pomysł sam w sobie ciekawy, ale spodziewałbym się, że na przykład wchodziłaby w nietypowe interakcje z fotonami zamiast normalnie je odbijać. Jej wpływ na Lachlana jest najoczywiściej inspirowany znanymi nam z przyrody pasożytami zmieniającymi zachowanie żywiciela i tutaj niestety zawieszenie niewiary rozpada mi się w proch i pył, bo z jakiej racji cząstka elementarna ma się zachowywać jak pasożyt? To zupełnie inne kategorie bytów, równie dobrze mógłbym próbować rozpędzać przywry w cyklotronie i oczekiwać, że przy zderzeniach powstaną jakieś nowe gatunki.

Tylko, że my nie wiemy, czy to jest cząstka elementarna. Przytoczę dokładnie co na ten temat wygenerowała Hypatia:

Hipoteza – Badany obiekt jest makroskopowym analogiem fermionu, cząstki elementarnej o spinie połówkowym. Status ontologiczny – Model Standardowy wyklucza możliwość istnienia takiego obiektu w znanym wszechświecie. Możliwa korelacja z eksperymentem z membraną Dohorovitza (źródło pierwotnej anomalii)”.

Maszyna twierdzi, że obiekt jest czymś przypominającym cząstkę elementarną, a nie, że nią jest. Z dalszego dookreślenia wynika, że nie wie, właściwie czym to jest i nie potrafi tego określić poprzez prawa fizyki. Wskazuje na korelację z wcześniejszym eksperymentem, w którym również zaszło niezrozumiałe zjawisko.

Myślę, że trop pasożyta wpływającego na psychikę jest dobry (choć nie dosłownie jako coś biologicznego), ale nie chcę wiele mówić, bo kostka nie lubi zdradzać swoich tajemnic zbyt szybko. ;)

 

Przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś brałem udział w fascynującej dyskusji poruszającej między innymi ten temat, pod opowiadaniem https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/31667.

Na pewno zerknę!

 

Poinformowałem Zarząd, że nie mogę przeprowadzać testów na sobie, ze względu na mój stan zdrowia. Bez drugiego przecinka, jako że nie mógł przeprowadzać ze względu na stan zdrowia, a nie informował ze względu na stan zdrowia. (…)

Tak, tu pełna zgoda co do tego przykładu i kolejnych przez Ciebie wymienionych. Przeanalizowałem je dokładnie i postaram się pamiętać w przyszłych tekstach.

 

Opowiadanie spodobało mi się bardziej od poprzedniej części, przykuło uwagę, choć zachwytem bym tego jeszcze nie nazwał. (…) Będę na NIE, ale nie jest to oczywista decyzja piórkowa i na pewno nie sprawi mi zawodu, jeśli wyróżnienie pomimo to otrzymasz.

 

Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało i jest lepsze od poprzedniego. To już coś, mimo, że ostatecznie zdecydowałeś się być na “nie”. Dziękuję za poświęcony czas na wnikliwy komentarz. To wiele dla mnie znaczy!

 

Podrawiam serdecznie!

 

Natomiast myślę, że sam główny bohater nie był tak całkiem pozbawiony życia wewnętrznego

Tak, to napisałem o innych postaciach, że sprawiają wrażenie narzędzi narracyjnych.

Maszyna twierdzi, że obiekt jest czymś przypominającym cząstkę elementarną, a nie, że nią jest.

Zgoda, trochę nieprecyzyjnie zreferowałem, ale myślę, że nie podważa to głównego sensu uwagi o sporych różnicach kategorialnych między makroskopowym analogiem fermionu a pasożytem wpływającym na psychikę. Być może masz jakiś błyskotliwy pomysł, jak to uprawdopodobnić przy dalszym rozwijaniu cyklu, ale w tej zamkniętej całości moim skromnym zdaniem się nie broni.

Dziękuję za poświęcony czas na wnikliwy komentarz. To wiele dla mnie znaczy!

Nawzajem dziękuję za przychylny odbiór i ciekawe odniesienie się do uwag, ponownie pozdrawiam!

Konstrukcja opowiadania, tzn. zmiana narracji, bardzo mi się podobała i nadała temu tekstowi bardzo dobre tempo. Główny bohater dobrze zarysowany, fabuła wciągająca, technikalia wyglądają (bo trudno mi wszystko zweryfikować) na dopracowane. W porównaniu do poprzedniego opowiadania o tej kostce całość wydaje się bardziej spójna. Być może zabrakło jeszcze mocniejszego łupnięcia na koniec, ale mi to będę na TAK.

Witaj Zygrydzie89!

 

Poprzez formę pamiętnika zamierzałem pokazać wpływ kostki na psychikę bohatera “od wewnątrz”, z punktu widzenia człowieka dotkniętego jej działaniem. W pierwszej wersji całość tekstu była pamiętnikiem, ale, po przemyśleniu, doszedłem do wniosku, że to zbyt klaustrofobiczne i wplotłem scenki z dialogami. Cieszę się , że ta konstrukcja zdała egzamin i fabuła Cię wciągnęła. 

Wielkie dzięki za “taka”, bardzo mnie ucieszył!

 

Pozdrawiam serdecznie!

Nowa Fantastyka