- Opowiadanie: Piotrek77 - Inkwizytor

Inkwizytor

Cykl „Strażnicy Kontinuum” powstał jako nowela szkatułkowa – forma trudna literacko, bo każde opowiadanie jest osobną historią, a jednocześnie wszystkie łączą się w większe łuki fabularne.

„Przewodnik” miał być ostatnim tekstem tego cyklu.

W jednej z końcowych scen pojawił się Inkwizytor – tylko na moment, jako antagonista.

Postać ta bardzo spodobała się Czytelnikom, którzy poprosili mnie o rozwinięcie jej historii. Tak powstał „Inkwizytor”: opowieść o Teodorze i geneza jednego z najgroźniejszych przeciwników Strażników Kontinuum.

Opisane tu wydarzenia mają swoje odbicia w poprzednich opowiadaniach i wpływają na zachowania bohaterów w całym cyklu.

Mam nadzieję, że zanurzycie się w tej historii i spędzicie z nią dobry czas.
Będę wdzięczny za wszelkie uwagi – zarówno ogólne wrażenia, jak i komentarze warsztatowe.

 

Pozostałe opowiadania z tego cyklu:

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Wezwanie poza czas

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Ci, którzy zostali

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Ślad po świecie

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Strażniczka Anna

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Czyściciel światów

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Bez świadków

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Nałożenie wariantów

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Pierwotne pole potencjału

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Twórcy Kontinuum

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Ślad

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Ostatnia, która pamięta

Nowa Fantastyka - Opowiadanie: Piotrek77 - Przewodnik

Oceny

Inkwizytor

Inkwizytorzy nazywali siebie również strażnikami. Ich rola nie polegała na dbaniu o Wszechświat ani o warianty światów. Badali wyłącznie ich struktury.

Kiedy profesor Filip Terrier powołał do życia organizację Strażników Kontinuum, sama nazwa wzbudziła wśród inkwizytorów sprzeciw. Twierdzili, że strażnicy mogą być tylko jedni i nikt nie ma prawa używać tej nazwy.

– Jestem z siebie dumny. Kolejny paladyn został pokonany. Wykryłem defekt w strukturze świata i go wymazałem.

Te słowa były dla Inkwizytora Teodora nagrodą po każdej interwencji. Tym razem jednak stało się inaczej…

 

Aby zrozumieć Teodora, trzeba cofnąć się do czasów, gdy nikt jeszcze nie słyszał o profesorze Filipie Terrierze i jego organizacji.

Struktura hierarchii wśród paladynów wyglądała bardzo prosto: uczeń – czeladnik – mistrz.

Teodor pochodził ze starego rodu paladynów. Już jako młody uczeń fascynował się tym, jak powstają światy. Tym, że jedna chwila mogła rozdzielić się nie na dwa czy trzy warianty, lecz na nieskończoną ich liczbę. Widział te rozgałęzienia i pęknięcia w strukturze rzeczywistości.

Szczególnie fascynowały go światy bliźniacze – nawet te, w których ktoś kopnął leżący kamień, tworząc nowy wariant. Z perspektywy czasu to właśnie takie drobne wydarzenia często okazywały się kluczowe dla istnienia świata… albo dla jego wymazania.

Jako uczeń pracował z innymi paladynami, ucząc się wykrywania defektów, pęknięć i nakładania się wariantów.

Drugim, równie ważnym zajęciem było studiowanie świętych tekstów Biblii Paladynów. Wypowiadane formuły mogły ratować światy, ale mogły też prowadzić do ich unicestwienia.

Teksty należało wypowiadać specjalną techniką zwaną growlingiem. I właśnie to sprawiało młodemu Teodorowi największy problem.

Sala, w której uczniowie wymawiali słowa, nie była zwykłą salą. Kamienne ściany odbijały każdy dźwięk, wzmacniając go i zniekształcając. Teodor stał pośrodku, trzymając w dłoniach ciężką księgę.

– Następny – powiedział mistrz, nie podnosząc wzroku.

Teodor przełknął ślinę. Otworzył księgę i spróbował wydobyć dźwięk.

– Verbum…

– Głośniej – mistrz podniósł głowę i spojrzał na chłopca.

– Verbum…

Jego głos załamał się w połowie wyrazu. Zamiast głębokiego, chropowatego brzmienia, które było wymagane, zabrzmiał miękko, niemal delikatnie.

Z tyłu sali ktoś parsknął śmiechem.

– Może spróbuj szeptem, będzie bardziej przekonująco – powiedział jeden z uczniów.

Kilku zachichotało.

Teodor docisnął dłoń do księgi. Litery na kartach zaczęły się rozmywać, jakby ktoś rozlał atrament.

– Jeszcze raz – powiedział mistrz spokojnie.

Tym razem Teodor zamknął oczy.

Wziął głęboki wdech.

– Verbum… verbum…

Spróbował nadać głosowi ciężar, ale znów zabrzmiał zbyt miękko, zbyt ludzko.

Śmiech stał się już głośniejszy.

– Wystarczy – przerwał mistrz.

Cisza spadła na salę nagle, jakby sama nie wiedziała, czy nadać słowu mistrza echo.

– Formuła nie zadziała – dodał stanowczo. – W tej formie jest bezużyteczna.

Teodor poczuł, jak coś w nim pęka.

– Mistrzu… ja potrafię…

– Jeszcze nie – nauczyciel odpowiedział krótko.

Mistrz wstał i podszedł do chłopca. Księga została zamknięta jednym, zdecydowanym ruchem.

– Bez odpowiedniej techniki nie jesteś w stanie ani uratować świata, ani go wymazać. Rozumiesz to?

Teodor skinął głową, choć wiedział, że to nie wystarczy.

Za jego plecami znów rozległ się cichy śmiech.

 

Wyśmiewany i wytykany palcami, nie poddawał się. Godzinami trenował wraz z ojcem, powtarzając kolejne formuły.

Z czasem jego głos się zmienił.

Dojrzał, nabrał głębi. W końcu wypowiadane przez niego słowa zaczęły brzmieć tak, jak powinny.

Wtedy ukończył szkolenie.

 

Teodor został czeladnikiem. Otrzymał pod opiekę swój pierwszy świat.

Nie był to jakiś wyjątkowy i trudny wariant. Nie spotkał w nim wojen, katastrof ani przełomowych odkryć. Ludzie żyli. Pracowali. Umierali.

Duma rozpierała młodego czeladnika. Widział w zarządzaniu nim swój cel… Kiedy poznał już reguły rządzące światem, zaczął badać jego strukturę.

Na początku śledził ludzi. Ich decyzje, błędy, drobne wybory. Po kilku tygodniach przestał. Zamiast tego szukał powtarzalności. To, co wracało zawsze w tej samej kolejności. Świat zaczął przypominać zapis. Ciąg znaków, który albo brzmiał poprawnie, albo nie.

Czeladnik obserwował wnikliwie struktury i znalazł defekt. Nie jakiś poważny, nie zagrażający światu. Ale to był defekt w człowieku.

Starszy mężczyzna siedzący codziennie na tej samej ławce przy dworcu kolejowym.

Zawsze w tych samych godzinach. I zawsze dosiadał się do podróżnych mówiąc:

– Zimno dziś.

– Ma pan papierosa?

– To był piękny dworzec.

– Pociągi jeździły co pół godziny. Nawet był do Gdyni.

Scenariusz zawsze ten sam. Nawet jeśli ktoś wstawał i odchodził, starszy mężczyzna nie reagował. Mówił dalej, jakby rozmówca wciąż tam był.

– To był piękny dworzec – powiedział znowu.

Teodor widział to, czego inni nie widzieli.

W jednym wariancie ten sam człowiek siedział na tej ławce jako bezdomny.

W innym stał kilka metrów dalej w mundurze zawiadowcy.

W jeszcze innym wsiadał do pociągu jako podróżny.

A teraz mówił do obcych ludzi, jakby próbował trafić na właściwą wersję świata.

 

Czeladnik poczuł coś, czego nie powinien czuć. Zainteresowanie.

– To niemożliwe – powiedział do siebie.

Z racji braku doświadczenia postanowił bez konsultacji z innymi paladynami użyć formuł z Księgi i wymazać tego mężczyznę. Słowa wypowiedziane growlingiem przecięły przestrzeń.

Świat zadrżał, a struktury na chwilę się rozpadły, tworząc rozdarcie.

Czeladnik przeraził się. Szybko odszukał kilka innych formuł, które zaczął wypowiadać w przypływie paniki.

Rozdarcie w strukturach zniknęło za piątą lub szóstą wypowiedzianą formułą. Nie liczył ich. Nie myślał o liczeniu. Odłożył Księgę poprzysięgając sobie, że kolejne działania podejmie dopiero po spotkaniu ze swoim mistrzem.

Nazajutrz, kiedy spojrzał na dworzec i ławkę zobaczył, że starszych mężczyzn było już dwóch.

Kiedy przyjrzał im się bliżej, zobaczył, że wyglądają identycznie.

Obaj powiedzieli jednocześnie:

– Zimno dziś.

Następnego dnia było ich czterech.

Siedzieli równo, jakby ktoś ich ustawił.

– To był piękny dworzec – powiedzieli chórem.

Kolejnego dnia Teodor doliczył się ich aż szesnastu…

To nie wyglądało jak błąd. Raczej jak coś, co zaczęło działać samo. Jego nieudana ingerencja zaczęła przyciągać tego samego mężczyznę z innych wariantów.

Młody czeladnik nie chciał stracić swojego świata. Dopiero inny z paladynów wykrył anomalię, kiedy cały teren przy dworcu okazał się nienaturalnie zapełniony.

Wtedy Teodor opowiedział o tym, co zrobił, swojemu mistrzowi.

 

Za swoje działania Teodor stanął po raz pierwszy przed obliczem Inkwizytora.

– Naruszyłeś kodeks. Stworzyłeś świat niezgodnie z protokołem – usłyszał.

Głos istoty był jednolity, chłodny, urzędowy.

Obok Teodora stał jego mistrz, Jan. To właśnie on wstał pierwszy i zabrał głos w imieniu czeladnika:

– Inkwizytorze Bożydarze. Jestem mistrzem czeladnika Teodora i to ja odpowiadam za jego działania.

Mistrz spojrzał na chwilę na swojego ucznia, a potem ponownie zwrócił się w stronę Inkwizytora, który trzymał w rękach zwój dokumentów.

– Podjąłem działania. Czeladnik został odsunięty od tego wariantu, a warianty zależne zostały naprawione. Jeśli chodzi o wspomniany przypadek – ze względu na wykryty defekt – został wezwany Czyściciel Światów w osobie Pawła Kwietnia.

Mistrz sięgnął po dokument leżący na stole i podał go Inkwizytorowi.

– Inkwizytorze Bożydarze. Oto pismo potwierdzające wymazanie wariantu.

Inkwizytor zapoznał się z dokumentami. Najpierw spojrzał na mistrza, potem surowo na jego czeladnika i, wskazując palcem, powiedział:

– Czeladniku Teodorze. Powinieneś być dumny ze swojego mistrza. Twoją karą będzie to, że Jan przestaje nim być. Od dziś nie masz nikogo, kto będzie cię chronił, a Inkwizytorzy będą uważnie przyglądać się twoim działaniom.

Twarz mistrza pozostała kamienna, ale napięcie było wyczuwalne.

 

Spotkanie z Inkwizytorem wpłynęło na dalsze życie Teodora. Kilkakrotnie składał prośby do innych mistrzów o przydzielenie świata pod opiekę, jednak nikt nie chciał wiązać się z jego osobą. Wręcz przeciwnie – potępiali go, starając się, by żaden z Inkwizytorów nie zwrócił uwagi na ich własne warianty.

Mistrz Jan traktował tę sytuację jako osobistą porażkę. Ostatecznie, dzięki jego wstawiennictwu, Teodor otrzymał pod opiekę światy z potwierdzonymi defektami, przeznaczone do wymazania w krótkiej perspektywie.

Teodor szybko przekonał się, jak trudne jest to zadanie. Rozmowy z Inkwizytorami zawsze wyglądały tak samo.

– Wariant stabilny – powiedział Teodor, podając raport. – Defekt usunięty.

Inkwizytor nawet nie spojrzał na niego.

– Wyrok został wydany wcześniej.

– Ale sytuacja się zmieniła – Teodor zrobił krok do przodu. – Naprawiłem to.

– Nie interesuje mnie twoje działanie. Interesuje mnie protokół, który został zatwierdzony.

Inkwizytor odłożył dokumenty na stół.

– Wariant do wymazania.

Pierwotne wyroki Inkwizytorów były niepodważalne.

Najgorszy moment nadchodził w dniu wymazania. To on musiał wezwać Czyściciela Światów i poddać się procedurze unicestwienia wariantu.

Z Pawłem Kwietniem się nie negocjowało. Czyściciel przychodził, wymazywał i zabierał go na platformę – do miejsca poza czasem.

Teodor nienawidził tej platformy. Kojarzyła mu się wyłącznie z porażką. Nienawidził też profesora Filipa Terriera – dumnego ze swoich Strażników Kontinuum. Z czasem profesor stał się dla niego wrogiem numer jeden.

Równie silną niechęcią darzył jego przyjaciela – paladyna Marcina. Działania tego paladyna uznawał za zdradę zasad.

A kiedy Paweł Kwiecień wymazywał już kilkusetny jego wariant, a profesor Filip Terrier po raz kolejny ogłaszał sukces – coś w nim pękło.

 

Teodor postanowił przystąpić do Inkwizytorów. Wiedział, że przed nim jest długa droga, ale to dało mu legalną możliwość obserwacji całej organizacji Strażników Kontinuum. Inkwizytorzy w myśl swojego urzędniczego charakteru chętnie przyjęli nowego adepta dając mu swoją ochronę. Nikt nie pytał po co Teodor przenosi się w wybrane przez siebie warianty. Liczył się tylko jego raport końcowy.

Pierwszy raz trafił na Annę w jednym z wariantów, który miał zostać wymazany. Wtedy jeszcze nie wiedział, kim jest. Zauważył tylko, że pojawia się zawsze w momentach granicznych – tam, gdzie struktura świata powinna pęknąć… a jednak się utrzymywała.

Widział, jak jej świadomość wchodzi w kolejne ciała. Jak działa niemal niezauważalnie. Jak jednym gestem potrafi zmienić trajektorię zdarzeń bez naruszania struktury. To go fascynowało.

Paladyni naprawiali światy.

Czyściciele je wymazywali.

A Strażnicy – w jego przekonaniu – oszukiwali system.

 

W jednym z wariantów, jako starszy mężczyzna, stał na przystanku w Lublinie, obok brudnej szyby z wyblakłym rozkładem jazdy. Wtedy Anna zablokowała mu drogę. Poczuł ten moment – minimalne przesunięcie. Gdyby zrobiła pół kroku mniej albo więcej, wariant potoczyłby się inaczej.

Kiedy wszedł do trolejbusu, nie patrzył już na ludzi. Analizował wyłącznie jej zachowanie.

 

W raporcie końcowym zawnioskował o wymazanie pamięci Anny. Uzyskał zgodę. Na pierwszy rzut oka wszystko przebiegło zgodnie z procedurą. Jednak w momencie powrotu świadomości coś poszło nie tak. Anna nie zapomniała wszystkiego.

Po raz pierwszy poczuł, że nie wszystko da się ująć w regułach.

Mimo wątpliwości nadal trzymał się procedur. Innej drogi nie znał.

Mając gwarancję daną przez Inkwizytorów, postanowił sabotować działania Strażników Kontinuum. Na pierwszą okazję nie musiał długo czekać.

Podczas misji strażnika Adama, który miał w Warszawie nakłonić jednego z polityków do wypowiedzenia słów ratujących wariant, Teodor przejął jego miejsce. To jego świadomość znalazła się w ciele polityka.

W chwili, gdy transmisja ruszyła, Teodor poczuł opór świadomości polityka. Czuł, że zaczęły się mu trząść ręce. Ciało, w którym się znajdował, zawahało się, jakby samo próbowało wypowiedzieć konieczne słowa.

– To ma nastąpić teraz – pomyślał.

Wiedział dokładnie, jakie zdanie powinno paść.

I właśnie dlatego go nie powiedział.

Długo patrzył jeszcze na zaskoczonego Adama i to jak zaczyna rozumieć, że jego misja nie powiodła się.

To co właśnie zrobił nie należało już do obserwacji. To była ingerencja.

Wtedy po raz pierwszy poczuł, że nie naprawia świata. Ma nad nim władzę.

Doprowadziło to do pęknięcia i skazania wariantu na wymazanie. Dodatkowo profesor Filip Terrier został zmuszony do tłumaczenia się przed Inkwizytorami z działań swojego Strażnika.

 

Kolejnym celem Teodora było zniszczenie reputacji Pawła Kwietnia. Obserwował Pawła podczas kolejnych wymazań światów. Poznał jego rytm. Ani razu się nie zawahał. Ta sama pauza. Ten sam oddech. Ta sama formuła wypowiedziana bez drżenia głosu.

Czyściciel Światów nie widział ludzi. On widział tylko procedurę.

Teodor wiedział, że w wielu wariantach Anna była żoną Pawła i mieli dwóch synów bliźniaków. Łączyła ich silna więź. Plan był prosty. Wystarczyło, że pokaże mu świat, którego nie będzie w stanie wymazać. Teodor nie pozostawił tego przypadkowi. Podczas wymazywania jednego z wariantów doprowadził do sytuacji, w której tuż przed wypowiedzeniem formuły Paweł zobaczył kobietę i dwóch chłopców. Byli niemal identyczni z jego żoną i dziećmi.

Przez chwilę kobieta spojrzała na Pawła. W tej jednej chwili świat przestał być dla niego zbiorem procedur. Nie widział już wariantu z defektem struktur. Widział konkretną twarz.

Formuła, którą miał wypowiedzieć, była gotowa. Znał ją doskonale.

Ale po raz pierwszy nie był pewien, czy ma do niej prawo.

Ten jeden obraz wystarczył.

Paweł się zawahał.

I wtedy poczuł, jak coś w nim się zmieniło. Pewność procedury zamieniła się w świadomość konsekwencji.

Ten ruch doprowadził do jego załamania i stopniowego rozpadu relacji z profesorem Filipem Terrierem.

To otwierało Teodorowi drogę, by uderzyć w samego profesora.

Zanim jednak to zrobił, postanowił wyeliminować Strażnika Adama.

Teodor nie próbował zniszczyć Adama bezpośrednio. Znał jego raporty. Wiedział, jak reaguje. Miał świadomość, że największą siłą Adama jest to, że pamięta. Dlatego nie zaatakował jego świata. Postanowił zmienić punkt powrotu. Wystarczyło przesunięcie w jednym wariancie, a resztę Adam zrobił sam.

Teodor obserwował, jak dwa niemal identyczne światy zaczynają się nakładać. I wiedział, że Adam wybierze dokładnie tak, jak przewidywał.

– Strażnicy ratują innych – powiedział cicho.

To wystarczyło. Wariant Adama przestał istnieć, a jego świadomość na stałe trafiła do miejsca poza czasem.

 

Kiedy później przedstawiał działania Strażników Kontinuum jako nieudolne – oczywiście pomijając swój udział – jego raporty spotkały się z uznaniem.

Za swoje „zasługi” został mianowany Inkwizytorem pierwszego stopnia.

Mając uprawnienia Inkwizytora, mógł bezpośrednio kontaktować się z Twórcami Kontinuum. Wiedział, że Twórcy nie są istotami żywymi, lecz systemem korygującym anomalie na najwyższym poziomie.

Gdy Twórcy zainteresowali się działaniami profesora Filipa Terriera, uznali go za zagrożenie. Interwencja Marcina u mistrzów paladynów nie mogła już powstrzymać uruchomionych procedur. To nie była decyzja jednostek – to było działanie systemu, którego jedynym celem była eliminacja zagrożenia.

Teodor początkowo, jak inni paladyni, przestraszył się sił, które wprawił w ruch. Po krótkiej refleksji uznał jednak, że Twórcy Kontinuum nie będą zagrożeniem dla Inkwizytorów – a on sam osiągnie swój cel.

Tak się stało.

Profesor Filip Terrier został wymazany.

Jako swoisty bonus Teodor potraktował fakt, że podobny los spotkał również Pawła Kwietnia.

Pozostał już tylko paladyn Marcin.

Jego Kontinuum nie wymazało. System nie wykrył w jego działaniach żadnej anomalii, a sam Teodor nie miał podstaw, by wydać polecenie jego eliminacji ani wymazania jego świata.

Całą swoją uwagę skupił więc na nim. Obserwował każdy jego ruch, każdą decyzję, licząc na to, że znajdzie choć najmniejszy błąd w strukturze świata, którym Marcin zarządzał.

Okazja pojawiła się w chwili, gdy Marcin po raz ostatni spotkał się w Sandomierzu z Anną, Katarzyną i Adamem.

Choć tamta trójka nie była świadoma, że w innych wariantach współpracowali z Marcinem, sam fakt, że im o tym wspomniał, był dla Teodora naruszeniem struktury świata.

To wystarczyło.

Dla Inkwizytora nie liczyła się intencja – tylko odstępstwo.

Teodor nie zawahał się ani chwili.

Uznał to za defekt.

I wtedy przystąpił do ostatecznego ataku, podejmując próbę wymazania Marcina i jego świata…

Nie rozumiał, co się stało. Był nastawiony na konfrontację. Wielokrotnie wyobrażał sobie ten moment, analizował każdy scenariusz. A jednak stało się coś niepojętego. Marcin się nie bronił. Marcin po prostu odszedł, twierdząc spokojnie, że jego świata nie można zniszczyć.

 

Teodor nie mógł się poruszyć. Nie rozumiał, co właśnie się wydarzyło, gdy Marcin zniknął.

Platforma jeszcze przez chwilę pulsowała – nieregularnie, jakby próbowała zapamiętać to, co właśnie się wydarzyło. Mgła wokół zgęstniała, ale tym razem nie była bierna. Reagowała.

Inkwizytor wyciągnął rękę.

– Procedura końcowa – powiedział chłodno.

Runy na jego metalowej płytce rozbłysły ostrym światłem. Wypowiedział formułę growlingiem – idealnie, bez wahania. Dźwięk przeciął przestrzeń.

Świat Marcina powinien zniknąć.

Jednak stało się zupełnie coś innego. Wariant nie zniknął. Zamiast tego platforma zadrżała. Wstrząsy były tak silne, że Teodor musiał się przesunąć, żeby nie upaść. To wyglądało jak sprzeciw.

Inkwizytor nerwowo zaczął się rozglądać.

– Niemożliwe.

Szybko wywołał projekcję tego wariantu.

Na ekranie z mgły pojawiło się miasto. Szybko je rozpoznał. To Sandomierz. Ludzie chodzili. Rozmawiali. Żyli. Świat funkcjonował normalnie.

Teodor nerwowo przybliżył obraz. Zobaczył kobietę. To była Anna. Ta sama, której pamięć próbował wymazać.

Stała na rynku i patrzyła w stronę miejsca, gdzie jeszcze chwilę wcześniej znajdował się przewodnik.

– Pamięta… – powiedział cicho.

To jedno słowo zabrzmiało jak diagnoza.

Błyskawicznie zaczął analizować dane. Linie strukturalne świata były niestabilne. Defekt nadal istniał. A jednak wariant trwał.

– To niezgodne z zasadami – wyszeptał.

Za jego plecami poruszyli się inni, którzy uczestniczyli w procedurze wymazania Marcina.

– Wyrok został wykonany – powiedział jeden z nich.

– Nie! – odparł Teodor. – Został odrzucony.

 

Po raz pierwszy w jego głosie pojawiło się coś, czego wcześniej nie było – cień niepewności.

Ponownie spojrzał na projekcję. Anna ruszyła powoli przez rynek. Wraz z nią szła jeszcze para. Rozpoznał ich. Katarzyna i Adam.

 

 

W pewnym momencie zatrzymali się i odwrócili głowy.

Przez krótką chwilę patrzyli dokładnie w to miejsce, gdzie znajdował się Teodor.

Miał wrażenie, że go obserwują. Cofnął rękę.

– To niemożliwe – powtórzył, ale tym razem ciszej.

– To nie powinno się wydarzyć. Ten świat nie miał prawa istnieć – słowa wypowiadał głośno, ale nie jako pytanie do innych. To było pytanie do jego samego.

Świat jednak istniał. Bo ktoś go pamiętał.

Teodor zakończył projekcję. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo. Za jego plecami pojawiły się ciche szepty. Ktoś zaczął mówić o jego błędach w ocenie świata Marcina i podważać zasadność wyroku.

Inkwizytor wyraźnie słyszał te słowa, ale nie reagował.

 

W jego umyśle pojawiło się pytanie, którego nigdy wcześniej sobie nie zadał:

„Co jeśli struktura… nie jest fundamentem świata?”

Podniósł głowę i odwrócił się do paladynów za sobą.

– Znajdźcie ich. Obserwujcie – powiedział. – Jeśli nie możemy wymazać świata… wymażemy pamięć.

Kiedy wypowiadał rozkaz, przez ułamek sekundy nie pamiętał, dlaczego go wydaje.

To nie było zwykłe zawahanie.

To była luka w jego własnej strukturze.

Po raz pierwszy pomyślał, że to nie świat Marcina jest defektem.

To w nim zaczęło się coś psuć.

Koniec
Nowa Fantastyka