- Opowiadanie: Piotrek77 - Przewodnik

Przewodnik

Oceny

Przewodnik

Marcin prawie nigdy nie odpoczywał. Jego świadomość miała dostęp do niezliczonej ilości światów. Jeśli chciał skupić uwagę na konkretnym wariancie, po prostu o nim myślał i znajdował się już w środku wydarzeń.

W każdym z wariantów światów równoległych istnieli paladyni, którzy byli skafandrami dla jego świadomości.

Paladyni zawsze wykonywali swoją pracę zgodnie z zasadą:

„Kodeks nie jest po to, byś go rozumiał.

Kodeks jest po to, byś go wykonywał.”

Zakon dawał paladynom pełną swobodę. W każdym wariancie mogli być kimś innym. Marcin lubił najbardziej światy w których zostawał przewodnikiem turystycznym. Bo ludzie przychodzili do niego dobrowolnie. Nieważne, czy to Święty Krzyż, Sandomierz, Kraków czy Warszawa. Lubił opowiadać o historii i lubił, gdy ludzie go słuchali.

 

Warianty światów równoległych – szczególnie te bliźniacze potrafiły się na siebie nakładać. To zjawisko stanowiło proces naturalny.

Nałożenie światów było szczególnie widoczne dla istot bardziej wrażliwych. Nie chodziło tylko o ludzi, ale również o zwierzęta, które wyczuwały to podświadomie. Kiedy zwierzęta gubiły swoje szlaki, to było jak sygnał ostrzegawczy: „wiedz, że coś się dzieje”.

U ludzi wyglądało to znacznie subtelniej. Ktoś zauważył, że etykiety produktów są inne, niż je zapamiętał, albo piosenka słyszana w radiu miała inne zakończenie.

Niektórzy czasem widzieli siebie w dwóch wariantach jednocześnie. Przeskok pomiędzy nimi mógł nastąpić spontanicznie. Wystarczała chwila skupienia. Światy były do siebie tak podobne, że dana osoba dopiero po czasie dostrzegała subtelne różnice.

 

Dzieci stanowiły odrębną grupę. Nie były jeszcze świadome konkretnego wariantu.

Marcin zwracał na nie szczególną uwagę. Jeśli kilkoro z nich nagle się zatrzymywało, milkło i patrzyło w pustkę, Marcin również skupiał uwagę na tym miejscu. Wtedy widział: nałożenia i pęknięcia.

 

Doskonale pamiętał swoje początki. Czas, gdy szkolił go stary mistrz zakonu.

Wtedy po raz pierwszy zadał pytanie, które długo nie dawało mu spokoju:

– Co paladyni mogą zrobić, gdy widzą przenikanie światów?

Mistrz odpowiedział bez wahania:

– Najpierw działamy sami. Próbujemy usunąć defekt. Ostatecznym rozwiązaniem jest wezwanie Strażników Kontinuum.

Zrobił przerwę na zebranie myśli.

– Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Strażnicy wyślą Czyściciela Światów, który wymaże jeden z bliźniaczych wariantów rzeczywistości.

– Co to oznacza dla nas, mistrzu?

– Dla nas nic. Zostaniemy zabrani z czyszczonego wariantu. Ale miliardy wersji przestaną istnieć. A największą ujmą na honorze paladyna jest porzucenie świata, którym się opiekuje.

Zamyślił się na dłuższą chwilę, wpatrując się w pustkę przed sobą.

– Paladyni są przede wszystkim obserwatorami. Najbardziej owocna praca to ta, w której nie musimy nic robić.

– Wiem – odparł Marcin. – Wiem też, że nasza święta księga zawiera teksty zdolne tworzyć i niszczyć światy.

– Tak – odparł jego mentor. – To od myśli, od idei, od słowa zaczyna się tworzenie i niszczenie świata.

Mistrz zaczerpnął głęboko powietrza, jakby próbował zrzucić z siebie ciężar dawnego wspomnienia.

– Pamiętaj. Czyściciel Światów również jest paladynem. Ale tylko on może wpływać na istnienie wariantu.

Zapanowała cisza. Taka, która zdawała się być pełnoprawnym uczestnikiem rozmowy.

Po chwili mistrz dokończył:

– Dla nas, paladynów, większym zagrożeniem niż Czyściciele Światów są Inkwizytorzy. Czyściciel wymazuje jedynie wariant. Inkwizytor wymazuje nas.

Słowa starego mistrza towarzyszyły Marcinowi w każdej jego misji. Były ucieleśnieniem kodeksu, którego przestrzegał, ratując światy.

 

Teraz wiedział, że nadchodzi koniec jego misji. W tym wariancie, na którym się skupił, ponownie stał się przewodnikiem turystycznym. Oprowadzał ludzi po mieście.

Sandomierz tego dnia wyglądał naprawdę pięknie. Wisła płynęła leniwie, bulwary przy rzece oraz rynek były pełne ludzi. Pomyślał, że to idealny czas i miejsce na pożegnanie.

Teraz stał przy rynku, opierając się o barierkę, i obserwował, jak zbiera się grupa turystów. Najpierw kilka osób. Potem ponad dwadzieścia. Zawsze tak było.

Dzisiaj jednak nie czekał na kolejnych przypadkowych. Czekał na tych, których chciał spotkać.

Pojawili się dokładnie tak, jak przewidywał. Trójka, nieco zmęczona podróżą, ale w dobrych nastrojach. Ania rozglądała się dookoła z dziecięcą ciekawością. Kasia uśmiechała się spokojnie patrząc na zmieniających się na warcie przed ratuszem rycerzy. A Adaś był skupiony i rozglądał się uważniej niż inni. Zawsze tak robił. Nawet wtedy, gdy udawał, że nie patrzy wcale.

Dotknął metalowej tabliczki ukrytej pod płaszczem. Była chłodna. Runy na niej były ledwie wyczuwalne pod palcami. Nie aktywował jej.

„Jeszcze nie teraz” – pomyślał.

Kiedy grupa turystów była w komplecie – spojrzał na zegarek i jako przewodnik zaczął mówić do zgromadzonych. Ludzie lubili, gdy mówił z pasją tak, jakby wszystko wydarzało się po raz pierwszy.

– Dzisiejsza podróż będzie śladami bohaterów serialu, który tak chętnie zapewne oglądacie.

Zrobił chwilę przerwy i popatrzył na uśmiechających się turystów znających popularny serial. Kilka osób skinęło głowami. Ania uśmiechnęła się, jakby go rozpoznała. Po chwili kontynuował:

– Szanowni państwo… wyobraźcie sobie, że wsiadacie do magicznego wehikułu, który przenosi was do wnętrza tego, co oglądaliście na ekranach waszych telewizorów. Zwiedzimy dziś niemal wszystkie te miejsca, które znacie i widzieliście już tyle razy…

 

W tej chwili usłyszał, jak Adaś mówi do Kasi i Ani, że przewodnik właśnie przekazał im informację o miejscu poza czasem. Uśmiechnął się subtelnie. Wiedział, że plan działa. W tym wariancie ta trójka dopiero poznawała postawy tego wymiaru.

Ania nie zareagowała na słowa Adasia – była zasłuchana.

Kasia natomiast głośno parsknęła, zwracając uwagę kilku stojących najbliżej osób.

Marcin podjął grę i zwrócił się do nich:

– Czy powiedziałem coś niejasnego? Jeśli macie pytania, śmiało pytajcie.

Adaś odpowiedział uprzejmie:

– Wszystko rozumiemy. Bardzo dokładnie pan to wyjaśnił. Z koleżankami podziwiamy pana sposób mówienia…

Marcin uśmiechnął się i zaproponował:

– No to idziemy dalej. Po prawej znajduje się rynek, na którym często widzieliśmy naszego bohatera, jak zjeżdżał po nim na rowerze…

 

Przez prawie godzinę opowiadał: o historii Sandomierza, o scenach, które tu kręcono, o iluzji, o tym, że tutaj są kręcone plenery, a sceny z wnętrza powstają gdzie indziej.

– Czasem rzeczy, które znamy najlepiej, są tylko rekonstrukcją. A prawdziwe bywają ukryte.

Na koniec wycieczki grupa turystów rozchodziła się powoli. Wiedział, że to jego ostatni raz w tym wariancie. Czuł to wyraźnie.

Cała trójka podeszła do niego i serdecznie podziękowała za oprowadzenie. Marcin uśmiechnął się, ale ten uśmiech nie należał do tych naturalnych. Miał w sobie sporo z jakiejś tajemnicy. Po chwili powiedział:

– Dzisiaj jest mój ostatni dzień pracy. Od jutra przechodzę na emeryturę. Chciałem powiedzieć, że początek mojej przemowy dedykuję wam: Katarzyno, Anno, i oczywiście tobie Adamie. Robicie dobrą robotę. Wspólnie robimy dobrą robotę. A praca z wami była dla mnie zaszczytem.

Cała trójka wyglądała na zaskoczoną. Zaczęli spoglądać po sobie. Zapadła niezręczna cisza.

Adaś spojrzał na niego uważnie.

– Kim pan właściwie jest?

Przewodnik uśmiechnął się i odpowiedział:

– Moja przygoda z wami się kończy. Ale wasza ze mną dopiero się zaczyna.

 

Nie chciał wyjaśniać więcej. W tym wariancie byli nieświadomi. I tak zdawał sobie sprawę, że powiedział za dużo. Wiedział, że może prowadzić to do powstania nowego świata. Uznał jednak, że to należy się im i jemu na pożegnanie.

Spojrzał na zegarek. Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w stronę restauracji.

Tam, gdzie nikt nie patrzył, wyjął metalową tabliczkę z kieszeni i dotknął run. Mgła przyszła natychmiast i świadomość wróciła do miejsca poza czasem.

Zakończył swoją misję jako przewodnik. Jego skafander został jak zwykle na miejscu.

Kilka minut później znów stał przy punkcie zbiórki. Inna grupa. Inni ludzie. Ten sam świat.

– Zaczynamy za pięć minut – powiedział głośno. – Proszę podejść bliżej.

Trójka przyjaciół stała z boku. Patrzyli na niego. Ten przewodnik nie zwrócił na nich uwagi. Nie rozpoznał. Tak miało być.

 

W miejscu poza czasem platforma była cicha. Gdy pojawił się na niej Marcin, rozświetliła się, jakby chciała go powitać. Rozejrzał się uważnie. Miał wrażenie, że coś jest nie tak. Jego przeczucie było silne, jakby wiedział, że za chwilę wszystko się zmieni.

Wokoło panowała mgła. To jej obecność go zaniepokoiła. Zawsze towarzyszyła mu w chwilach wyjątkowych.

Odwrócił się gwałtownie. Poczuł, jak coś ściska go w środku.

Za nim stała wysoka postać w czarnym płaszczu z kapturem na głowie. Twarz kryła się nienaturalnie głęboko w cieniu. Blade światło platformy nie pozwalało dostrzec jej rysów.

Zauważył, że za tą istotą, stoją jeszcze inne – niższe, praktycznie nieruchome. Mgła snuła się między nimi leniwie, jakby sama była najważniejszym elementem tej sceny.

– Naruszyłeś kodeks. Stworzyłeś świat niezgodnie z protokołem – usłyszał.

Głos istoty był jednolity, chłodny, urzędowy.

– Jestem panem…

– Nie musisz się przedstawiać – przerwał, wykonując delikatny gest ręką. – Wiem, kim jest Inkwizytor.

Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Panowała cisza. Zdecydowana. Wyczekująca. Platforma również pozostawała nieruchoma, jakby wstrzymała oddech. Tylko mgła zdawała się niecierpliwa.

– Sumiennie wykonuję swoją pracę – powiedział po dłuższej chwili Marcin.

– Zebrane materiały jasno wskazują, że struktura twojego wariantu jest wadliwa – odparł tym samym urzędowym tonem Inkwizytor. Szybkim ruchem podał mu dokument.

 

Przewodnik chwilę popatrzył na tekst i odpowiedział:

– Przecież te dowody dotyczą małego defektu. Dla mnie struktura jest nośnikiem, a nie głębią świata…

Zamilkł na dłuższą chwilę, jakby próbował zrozumieć zarzuty. Zaczerpnął powietrze i odparł:

– Ty jako urzędnik analizujesz strukturę. Ja patrzę i dbam o to by mój świat oddychał. To nas różni.

Platforma zaczęła pulsować nieregularnie, jakby chciała pokazać, że wspiera Marcina.

– Powtarzam. To nie ma znaczenia. Naruszyłeś kodeks. Wyrok już zapadł. Uruchomiłem przewidziane procedury.

– W każdym urzędzie zawsze są procedury – odpowiedział cicho Marcin. – Możesz próbować wymazać mnie. Ale mojego świata nie jesteś w stanie zniszczyć. W nim żyją istoty, które pamiętają. A pamięć jest silniejsza od wymazania.

Ponownie zapanowała długa cisza, która wręcz błagała o jej zakłócenie.

– To co mówisz nie zmieni wyroku – odpowiedział surowo Inkwizytor.

– Wiem – odparł Marcin. – Nie zmieni wyroku, ale może zmienić ślad jaki po nim pozostanie.

Marcin odwrócił się.

Jeszcze raz dotknął struktury platformy. Ona ciepło zareagowała błyskami. W platformie była cząstka pozostawiona przez profesora Filipa Terriera. Miał wrażenie, że jego przyjaciel stoi obok niego i podaje mu rękę. Za chwilę zobaczył jak dołączył do nich Paweł. Wszyscy byli już razem.

Wiedział, że kiedyś ktoś go sobie przypomni.

Nie jako przewodnika czy paladyna. Ale jako kogoś, z kim zacznie swoją przygodę od nowa poznając jego świat.

Koniec

Komentarze

To opowiadanie należy do cyklu „Strażnicy Kontinuum”. Jest dwunastym i zarazem ostatnim tekstem zamykającym cały cykl opowiadań.

Konstrukcja opowiadania została podzielona na trzy części.

Część pierwsza

Domyka wątki z poprzednich opowiadań dotyczące postaci określanych jako paladyni. Poruszam tu również temat nakładania się wariantów światów bliźniaczych. Nawiązuję w tym miejscu do zjawiska znanego jako „Efekt Mandeli”. Motyw światów bliźniaczych oraz przenikania się wariantów rzeczywistości jest jednym z głównych tematów przewodnich całego cyklu.

Część druga

Przedstawia zwiedzanie Sandomierza śladami serialu „Ojciec Mateusz”. Nawiązuję tutaj do wycieczki, na której byłem około dziesięć lat temu. W tamtym czasie serial był bardzo popularny, a w Sandomierzu organizowano wycieczki prowadzone śladami jego bohaterów. W tym miejscu pojawia się także geneza pierwowzoru postaci Marcina. Inspiracją był starszy, emerytowany przewodnik o imieniu Jan. Być może ktoś z czytelników również miał okazję go spotkać. W opowiadaniu starałem się oddać jego pasję do opowiadania o historii miasta oraz o samym serialu.

Tworząc postać Marcina, wyraźnie widziałem w niej cechy właśnie pana Jana.

Część trzecia

Zakończenie cyklu dwunastu opowiadań, nad którymi pracowałem ponad rok, wymagało znalezienia odpowiedniego pomysłu. Długo zastanawiałem się, jak domknąć tę historię. Ostatecznie okazało się, że życie potrafi pisać najlepsze scenariusze… Na tym zakończę opis tej części.

Nowa Fantastyka