w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34464
w poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34464
Zimny świt uderzył w nich bez litości. Noc nie dała wytchnienia. Sztywność i ból wgryzły się w każde włókno ich nieprzywykłych do trudu ciał. Jęknął głucho przy próbie wstania; skatowane walką z radłem i łopatą plecy i ramiona pulsowały tępo. Każdy gest – naciągnięcie buta, schylenie się po drewno – wymagał teraz świadomej decyzji i zaciśnięcia zębów.
Rutyna dnia: dar dla Mokoszy, rzeka, woda. Oczyścił palenisko, wyłożył dno białymi kamieniami, zniesionymi wczoraj z pola. W ognisku znów bulgotała jałowa zupa z brukwi – ten sam marny posiłek, którym dławili się od kilku dni.
Nad parującymi miskami czuli tylko jedno: zwierzęcy głód tłuszczu i mięsa. Wodnista breja oszukiwała żołądki na krótką chwilę. Nie dawała krzepy, potrzebnej do dalszej walki.
– Dobrze, słuchajcie – zaczął Robert. – Dzisiaj ja zaczynam mój projekt. Idę do wykopu, przynoszę glinę i piasek, i zaczynam wyrabiać masę na pierwszą partię cegieł. Agnieszko, tobie przyniosę kolejny worek.
– A ty, Gniewko… pójdziesz na wspólną łąkę. To od dzisiaj twoja robota, musisz się spisać. Weź sierp, będziesz ciął trawę i nosił ją tutaj. Ile udźwigniesz. Musimy zbierać siano na zimę, żeby bydło nie zdechło z głodu.
Chwycił łopatę. Pierwszy cel: stworzenie warsztatu. Nieopodal chaty wykopał okrągłe zagłębienie. Dziura miała służyć za betoniarkę, serce całej operacji. Potem zaczęły się pielgrzymki.

Szedł do wykopu i wracał. Szedł i wracał. Z każdym nawrotem dłonie zaciskały się mocniej na drewnianych pałąkach, aż palce zbielały i straciły czucie. Ciężar mokrej gliny prostował mu kręgosłup brutalnym szarpnięciem, a ramiona, centymetr po centymetrze, zdawały się wydłużać pod naporem wiader. Gdy je odstawiał, barki pulsowały tępym, rwącym ogniem, kości próbowały przebić skórę. Następnie wyprawy nad rzekę po piasek. Tam, stojąc w lodowatej wodzie, płukał go metodycznie, aż mętna zawiesina mułu ustąpiła miejsca czystym, lśniącym ziarnom.
Agnieszka rozpostarła na ziemi grubą, lnianą płachtę i wysypała na nią ziarno z worka.
On, dźwigając kolejne wiadra wody z rzeki, zatrzymał się na chwilę przy żonie. Pochylił się, opierając dłonie o kolana, próbując unormować oddech.
– Zapotrzebowanie na wodę gwałtownie nam rośnie – wydyszał, ocierając pot z czoła. – złoty deszcz, zupa, a teraz glina… studnia rozwiązałaby nasze problemy.
Pokręcił głową, wiedząc, że w najbliższym czasie to nierealne marzenie, i nie czekając na odpowiedź wrócił do swojego błota.
Jej świat skurczył się do lnianej płachty i suchego szelestu ziaren. Pstryk – paznokieć odrzucał kamyk. Pstryk – fioletowy róg sporyszu lądował w ogniu. Trwała w skupieniu, a jej trud w niczym nie ustępował jego. Palce z każdym dniem nabierały sprawności. Fioletowo-czarne, rogate ziarenka udawały niewinne ziarno, lecz niosły wyrok. Ergotamina. Bezlitosny skurcz naczyń, krew zastygająca w żyłach, sucha zgorzel.
Pod przymkniętymi powiekami wezbrały obrazy koszmaru. Ciemna izba, gęsta od zapachu gnicia. Siostra wyła z bólu, drapiąc uda i błagając o ugaszenie ognia, który pożerał ją od środka. Brat tłukł się o ściany, walcząc z korowodem demonów; piana na ustach, źrenice rozlane w czystym obłędzie. Rodzice z dłońmi czarnymi jak węgiel. Ich palce kruszyły się i odpadały z suchym trzaskiem, bez kropli krwi.

W samym środku tego rozkładu stał on. Mały, bezradny chłopiec. Nie widział toksyn w chlebie. Widział czarty wysysające soki z jego bliskich. Widział opętanie.
Zrozumiała duszny ciężar, który go gniótł. Przetrwał jako jedyny, gdy reszta gniła za życia. To jego ręce podawały im zatrute bochenki. On patrzył, jak gniją, sam nietknięty przez zło. Bał się własnego dotyku.
Każdy odrzucony sporysz oznaczał małe zwycięstwo w walce o zdrowie. W południe przerwała pracę, by zająć się ogniem i wzmocnić resztki porannej zupy. Do garnka powędrowała kolejna porcja brukwi i dwie garście zebranej rano komosy oraz młodej pokrzywy. Uśmiechnęła się gorzko; miała przed sobą jedyne składniki, którym w pełni ufała. Rozważała użycie innych roślin wypatrzonych na łące, lecz naukowa ostrożność brała górę. – Nie znam ich – pomyślała, mieszając zupę. – Nie wiem, jakie mają alkaloidy ani jak reagują po ugotowaniu. Muszę to z kimś skonsultować, zanim zrobimy z siebie króliki doświadczalne.
Gniewko zjawił się dwukrotnie, wlokąc za sobą worki pełne trawy pachnącej słońcem i latem. Zrzucił ładunek w miejsce przeznaczone do suszenia siana, posłał Agnieszce szybki uśmiech i bez słowa pobiegł z powrotem na łąkę. Każdy z nich, na swój sposób, kładł fundamenty pod przetrwanie nadchodzącej zimy.
Obiad zjedli w milczeniu, zbyt wyczerpani na rozmowę. Wymieniali tylko spojrzenia, w których obok znużenia czytało się cichą determinację. Zaraz po nim Robert wrócił do swojego dołu. Nadszedł najważniejszy etap pracy. Zdjął buty i spodnie, wszedł do lepkiej, chłodnej masy. Zaczął deptać.
Ciszę mąciło jedynie miarowe, głuche mlaskanie błota i jego rzężący oddech. Pod stopami czuł gładką, niemal tłustą strukturę gliny, co rusz przerywaną ostrym, szorstkim oporem ziaren piasku. Niezwykłe widowisko szybko jednak przyciągnęło gapiów. Najpierw przybiegły dzieci. Stanęły w bezpiecznej odległości, z otwartymi z ciekawości ustami. Po chwili ich zdumienie przerodziło się w chichot. Dorosły mężczyzna, celowo i boso taplający się w błotnym bajorze, wydał im się najzabawniejszym zjawiskiem, jakie napotkały w swoim krótkim życiu.

Ich śmiech przyciągnął dorosłych. Dwie kobiety wracające z polany z naręczami ziół przystanęły, kręcąc z niedowierzaniem głowami. Siedząca nieopodal Agnieszka, zajęta przebieraniem ziarna, dosłyszała ich przyciszone, lecz wyraźne drwiny.
– Patrzaj, Jaga, co ten dziwak wyprawia. W błocie się nurza jak prosię w chlewie.
– Mój stary, gdyby taką krzepę miał, to by w lesie za zwierzem ganiał, a nie w ziemi grzebał. Strzecha im na łeb leci, a ten zabawy sobie szuka.
Agnieszce wykwitł na policzkach gorący rumieniec wstydu. Pragnęła zapaść się pod ziemię, zniknąć wraz z przesypywanym ziarnem. Zacisnęła zęby, wbijając paznokcie w dłonie i zmuszając się, by patrzeć na płachtę. Wstyd stanowił zaledwie pierwszą, powierzchowną falę. Pod nią kłębił się gniew – zimny i ostry jak odłamek lodu. Jej palce, do tej pory zwinne i precyzyjne, na moment zamarły nad płachtą. Paznokieć, który miał odrzucić kolejne ziarnko sporyszu, z siłą wbił się w zdrowe żyto, niemal je miażdżąc.
Zabawy? – pomyślała z furią. Nazywacie go dziwakiem, bo widzi dalej niż czubek własnego nosa.
Właśnie wtedy nadszedł Dobrogost z innym kmieciem u boku. Przystanęli, wsparci na kosturach, by z wyższością obserwować depczącego w błocie sąsiada.
– Mówiłem wam. Głowę ma w chmurach, a nogi w błocie. Stara izbica mu się na łeb sypie, a ten zabawy sobie szuka.
– Zamiast chudoby doglądać, on w ziemi depcze. Dyć to robota dla wołów, nie dla chłopa.
Śmiech, który przetoczył się przez gromadkę, przybrał na sile i złośliwości. On słyszał to wszystko. Ona widziała, jak jego plecy na moment sztywnieją. Każde słowo i każda kpina raniły niczym ukłucie szpilki; czuła je wszystkie, jakby wymierzono je wprost w nią. Czuła na sobie ich spojrzenia – ciekawskie, pogardliwe, pełne niezrozumienia.
Wy widzicie błoto – kontynuowała w myślach, czując, jak gniew zmienia się w gorzką dumę. – My widzimy piec, który ochroni nas przed zimą. Widzicie chłopa taplającego się w ziemi. Ja widzę męża budującego nam dom.
Na moment przestał, a jego ramiona opadły. W tym jednym geście zobaczyła całe jego zmęczenie i ciężar ich drwin. Ten obraz uciszył jej gniew. Słowa nic tu nie znaczyły. Nie zamierzała wdawać się w pyskówki z ludźmi, którzy i tak nie zrozumieją. Ale gest… gest zrozumieją wszyscy. A przede wszystkim on.
Wstała, otrzepując dłonie z pyłu, i podeszła do krawędzi dołu, podając mu wodę. Zanim odebrał kubek, na ułamek sekundy położyła dłoń na jego zalanym potem, ubrudzonym gliną ramieniu. W jej spojrzeniu próżno byłoby szukać wstydu; malowała się w nim jedynie duma i ciche wsparcie.

Ten niemy gest podziałał na niego jak rozpalone żelazo. Wypił wodę, oddał jej kubek i ponownie zanurzył się w pracy. Lecz teraz coś się zmieniło. Złość i upokorzenie zamieniły się w zimną furię, w paliwo dla jego mięśni. Zacisnął szczękę. Zaczął deptać mocniej, nadał swoim ruchom brutalny, miarowy rytm. Każdym uderzeniem pięty w glinę odpowiadał na ich drwiny. Śmiejcie się – myślał, czując, jak pot spływa mu po plecach. Śmiejcie się, póki możecie. Zobaczymy, czyj śmiech przetrwa pierwsze mrozy, gdy zasiądę przy ciepłym piecu w suchym domu.
Wykonywał pierwotną, brudną i wyczerpującą robotę. Czuł, jak jego nogi zapadają się w błocie, jak każdy krok wymaga siły, by wyrwać stopę z objęć ziemi, która zdawała się wciągać go w głąb. Ale teraz nie walczył już tylko z materią. Walczył z ich ignorancją, każdy ugnieciony kawałek gliny oznaczał małe, osobiste zwycięstwo.
Słońce dawno minęło zenit i zaczęło kryć się za drzewami. Masa w końcu stała się gładką, jednolitą mazią. Wygramolił się z dołu, zlany potem i oblepiony gliną. Chciał od razu zacząć formować cegły, ale gdy spróbował się schylić, poczuł, że jego ciało odmawia posłuszeństwa. Mięśnie drgały w nieskoordynowanych, drobnych konwulsjach, których nie potrafił opanować.
– Gniewko! – zawołał, a jego głos brzmiał ledwo słyszalnie. Chłopiec podbiegł natychmiast. – Liści. Tych największych. Przynieś, ile dasz radę.
Z pomocą malca przykryli szczelnie cały urobek, by nie wysechł przez noc. Robert patrzył na ten kopiec błota, czując jednocześnie rozczarowanie, że nie zrobił więcej i ogromną satysfakcję z tego, co udało mu się osiągnąć. Zyskał namacalny początek. Fundament. Reszta mogła poczekać.
Powłócząc nogami, poszedł umyć się do rzeki. Każdy krok wymagał osobnego wysiłku. Dorzucili jeszcze drwa do ognia, podgrzali zupę. Potem usypali żar, by szczelnie otulił kamienie. Resztką sił wrócił do chaty, nie pamiętał nawet, jak kładł się na twardym łożu. Po prostu opadł w ciemność.
Hej,
to fragment i z tego, co widzę, głównie je publikujesz. I z tego, co widzę raczej nie przyciągają uwagi – głównie dlatego, że to fragmenty, ale też dlatego, że sam nie udzielasz się u innych (w sumie zajrzałam tu z ciekawości, bo pod moim ostatnim opkiem zostawiłeś ocenę gwiazdkową, ale bez uzasadnienia).
A skoro już zajrzałam i przeczytałam kawałek (bo w którymś momencie jednak odpadłam), to garść uwag niżej.
Ogólnie językowo jest dość sprawnie, ale pojawiają się jakieś potknięcia typu powtórzenia:
Zimny świt uderzył w nich bez litości. Noc nie dała wytchnienia. Sztywność i ból wgryzły się w każde włókno ich nieprzywykłych do trudu ciał. Jęknął głucho przy próbie wstania; skatowane walką z radłem i łopatą plecy i ramiona pulsowały tępym bólem. Każdy gest – naciągnięcie buta, schylenie się po drewno – wymagał teraz świadomej decyzji i zaciśnięcia zębów.
Gdy je odstawiał, stawy w barkach pulsowały tępym, rwącym ogniem,
dziwna zbitka
Później odpadłam, bo historia raczej nieciekawa. Może dlatego, że to fragment, już któryś z kolei, więc większość kwestii została wytłumaczona wcześniej.
A, i to AI slop to dla mnie żadna wartość dodana, wprost przeciwnie, ale co tam kto lubi :)
Podsumowując, jeśli chcesz przyciągnąć do siebie czytaczy, lepiej może na jakiś czas zrezygnować z fragmentów, których raczej nikt nie będzie czytać i stworzyć opowiadanie – nawet w ramach tego uniwersum. No i dodać do tego garść aktywności na forum, bo to jednak w sporej mierze barter i coś za coś.
dzięki za opinię.
dałem tobie ocenę bo opowiadanie było ciekawe. Nie chciałem dublować komentarzy. A ocena w stylu “fajne opowiadanie” zawiera się w ocenie punktowej.
Nie chodzi o dublowanie komentarzy, chodzi trochę o aktywność. Jeśli publikujesz regularnie na forum, to zgaduję, że zależy Ci na opiniach innych – aby ich jednak zachęcić do zaglądania do Ciebie, warto wykazać się jakąś inicjatywą i tym samym pokazać/zaznaczyć obecność :)