Niektóre światy nie gasną nagle. Trwają jeszcze przez chwilę, jakby nie wiedziały, że już zapadła decyzja.
Dzisiaj mam kolejne wezwanie. Szybka odprawa w hubie na Świętym Krzyżu, mgła – i już pojawia się dokładnie znana mi platforma, w miejscu poza czasem, świecąca jak zwykle bladym, rozproszonym światłem.
Dziwne. Dziś jestem pierwszy. Rzadko się to zdarza. Zwykle spotykam kogoś z naszego zespołu. Najczęściej Anię i Rafała, czasem Pawła, a zupełnie sporadycznie moją żonę, Kasię. W miejscu poza czasem pochodzimy z różnych światów, ale z Kasią najczęściej jesteśmy małżeństwem. To po prostu się czuje – w spojrzeniu, w sposobie, w jaki pojawia się obok mnie.
Profesor Filip Terrier zjawił się po chwili i jak zwykle zaczął opowiadać o nowej misji.
Ten świat miał numer, którego nigdy nie zapamiętałem. W dokumentach figurował jako stabilny. Prognozy mówiły: dziewięćdziesiąt siedem procent szans na przetrwanie. Dla Filipa to było wystarczająco dużo, by nie wysyłać pełnego zespołu.
Dla mnie – wystarczająco mało.
Filip powiedział spokojnie:
– Adaś. Zadanie jest proste. Jedna decyzja polityczna. Jedno wystąpienie transmitowane na żywo. Jedno zdanie, które – wypowiedziane w odpowiednim momencie – ma szansę odsunąć konflikt o kilka lat. Wystarczająco długo, by linia się ustabilizowała. Masz być doradcą. Nikim ważnym. Tłem.
Zadania określane przez Filipa jako „proste” nigdy takimi się nie okazywały. Każde było trudne. Każde wymagało precyzji i planu. Rutyna stawała się największym wrogiem – to ona najczęściej wszystko psuła.
Na ekranie utkanym z mgły Filip pokazał mi dwie postacie: polityka, którego znałem również z mojego wariantu świata, oraz kobietę, dzięki której mogłem się do niego zbliżyć.
Transfer świadomości do tego wariantu przebiegł sprawnie. Skafandrem, który mi przydzielono, okazał się młody mężczyzna. Ocknąłem się, siedząc na schodach w jakiejś kamienicy. Beton był chłodny i popękany. Na poręczy ktoś wydrapał imię i datę. Przetarłem je palcem. Został biały pył.
Tak bywało w światach granicznych. Jeszcze istniały. Ale już wiedziały.
W takich misjach najtrudniejsze było nie zrobić niczego za dużo. Strażnik musiał działać jak chirurg – jeden ruch, jedno cięcie.
Wstałem i rozejrzałem się. Marcin wybrał dobre miejsce na wejście w skafander: odludzie, cisza, spokój. Wiedziałem jednak, że muszę dostać się do centrum, a jak na Warszawę był to spory kawałek.
Unikałem prywatnego transportu. Zamówienie taksówki zawsze niosło ryzyko ingerencji w cudze kontinuum. Jeśli już musiałem się przemieszczać, wybierałem komunikację miejską. Ryzyko było wtedy minimalne.
Okazało się, że skafander jest studentem i ma bilet miesięczny. Dojazd do centrum nie niósł więc żadnych konsekwencji.
Pojawił się przebłysk w moim umyśle. Zawsze je miałem w trakcie misji. Pomagały. Szybki napływ informacji: gdzie i kiedy znajdę kobietę wskazaną w zadaniu.
Spotkałem ją w windzie.
Miała na sobie płaszcz i torbę przewieszoną przez ramię. Spojrzała na mnie krótko, bez ciekawości. W różnych wariantach była kimś innym: naukowcem, matką, czasem ofiarą.
Tutaj była znaną dziennikarką w jednej z prywatnych telewizji. Zerknąłem na identyfikator: Marlena Wydra.
– Piętro czwarte – powiedziała.
Skinąłem głową.
– Dziś będzie się działo – dodała, jakby mówiła o pogodzie.
– Zawsze się dzieje – odpowiedziałem.
Uśmiechnęła się lekko.
Wysiadła. Drzwi windy otwierały się powoli, jakby nie chciały jej wypuścić. Poszedłem tuż za nią.
Plan zakładał brak interakcji spoza zakresu. Żadnych rozmów. Żadnych impulsów. A jednak stojący przed salą konferencyjną ochroniarz uznał nas za parę. Być może pomyślał, że Marlena prowadzi studenta dziennikarstwa. Przy sporym ruchu zdał się na jej autorytet.
Gdy wszedłem na salę, pojawił się kolejny przebłysk. Wiedziałem już, że coś się przesunęło. Nie byłem pewny, co spowodowało tę zmianę w wariancie, ale wiedziałem, że muszę działać szybko. Mężczyzna stojący przy mównicy był blady. Ręce mu drżały. Tego nie zakładały symulacje Filipa. To mikropęknięcie: moment, w którym człowiek jeszcze może, ale już nie potrafi.
Pomyślałem o Filipie. O tym, co zawsze powtarzał: że świat nie pęka naraz. Że zawsze zaczyna się od ludzi.
I wtedy zrobiłem coś, czego nie było w planie.
Podszedłem. Położyłem mu dłoń na ramieniu. Tylko na sekundę.
– Nie musi pan dziś wszystkiego mówić – powiedziałem cicho. – Czasem wystarczy jedno zdanie.
Spojrzał na mnie. W jego oczach zobaczyłem ulgę… i strach. Skinął delikatnie głową, jakby próbował sobie przypomnieć, kim jestem i czy już mnie gdzieś widział.
Zapadła cisza. Transmisja ruszyła.
Polityk zaczął mówić. Stres powoli z niego opadał. W pewnym momencie spojrzał w moją stronę. Padło właśnie kluczowe zdanie, które miałem dopilnować, by wybrzmiało z jego ust.
Ale było inaczej wypowiedziane. Subtelnie. Prawie niezauważalnie. Za mało odważne. Zbyt ludzkie.
Nie czekałem na koniec konferencji. Kolejny przebłysk dał mi odpowiedź.
Zawaliłem.
Konflikt nie wybuchł od razu, ale wiedziałem już, że ten świat nie ma czasu na stabilizację.
Zrobiło mi się duszno. Wychodząc, zabrałem ze stolika butelkę wody i opróżniłem ją na korytarzu.
Wszędzie kręcili się ludzie. Ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś gestykulował w dyskusji. Dwie młode kobiety śmiały się głośno przy automacie z kawą, gdy obok przechodził chłopak.
Każdy miał plany. Marzenia. Nadzieję.
Tylko ja miałem w sobie żal.
W tramwaju nie patrzyłem na miasto. Zamknąłem oczy, udając sen. Wysiadłem i niemal biegiem wróciłem na klatkę schodową, w której przyjąłem skafander.
Marcin już czekał. Widział, że jestem wściekły na siebie, więc nic nie mówił. Wskazał tylko, żebym podszedł bliżej.
– Ile jeszcze mają czasu? – zapytałem.
– Pięć lat – odpowiedział spokojnie. – Ale we względnym spokoju może trzy i pół. Dalej nie chcesz wiedzieć.
Nie dopytywałem.
Mgła przyszła zbyt szybko. Czułem ból – nie fizyczny, lecz strukturalny. Jakby coś we mnie zostało w tamtym świecie, ale bez miejsca, do którego mogłoby wrócić.
Filip czekał.
Nie patrzył na mnie od razu. Bałem się jego reakcji, ale wiedziałem, że muszę się z tym zmierzyć.
W końcu się odwrócił.
– Zmieniłeś trajektorię.
– Wiem. Jestem tego świadomy.
– Nie miałeś prawa.
– Miałem coś gorszego. Wybór.
Patrzył na mnie długo.
– Ten wariant już nie ma szans – powiedział w końcu. – Ale w innych równoległych misjach opóźniłeś trzy… może cztery inne warianty. Tamci prawdopodobnie mają szansę.
– To wystarczy?
Filip milczał chwilę.
– Światy nie liczą się jak punkty – powiedział w końcu.
Odwrócił się.
– Zostanie po tym wariancie ślad – dodał cicho. – W tobie zostanie.
Popatrzył jeszcze chwilę na mnie i zniknął bez pożegnania.
Od tamtej pory czasem czuję ten wariant we śnie. Świat, który nie przetrwał. Miasto bez przyszłości. Kobietę z windy. Dziewczyny przy automacie z kawą. A nawet mój skafander.
Ten ciężar odpowiedzialności jest we mnie jak blizna. Marcin mówi, że to normalne. Że świadomość musi gdzieś przechować stratę. Ale ja wiem jedno: nie każdy świat da się uratować. Ale każdy zostawia po sobie ślad. I ktoś musi go pamiętać.
To, że Adaś czuł we śnie wariant świata, który pozostawił w nim ślad, było bardziej realne, niż przypuszczał.
Ślad nie został tylko w pamięci. Ślad pozostawił otwarte połączenie.
Strażnicy nazywali je nicią. Naturalnym odruchem po zakończeniu nieudanej misji było jej odcięcie. Tak naturalnym, że żaden ze Strażników nawet nie wspomniał o tym Adasiowi.
Tymczasem nić Adasia ze światem tamtego wariantu trwała.
A dokładniej – była powiązana z jego skafandrem.

Grzegorz Kryk, w którego ciele przez kilka godzin gościła świadomość Adasia, był studentem historii na Uniwersytecie Warszawskim. Od pewnego czasu miał wrażenie, że świat biegnie nie z nim, a raczej obok niego. Czuł, jakby się spóźniał względem wydarzeń.
Nie w sprawach ważnych – na autobus, na wykłady, na spotkania przychodził punktualnie. Chodziło raczej o coś innego. O uczucie, że jakaś rozmowa już się wydarzyła. Że decyzja została podjęta wcześniej. Bez niego.
Pierwszy raz zauważył to, gdy siedział w czytelni, przeglądając stare gazety na mikrofilmach. Szukał konkretnej daty, konkretnego artykułu. Kiedy przewijał taśmę, przez moment zobaczył artykuł w gazecie, którego nie powinno tam być.
Nagłówek przedstawiał polityka oraz jedno zdanie, jedną decyzję, uznaną za kluczową w ratowaniu gospodarki.
Data artykułu wskazywała na kilka tygodni wstecz, a jednak nie potrafił sobie przypomnieć, by takie zdanie kiedykolwiek padło z ust tego polityka.
Mrugnął. Tamten artykuł zniknął. W jego miejsce pojawiła się jakaś mało ważna informacja. Próbował przewinąć mikrofilmy, ale nie znalazł już tego fragmentu. Uznał, że to zmęczenie.
Dorabiał jako archiwista w państwowym urzędzie. Porządkował cudze historie – daty, nazwiska, fakty. Przeszłość była stabilna.
A jednak czasem miał wrażenie, że brakuje w niej czegoś, co pamiętał, że tam istniało.
W snach bywało gorzej. Zawsze wracała mgła, platforma i głosy, które mówiły o nim, choć nie widział twarzy.
Budził się z poczuciem winy, nie wiedząc, za co.
Pewnego dnia, wracając z archiwum, zauważył kobietę stojącą po drugiej stronie ulicy. Nie znał jej. A jednak serce zabiło mu szybciej, jakby rozpoznał kogoś bliskiego. Kobieta spojrzała w jego stronę. Ich wzrok spotkał się na ułamek sekundy. I wtedy poczuł coś dziwnego.
Jakby rzeczywistość się zawahała. Jakby świat wstrzymał oddech. W jego umyśle pojawił się przebłysk. Obca myśl: „Gdyby ten wariant przetrwał, byłaby moją żoną.”
Kobieta odwróciła głowę. Zapaliło się zielone światło. Przeszła przez pasy i zniknęła w tłumie. Nie rozumiał tych myśli. Nie wiedział, skąd się wzięły. Nigdy więcej jej nie zobaczył.
Od tamtej pory uczucie „spóźnienia” stało się silniejsze. Czasem, stojąc w kolejce w sklepie, miał wrażenie, że ktoś powinien stać obok niego. Że jakaś wersja jego samego już tu była. I odeszła. Zaczął zapisywać sny. Daty. Godziny. Krótkie zdania, które zostawały mu w głowie po przebudzeniu:
„Nie ingerować.”
„Punkt niestabilny.”
„Obserwować.”
Brzmiało to jak fragmenty raportów operacyjnych, które często czytał w archiwum.
Miał wrażenie, że jest połączony z czymś innym. Z czymś niewytłumaczalnym, co próbowało przekazać mu wiadomość.
Przez kilka dni chodził jak w transie. Świat wydawał się jednocześnie zbyt realny i zbyt kruchy. Ludzie w tramwaju. Dzieci na placu zabaw. Rozmowy o niczym.
Zaczął się zastanawiać, co by było, gdyby żył w innych wariantach rzeczywistości.
Czy byłby kimś innym?
Czy miałby te same odczucia?
Czy to dar – czy choroba?
Z czasem we śnie pojawiały się inne wersje jego samego. Wiedział, że są bezpieczne.
Nie widział tam jednak siebie takiego, jakim był teraz.
Kilka miesięcy później w mediach pojawiły się pierwsze wiadomości. Napięcia polityczne. Zapowiedzi demonstracji. Decyzje odkładane „na później”. Media mówiły o stabilności, ale on widział pęknięcia. Takie same, jakie widywał w snach. Świat nie gasł od razu. Jeszcze działały kawiarnie. Jeszcze ludzie planowali wakacje. Jeszcze nikt nie mówił słowa „koniec”.
A on miał coraz silniejsze poczucie, że powinien być gdzie indziej. Że nieobecność, którą czuł, nie była nieobecnością jego w świecie – ale świata w nim.
W noc, gdy po raz ostatni śniła mu się platforma, nie słyszał już rozmów. Zobaczył tylko jedną postać, stojącą bokiem.
– Przepraszam – powiedział głos. – Musiałeś zostać w tym wariancie.
– To znaczy, że…? – spróbował zapytać Grzegorz.
– To znaczy, że świat jeszcze oddycha. Ale dla twojego wariantu nie ma już ratunku.
Postać skinęła głową. Mgła zgęstniała.
– Będę cię pamiętał – te słowa były w głowie Grzegorza po przebudzeniu.
Nazajutrz poszedł do archiwum jak zwykle. Usiadł przy biurku. Otworzył teczkę z dokumentami. Na marginesie jednej z kart zobaczył ołówkowy dopisek, którego nie pamiętał, by kiedykolwiek zrobił. Było to słowo: „pamiętam”.
Świat wokół niego trwał. Nie wiedział, jak długo jeszcze.
Nie rozumiał tego, co go czeka. Ale wiedział jedno: jeśli kiedyś wszystko zgaśnie, to on nie zniknie bez śladu.
Bo ktoś to pamiętał.
A czasem – to wystarczało.