- Opowiadanie: Rocky - Back Street Tattoo: Irlandzki pub

Back Street Tattoo: Irlandzki pub

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Back Street Tattoo: Irlandzki pub

– A co ty taki Bynek wesoły, co? – łysy za ladą rzucił kumplowi jasnoszare spojrzenie wiecznie załzawionych oczu. – Ognia chociaż masz?

Wielkolud o rdzawych włosach zwany Bynkiem wyciągnął z kieszeni dżinsowej kamizelki zieloną zapalniczkę, podrzucił ją do góry, i złapał pozwalając by wcześniej wywinęła w powietrzu kilka koziołków. Podając ją łysemu uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Wiosna, wszyscy zdrowi, aspirant Szpagielski na chorobowym i za trawkę nie ściga, to co mam beczeć i zdychać jak ty? Chłopie wyjrzyj no z tej nory, pączki na drzewach, te sprawy… – wskazał ręką za okno witryny.

Za oknem czaiła się przytłaczająca betonowa ściana kamienicy po drugiej stronie ulicy, pełna szczeniackich bohomazów takich jak: ‘KOCHAM ELKĘ’ i ‘WIDZEW KUCA NA SIKU’. Zieleniących się krzaków absolutny brak, w podobnych rejonach było to powszechne. Pracownicy miejsc jak Back Street Tattoo orientowali się w zmianach pór roku głównie z ubioru klientów.

– No dobra, tutaj nie widać, ale wyjdź do parku, Skallet. – Bynek potrząsnął głową z werwą. – Marnujesz się tu.

– Marnuję, powiadasz? A kto, powiedz mi, przylata do mnie jak potrzebuję coś… – zaczął Skallet, a dym leniwie wypływał z jego anemicznie poruszających się ust.

– Dobra, dobra, chodziło mi o to, że wyglądasz jak jakaś strona w starym elementarzu. Żółtoblady taki i wymemłany.

– A co się tobie na poetyckie porównania zebrało? Ty na budowie robisz, nie zapominaj, Bynek – wtrącił łysy.

– A ty za to ledwie się utrzymujesz z tej budy.

– Powtarzam: powiedz mi kto tu przylata…

– Nic się z tobą nie da pogadać! – burknął potężny mężczyzna również decydując się na szluga i odbierając kumplowi zapalniczkę.

Zamruczał coś jeszcze nerwowo pod nosem, zaciągnął się i wyjrzał przez okno na niezmiennie szary krajobraz łódzkiej rzeczywistości. Potem znów obejrzał się na Skalleta, pokręcił głową, rzucił okiem na staranne szkice leżące na biureczku obok lady, na wytarte do połysku igły do tatuażu i poukładane kolorami specjalne tusze. Na górze odcienie szarości, niżej te zimniejsze przechodzące powoli w ciepłe czerwienie, oranże i beże. Bynek postąpił krok w stronę ołtarzyka tatuażysty i przejechał opuszkami palców niedźwiedziej dłoni po zakrętkach od wielobarwnych słoiczków.

– Ty tu masz kolory – uznał spokojnym, jakby przepraszającym tonem.

– Mam, Bynek. – Skallet mówił cicho, ale wyraźnie. – Mam. I taki zielony jak te liście, i białoróżowy jak kwiatki na drzewach. I nawet błękit jak niebo. Ale też mam szary jak deszcz, i jak te mury, jak zima, jesień, jak samochody i ludzie w tym zasranym mieście.

– Mówię, że nie takie zasrane. Chodź do parku. – Nie poddawał się Bynek.

– Sam mówisz, że się Back Street słabo kręci. Musze być na miejscu. Na wszelki wypadek.

– Ale…

– Bynek, nie lubię ci tego wypominać, ale byłbyś na dnie, gdyby nie to studio, gdyby nie ja!

Wielkolud skrzywił się, choć jeszcze parę chwil temu zdawało się, że nic nie było w stanie zmącić jego nieposkromionego entuzjazmu. Oklapł i osunął się na kanapę. Skalletowi przypomniało się, kiedy w takiej samej pozycji, z miną zbitego psa, siedział w Back Street Tattoo piętnaście lat temu, jako niespełna dziewiętnastoletni szczyl.

***

Gapił się, ze strachem i złością na samego siebie, wprost na czubki ciężkich sznurowanych butów, a wokół leżała roztrzaskana szyba z witryny, wśród nich utytłany kurzem i psimi ekskrementami kamień, który za sprawą kopnięcia wielkiej jak dąb nogi niefortunnie zaleciał stanowczo za daleko. Wizualnie identyczny jak piętnaście lat zarówno wstecz, jak i w przód, stał nad rudym chuliganem Skallet. Zakasał rękawy wysłużonej flaneli, i byłby nastroszył brwi, gdyby jego głowa nie była całkowicie pozbawiona owłosienia łącznie z tym nad oczodołami.

– Synek, sprzątasz i odkupujesz. Inaczej policja – warknął tym cichym i nieznoszącym sprzeciwu głosem.

– Ale psze pana… Nie mam pieniędzy, przepiłem, matka nie da, a na policji to… – Spojrzenie Bynka stało się jeszcze bardziej przerażone. – A na policji to jest sukinsyn Szpagielski.

– Sławetny Szpagielski – mruknął tatuażysta sprawiając wrażenie, że go to bawi.

Jednak wrażenia miały to do siebie, że bywały mylne. Dziewiętnastoletni Bynek przekonał się o tym, gdy odważył się spojrzeć Skalletowi w twarz. W niewzruszoną, niezmiennie ponurą twarz.

– W dupie mam Szpagielskiego. I twoje pieniądze też, bachorze. Szyby nie mam w dupie. Tej właśnie co na ziemi leży, i tej która musi zostać wstawiona na miejsce tej starej, za twoje pieniądze. Nie pogubiłeś się, synku? Powtórzyć? – Ton cały czas pozostawał spokojny i dobitny.

Bynek skurczył się w sobie.

– Kiedy ja…

– Kurwa! – syknął łysy właściciel studia. – Mówię, że w dupie mam twoją kasę!

Rudzielca mimo strachu zaczęła irytować ta rozmowa.

– Nie ma kasy, nie ma szyby – bąknął.

– Będziesz mi, szczylu, warunki dyktował?

– To warunki raczej handlu, nie moje. Płacić trzeba.

– Stul mordę!

I zamilkli, oboje. Skallet powoli analizował sytuację od początku, a wielkolud oczekiwał werdyktu. Naturalnie przemknęło mu przez głowę, żeby uciec, bo łysy zdawał się być w kondycji nałogowego palacza, ale miał dziwne przeczucie, że to przysporzyłoby mu jeszcze więcej kłopotów.

– To co? – zapytał w końcu nie wytrzymując w ciszy.

– Jest jeszcze jedna opcja. Wymaga od ciebie maksymalnego zaangażowania i, choć zabrzmi to groteskowo, wiary. Jak masz na imię, chłopcze? – spytał tatuażysta.

– Bynek, psze pana.

– Tak ci matka dała? Bo uwierzę.

– Zbigniew, Zbigniew mi dała. Zbigniew Rasiński – zreflektował się rudowłosy chłopak.

– Słuchaj no, szczylu Rasiński. Nie dziwi cię, że ta melina nie zbankrutowała? – Skallet spojrzał Bynkowi w oczy, który ledwo wytrzymał wilgotny, załzawiony wzrok. – Jasne, że nie dziwi, kto teraz w szkołach wspomina o ekonomii. Nieważne. – Nabrał powietrza. – Nie zbankrutowała, bo to miejsce jest całkowicie popierdolone i generalnie ja sam jestem popierdolony. Widzisz to?

Łysy wskazał na wielki wytatuowany napis Back Street Tattoo na przedramieniu. Był identyczny, w tym samym neonowo różowym kolorze, co ten na szyldzie studia.

– Tatuaż powstał dokładnie tydzień przed samym Back Street. Sam to wytatuowałem. A siedem dni później dostaję propozycję otwarcia studia. Zbieg okoliczności? – Skallet uniósł łuk brwiowy, co pierwszy raz od rozpoczęcia rozmowy uczyniło jego wyraz twarzy nieco innym.

– Nie? – Bardziej zapytał, niż stwierdził Bynek.

– Otóż to. Nie.

Podciągnął połę flaneli wyżej i na brzuchu w całej okazałości Bynek zobaczył rząd kolorowych farbek. Identycznych do tych, co stały na biureczku.

– Dwa dni po tym – wskazał na tatuaż – paczka z tuszami leżała pod drzwiami. Zaczynasz rozumieć?

– Rozumiem – odparł Bynek zgodnie z prawdą. – Moża by rzec, że jest pan najbardziej czaderskim czarodziejem na świecie.

Skallet westchnął.

– Można to tak ująć. Łatwo łyknąłeś. I dobrze.

Znów nikt się nie odzywał, oboje trawili pewne informacje. Zbyszek intensywnie zastanawiał się nad możliwościami tatuażysty, a Skallet trapił się w myślach, czy aby na pewno nie popełnił błędu. Obserwował przygryzającego wargę wielkiego młodzieńca o długich za ramiona rudych skołtunionych włosach, odzianego w wytartą podkoszulkę z logo Judas Priest i luźne bojówki z nogawkami wetkniętymi w wojskowe buciory. Swój chłop, rzekliby niektórzy. Pieprzony satanista, rzekłaby reszta.

– A jaki to ma związek z szybą? – zadał w końcu kluczowe pytanie Bynek.

No, pomyślał Skallet, i bystry w miarę.

– To, że zaraz sypnę ci nowiuteńką szybę na przedramieniu. Boli tylko trochę, wytrzymasz.

***

Piętnaście lat później szyba-tatuaż prezentowała się tak samo majestatycznie i żenująco jak tego pamiętnego dnia, kiedy wiecznie młody i wiecznie stary tatuażysta skumplował się z rudym rozrabiaką, później kobieciarzem i zażartym fanem amerykańskich motorów. Jego plecy, nogi, ramiona, brzuch, nawet palce zdobiły niezliczone tatuaże, drobne i większe, w zależności od wagi życzenia.

Największy był Harley Davidson zajmujący przestrzeń od łopatek do krzyża.

Wspominali wszystko w ciszy, zabawne historie, które wiązały się z niektórymi życzeniami, chwile kiedy jeden pomagał drugiemu wykaraskać się z jakiejś nieprzyjemnej komplikacji, o jakie było łatwo w mieście Łódź. 

Palili, patrząc na szary beton.

– Wiesz, Skallet, odwaliłbym coś takiego wiesz… – Bynek zamachał dłonią.

– Nie wiem.

– Żeby znów się poczuć jak dzieciak.

– Chłopie, ty się tak czujesz całe życie, nie oszukujmy się. – Tatuażysta pokiwał głową z udawanym politowaniem.

– A ty? Całe życie jesteś taki… dorosły? – spytał rudzielec nietypowo poważnym tonem. – Ile ty masz lat, co?

– To nie jest ważne, a taki jaki jestem… jestem odkąd pamiętam – odparł łysy wymijająco.

Bynek popatrzył się na kumpla usiłując zrozumieć, ale ostatecznie dał sobie spokój. To jak zwykle nie miało najmniejszego sensu, wielkolud od dawna był przekonany, że Skallet ma na nazwisko Zagadka. Westchnął skrycie i upuścił wypalonego papierosa na stare linoleum. Rozdeptał niedopałek, i kopnął w kąt do sterty innych petów.

– No, ale coś szalonego, nie korci cię to? Co jakby… nie wiem… Zakraść się do jakiegoś zagorzałego katola w nocy i wywalić mu na łbie tatuaż ‘ave satan’? – zaproponował.

Tatuażysta znów spojrzał się z politowaniem, lecz już nie udając.

– Ja ci przypominam tylko, ale ty masz pracę. A z pracy, nie wiem czy wiesz, można wylecieć na zbity pysk. Między innymi za taką akcję. Zresztą, co za poroniony pomysł? Włamanie? Dla, kurwa, żartów? Bynek, zlituj się… – Skallet pokręcił głową.

– Nic się nie znasz.

Rudowłosy zerknął na wiszący zegar i potarł dłonią twarz. Dziewiętnasta za pięć dawała się we znaki, biorąc pod uwagę pobudkę o czwartej by wpół do szóstej, po godzinnej tułaczce MPK, dotrzeć na budowę. Chciało mu się rzucić na skrzypiący od starych sprężyn materac i zasnąć niedźwiedzim snem. Aż do kolejnej czwartej nad ranem.

– Będę leciał – wyprostował się i roztarł kark. – Do miłego, Skallet.

– Trzymaj się, Bynek.

***

Na szczęście z Back Street do zapyziałej kawalerki Bynka piechotą było zaledwie dziesięć minut. Szedł jednak z trudem, doskwierało mu zmęczenie i poczucie okropnej monotonii. No i ten okropny głosik z tyłu głowy: „Ty? Ty się nudzisz? Praca? Rutyna? Zbyszek Rasiński jesteś, Bynek! Zrób coś! Zaszalej! Żeby cię na tym nędznym padole łez zapamiętali, pokaż im, a co!” Rudzielec kopnął leżący na drodze kamyczek patrząc jak z impetem toczy się po krzywym chodniku skacząc jak piłka zmyłka. W końcu wypadł na ulice, zginął pod kołami. Bynek zaklął.

A gdyby tak dzisiaj nie wracać do domu?

A gdyby znów zrobić coś takiego, jak wtedy, kiedy wjechał Harleyem w kaplicę?

Albo jak wtedy, gdy wytatuował sobie trzy szczeniaki Chihuahua, żeby poderwać pewną blondyneczkę z baru, której objętość biustu była wprost przeciwnie proporcjonalna do objętości mózgoczaszki?

A może znów sprzedać mieszkanie w diabły, jak tamto pierwsze, i z radością stawić się w Back Street mówiąc, że nie ma gdzie mieszkać?

Bynek chciał. Ale nie miał siły, czuł się dziwnie staro z myślą, że jutro czeka go kolejny nudny dzień na budowie, piwo za toitoiami w przerwie koło jedenastej, potem następne o piętnastej, jeszcze dwie godzinki i znów do Skalleta, kolejne piwo, dom, spać, czwarta rano, MPK, piwo…

– Niech to szlag! – zatrzymał się. Ze złością spojrzał na swoje odbicie w brzydkiej, śmierdzącej kałuży pod latarnią.

Nie wracam do domu, postanowił.

Zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni, po trzech minutach znów stanął w progu Back Street Tattoo.

– Weź no mi wytatuuj Irlandię – rzekł zdecydowanie do Skalleta, który z niemym zaskoczeniem lustrował przyjaciela w drzwiach spojrzeniem.

– Nie no, bez takich numerów… – Tatuażysta jęknął.

– Zapłacę ci przecież, nie marudź – zirytował się wielkolud.

– Ale czemu akurat Irlandia, co?

– A nie wiem… Lubię zielony. No i mają Guinnessa – Bynek posłał ponury uśmiech.

– No… Dobra. Czekaj – mruknął bez przekonania łysy, i wstał niepewnie z taboretu za ladą. Podszedł do obdarzanego nabożną czcią biurka, i zabrał się do wycierania i sterylizowania igły. Nagle zamarł w pół ruchu.

– Jak ja mam ci, cholera, namalować Irlandię, hę? Co ja, encyklopedia? – zapytał ochryple.

– Ano… Może po prostu nazwa wystarczy. Tylko, no, po irlandzkiemu musi być. Jak to będzie? Bo ja wiesz, noga jestem z języków. Mamusia zawsze mówiła, że kim jak kim, ale poliglotą nie zostanę – zamyślił się rudzielec. – A ty wiesz jak to będzie? Irlandia?

– Przecież tam żaden Irlandzki, tylko normalny brytyjski. Znaczy trochę inny. Ale to będzie tak samo. – Skallet zastanawiał się intensywnie, polerując igłę. – Irish? Nie, jakoś inaczej…

– Tak! Tak, Irish! To jest to, dawaj te pędzelki… – Bynek rzucił się na wyświechtany fotel, który zaskrzypiał niebezpiecznie pod jego ciężarem. Ułożył ramię na podłokietniku i wskazał na skórze wąską, nietkniętą tuszem szczelinę między otwieraczem do piw z logo The Rolling Stones a książką pod tytułem „Co właściciele motorów muszą wiedzieć o swoich maszynach”.

– Ale ja naprawę nie jestem pewien, czy to jest dobra forma, to irish – ociągał się Skallet.

– Pisz! Tu! – Bynek przebierał nogami jak mała dziewczynka.

– Czy ty to przemyślałeś? Pieniędzy nie masz! I wszystko zostawisz!

I mnie zostawisz, pomyślał też Skallet, lecz nie powiedział tego głośno.

Rudowłosy wielkolud zastanowił się przez chwilę.

– To napisz, że dwa tygodnie. Wrócę, muszę wrócić, racja Skallet – zdecydował.

Tatuażysta westchnął niegłośno, lecz wyraz jego wilgotnych oczu nie zdradził nic a nic, Bynek widział w nich tylko ponurą obojętność, choć czuł, że kryje się za tym coś więcej.

Nie minęło pięć minut, a łysy odsunął skupione oblicze od wielkiego ramienia rudego kolegi. Wyłączył rzężącą maszynę i odłożył narzędzia na odpowiednie miejsca na biurku. Ładnie wszystko wyczyścił, w końcu przetarł zmoczoną w odpowiednim płynie szmatką świeży tatuaż Bynka.

– Gotowe – bąknął.

– Za ile zadziała? – wielkolud zeskoczył z fotela z impetem, i głośno wylądował na podłodze.

– Dobrze wiesz, że to od dwóch do dziesięciu dni – odpowiedział cicho Skallet.

– Nie da się tego jakoś… przyspieszyć? – spytał Zbyszek z nadzieją.

– Pytałeś o to nie raz. Nie da się.

– A może jednak…

– Nie da się, do cholery! Jak tak ci zależy, żeby zostawić biedne Back Street, to leć, śmiało! Może uda ci się coś wymyślić! Ja tu będę gnił, z dwoma klientami w tygodniu, a ty, proszę cię bardzo, zdobywaj świat! – wykrzyczał Skallet.

Bynek osłupiał, zbaraniał. Stał na środku salonu przyciskając wielką łapę do dziary z biletem do Irlandii i gapił się na przyjaciela wzrokiem sugerującym, że właśnie zamiast znajomego tatuażysty widzi kosmitów, co najmniej setkę. Nigdy, przenigdy w swoim niedojrzale kobieciarskim życiu z nutą zamiłowania do motorów nie pomyślał nawet o tym, że Skallet jest w stanie się zdenerwować w taki sposób. Skallet nie krzyczał. Skallet nie wyładowywał frustracji.

Skallet nie okazywał emocji.

A jednak. Skallet krzyknął, wyładował i okazał. I cały czas to robił, stojąc z wściekle nabiegłymi krwią oczami i wykrzywionymi groteskowo wargami. Tylko spojrzenie miał tak samo ponure jak zawsze.

– Idź! Nie wahaj się, pieprzony przerośnięty dzieciaku! – warknął, tym razem ciszej.

– Skallet…

– Idź.

– Skallet, ja wrócę! Wrócę, chłopie, bo co ja bez ciebie zrobię? Co ty zrobisz beze mnie, co? – Bynek zdobył się na to, by podejść do przyjaciela i klepnąć go w ramię.

Po tym geście Skallet uspokoił się w przeciągu jednej zaledwie sekundy. Wrócił do normalnego dla niego stanu, do burego wyrazu twarzy i rąk splecionych na piersi.

– idź – powtórzył, spokojnie.

Bynek poszedł.

***

Tak bardzo, bardzo mocno chciał jak najszybciej dostać się do Irlandii, że wiedziony dziwnym impulsem wsiadł do przejeżdżającego tramwaju. Zajął jedno z miejsc i zapatrzył się za okno. Myślał o tym, że pojazd dziwnym trafem zabłądzi i zawiezie go na Wyspy. Praktycznie niemożliwe, ale przecież nic, co działo się za pośrednictwem  Back Street nie było możliwe. Zmrużył oczy. Może jeśli zaśnie, prędzej znajdzie się w Irlandii…

… i prędzej wróci do Skalleta.

***

– Panie, wysiadaj pan. Trzeci kurs pan jedzie, zaraz będę kończył, a pan… – Bynka obudziło trącanie w ramię i nieprzyjemny zapach potu kogoś, kto cały dzień siedzi w jednym małym, ciasnym pomieszczeniu.

– Już… – jęknął rudowłosy.

Odepchnął delikatnie maszynistę na znak, że sobie dalej poradzi, i wstał chwiejnie. Nie patrząc przez okna gdzie go wywieziono wysiadł z tramwaju, który chwile później ruszył wywołując charakterystyczny szum. Dopiero wtedy rozejrzał się na około.

I zobaczył!

Wielki, zielony napis. Irish! Irish Pub!

Przebiegł przez przecznicę, ledwo wyhamował przed drzwiami. Adresu głoszącego, że znajduje się na Piotrkowskiej nie zauważył. Pociągnął za klamkę, wszedł. Zaciągnął się zapachem piwa i papierosów.

A więc to tak pachnie Irlandia, pomyślał.

W pierwszej chwili nie zorientował się, że wszyscy skierowali spojrzenie wprost na niego. Sytuacja wyjaśniła się i skomplikowała jednocześnie dopiero po chwili.

– Brawo, jest pan dokładnie tysięcznym gościem w tym miesiącu! Dostaje pan kartę, na mocy której ma pan darmowe piwo przez najbliższe dwa tygodnie! Gratulujemy! – Wyszczerzony kelner podszedł do Bynka i uścisnął mu dłoń, po chwili podając kartę.

– Ale ja nie znam irlandzkiego… – bąknął zdezorientowany wielkolud.

Kelner spojrzał na niego dziwnie, a potem zaprowadził do stolika. Bynek zaczynał powoli rozumieć.

– Proszę pana… – zaczał.

– Tak? Piwa?

– Co znaczy… Irish, co znaczy dokładnie? – zapytał rudowłosy.

– Irish? Irlandzki. A nasze Irish Pub to nic innego jak irlandzki pub – wyjaśnił mężczyzna starając się ukryć nieuprzejme wobec gościa zaskoczenie.

– O kurwa… – powiedział Bynek niewyraźnie, zatykając usta.

– Coś się stało?

– Nie, nie… Nic, nic…

Rudowłosy po raz pierwszy zerknął na swój tatuaż. Nie kłopotał się tym wcześniej. Bilet na malunku miał duży napis ‘Irish’, a niżej, po polsku: dwa tygodnie. Bynek zaśmiał się ponuro przypatrując się a to tatuażowi, a to łudząco podobnej karcie na dwa tygodnie darmowych piw.

– Guinnessa proszę.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo udany tekst!

 

Jest parę drobnych błędów w zapisie dialogów, jakaś literówka mi mignęła, a tu:

 

Ta­tu­aży­sta znów spoj­rzał się z po­li­to­wa­niem, lecz już nie uda­jąc.

Wyrzuciłbym: “się”.

Ale ogólnie jestem pod wrażeniem warsztatu. Naprawdę masz 15 lat? Piszesz… lepiej ode mnie.

 

Co do fabuły.

Świetny patent z “magią tatuaży”, choć trochę niewykorzystany. Ten kryzys wieku średniego bohatera ujdzie, a finałowy żart, będący klasyczną przestrogą przed niesprecyzowanymi marzeniami, dziś już nie śmieszy, choć jako puszczenie oka w stronę kanonu fantastyki może być.

 

Dobry tekst!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Przecinkologia jest ważna. Popatrz uważnie:

 

  1. A.Skallet zastanawiał się intensywnie polerując igłę. ---> to oryginalne zdanie.
  2.  Skallet zastanawiał się, intensywnie polerując igłę. ---> w tym zdaniu Skallet intensywnie poleruje igłę.
  3.  Skallet zastanawiał się intensywnie, polerując igłę. ---> w tym zdaniu Skallet intensywnie zastanawia się.

Zauważasz “subtelną” różnice między zdaniami? Bo ja, czytelnik, zauważam…

<><>

Podoba mi się pomysł, leżący u podstaw fabuły.

Nazgulu – ogromnie się cieszę, że Ci się spodobało, dziękuję bardzo. Pytanie o to, czy na pewno mam piętnaście lat dostaję już nie pierwsze, a jednak to prawda, ha! :)

 

Adamie – zdaję sobie sprawę, że interpunkcja często (bardzo często) u mnie szwankuje. Widzę różnicę, musiałam przeoczyć to niedociągnięcie (jak wiele innych) przy sprawdzaniu. Dziękuję Ci bardzo za komentarz. :)

Właściwie wiek nie ma żadnego znaczenia. Znam dorosłych zachowujących się i myślących jak totalni gowniarze, oraz nastolatków, którzy mają w głowie więcej, niż trzydziestolatkowie. Ale serce roście, gdy niewątpliwym talentem i wysoce pofałdowaną korą mózgową wykazuje się ktoś tak mało… Posunięty w latach. Niedociągnięcia związane są jeno z brakiem doświadczania, którego wszak żadną miarą zdobyć nie mogłaś. Chyba, że pamiętasz poprzednie wcielenie. Tak trzymać!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zgadza się, większego doświadczenia brak, ale wszystko przede mną… I dobrze. Dziękuję pięknie za komentarz. :) 

[…] ale wszystko przede mną… ---> tak trzymaj, to właściwy kurs!

Właściwie to nawet całkiem fajnie wyszło, ale zainteresowało mnie dopiero po tatuażu-szybie. Adam ma rację, w wielu miejscach brakuje przecieków, co utrudnia czytanie. Proponowałbym od siebie, że jeśli to możliwe nie rób tak długich i rozbudowanych zdań. Mogą być one nieczytelne w odniesieniu do całości tekstu. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję bardzo za komentarz i porady. :)

Podobało mi się.

Tak, to prawda, interpunkcja kuleje, to już Ci napisano. Przecinki (czy też ich brak) często zmieniają znaczenie zdania lub sprawiają, że zdania są nieczytelne albo przynajmniej nadmiernie zagmatwane. Jak np. tu:

Gapił się, ze strachem i złością na samego siebie, wprost na czubki ciężkich sznurowanych butów, a wokół leżała roztrzaskana szyba z witryny, wśród nich utytłany kurzem i psimi ekskrementami kamień, który za sprawą kopnięcia wielkiej jak dąb nogi niefortunnie zaleciał stanowczo za daleko.

 

Wydaje mi się, że tytuł niepotrzebnie zdradza zakończenie. I w ogóle mnie to zakończenie nieco rozczarowało, bo tworzysz historię z fajnym pomysłem, z nieźle nakreślonymi bohaterami (Skallet nawet wzbudza pewien niepokój) a kończysz wszystko… No, nie chcę spoilować jeszcze bardziej niż tytuł. ;)

 

Ale czytało się bardzo fajnie.

Pomysł naprawdę oryginalny; przez chwilę dało się wczuć w emocje Bynka, zrozumieć jego sytuację, trapiącą go monotonię i chęć wyrwania się z tej szarości zwykłego życia. Scena z tramwajem, który być może wywiezie go na Wyspy i zakończenie – bardzo fajne. 

Tekst z potencjałem, choć nad stroną techniczną warto byłoby jeszcze popracować. 

Fajne i wciągające opowiadanie. Na początku, wydaje mi się, jest zbyt chaotycznie. Przydałoby się bardziej klarowne wprowadzenie postaci – a nadto odniosłem wrażenie, że w trzeciej cząstce bohaterowie zaczęli mówić w trochę inny sposób, niż to robili w pierwszej, mimo że to cały czas jest jedna rozmowa. 

Poza tym udało się stworzyć klimat przyjaźni takich typów z nizin, którzy generalnie nie patrzą w przyszłość dalej jak tydzień naprzód – zapewne dzięki wstawkom z ich wspólnej przeszłości. W tym kontekście równie fajnie wyszedł ten moment przełomowy, kiedy jeden okazuje drugiemu smutek związany z ryzykiem wyjazdu. 

Pracy wymaga natomiast strona techniczna, czyli oczywiście stawianie przecinków ; )

 

Reasumując – dobry tekst. Mając zaś na uwadze wiek autorki – nawet bardzo dobry.

I po co to było?

Świetny pomysł na magię.

Zakończenie mocno przewidywalne, głównie przez tytuł, a od słowa “irish” to już nawet, jeśli się nie pamięta tytułu. Ale ogólnie misie.

Oprócz przecinków.

Babska logika rządzi!

Bardzo zacny pomysł i całkiem niezłe opisanie całej historii, i bardzo mi przykro, że muszę wyrazić ogromny żal, iż po dziś dzień opowiadanie straszy fatalnym wykonaniem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka