- Opowiadanie: PsychoFish - Pływał raz marynarz stary...

Pływał raz marynarz stary...

Bo mia­łem ocho­tę na mu­si­cal ;-) I bo Emelkali była taka nieoceniona, żeby w trymiga obśmiać długaśne zdania, znaleźć niezręczności oraz ogólnie wykonać cudowną, betatesterską robotę ;-)

 

PLIKI:

Wer­sja PDF sfor­ma­to­wa­na do druku.

Wer­sja Mobi. (czytniki, tableciki)

Wer­sja ePub. (komórczaki, tableciki)

 

 

W tek­ście wy­ko­rzy­sta­łem tek­sty (cza­sem nieco spa­ra­fra­zo­wa­ne) szant:

Szes­na­ście ton

Hisz­pań­skie dziew­czy­ny

Prze­chy­ły

Moje morze

Sześć błota stóp

Bi­ja­ty­ka 24 Lu­te­go

Po­myśl­ny wiatr

Mor­skie opo­wie­ści

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pływał raz marynarz stary...

Stawiana beczka zakolebała się niebezpiecznie. Silne, marynarskie dłonie, przy akompaniamencie steku przekleństw i wiedzione tym przedziwnym, morskim instynktem, pochwyciły ją w ostatnim momencie. Chwila później, a stoczyłaby się po kołyszącym się pokładzie, wprost na gorzejący magiżarnik. Ktoś najwyraźniej zapomniał zgasić zaklęcie.

– Oszaleliście?! – rozdarł się mały człowieczek, wzrostu czterolatka, a jednak bez wątpienia dorosły. Wymachiwał nerwowo pergaminami, które trzymał w rękach. – Żywcem spalić nas chcecie, a przy okazji cały port?! Z dala mi od ognia!

Świt dopiero wstawał, mgła podnosiła się powoli. Chłód kąsał, ręce i stawy sztywniały od zimna. Nic więc dziwnego, że na wrzaski zirytowanego konusa załoganci odpowiedzieli nieprzyjaznym pomrukiem o dość nieokreślonej, acz niewątpliwie wulgarnej treści. Ktoś zakaszlał, ktoś inny splunął, kolejny odchrząknął, oczyszczając gardło. Ochrypły, ale mocny, melodyjny głos zaintonował:

 

Ktoś mówił, że z gliny ulepił mnie Pan,

lecz przecież się składam z kości i z krwi.

Z kości i krwi i z jarzma na kark

I pary rąk, pary silnych rąk.

 

Szanta przedarła niewład wczesnego poranka, budząc dziesiątki marynarzy do chóralnego wyśpiewania skargi na odwieczną niedolę.

 

Co dzień szesnaście ton i co z tego mam?

Tym więcej mam długów im więcej mam lat.

Nie wołaj cny Morskunie, ja nie mogę przyjść,

bo duszę swoją oddałem za dług.

 

Beczki turkotały w rytm pieśni, trapy huczały od miarowych kroków, wybijających tempo. Bloczki skrzypiały, kontrapunktując akcenty, a głuche uderzenia skrzyń o dno ładowni zestawiały się w niezwykłą synkopę do melodii. Załadunek sam układał się do płynących w powietrzu zwrotek, niczym posłuszne zwierzę pod dłonią mądrego tresera. Już nic więcej nikomu nie wypadało z rąk…

Przed południem było po robocie. Mały, nerwowy człowieczek osobiście sprawdzał mocowania, mamrocząc pod nosem i notując coś skrzętnie na trzymanym w ręku pergaminie. Wreszcie wypełzł z ładowni i skierował się do niewielkiego kasztelu, gdzie miał swoją kajutę kapitan. Z widocznym wysiłkiem naparł na drzwi, uchylając je na tyle, by wślizgnąć się do środka.

– Pan Scott Stoneheart we własnej osobie… Jak załadunek? – dowódca „Dziewicy” nie uniósł głowy znad map rozłożonych na stole. Mierzył coś zapamiętale nad kartami.

– Dzień dobry, panie Krzywonos. Kiedy jeszcze pan słodko sobie drzemał, pańska banda, przez swoją nieostrożność, o mały włos zniszczyłaby ten piękny port. Włącznie z nami. Koniec końców, wnieśli i zabezpieczyli moje beczki jak należy. Po raz kolejny zwracam uwagę: trzymajcie ogień z dala od tego ładunku, jeśli wszyscy chcemy dotrzeć do celu w jednym, nieopieczonym kawałku. Jak dla mnie, możemy ruszać. Im prędzej udamy się w ten rejs, tym szybciej zamkniemy nasze interesy i będę mógł wrócić do mojego laboratorium.

Kapitan, zwany Krzywonosem, skinął tylko, nic nie mówiąc. Uniósł się znad stołu i podszedł do drzwi, bezceremonialnie, acz delikatnie odsuwając niedużego pana Stonehearta na bok. Wyszedł z kajuty i ryknął głosem, od którego i umrzyk podskoczyłby z przestrachu:

– Kończcie żarcie, golnijcie po porcji rumu na rozgrzanie kości i góra na ósmą szklankę – odbijamy! Panie Krefs, bosmanie Żyłka, to wasza wachta – proszę dopilnować przygotowań. Panie Jakubie, pieśń pożegnania, jeśli łaska!

Odpowiedział mu pomruk, ale inny niż przed świtem. To był głos ludzi wygłodniałych kołyszących pokładem fal, stęsknionych za piekącą solą w otarciach na skórze i świeżą bryzą na policzkach, marzących o kolejnym dniu na pełnym morzu. Ludzi spragnionych surowej, twardej wolności, jaką daje Morskun swoim dzieciom i zarazem godzących się na jej cenę.

– Moglibyśmy sami zadbać o pańskie beczki, gdybyśmy wiedzieli, co wieziemy… – mruknął kapitan, zezując na karła.

– Fracht macie opłacony, tak?  Ładunek musi dotrzeć bezpiecznie do wskazanego portu, tak? Ja, z ramienia cechu, muszę przez pół świata oko mieć na te cholerne beczki, tak? To po co zbędne pytania. I co z tego, że mam trzy beczki nadmiaru, na wypadek różnych przygód, skoro wystarczy, że jedną podpalicie i całą przezorność szlag trafi… Z dala od ognia i tyle! – Stoneheart nadął się w całej swojej metrowej okazałości, przyjmując pojedynek na spojrzenia. Wpatrywali się tak w siebie jeszcze chwilę, może dwie, nim kapitan machnął ręką i wrócił do stołu. Krzywonos wodził chwilę palcem po mapie, by zaraz się odezwać:

– Kurs wypadnie nam przez Czarci Archipelag. Co tak otwieracie usta, fracht opłaciliście? To po co zbędne uwagi… Nasza kochana łajba, wbrew nazwie, nie raz i nie dwa już wymykała się z samego środka różnych opresji, a tak będzie najszybciej. Mówiliście coś o premii za terminowe dostarczenie, więc szykujcie, panie Stoneheart, stosowny mieszek…

Kiedy słońce stało w zenicie, załoga zaczęła rzucać cumy, a Jakub Drewniany Słowik, pokładowy szantymen, zagwizdał głośno. Już po chwili załoga na pokładzie odpowiedziała nuceniem. Wszyscy marynarze znali pieśń pożegnania. Pierwsza szanta, jakiej uczy się młodego chłopca okrętowego, jeszcze zanim zacznie szorować pokład i wspinać się na reje. Teraz, przy rzucaniu żagli, głosy potrzebowały tylko kilku taktów, by pod wodzą wygwizdywanej melodii zlać się w jeden, potężny, zgrany chór i ryknąć harmonią słów:

 

Źegnajcie nam dziś, egijskie dziewczyny,

Żegnajcie nam dziś, marzenia ze snów!

Ku brzegom nieznanym wyruszać nam pora,

Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów…

 

I smak waszych ust, egijskie dziewczyny,

W noc ciemną i złą nam będzie się śnił.

Leniwie popłyną znów rejsu godziny,

Wspomnienie ust waszych przysporzy nam sił!

 

Śpiew huczał wśród masztów, odbijał się echem od portowych magazynów, rozpływał po dokach, tajemniczym sposobem wiążąc załogę „Dziewicy” z portem, który właśnie opuszczała. Chłopiec okrętowy stał, jak zaczarowany, wsłuchując się w potężny chór głosów. Szanta, prowadzona przez starego, morskiego szamana, wibrowała w powietrzu zaklęciem, najsilniejszą magią wszystkich marynarzy: pożegnaniem, będącym zarazem obietnicą pewnego, bezpiecznego powrotu.

 

***

 

Moment, dobry człowieku… Tak, dobrze pojąłeś. Kielich? Czyś ty oszalał, to jest powieść na kolejny dzban, albo i dwa! Och, nie przesadzaj, mnie wystarczy to nie najdroższe, nie jestem jakimś arystokratą. Poza tym muszę sięgać głęboko w przeszłość, a nic tak nie odświeża pamięci jak kolejka lub dwie… No, zacny z ciebie człek!

Mogę mylić daty, ale bodajże dziesięć dni później, gdy wkraczaliśmy na wody Czarciego Archipelagu, pogoda załamała się gwałtownie. Pan Krefs, pierwszy oficer o posturze olbrzyma, który tylko wzrokiem wskazywał zadanie, a już wszyscy potulnie ruszaliśmy do zajęć, odezwał się po raz pierwszy od wyjścia z Egei:

– Kurwa.

Mówię ci, dosłownie w pół szklanki niebo pociemniało, wiatr przybrał na sile i niósł ze sobą przejmujący chłód. Załoga uwijała się na rejach, ściągając żagle i szykując się na jeden z tych słynnych, wyspiarskich sztormów. Niewidoczne pioruny oświetlały ciemne chmury raz po raz. Widziałem, jak ten cały Stoneheart, jedną ręką kurczowo trzymając za reling na kasztelu, cichaczem liczył za każdym razem na palcach drugiej, ile czasu upływało od błysku do huku gromu. Krzywonos ryczał jak opętany, każąc refować żagle, a kto nie na rejach – miał siedzieć pod pokładem.

– Zbliża się, szybko jak diabli! – krzyknął gnom do sternika, jednookiego Henry’ego. Tak było! Sam mi potem mówił! No więc, Henry wiedział o tym doskonale i bez karła. Wiedział też, że na tych wodach i przy takiej pogodzie lepiej sobie diabłami gęby nie wycierać, bo a nuż wyskoczą spomiędzy fal psotniki i za płetwę steru chwycą, ściągając zgubę na okręt. Splunął więc szybko trzy razy przez lewe ramię, by odegnać złe, bo wierz mi, na morzu starczy jedno nieopatrzne słowo…

Szkwał zszedł niespodziewanie od bakburty, zaświszczał na takielunku, przewrócił kilku żeglarzy i wzburzył morze. „Dziewica” zajęczała naprężonym poszyciem, niczym dziewka pod ciężarem zwalistego chłopa. Nasza maleńka przechyliła się na sterburtę, gdy wielka niczym góra fala poniosła okręt ze sobą. Lunęło, błysnęło, grzmotnęło… Przez huk wiatru, nie wiem jakim sposobem, a klnę się na moją matkę, że tak było, przebił się ochrypły głos Jakuba:

 

Pierwszy raz przy pełnym takielunku

Biorę ster i trzymam kurs na wiatr

 

I już ryknęli pospołu żeglarze na rejach:

 

I jest jak przy pierwszym pocałunku

W ustach sól, gorącej wody smak

 

Okrutna to była burza, mówię ci. Zarówno starający się nie odpaść wprost w morską kipiel, ci, których wiatr schwytał na olinowaniu, jak i ci, którzy z trudem wstawali ze śliskich desek pokładu, a także reszta, czekająca na swoją wachtę na dolnym deku – śpiewali jednym głosem. Cudownym sposobem szanta czyniła z nich chór, jakiego nie powstydziłby się żaden monastyr. Wiem, bo w moim grzesznym życiu zdarzyło mi się gościć u zacnych braciszków.

 

Oho ho, przechyły i przechyły

Oho ho, za falą fala mknie (ale fala!)

Oho ho, trzymajcie się dziewczyny (za liny!)

Ale wiatr, ósemka chyba dmie!

 

Wierz lub nie, ale śpiew, rzucony żywiołowi w twarz, pomagał dokonywać cudów zręczności przy fałowaniu. Pomagał nieszczęśnikom zejść z lin, doczołgać się do masztów, przypiąć do lajfliny. Czar szanty spajał całą załogę w tej nierównej walce. Widziałem, przewieszony przez luk, jak ten cały Scott Stoneheart z trudnością dopełzł do schodków, wiodących z kasztelu na główny pokład, i objął kurczowo słupek przy relingu. Na moje klejnoty, był cały zielony, a nie jestem pewien, czy i nie rzygał po drodze. Lądowy mięczak, tak o nim wtedy pomyślałem. Widziałem też, że jednooki sternik, smagany wiatrem i zacinającym deszczem, stoi za kołem niewzruszony, niczym figura ze spiżu. I słyszałem, jak wypluwa płuca przy kolejnej zwrotce.

 

Hej ty tam, za burtę wychylony

Tu naprawdę się nie ma z czego śmiać

Cicho siedź i lepiej proś Morskuna

Żeby coś nie spadło ci na kark

 

Przez huk fal, przez szum wiatru słyszałem, jak stary Jakub chrypiał kolejną zwrotkę, zagrzewając wtórujących mu marynarzy do roboty, a tych zbędnych na pokładzie – zapędzając do luków. Refren brzmiał równo, niczym te paradne żołnierzyki w mundurach, tupiące po pomoście w rytm bębna. Jakby załoga „Dziewicy” uderzała pięściami w stół w tawernie. Wiesz, podczas ostatniej kolejki nad ranem… Bum, bum, bummm…

Aż przyszła ta cholernie duża fala, powiadam ci, wprost z czeluści morskich piekieł. Z miejsc, w które trytony wciągają wieloryby i żywcem je krają, tam gdzie syreny, głodne i bezbożne, rzucają się na krwawiące ochłapy tuszy. Nie baczą przy tym, zajęte żerem, na korzystających z wypiętej okazji gwałtowników. To był morski bałwan wprost z otchłani, gdzie przykuci na wieki do dna cierpią wszyscy topielcy. Przeszedł z łoskotem przez pokład, zalewając okręt słoną, wściekłą pianą. W mgnieniu oka głosy poszły w rozsypkę, w połowie refrenu do chóru wdarł się fałsz, scalająca krtanie magia nagle znikła…

 

***

 

Scott wykręcił z trudem głowę i przez kurtynę deszczu dostrzegł, że miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał szantymen, jest puste. Tylko napięty sznur od lajfliny sugerował, że Jakuba nie porwało morze. Jego głosu nie było już słychać.

„Dziewicą” huśtało jeszcze dobrą szklankę, nim niebo zaczęło się przejaśniać, a morze uspokajać. Kiedy sztorm skończył się definitywnie, okazało się, że wprawdzie nikogo nie brakuje, ale kilku marynarzy wisi nieprzytomnych na sznurach. Byli najwyraźniej mocno poturbowani przez sztorm. Wśród nich znajdował się i stary Jakub. Żył, ale przy każdym ruchu jęczał z boleści, a z kącika ust sączyła mu się krew. Krzywonos rozkazał dwóm majtkom zanieść szantymena do swojej kajuty, a reszcie zasuwać żywo do zęz, wypompowywać wodę. Kapitan odszukał Stonehearta i dość bezceremonialnie ucapił go za kołnierz.

– Chodź tu, bratku… Tyś uczony, zobacz co z nim!

Karzeł zamrugał zdziwiony, ale gnomi instynkt podpowiadał mu, że lepiej akurat w tym momencie nie wyjaśniać różnic między wykształceniem medycznym a alchemicznym. Istniała duża szansa, że taką perorę dokańczałby za burtą, za słuchaczy mając morskie potwory i ryby. Ugryzł się też w język, nie pytając, dlaczego spośród kilku potłuczonych marynarzy tylko starego kazał kapitan umieścić w swojej koi. Zamiast tego, w obronnym odruchu, przybrał na chwilę pozę skończonego kretyna.

– Ale… ale z kim? Ja nie jestem medykiem, za efekty nie ręczę!

– Z Jakubem, gamoniu niedorobiony! Lepiej się postaraj!

Ton głosu Krzywonosa przy ostatnich słowach obiecywał za każde zaniedbanie wprost niewysłowione rozkosze dla masochisty. Stoneheart tej miłości do samoumartwienia nie podzielał, skinął więc tylko głową i ruszył za kapitanem.

Z szantymenem było źle. Leżał bez ruchu na plecach, z zamkniętymi oczami, poznaczoną bruzdami i zmarszczkami twarz wykrzywiały spazmy bólu. Często zanosił się kaszlem, na ustach wykwitały wtedy bąbelki krwi. Karzeł bezceremonialnie chwycił drewniany kubek, stojący na kapitańskim stole, szybko wychylił resztkę wina, a następnie czubkiem noża wydrążył otwór w dnie. Przyłożył tak spreparowane naczynie do piersi marynarza, podwijając najpierw jego koszulę aż pod brodę, i zaczął osłuchiwać, przekładając co jakiś czas kubek w nowe miejsce. Jakub zaskowyczał kilkukrotnie, gdy gnom uraził go nieostrożnym dotykiem. Scott zajrzał pod powiekę, podotykał brzuch,  wreszcie zmacał u starego żeglarza nadgarstek i szeptał coś do siebie bezgłośnie, jednocześnie wybijając miarowo rytm stopą. Wreszcie mały brzydal westchnął ciężko i delikatnie poklepał szantymena po wierzchu dłoni, jakby pocieszając marynarza w jego niedoli. Ku zdumieniu gnoma, stary człowiek, poruszając się z widocznym trudem, chwycił alchemika za dłoń, drugą ręką wciskając mu coś do środka. Jakub zamknął garść Stonehearta, zaciskając ją na przedmiocie. Po chwili zanucił, szeptem nieomalże:

 

Tylko w sercu gdzieś czuję ostatni zew,

Że to morze moje jest, a nie brzeg,

Że to morze moje jest, a nie brzeg…

 

Rozkaszlał się raptownie, puszczając dłoń karła i znów zaległ w koi, przymykając powieki. Smutek ścisnął serce małemu alchemikowi, spojrzał na kapitana „Dziewicy” i pokręcił głową. Krzywonos dyskretnym ruchem wskazał na kąt kajuty. Rozmawiali ściszonymi głosami.

– Strasznie z nim, kapitanie… W piersi coś bulgoce, ani chybi krew, żebra to chyba wszystkie połamane, oddech świszczący i płytki, puls nierówny. To jeszcze pół biedy, ale brzuch twardy i obolały, ani chybi krwotok w środku, cosik mu się w trzewiach rozpękło. Gdyby był młody i silny, to jeszcze przy dobrej opiece, miałby szanse…

– Nic nie możecie zrobić, panie Stoneheart?

– Musiałbym go rozciąć, próbować krew z płuc spuścić. Nie jestem medykiem, niewprawnym. Nie wytrzyma tego, to pewne, tu trzeba kapłana biegłego w błogosławieństwach, a po co go jeszcze męczyć… Ulżyć tylko mogę w bólu, ale na moje, długo to nie potrwa. Widziałem kiedyś człowieka, który spadł z wysokiego rusztowania, bardzo podobne objawy… Męczył się całą mszę, na bruku, nim zmarł. Temu trza spokoju, nie ruszać, grogu czy mikstury dać, w godności zachować…

Kapitan spojrzał na gnoma, jakby chciał przejrzeć karła na wylot, dostrzec oszustwo lub łgarstwo. W półmroku kajuty błysnęły Krzywonosowe oczy niczym ostrza kordelasów, wzrok niebezpieczny jak klinga przyłożona do gardła. Trwało to niedługo, wystarczająco jednak, by Scott spocił się jak mysz i nerwowo zacisnął piąstki. 

– Idźcie już, panie Stoneheart. I zawołajcie mi tu kuka. Niech grogu przyniesie.

Gnom z trudem ukrył ulgę, wychodząc z kabiny. Nie zważając na pytające spojrzenia załogi, udał się wprost do kambuza. Dopiero tam przypomniał sobie, że kurczowo trzyma coś w dłoni.

Małego, nieporadnie wystruganego, drewnianego, słowika.

Pan Krefs, przyglądając się Scottowi, zmarszczył brwi na widok figurki i mocniej pyknął fajką.

 

***

 

Pamiętam, że Jakub zmarł mniej więcej w połowie psiej wachty. Właśnie wtedy przedzieraliśmy się przez dryfujące na powierzchni morza resztki jakiegoś okrętu. Kikuty masztów, deski połamane jak gałązki… Ktokolwiek nie płynął na tej nieszczęsnej krypie, nie miał tyle szczęścia, co my. Niech ich Morskun godnie ugości w swym podwodnym królestwie.

Pamiętam również niebo: było bezchmurne, a księżycowi do pełni brakowało może jednej nocy, więc nie potrzebowaliśmy dodatkowych lamp. W jego blasku, jeszcze przed świtem, zaszyliśmy starego w żaglowym płótnie, razem z balastem z armatnich kul. Och, jakie ciężkie to żelastwo było, jak nie chciało do Jakubowych nóg dać się przyciągnąć!

O brzasku kapitan zarządził pogrzeb. Pan Krefs i bosman Żyłka, którzy zmienili nas przy świtówce, trzymali deskę, na której spoczywała żeglarska trumna. Ci, co mieli jakieś czapki, zdjęli je teraz. W całkowitej ciszy zebraliśmy się wszyscy, by pożegnać jednego z nas.

I powiadam ci, wtedy coś mnie tknęło, bo Krzywonos obrócił się do karła.

– Zaśpiewaj – powiedział miękko, niemalże prosząco. Przysięgam! Kapitan prosił karypla o ostatnią szantę! Nie dziwota, że Stoneheart aż otworzył usta, a ja coś już czułem.

– Nnnie… Nie umiem… Słów nie znam… – wydukał ten knypek, równie zaskoczony, co, zawstydzony. Rozumiesz, ostatnia posługa, a kurdupel nie zna słów!

Pierwszy po Morskunie na „Dziewicy” spojrzał wtedy na gnoma jakoś tak dziwnie, niezwyczajnie, ale nic nie powiedział. A na moje, powinien go przez pysk zdzielić, za taki despekt. Ale nie, nic nie było, zaintonował tylko:

 

Sześć błota stóp, sześć błota stóp…

 

Oj, śpiewaliśmy wszyscy, mruczeliśmy ponurym chórem słowa, powtarzając je, szumiąc głosami niczym fale bijące o brzeg. Bosman Żyłka i pan Krefs zaczęli wolno przechylać deskę, zsuwając ciało naszego towarzysza ku morzu.

 

Uderz w bęben już, bo nadszedł czas,

wrzućcie mnie do wody, na wieczną wachtę trza tam, gdzie…

 

Sześć błota stóp, sześć błota stóp,

dziewięć sążni wody

i sześć błota stóp.

 

Ściągnijcie flagę w dół, uszyjcie worek mi,

dwie kule przy nogach, ostatni ścieg bez krwi, no i …

 

Sześć błota stóp, sześć błota stóp,

dziewięć sążni wody

i sześć błota stóp.

 

Ale, słuchaj mnie uważnie, coś było nie tak. Szanta szła nierówno, fałszywie, choć każdy z nas starał się ze wszystkich sił. Nawet gnom przyłączył się do chóru, choć ledwo tam co drugi wiersz mamrotał. To był zły pogrzeb, zła pieśń… Na szczęście wkrótce fale z pluskiem zakryły Jakuba na zawsze i ceremonia dobiegła końca.

Jakby jednego nieszczęścia było mało, po południu majtek w bocianim gnieździe krzyknął „Żagiel! Żagiel na horyzoncie!”. Zrazu padła komenda do ładowania dwunastofuntówek, naciągania balisty na dziobie i ustawienia się z wiatrem, by w razie potrzeby zgubić pościg. Biegaliśmy jak kurczaki z obciętymi głowami, taki był harmider. Potem popatrzyli przez lunetę i okazało się jednak, że była to mała szalupa z prowizorycznym masztem, a w środku był człowiek.

Kapitan stał przy burcie i klął pod nosem tak parszywie, aż uszy więdły. Stałem nieopodal, do dziś kilka wiązanek pamiętam. O choćby tę… Nalej, to długa obelga, a przydaje się w życiu. Kiedyś tak zdumiał się na jej piękno pewien paniczyk, żem zdążył galoty podciągnąć i czmychnąć, nim oprzytomniał. Tylko tej jego ochotnej żonki trochę żal, ale cóż, sama mnie zaprosiła…

 

***

 

– O co chodzi? – zapytał okrętowego chłopca zaciekawiony gnom, wskazując na rozzłoszczonego dowódcę.

– Nie przyjąć rozbitka na pokład, to grzech, niełaska Morskuna i niechybnie wkrótce sami pójdziemy na dno… – szepnął niechętnie młodzieniec.

– Psia jego, w rzyć lizana, boska mać! – dobiegł ich głos Krzywonosa.

– …ale to jest Czarci Archipelag, tu nie takie fortele się działy…

– Na wygrzmocone, wszeteczne syreny, czemu akurat nam się to trafia?!

– …pod bronią pewnie przyjmiemy, skoro taki mus…

– Do zawszonej kuciapy, z najbrudniejszego kąta w najbardziej zafajdanym ptasim guano porcie Wielkiej Wody! Żagle w łopot! Szykuj się do podjęcia człowieka! Łańcuch, kajdany i z żelastwem w rękach go witać!

Rzeczywiście, tajemniczego rozbitka przywitano złowróżbnym milczeniem i bosakami. Widać było, że czas już jakiś płynie w szalupie: wychudzony, z twarzą ogorzałą od słońca, wzrokiem zdziczałym, sprawiał wrażenie zwierzęcia bardziej niż człowieka. Rzucił się na podaną słodką wodę, jakby właśnie przebył pustynię. Po zaspokojeniu pragnienia, bez jednego słowa, położył się na pokładzie, pod burtą, zwinął w kłębek i zasnął. Kapitan rozkazał jednemu uzbrojonemu marynarzowi zakuć na wszelki wypadek przybysza i zawsze mieć na niego oko, a reszcie wracać do pracy. Szalupę wciągnięto na forkasztel, a jej maszt złożono.

Życie na pokładzie potoczyło się niby normalnym rytmem, wybijanym przez kolejne szklanki. Tylko jakoś tak… Liny same się supłały niespodziewanie, przysparzając pracy. W zęzach wciąż jeszcze pojawiała się woda, a nieszczelności w kadłubie marynarze szukali do wieczora. Ktoś spadł z rei w morskie fale, cudownie omijając krawędź burty o kciuk i przeżywając uderzenie w wodę, musieli go potem wyławiać. Jedzenie było odrobinę przesolone i niesmaczne. Marynarze nucili pod nosami,  pomrukiwali, czasem ktoś coś cicho podśpiewywał pod nosem. Przypominało to bardziej brzęczenie owadów, niezborne, bez jednej melodii, na dłuższą metę męczące ucho i nieustannym hałasem doprowadzające słuchaczy do irytacji. Dzień pełen zwyczajnych i drobnych, acz nader licznych niedogodności w końcu dobiegł końca. Załoga z nieskrywaną ulgą powitała noc.

Pogoda była przednia, dął lekki wiatr, wypełniając łagodnie żagle „Dziewicy”. Morze falowało spokojnie, tylko kilwater okrętu ciął jego gładką powierzchnię spienioną kreską. Pełny księżyc przeglądał się w wodnej toni, chmur było niewiele. Scott chrapał głośno w ciasnej kajutce na forkasztelu, przeznaczonej dla pośledniejszych pasażerów, gdy na zewnątrz rozległ się krzyk.

Gnom usiadł gwałtownie w posłaniu, nieprzytomnie usiłując przebić wzrokiem panujące w kajucie ciemności. Po omacku zszedł z koi i otworzył drzwi. Najpierw zobaczył zbitą w kupę ciżbę poplątanych rąk i nóg, najeżoną ostrzami noży, klingami kordelasów i drżącymi bosakami. Ciżbę stawiającą znaki w powietrzu, te chroniące od złego i te zupełnie stare, których znaczenie zniknęło wraz z ostatnimi bosmanami sprzed ery żaglowców. Drzwiczki od pokładowej zbrojowni, obok wejścia do kapitańskiej kajuty, były otwarte. Potem dojrzał kapitana wspinającego się powoli na kasztel, a gdy przeniósł wzrok nieco wyżej, ujrzał za sterem kogoś…

Nie kogoś. Coś. Coś dziwnego. Większego od człowieka o trzy głowy, barczystego, o nogach dziwnie w tył wysuniętych, ze szpiczastymi uszami o poszarpanych krawędziach i wydłużonym, drapieżnym pysku z groźnymi kłami. Lewa ręka – łapa – zwisała bezwładnie wzdłuż boku, stwór stał w niewielkiej, ciemnej kałuży, zerwany łańcuch szurał po pokładzie. Stoneheart dopiero teraz zrozumiał trwożliwe szepty.

– Wilk morski! Wilk! Wilk morski! – przestraszone głosy niosły się po wodzie. Księżyc wychynął zza małej chmury, na maszcie, na burtach i przy sterze dziwne znaki, namalowane ni to srebrem, ni to czernią, rozbłysły na drewnie. Karłowi serce podeszło do gardła, gdyż czytać o tym w księgach, a ujrzeć wymazane krwią runy na własne oczy – to dwa różne rodzaje strachu. W tym czasie Krzywonos, jakby zupełnie bez trwogi, stanął naprzeciw stwora, ujął się pod boki i głośno odezwał:

– A czegóż ty tu chcesz, przeklętniku, hę? Uszanowaliśmy Morskunowe prawo, nie możesz nas nękać!

Wilkołak spojrzał na kapitana spode łba, wywalił jęzor, jakby w psim uśmiechu, ale prawą łapą mocno trzymał ster nadal. Po chwili warknął, czy też wycharczał – Scottowi trudno było znaleźć lepsze określenie na ten dziwaczny, gardłowy dźwięk – odpowiedź:

– Mogggę i kcę… Terrrraz-ście w mojej władzdzy… W klątwie między niebem a wodą, po wsze czasy, bez zejścia na ląd, póki me życzenie nie spełnione… Wasz okrrrrręt mój, mię słuchać będzie…

– Psia twoja jucha i psia twoja mać – odparł bez zastanowienia Krzywonos – „Dziewica” to nasza łajba. Bez nas nie popłyniesz sam. Czego chcesz, kundlu niewdzięczny?

– Do świtu wyprrrrrawimy się… na „Lewiatana”… Potem-ście wolni…

Kapitan najpierw wytrzeszczył oczy, a potem wybuchnął śmiechem.

– „Lewiatan” to bajda, legenda! A nawet jeśli nie, to gdzie tej łupinie się równać, przecież my wczoraj szantymena morzu oddali, ładunek mamy… Dureń z ciebie, morski wilku! Nawet te runy nie mogą nas zmusić do czegoś, co nie jest możliwe!

Wilkołak nie opowiedział od razu, lecz zamknął oczy, poruszył gwałtownie nosem, wciągając powietrze i obnażył przy tym groźnie kły. Węszył dłuższą chwilę, unosząc i opuszczając łeb co rusz, zanim się odezwał:

– Wciąż jest tu magia mórz… Możecie. Potrzebuję dwóch, może trzech klepsydrrrr, byście przy „Lewiatanie” wytrrrrwali… Potem-ście wolni.

– Posłuchaj, zasrany potępieńcze – zaczął Krzywonos, głosem cichym, ale mocnym. – Nie pójdziemy na śmierć, bo taki masz kaprys. Morskunowe prawo przy nas. Słyszysz, mnie, kundlu?!

Wilk morski nie odrzekł ani słowa, ziajał tylko. Odstąpił w tył i jakby drwiącym gestem wskazał ster. Kapitan ociągał się chwilę, w końcu podszedł do koła. Chwycił jedną ręką, zaparł się, ale nic nie wskórał. Splunął w dłonie, zatarł mocno i mamrocząc przekleństwa, naparł ponownie. Z wysiłku żyły mu wyszły na czoło, kłykcie zbielały.

Koło ani drgnęło, run jaśniał srebrem przełamanym dziwną ciemnością.

– Nie życzę wam śmierrrci… Ale moja sprrrawa g-garrdłowa. Morskun rrrr-rrrozsądził, rrrrunów z krrrwi mojej nie dał kapitanowi połamać…

– Próba… Morska próba… Morskunowa próba steru… Wilk teraz objął okręt… – szeptała przerażona ciżba marynarzy.

Krzywonos splunął wściekle pod nogi wilkołaka, ale odstąpił, zgodnie z morskim zwyczajem. Morskun wydał najwyraźniej „Dziewicę” w kły i szpony odmieńca, nie bacząc na jej załogę. Kapitan, schodząc z kasztelu, przystanął na ostatnim stopniu, potoczył wzrokiem po marynarzach i powiedział głucho:

– Szykujcie się, chłopcy. Przyjdzie nam do piekieł mórz z tym cudakiem… Na stanowiska.

– Ot tak, po prostu…? – gnom, nim się pomiarkował, zadał pytanie na głos. Krzywonos spojrzał na niego smutno.

– Próbujcie się z morskim wilkiem, jeśli wola…

 

***

 

Hej, nalej jeszcze… Dziękuję, zacny z ciebie człek. Mówiłem to już? Jak mam nie mówić, jakeście taki dobry kompan?

Nie minęło wiele czasu, gdy na horyzoncie, przed dziobem, dojrzeliśmy dziwną chmurę, ni to mgły, ni dymu. Wiatr dął mocno, „Dziewica” pruła fale. Na okręcie panowała grobowa cisza, przerywana tylko skrzypieniem lin i chlupotem wody na burtach. Wilk sterował na spotkanie kłębowisku.

– Co to…? – Stoneheart zapytał szeptem bosmana. Mówię ci, ten gnom nic a nic nie znał się na żeglowaniu, na nawigacji, a już o pirackich legendach nie miał zielonego pojęcia!

– Lewiatan – odparł zagadnięty równie cicho. Nikt głośno nie gadał, bo głos się po wodzie niesie, a chcieliśmy chyłkiem podpłynąć. – Klątwa Czarciego Archipelagu… Pływające piekło. Mówią, że pojawia się na tych wodach od początku świata, nim jeszcze były tu wyspy, za grzechy jego pirackiej załogi skazany przez bogów na wieczną tułaczkę…

Stojący najbliżej marynarze odruchowo, jeden po drugim, splunęli przez lewe ramię. Splunąłem i ja, bo od małego w dokach słyszałem straszne historie o „Lewiatanie”, którego armaty miotają kule aż po horyzont i z którego załoga, nie mogąc nigdy na ląd zejść, łupiła okrutnie wszelkie statki ze wszystkiego, co potrzebne do przeżycia podczas długiego rejsu.

Nasza dzielna dziewuszka w milczeniu doganiała mgłę. Wilk zerkał co rusz na pełny księżyc, sunący ku zachodowi, jakby chcąc zatrzymać go w miejscu. Niemalże widziałem, jak spojrzeniem usiłuje zakotwiczyć srebrny miesiąc na niebie. Krzywonos szeptem kazał ładować działa. Pan Krefs, bez rozkazu, wydał broń tym, którzy jeszcze nie zdążyli jej pochwycić. I mnie się dostał kordelasik, poszczerbiony wprawdzie, ale pierwszy raz w życiu ktoś z własnej woli dał mi broń. Kuksańca też, ale takim był szczęśliwy, że zostałem mężczyzną, że już nie pomnę, który to był złośliwiec… Pewnie Chudy Joe, cymbał bez piątej klepki, oby go sraczka opadła.

Już, już wracam do opowieści. Słuchaj więc, co działo się dalej. Kapitan obrócił się do przeklętnika, spoglądając hardo w wilcze ślepia. Mimo, że nie padło żadne pytanie, wilk się odezwał:

– Od rrrufy… Ja muszę wejść… Odebrrrać co mi skrrradli… I czmychamy… Potem-ście wwwolni…

Tak warczał! Dokładnie tak, gardłowo, strasznie, jak kundel, który zaraz się na ciebie rzuci!

Księżyc wciąż stał nad wodą, gdy zanurzyliśmy się w mgłę. Morze było spokojne. Pan Krefs, swoim zwyczajem, strzelił tylko oczami i już chłopaki refowali część żagli, ale praca szła niezbornie i dłużej niż zwykle. Knypek w napięciu wpatrywał się w szarówkę przed nami. Założę się o każdą sumę, że miał pełno w portkach. Powietrze pachniało dziwnie, jakby czymś palonym. Pierwszy raz czułem taki zapach…

– Kotły, w których smażą się na pokutę… – mruknął bosman.

Wtem, w pewnej odległości od dziobu, w mgle zarysował się kształt. Ogromny, wysoki jak najwyższy maszt „Dziewicy”. Daję słowo, tak było! Wilczy sternik cichym warknięciem przyzwał Krzywonosa i coś mu do ucha klarował przez moment. Nie, nie wiem co, za daleko stałem. Wiem, że kapitan objął ster, a stwór jednym długim susem zeskoczył z kasztelu, drugim dopadł środkowego masztu i jął się z nieludzką sprawnością wspinać ku bocianiemu gniazdu.

„Dziewica” podchodziła nieco od boku, z trudem przekraczając olbrzymi kilwater. Tuż przed nami majaczyła wysoka rufa. Pierwszy raz coś takiego widziałem, ten okręt nie miał masztów, a przynajmniej żadnego z dołu nie zauważyłem. Słyszałem dziwny łoskot wody, dochodzący z przodu, jakby z młyna nad wartkim strumieniem. Nasza kochaneczka niemal ocierała się już burtą o kolosa – zupełnie jak dziewczyna, co to kolanem pod stołem pierwszy raz zachęca, z rumieńcem na licu – gdy morski wilk znienacka odbił się od krawędzi bocianiego gniazda i poszybował ku relingowi „Lewiatana”. Aż mi dech zaparło! Przez krótką chwilę zdawało się, że spadnie, że źle obliczył skok i runie wprost między dwa statki, ale jakimś cudem zdołał sięgnąć przednimi łapami krawędź burty i podciągnąć się.

Krzywonos odbił nieco od olbrzymiego okrętu, ale nie za wiele, by znów nie wpaść w falę wywołaną dziobem monstrualnego sziffu. Runy lśniły złowróżbnym blaskiem na sterze. Czekaliśmy w napięciu. Czas dłużył się niemiłosiernie, ręka na rękojeści pociła mi się strasznie, serce dudniło w piersi, a strach, ten podstępny sukinsyn, kawałek po kawałku, niczym uwodzicielska syrena, wgryzał się w serce coraz mocniej. Kołysaliśmy się tak w cieniu złowrogiej krypy, niezdolni do ruchu, sparaliżowani trwogą.

Wtem, nad nami, zajaśniało ostre światło, omiatając snopem szczyty masztów. Ktoś na pokładzie kolosa, pewnie sam diabeł, krzyknął nieprzyjemnym, gardłowym głosem. Wrzaski poniosły się w trymiga, mieszając się z gwizdkami. Odkryli nas!

 

***

 

– Rzuć kotwicę!!! – ryknął Krzywonos zza steru. „Dziewica”, do tej pory niczym zastygła rzeźba, ożyła znienacka ruchem, krzykiem, tupotem stóp i zgrzytem metalowych ogniw. Chlupnęło głośno, fontanna wody zmoczyła tych przy burcie. Kabestan zaturkotał, uwalniając kotwiczny łańcuch.

Nad nimi zatrzeszczało drewno. W jednolitej, jak się do tej pory zdawało, wysokiej burcie „Lewiatana”, uniosły się powieki ambrazur, jakby przeklęty statek budził się z letargu. Już po chwili nad żaglowcem zamajaczyły niewyraźne źrenice armat, a moment później błysnęło i rąbnęło.

Szczęśliwie dla „Dziewicy”, okręt był zbyt blisko, by wróg mógł dobrze opuścić działa. Na pokład posypały się drewniane odłamki, salwa ścięła tylko czubki masztów, więcej szkody czyniąc hukiem. Hałas obalił lub zdezorientował załogę, zapanował rozgardiasz. Scott aż przysiadł na pokładzie, nie słyszał niczego poza dzwonieniem w uszach. Oszołomiony, zauważył jak zwalisty pan Krefs jedną ręką szarpie go za kołnierz do góry, a twarz pierwszego wykrzywia się, chyba w krzyku.

Dźwięk znienacka wrócił, oficer cisnął karłem o pokład, na plecy, aż gnomowi wycisnęło oddech z płuc. Krefs nie mówił, nie krzyczał. Krefs ryczał:

– Śpiewaj, durniu!!!

Stoneheart poczuł, jak coś porusza się w kieszeni na piersi, jak wyskakuje gwałtownie na ramię, jak mały ptaszek zlatuje na pokład koło jego głowy. Poczuł gwałtowne dziobnięcie w ucho i nagle maszty nad głową, żagle, gęsta, szara mgła zasłaniająca niebo, twarz pana Krefsa – wszystko zawirowało, jak na szalonej karuzeli. Nim się zorientował, Scott stał na pokładzie, a usta same mu się otworzyły:

 

To dwudziesty czwarty był zimnego,

poranna zrzedła mgła,

wyszło z niej siedem uzbrojonych kryp,

pogański niosły znak.

 

Głos gnoma zabrzmiał dźwięcznie, niczym świątynny dzwon. Trwało to nieledwie moment, ostatnia nuta zawisła w powietrzu, jakby w oczekiwaniu. Marynarze „Dziewicy” kręcili głowami, otrząsając się z letargu, spoglądali, zdumieni, na małego człowieczka na głównym pokładzie. I nagle, niczym sztormowa fala, huknęli jak jeden mąż, razem, czysto, bez fałszu, rozbiegając się bez wahania na swoje stanowiska:

 

No i znów bijatyka, no znów bijatyka, no bijatyka cały dzień,

i porąbany dzień, i porąbany łeb, razem bracia aż po zmierzch.

Znów bijatyka, no znów bijatyka, no bijatyka cały dzień,

i porąbany dzień, i porąbany łeb, razem bracia aż po zmierzch.

 

Dziób żaglowca obniżył się gwałtownie, niemalże nurkując pod wodą. Okrętem szarpnęło straszliwie. Kotwica weszła w dno, hamując statek. Krzywonos zakręcił sterem jak szalony, robiąc niemożliwie ciasny zwrot. „Dziewica” zataczała łuk rufą, ustawiając się burtą do steru mijającego ją „Lewiatana”.

 

Już pierwszy skrada się do burt,

a zwie się Goździk Lee,

 

Scott kurczowo trzymał się liny, ani na chwilę nie przestając śpiewać. Nie przestał ani wtedy, gdy żaglowiec zarył rufą w przesuwającą się burtę przeklętego olbrzyma, ani wtedy, gdy w siwej mgle, nad nimi, rozległo się przerażające wycie polującego wilka, ani nawet wtedy, gdy usłyszeli krzyk spadającego czarta, który zaraz nadział się na szpic ustrzelonego masztu. Krew i wnętrzności bryzgnęły wysoko i zaraz opadły na pokład poniżej, ochlapując przy tym twarz karła. A on śpiewał. Załoga „Dziewicy” odpowiedziała refrenem, zupełnie bez rozkazu podnosząc klapy, wysuwając dwunastofuntówki przez ambrazury, odpalając knoty… We mgle nad ich głowami, wilczy kształt skoczył na liny okrętu, z trudem chwytając łapą takielunku. W drugiej coś trzymał.

– Ogniaaaaaa!!! – krzyknął kapitan.

 

Następny zbliża się do burt,

a zwie się Róży Pąk.

Plunęliśmy ze wszystkich rur,

Bardzo szybko szedł na dno

 

ryczał Stoneheart. Bateria burtowa, prawie z przyłożenia, zionęła ogniem w pirackiego demona. Posypały się drzazgi, przekleństwa i okrzyki radości – czarty też ginęły, o czym dobitnie świadczyły wrzaski umierających, dochodzące z wnętrza przeklętego olbrzyma. Wilk morski zdołał zsunąć się w tym czasie na pokład. Przytulał jakiś kształt do piersi, kształt, który zaskomlał.

Maleńkie, półślepe szczenię, zakute w srebrną obrożę. Na szyi wilczka widoczne były oparzenia i rany.

Gnoma na chwilę zatkało. Rozejrzał się, nie tylko on zwrócił uwagę na zdobycz zdradzieckiego rozbitka. Nawet kapitan zmrużył oczy.

– Beczka… rozbijcie im beczkę na burcie – syknął Stoneheart, zdjęty zimnym gniewem. Pan Krefs nieznacznie uniósł brwi i zaraz kilku marynarzy rzuciło się do luku. Słyszeli, jak tuż nad nimi diabelska załoga tajemniczego, pirackiego olbrzyma wymienia komendy w nieznanym języku, jak świszcze bat…

W trymiga wytoczono beczkę na pokład i wniesiono ją na kasztel, strzaskanym relingiem zahaczony o „Lewiatana”. Kolos, po kolizji sczepiony z okrętem, ciągnął go powoli za sobą, więc bosman pierwszy rzucił się z siekierą na rufę.

– Odciąć kotwicę! – Zakomenderował kapitan zza steru. Wszystko działo się naraz: Stoneheart wznowił śpiew, załoga rozbiła beczkę o burtę „Lewiatana”, oblewając ją tajemniczą, gęstą cieczą, odcinała „Dziewicę” od potwora, od kotwicy i ładowała działa, wilk morski ze szczenięciem skrył się w cieniu kasztelu, pan Krefs…

Pan Krefs podszedł do magiżarnika i szepnął zaklęcie, które rozpaliło lewitującą nad pokładem kulę. Zanurzył w niej długą drzazgę, kolejnym szeptem zdmuchnął płomień i szybkim krokiem przeszedł na rufę. Tam, spokojnym ruchem, zapalił fajkę, a gdy po chwili uwolnili się ze zdradzieckiego klinczu, pstryknął rozżarzonym odłamkiem. Wprost na bok kolosa.

Ogień wybuchł od razu, ciepłym podmuchem omiatając wszystkich na kasztelu „Dziewicy”. Płyn na burcie potępionego statku, wbrew grawitacji, rozsądkowi i boskiemu prawu, wstęgami zielonych płomieni popłynął w górę, żarłocznie sięgając pokładu. Kapitan nie krył zaskoczenia.

– Ogień błogosławionego Elma…? Na Morskuna, gdyby trafili nas w ładownię… Uciekajmy! Rzucać wszystkie żagle! Zabierz nas stąd, Scotty!

Runy na sterze i masztach przygasły.

 

Pomyślny wiatr – to silny wiatr,

 

zachrypiał gnom, a marynarze wspinający się na reje od razu przyłączyli się do szanty:

 

Więc wietrze wiej, hej dmij, o hej!

Szerokie morze, drogi szmat,

Więc dmij, więc wiej, hej, dmij, o hej!

 

Momentalnie zerwał się silny wiatr, dmący od rufy i rozpraszający kłębowisko mgły. „Lewiatan” zionął ogniem z burt, ale kule i kartacze ominęły cel, ryjąc morze z pluskiem. Odchodzili błyskawicznie. Kiedy odpływali, Scott w przerzedzonej mgle obserwował olbrzymi okręt. Zapadły mu w pamięć burty z wielkimi kołami, zanurzonymi do połowy w wodzie. Ta dziwaczna krypa była wielokrotnie dłuższa od „Dziewicy” i miała na pokładzie dziwny kasztel, ozdobiony wielkimi kominami. To z nich sączyła się mgła o dusznym zapachu.

 

***

 

Zaskoczył nas wszystkich, pan Stoneheart, oj zaskoczył. Szanta brzmiała dobrze, dawała siłę, dawała rytm. Znasz to uczucie, gdy nagle robota sama pali ci się w rękach, gdy uwijasz się jak w ukropie, a obok ciebie twój kompan i ani się obejrzycie – a już jest zrobione? Znasz? Milczysz, wzrok spuszczasz, hejże… Czyżbyś dnia w życiu nie przepracował?

Nic to. Powiem ci, że po pewnym czasie, potrzebnym na ugaszenie alchemicznego ognia, potępieńcy usiłowali dosięgnąć salwami „Dziewicę” jeszcze kilka razy, ale póki Stoneheart śpiewał, póty wiatr mieliśmy sprzyjający, to wróg chybiał sromotnie. Kiedyśmy wyrwali się z mgły, słońce już wschodziło, a wilk morski na powrót stał się wychudzonym rozbitkiem z ludzkim dzieckiem na rękach. Gdybym nie widział, com widział, nigdy nie odróżniłbym go od zwyczajnego, zabiedzonego nieszczęśnika, jakich pełno pod opiumowym zaułkiem.

Przeklęty gigant ścigał nas jeszcze kilka dni, za każdym razem oznajmiając swoje przybycie dziwacznym kłębowiskiem dymu na horyzoncie. Szczęśliwie, Morskun nam sprzyjał, szanta kurdupla spajała lepiej niźli żywica deski i za każdym razem wymykaliśmy się pogoni.

Czemuż to nas tak gonili, pytasz? Okazało się, że „Lewiatan” napadł okręt, na którym znajdował się morski wilk wraz z wilczycą. Usiekli waderę, porwali szczenię i usiłowali je zniewolić na dobre. Może po to, by mieć posłusznego twórcę run, by panować niepodzielnie nad morzami Terry. A może, by za jego pomocą przełamać klątwę? Któż to wie…

Temu małemu alchemikowi jakimś cudem, nie czyniąc dziecku krzywdy, udało się uwolnić malca od raniącego go bez przerwy srebra. No, powiem ci, wtedy po raz pierwszy przestałem patrzyć na tego szczura lądowego z niechęcią. Co? A spróbuj ty wziąć półroczne dziecię, zapnij je w kajdany bez skobla, magią spojone na gładko i znajdź mi śmiałka, który to zdejmie… To pomyślunku trza, wiedzy i ingrediencji!

Dobrze, już dobrze, mówię, co było dalej. Spakowaliśmy wilczej rodzinie prowiant i zgodnie z życzeniem wilkołaka, na granicy wód Czarciego Archipelagu, wsadziliśmy z powrotem w szalupę. Czemu tak chciał? A skąd mi wiedzieć, toż to wilk morski, bestia z mgieł, morskiej piany i pełnego księżyca, co to żywi się trytonim mięsem, a wodnym czartom jednym kłapnięciem karki przetrąca!

– Nie chcę was więcej widzieć, tfu! – rzucił im na odchodne Krzywonos. On taki zawsze był, szorstki, skory do grubego słowa, ale serce miał uczciwe i dobre, choć surowe. Mawiają, że kapitan jak ojciec, a ojciec przecież czasem w ucho dać musi, żeby się dziatwa nie zbiesiła, nieprawdaż?

Pamiętam tylko, że łza mi w oku stanęła, aż się kryłem. Dlaczego? Dziecko zagugało radośnie na pożegnanie, wyciągając rączkę ku kapitanowi.

Wiele, wiele dni później, kilkadziesiąt morskich mil od docelowego portu, już po zmroku, „Dziewicę” w swe szpony chwycił paskudny sztorm. Zdawało się, że to już koniec, że zmiażdży naszą maleńką cichodajkę w uścisku ogromnych fal, że zdmuchnie ją uderzeniem potężnego, rozszalałego wiatru. Powiem ci, już kląłem, że dziewki nie zdążyłem zaznać, bom jeszcze młody wtedy był bardzo, już się z życiem żegnałem… Zresztą nie tylko ja. Mimo zaklętej szanty wychrypianej przez gnoma, mimo że walczyliśmy o utrzymanie na powierzchni tak zaciekle, jak mewy w porcie o ostatnie resztki…

Wtedy ujrzeliśmy go po raz pierwszy. Srebrny, niemalże przeźroczysty kształt, wilk biegnący szczytami i dolinami morza. Zatrzymał się na tańczącej toni, spojrzał na okręt i zawył, tak jak wyje wataha nawołująca się pośród głuszy. Aż mnie ciarki przeszły i zmroziło od stóp do głów na ten dźwięk. Jednooki Henry, niewiele myśląc, zakręcił sterem, zwracając okręt ku widmu. Wilczy duch tej nocy po raz pierwszy przeprowadził „Dziewicę” bezpiecznie przez rozszalały żywioł, aż do bezpiecznej przystani świtu. Od tamtej pory zjawiał się zawsze, gdy morze narażało naszą małą i jej załogę na śmierć, przewodnik zesłany ani chybi przez samego Morskuna w nagrodę za poratowanie morskiego szczenięcia…

 Co? Jakie bajanie, tak było, niech mnie kule biją! Jak nie wierzysz, to po co prosisz o morską opowieść?! Zresztą, paniczyku, w dzbanie już sucho, więc bywaj… Widzisz tamtych dwóch przy wejściu? Przyjmij moją radę i gdy poproszą, a poproszą na pewno, oddaj im mieszek bez zbędnych sporów, har har harrr!

 

***

 

Scott Stoneheart nie mógł sobie znaleźć miejsca. W laboratorium nie potrafił się skupić, w bibliotece nie mógł dłuższego zdania przeczytać, czuł jakąś bliżej nieokreśloną niechęć do spędzania czasu nad alchemią, która dotąd przecież była miłością jego życia. Wymknął się w końcu na wieczorny spacer, w nadziei, że tak rozproszy swój niepokój. Krążył ulicami, aż nie wiedząc kiedy, trafił do portu, na nabrzeże, wprost pod trap spuszczony z „Dziewicy”.

Stał tak dłuższą chwilę, patrząc na kołyszący się lekko kadłub. Wreszcie, pchnięty jakimś impulsem, z początku nieśmiało, krok za krokiem, potem coraz pewniej, wszedł.

Wachtowym był tego wieczora pan Krefs. Pierwszy siedział i ćmił niespiesznie fajkę. Nie wydawał się zdziwiony widokiem gnoma, skinął mu tylko głową, swoim zwyczajem – bez jednego słowa. Machnął ręką w kierunku przeciwległej burty.

Scott obejrzał się i dojrzał Krzywonosa. Kapitan stał tyłem do nich, wpatrując się w wyjście z portu, w morze rozlewające się szeroko, aż po horyzont. Karzeł, z pewnym wahaniem, podszedł i stanął obok, pełną piersią chłonąc zimną, świeżą bryzę. Milczeli tak razem przez pewien czas.

– Co morze raz weźmie, tego już nigdy nie odda. Osobliwie chętnie kradnie nam serca… – odezwał się Krzywonos, nie spoglądając na gnoma. – Zaprawdę, dziwne są wybory Morskuna, przyznaję. Tam do kroćset… Witamy w załodze, panie Stoneheart.

 

Kiedy rum zaszumi w głowie.

cały świat nabiera treści.

Wtedy chętnie słucha człowiek,

morskich opowieści.

 

Hej ha, kolejkę nalej!

Hej ha, kielichy wznieśmy,

To zrobi doskonale

morskim opowieściom!

 

 

Koniec

Komentarze

Ta daaam! ;-P Na rozruszanie literackiego niewładu, radość ogólną i śpiewności poprawienie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Niezła historia, fajny pomysł. Podobał mi się mariaż wilkołaka z piratami. I jeszcze szanty spajające załogę. To jest dobre!

Babska logika rządzi!

Mów mi tak jeszcze, podziwiaj i wychwalaj, a będziesz winna mojej śmierci z głodu – ze spuchniętym ego nie zmieszczę się w drzwiach do kuchni ;-) Dzięki, Finkla ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością. Tak, jakbym czytał opowiadanie Edgara Alana Poe. Jedynie opis marynarskiego pogrzebu mi nieco zazgrzytał, ale nie rozwijam tematu. Określenie “malec”, moim zdaniem, powinieneś wyrzucić z tekstu – masz gnoma, karła, kurdupla itp. Po doszlifowaniu to będzie niezły kawałek marynistycznej, połączonej z fantastyką prozy. Pozdrawiam zadowolony z lektury.

Za szerokie rondo kapelusz chwytam, z głowy ściągam i piórami ziemię przed sobą w pokłonie zamiatam! 

Bardzo mi się podobało :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O widzisz, Ryszardzie, synonimów mi zabrakło. “Malec” – słusznie. Pogrzeb… No, musiał być pod szantę, ale w takim razie podrzuć może proszę prywatną wiadomością zastrzeżenia, bo akurat w marynarskim pogrzebie w życiu udziału nie brałem, zwłaszcza w realiach żaglowców ;-) Dziękuję za pochlebną opinię i głos do Biblioteki!

 

Śniąca – jest mi niezwykle miło, że dla mnie, po lekturze, pozbywasz się fragmentów odzienia i wykonujesz przy tym tak zamaszyste ruchy. Aż mnie fantazja zaraz poniesie… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mów mi tak jeszcze, podziwiaj i wychwalaj, a będziesz winna mojej śmierci z głodu – ze spuchniętym ego nie zmieszczę się w drzwiach do kuchni

Spoko, w hipermarketach drzwi są większe.

Babska logika rządzi!

Kopia z bety: Jest świetne. Barwne, widowiskowe, nie nudzi ani na moment. Język doskonale wystylizowany, opisy pobudzają wyobraźnię, za historią płynie się aż po horyzont.

i z innego źródła: masz bardzo plastyczne pióro, prowadzisz czytelnika, nie porównując – bo to moje bożyszcze – jak Sienkiewicz. Czytam i widzę. Jakbyś kręcił i wyświetlał film w mojej wyobraźni.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Emelkali, nie cytuj moich odpowiedzi…! ;-) Będę musiał gęsto się tłumaczyć ;-) No, może poza tym, że po takich pochwałach człowiek po prostu rośnie – dzięki! Mam już prawie porównanie do Sienkiewiecza, Ryszard przywołał Poego, achh, co za ładny dzień mimo paskudnej pogody… ;-)

 

Finkla – :-D Ale do supermarketu trzeba wyjść z pomieszczenia… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No to szybciutko, przeprowadzaj się do wojskowego namiotu, zanim ktoś jeszcze przyjdzie i porówna do…

Babska logika rządzi!

O, wojskowy namiot to też kilka dobrych wspomnień… ;-) Spokojnie, ktoś na pewno wsadzi szpileczkę i spuści powietrze, ale chcę się nacieszyć, póki chwila trwa ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A mi dodatkowo spodobało się bardzo – "Zabierz nas stąd, Scotty!" W ogóle świetne opowiadanko, pachnące solą i wodorostami. I ta magia kryjąca się w szantach…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jest pierwszy Trekkie! ;-) Czekałem, czy ktoś zauważy ;-)

 

Dziękuję Thargone.

 

Szanty do tego służyły: przy refowaniu i fałowaniu żagli załoga na rejach śpiewała razem, rytm piosenki “kierował ruchem” – zwijaniem, podwiązywaniem etc. Przy ciągnięciu liny szantymen zazwyczaj prowadził zwrotki, na akcentach załoga ciągnęła liny/pchała kabestan, przy refrenie śpiewanym razem marynarze zazwyczaj wykonywali bardziej intensywnie swoje czynności.

To zostało do dziś, w tawernach nad jeziorami czy nad morzem często publika śpiewa refren z grającym. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Michale.

Marynarski pogrzeb polegał jak napisałeś na zaszyciu nieboszczyka w płótno żaglowe z balastem. Ale na okręcie mieli specjalną deskę trumienną. Po odprawieniu takich, czy innych modłów, jeden koniec deski podnoszono i nieboszczyk zsuwał się do morza.

Wracając do E.A. poego, to czytałemjego opowiadanie o okręcie-widmie. Nastrój był podobny. U ciebie Lewiatan to, jak zauważyłem, parowiec. Na styku – parowce i żaglowce, parowce były raczej małe. Ale to w niczym nie przeszkadza opowiadaniu. P.

O, ogromnie dziękuję, Ryszardzie!  Wkrótce sobie poprawię.

 

Ja też kojarzę to opowiadanie :-)

 

Tak, zdaję sobie sprawę, ale “Lewiatan” przyszedł tu z innego opowiadania i, ogólnie rzecz ujmując, jego rozmiar oraz legenda o byciu okrętem od zawsze, ma swoje uzasadnienie poza tym tekstem :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Trwaj chwilo, ja nie zamierzam cię zakłócić. :)

Podobało mi się bardzo, oderwać się nie mogłam – dobrze, że nudny dzień w pracy, bo mogłabym mieć kłopoty. Czego tu nie mamy: i dające moc szanty (nie, nie napiszę “ptaszek”), i przeklęty parowiec, i wilkołak morski z runami (notabene znalazłam informację, że wilk morski miewa foczy ogon :-O), nawet syrenom się dostało w okazje wypięte. Przypomniałeś mi jedną z moich ulubionych szant (”Sześć błota stóp”) i już jestem skazana na nucenie jej przez cały dzień.:) Bardzo ładnie to wszystko splotłeś, soundtrack wrzuciłeś (co szczególnie sobie cenię), nic mnie nie razi, wszystko pasuje. Brawo!

Parę drobniuteczkich, malenieczkich uwag:

Poza tym musze sięgać głęboko w przeszłość, a nic tak nie odświeża pamięci jak kolejka lub dwie…

muszę – ogonek się zgubił

 

Skoro wypływają z Egeji (Egejia? Litości dla mojego języka), to czemu dziewczęta w szancie są egijskie? Wiem, sylaby. Ale czy nie powinny być egejijskie? Nie mówię, że wiem jak powinno być prawidłowo, po prostu zaczęłam się zastanawiać i chętnie poznałabym rozwiązanie tej zagadki.

Widziałem, jak ten cały Stoneheart, jedną ręką kurczowo trzymając za reling na kasztelu, w cichaczem liczył(…)

“w” się wkradło

Zbliża się, [-,] szybko jak diabli!

Przechyliła się, [-,] nasza maleńka, [-,] na sterburtę, gdy wielka niczym góra fala poniosła okręt ze sobą.

Widziałem, przewieszony przez luk, jak ten cały Scott Stoneheart z trudnością dopełzł do schodków, [-,] wiodących z kasztelu na główny pokład, [-,] i objął kurczowo słupek przy relingu. Na moje klejnoty, był cały zielony, a nie jestem pewien, czy i nie rzygał po drodze. Lądowy mięczak, tak o nim wtedy pomyślałem. Widziałem też, jak jednooki sternik, smagany wiatrem i zacinającym deszczem, stoi za kołem niewzruszony,[-,] niczym figura ze spiżu. I słyszałem, jak wypluwa płuca przy kolejnej zwrotce.

Trochę często pojawia się “jak” w opowieści marynarza.

 

EDIT: Zdradź, skąd ten Lewiatan!

O rooms, dziękuję po stokroć ;-) Poprawki naniosę w wolnej chwili, bo już mnie robota dopadła.

 

Nie zdradzę, bo to była porażka ;-) Jak porażkę przeredaguję w sukces, to kiedyś wróci do Poczekalni ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za parę słów na temat szant (szantów?), Psychofiszu! Ze mnie jest przebrzydły szczur lądowy, co łapki swej obmierzłej na rozchybotanym pokładzie nigdy nie postawił, a kei od koi nie odrózniłby, nawet gdyby w (przy) jednej z nich przez cztery szklanki spać mu przyszło. A próby spłodzenia pirackiego tekstu się i tak podjąłem, efekt zaiste przesłodki może być. Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Po zachwycie przyszedł czas refleksji – jak ja mam teraz napisać konkursowe opowiadanie o piratach? Przy takiej konkurencji? 

Poza szantami jeszcze pieśni kubryku są, ale klasyfikacji poszczególnych utworów czepiać się nie będę, bo to opowiadanie fantastyczne (jeszcze raz muszę napisać – napisane fantastycznie), a nie rozprawka o gatunkach muzycznych :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

“jak ja mam teraz napisać konkursowe opowiadanie o piratach? Przy takiej konkurencji? “ – Jak to jak, śniąca, tak jak ja – marząc, żeby się zmieścić w pierwszej piątce :) Bo podium już zajęte. Wiem, co mówię. Prorokini konkursowa, możesz mnie nazywać :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Śniąca, masz napisać, dać betować, podgryźć, ugryźć, zagrozić, zwyciężyć! ;-) Do abordażu!!!

 

Emekali tez ma ciekawy tekst, ale jeszcze go opracowuje. I mimo, że te komplementy strasznie są przyjemne, zajebaszcze i radosne – nie niedoceniajcie swoich umiejętności. Pamiętajcie, że na koncu ważny jeszcze jest gust żura i jego chlodne oko, tfu, żółtko. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja zdecydowanie sobie odpuszczam ten konkurs, bo choć szanty kocham i ogólnie klimat, to słownictwo “branżowe” leży i kwiczy – jedyną rzecz, jaką umiem nazwać i zlokalizować, to galion i to tylko dlatego, że skojarzyłam sobie z medalionem. :) Trzymam kciuki!

rooms, no co Ty? Przeczytałaś niedoścignionego Psycho i marudzisz. Nie potrzeba słownictwa branżowego. Wystarczy pomysł, z a tym nie masz problemów :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Emelkali, to takie miłe, że we mnie wierzysz. :) Wena coś nie domaga, bo właśnie z pomysłem mam problem… I czasu coś mało… A gdzie mi się tam w ogóle mierzyć z PsychoFishem!…

W tym konkursie… nikt się nie może z nim mierzyć :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Śniąca, masz napisać, dać betować, podgryźć, ugryźć, zagrozić, zwyciężyć! ;-) Do abordażu!!!

Ay ay Kapitanie!

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Rooms, Emelkali – kadzicie! ;-) Kokietujecie!!! ;-) Już mi tam słownictwem branżowym się nie zasłaniać, jest wujek Google, jest wiki, jest mnóstwo stron o tematyce żeglarsko-marynistycznej… A poza tym, kto każe umieszczać w realiach żaglowców? Kosmiczni są piraci, somalijscy, mogą być piraci… komputerowi! Z The Pirate Bay, o! ;-)

 

A Bosman zapiął płaszcz

i zaklął: Tam do czorta!

Nie daję łajbie żadnych szans.

Dziesięć w skali Beauforta!

 

Śniąca – oto duch morskiej rywalizacji! Wiktoria! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przez krótką chwilę zdawało się, że spadnie, że źle obliczył skok i runie w dół, wprost między dwa statki, ale jakimś cudem zdołał sięgnąć przednimi łapami krawędź burty i podciągnąć się do góry.

Może to i nie błąd, ale przy źle obliczonym skoku trudno byłoby mu runąć w kierunku innym niż ten, który wskazał narrator. Byłbym też pod wrażeniem, gdyby po tym wszystkim bohater cytowanego fragmentu zdołał podciągnąć się w dół. ;)

 

Nie lubię morskich opowieści, większość szant brzmi dla mnie jak disco-polo, tyle że w wykonaniu wanna-be-marynarz-ale-wolę-fałszować. Twój tekst jest w stanie zainteresować czytelnika, którego z reguły odrzucają historie w podobnych klimatach. Ładnie i z sensem to napisałeś, przy kilku scenach drgnęło we mnie nawet coś w kształcie wzruszenia, nie nudziłem się nawet przez moment, więc dobrze zbalansowałeś treść. Co tu dużo gadać – bardzo mi się Twoja opowieść podobała. Lecę nominować, by przyciągnąć innych czytelników; szkoda by było, gdyby przegapili tak fajny tekst.

Kawał dobrej roboty.

Edit. Widzę, że nie ja jeden jestem pod wrażeniem tekstu. Cóż, trzecia nominacja w końcu też dość ważna. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Achh, niezawodny Sethraelu, lejesz miód na moje niedopite rumem serce! Dziękuję ;-) Co za dzień, co za dzień, uwielbienie tłumów! ;-)

 

Rzecz jasna, poprawki naniosę.

 

Edit: szyderco, dzięki za nominację i głos do Biblioteki. Zwłaszcza, że wiesz, że twoje opinie sobie cenię ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nominacja jest, a Biblioteki jeszcze nie ma? Heloł!:)

Zaraz będzie i biblioteka.

Rybo droga, rozumiem skąd takie opowiadanie – wszak Ty z głębin morskich pochodzisz, tam Twój dom i Twoja rodzina.

Piękny tekst, potoczysty jak fale morza, pachnący solą i wodorostami, okraszony perełkami, jak ta: „Dziewica” zajęczała naprężonym poszyciem, niczym dziewka pod ciężarem zwalistego chłopa. Do tego żywy i soczysty język.

Psychofishu – jestem zachwycona!

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Oj Bemik, jakoś tak nie jestem zdziwiony, że erotyczne porównanie przypadło ci do gustu ;-)

 

Dziękuję za nominację, głos do Biblioteki i przemiły komentarz! Uwierz mi, dla dorosłego mężczyzny  zachwycać kobiety – o, to jest nobilitacja ;-)

 

edit: rooms – he he, tak to się plecie ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A wiesz Rybko, nie pomyślałam jakoś, że zwróciłam szczególną uwagę na porównanie erotyczne. Faktycznie, ja chyba z wiekiem jakaś bardziej zboczona się robię blushAż wstyd, żeby baba w moim wieku… nie dość, że pisze z erotyką, to i w cudzych opowiadaniach wybiera takie teksty. No cóż , widać już tylko słowo pisane i czytane mi zostało. Bo słowa w czyn wprowadzić już ciężko.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czyn czy nie czyn, figlarność jest zawsze! ;-) Trudno to nazwać zboczeniem, raczej widzę w tym umiejętność docenienia pewnej ścieżki skojarzeń. Nie ma się czego wstydzić, moim zdaniem, tylko – skoro z wiekiem – to wiekowe doświadczenie przekuwać w wysmakowane frazy ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A mnie się nie udało doczytać, domęczyłam do połowy i odpuściłam. Chyba nie moje klimaty, chociaż doceniam wkład pracy.

Też należę do alergicznie reagujących na szanty ;) Tymczasem zanim się zorientowałem, zostałem podstępnie wciągnięty na pokład. Wszystko działo się tak szybko i sprawnie, że nie zdążyła dopaść mnie choroba morska, a po akcji zostałem bezpiecznie odstawiony do domu. Prozerpina tweetuje z Rowu Mariańskiego, że też się jej podobało ;) Aha! Pływałbym Lewiatanem;)

Przyczajony użyszkodnik

Nie przepadam za musicalami, więc ich zbyt dużo nie oglądam. Jak już jednak się zdarzy, to sobie często myślę – wszystko fajnie, tylko mogliby tyle nie śpiewać. W przypadku tego tekstu jest podobnie. ;)

Pomarudzę sobie, z mojego czysto subiektywnego punktu widzenia. Wybrałeś pewną konwencję, takiego popkulturowego spojrzenia na piratów. I fajnie, bo poruszasz się w niej sprawnie, ze swadą, i chyba pisanie tego tekstu sprawiło Ci radość. Stąd też tu te jajcarskie porównania, rubaszne odzywki, dużo żeglarskiego żargonu. I dla mnie –  z tego powodu – ten tekst okazał się za długi. To znaczy – przeczytałam, nie bez pewnej przyjemności. Ale też ze względu na przyjętą konwencję dowcipasy przesłoniły grozę i tajemnicę, o jakichś mega interesujących bohaterach też mowy nie ma, no bo przecież piraci w popkulturze wszyscy podobni.

I nie jest to też w sumie nic złego, zależy tylko od osobistych gustów. Podoba mi się łatwość, z jaką piszesz, doceniam research, jaki musiałeś zrobić. To jest na pewno dobry i fajny tekst, nawet jeżeli niekoniecznie jest tym, czego w opowieściach szukam.

 

Ale jednej rzeczy nie mogę pominąć. Gdy narracja zmienia się na pierwszoosobową, opowiadaczem jest pirat, który mówi, kiedy mu poleją. Ło jacie, który to już raz! Mam wrażenie, że te wstawki typu W gardle mi zaschło, nic tak nie odświeża pamięci jak kolejka lub dwie…, Hej, nalej jeszcze … – no to już by można na zasadzie kopiuj – wklej.

I, Sajko, nie bądź na mnie specjalnie zły, bo generalnie to doceniam. :)

Beczka, wtoczona po trapie, zachwiała się niebezpiecznie. Silne, marynarskie dłonie, przy akompaniamencie steku przekleństw i wiedzione tym przedziwnym, morskim instynktem, pochwyciły ją w ostatnim momencie. Chwila później, a stoczyłaby się po kołyszącym się pokładzie, wprost na rozgrzany żarnik.

Ja, chyba, jestem nie z tej ziemi, tylko z jakieś takiej innej, niedopracowanej w kwestii interspołecznej.

Ale staram się!

Dlatego, aj, aj! Ochoczo zabrałem się za czytanie z nadzieją napawioną ocenami. I znów, mimo szczerych, nici. 

 

To do głębi złe, odrębne zdanie i zupełnie nie na miejscu, także proszę nie odpowiadać i nie brać pod uwagę…

 

Beczki, raczej, jeśli już chwieją się, to w pionie, a nie toczone. Uwzględniając bezład toczenia (nie potrafiłem, niestety w wyobraźni pominąć) skąd ta “ostatnia chwila”? Do tego na pochylonym, raczej lekko, pokładzie.

Na dodatek, niezbyt pustym deku na taką ostatniość stoczenia się. I to: ku żarnikowi, od którego oczywiście, czymkolwiek żarnik ten jest, bo rozumiem, nie rozżarzonym wolframowym drutem, natychmiast dębowa beczułka (natychmiast – znaczy w momencie) zajęłaby się… ?

 

Przepraszam, by uniknąć, na tym zaprzestałem ;)

Pan Wysokiego Domu

No, je krytyka. I dobrze! Na reje z nią! Albo sznurem spętać i przeciągnąć pod kilem! ;-)

 

Tak poważniej:

 

Bellatrix – dla mnie najważniejsze jest, dlaczego nie dobrnęłaś? Czy nie lubisz takich “przygodówek”, czy stylizacja, czy zdania do duszy, coś jeszcze? Ja nie jestem obrażalski, skórę mam, hmmm, niecienką, o, tak to ładnie ujmijmy… Zeznawaj! ;-) Solidna, uzasadniona krytyka jest absolutnie potrzebna.

 

Ocha – jak tu być złym, jak pojawiają się różnorodne opinie i gusta, zrecenzowane solidnie i uzasadnione przednio! Tak, to jest kompilacja toposów różnorakich, tak, miałem ogromną radochę tak sobie, beztroską przygodówkę pisząc o tym, jak to człowieka może morze wciągnąć… ;-) No, nie, nie buduję tu bohatera więcej niż tyle, ile do pokazania zmiany trzeba, to prawda. Grozy natomiast nie planowałem, jeno trochę sztormem pohulać… Morskie legendy to takie bajdy ludowe, często się do końca kupy nie trzymają, ale są kolorowe, przygoda jest, strachy są, język niewyszukany, żarciki grube i głównie na jeden temat – to chciałem oddać. Nie rozumiem tylko, czemu wzięłaś opowiadacza w knajpie za pirata…? Czyżby “Dziewica” zdała ci się pirackim statkiem?

 

Panie – kaprysisz ;-) Rzecz jasna, jest skrót myślowy, jak raczyłeś zauważyć, przecież nie o toczoną beczkę chodzi i w toku toczenia nie była gibła się tam i owam, jakżeś w swojej niespołeczności, socjopatiii wręcz, pomyśleć deduknąć zdołał, żeż ona się tam była wciąż toczyła w momencie wygibnięcia…? Przeż to absurd równy wolframowi na wolfie i wulfie! ;-) Próba doprecyzowania kosztuje rozbudowany precyzjonizm narratorski, ale może coś wymyślę i wtedy doczytasz ;-) 

O, właśnie, się na pokładzie beczka była stawła chwiejnie wiejąc przed Pańską pstrą na koniu! ;-)

A że beczka gruba, to czy ciepłownictwo przewodne nie funkcjuje, czyż nie mogło się zająć, czyż sucha nie mogła być, a jeszcze substancję w środku miawszy? Czyż człek przy cieczach nerwowym nie jest, gdy ciecze te ważne są okrutnie?

 

Mechaniszkinie – a dziękuję, a wiesz, że cyrograf z Królewską Marynarką Wojenną podpisałeś…? ;-) Cieszę się, szczególnie, że mimo nieswojatości klimatu, zaokrętowałeś się i dopłynąłeś z “Dziewicą” do portu. Co do “Lewiatana”… :-D Gdzie twoje steampunkowe piractwo, no gdzie?! ;-) Syp do pieców, niech zazgrzytają łańcuchy, niech sypią skry koła zębate, niech maszyny różnicowe liczą kursy… ;-)

 

Wszystkim wam dziękuję – za lekturę i komentarze!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Panie – kaprysisz .

A że beczka gruba, to czy ciepłownictwo przewodne nie funkcjuje, czyż nie mogło się zająć, czyż sucha nie mogła być, a jeszcze substancję w środku miawszy? Czyż człek przy cieczach nerwowym nie jest, gdy ciecze te ważne są okrutnie?

Ano, przepraszam ;)

Pan Wysokiego Domu

A no, widzisz. Głupia sugestia. Sama nie wiem, czemu tam pirata wsadziłam. 

Panie, ale jak już beczka była się stawła, to czy godna jest czytania czy jednak grubość jej a sprawa ognia wciąż w poprzek się gibią? ;-)

 

Ocho – no, bo ja myślałem, że coś w tekście…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Podobają mi się “szczyty i doliny morza”.  

EP

Dziękuję za wizytę, Emmopopik ;-) Mam nadzieję, że rozerwałaś się między szczytami i dolinami ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No to spełniłeś sobie marzenie, PsychoFishu. Miałeś ochotę i masz musical. Napisałeś  opowiadanie pełnomorskie, a przy tym zabawne, barwne, magiczne, pełne przygód i zasobne we wszelkie atrybuty niezbędne marynarskiej opowieści. Rozśpiewane szantami.

Aż tyle i, niestety, jak dla mnie, tylko tyle.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trzonem opowiadania są szanty, a wszystko co napisałeś ma usprawiedliwić ich obecność. Nie mam, jak większość wcześniej czytających, wrażenia, że marynarskie pieśni są ozdobą tekstu, bo mnie one przeszkadzały w lekturze. Wybijały z rytmu, wręcz irytowały. Zamiast odczuwać smutek w czasie pogrzebu szantymana Jakuba, czy grozę podczas sztormu i potem, gdy trwała walka, oczyma wyobraźni widziałam sceny jak z musicalu – z przodu sceny wre pozorowana walka, już to z żywiołem, już z „Lewiatanem”, a w tle chór, w marynarskich strojach, wyśpiewuje pieśni.

Nie wiem, może powinnam napisać, że mi przykro, że tak sobie to wszystko wyobraziłam… :-(

Na koniec muszę jeszcze powiedzieć, że moją ulubioną postacią jest pan Krefs, pierw­szy ofi­cer, a jego monolog poruszył mnie do głębi. ;-)

 

Mały, ner­wo­wy czło­wie­czek oso­bi­ście spraw­dzał mo­co­wa­nia, mam­ro­cząc coś pod nosem i no­tu­jąc coś skrzęt­nie na trzy­ma­nym w ręku per­ga­mi­nie. – Powtórzenie.

 

Jak dla mnie, mo­że­my ru­szać. Im prę­dzej od­bę­dzie się ten rejs, tym szyb­ciej za­mknie­my nasze in­te­re­sy… – Wolałabym: Jak dla mnie, mo­że­my ru­szać. Im prę­dzej rozpocznie się ten rejs, tym szyb­ciej za­mknie­my nasze in­te­re­sy

 

Chło­piec okrę­to­wy stał, jak za­cza­ro­wa­ny, wsłu­chu­jąc się po­tęż­ny chór gło­sów.Chło­piec okrę­to­wy stał, jak za­cza­ro­wa­ny, wsłu­chu­jąc się w potężny chór gło­sów.

 

Och, nie prze­sa­dzaj, mnie wy­star­czy to nie­naj­droż­sze, nie je­stem ja­kimś ary­sto­kra­tą.Och, nie prze­sa­dzaj, mnie wy­star­czy to nie­ naj­droż­sze, nie je­stem ja­kimś ary­sto­kra­tą.

A może nienajdroższe, to określony rodzaj wina… ;-)

 

Cięż­ka to była burza, mówię ci. – Wolałabym: Straszna to była burza, mówię ci.

 

…jak i ci, któ­rzy z tru­dem wsta­wa­li na śli­skich de­skach po­kła­du… – Czy wstawali ci, którzy się przewrócili? Jeśli tak, to raczej: …jak i ci, któ­rzy z tru­dem wsta­wa­li ze śli­skich de­sek po­kła­du

 

Krzy­wo­nos roz­ka­zał za­nieść szan­ty­me­na do swo­ich kajut – Do ilu kajut mogli zanieść szntymena? No, chyba że szantymen nie był w jednym kawałku. ;-)

 

Czę­sto za­no­sił się kasz­lem, na jego ustach wy­kwi­ta­ły wtedy bą­bel­ki krwi. – Zbędny zaimek.

 

Ka­rzeł bez­ce­re­mo­nial­nie chwy­cił za drew­nia­ny kubek na ka­pi­tań­skim stole…Ka­rzeł bez­ce­re­mo­nial­nie chwy­cił drew­nia­ny kubek, stojący na ka­pi­tań­skim stole

Kubek, ewentualnie, można chwycić za ucho.

 

Pan Krefs i bos­man Żyłka, bo to ich była wach­ta, trzy­ma­li za liny przy­tro­czo­ne do dwóch koń­ców że­glar­skiej trum­ny.Pan Krefs i bos­man Żyłka, bo to ich była wach­ta, trzy­ma­li liny przy­tro­czo­ne do dwóch koń­ców że­glar­skiej trum­ny.

 

Na­stęp­ne­go dnia po­go­da była przed­nia, dął lekki wiatr, wy­peł­nia­jąc ła­god­nie żagle „Dzie­wi­cy”. Morze fa­lo­wa­ło spo­koj­nie, tylko kil­wa­ter okrę­tu ciął jego gład­ką po­wierzch­nię spie­nio­ną kre­ską. Pełny księ­życ prze­glą­dał się w wod­nej toni… – Nie rozumiem. Mówisz o przedniej pogodzie następnego dnia, a opisujesz noc i to co dzieje się w nocy. Dlaczego?

 

Ka­pi­tan naj­pierw wy­trzesz­czył oczy, a potem wy­buchł śmie­chem.Ka­pi­tan naj­pierw wy­trzesz­czył oczy, a potem wy­buchnął śmie­chem.

 

Nie­mal­że wi­dzia­łem, jak spoj­rze­niem usi­łu­je za­ko­twi­czyć srerb­ny mie­siąc na nie­bie. – Literówka.

 

Mimo, że nie zadał py­ta­nia, wilk się ode­zwałi – Literówka. Zdanie chyba nie jest dokończone.

 

Sły­sza­łem dziw­ny ło­skot wody, do­cho­dzą­cy z przo­du, jakby z młynu nad wart­kim stru­mie­niem. –…jakby z młyna nad wart­kim stru­mie­niem.

 

„Kolos cią­gnął po­wo­li szcze­pio­ny po ko­li­zji okręt za sobą, więc bos­man pierw­szy rzu­cił się z sie­kie­rą na rufę”. – W tym miejscu odetchnęłam z ulgą. Jakie to szczęście, że okręt, co prawda dopiero po kolizji i za kolosem, ale jednak był szczepiony! Nawet nie chcę myśleć, jaka zaraza mogłaby go dopaść, gdyby nie szczepienie. ;-D

Proponuję: Kolos, po kolizji sczepiony z okrętem, cią­gnął go po­wo­li za sobą, więc bos­man pierw­szy rzu­cił się z sie­kie­rą na rufę.

 

Pan Krefs za­nu­rzył w żar­ni­ku długą drza­gę – Literówka.

 

A spró­buj ty wziąć pół­rocz­ne pa­cho­lę, za­pnij je w kaj­dan bez sko­bla… – Pacholę, to chłopiec już podrosły. Literówka.

Proponuję: A spró­buj ty wziąć pół­rocz­ne dziecię, za­pnij je w kaj­dany bez sko­bla

 

Za­trzy­mał się nie­ru­cho­mo na tań­czą­cej toni, spoj­rzał na okręt i zawył… –Czy można zatrzymać się ruchomo?

Proponuję: Za­trzy­mał się i trwając/ tkwiąc nie­ru­cho­mo na tań­czą­cej toni, spoj­rzał na okręt i zawył

 

Stał tak dłuż­szą chwi­lę, wpa­tru­jąc się w ko­ły­szą­cy się lekko ka­dłub. – Może: Stał tak dłuż­szą chwi­lę, patrząc na ko­ły­szą­cy się lekko ka­dłub. Lub: Stał tak dłuż­szą chwi­lę, wpa­tru­jąc się w lekko rozkołysany ka­dłub.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Psycho, ok zeznaję: chyba mam podobnie jak Regulatorzy: nadmiar szantów (szant? jak toto się odmienia?) przeszkadzał mi w lekturze i wybijał z opowieści, po którejś szancie wymiękłam ostatecznie. No, jakoś zamiast fabuły widziałam biegających i drących gęby marynarzy ;)

Aha, musicali organicznie nie trawię, być może po prostu nie jestem targetem, więc się specjalnie nie przejmuj :)

A dziękuję, regulatorzy, za wizytę i dogłębną lekturę. A i owszem, przez moment nawet myślałem, czy nie powinien pojawić się chór marynarskich duchów, który, wzorem greckiej tragedii, naprowadzi widzów na to i owo, ale dotarło do mnie, ze Grecy owi nie mieli parostatków. To chyba przez Kryzys, urwał się z Hadesu i zeżarł im wszystkie kotły… Ale że tobie przed oczami staje chór w marynarskich strojach… No, apetyt masz nielichy ;-)

Nie powinnaś chyba pisać, że jest ci przykro, jeśli nie jest, bo mi nie jest także, gdyż gdyby było mi przykro, to  wtedy chyba  ja powinienem pisać, że przykro jest. Sądzę, że skoro szanty tak skutecznie wybijają z rytmu, to powinny zaciągnąć się do reprezentacji i trenować stałe fragmenty gry.

Tak, pan Krefs to także mój ulubieniec. W tawernach, gdy się przysiada, mówią mu po chwili: “Daj spokój, Krefs, ile można gadać?! Daj innym dojść do głosu!”. :-D 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

W ramach rekompensaty wspomniałam sobie Twoje inne opowiadanie, napisane na pewien konkurs – to, które dzieje się w przestrzeni kosmicznej i występują w nim postaci z naszej przeszłości… ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Autorze.

W księdze Hioba znalazłem opis Lewiatana, jako potwora zionącego ogniem i dymem. A więc nawiązanie do parostatku jest jak najbardziej na miejscu i pokazuje Twoją erudycję, gdy znalazłeś biblijną analogię. Jestem prawie pewny, że zrobiłeś ten ukłon w stronę hebrajskich legend celowo.

A mnie szanty jak najbardziej pasują, bo nadają klimat tej opowieści, ponadto lubię połączenie legend i towarzyszących im utworów śpiewanych. Dla mnie ballada czy szanta jest dziełem literacko-poetyckim nie gorszym od epickiego opowiadania. Doceniam ponadto trud włożony w zgrabne, moim zdaniem, połączenie całości.

Epizod z beczką można poprawić jednym słowem: zamiast “zachwiała”, zmienić na “zakolebała”. Pozdrawiam.

@Bellatrix – o widzisz, czyli nie trafiłem w gust i jeszcze forma “musicalowa” dobiła. O ile na gust nie poradzę, to nad formą władam tyle, że… To będzie inne opowiadanie wtedy, jeśli szantę przyciąć do opisu tylko. Dziękuję, bo teraz wiem więcej o twoim guście i o tym, że musicale nawet w opowiadaniach potrafią drażnić.

 

@regulatorzy – a cieszę się na twoje wspomnienia w takim razie ogromnie ;-) Bardzo dziękuję za wskazane potknięcia, znamienitą większość rzeczywiście poprawiłem. Nie bez powodu napisałem, że musical, więc niech ci nie będzie przykro, bo wyobrażenie uprawnione, jedno z wielu. Taka konwencja i już ;-)

 

@ryszard – tak, to jedno ze źródeł inspiracjji. Kiedyś popełniłem bardzo nieudane opowiadanie, w którym okręt o tym biblijnym rozmiarze i imieniu już wystąpił. Wciąż obiecuję sobie, że do niego wrócę i zrobię je lepiej ;-) Biblię zna wiele osób, dzięki czemu takie intertekstualizmy ułatwiają odbiór podobnych nawiązań. 

Beczka, nie dość, że teraz stawiana na pokładzie, to jeszcze się kolebie – dziękuję!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jestem pełna podziwu, że ktoś, kto nie brał udziału w takim pogrzebie (chyba dobrze wyczytałam w komentarzach) jest w stanie tak dobrze to zobrazować. Brawo za fachowe słownictwo. Szanty mi nie przeszkadzały, o dziwo, wręcz przeciwnie. Bardzo dobrze, obrazowo napisany tekst. Niemal byłam tam z piratami, na łajbie :) Świetnie wystylizowany język. Co do błędów, wypowiedzieli się Ci, którzy je zauważyli i się na nich znają.

Zbyt mało wiem, by być niekompetentnym.

Żarnik na pokładzie żaglowca? Ciekawa sprawa… A czym w nim palili?Dobrze, ze nie koksownik. 

Ogień  jest największym wrogiem drewnianego okrętu, groźniejszym od sztormu, a piec w kambuzie szczególnie chronionym miejscem. 

Pozdrówka. 

 

Uwaga! Będę kadzić. Twoje opowiadanie już po pierwszych akapitach zdobyło moje pełne, czytelnicze zaufanie. Absolutnie nie miałam ochoty, potrzeby zresztą również, tropienia potencjalnych błędów, co zdarza mi się, gdy już na początku lektury o coś się w czytanym tekście „potknę”. Przeciwnie, zaczęłam zaznaczać sobie zdania, które urzekły mnie albo swoją urodą albo ukrytymi emocjami (jak to: Nasza dzielna dziewuszka w milczeniu doganiała mgłę.) albo dowcipem, zabawnie charakteryzującym narratora, snującego opowieść w portowej tawernie, czyli np. to: Nalej, to długa obelga, a przydaje się w życiu. Kiedyś tak zdumiał się na jej piękno pewien paniczyk, żem zdążył galoty podciągnąć i czmychnąć, nim oprzytomniał.

Rewelacyjnie przetworzyłeś wilka morskiego na Wilka Morskiego, rewelacyjnie skrzyżowałeś biblijnego Lewiatana z Latającym Holendrem i rewelacyjnie wykorzystałeś rolę szant jako motywu zespalającego całe opowiadanie. Podoba mi się również sposób, w jaki, zmieniając narrację z trzecioosobowej na pierwszoosobową, podmieniasz światy – fantastyczny na realny, zręcznie manipulując przy tym odbiorcą. Raz „sprowadzasz go na ziemię” i pozwalasz zachować dystans do całej historii, bo wiadomo, że przy piątej szklance rumu wyobraźnia i elokwencja starych żeglarzy mkną pod pełnymi żaglami. Potem wracasz na morze, na pokład „Dziewicy” i sprawiasz, że wierzymy w magię wydarzeń tam się rozgrywających. Komplementy ograniczę do jeszcze tylko jednego, żeby mi wypracowanie nie wyszło. A mianowicie: Pięknie poprowadziłeś partie narracyjne! Pięknie! Potoczyście, nie oszczędzając na szczegółach, ale i nie przesadzając z ich liczbą. I sama historia, choć prosta, potrafi przykuć uwagę do samego końca. Sądzę, że sugestywnemu urokowi podobnych, morskich opowieści, uległ kiedyś niejaki Robinson i dał dyla z domu, zostawiając na lodzie starych rodziców i drobne dziatki. A, nie! Dziatek jeszcze nie miał. Ale starych zostawił!

 

 

P.S. Bardzo lubię szanty, te klasyczne, „do roboty”, śpiewane a capella i takie „po pracy”, którym towarzyszy jakiś instrument. Nie przepadam natomiast za pop-przeróbkami, podszywającymi się pod klasykę i brzmiącymi jak słodkie hopsasa. Mam nadzieję, że to tego typu komerchę miał na myśli Sethrael pisząc, że szanty kojarzą mu się z disco-polo. Bo przecież niemożliwe, aby były to utwory takie jak TEN, TEN, TEN albo TEN lub TEN

@GZA – bardzo dziękuję za dobre słowo. Powiastka jest przygodowa, rozrywkowa i ogromnie się cieszę, że oprócz Mechaniszkina i ciebie udało się zaciągnąć na pokład! Pogrzeb jak pogrzeb, różne są zwyczaje, grunt to… wyobraźnia :-)

 

@Roger – w kwestii ognia masz oczywiście rację. Potrzebowałem później, fabularnie, źródła szybko dostępnego ognia na głównym pokładzie, więc wymyśliłem sobie w głowie coś (kula z małymi otworkami? Zawieszona na pałąku przytwierdzonym do relingu? W kulce żarzące się coś, nie płomień, a żar; drewno, węgielki…), co nazwałem żarnikiem… ;-) Przyznaję się bez bicia ;-)

 

@w_baskerville – zmieniłaś avatar, nie poznałem cię! Ogromnie dziękuję za obszerny komentarz. Wypunktowałaś chyba większość nawiązań i konstruktów fabularnych (wilk, Lewiatan, Holender, nieprawdopodobność zakrapianej rumem historii, snutej przez marynarza w tawernie), które chciałem w tekście zmieścić… No, kurczę, nie ma nic milszego niż takie zrozumienie u czytelniczki :-) Dobrze, że Robinson C., znany organom ścigania porzucacz rodziny, nie czytał akurat mojego opowiadania – nie lubię zeznawać  “w sprawie”. :-D Dziękuję za nominację!

 

 

Wydaje mi się, że tekst nie zostawia obojętnym – albo się podoba, albo nie. Przeważnie nie zostawia czytelnika letnim. Wierzcie lub nie, ale samo to już mnie cieszy.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja musicali nie cierpię, ale opowiadanie przeczytałem z przyjemnością. Świetna scena z Wilkiem Morskim przy sterze. Ale najbardziej w tekście zaintrygował mnie opis “Lewiatana”. Uwielbiam parostatki. Podejrzewam, że zamiast na parę, mogłyby być napędzane własną epickością. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

 

Dzięki, SzyDzia – za wizytę i miły komentarz ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie no aż tak epickie, jak Profesor Złodupiec, to parostatki nie są. Tak megaepickie są tylko zeppeliny. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Byłem, przeczytałem. Trochę długo i jakoś tak… Zbyt dużo szant.

Kurcze… Półtora dnia myślałam (fakt, wolno, bo mgła) i dalej nie wiem, co myśleć. Bo napisane świetnie, fajnych pomysłów tyle, że i trzy opka by obdzielił, czuć aromacik rumu i wodorostów, ale… czegoś mi brakowało.

Po części Twoich tekstów, Rybko, mam ochotę wywiesić Twoje zdjęcie za łóżkiem (by Jeden-Jedyny nie widział) i cmokać na dobranoc, jak to koleżanki w podstawówce z plakatami New Kidsów czyniły, a tu przeczytałam i… tyle.

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Gwidonie, Aleks, dzięki za wizytę, czas i komentarz! Mam nadzieję, że inne moje twory nadal będą powodowały odruch cmokania (choć wolalbym chyba, gdyby Gwidon polewal…. ;-) ).

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fajne opowiadanie, jest klimat piratów, jest niezła fabuła, dobrze wykonane, mi – przyznam – szanty nie przeszkadzały, a raczej dodawały tego klimatu. 

Może mi coś umknęło, ale jakie znaczenie miał ten drewniany słowik?

I po co to było?

Posiadacz drewnianego słowika stawał się szantymenem. Tak zrozumiałam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Syfie, dzięki za wizytę, lekturę i syf.ne dobre słowo ;-) Tak, regulatorzy dobrze to wyjaśniają, z drobną korektą: nie stawał a stał się, Jakub Drewniany Słowik był jeden, stary, w dodatku z magią szant obeznany, w moim zamyśle słowik stał się totemem, który nasycał sukcesora szantą. Krzywonos to widział, Krefs coś wiedział… Nie rozpisywałem już wymyślonych przez siebie obyczajów między szantymenami, bo to byłby wątek poboczny na parę tysięcy znaków no i tempo wtedy siadało ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Też myślałam, że ptaszek słowik daje moc. Coś jak przekazywanie dziedzictwa. Z tekstu nie wynikało, że Jakub był wyjątkowy w tej kwestii, a jedynie, że przekazał totem dalej.

Ptaszki generalnie dają moc, nieprawdaż rooms? ;-)

W dużym skrócie: potwierdzam interpretację, cieszę się jednocześnie, bo oznacza to, że przekazałem zamysł wystarczająco czytelnie.

 

Gwidonie – zaskoczyłeś mnie nominacją, dziękuję! Obawiam się jednak, że bez przeniesienia dwuzdaniowego komentarza tutaj, Loża nie uzna głosu ;-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oj, w środę dj zażąda każdej z tych szant :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Wspaniałe, świetne. Wsłuchując się w szanty czułem się tak jakbym był o trzydzieści lat młodszy i na festivalu w Starym Folwarku tańczył przy ognisku, z butelką rumu w ręce, of course. Niezaprzeczalnie pomysł jest wybitnie chwytliwy i na czasie. Morskie opowieści nasuwają na myśl ciężką dolę emigrantów, którzy w poszukiwaniu chleba Warburtons musieli wybrać się za ocean.

Ogólnie opowiadanie może nie jest idealne i posiada kilka mielizn, tudzież dłużyzn, jednak bez względnie zasługuje na uznanie czytelników.

Panowie, dzięki :-) z komorczaka, w biegu, więc skrótowo: czy DJ będzie śpiewał w środę? Gwidonie, czy masz czas może na priv więcej o rafach i mieliznach?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O w huj, książkę piszesz? A bierzesz pod uwagę, że może( beryl mode off) piszesz? Nie wiem czy jestem dobrym targetem.

Będzie wspierał gromkim fauszem spośród gromkiej publiczności :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Gwidonie, chciałeś zapytać, czy biorę pod uwagę, że berylowo piszę? ;-) Nie, nie książkę – i nie chodzi o target. Chodzi o ewentualne dopracowanie tekstu. Jajku – poszedlbym osluchac gromko fausz, ale zyje poza te twoja stolyca…;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Możesz

 

Dobre opowiadanie, czytało się gładko. Fanem szant nie jestem, więc teksty piosenek omijałem szerokim łukiem, bo i bez tego opowieść jest wystarczająco zrozumiała. Generalnie: przyjemnie spędziłem czas.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Bohdanie, ogromnie dziękuję za czas i dobre słowo. Jest mi dobrze, że zrobiłem twojemu czasowi dobrze ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

“…kilku marynarzy wisi nieprzytomnych na sznurach, najwyraźniej poturbowani mocno przez sztorm…" – to zdanie wydaje mi się niegramatyczne. Albo "poturbowanych", albo ”są poturbowani", czy coś…

 

“Kapitan najpierw wytrzeszczył oczy, a potem wybuchł śmiechem." – wybuchnął

 

Generalnie rzecz biorąc przez początek szłam z pewnym trudem, nie mogłam się wczuć, mnogość szantowych wstawek mnie irytowała (zresztą robiła to aż do końca ; ), dopiero od momentu pojawienia się wilka się wciągnęłam i do końca doczytałam z prawdziwą przyjemnością. Bardzo mi się podoba Twoja wizja wilka morskiego, a także motyw czarodziejskiej mocy szant.

Narrator z karczmy wydaje mi się całkiem bezpłciowy, za to kapitan i Scott to fajni bohaterowie, których można polubić – przy czym nie ukrywam, że dla mnie Stoneheart ma filmową twarz Tyriona Lannistera ; P

Zakończenie jest przewidywalne (to, że Scott dołącza do załogi), ale przedstawiłeś je w taki sposób, że jest ciepłe i człowiek cieszy się wręcz, że wyszło tak, a nie inaczej, bo to po prostu jest właściwe zakończenie dla tej historii ; )

 

Ogólnie – podobało mi się. Brawo, Rybko!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ogólnie – podobało mi się.

Koniec świata! ;)

Sorry, taki mamy klimat.

A co ja, Beryl? ; p Nawet mnie się czasem coś podoba ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Szok! Szok i niedowierzanie! Sensacja i skandal! Jose H., znana figura, zaprzecza, jakoby była berylem!;-) :-) Jose, dzięki. Poturbowane zdanie rzeczywiście do przeróbki, natomiast "wybuchł" i wybuchnął " są na rowni poprawne w tym kontekście. Niestety, filmowa twarz Tyriona jest już tak silnie zakorzeniona w masowym odbiorze, że dowolny gnom może zostać z nim skojarzony ;-) Uzylem archetypu gnoma-alchemika skądinąd, a i tak nie mogę przełamać Twojego skojarzenia. Cieszę się, że ten przygodowy rejs sprawił ci przyjemność. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Granat wybuchł, człowiek wybuchnął gniewem.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ok, dzięki – rzeczywiscie, przegapile.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przegapiłem, przegapiłem, a kapitan nadal "wybuchł”, zamiast “wybuchnął" śmiechem ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

I nie chce porządnie wybuchnąć już od 23 października! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Melduję się na pokładzie.

Szanty bardzo. Pływanie jeszcze bardziej. Co prawda żaglówką po jeziorach, a nie statkiem po morzach i oceanach (ale co nie za mną, to przede mną), niemniej zdecydowanie moje klimaty.

Gdzieś tam zostało kilka powtórzeń, a poruszona już przez (i tu jakiś superlatyw) Regulatorów kwestia fragmentu:

Następnego dnia pogoda była przednia, dął lekki wiatr, wypełniając łagodnie żagle „Dziewicy”. Morze falowało spokojnie, tylko kilwater okrętu ciął jego gładką powierzchnię spienioną kreską. Pełny księżyc przeglądał się w wodnej toni, chmur było niewiele. Scott chrapał głośno w ciasnej kajutce na forkasztelu, przeznaczonej dla pośledniejszych pasażerów, gdy na zewnątrz rozległ się krzyk.

i mnie cokolwiek zbulwersowała i wybiła z rytmu. Tyle, jeśli chodzi o uwagi techniczne.

Styl genialny (a więc nie rozczarował), a sama opowieść… Motyw starego gawędziarza chlejącego na cudzy koszt przejadł mi się gdzieś w okolicach Trylogii Husyckiej Sapkowskiego, a Ty – poprzez nasycenie tekstów w stylu: jak tu pusto, jak tu sucho – jeszcze bardziej zaszkodziłeś temu schematowi. Niemniej wzmianka o dwóch jegomościach i mieszku jest tak pięknym zakończeniem tego epizodu, że jestem skłonny Ci go wybaczyć ^^. Opowieść o Dziewicach, oraz morskich wilkach i potworach plujących dymem i ogniem, bardzo sympatyczna. W pewnej chwili – bardzo krótko to trwało, ale nie umknęło mojej uwagi – poczułem się dokładnie tak, jak w kinie, kiedy gasły światła, obiecując tym samym, że oto zaczyna się nowa przygoda z Jackiem Sparrow’em… Kapitanem Jackiem Sparrow’em. A nich wszem i wobec będzie wiadomym, że moje uwielbienie dla tej serii niepokojąco przypomina miłość nastolatki do swoich idolek z Tokio Hotel. Jednym słowem – plus. Dwoma słowami – ogromny plus.

W mojej głowie Scott pozostał jednak gnomem, a nie karłem. Zapewne ma to jakiś związek z bliską moją znajomością z dalekim kuzynem Stoneheart’a, niejakim Theoprastusem. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że sam pomagasz czytelnikowi zidentyfikować swojego alchemika z Tyrionem, wręczając mu do ręki coś, co – wypisz wymaluj – przypomina Smoczy Ogień, którym rzeczony Lannister też podpalił kilka statków. Swoją drogą, szkoda, że w Twoim wydaniu ów specyfik nie miał żadnego konkretniejszego wpływu na przebieg starcia, jak tylko to, że rozswietlił mocarnego “Lewiatana” (wnoszę po tym, że mimo podpalenia, pircki statek jeszcze długo ścigał “Dziewicę”, ergo – nie ucierpiał). Naprawdę liczyłem na jakieś wybuchy, pożary i spektakularne zatonięcia.

Krótko: biblioteka w pełni zasłużona, ochy i achy wszystkich czytelników powyżej, którzy się tych ochów i achów dopuścili – zasłużone, zgrzytanie zębami pozostałych, również poniekąd zrozumiałe. O szansach konkursowych zbyt wcześnie jeszcze, by prawić, niemniej poprzeczkę zawiesiłeś wysoko jak burta “Lewiatana”. Na piórkach natomiast zupełnie się nie wyznaję, więc – jakkolwiek życzę kolejnego – głosu nie zabieram w temacie.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy, łączę się w uwielbieniu dla Jacka, jak ta nastolatka normalnie. :)

 

rooms, pozwolę sobie zauważyć, że ja mówiłem o całości, nie tylko o Jacku… ale dobra, przyznaję – bez niego nie byłoby o czym w ogóle rozmawiać. Choć zawsze jest jeszcze Barbossa.

I bądźmy szczerzy – kobiety zawsze pozostają nastolatkami. Wiek Wam się liczy do osiemnastki, a potem już tylko repley za repleyem: osiemnastka, druga osiemnastka, trzecia osiemnastka… I wszystko jest jak w piosence Rodowicz:

“I choć w papierach nam przybyło, to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami…” – Maryla ma za sobą już tyle osiemnastek, że z pewnością wie, co mówi.

 

Peace!

 

P.S.

Sorki że rozpocząłem wątek do spamu (biorę to na klatę).

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

o całości ,a jakże :)

Hmmm, coś jest nie tak – w plikach źródłowych (oraz pdf i mobilkowych) poprawione, w tekście opublikowanym wujnia…

 

Nic, próba n-ta wklejenia czegoś do cholernego edytora (i tak jest lepszy od protoplasty!) przede mną ;-)

 

Co do skojarzeń z Grą o Tron i serią Piratów z Karaibów… Nic nie poradzę, że grecki ogień/alchemiczny ogień i pirackie legendy zostały przykryte współczesnymi tworami kulturowymi. A jak już nic nie poradzę, mogę tylko używać elementów na swój sposób ;-) Tym niemniej, dziękuję, Cieniu, za sążnistą recenzję, dobre słowo i to uczucie, gdy w kinie gasną światła – wyartykułowane na głos ;-)

 

EDIT

P.S. Cieniu, nie wiem, co chcesz brać na klatę, ale mam nadzieję, że nie rozsmarowujesz mielonki na swoich włochatych cyckach… ;-) Mnie? Za spam? Czyście się szaleju objedli, obywatelu?!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Kurczę, mam różne odczucia po lekturze Twojego opowiadania. Z jednej strony nie można Ci odmówić gracji w kreowaniu stricte morskich klimatów, z drugiej jednak cała ta opowieść nie pochłonęła mnie tak bardzo i nie mogę stwierdzić, że momentami nie czułem znużenia. Obrałeś ciekawą formę, pomysł też nielichy. Nade wszystko przeważa tu jednak ten specyficzny czar, ujmujący klimat. 

Nie ma wątpliwości, że jest to kawał dobrego tekstu, który według mnie ma pewne mankamenty i dlatego muszę się zastanowić nad tym, jak tu zagłosować : )

Domku – dziękuję za czas, lekturę i komentarz ;-)

 

Jakbyś jeszcze dał znać, gdzie cię znużenie dopadło – byłoby super ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie przeglądając tekstu – fragment, w którym załoga zmaga się ze złymi warunkami atmosferycznymi i ogólnie rzecz biorąc szanty, na których w dużej mierze oparłeś swoją opowieść; chociaż dla jednych może to stanowić o sile opowiadania, drugim niekoniecznie musi przypaść do gustu. I tak w ogóle mniej ciekawe – ale nie wszystkie – wydały mi się te fragmenty, w których narrator występuje w pierwszej osobie – jednak i tak uważam je za korzystne dla całości. Mimo wszystko spodobał mi się klimat opowieści, który jest wystarczającą rekompensatą za te, nazwijmy je, momenty ;-)

Kufa, dzięki ;-) I znów dylemat: ciąć kluczowe dla opowiadania szanty czy nie ciąć… ;-) No, pażywiom, uwidim. Najwyżej po końkursie pirackim dojdzie do zmian, a wersja obecna, dla potomnych, zostanie zachowana w PDF. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja bym je jednak zostawił. Kto będzie chciał, to je pominie :-)

Dzięki, Domku. Dokładnie z tego powodu wciąż ich nie ruszam, co nie oznacza, że w przyszłości nie zerknę na statystykę opinii. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dylematy, dylematy…

Fiszu! Napisałeś z całą pewnością dobre opowiadanie. Z drugiej strony nie jest to opowiadanie wolne od mankamentów. Nie jestem fanem szant, więc bez skrupułów pominąłem większość z nich. Motyw opowieści w karczmie trochę mi się przejadł, trochę nigdy jakoś specjalnie mi się nie podobał. I – tak na marignesie – przypomina mi się, że przy okazji “Nadziei” również wykorzystałeś ten motyw… aż tak go lubisz? :) Tak czy siak, nie dość, że mi się nie podobał jako taki, to w dodatku odnoszę wrażenie, że te fragmenty, gdzie z niego korzystałeś są gorszą narracją.

Pomijając jednak szanty i gościa w karczmie – opowiadanie bardzo dobrze napisane, gawędziarsko. Przez tekst się płynie niczym “Lewiatan” po morskiej toni (aczkolwiek nie przyznaję się do wypuszczania oparów). Sama historia wydaje się z początku ciekawa. Później – jak na mój gust – jest trochę za dużo niedopowiedzień.

No, soczysta recenzja – dziękuję ;-) Motyw owszem, ładnie pozwala przeskoczyć między narratorami, ale jego moralne zużycie, widzę, uwiera ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No, no, jestem pod wrażeniem. Toż to prawie musical na papierze. I do tego żeglarski.

I do tego świetnie napisany.

Dokładnie na temat stylu czy warsztatu nie będę się wypowiadał, bo sążniście zrobili to przedmówcy. Od siebie dodam jedynie, że wyczuwam piórko. Pewnie nawet i srebrne.

Ya love da smell of feather in da mornin’?  ;-)

 

(to było o napalmie i w Wietnamie w oryginale, hint dla młodszych oglądaczy kina ;-) )

 

Dziękuję Vyzarcie, jest mi niezmiernie miło :-) Nie zapeszajmy, nie dzielmy, głosy głosami, a srebrność srebrnością. 

 

Jak już wspominałem, cieszy mnie sam fakt, że tekst nie zostawia obojętnym. “Nieważne jak o mnie mówią, ważne, że mówią” – chyba Oscar Wilde, ale w kontekście tego opowiadania brzmi zdecydowanie pozytywnie :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

“Nieważne jak o mnie mówią, ważne, że mówią” – chyba Oscar Wilde, ale w kontekście tego opowiadania brzmi zdecydowanie pozytywnie :-).

 

Znaczy… że to opowiadanie przemyca jakieś gejowskie myśli? o.O

A myślisz, że pan Krefs co tak naprawdę wyznawał…? :-D 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tak, porzucić alchemię dla morskiej tułaczki, dobre! Historia wciągająca i warta dzbanka grogu. Znajduję tu wszystko, co definiuje dobrą przygodę. Może tylko, jako miłośnik szant, wolę usta hiszpańskich dziewczyn. 

Jedna rzecz mi zgrzytnęła… Znając realia burzy morskiej z “Tajfunu” i “Pereł Peerlaya”, mam wątpliwości, czy słychać byłoby wtedy śpiew i dałoby się w ogóle cokolwiek zaśpiewać.

I jedna uwaga: cyrulik, czyli balwierz, to fryzjer, wykonujący drobne zabiegi medyczne, głównie upuszczający krwi. Użyłbym raczej określenia “medyk”.

Ogólnie – bardzo dobre, czyli na pięć.

Dziękuję ambroziaku ;-) co do cyrulika – rzeczywiście! Poprawię, dziękuję! Co do słyszalności – ano to nie była zwykła szanta, lecz magiczna! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Magiczne szanty – i wszystko jasne!

Dziękuję, Jajku, za szósteczkę i miłe słowo w wynikach ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rezygnacja z przebojowości, takiej nieco na siłę, i podobnie prezentowanego humoru, jakimi cechował się Twój pierwszy znany mi tekst, wyszła na zdrowie temu opowiadaniu.

Nie znaczy to, że tamten tekst był gorszy. Nie. Do tematu humor i przebojowość „przystawały” dobrze, ale nie pozostawiały po sobie niczego poza wspomnieniem, że „fajne”. Tu poza wrażeniem ogólnej „fajności” pozostają refleksje, częściowo ponadczasowej natury i treści. Drewniany słowik może pozostać elementem fantastycznym, ale może stać się symbolem że tak nazwę wyzwalacza synergii, płynącej z poczucia przynależności, wielokierunkowej, do załogi, do ludzi morza przestrzegających dobrych praw i obyczajów, do samego statku… Morski Wilk, zgodnie z zasadami bajkowymi odwdzięczający się za pomoc, nawet tę udzieloną pod niejakim przymusem z jego strony – też symbolika, stare przesłanie idące w niepamięć, więc dobrze, iżeś je przypomniał… Powrót pana Stoneharta na „Dziewicę” też ma wymiar ponadutworowy… „Lewiatan” też się Tobie udał. Pozaczasowy względem akcji opowiadania, załodze „Dziewicy” kojarzący się w oczywisty sposób i z oczywistych powodów z czartami i piekłem. Napisałeś, moim oczywiście zdaniem, klasyczną opowieść marynarską z dawnych lat, opowieść bajkową, z dobrze dobranymi bohaterami i wydarzeniami, pasującym sztafażem, w żadną stronę nie przeszarżowaną – można zaryzykować opinię, że wzorcową.

Edycja: wstawiłem i dopiero zauważyłem Twój wpis, mówiący o tym, że dj też docenił. Gratki!

Leżę.

 

Opłacało się w dzieciństwie czytać “Wilka Morskiego”, żeby doczekać takiego komentarza :-)

 

Czekaj, Adam, palpitację mam… 

 

 

 

 

 

Ufff…

Jeszcze takiej recenzji nie miałem. Dziękuję. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Palpitacje? Z jakiego powodu? Przeze mnie może, nie daj Quetzalcoatlu?

Ze wzruszenia ogólnego! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przede wszystkim dzięki za wersję mobi. Przerabianie tekstów z tej strony na czytnik to mało fajne zajęcie.

Tekst znakomity. Podobało mi się w wszystko.  Świetny piracki klimat, ładnie nakreślone postacie, zakończenie. Szanty w sumie też pasowały lepiej, niż myślałem, że będą pasować. Językowo naprawdę fajnie. Jak najbardziej zasłużona wygrana.

Żałuję, że już za późno, żeby nominować. Z następnym Twoim tekstem muszę się bardziej pospieszyć. Ale mam nadzieję, że Ci tam natrzaskali głosów?

Zygfrywolnidzie, dziękuję za pochlebne to i owo :-) Nominacja była, więc teraz wszystko zależy od tego, czy lożyści wciskają przycisk za kolegę, czy nie :-) Tak zadowolony czytelnik jak ty to u mnie uśmiechnięta micha, odbijająca się w ekranie telefonu  :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Gratuluję srebra, Rybosławie!

Sorry, taki mamy klimat.

Bardzo się cieszę, że dostałeś srebrne piórko za ten tekst, PsychoFishu – gratuluję!!

Że sparafrazuję największego z wielkich – Skippera z Pingwinów – od początku wiedziałam, że tak będzie ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

No w mordę jeża, dziękuję Wam wszystkim. Vyzartowi za proroctwo też ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dołączę do grupy gratulującej srebrnego piórka. Właściwie to ono zachęciło mnie do lektury. Tak jak ktoś wyżej napisał masz bardzo plastyczny język. Bardzo dobrze się czytało. Morze jak żywe ukazało się w mojej wyobraźni. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dobrze, że nie zalało, bo teraz zimno i gotowe by było zamarznąć… ;-) Dzięki za wizytę i dobre słowo, Morgiano! 

 

Pozdrawiam!

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oj możliwe, że zalało, bo wyobraźnia działa, ale nieco tak jakby była przerdzewiała. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

A jak już działa, to przepraszam, na jaki temat rdzewieje? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Na pisanie. Pomysł jakiś jest, ale chęci małe, czasu niewiele, a jeszcze opowiadanie na dragenezę czeka na poprawki. Takie o to przerdzewienie, bo przy czytaniu czyjegoś tekstu nie ma problemów z wyobraźnią. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ha, czyli wychodzi mi, że skoro morze ję, znaczy tę twoją wyobraźnię zalało, a potem pojawiła się rdza, to w opowiadaniu ani chybi będzie Morski Mechasmok z zardzewiałymi serwomotorami! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przejrzałeś mnie! A myślałam, że to taki oryginalny pomysł…

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Pomysł jak pomysł, wszystko zależy od tego, jak go rozegrasz ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No, wzięłam się w końcu. A długo mi ten tekst w kolejce zalegał…

 

Komentarzy nie czytałam, ale pewnie oryginalna i tak nie będę. Klimat świetnie oddany, to połączenie szant i pracy marynarskiej wyszło ci zdecydowanie lepiej niźli bym się spodziewała (bo to można byłoby generalnie pięknie skopać), warsztat cud miód, jeden błąd tylko znalazłam:

Smutek ścisnął serce małemu alchemikowi, spojrzał na kapitana „Dziewicy” i pokręcił głową.

Zgubiony podmiot. Smutek spojrzał ;)

Mój największy zarzut to to, że mi się momentami ten tekst, mimo uroku, po prostu nudził. No, tak jakoś (szczególnie w pierwszej połowie) mało się działo. Niewyspana jestem to też łatwiej mnie znużyć, ale fabuł po prostu nie porywa. Dopiero pod koniec ciśnienie mi skoczyło, jak wilkołak po ‘lewiatanie” skakał. Swoją drogą boska interpretacja “wilka morskiego” xD No, padłam.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ano, kompozycja, oporna dziwka, jak zwykle. :-) Dzięki, Tenszo, za wizytę i komentarz!

 

Spokojnie, to jest już drugi czy trzeci tekst z portalu, który z różniastymi, bardzo pomocnymi uwagami trafił do folderu WYPOLEROWAĆ_NA_GLANC – kiedyś to w końcu zrobię. A na razie, niech ostygną, niech zmrożą się w lód. I pomysł na lekkie ożywienie pierwszej części w kilku zaledwie zdaniach też już jest… Nie edytowałem jednak, bo przyszedł do mnie po ogłoszeniu wyników przez Jajka i to byłoby zwyczajnie nie fair.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A jak tam miewa się Twoje piórko, Fishu. Będzie co z niego?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Pisz pan na Berdyczów… ;-) Pażywiom – uwidim, o! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ze tak powiem klimat opowiadania jest mi bliski, dlatego podobało mi się włączenie szant do opowiadania  – czy ci marynarze mogli je znać?  Nieważne.  Nie mam zamiaru udawać, że pracuję w redakcji  Zygootek i Melasińscy  na stanowisku redaktora technicznego – ale nasuwa się mi, że gwiazda to chyba gdzie indziej – mówię o tym, jeżeli wcześniej nikt Ci o tym nie wspomniał. Jeżeli tak – to znaczy, że słabo czytałem komentarze wcześniejsze.

 

Jakby jednego nieszczęścia było mało, po południu majtek w bocianim indecision gwieździe indecisionkrzyknął „Żagiel! Żagiel na horyzoncie!”.

 

Ale dla mnie to szczegóły. Opowiadanie ma swój klimat i zdania chyba same Cię prowadziły. Dlatego zastanawiam się jak tu napisać niezbyt napuszoną opinię, ale dającą w sposób niezbyt skomplikowany i jednoznaczny jaki stan opowiadanie twoje wzbudziło we mnie …. A co ja będę, k…., szacun  – po prostu.

 

Zdrawiam

O ho ho, ogromnie dziękuję :-) Psikus autokorekty, najwyraźniej – poprawiłem :-)

 

Cieszę się, że ci się – kobieto Zbigniew Martuszewski (sprawdź ustawienia profilu) ;-) Opowiadanie pomysłem od szant stoi, różnie jest oceniany, więc tym bardziej mi miło, gdy komuś przypada do gustu :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sorki – już się poprawiłem…. I jeszcze jedno – gedzie eś tych szantów nasłuchał?

 

Zdrawiam

Na studiach, pod mini-żaglem u kolegi :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Na studiach, pod mini-żaglem u kolegi :-)

Rybo, to brzmi baaardzo dwuznacznie! devil

a ja na tych studiach w pubie na ryja brankę w czasie koncertu szant w Toruniu grzmotnąłem :)

Hep, rooms, no wiesz co… :-D To, że my razem pod jego namiotem… Ech, pogrążam się, prawda? :-D

 

Zbigniewie, tak brutalnie grzmociłeś brankę przy wszystkich, rycząc miłosną szantę? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A ja przeczytałem teraz. Bardzo dobrze napisane, styl jak najprzyjemniejszy, czyta się szybko i gładziutko jak motorówka płynąca przy flaucie. Szanty mi nie przeszkadzały (ale ja z kolei jestem miłośnikiem musicali – tak, ONI ISTNIEJĄ!), stanowiły smaczny dodatek. W sumie przeszkadzało mi w nich jedynie to, że tylko kilka z nich znałem i mogłem, czytając, nucić ;)

Tylko nić fabułarna trochę zbyt prościutka i przewidywalna… i przez to, jak całość czytałem z przyjemnością, to drugą połowę też z żalem, że właśnie pod kątem fabuły nie dostanę więcej.

A w kwestii słowika – Twoja w komentarzach przedstawiona wersja, że to po prostu totem Jakuba, który “nasiąkł jego mocą”, trochę mnie wprawiła w konsternację – bo w takim razie skąd Krefs wiedział, żeby wydrzeć się na Scotta, żeby zaśpiewał, skoro ten dotąd nigdy tego nie robił (a na pogrzebie mu wcale nie szło)? Co innego (i tak to rozumiałem w trakcie czytania), gdyby to słowik sam z siebie dawał moc szantowania, o czym wtajemniczeni wiedzieli, a Jakub go tylko przekazał. Natomiast w tym przypadku nie wiedziałem, dlaczego Jakub akurat Scottowi go podarował. Tylko dlatego, że akurat nawinął się pod rękę?

Tak czy siak – całość oceniam jak najbardziej pozytywnie, tylko narobiłeś mi apetytu na więcej ;)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Dzięki, Diriadzie ;-)

 

Słowem wyjaśnienia:

Jakub Drewniany Słowik był jeden, stary, w dodatku z magią szant obeznany, w moim zamyśle słowik stał się totemem, który nasycał sukcesora szantą.

 

Jakub Drewniany Słowik to osoba.

Słowik – totem, talizman. 

Słowik jest ogniskiem szantomagii, a chodziło o sukcesora Jakuba… Tak to jest, jak się pisze komentarze na kolanie ;-) Tyle, że ten sukcesor nie zawsze się “budził” jako szantymen od razu…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Albo zrozumiałem od razu, albo nadal nie rozumiem ;)

Słowik-Figurka stał się totemem Słowika-Jakuba i przez to Scottowi-Sukcesorowi dawał moc. Zgoda. Niekoniecznie od razu. Luz. Ale skoro Słowik-Figurka nie był totemem jeszcze przed czasami Słowika-Jakuba, a Słowik-Jakub przed Scottem żadnego innego sukcesora nie miał, to postronni nie powinni zdawać sobie sprawy z mocy Słowika-Figurki. Więc dlaczego Krefs nakłania Scotta do śpiewania podczas walki z Lewiatanem? Nie wie, że (a) Słowik-Figurka ma jakąś moc i chyba nawet (b) że Scott Słowika posiada (choć tu mogę się mylić?). Z perspektywy Krefsa Scott jest amuzycznym szczurem lądowym, który nawet nie zna słów szant.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Sam sobie odpowiedziałeś: Krefs wiedział o talizmanie, czyli to musiało tak działać przed Scottem.

 

Notka: ekspozycja totemu jako marynarskiej legendy, do poprawy.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

OK – totem-słowik jest wyjątkowy i Jakuba, ale analogiczne totemy funkcjonują w legendach i Krefs się wszystkiego domyśla. Przyjmuję i zgadzam się. Gdybyś jeszcze majstrował kiedyś przy tekście, to w takim razie dopisz i to, że Krefs zauważa figurkę u Scotta (chyba że to jest, a ja przeoczyłem).

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Fishu, ja nie kłamałam z tym, że się za to zabieram, więc się w końcu zabrałam :D

I podobało mi się bardzo. Podkreślenie roli szant (w tym plus za Przychyły, które kiedyś na żaglach wałkowaliśmy codziennie :D), morskie przesądy i prawa – to wszystko zbudowało świetny klimat. Opowiadanie niby typowo przygodowe, jednak ma w sobie jakąś magię. W pierwszej chwili nie bardzo pasował mi wilk, ale potem i ten wątek polubiłam. Właściwie za jedyny minus uznaję narrację "opowiadaną" w niektórych fragmentach – ok, może urozmaicenie, ale już mi się to przejadło, poza tym zawsze wkurzało mnie przedstawianie pytań domniemanego słuchacza za pomocą powtarzania ich fragmentów przez osobę opowiadającą.

Już chciałam napisać, że o ile musicali nie cierpię, taki chętnie bym obejrzała, ale zmieniam zdanie. Uciekłby przecież wtedy cały urok zawarty w języku :)

Dzięki, Teyami ;-) Jak to się plecie: w tawernie trzeba usiąść, wychylic to i owo, a się kobiałka w końcu za marynarza bierze ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzień dobry.

Jestem tu (na tym portalu) nowy, ale czytać lubię, a że czytam wyłącznie “dobre” teksty, to już mój gust.  Gust,  któryś pan zaspokoił w zupełności. Opowiadanie (przyznam się bez bicia) przeczytałem na czytniku, ale wysłałem też znajomym, którzy (po lekturze) pytali: “Jaki (w domyśle – znany) autor to wydał’?  Zdziwienie było przednie (za resztę zapłacili kartą MC) na wieść o “forumowym pisarczyku”. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że (opowiadanie) klimat ma przedni, bohatery wyraziste, a całość w pamięć zapada aż miło. Oby tak dalej…

 

Ha ha, to brzmi jak “karta Michała Cetnarowskiego” ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Panie Solarsky, bardzo dziękuję za wizytę i miły komentarz ;-)  Proszę jeszcze znajomy dodac, ze pisze to kompletny amator, który z braku czasu “robi’ wyłącznie opowiadania… :-) Ten tekst otworzył drzwi do druku innego opowiadania (autopornocja nie hańbi!) w NF 398 11/2015 – tam też zapraszam.

Może to ich zachęci do lektury wyróżnionych tekstów na portalu, byćmoże również do dołączenia do naszej społeczności? 

 

Jose :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Trochę z tym zwlekałem, niemniej wreszcie przeczytałem Twoje portalowe opus magnum, Psycho :D

 

Opowiadanie zwróciło moją uwagę nie tylko srebrnym piórkiem, ale i tematyką – bardzo lubię piratów, a poza Czarną Banderą Komudy niewiele miałem okazję czytać tego rodzaju prozy. Na dodatek w wakacje bywam żeglarzem, no i uwielbiam szanty, co dodatkowo potęgowało zainteresowanie :)

 

Pora na moją subiektywną analizę:

A zatem, pod względem warsztatowym naturalnie bardzo dobrze. Pojawiły się drobne błędy, szczególnie na początku (jakaś zbłąkana podwójna spacja), ale to już raczej nieistotne. Twój gawędziarski styl idealnie nadaje się do tego typu historii, dzięki niemu bardzo szybko “wsiąkłem” w opowiadanie i doczytałem do końca ;)

Fabularnie hrabiowskiego tyłka mi nie urwało, ale źle też nie jest. Po prostu dobrze. Trochę brakowało mi jakiegoś zwrotu, który w tekście tej długości mógłby mieć miejsce. Skupiłeś się jednak na przygodzie, co również ma swoje walory.

Szanty – z pewnością dodawały kolorytu, choć spłycały nastrojowość poszczególnych scen, przez co  chociażby sztorm stracił na “straszności”. Podczas śpiewu załogi wszystko wydawało się prostsze, przyjemniejsze… Z drugiej strony, chyba o to Ci chodziło – to była magia muzyki, która kotwiczyła w drewnianym słowiku :)

Merytorycznie przyczepiłbym się do kilku kwestii (nie wiem, jak wyglądała u Ciebie kwestia researchu – być może Twoje informacje są prawidłowe, tylko jakimś cudem inne niż te, której ja posiadłem… Niemniej podzielę się):

– psia wachta: trwa od północy do czwartej, zaś w Twoim fragmencie, gdy wspominałeś o zbliżającym się wschodzie słońca, odczułem, że masz na myśli świtówkę…

– marynarze pogwizdywali – to jest niedopuszczalne na statku, kapitan mógłby za to przeciągnąć Cię pod kilem (wiem, dla ryby groźba niezbyt straszna ;) ). Gwizdami wydawało się komendy, żaden dźwięk nie mógł tego naśladować.

– opis badania Jakuba: z jednej strony gnom stwierdza, że nie zna się na medycynie, z drugiej – wykonuje całkiem profesjonalne badanie… Trochę zaskakujące ;) Tym bardziej dziwi, że z opisu wynika, iż osłuchuje przez koszulę. Później wspominasz jeszcze o “poczerniałym brzuchu" – przy krwotoku wewnętrznym nie pojawi się tego typu objaw… Prędzej ostre zapalenie trzustki ;)

Jakuba brzuch byłby deskowato twardy, a każde dotknięcie powodowałoby straszliwe cierpienia…

I zapewne, nawet gdyby był młodszy i dobrze pielęgnowany, raczej by go nie uratowali ;(

 

Te uwagi zamieszczam naturalnie pod rozwagę do późniejszych tekstów, które mogłyby zahaczać o tę tematykę, Psycho. Mam nadzieję, że nie będziesz tego odbierał jako “wymądrzania się” :)

 

Tyle ode mnie ;) Pod względem rozrywkowym opowiadanie jest super, bardzo miło spędziłem czas. Dzięki! :D

Na wygrzmocone, wszeteczne syreny

A ten bluzg najbardziej przypadł mi do gustu ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

O kurczę, jak miło, że ktoś zagląda do starszych opowiadań :-) Dziękuję, Count Primagenie. Cieszę się, że lektura sprawiła ci przyjemność, taki był główny cel tego tekstu.  Do portalowego odpuść magus jeszcze mu daleko, ale to i tak jedno z moich ulubionych opowiadań. :-) Jestem bardzo zadowolony, robiąc twojemu wewnętrznemu czytelnikowi dobrze, a przy okazji dostając garść merytorycznych uwag  ;-)

 

Szanty – tak, o taka ich magię m. in. chodziło, świadomy tego, że zmienia się to nieco w musical używam ich tam, gdzie – jak mi się wydaje – użyliby ich ludzie; w potrzebie wspólnego, skoordynowanego wysiłku a także by jednocześnie dodać sobie odwagi, odgonić strach.

 

Psia wachta – nie bardzo rozumię. To znaczy, chyba już wiem, że chodzi o brak rozróżnienia w narracji (do poprawy) a nie pomieszanie wacht – szantymen zmarł w połowie psiej wachty, a nad ranem Krefs i Żyłka, którzy wtedy trzymali wachtę… 

 

Gwizdy – nawet na małych karawelach, setki lat temu, gwizdki i gwizdy były w użyciu? Ale si, niedopatrzenie, marynarze powinni byli nucić – dzięki.

 

To co gnom wie, a co deklaruje to nie są identyczne zbiory, wszak pozę skończonego kretyna przyjmuje w celach obronnych ;-)

Objawy: bez bicia przyznaje, że na czuja, wspierając się jakimiś klasykami od doktora Google, więc każda poparta rzetelną wiedza medyczną krytyka jest mile widziana ;-) Czyli sobie poprawię, by nowy czytelnik miał dobrą wersję.

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Akurat w to, że portal ujrzy w przyszłości coś lepszego Twojego autorstwa, niż Pływał raz marynarz stary… nie mam żadnych wątpliwości. Czekam, Psycho ;D

 

Co do wacht, moja uwaga dotyczyła tego zdania:

W jego blasku, jeszcze przed świtem,

Być może przez konstrukcje, jeden akapit, czy cholera wie co, zabrzmiało mi, jakby w trakcie psiej wachty wstawało słońce ;) Ale, koniec końców, zrozumiałem to właśnie tak, jak napisałeś powyżej :)

 

Badanie fizykalne opisałeś naprawdę nieźle, więc nie było tak zupełnie na czuja to wszystko, niemniej radym, żeś uznał uwagi za przydatne. Może kiedyś, coś z tego Ci się przyda.

 

Do poczytania później ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Poprawki naniosłem. Do poczytania i dziękuję! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ah, ten świetny tekst wciąż żyje?

Radym.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Bo wiesz, niedawno był dzień mówienia po piracku… Arrr harrr! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bo wiesz, niedawno był dzień mówienia po piracku… Arrr harrr! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I wyobraźmy sobie kuriozalną sytuację, kiedy admin sfrustrowany dniem dał bana za zdublowany komentarz :D

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Ależ ty masz, Jajku, brzydką wyobraźnię ;-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wiesz, Rybo, że odcinek świąteczny Czarnego Lustra to kubek w kubek Twoje genialne opko o wszepkach, które zjebały człowiekowi życie rodzinne?

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Kufa. A miałem zrobić opku re-write i leży i czeka na mój wolny czas… A tak – wtórności wyszły. Smuteczek. Cóż, trzeba zrobić rewrite inaczej, a najpierw obejrzeć serię :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fajne :)

Ah, jak miło widzieć ten tekst jeszcze raz przez kogoś przeczytany :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

To wyciągaj stare teksty z czeluści, lecę po ostatnio komentowanych i wrzucam do kolejki ;)

Przeczytam tu wszystko :)

Trybuny szaleją.

A-net! A-net! ;-)

Babska logika rządzi!

…ale nie na jeden raz ;)

Jakiż ten tekst jest dobry! 

Konkurs “Piraci 2014” oraz inne, djowe, bywają źródłem prawdziwych perełek

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

bywają

Bywały… Kiedy ostatnio był jajkowy konkurs, hę? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No, “Piraci” to ekstra temat. Nie było mnie wtedy na portalu, ale teraz od czasu do czasu nadrabiam te teksty.

 

Bywały… Kiedy ostatnio był jajkowy konkurs, hę? 

Może i nie tak strasznie dawno, tylko szkoda, że dotyczyły drabble’i i innych obrazków. Może czas przypomnieć o sobie, DJ? ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dajesz, DJ, dajesz! ;-)

Babska logika rządzi!

Nie powiem, zabawiłbym się konkursem – żałuję, że w miejscu, gdzie teraz jestem, jest inny schemat relacji user-admini. Ba tutaj nawet nie jestem adminem.

 

Niech w końcu Jerzy wygra ten milion, odkupi NF i zatrudni dj za srogi hajs.

Wtedy obiecuję mnóstwo konkursów i sponsorowanych komentarzy dja :D

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Na razie możesz dać konkurs niesponsorowany :P

Problemem nie są nagrody, jak sądzę ciągle.

Problemem jest to, że konkurs zajmuje sporo czasu, którego dj nie ma :(

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Ach, te wymówki… ;)

Matko huto, harrr-arr-arr!

Wpadam, bo jakaś wiadomość w skrzynce, a tu się jaja lądowe mojo ulubiono łajbo rozbijajo! ;-)

 

Anet, ta sygnaturka DJ-a

 

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

to się własnie była wzięła z DJ-owego czasu oceny tekstów na jednym konkursie.

 

DJ-u – właśnie dochodzę, kawałeczkami, miesiącami (bo czasu brakuje) do odcinka o Kristmasie w Czarnym Lustrze, z drugiej serii. Bojam się ;-)

 

@Anet, @Łukasz Kuliński – dzięki za lekturę i dobre słowo :-) Ten tekst, po lekkich szlifach, trafił też do zbioru tekstów rocznych “Herbatki u H.” . Zalinkowałbym, ale nie wiem, czy można.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Na Neptuna! Psycho zawinął do portu! ;-)

Babska logika rządzi!

Może zacumuje na dłużej! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Eeee, cosik mi się widzi, że tylko pobierze zapas wody pitnej, trochę żarcia i spływa…

Babska logika rządzi!

Szanowne córy nocy na posterunku! ;-D

 

Zawinł, zawinł, rabuje teraz prowiant na dalsze wojaże ;-)

 

I zagląda po cichości od czasu do czasu – bo z czasem właśnie najgorzej. Ale strasznie miło was czytać ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ech, PsychoFishu, byłoby jeszcze milej, gdyby można było czytać Twoje opowiadania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Najmilej by było, gdybym mógł je w końcu znów pisać! ;-D

 

Ale co rano odgrażam się światu, że to właśnie dziś, dziś się uda… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ech, no to czekamy, aż pokażesz światu…

Babska logika rządzi!

A ja bym wolała, żebyś nam pokazał… ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

laughlaugh Sprośności i wszeteczność!

Ale w sumie… kiedy, jeśli nie nocą? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

:D

No to szybko, póki dzieci śpią!

Babska logika rządzi!

No to niekoniecznie szybko, tylko może raczej po cichutku. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Białe Święta to koszmarny odcinek (znaczy genialny).

Psychu – zawituj, bo i dj rozstać się nie może :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nowa Fantastyka