- publicystyka: Dzień świstaka w bezpiecznym dresie

publicystyka:

felietony

Dzień świstaka w bezpiecznym dresie

Dzwonek budzika. Ten sam chłodny dotyk paneli pod stopami, ta sama droga do kuchni przebyta z pół zamkniętymi oczami i ten sam, bezwarunkowy odruch wciskania guzika na ekspresie do kawy. W tle mruczy radio albo znajomy szum czajnika. Nie musisz myśleć. Twoje ciało wykonuje taniec, który opanowało do perfekcji przez ostatnie trzysta dni.

Przez lata wmawiano nam, że rutyna to wróg numer jeden rozwijającej się jednostki. „Wyskocz ze strefy komfortu!”, „Przełam monotonię!”, „Zrób codziennie jedną rzecz, która cię przeraża!” krzyczą do nas poradniki z kolorowych okładek. Ale powiedzmy sobie szczerze, kto ma siłę i ochotę bać się czegokolwiek w poniedziałek przed ósmą rano?

Gdybyśmy musieli każdego ranka na nowo podejmować decyzję, którą nogą wstać z łóżka, który kubek wybrać i jaką trasą jechać do pracy, nasze mózgi przegrzałyby się w okolicach wtorkowego południa. Rutyna nie jest przejawem życiowej porażki ani braku fantazji. To genialna, biologiczna optymalizacja.

Włączając autopilota, dajesz swojemu zmęczonemu procesorowi szansę na przetrwanie. To dzięki powtarzalności możemy w drodze do pracy rozmyślać o sensie wszechświata, planować urlop albo po prostu bezkarnie gapić się w okno tramwaju, nie ryzykując, że znowu przejedziemy swój przystanek.

Diabeł, a w zasadzie cała magia tkwi w szczegółach. Nasze dni składają się z miniaturowych, całkowicie osobistych rytuałów, których wstydzimy się przed światem, a prywatnie strzeżemy jak niepodległości

Ten jedyny, właściwy kubek, z którego kawa lub herbata smakuje o klasę lepiej (a napij się z innego, to cały dzień spędzony w pechu). Ulubione miejsce w autobusie, którego zajęcie przez kogoś obcego traktujemy jak osobistą zniewagę. Wieczorne, metodyczne układanie poduszek w konfiguracji znanej tylko nam i architektom z NASA.

To nie są dziwactwa. To nasze małe kotwice w oceanie chaosu. Świat na zewnątrz może płonąć, giełdy mogą spadać, a skrzynka mailowa pękać w szwach od wiadomości „na cito”, ale dopóki o 18:00 parzysz tę samą kawę czy herbatę i zakładasz te same wyciągnięte dresy, wszechświat pozostaje na swoim miejscu.

Doceniamy rutynę dopiero wtedy, gdy ktoś nam ją nagle odbierze. Zgubione klucze, odwołany pociąg, niespodziewana wizyta fachowca czy awaria prądu, nagle zderzamy się z nieprzewidywalnością i natychmiast zaczynamy tęsknić za starą, poczciwą, nudną codziennością.

Jak pisał Antoni Słonimski: „Są ludzie, którzy nie lubią nudy, ale nie wiedzą, że nuda jest matką spokoju”.

Może więc czas przestać wstydzić się tego, że nasze życie nie przypomina zwiastuna filmu akcji? Rutyna to nie klatka, lecz solidna rama. To bezpieczny fundament, na którym od czasu do czasu możemy namalować coś szalonego, wiedząc, że gdy emocje opadną, zawsze mamy dokąd wrócić.

Nowa Fantastyka