
Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.
O tej porze nikt nie wiedział o co właściwie chodzi matce naturze. Sam deszcz zastanawiał się po dwa razy zanim spadał. Tym razem mu się udało. Hojnie zraszał rośliny w całym Ysanaarze.
Tutaj woda nikomu nie przeszkadzała. Mieszkańcy wielkiego, białego domu widywali ją codziennie. Ktoś uderzył w złoty dzwon umieszczony na samym szczycie budynku. Zadaszonego czarnymi płytkami. Znak na posiłek w sierocińcu Magiczna Przystań. Okazała willa otoczona ogrodem, sad rosnący opodal oraz port i dok dla statków – ten raczej dla tych mniejszych – przewożących produkty specyficzne dla innych kontynentów na wymianę za cuda tworzone przez ziemie ysanaarskie. Każda wyspa przynależąca do Archipelagu Gwiazdy chętnie dorzucała cos od siebie do handlu. Takie zgranie dawało korzyści! Ziemię sylwanów odwiedzały liczne tłumy. W końcu co dobrze prosperuje, to przyciąga uwagę.
A Magiczna Przystań? Żywi ciągle spekulują na temat sposobu jej powstania. Dzieci natury, sylwanie, na pewno mieli w tym swój udział. Najprawdopodobniej sama bogini Artena u zarania dziejów wzniosła sierociniec, by stał się ośrodkiem pomocy, domem dla schorowanych i uciemiężonych. Tak jak podawały starożytne założenia – tak się działo. Z resztą, patrząc na święcie dobre usposobienie sylwanów, takie miejsce musiałoby powstać.
Przygotowano zupę pomidorową. Otoczeni białymi ścianami z poziomych desek jedli delektując się każdym przełknięciem. Dużą jadalnię wypełniono długimi stołami, nakrytymi obrusami niczym płatami śniegu. Ławek też było co nie miara. Wszystkie zostały zajęte lecz miejsc nie zabrakło. Istoty wyglądające jak ludzie, ale mające twarze różnokolorowe, od złotych po czarne ciągle wnosili misy ze strawą. Sylwanie. Na sali siedzieli przedstawiciele przeróżnych ras. Czasem przybywali bogacze, którzy zasłynęli to ze swej filantropijnej działalności. Większość to jednak biedni szukający wsparcia. Ściany zdobiły wieńce o różnych kształtach wieszane przy oknach. Malunki podopiecznych i cytaty z ich wierszy spisane na tabliczkach. Ucztom małym i dużym zwykła towarzyszyć zabawna atmosfera. Tak teraz obecni bujali się w ławkach niby tańcząc. Śpiewali przy tym hucznie dziecięcą piosnkę:
Padaj deszczu krop krop śmiało
By od kwiatów się roiło
Jak już one rosną sobie to by pokraśniało
Każde dziecko jak te wrzosy
Co dzień myte w kroplach rosy.
Hej hura! Ulewa oblewa nas!
Dorastania wreszcie nadszedł czas.
Hej hura! Ulewa oblewa nas!
Dorastania wreszcie nadszedł czas.
Jeden z chłopców próbował śpiewać najgłośniej, jednak jego głos jak zwykle zaginął pośród innych. Cieszyło go jednakże, że chociaż sylwanie siedzący z nim przy stole usłyszeli jego wokal. O ścianę obok chłopaczka oparta stała wiolonczela. Ktoś rzekłby „mocno zużyta”. Bardzo przetarte struny biegły przez poszarzałe pudło rezonansowe, które zdawało się kruszeć po każdym mocniejszym tknięciu. Smyczek również był mało solidny. Dawał wrażenie, że za moment cały pęknie. On jednak ciągle grał proszony przez kolegów o kolejne nuty. Delikatnie, bojąc się, iż instrument zaraz wyda ostatnie tchnienie. Skończył pierwszą melodię. Otrzymał gromkie oklaski. Wyczyszczone talerze zabrano, a zgromadzeni zostali, gawędząc o różnych sprawach. Khabi gładził swój instrument dłońmi. Chłopca nie było stać na drugi taki okaz. Ba! Nawet na taki! Czarnoskóry, drobny ośmiolatek na łysiutkiej głowie miał prowizoryczny turban z jakiegoś białego materiału. Zabawnie wyglądało, gdy nieraz zachodził mu na oczy. Nosił już umyte, ale wciąż nędznie wyglądające łachmany. Białą koszulę jakby ze starszego brata i niebieskie spodnie, te już w miarę na miarę. Jadalniani towarzysze nie odstąpili od stołu. Rozmawiali o rozmaitych sprawach. Wybierali proste tematy. O pogodzie, o zabawach planowanych na najbliższą przyszłość… i inne. Nagle oczy sylwanów zgodnie skierowały się na nowego mieszkańca Domu.
– Przyjechałeś wczoraj, Khabi. Opowiedz coś o sobie – poprosił jeden z nich. Ubrany na czerwono, z koszulką wyszytą czarnymi guzikami pod szyją, młodzik o szkarłatnej twarzy. Sylwan ognia.
Pytanie uderzyło malca nagle jak pierwszy grzmot razi ziemię podczas burzy. Nie był przygotowany na taką bezpośredniość. Ustawił jak najdokładniej wiolonczelę przy ścianie, oparł łokcie na blacie stołu i wziąwszy głęboki oddech podjął.
– To jest dość skomplikowane… zdaje się – wystartował niepewnie, wlepiwszy wzrok w obrus. Po chwili przekserował uwagę z powrotem na znajomych. – Zaczęło się w środkowym Sicheradzie. Osiem lat temu. Jak wielu, nam się nie powodziło. Każdy szukał wody gdzie się da. Często jedni walczyli o nią z drugimi, trzeci z czwartymi i tak dalej – dla dzieci natury opowiastka zdawała się w tym momencie dziwaczna. Jak to jest, że w innym miejscu świata wojują o to, co w Ysanaarze występują nawet w nadmiarze? – Walki zaczęły przeszkadzać moim rodzicom. Miałem sześć lat, gdy się stamtąd wynieśliśmy. Dziwiłem się, dlaczego właściwie dopiero wtedy. Jak dla mnie moglibyśmy wcześniej – wspomniał z wyrzutem. –potem podróżowaliśmy i podróżowaliśmy… jechałem na wielbłądzie! – pokraśniał sądząc, że jest się czym pochwalić. – Trochę też na słoniu! Robiliśmy sporo postojów. Jedni domownicy byli mili, inny wcale… od jednego dostałem tę starą wiolonczelę. Mówił, że mam się rozwijać, że coś ze mnie kiedyś będzie. Przez drogę sporo chorowałem. Aż w końcu dotarliśmy do tego miasta na północy, gdzie są te duże obeliski i piramidy! – rozłożył ręce, by zademonstrować ich wielkość. – Tam poznaliśmy… tego, no… skrybę. Takiego co pisze książki. Wreszcie odpoczęliśmy. Dał nam mieszkanie, sporo jedzenia i picia, opiekę lekarską… ale na krótko. Po jakimś roku zmarł. Chwilowo wróciła bieda. Potem usłyszeliśmy o statku podróżnym, który zawinął do Venasy. Weszliśmy na gapę, ciekawi świata i tego, czy w innym miejscu będzie lepiej. Nie wiem jak długo płynęliśmy, ale ponoć niedaleka droga. No i znaleźliśmy się tutaj – zakończył. Dostał lekkiej zadyszki. Nie był przyzwyczajony do mówienia wiele.
Towarzysze spojrzeli po sobie.
– A wiesz, dobrze, że tu jesteś – ognisty uścisnął mu dłoń. – Według wspomnień mieszkańców artysta Kilian, czcigodny sylwan słońca, pomógł Hassinowi z Venasy oswobodzić jego rodzinne strony od zła… złego króla, czy czegoś… – przytoczył niezręcznie. Przecież nie znał całej historii Ysanaaru i miasta piramid! Liczył na to, iż koledzy go nie wyśmieją, jednakże stało się. Wybuchł głośny chichot.
Słońce powolutku zachodziło. Do Sali weszło kilku ognistych. W kilka sekund zapalili wszystkie kinkiety i dwa żyrandole. Wystarczyło, by wskazali je palcami, a na świeczki zstępował jasny, zabawnie tańcujący płomień. Czarnoskóry chłopak patrzył na nie z wielką satysfakcją. Zdolni sylwanie wyszli odprawieni oklaskami, choć sami nie sądzili, ażeby zrobili coś wyjątkowego.
– Chciałbym tu być dłużej, bardzo mi się podoba… – mówił z lekkim wyrzutem Khabi. – Zostać mogę, ale bawić was moją grą… sami widzicie moją wiolonczelę… – i spojrzał na nią, a koledzy mieli wrażenie, że grajek zaraz uroni łzę.
Patrząc na sytuację, która powoli zaczynała robić się dramatyczna, jeden aż wystrzelił z ławki na równe nogi. Sylwan roślin, zielono skóry ubrany w jasne barwy – trochę zieleni, żółci i innych takich – jednak usiadł spłoszony odrobinę.
– W sumie… wiesz?! Wiem jak ci pomóc. To znaczy musisz być ostrożny chcąc to zrobić, ale we wsi niedaleko nad nami, dokładnie za sadem, zamieszkał chwilowo pewien bardzo bogaty pan. Mieszka w wiejskim domu kultury. Ponoć jest muzykiem z innego kontynentu. Z Tristglen. Bodajże na wschód od nas. I może troszeczkę w dół. Wiolonczelę ma na pewno. Słyszałem o jego koncercie. Może jeszcze tam zdążysz przed nocą.
Sicheradczyk uśmiechnął się szeroko.
– Ale czy by to nie była… no wiecie, kradzież? – odezwał się inny, tym razem o złotej twarzy.
– Wystarczy, że tylko spojrzę na taki instrument. Zawodowego muzyka – zachichotał młody meloman, marząc już o współpracy z wielkim bardem. – Dzięki, przyjaciele, jakoś tam trafię. – zapewnił uścisnęli sobie dłonie. Wewnątrz dziecka tlił się strach, ale nie chciało tego uzewnętrzniać. Ciężko było mu sobie wyobrazić samotną wędrówkę do wsi.
Poczekali chwilę, aż wszyscy zaczęli wychodzić z jadalni. Wielu postanowiło ruszyć na zewnątrz. Wszedł w tłum. Przeszedł przez szerokie drzwi, na które nie zwrócił uwagi. Interesowało go tylko wyjście niezauważonym. Wyszedł na dwór. Po prawej, lewej i nad nim płynęła spokojnie krystaliczna woda. Dość daleko, bowiem zza gęstwiny ładnie przystrzyżonych drzewek widział ledwie kilka kropel mieniących się między roślinami. Polana zachwycała jasną zielenią. Z ziemi wyrastały gęstwiny kwiatów. Raz po raz obszar zajmowały krzewy owocowe. Dzieci skakały, robiły rozmaite akrobacje, huśtały się na huśtawkach lub grały w piłkę. Spędzały czas też na innych zabawach.
Khabi chodził między nimi uśmiechając się niepozornie. Pomału oddalał się od Magicznej Przystani. Odetchnął z ulgą kiedy spostrzegł, że nikt nie zwrócił uwagi na jego zachowanie. Wyszedłszy z gęsto skupionych przy sobie dzieci, przyspieszył kroku. Spięty trochę uznał, że jest już we wspomnianym sadzie. Wiatr poruszał drzewami o rozmaitym kształcie. W koronie każdego tkwiły owoce różnych gatunków. Obok nich rosły krzaki jagód i porzeczek. Miejsce ogradzał biały płotek z drewna, które malec ominął, nie wiedząc kiedy. Pragnął załatwić to jak najszybciej. Już docierał do Wemy, a tam mieszkał bogaty muzyk… Nabrał pewności siebie, ale kiedy głos dał puchacz, przeciągły dźwięk sparaliżował młodzika. Stał teraz wyprostowany jak deska. Opamiętawszy się odrobinę, ostrożnie obrócił się wkoło. Nie, jednak nic mu nie zagrażało. Postanowił teraz mieć oczy dookoła głowy. Miał ochotę zerwać owoc z drzewa, lecz podświadomość dziwnie kazała mu sądzić, że ktoś go wtedy zaatakuje. Wreszcie drugi koniec sadu. Wyszedł. Nikt nie myślał o jego zamykaniu. Był własnością wspólną dla wszystkich. A jeśli jakiś łakomczuch pomyślałby o kradzieży owoców… przecież i tak rośnie ich dookoła na pęczki.
Pierwszy chałupki pojawiły się już przy płocie. Te też nieogrodzone. Ysanaarczycy wierzyli, że na ich kontynencie nie istniała osoba zwana złodziejem. Ufali swoim jak rodzonym braciom. Można w sumie powiedzieć, że sylwanie mieli ich sporo. Domki przeważnie były drewniane, choć księżyc nie świecił na tyle, aby Khabi mógł to dostrzec. Za to większość na pewno miała zadaszony taras. Malec wiedział również, że stąpa po piaszczystej ścieżce. A domu stały po obu jej stronach. Chodził zestresowany. W sumie to dobrze, iż uliczką nie szedł nikt inny. Jednak za oknami, w chatkach, paliły się świece. Mogli go podglądać…
Dotarł do skrzyżowanie. Drewniany znak pokazywał, że do wiejskiego ośrodka kultury idzie się w prawo. Dość monotonnym marszem dotarł wreszcie pod szeroką willę. Zmówił szybką modlitwę. Przed domostwem ogrodzenie stało. Czarny murek łączył się z bramą zaokrąglającą się u szczytu. Zdążył. Nie zamknęli. Ręce złożył jak do modlitwy. Próbował kroczyć bezszelestnie. Słyszał najdrobniejszy szelest. Uważał, że nawet pękanie ziarenek piasku, kiedy na nie nachodził. Stopnie przed drzwiami uformowano w półokrąg. Ten najbliżej ziemi był najszerszy, pozostałe dwa mniejsze. Zatrzymał się przed ciężkimi drzwiami. Ciągle miał ten stary wytrych. Przyda się. Drzwi zamknęli. Włożył go do zamka. Pot wystąpił na jego skroniach. Przekręcił parę razy. Jest!
Pchnął wrota. Znalazł się w korytarzu. Ściany wykonano z ciemnobrązowej boazerii. Ściana i sufit również były jednym, ciepłym drewnem… tak tu było miło… potrząsnął głową. Musiał się skupić. Widział jasną, gładką wiolonczelę. Z białymi, białymi jak te obrusy w Magicznej Przystani strunami. Nie przejmował się niczym innym. Ani meblami, ani kinkietami na ścianach. Była tylko ona i on. Podszedł niepewnie. Wyciągnął dłoń i… i cofnął ją, jakby bojąc się skrzywdzić instrument. Był świetny, zbyt świetny dla niego. Wspomniał swoje życie. Nie znalazł w nim bogactwa, czy kariery. A to grające cudo. Tylko dla wybitnych…
Nie można czekać!! Pragnął go tknąć i zrobi to! Wyciągnął szczupłą rękę. Struna zadzwoniła, a dźwięk okazał się lekarstwem dla duszy.
– K… kto tu jest?! – usłyszał nagle. Przecież nie było jeszcze tak późno! Nikt pewnie nie spał.
Obrócił się, chcąc uciec co sił w nogach. Drzwi już wcześniej zamknęły się za nim. Z resztą… wolał ponieść konsekwencję. Spuścił głowę i czekał na karę. W drzwiach pojawił się mężczyzna o owalnej twarz. Miał na głowie białą, długą perukę. Włosy miał związane na koński ogon. Ubrany w czerwone spodnie i kamizelkę z cekinami dzierżył w dłoni buławę. Khabi ukląkł i zakrył głowę rękoma. Ogarnął go jeszcze większy strach.
– Ja nie chciałem nic zrobić! Nic złego! Proszę… proszę nic nie robić… – zapłakał.
-Nic?… A mnie się wydaje, że coś – złagodniał, widząc skuchę chłopca.
– No… chciałem zobaczyć wiolonczelę, słyszałem, że pan ma tutaj taką piękną. Chciałem dotknąć, nie ukraść.
– Moją wiolonczelę! – uniósł broń. Coś go uderzyło w serce. Jakiś wyrzut sumienia, czy coś… nie zrani chłopca, nie zrani nikogo. Chciał być jak ci sylwanie, sprawiedliwi i miłosierni. Odrzucił buławę, a chłopiec cały drgnął.
Chwila ciszy, przerywana głębokimi oddechami obu.
– Zagrasz dla mnie?
Co?! Muzyk prosi o grę dzieciaka! Khabi spojrzał na niego i powoli wstał. Zdziwił się potężnie, ale protest byłby teraz głupim pomysłem. Ujął delikatnie wiolonczelę i smyczek, podsunął sobie krzesło i zagrał pierwszą nutę. Niezgrabnie oraz bojaźliwie jak nigdy. Ujrzawszy uśmiech muzyka dostał zapas nowej energii.
– Wiesz? Przypominasz mi siebie. Równie zdeterminowany! – zaśmiał się głośno.
Niech tu zostanie. Nauczy się tworzyć od sylwanów. Od tych najlepszych artystów – pomyślał artysta z Tristglen.
Później grali i śpiewali na zmianę. Mężczyzna przypomniał sobie, że przecież jest bogaty. Stać go na wiele instrumentów. Nieoczekiwanie wypalił.
– Może chcesz ją na pamiątkę?
Co odpowiedział Khabi? To chyba każdy przewidział… powiem tylko, że Khabi wrócił do Domu sylwanów i innych szczęśliwszy o jedno spełnione marzenie.
Otoczeni białymi ścianami z poziomych desek jedli delektując się każdym przełknięciem. – Każdym kęsem to się można delektować, ale łykaniem, to chyba tylko aktorki porno potrafią. A i tak jedynie pod kamerę…
Na Sali siedzieli przedstawiciele przeróżnych ras. – Biedna Sali… Tyle ludzi na niej siadło...
Po chwili przekserował uwagę z powrotem na znajomych. – To już miał dwie uwagi :P
Te trzy mnie najbardziej rozbawiły. Nie doczytałem do końca. Bardzo słaby tekst, najeżony błędami i dziwnymi sformułowaniami. Opisy strasznie szwankują, zwłaszcza na początku zdania są ze sobą zupełnie nie powiązane. Cieniutko, niestety.
Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.
Na Sali - to od wyrazu Sala. To to takie, gdzie się ludzie gromadzą, synonimem może być pokój, pomieszczenie, korytarz itd.
Cieniutko z tą Twoją wypowiedzią :).
Próba obrażenia mnie tym porno ;p.
Jedynie z przekserował masz trochę racji. Miałem użyć innego wyrazu.
W takim razie z moją wypowiedzią też będzie "cieniutko".
Wydaje mi się, że nikt nie ma wątpliwości, co to jest sala, ale to samo słowo napisane z dużej litery, która świadczy o nazwie własnej, bynajmniej nie jest synonimem pomieszczenia czy pokoju.
Być może niektórzy są uszczypliwi dla samej uszczypliwości, ale uwierz mi, wymienione wyżej nie są sztuką dla sztuki.
Pozdrawiam i życzę więcej dystansu oraz trzeźwego podejścia do swoich prac :)
Dystans mam.
Tylko krytyk też winien mieć szacuynek do autora :).
Pomysł fajny, tylko psujesz sobie go juz na samym wstepie informacją w tytule, do czego nawiazujesz... traktuj czytelników jak ludzi inteligentnych, to odpłacą Ci sie tym samym ;) Lepiej byłoby już dać jakieś motto z Sienkiewicza, mniej nachalne by to było.
Tekst jeży sie od błędów, literówek, interpunkcyjnych,a przede wszystkim stylistycznych (zwłaszcza tworzenie nieistniejacych zwiazków frazeologicznych izłe uzycie niektórych wyrazów).
Tak jak podawały starożytne założenia - tak się działo. - jakie założenia? Chyba raczej podania czy mity, albo legendy...
Czasem przybywali bogacze, którzy zasłynęli to ze swej filantropijnej działalności. - "to" jest niepotrzebne.
Nosił już umyte, ale wciąż nędznie wyglądające łachmany. - łachmanów sie nie myje, jeśli już to pierze.
Białą koszulę jakby ze starszego brata i niebieskie spodnie, te już w miarę na miarę. - "w miarę na miarę"? :P
- Przyjechałeś wczoraj, Khabi. Opowiedz coś o sobie - poprosił jeden z nich.
Pytanie uderzyło malca nagle jak pierwszy grzmot razi ziemię podczas burzy. - pomijając patetyczną metaforę, to nie było pytanie.
ylwan roślin, zielono skóry ubrany w jasne barwy - trochę zieleni, żółci i innych takich - a) zielonoskóry, b) "i innych takich" nieszczególnie pasuje do tekstu, raczej jakby narratorowi zabrakło pomysłu na opowiadanie.
wziąwszy głęboki oddech podjął. - co podjął???
I tak dalej, i tak dalej, a to dopiero sam początek i wiele podobnych kwiatków pominęłam. Pomysł jest interesujący - Janko Muzykant w świecie fantasy, ale wykonanie szwankuje, i to bardzo. Udalo ci sie stworzyć interesujacy swiat, ale radziłabym jeszcze troche popracowac nad przekazywaniem tego, co masz do przekazania.
Pozdrawiam
"a) zielonoskóry,"
Czemu się tak czepiacie.
To już w Polsce człowiek nie może wymyślić nowej rasy fantasy?
Nikt przecież nie pisze, że nie może. Chodzi o to, że słowo "zielonoskóry" pisze się razem, a nie oddzielnie. ;)