- Opowiadanie: Robak163 - Moja Wielka Wina

Moja Wielka Wina

Być może brakuje mi teologicznej mądrości, by pojąć wielkie dogmaty, ale jako człowiek nie potrafię przejść obojętnie obok jednego obrazu: widoku małych, niewinnych dzieci, które klęcząc, biją się w piersi i powtarzają słowa o „swojej wielkiej winie”. Robią to u stóp rzeźby przedstawiającej człowieka zamordowanego przez powieszenie na krzyżu. Dlaczego od najmłodszych lat wpaja się destrukcyjne poczucie winy za cudze rany i uczy miłości głównie poprzez współudział w cierpieniu.

Dyżurni:

brak

Oceny

Moja Wielka Wina

To szafot wzniesiony na kłamstwie uroczym,

Sumienie jak kwas, który wypala oczy.

Skażona krew, z cudzych ran, po dłoniach ciekła,

Nie zmyłeś jej nigdy, wciąż pragnąc jej ciepła.

 

Jak sztandar ból nosisz, uświęcasz to brzemię,

Przyjmując za własne wpojone cierpienie.

I sam głowę kładziesz na zimne ołtarze –

Ofiarny baranek, co poddał się karze.

 

 

Pod gradem kamieni, o które błagałeś,

I którym wyniosłe imiona nadałeś,

Upadasz bezsilnie, nie widząc skąd lecą,

Twe własne pomniki cię żywcem pogrzebią.

 

Lecz Pan z wysokości dłoń ku tobie skłoni,

Przed gradem kamieni swym ciałem zasłoni.

 

To jest cienkie ostrze, co duszę rozcina –

Gdzie kończy się serce, a śmierć się zaczyna.

Koniec
Nowa Fantastyka