Być może brakuje mi teologicznej mądrości, by pojąć wielkie dogmaty, ale jako człowiek nie potrafię przejść obojętnie obok jednego obrazu: widoku małych, niewinnych dzieci, które klęcząc, biją się w piersi i powtarzają słowa o „swojej wielkiej winie”. Robią to u stóp rzeźby przedstawiającej człowieka zamordowanego przez powieszenie na krzyżu. Dlaczego od najmłodszych lat wpaja się destrukcyjne poczucie winy za cudze rany i uczy miłości głównie poprzez współudział w cierpieniu.



