- Opowiadanie: Vycherpious - Zdrowa rywalizacja

Zdrowa rywalizacja

Druga, nieco dłuż­sza część przy­gód duetu Pe­dro­xi­mus­sa Po­tęż­ne­go i jego mi­strza. Na­pi­sa­na tak żeby nie trze­ba było czy­tać czę­ści pierw­szej.

Nie­mniej jed­nak, gdyby komuś spodo­ba­ło się to opo­wia­da­nie to za­chę­cam rów­nież do lek­tu­ry ,,Bia­łe­go kruka”, który ze­brał cał­kiem przy­jem­ne re­cen­zje :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zdrowa rywalizacja

Ko­ry­ta­rze tu­ne­lu spo­wi­jał mrok. Szczel­nie za­mknię­te skle­pie­nie nie prze­pusz­cza­ło żad­nych pro­mie­ni mo­gą­cych oświe­tlić wa­pien­ne ścia­ny. Na ich gład­kiej po­wierzch­ni próż­no było szu­kać śladu ludz­kiej in­ge­ren­cji. Żad­nych za­głę­bień, ku­tych wspor­ni­ków, nie wspo­mi­na­jąc już o po­chod­niach, które mo­gły­by zna­leźć się w ich wnę­trzu. Sło­wem nic, co choć tro­chę roz­świe­tli­ło­by prze­strzeń tu­ne­lu.

Do­brze… – po­my­ślał Adam, ana­li­zu­jąc oto­cze­nie.

Ciem­ność nie była mu wro­giem ani nawet prze­szko­dą. Wzrok do­sto­so­wa­ny do pod­czer­wie­ni do­sko­na­le współ­grał z krysz­ta­łem emi­tu­ją­cym świa­tło w jej spek­trum. Nie było mocne, jed­nak w tej sy­tu­acji sta­no­wi­ło to ra­czej za­le­tę niż wadę. Ko­ry­tarz był tak kręty, że nawet przy peł­nym oświe­tle­niu wi­docz­ność by­ła­by ogra­ni­czo­na do za­le­d­wie kilku łokci. Po­nad­to, gdyby zza ko­lej­ne­go rogu za­czę­ło wy­do­by­wać się zwy­czaj­ne świa­tło la­tar­ni lub po­chod­ni, nie było ry­zy­ka, że de­li­kat­na, ma­gicz­na po­świa­ta je przy­ćmi. Da­wa­ło to czas na do­sto­so­wa­nie wzro­ku, przy­go­to­wa­nie na kon­fron­ta­cję, a być może i za­sko­cze­nie prze­ciw­ni­ka.

Od czasu roz­dzie­le­nia z uczniem Ada­mo­wi to­wa­rzy­szy­ła cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie ka­pa­niem wody. Pod­bi­te mięk­kim ma­te­ria­łem buty spra­wia­ły, że mógł po­ru­szać się po wil­got­nej ja­ski­ni bez wy­da­wa­nia nie­po­trzeb­nych dźwię­ków.

Jeśli miał wie­rzyć swoim źró­dłom, gdzieś w tych ko­ry­ta­rzach cze­ka­ła na niego grupa kul­ty­stów po­szu­ki­wa­nych przez Ko­le­gium Magii, któ­re­go był człon­kiem. Kilka roz­bro­jo­nych po dro­dze pu­ła­pek su­ge­ro­wa­ło, że zbli­żał się do celu.

Prze­mie­rza­jąc wi­ją­cy się ko­ry­tarz po­ru­szał się pew­nie, wy­ko­rzy­stu­jąc prak­ty­ko­wa­ny la­ta­mi sche­mat. Do­cie­ra­jąc do za­krę­tu przy­sta­wał, a na­stęp­nie uwal­niał nie­wi­docz­ną falę ener­gii, która w niewielkim stopniu pod­grze­wa­ła oto­cze­nie. Ła­du­nek nie był znacz­ny, a róż­ni­ca tem­pe­ra­tu­ry z pew­no­ścią nie­wy­czu­wal­na pod do­ty­kiem na­giej dłoni. Jed­nak­że, w po­łą­cze­niu ze wzro­kiem do­sto­so­wa­nym do wi­dze­nia w pod­czer­wie­ni spra­wia­ła, że przez kilka chwil dało się do­strzec róż­ni­ce w ma­te­ria­łach, z któ­rych zbu­do­wa­ne były ele­men­ty oto­cze­nia. Jak do tej pory po­zwo­li­ło to na unik­nię­cie roz­cią­gnię­tej nad zie­mią linki po­ty­ka­cza zwal­nia­ją­cej strza­łę oraz głę­bo­kie­go dołu, za­sło­nię­te­go ste­la­żem z cien­kich pa­ty­ków przy­sy­pa­nych żwi­rem. Po upew­nie­niu się, że naj­bliż­sze oto­cze­nie jest bez­piecz­ne, wy­pusz­czał się do przo­du, mięk­ko sta­wia­jąc stopy, by na­stęp­nie zwol­nić przed ko­lej­nym za­krę­tem.

Po kil­ku­dzie­się­ciu po­wtó­rze­niach tej samej se­kwen­cji przy­sta­nął wy­tę­ża­jąc słuch. Z od­da­li do­bie­gał go dźwięk gło­sów wy­do­by­wa­ją­cych się z co naj­mniej kilku gar­deł. Nie był w sta­nie okre­ślić do­kład­nych słów, ani nawet ję­zy­ka w jakim są wy­po­wia­da­ne. Wie­dział jed­nak, że zbli­ża się do celu. Ostroż­nie sta­wia­jąc kroki, za­czął prze­miesz­czać się w kie­run­ku, z któ­re­go do­cho­dził dźwięk.

Wi­dząc wy­ła­nia­ją­cą się zza ko­lej­ne­go za­krę­tu de­li­kat­ną łunę świa­tła, spraw­dził po raz ostat­ni oto­cze­nie. Upew­niw­szy się, że nie ma przed nim żad­nych pu­ła­pek, pod­kradł się do kra­wę­dzi ścia­ny, przy­wra­ca­jąc wzrok do nor­mal­ne­go stanu. Za za­ło­mem roz­cią­ga­ła się długa ja­ski­nia.

Celem misji było roz­bi­cie nie­daw­no od­kry­te­go he­re­tyc­kie­go kultu. Jesz­cze do nie­daw­na ma­go­wie nie za­przą­ta­li­by sobie głowy ta­ki­mi bła­host­ka­mi, przy­naj­mniej nie do czasu po­twier­dze­nia nie­li­cen­cjo­no­wa­ne­go uży­cia magii. Jed­nak ko­niunk­cja dwóch zda­rzeń, ja­ki­mi były pod­upa­da­ją­cy bu­dżet Ko­le­gium oraz obiet­ni­ca so­wi­tej na­gro­dy zło­żo­na przez ubie­ga­ją­ce­go się o re­elek­cję bur­mi­strza, po­zwo­li­ła zmie­nić na­sta­wie­nie rady i dzia­łać w opar­ciu o po­dej­rze­nia. Do­nie­sie­nie zo­sta­ło więc po­trak­to­wa­ne z pełną po­wa­gą, a przy­wód­cy kultu mieli tra­fić w ręce władz w moż­li­wie naj­szyb­szym tem­pie.

Jeden z nich znaj­do­wał się na środ­ku ja­ski­ni, oświe­tlo­ny płomieniem po­chod­ni, pod­trzy­my­wa­nych przez roz­sta­wio­ne w pół­okrę­gu ste­la­że. Męż­czy­zna stał na pod­wyż­sze­niu i zwra­ca­jąc się w stro­nę im­pro­wi­zo­wa­ne­go oł­ta­rza, skan­do­wał coś w gar­dło­wej mowie. Na­prze­ciw niego, od­dzie­lo­na linią świa­teł, klę­cza­ła grupa spo­wi­tych w czar­ne płasz­cze kul­ty­stów, po­chy­la­jąc głowy w stro­nę guru. Przy­glą­da­jąc się bli­żej celom, Adam po­krę­cił ze zre­zy­gno­wa­niem głową. Pod­czas gdy przy­wód­ca był męż­czy­zną w kwie­cie wieku, wśród jego pod­opiecz­nych próż­no było szu­kać kogoś prze­kra­cza­ją­ce­go dwu­dzie­sty rok życia. Ot, ko­lej­na banda dzie­cia­ków ocza­ro­wa­na przez cha­ry­zma­tycz­ne­go cwa­nia­ka.

Ro­zej­rzaw­szy się po po­miesz­cze­niu Adam do­strzegł, że po prze­ciw­le­głej stro­nie groty znaj­du­ją się jesz­cze dwa wyj­ścia, jed­nak poza nimi nie udało mu się do­strzec żad­ne­go in­ne­go. Ozna­cza­ło to, że uczeń, z któ­rym roz­dzie­lił się kiedy do­tar­li do roz­ga­łę­zie­nia w ko­ry­ta­rzu, naj­praw­do­po­dob­niej trafi w ślepy za­ułek.

W sumie… może to i le­piej – skwi­to­wał kwa­śno w duchu. Po­ziom umie­jęt­no­ści pod­opiecz­ne­go nie sta­no­wił pro­ble­mu, cho­dzi­ło ra­czej o spo­sób ich wy­ko­rzy­sta­nia. W obec­nej sy­tu­acji nie miało to jed­nak żad­ne­go zna­cze­nia.

Odło­żyw­szy zbęd­ne roz­my­śla­nia na bok, mistrz Adam wró­cił do ana­li­zo­wa­nia sy­tu­acji w po­miesz­cze­niu. Zna­jąc roz­kład im­pro­wi­zo­wa­nej świą­ty­ni po­sta­no­wił sku­pić się na kul­ty­stach i ich roz­miesz­cze­niu.

Na­tu­ral­nie, głów­nym obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia po­zo­sta­wał ich guru. Jako przy­wód­ca z pew­no­ścią po­sia­dał naj­wię­cej in­for­ma­cji na temat kultu i jego dzia­łal­no­ści. Naj­pew­niej znał też toż­sa­mość po­zo­sta­łych ze­bra­nych w po­miesz­cze­niu. Nie można było rów­nież wy­klu­czyć, że w isto­cie po­sia­da pewne zdol­no­ści ma­gicz­ne. Stał jed­nak w do­brze oświe­tlo­nym miej­scu. Ob­ję­cie go za pierw­szy cel rów­na­ło się z wy­sta­wie­niem na atak ze stro­ny jego pod­opiecz­nych. Z dru­giej stro­ny, bli­skość źró­dła świa­tła ozna­cza­ła, że praw­do­po­dob­nie nie wi­dział zbyt do­brze ni­cze­go znaj­du­ją­ce­go się poza jego ob­rę­bem. Kul­ty­ści klę­cze­li zwró­ce­ni w jego stro­nę. Szczę­śli­wie nie usta­wi­li się w pełny krąg. Ich roz­miesz­cze­nie było nie­re­gu­lar­ne i przy­po­mi­na­ło nieco roz­sta­wie­nie figur na sza­chow­ni­cy w po­ło­wie dłu­giej par­tii.

Czyli po­je­dyn­czo… – pod­su­mo­wał w my­ślach Adam, po czym roz­po­czął przy­go­to­wa­nie do na­tar­cia. Bez­gło­śnie przy­wo­łał ma­gicz­ny cień, któ­rym okrył się szczel­nie ni­czym płasz­czem, by zlać się z ciem­no­ścią. Na­stęp­nie oto­czył się polem wy­ci­sza­ją­cym dźwię­ki w jego bez­po­śred­nim oto­cze­niu. Po­zo­sta­ła jesz­cze tylko kwe­stia ogłu­sze­nia prze­ciw­ni­ka. Ana­li­zu­jąc w gło­wie do­stęp­ny ar­se­nał, zde­cy­do­wał się na naj­sku­tecz­niej­szy ze środ­ków. Się­gnął po wi­szą­cą u pasa ćwie­ko­wa­ną pałkę, po­pra­wił uchwyt i ru­szył w stro­nę kul­ty­sty naj­bar­dziej od­da­lo­ne­go od oł­ta­rza.

 

***

 

– Jezu… da­le­ko jesz­cze? – za­ję­czał Pe­dro­xi­muss, po­wo­li sunąc przez ko­ry­ta­rze ja­ski­ni.

Kręty tunel zda­wał się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, a on prze­miesz­czał się w iście śli­ma­czym tem­pie. Gdy roz­dzie­la­li się na roz­sta­ju dróg, mistrz kil­ku­krot­nie prze­strzegł go przed nie­bez­pie­czeń­stwa­mi, mo­gą­cy­mi cze­kać na nie­uważ­nych in­tru­zów, do któ­rych oni sami nie­wąt­pli­wie się za­li­cza­li.

Idź po­wo­li i patrz pod nogi – prze­drzeź­niał w my­ślach su­ro­wy głos na­uczy­cie­la. Jak zo­ba­czysz dziw­ne frag­men­ty pod­ło­ża, pa­ty­ki, li­ście w ja­ski­ni, roz­cią­gnię­te linki, co­kol­wiek co nie pa­su­je – omi­jaj je. Ścian też le­piej nie do­ty­kaj. Tylko uwa­żaj, bo cza­sem… bla bla bla, bla bla bla… – stary jak zwy­kle się roz­ga­dał, a przy­zwy­cza­jo­ny do glę­dze­nia uczeń nie­mal na­tych­miast się wy­łą­czył. Zresz­tą, już po kilku se­kun­dach miał go­to­wy plan. Wy­cze­kał do końca ga­da­ni­ny, a na­stęp­nie, kilka kro­ków po roz­dzie­le­niu, oto­czył się kulą świa­tła dla lep­szej wi­docz­no­ści i zmie­nia­jąc się w kruka, po­mknął ko­ry­ta­rzem.

Jak ni­cze­go nie do­tknę, to się nic nie włą­czy! – za­śmiał się trium­fal­nie w my­ślach. Szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że plan nie był po­zba­wio­ny wad. Tunel, któ­rym le­ciał był nie­zwy­kle kręty, co samo w sobie utrud­nia­ło ma­new­ro­wa­nie, a miej­sca­mi zwę­żał się na tyle, że bez­ko­li­zyj­ny prze­lot w pta­siej for­mie nie był moż­li­wy.

Po dru­gim, bo­le­snym otar­ciu skrzy­dła Pe­dro­xi­muss zde­cy­do­wał się na zmia­nę planu. Zwal­nia­jąc lot cof­nął prze­mia­nę, przy­wo­łał za­klę­cie le­wi­ta­cji i za­wisł w po­wie­trzu ła­piąc od­dech. Obite przed­ra­mię pul­so­wa­ło nie­przy­jem­nie, ale nie wy­da­wa­ło się być zła­ma­ne. Po­cie­ra­jąc obo­la­łą koń­czy­nę, za­czął sunąć do przo­du.

Za­klę­cie le­wi­ta­cji było nie­zwy­kle przy­dat­ne i chęt­nie ko­rzy­stał z niego w wielu sytuacjach. Po­zwa­la­ło, przy­kła­do­wo, pod­fru­nąć do naj­wyż­szej półki w bi­blio­te­ce bez ko­niecz­no­ści szu­ka­nia dra­bi­ny. Ewen­tu­al­nie, do­stać się do okna nie­wia­sty po­zna­nej w karcz­mie, po­zo­sta­jąc nie­zau­wa­żo­nym przez jej ojca. Albo na bal­kon, jeśli po­cho­dzi­ła z bo­ga­te­go domu. Po wszyst­kim po­ma­ga­ło też prze­fru­nąć nad murem ko­le­gium kiedy w środ­ku nocy wra­cał do do­rmi­to­rium, a bramy były już za­mknię­te. Moż­li­wo­ści jego za­sto­so­wa­nia wy­da­wa­ło się być nie­skoń­czenie wiele. Pro­blem po­le­gał na tym, że mak­sy­mal­na pręd­kość, jaką po­zwa­la­ło roz­wi­nąć, była cha­rak­te­ry­stycz­na dla spa­ce­ru, w do­dat­ku dość nie­spiesz­ne­go.

Po kilku mi­nu­tach ob­ser­wa­cji po­wo­li prze­su­wa­ją­ce­go się otoczenia, gro­ma­dzą­ca się fru­stra­cja za­czę­ła ki­pieć.

No prze­cież mnie tu sta­rość za­sta­nie! – po­msto­wał w my­ślach. Stary pew­nie już dawno do­tarł na miej­sce. Nie dość, że zgar­nie wszystkie laury, to jesz­cze bę­dzie marudził, ile to się jesz­cze muszę na­uczyć – pod­su­mo­wał krzy­wiąc twarz na tę myśl.

– A, do dia­bła z tym – wark­nął. Był prze­cież ma­giem. Po­tęż­nym ma­giem! Żadna pu­łap­ka nie po­wstrzy­ma Pe­dro­xi­mus­sa Po­tęż­ne­go! – z tą myślą opadł na zie­mię i pu­ścił się bie­giem przed sie­bie.

Nie mu­siał długo cze­kać na pierw­szą próbę swo­ich umie­jęt­no­ści. Po po­ko­na­niu kilku za­krę­tów uka­zał się przed nim szer­szy frag­ment tu­ne­lu. Po kilku kro­kach po­czuł chrzęsz­cze­nie pod sto­pa­mi. Nie my­śląc wiele, mach­nął dło­nią wy­po­wia­da­jąc krót­ką in­kan­ta­cję. Przy­sy­pa­ne pia­chem ga­łę­zie, sta­no­wią­ce ma­sko­wa­nie pu­łap­ki, za­trzesz­cza­ły i za­czę­ły prze­miesz­czać się ni­czym tryby do­brze na­oli­wio­ne­go me­cha­ni­zmu. Uła­mek se­kun­dy póź­niej le­ża­ły cia­sno zbite, for­mu­jąc kład­kę chro­nią­cą przed upad­kiem do głę­bo­kie­go dołu. Prze­bie­ga­ją­cy nad nim Pe­dro­xi­muss prych­nął, z szy­der­czym uśmie­chem pa­trząc na na­je­żo­ne kol­ca­mi dno.

Wy­bie­ga­jąc zza na­stęp­ne­go za­krę­tu, za­ha­czył nogą o roz­cią­gnię­tą w przej­ściu linkę. Chwi­lę póź­niej spostrzegł zawieszoną na dwóch łańcuchach kłodę, lecącą wprost na niego. Nie tra­cąc pędu, skrzy­żo­wał dło­nie w nad­garst­kach, a na­stęp­nie wy­rzu­cił je przed sie­bie jakby chciał za­trzy­mać nad­cią­ga­ją­cy pień. Roz­pę­dzo­na bela zmie­ni­ła się w klucz pa­pie­ro­wych go­łę­bi, które opa­da­jąc, le­ni­wie ma­cha­ły skrzy­deł­ka­mi. Prze­bie­ga­jąc mię­dzy nimi Pe­dro­xi­muss czuł jak roz­grza­na krew dudni mu w uszach.

Po kilku za­krę­tach wy­biegł na pro­stą, na końcu któ­rej do­strze­gał drzwi. Nie my­śląc wiele, mach­nął w przód otwar­tą dło­nią. Fala ude­rze­nio­wa trza­snę­ła w drzwi, które z im­pe­tem otwo­rzy­ły się do we­wnątrz. Po­ru­szo­ny przez nie me­cha­nizm zwol­nił obej­mę pod­trzy­mu­ją­cą znaj­du­ją­cy się nad nimi ko­cioł. Ten, prze­chy­la­jąc się, roz­lał wrzą­cy olej przed wej­ściem do po­miesz­cze­nia. Znaj­du­ją­cy się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści Pe­dro­xi­muss, nie my­śląc wiele, wybił się i prze­sko­czył nad skwier­czą­cą plamą, wpa­da­jąc do środ­ka. Wnę­trze było na tyle cia­sne, że nie­wie­le bra­kło, a zde­rzył­by się z prze­ciw­le­głą ścia­ną. Wy­ha­mo­wał jed­nak w porę i dy­sząc, ro­zej­rzał się do­oko­ła.

Wszyst­ko wska­zy­wa­ło, że po­miesz­cze­nie, w któ­rym się zna­lazł, sta­no­wi­ło zakończenie ko­ry­ta­rza. Wnę­trze urzą­dzo­ne było dość su­ro­wo. W rogu stała drew­nia­na pry­cza. Le­żą­cy na niej sien­nik przy­kry­ty był nędznym kocem, przy­wo­dzaącym na myśl noc­leg we wspól­nej sali co gor­szych szynków w mie­ście. Obok znaj­do­wał się nie­wiel­ki stół, przy któ­rym stały dwa krze­sła. Nieco dalej leżało drew­nia­ne wia­dro, szczę­śli­wie opróż­nio­ne przez wła­ści­cie­la, oraz, co zwró­ci­ło uwagę Pe­dro­xi­mus­sa, pul­pit z le­żą­cą na nim otwar­tą księ­gą. Zbli­żył się do nie­ty­po­we­go zna­le­zi­ska i już miał spraw­dzić ja­kiej to lek­tu­rze od­da­je się nie­obec­ny go­spo­darz, kiedy usłyszał niewyraźny, acz do­no­śny głos. Od­wró­cił się na­tych­miast w jego stro­nę. Na­słu­chu­jąc stwier­dził, że do­bie­ga od stro­ny ścia­ny, z którą przed mo­men­tem omal się nie zde­rzył. Pod­szedł bli­żej szu­ka­jąc źró­dła dźwię­ku. Po chwi­li wo­dze­nia uchem i dłoń­mi po ścia­nie spo­strzegł, że jej frag­ment uległ po­lu­zo­wa­niu. Usu­nię­cie ru­cho­me­go ka­wał­ka skały, od­sło­ni­ło okrą­gły otwór, sze­ro­ki na dwa palce, z któ­re­go do­bie­gał głos. Nie my­śląc wiele zbli­żył twarz i zaj­rzał do środ­ka.

Po drugiej stronie znajdowała się podłużna jaskinia. W jej wnę­trzu od­by­wał się wła­śnie jakiś ry­tu­ał. Po pra­wej stro­nie, na pod­wyż­sze­niu, obok głazu peł­nią­ce­go naj­praw­do­po­dob­niej funk­cję oł­ta­rza, stał męż­czy­zna skan­du­ją­cy coś w nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­ku. Na­prze­ciw niego klę­cza­ło kilka spo­wi­tych w czerń po­sta­ci spo­glą­da­ją­cych w stro­nę guru. Od przy­wód­cy od­dzie­lał ich szpa­ler po­chod­ni usta­wio­nych w zaimprowizowanych świecz­ni­kach.

Mam was! – po­my­ślał Pe­dro­xi­muss nie kry­jąc sa­tys­fak­cji, po czym wró­cił do ob­ser­wa­cji. Bio­rąc pod uwagę jak dobry ogląd na całe po­miesz­cze­nie dawał wi­zjer, młody mag był gotów za­ło­żyć się, że znaj­do­wał się wła­śnie w pry­wat­nej kom­na­cie mi­strza ce­re­mo­nii. Ko­rzy­sta­jąc z do­brej wi­docz­no­ści, po­sta­no­wił do­kład­niej ro­zej­rzeć się po ja­ski­ni w po­szu­ki­wa­niu ostat­nie­go in­te­re­su­ją­ce­go go szcze­gó­łu. Po chwi­li ob­ser­wa­cji jego twarz roz­ja­śnił try­um­fal­ny uśmiech. Ni­g­dzie nie było widać jego mi­strza!

Zaraz zo­ba­czy­my, kto bę­dzie się uczył od kogo! – po­my­ślał, z bły­skiem w oku od­su­wa­jąc się od ścia­ny. Na­stęp­nie roz­pro­sto­wał ręce, sta­nął sze­rzej na no­gach i roz­po­czął in­kan­ta­cję.

 

***

 

Oto­czo­ny polem tłu­mią­cym dźwięk, Adam pod­kradł się do grupy kul­ty­stów. Ma­gicz­ny całun spra­wiał, że cza­ro­dziej zle­wał się z oto­cze­niem, a pole ciszy sku­tecz­nie eli­mi­no­wa­ło wy­da­wa­ne przez niego dźwię­ki. Naj­bliż­szy z prze­ciw­ni­ków znaj­do­wał się tuż poza jego za­się­giem, kom­plet­nie nie zda­jąc sobie spra­wy z za­gro­że­nia cza­ją­ce­go się za ple­ca­mi. Przy­cza­jo­ny mag ode­tchnął głę­biej i roz­luź­nił ciało. Na­stęp­nie po­pra­wił uchwyt na broni, wziął za­mach, ce­lu­jąc w po­ty­li­cę prze­ciw­ni­ka i… nagle świat roz­bły­snął mu przed ocza­mi.

Zie­mia za­trzę­sła się pod no­ga­mi, z któ­rych, uła­mek se­kun­dy póź­niej, zwa­lił go po­dmuch nio­są­cy ze sobą licz­ne ka­mie­nie i du­szą­cy pył. Za­sko­cze­nie spra­wi­ło, że stra­cił kon­cen­tra­cję, wsku­tek czego roz­pro­szy­ło się za­klę­cie wy­ci­sze­nia. W tym samym mo­men­cie usły­szał rumor tłu­ką­cych o sie­bie ka­mie­ni. Za­ry­zy­ko­wał otwar­cie oczu i zdał sobie spra­wę, że roz­cią­ga­ją­cy się przed nim widok uległ znacz­nej zmia­nie. Po­miesz­cze­nie wy­glą­da­ło jakby prze­szła przez nie la­wi­na. Po­wie­trze wy­peł­nia­ły tu­ma­ny pyłu, przy­kry­wa­jąc oto­cze­nie ni­czym draż­nią­ca gar­dło mgła. Troje bar­dziej od­da­lo­nych kul­ty­stów wiło się na ziemi, po­ję­ku­jąc cicho, a roz­mia­ry roz­sy­pa­nych obok ka­mie­ni nie wska­zy­wa­ły na to by mieli w naj­bliż­szym cza­sie się pod­nieść. Po­zo­sta­li zgro­ma­dze­ni we wnę­trzu sta­ra­li się po­wstać z klę­czek tra­cąc co chwi­lę rów­no­wa­gę, trzy­ma­jąc się przy tym za uszy lub wy­mio­tu­jąc. Adam do­szedł do wnio­sku, że pole ciszy, które roz­pro­szy­ło się chwi­lę po wy­bu­chu zdą­ży­ło ochro­nić go przed naj­gło­śniej­szym mo­men­tem eks­plo­zji.

Co tu się, do ja­snej cho­le­ry, wy­da­rzy­ło? – po­my­ślał, wciąż oszo­ło­mio­ny, kie­ru­jąc wzrok w stro­nę ru­mo­wi­ska. Na­stęp­nie spo­strzegł, że z miej­sca wy­bu­chu, w miarę opa­da­nia kurzu i osu­wa­nia się ko­lej­nych ka­mie­ni, do­bie­ga coraz moc­niej­szy stru­mień świa­tła.

Szlag! – za­klął w my­ślał, od­zy­sku­jąc rezon, po czym zwró­cił wzrok w stro­nę nie­do­szłe­go celu. Ten, szczę­śli­wie wciąż ogłu­szo­ny, wo­dził błęd­nym wzro­kiem po oto­cze­niu, ale jego za­mglo­ne oczy zda­wa­ły się ja­śnieć z każdą chwi­lą. Ma­gicz­ny płaszcz cieni, któ­rym Adam ja­kimś cudem wciąż był okry­ty, sta­no­wił świet­ny ka­mu­flaż. Pod wa­run­kiem, że no­szą­cy znaj­do­wał się w cie­niu!

Od­kry­wa­jąc w sobie nowe po­kła­dy ener­gii, mistrz magii, wciąż lekko chwie­jąc się na no­gach, sta­rał się wy­pro­sto­wać i przy­jąć po­sta­wę bo­jo­wą do ma­ją­cej na­dejść za chwi­lę kon­fron­ta­cji. W tym samym mo­men­cie usły­szał zna­jo­my głos do­bie­ga­ją­cy z miej­sca eks­plo­zji.

– Khe, khe! Drżyj­cie przed… ekhe… po­tę­gą Pe­dro­xi­mus­sa… khee… Po­tęż­ne­go! – bar­dziej wy­char­czał niż krzyk­nął jego uczeń, krztu­sząc się okrut­nie.

– Cho­ler­ny gów­niarz! – wy­ce­dził przez za­ci­śnię­te zęby mistrz, trzę­sąc się ze wście­kło­ści.

Jego słowa zwró­ci­ły uwagę znaj­du­ją­ce­go się obok kul­ty­sty, który w końcu zdo­łał sku­pić spoj­rze­nie w jed­nym punk­cie. Wy­trzesz­czył oczy, wrza­snął coś nie­zro­zu­mia­le pod­ry­wa­jąc się do góry, po czym rzu­cił się na Adama.

Szczę­śli­wie dla mi­strza magii, wciąż ogłu­szo­ny prze­ciw­nik stra­cił rów­no­wa­gę i za­chwiał się, od­sła­nia­jąc jed­no­cze­śnie. Nie­wie­le my­śląc, cza­ro­dziej opadł lekko w ko­la­nach i skrę­ca­jąc ciało wy­mie­rzył so­lid­ny, lekko wzno­szą­cy cios pałką, ude­rza­jąc pod prawe żebro. Tra­fio­ny w wą­tro­bę prze­ciw­nik skrzy­wił się z bólu, osu­nął na ko­la­na i zwi­nął w kłę­bek, cał­ko­wi­cie tra­cąc chęci do dal­szej walki.

Upo­raw­szy się z pierw­szym wro­giem, Adam już miał szu­kać na­stęp­ne­go celu, kiedy kątem oka do­strzegł, że jeden z kul­ty­stów bie­gnie w stro­nę jego ucznia.

– Pio­trek, uwa­żaj! – krzyk­nął, pusz­cza­jąc się na ra­tu­nek pod­opiecz­ne­mu.

– Pe­dro­xi… – za­czął obu­rzo­ny uczeń, jed­nak pręd­kość, z jaką na­past­nik re­du­ko­wał dzie­lą­cy ich dy­stans spra­wi­ła, że uciął w po­ło­wie. Za­miast tego wy­mam­ro­tał po­spiesz­nie kilka słów za­klę­cia, a na­stęp­nie opadł na ko­la­no i kla­snął dłoń­mi o zie­mię. Fala ude­rze­nio­wa wy­strze­li­ła spod rąk Pe­dro­xi­mus­sa, wzbi­ja­jąc w po­wie­trze ko­lej­ne war­stwy pyłu i ka­mie­ni. Prze­la­tu­jąc pod sto­pa­mi zbli­ża­ją­ce­go się kul­ty­sty wy­trą­ci­ła go z rów­no­wa­gi, a na­stęp­nie spra­wi­ła, że prze­wró­cił się lą­du­jąc ple­ca­mi na po­kru­szo­nym pod­ło­żu. Bie­gną­cy w ich stro­nę Adam po­krę­cił głową.

Bez­sen­sow­ne i kosz­tow­ne – skwi­to­wał w my­ślach, krzy­wiąc się. Gdyby wal­nął tą samą ilo­ścią ener­gii bez­po­śred­nio przed sie­bie za­miast kru­szyć pod­ło­gę, go­ścia trze­ba by było ze­skro­by­wać z prze­ciw­le­głej ścia­ny – pod­su­mo­wał. Wi­dząc, że po­wa­lo­ny kul­ty­sta za­czy­na wsta­wać, pod­biegł i kop­nął go w szczę­kę, eli­mi­nu­jąc tym samym z walki. Na­stęp­nie, gdy ob­ra­cał się w stro­nę ucznia, by udzie­lić szyb­kiej re­pry­men­dy zo­ba­czył, że ten re­cy­tu­je ko­lej­ną in­kan­ta­cję. Wi­dząc, że wzrok pod­opiecz­ne­go był wpa­trzo­ny w kie­run­ku po­zo­sta­łych prze­ciw­ni­ków, mistrz po­sta­no­wił za­cho­wać swoje rady na póź­niej i zwró­cił się w tę samą stro­nę.

Po­zo­sta­ła część grupy naj­wy­raź­niej oce­ni­ła, że po­je­dyn­cze ataki nie przy­no­szą ocze­ki­wa­nych skut­ków i razem ru­szy­li w stro­nę magów. Dwoje z nich uzbro­jo­nych było w mie­cze, resz­ta po­sta­no­wi­ła przy­spo­so­bić w cha­rak­te­rze broni wy­so­kie świecz­ni­ki, które chwi­lę wcze­śniej słu­ży­ły do utwo­rze­nia kręgu. Kilka kro­ków za nimi stał ich guru i wy­ma­chu­jąc ko­stu­rem za­grze­wał do walki. Mimo srogiej miny, którą przy­brał i licz­nych gróźb kie­ro­wa­nych w stro­nę cza­ro­dzie­jów, Adam za­uwa­żył, że mistrz ce­re­mo­nii sam nie­spe­cjal­nie rwie się do akcji.

Chcąc zmu­sić prze­ciw­ni­ków do błędu, popędził w bok, jakby chciał obiec zbli­ża­ją­cą się grupę i po łuku do­trzeć do ich przy­wód­cy. Na­stęp­nie, kiedy zgod­nie z pla­nem część kul­ty­stów zwró­ci­ła się w jego stro­nę, wy­strze­lił w ich kie­run­ku falę ener­gii. Ko­rzy­stał z tego sa­me­go za­klę­cia, które wcze­śniej po­ma­ga­ło mu od­szu­kać pu­łap­ki po­przez lek­kie pod­grze­wa­nie oto­cze­nia. Tym razem jed­nak wło­żył w nie dużo wię­cej mocy i sku­pił jego dzia­ła­nie w kon­kret­nych punk­tach. Dwóch męż­czyzn dzier­żą­cych mie­cze wrza­snę­ło z bólu, wy­pusz­cza­jąc oręż, kiedy roz­grza­na stal po­pa­rzy­ła ich dło­nie. Adam już miał ru­szać w ich stro­nę, ko­rzy­sta­jąc z chwi­lo­wej prze­wa­gi, kiedy z boku roz­legł się do­no­śny wizg. Po­dą­ża­jąc wzro­kiem w kie­run­ku jego źró­dła do­strzegł jak z dłoni jego ucznia wy­la­tu­ją wście­kle czer­wo­ne po­ci­ski, które, prze­la­tu­jąc przez po­miesz­cze­nie, cią­gnę­ły za sobą świe­tli­ste ogony krze­szą­ce iskry. Więk­szość z nich tra­fi­ła w grupę uzbro­jo­ną w świecz­ni­ki po­wa­la­jąc kil­ko­ro z nich, resz­ta na­to­miast prze­mknę­ła obok sie­jąc ogól­ny zamęt.

Wy­ko­rzy­stu­jąc powstały chaos Adam pod­biegł do naj­bliż­sze­go z męż­czyzn, pod­ciął go kop­nię­ciem pod ko­la­no, a na­stęp­nie, gdy ten zwa­lił się na zie­mię, po­pra­wił ude­rze­niem pałką w czoło. Wi­dząc, że prze­ciw­nik przez naj­bliż­szy czas nie bę­dzie sta­no­wił pro­ble­mu, pod­niósł głowę roz­glą­da­jąc się za przy­wód­cą grupy. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że nie­za­leż­nie od wy­ni­ku star­cia ce­re­mo­nia nie miała być kon­ty­nu­owa­na, po­nie­waż ucie­ka­ją­cy guru zni­kał wła­śnie za za­krę­tem jed­ne­go z wyjść, le­żą­ce­go po prze­ciw­le­głej stro­nie ja­ski­ni. 

Nie chcąc wy­pu­ścić z rąk głów­ne­go celu, Adam rzu­cił się w po­ścig. Nie zdą­żył jed­nak prze­biec nawet kilku kro­ków, kiedy usły­szał głu­che łup­nię­cie, a na­stęp­nie zo­ba­czył jak ści­ga­ny wy­la­tu­je z ko­ry­ta­rza, w któ­re­go ciem­no­ści przed chwi­lą znik­nął. W tym kon­kret­nym przy­pad­ku wylot fak­tycz­nie miał miej­sce, po­nie­waż guru wy­ło­nił się z tu­ne­lu lecąc po­zio­mo, a na­stęp­nie, po prze­by­ciu kilku łokci, zarył w ziemi.

– Płoń świę­ty ogniu! – do­no­śny okrzyk do­biegł z ko­ry­ta­rza, zwra­ca­jąc wszyst­kie spoj­rze­nia w swoją stro­nę. We wnę­trzu od­le­głe­go ko­ry­ta­rza za­bły­sło świa­tło, które z każdą chwi­lą przy­bie­ra­ło na sile. Chwi­lę póź­niej zza za­ło­mu wy­ło­ni­ło się jego źró­dło. Idący pew­nym kro­kiem męż­czy­zna dzier­żył miecz, któ­re­go klin­gę po­kry­wa­ły pło­mie­nie. Jego odzie­nie sta­no­wił strój, bę­dą­cy mie­szan­ką zbroi i szat za­kon­nych. Wo­jow­nik omiótł wnę­trze ja­ski­ni mar­so­wym spoj­rze­niem, ścią­gnię­ty­mi brwia­mi pod­kre­śla­jąc su­ro­wy wyraz twa­rzy.

– Drżyj­cie, he­re­ty­cy! – za­grzmiał, uno­sząc pło­ną­cy oręż nad głowę.

W tym samym mo­men­cie zza jego ple­ców wy­ło­nił się rosły, po­dob­nie ubra­ny, młod­szy męż­czy­zna, uzbro­jo­ny w bo­jo­wy ko­stur. Mimo że znaj­do­wał się w cen­trum uwagi, po­ru­szał się jakby sta­rał się prze­kraść do celu. Pod­biegł do wi­ją­ce­go się na ziemi guru kul­ty­stów, a na­stęp­nie rąb­nął go w głowę trzy­ma­ną laską. Prze­ciw­nik na­tych­miast stra­cił ocho­tę do dal­szej uciecz­ki i znie­ru­cho­miał. Po wszyst­kim, młody męż­czy­zna, jak gdyby nigdy nic, w rów­nie ukrad­ko­wy spo­sób wró­cił, sta­jąc dwa kroki za star­szym ka­pła­nem.

Mając przed sobą dwóch magów, dwóch ka­pła­nów bi­tew­nych i wi­dząc pręd­kość, z jaką zma­la­ła ich prze­wa­ga li­czeb­na, po­zo­sta­li kul­ty­ści po­sta­no­wi­li się pod­dać.

 

***

 

Kiedy kurz za­czął po­wo­li opa­dać, za­rów­no mistrz Adam, jak i star­szy z ka­pła­nów ru­szy­li w stro­nę po­wa­lo­ne­go mi­strza kul­ty­stów. Ich widok przy­wo­dził na myśl dwój­kę ludzi, któ­rzy, znaj­du­jąc się w za­tło­czo­nym miej­scu, do­strze­gli w tym samym cza­sie le­żą­cą na ziemi pełną sa­kiew­kę. Ich chód ce­cho­wa­ła pew­ne­go ro­dza­ju dy­na­micz­na non­sza­lan­cja. Każdy wkła­dał nie­ma­ły wy­si­łek w to, by jego krok wy­glą­dał na beztroski, będąc jed­no­cze­śnie moż­li­wie szyb­kim. Do­dat­ko­wo, obaj zda­wa­li się jed­nak do­kła­dać wszel­kich sta­rań żeby nie pa­trzeć w swoją stro­nę.

Kiedy zbli­ży­li się na od­le­głość, któ­rej dal­sze zmniej­sze­nie gro­zi­ło­by zde­rze­niem, spoj­rze­li na sie­bie, przy­bie­ra­jąc jed­no­cze­śnie wyraz bło­gie­go za­sko­cze­nia na twa­rzy.

– Wie­leb­ny Cyryl, co za nie­spo­dzian­ka! – za­czął jo­wial­nym tonem Adam.

– Mistrz Adam, prze­pra­szam nie za­uwa­ży­łem pana! – od­po­wie­dział nie mniej en­tu­zja­stycz­nie oj­ciec Cyryl.

– Tak, z pew­no­ścią – skwi­to­wał ze sztucz­nym uśmie­chem Adam. – No ale kto by się spo­dzie­wał?

– By tak rzec… za­sko­cze­nie jest obo­pól­ne – przy­tak­nął du­chow­ny.

Ich spoj­rze­nia ska­ka­ły po oto­cze­niu, mie­rząc wzro­kiem po­wa­lo­nych prze­ciw­ni­ków, pod­opiecz­nych każ­de­go z roz­mów­ców i sie­bie na­wza­jem. Obaj do­kła­da­li wszel­kich sta­rań, by nie oka­zać jak bar­dzo nie w smak jest im obec­ność przed­sta­wi­cie­li kon­ku­ren­cyj­nej frak­cji.

– My­śla­łem, że Ko­ściół nie in­te­re­su­je się tak mało zna­czą­cy­mi spra­wa­mi – pod­jął Adam.

– Istot­nie, istot­nie… cza­sa­mi jed­nak de­cy­du­je­my się wspie­rać na­szych bliź­nich w wy­peł­nia­niu ich obo­wiąz­ków – od­po­wie­dział z Cyryl, nie­znacz­nie uno­sząc kącik ust.

– To wspa­nia­łe móc li­czyć na pomoc, nawet jeśli się o nią nie pro­si­ło – od­parł z kwa­śnym uśmie­chem Adam. – Z czy­stej cie­ka­wo­ści, mogę spy­tać, w ja­kiej to spra­wie wy­ma­ga­li­śmy wspar­cia?

– Mi­strzu, bądź­my po­waż­ni… kil­ku­na­sto­oso­bo­wy kult od­pra­wia­ją­cy ma­gicz­ny ry­tu­ał tuż pod okiem wiel­kie­go Ko­le­gium Magii? Ktoś mógł­by po­my­śleć, że wasze me­to­dy wy­kry­wa­nia nie­li­cen­cjo­no­wa­ne­go uży­cia cza­rów nie są tak do­kład­ne jak twier­dzą nie­któ­rzy mi­strzo­wie.

– Mógł­by po­my­śleć, a i ow­szem. Gdyby nas tu nie było – od­pa­ro­wał mistrz magii. Na­stęp­nie zwró­cił wzrok w kie­run­ku oł­ta­rza, przy któ­rym od­pra­wia­ny był ry­tu­ał. – Zaraz, czy te je­le­nie rogi to aby nie sym­bol We­le­sa, sło­wiań­skie­go boga pod­zie­mi? – za­py­tał, przy­bie­ra­jąc na twa­rzy wyraz bez­brzeż­ne­go za­sko­cze­nia. – Czyż­by jed­nak kult bóstw po­gań­skich nie zo­stał cał­ko­wi­cie wy­par­ty, wbrew temu co mówi Ko­ściół?

– Ale kto po­wie­dział, że to od razu jakiś po­gań­ski kult? – żach­nął się du­chow­ny. – Ot, ko­lej­ne słabe dusze pró­bu­ją­ce wy­pro­sić ja­kieś ,,dary” od tego czy in­ne­go de­mo­na, a nie żad­ne­go bó­stwa. Czar­na magia, nic wię­cej.

– No nic, nie bę­dzie­my mieć pew­no­ści póki ich so­lid­nie nie prze­słu­cha­my – od­parł mistrz Adam, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – A skoro się oj­ciec upie­ra, że to czar­na magia to cóż… zdaje się, że pod­pa­da to pod naszą ju­rys­dyk­cję – do­koń­czył z nie­win­nym uśmie­chem.

Ob­ser­wu­jąc twarz roz­mów­cy mag miał wra­że­nie, że do­tych­czas nie­wzru­szo­ne ob­li­cze ojca Cy­ry­la lekko drgnę­ło. Za­kon­nik szyb­ko jed­nak od­zy­skał rezon i kon­ty­nu­ował, wciąż siląc się na uprzej­my ton.

– Może i by pod­pa­da­ło, gdyby w grę nie wcho­dzi­ły siły pie­kiel­ne, z któ­ry­mi bez­względ­nie mamy tutaj do czy­nie­nia, wobec czego jest to bez­sprzecz­nie spra­wa Ko­ścio­ła.

Mistrz Adam już miał pod­dać ową bez­sprzecz­ność w wąt­pli­wość, kiedy z boku do­biegł go zna­jo­my głos.

– Ej ty! Zo­staw go!

Obaj roz­mów­cy zwró­ci­li się w kie­run­ku źró­dła ha­ła­su. Pe­dro­xi­muss stał zwró­co­ny w stro­nę mło­de­go kle­ry­ka, który się­gał w stro­nę jed­ne­go z po­wa­lo­nych kul­ty­stów. Gdy spo­strzegł pa­trzą­cych na niego męż­czyzn szyb­ko się wy­pro­sto­wał, przy­bie­ra­jąc nie­win­ną minę.

– A tak… – od­chrząk­nął po chwi­li ciszy mistrz Adam, po czym pod­jął, wska­zu­jąc pod­opiecz­ne­go. – Mój uczeń, Piotr.

– Zwany Pe­dro­xi­mus­sem Po­tęż­nym! – wy­krzyk­nął sam za­in­te­re­so­wa­ny.

– Tak… nie wąt­pię – od­parł oj­ciec Cyryl tonem wska­zu­ją­cym na coś zu­peł­nie prze­ciw­ne­go. Po czym zwró­cił się w stro­nę mło­de­go du­chow­ne­go. – Brat Ta­de­usz, nowy, obie­cu­ją­cy ako­li­ta w na­szym za­ko­nie.

– Ku chwa­le Pana, eks­ce­len­cjo Wiel­ki In­kwi­zy­to­rze! – nie­mal za­sa­lu­to­wał mło­dzie­niec.

– Wiel­ki In­kwi­zy­to­rze?! – Adam spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem na roz­mów­cę. Sły­szał plot­ki o jego za­gra­nicz­nym wy­jeź­dzie celem po­bie­ra­nia nauk, jed­nak tak szyb­ki awans wy­da­wał się być sy­tu­acją bez pre­ce­den­su.

– Ekhm… po pro­stu in­kwi­zy­to­rze – spro­sto­wał szyb­ko oj­ciec Cyryl, roz­wie­wa­jąc wąt­pli­wo­ści. Na­stęp­nie, lekko zmie­sza­ny, spoj­rzał spode łba w stro­nę swo­je­go pod­opiecz­ne­go. – Brata Ta­de­usza cza­sem po­no­si mło­dzień­czy en­tu­zjazm.

– Móc słu­żyć i czer­pać nauki od tak zna­ko­mi­te­go men­to­ra to wiel­ki za­szczyt i dar! – od­parł w od­po­wie­dzi młody za­kon­nik, kła­nia­jąc się nisko.

Adam nie­mal się wzdry­gnął sły­sząc słu­żal­czy ton i ob­ser­wu­jąc fał­szy­wy uśmiech oraz wyraz bło­gie­go unie­sie­nia, który wy­da­wał się być nie­mal przy­twier­dzo­ny do twa­rzy ako­li­ty. Na pierw­szy rzut oka wy­gląd po­tęż­nie zbu­do­wa­ne­go mło­dzień­ca ko­ja­rzył się ra­czej z pro­stym osił­kiem niż z tak bez­czel­nym po­chleb­cą. Od­no­to­wu­jąc to w pa­mię­ci, Adam prze­niósł spoj­rze­nie na jego zwierzch­ni­ka.

– Nie zmie­nia to faktu, że chyba na­le­żą się gra­tu­la­cje. In­kwi­zy­tor?

– Na eta­pie no­wi­cja­tu – od­parł zdaw­ko­wo za­kon­nik. – Nasi prze­ło­że­ni stwier­dzi­li, że przy­da nam się ktoś o nieco szer­szych upraw­nie­niach.

– Z pew­no­ścią, choć za­kła­dam, że wy­ma­ga­ło to nie­ma­łych po­świę­ceń – od­parł nie­win­nie Adam, po czym dodał. – Sły­sza­łem, że no­wi­cjat u In­kwi­zy­cji to nie są tanie rze­czy…

Nie­znacz­ny gry­mas, który na uła­mek se­kun­dy wy­krzy­wił twarz du­chow­ne­go, po­twier­dził przy­pusz­cze­nia Adama do­ty­czą­ce obec­no­ści za­kon­ni­ków. W nor­mal­nych wa­run­kach żaden z in­kwi­zy­to­rów nie po­fa­ty­go­wał­by się do ta­kich pło­tek. Co in­ne­go no­wi­cjusz pró­bu­ją­cy udo­wod­nić za­sad­ność po­nie­sio­nych przez ma­cie­rzy­sty zakon kosz­tów i być może od­ro­bić część z nich po­przez zgar­nię­cie na­gro­dy.

– Za­pew­niam, że każde z po­świę­ceń było ni­czym wobec war­to­ści zgłę­bio­nych tam nauk – wy­ce­dził chłod­no za­kon­nik.

– No cóż, je­stem pe­wien, że pew­ne­go dnia na­dej­dzie mo­ment, kiedy bę­dziesz mógł z nich sko­rzy­stać – od­parł mag uśmie­cha­jąc się sa­my­mi usta­mi. – A tym­cza­sem…

– Tym­cza­sem wła­śnie na­de­szło – uciął ostro du­chow­ny. – Poj­ma­li­śmy przy­wód­cę kultu, po­zwól, że zaj­mie­my się też…

– Ni­ko­go nie poj­ma­li­ście – wszedł mu w słowo mistrz Adam, tra­cąc cier­pli­wość. – Po­mo­gli­ście za­trzy­mać jed­ne­go ucie­ki­nie­ra, za któ­rym pro­wa­dzi­łem po­ścig, za co bar­dzo dzię­ku­ję – dodał ce­dząc słowa. – Resz­ta na­to­miast…

– Resz­ta ule­gła po­tę­dze Pe­dro­xi­mus­sa! – wtrą­cił się jego uczeń.

Sły­sząc wy­po­wiedź pod­opiecz­ne­go, star­szy mag aż zgrzyt­nął zę­ba­mi, co nie uszło uwa­dze ojca Cy­ry­la.

– Widzę, że Ko­le­gium Magii scho­dzi na psy nie tylko w kwe­stiach me­ry­to­rycz­nych – dodał ze zło­śli­wym uśmie­chem.

Zmę­czo­ny i ki­pią­cy w duchu z wście­kło­ści cza­ro­dziej miał ocho­tę ogłu­szyć na miej­scu swo­je­go ucznia. Z nie­spo­dzie­wa­ną po­mo­cą przy­szedł mu jed­nak pod­opiecz­ny ry­wa­la.

– To do­praw­dy ka­ry­god­ne! – obu­rzył się kle­ryk Ta­de­usz. – Ja to bym nigdy tak ojcu do­bro­dzie­jo­wi nie śmiał prze­rwać.

Tym razem to Cyryl skrzy­wił się, spo­glą­da­jąc lekko zde­gu­sto­wa­nym wzro­kiem w kie­run­ku pod­opiecz­ne­go. Mistrz Adam z roz­ba­wie­niem za­uwa­żył, że ton wy­po­wie­dzi ro­słe­go męż­czy­zny przy­po­mi­na mu kil­ku­lat­ka skar­żą­ce­go ro­dzi­com na prze­wi­nie­nia star­sze­go ro­dzeń­stwa.

– Mo­je­go ucznia cza­sem po­no­si… jak to było? A tak, mło­dzień­czy en­tu­zjazm – od­parł mag od­wza­jem­nia­jąc zło­śli­wy uśmiech roz­mów­cy. – Nie ma w tym nic złego. W na­szej in­sty­tu­cji ce­ni­my in­wen­cję i swo­bo­dę my­śle­nia na­szych pod­opiecz­nych – po czym, nie mogąc się po­wstrzy­mać, dodał. – No i przed­kła­da­my am­bi­cję nad czcze li­zu­so­stwo.

– Po­słu­szeń­stwo to cnota! – wark­nął w od­po­wie­dzi du­chow­ny. – A am­bi­cja pro­wa­dzi do upad­ku, czego naj­lep­szym przy­kła­dem jest sy­tu­acja tych oto grzesz­ni­ków! – dodał omia­ta­jąc ręką ja­ski­nię.

– Aaa, a to in­kwi­zy­to­rem zo­sta­łeś ze skrom­no­ści, tak Cy­ry­lu? – skon­tro­wał Adam. – A ci tutaj to ja­kieś dzie­cia­ki! Na­le­ży ich prze­słu­chać i jeśli fak­tycz­nie ktoś ma ja­kieś zdol­no­ści ma­gicz­ne, to wy­szko­lić.

– To mło­dzież, dość do­ro­sła, żeby wie­dzieć co robi! – zri­po­sto­wał za­kon­nik – A poza tym czym sko­rup­ka na­siąk­nie za młodu, tym trąci na sta­rość! Chwa­sty na­le­ży wy­ry­wać z ko­rze­nia­mi!

– Ta! I naj­le­piej wy­pa­lić zie­mię do grun­tu! Takie to wasze…

– Mi­strzu! – wtrą­cił nagle Pio­trek.

– Cicho! – rzu­cił przez ramię Adam, nie spo­glą­da­jąc nawet w stro­nę ucznia.

– Ojcze… – za­ga­ił nieco ostroż­niej Ta­de­usz.

– Milcz! – zga­nił go oj­ciec Cyryl. – My­śla­łem, że bę­dziesz umiał za­cho­wać się le­piej od ja­kie­goś maga!

– No ale mi­strzu! – krzyk­nął z nieco więk­szym na­ci­skiem Pio­trek.

– No ale co mi­strzu? Co mi­strzu?! – wark­nął zi­ry­to­wa­ny Adam, od­wra­ca­jąc się w stro­nę pod­opiecz­ne­go. – Co jest takie…

– Więź­nio­wie nam ucie­ka­ją! – nie dał mu skoń­czyć jego uczeń, wska­zu­jąc pal­cem w kie­run­ku wiel­kiej wyrwy w ścia­nie, któ­rej był twór­cą. W jej wnę­trzu zni­ka­ła wła­śnie syl­wet­ka guru kultu, a z od­da­li dało się sły­szeć tupot od­da­la­ją­cych się wielu par stóp. Naj­wy­raź­niej zdą­ży­li otrzą­snąć się po wstęp­nym ogłu­sze­niu i po­sta­no­wi­li wy­ko­rzy­stać mo­ment nie­uwa­gi nie­do­szłych łow­ców na­gród.

Szyb­ki rzut oka po­zwo­lił stwier­dzić, że w całej ja­ski­ni nie po­zo­stał nikt poza nimi. Na krót­ką chwi­lę mistrz Adam schy­lił głowę, za­mknął oczy i za­ci­snął pię­ści, aż zbie­la­ły mu kłyk­cie. Se­kun­dę póź­niej so­czy­ste prze­kleń­stwo prze­to­czy­ło się po całej ja­ski­ni, a on sam zła­pał za koł­nierz swo­je­go ucznia i cią­gnąc go za sobą, rzu­cił się w po­ścig.

– Bę­dziesz się mu­siał z tego wy­spo­wia­dać! – wy­krzy­cza­na zdy­sza­nym gło­sem na­ga­na do­bie­gła z od­le­gło­ści kilku kro­ków za jego ple­ca­mi, co ozna­cza­ło, że Cyryl, wraz ze swoim pod­opiecz­nym, przy­łą­czy­li się do po­ści­gu.

– Sam się bę­dziesz spo­wia­dać przed prze­ło­żo­ny­mi jak nam uciek­ną! – rzu­cił przez ramię cza­ro­dziej nie prze­ry­wa­jąc biegu.

Mimo zmę­cze­nia w kilka se­kund po­ko­na­li od­le­głość dzie­lą­cą ich od wyrwy zie­ją­cej w ścia­nie. Ka­mie­nie le­żą­ce u wej­ścia nie uła­twia­ły po­ści­gu, a każdy nie­uważ­ny krok mógł opóź­nić lub wręcz za­koń­czyć po­ścig. Kiedy więc wraz z uczniem zbli­ży­li się do kra­wę­dzi po­miesz­cze­nia, Adam chciał ode­tchnąć z ulgą. Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak zo­stał ode­pchnię­ty na bok. Przed ocza­mi mi­gnę­ła mu po­tęż­na syl­wet­ka kle­ry­ka Ta­de­usza. Młody du­chow­ny wiel­ki­mi su­sa­mi zda­wał się prze­ska­ki­wać mię­dzy le­żą­cy­mi ka­mie­nia­mi nie tra­cąc przy tym w ogóle pędu.

– Do­brze Tadek, goń ich! – do­bie­gła zza ple­ców Adama po­chwa­ła star­sze­go z du­chow­nych.

Zbli­ża­ją­cy się do po­zba­wio­nej drzwi fra­mu­gi, od­dzie­la­ją­cej kom­na­tę przy­wód­cy kultu od pro­wa­dzą­ce­go do niej ko­ry­ta­rza, od­wró­cił się jesz­cze w stro­nę magów, ob­da­rza­jąc ich drwią­cym uśmie­chem na po­że­gna­nie. Mistrz magii zmełł w ustach prze­kleń­stwo i już za­czął roz­wa­żać, czy i w jaki spo­sób ma­gicz­nie opóź­nić młod­sze­go z kon­ku­ren­tów. Ten jed­nak, prze­kra­cza­jąc próg po­miesz­cze­nia, wy­ło­żył się jak długi, a na­stęp­nie, sunąc po ziemi, prze­je­chał kilka łokci i z głu­chym łup­nię­ciem ude­rzył w ścia­nę. Za­sko­czo­ny Adam zwró­cił się py­ta­ją­co w stro­nę ucznia, szu­ka­jąc po­wo­du upad­ku kle­ry­ka. Pe­dro­xi­muss jed­nak tylko przy­spie­szył i znaj­du­jąc się o krok od progu sko­czył, lą­du­jąc kilka łokci dalej. Nie my­śląc wiele mistrz po­szedł w ślady ucznia. Będąc w po­wie­trzu do­strzegł kątem oka błysz­czą­cą po­wierzch­nię oleju roz­la­ne­go pod drzwia­mi oraz le­żą­ce­go pod prze­ciw­le­głą ścia­ną obo­la­łe­go kle­ry­ka.

– Pio­trek, pa­mię­taj o pu­łap­kach! – krzyk­nął do bie­gną­ce­go z przo­du ucznia, zda­jąc się na jego zna­jo­mość tu­ne­lu.

– Pe­dro­xi­muss! – rzu­cił ura­żo­nym tonem młod­szy z magów. Na­stęp­nie dodał. – Nie ma żad­nych pu­ła­pek, wszyst­kie roz­bro­jo­ne!

Za­sko­czo­ny mistrz nie­mal gwizd­nął.

Może jed­nak cze­goś się na­uczył… – po­my­ślał, ki­wa­jąc głową z uzna­niem. Za­do­wo­le­nie z suk­ce­sów dy­dak­tycz­nych mu­sia­ło jed­nak po­cze­kać do czasu za­koń­cze­nia po­ści­gu. Od­głos cięż­kich kro­ków ucie­ki­nie­rów od­bi­jał się echem od ścian tu­ne­lu, ale kręty ko­ry­tarz spra­wiał, że wciąż nie mieli ich w za­się­gu wzro­ku. Nie chcąc ry­zy­ko­wać zde­rze­nia ze ścia­ną, Adam nie spo­glą­dał za sie­bie, miał jed­nak świa­do­mość, że oj­ciec Cyryl rów­nież bie­rze udział w po­ści­gu. Są­dząc po tym jak wy­raź­nie było sły­chać jego cięż­ki od­dech, du­chow­ny znaj­do­wał się nie dalej niż kil­ka­na­ście łokci za cza­ro­dzie­ja­mi. Nie chcąc stra­cić więź­niów i to­wa­rzy­szą­cej im na­gro­dy na rzecz kon­ku­ren­ta, Adam po­sta­no­wił sku­pić się na biegu za uczniem.

W szyb­kim tem­pie po­ko­na­li kilka na­stęp­nych za­krę­tów. Za jed­nym z nich za­sko­czo­ny mistrz magii spo­strzegł, że pod­ło­ga tu­ne­lu za­sy­pa­na jest czymś wy­glą­da­ją­cym jak pa­pie­ro­we fi­gur­ki. W pierw­szym od­ru­chu chciał gwał­tow­nie ha­mo­wać, in­stynk­tow­nie spo­dzie­wa­jąc się pu­ła­pek roz­rzu­co­nych przez ucie­ka­ją­cych kul­ty­stów. Kątem oka za­uwa­żył jed­nak, że jego uczeń bez wa­ha­nia biegł przed sie­bie, kom­plet­nie igno­ru­jąc nie­co­dzien­ny widok.

– Co to było? – rzu­cił do pod­opiecz­ne­go.

– Pa­pie­ro­we fi­gur­ki pta­ków – od­krzyk­nął uczeń.

– Co…? No widzę! Ale skąd się tam wzię­ły?

– Zmie­ni­łem w nie le­cą­cą kłodę.

– Co?!

– Uwaga, dół!

Wy­ła­nia­jąc się zza za­ło­mu Adam uj­rzał roz­cią­ga­ją­cy się na kilka łokci rów i prze­rzu­co­ną nad nim wąską kład­kę. Wy­glą­da­ła jak zro­bio­na ze ściół­ki le­śnej, ale oka­za­ła się za­ska­ku­ją­co sztyw­na. Uwagę przy­cią­gał jed­nak roz­cią­ga­ją­cy się pod spodem dół, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem ostrych kol­ców. Nie chcąc ry­zy­ko­wać upad­ku, mistrz po­sta­no­wił sku­pić się na utrzy­ma­niu rów­no­wa­gi na wą­skiej prze­pra­wie.

Po jej prze­by­ciu Adam z sa­tys­fak­cją stwier­dził, że znaj­du­ją­ce się przed nimi od­gło­sy kro­ków i cha­otycz­ne po­krzy­ki­wa­nia zdają się przy­bli­żać. Naj­wy­raź­niej pu­łap­ki za­sta­wio­ne na in­tru­zów zdo­ła­ły spo­wol­nić rów­nież go­spo­da­rzy. Mając to w pa­mię­ci zwró­cił się do ucznia.

– Co dalej?

– Co, co dalej? – za­py­tał za­sko­czo­ny Pe­dro­xi­muss.

– No jakie pu­łap­ki jesz­cze roz­bro­iłeś? – do­py­ty­wał znie­cier­pli­wio­ny Adam.

– Żadne, ta była pierw­sza – od­parł bez­na­mięt­nym gło­sem jego pod­opiecz­ny.

– Czyli przed nami nic już nie ma? – za­py­tał z ulgą w gło­sie mistrz.

– Nie no, tego to nie wiem.

– Jak to nie wiesz?!

– Na po­cząt­ku le­cia­łem, to nie zwra­ca­łem na to uwagi.

– Jak to le­cia­łeś?

– No nor­mal­nie, ale dla kruka było za wąsko, a le­wi­tu­jąc za wolno, to prze­sta­łem.

Oczy mi­strza otwo­rzy­ły się sze­rzej, kiedy do jego świa­do­mo­ści za­czę­ły spły­wać po­ten­cjal­ne skut­ki tej in­for­ma­cji.

– A kiedy prze­sta­łeś? – za­py­tał ze zgro­zą.

– Kilka za­krę­tów temu – od­po­wie­dział bez­ce­re­mo­nial­nie uczeń.

– I nie przy­szło ci do głowy, żeby mi o tym po­wie­dzieć?! – ryk­nął Adam.

– No ale po co te nerwy! Prze­cież nie mogli sta­wiać tych pu­ła­pek w nie­skoń…

Pe­dro­xi­muss nie zdą­żył do­koń­czyć. Ostat­ni po­sta­wio­ny przez niego krok wy­zwo­lił prze­ta­cza­ją­cy się po ko­ry­ta­rzu dźwięk, przy­wo­dzą­cy na myśl wi­bru­ją­cy brzęk rzu­ca­ne­go noża, wbi­ja­ją­ce­go się w drew­nia­ny blat. Uła­mek se­kun­dy póź­niej wokół jego nogi za­ci­snę­ła się pętla, a sam uczeń zo­stał po­cią­gnię­ty w górę, wrzesz­cząc przy tym na całe gar­dło. Chwi­lę póź­niej dyn­dał pod stropem.

Szyb­kim rzu­tem oka mistrz upew­nił się, że jego pod­opiecz­ne­mu nie grozi żadne nie­bez­pie­czeń­stwo i krę­cąc głową po­sta­no­wił kon­ty­nu­ować po­ścig.

Po kilku kro­kach, ku wła­snej ra­do­ści, zdał sobie spra­wę, że minął roz­wi­dle­nie, przy któ­rym wcze­śniej roz­dzie­li­li się z Piotr­kiem. Z jed­nej stro­ny po­zwa­la­ło to ode­tchnąć, wie­dział bo­wiem, że od tego miejsca nie cze­ka­ją na niego żadne pu­łap­ki. Z dru­giej stro­ny miał świa­do­mość, że musi przy­śpie­szyć, jako że ko­ry­tarz od tego mo­men­tu cią­gnął się jesz­cze rap­tem przez kil­ka­dzie­siąt łokci. Po jego opusz­cze­niu kul­ty­ści mogli roz­biec się w róż­nych kie­run­kach, co znacz­nie utrud­ni­ło­by po­ścig.

Zbli­ża­jąc się do wyj­ścia z tu­ne­lu z ra­do­ścią za­uwa­żył, że w świe­tle gwiazd docierającym z ze­wnątrz wid­nie­je kilka syl­we­tek.

– Mam was… – skwi­to­wał Adam z sa­tys­fak­cją.

– Mo­żesz po­ma­rzyć! – do­biegł zza ple­ców zna­jo­my głos.

Za­sko­czo­ny cza­ro­dziej ob­ró­cił się przez ramię, tylko po to żeby do­strzec Cy­ry­la, który nie­mal do­słow­nie dep­tał mu po pię­tach, stop­nio­wo zrów­nu­jąc bieg.

Szlag! – za­klął w my­ślach, wi­dząc dziki uśmiech roz­cią­ga­ją­cy się na twa­rzy du­chow­ne­go. Sku­pie­nie na pu­łap­kach spra­wi­ło, że kom­plet­nie za­po­mniał o ry­wa­lu.

Ostat­nie kil­ka­dzie­siąt kro­ków po­ko­na­li ramię w ramię, an­ga­żu­jąc przy tym wszyst­kie do­stęp­ne środ­ki, nie wy­łą­cza­jąc bar­ków i łokci, by wy­su­nąć się choć o włos przed ry­wa­la.

Docierające z ze­wnątrz świa­tło gwiazd unie­moż­li­wia­ło do­kład­ną ocenę sy­tu­acji u wylotu ciem­ne­go tu­ne­lu, dla­te­go wychodząc zeń obaj ści­ga­ją­cy krzyk­nę­li jed­no­cze­śnie.

– Stać w imie­niu Ko­le­gium!

– Aresz­tu­ję was w imie­niu Ko­ścio­ła!

Za­miast wrza­sków i krzy­ków usły­sze­li jed­nak spo­koj­ny, zna­jo­my głos.

– Można wie­dzieć pod jakim za­rzu­tem?

Po chwi­li, kiedy ich oczy przy­zwy­cza­iły się do świa­tła spo­strze­gli, że na­prze­ciw stoi ka­pi­tan stra­ży miej­skiej. Py­ta­ją­ce­mu spoj­rze­niu to­wa­rzy­szył uprzej­my uśmiech. Za jego ple­ca­mi roz­cią­gał się szpa­ler młod­szych funk­cjo­na­riu­szy. Część z nich wpro­wa­dza­ła zre­zy­gno­wa­nych kul­ty­stów do me­ta­lo­wej klat­ki, znaj­du­ją­cej się na wozie wię­zien­nym. Po­zo­sta­li stali obok, trzy­ma­jąc w po­go­to­wiu straż­ni­cze pałki, na wy­pa­dek gdyby któ­ryś z aresz­tan­tów po­sta­no­wił pod­jąć próbę uciecz­ki.

– No więc? – pod­jął na nowo ofi­cer.

– Ci he­re­ty­cy zo­sta­li poj­ma­ni z ra­mie­nia Ko­ścio­ła! – rzu­cił jako pierw­szy oj­ciec Cyryl.

– Bzdu­ra! Zo­sta­li aresz­to­wa­ni w imie­niu Ko­le­gium Magii! – od­ciął się obu­rzo­ny mistrz Adam.

– Ci sami, któ­rzy chwi­lę temu wy­bie­gli z tego tu­ne­lu? – za­py­tał spo­koj­nie ka­pi­tan, ski­nie­niem głowy wskazując więź­niów pro­wa­dzo­nych przez jego ludzi.

– No tak… – przy­znał nieco zbity z tropu Adam. – Jed­nak­że uczy­ni­li to na sku­tek po­ści­gu za­ini­cjo­wa­ne­go przez siły Ko­le­gium. Po­win­ni więc zo­stać do­pro­wa­dze­ni przed ob­li­cze jego rady!

– Po na­szej klu­czo­wej in­ter­wen­cji! – wtrą­cił z po­wa­gą Cyryl. – Ci więź­nio­wie na­le­żą do Ko­ścio­ła!

Ka­pi­tan przez chwi­lę prze­no­sił spoj­rze­nie z jed­ne­go na dru­gie­go roz­mów­cę, po czym pod­jął.

– Sza­now­ni pa­no­wie, mój pro­sty umysł do­strze­ga tu pewne nie­ści­sło­ści. Z jed­nej stro­ny mó­wi­my o po­ści­gu. Z dru­giej o poj­ma­niu. Co praw­da jedno czę­sto pro­wa­dzi do dru­gie­go, jed­nak­że w tej sy­tu­acji wy­da­je mi się, że po­łą­cze­nie obu kwe­stii nie uj­rza­ło swego fi­na­łu… – unie­sie­niem ręki uci­szył nad­cho­dzą­cy pro­test obu roz­mów­ców, a na­stęp­nie rzu­cił przez ramię. – Sier­żan­cie!

Opie­ra­ją­cy się o koło po­wo­zu star­szy straż­nik, który do tej pory ze znu­dzo­ną miną dłu­bał nożem pod pa­znok­ciem, uniósł głowę, spo­glą­da­jąc w stro­nę prze­ło­żo­ne­go.

– Tak, panie ka­pi­ta­nie?

– Co mówi pro­to­kół zda­rze­nia?

– Otrzy­maw­szy z Urzę­du Miej­skie­go zgło­sze­nie o po­ten­cjal­nie nie­oby­czaj­nym za­cho­wa­niu od­dział udał się we wska­za­ne miej­sce. Po przy­by­ciu na miej­sce zgło­sze­nia, grupa mło­dych męż­czyzn… – tu spoj­rzał do wnę­trza wozu, za­sta­na­wia­jąc się przez chwi­lę – …i ko­biet, znaj­du­ją­cych się w sta­nie znacz­ne­go po­bu­dze­nia, wy­bie­gła w kie­run­ku funk­cjo­na­riu­szy przy­go­to­wu­ją­cych się do pod­ję­cia czyn­no­ści służ­bo­wych. Ich ner­wo­we re­ak­cje, wli­cza­jąc w to: pła­cze, krzy­ki oraz próbę na­pa­ści na funk­cjo­na­riu­szy z okrzy­kiem, cy­tu­ję: ,,żyw­cem mnie nie weź­mie­cie”, skło­ni­ły od­dział do uży­cia środ­ków przy­mu­su bez­po­śred­nie­go. Po roz­wa­że­niu po­wyż­szych zde­cy­do­wa­no na za­sto­so­wa­nie do­zo­ru pod po­sta­cią aresz­tu tym­cza­so­we­go, do czasu dal­sze­go wy­ja­śnie­nia spra­wy – pod­su­mo­wał sier­żant mo­no­ton­nym gło­sem. Ca­łość wy­po­wie­dzi pod­su­mo­wał ski­nie­niem głowy, pod­kre­śla­jąc, że nie ma nic do do­da­nia.

– Dzię­ku­ję, sier­żan­cie – od­parł ofi­cer. – Z tego co zro­zu­mia­łem, ci, jakże po­pu­lar­ni nie­szczę­śni­cy zo­sta­li poj­ma­ni przez na­szych ludzi, a obec­nie prze­by­wa­ją w na­szym wozie wię­zien­nym. Zwy­kle w ta­kich sy­tu­acjach ozna­cza­ło to, że są to więź­nio­wie stra­ży. Czy coś się ostat­nio zmie­ni­ło w pra­wie? – rzu­cił po­now­nie do pod­ko­mend­ne­go.

– Nie, panie ka­pi­ta­nie. Żad­nych zmian – od­po­wie­dział usłuż­nie sier­żant.

– Sądzę, że to pod­su­mo­wu­je całą kwe­stię – zwró­cił się do swo­ich roz­mów­ców uśmie­cha­jąc się przy tym zdaw­ko­wo.

– Ale… – za­czę­li jed­no­cze­śnie Adam z Cy­ry­lem.

– W kwe­stii wszel­kich zmian w pra­wie, za­chę­cam do kon­tak­tu z bur­mi­strzem. Do­brej nocy życzę.

Na­stęp­nie ski­nął głową, od­wró­cił się i, z akompaniamentem okrzy­ków sier­żan­ta po­ga­nia­ją­ce­go młod­szych funk­cjo­na­riu­szy, za­czął iść w kie­run­ku mia­sta.

 

***

 

Słoń­ce po­wo­li wscho­dzi­ło na ho­ry­zon­cie, kiedy od­dział stra­ży eskor­tu­ją­cy wóz zmie­rzał w kie­run­ku mia­sta. Pro­mie­nie roz­świe­tla­ły po­ran­ną sza­rów­kę umoż­li­wia­jąc dwóm sto­ją­cym na po­bli­skim wzgó­rzu męż­czyznom ob­ser­wa­cję, jak ich nie­do­szła na­gro­da od­da­la się wraz z nad­cho­dzą­cym świ­tem. Na ich twa­rzach kon­ster­na­cja mie­sza­ła się ze zre­zy­gno­wa­niem. Kiedy wóz wię­zien­ny znik­nął w końcu za za­krę­tem, jeden z nich zde­cy­do­wał się prze­rwać mil­cze­nie.

– No tak – od­chrząk­nął Cyryl, po czym pod­jął bez en­tu­zja­zmu. – Naj­waż­niej­sze, że zło zo­sta­ło za­trzy­ma­ne.

– Tak… naj­waż­niej­sze – przy­tak­nął Adam rów­nież bez prze­ko­na­nia, na­stęp­nie by prze­ła­mać nie­zręcz­ną ciszę pod­jął. – In­kwi­zy­tor, co? Pew­nie jest co opo­wia­dać.

– Gdy­bym mógł to pew­nie by było – od­parł du­chow­ny.

– No tak…

Nie­zręcz­na chwi­la ciszy, która za­pa­dła po tych sło­wach zo­sta­ła prze­rwa­na od­gło­sa­mi kłót­ni do­bie­ga­ją­cej z tu­ne­lu. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że obaj ucznio­wie zdą­ży­li się po­zbie­rać i zmie­rza­li w ich stro­nę.

– Widzę, że nasi pod­opiecz­ni po­sta­no­wi­li w końcu do nas do­łą­czyć – za­uwa­żył oj­ciec Cyryl.

– W do­dat­ku zdają się z za­pa­łem pod­trzy­my­wać tra­dy­cję… ry­wa­li­za­cji mię­dzy na­szy­mi or­ga­ni­za­cja­mi – pod­su­mo­wał Adam sły­sząc wzajemnie mio­ta­ne obe­lgi, do­la­tu­ją­ce z tu­ne­lu.

– Tak, zde­cy­do­wa­nie – skwi­to­wał du­chow­ny, po czym pod­jął. – No cóż, obo­wiąz­ki wzy­wa­ją…

– Za­pew­niam, że nie tylko was. Nie po­zwól­cie się nam za­trzy­my­wać. – od­parł cza­ro­dziej, przy­bie­ra­jąc uprzej­my ton wy­po­wie­dzi.

– Nie pla­no­wa­li­śmy – rzu­cił na ko­niec za­kon­nik.

Mó­wiąc to obaj ski­nę­li lekko gło­wa­mi, ob­ró­ci­li się na pię­cie i, nie cze­ka­jąc na swo­ich pod­opiecz­nych, ru­szy­li w prze­ciw­nych kie­run­kach.

Koniec

Komentarze

Moje uszanowanie! A zatem mamy kontynuację:D

 

Korytarze tunelu spowijał mrok.

Chodzi o to, że korytarze odchodziły od głównego tunelu?

 

Liczne zakręty, którymi usiany był korytarz sprawiały

Dziwne zdanie. Wystarczyłoby “Korytarz był tak kręty, że…”, albo “Korytarz co rusz zakręcał i…”

 

Ponadto, gdyby zza kolejnego rogu zaczęło wydobywać się zwyczajne światło latarni lub pochodni, nie było ryzyka, że delikatna, magiczna poświata je przyćmi.

Też dziwne, a do tego nieco niejasne. Poświata czego?

 

klęczała grupa spowitych w czarne płaszcze kultystów

Nie jestem pewien, czy tego słowa można tak tutaj użyć. Może “odzianych”?

 

w stronę swojego guru. Przyglądając się bliżej swoim celom

Powtórzenie.

 

Z drugiej strony, bliskość źródła światła oznaczała, że prawdopodobnie nie widział zbyt dobrze niczego znajdującego się poza jego obrębem.

Zgrzyta, napisałbym tak: “Z drugiej strony, pochodnie były blisko, zbyt blisko. Za nimi komnatę spowijał mrok. Nie wiadomo, co jeszcze się w nim kryło.”

 

Ich rozmieszczenie było nieregularne i przypominało nieco rozstawienie figur na szachownicy w połowie długiej partii.

Bardzo dobre porównanie!

 

Możliwości jego zastosowania wydawały się więc być niemal nieskończone.

“Niemal” tutaj nie pasuje i kłóci się z wydźwiękiem zdania. Do wycięcia.

 

Naprzeciw niego klęczało kilka spowitych w czerń postaci spoglądających w stronę swojego guru.

Zdanie niemalże identyczne, jak to, z fragmentu z punktem widzenia Adama. Niby nie błąd, ale przerobiłbym. 

 

Zaryzykował otwarcie oczu i zdał sobie sprawę, że rozciągający się przed nim krajobraz uległ znacznej zmianie.

Krajobraz? Nie pasuje tutaj to słowo, nawet jako stylizacja.

 

przykrywając krajobraz niczym drażniąca gardło mgła.

To samo, a takze powtórzenie.

 

AWARIE KLAWIATURY MAM W TYM MIEJSCU, NIE BEDZIE POLSKICH ZNAKÓW.

 

– Khe, khe! Drżyjcie przed… ekhe… potęgą Pedroximussa… khee… Potężnego! – bardziej wycharczał niż krzyknął jego uczeń, krztusząc się okrutnie co drugie słowo.

To "co drugie slowo” nie potrzebne, burzy rytm. A "krztuszac sie okrutnie" brzmi super bez dodatków.

 

Wytrzeszczył oczy, wrzasnął coś, niezrozumiale

Niepotrzebny przecinek po "cos".

 

***

Wysrodkowalabym te podzielniki. 

 

Ich chód cechowała pewnego rodzaju dynamiczna nonszalancja.

Wybacz, ale jakas arcygrafomanska groza czai sie w tym zdaniu. Do poprawy, tudziez usuniecia. 

 

Jednocześnie stosowany przez obu ton wypowiedzi wręcz ociekał uprzejmością.

Czytelnik to wie, zbedne zdanie.

 

Szybko jednak odzyskał rezon i kontynuował, wciąż siląc się na uprzejmy ton.

Tu wartoby dodac "wielebny", bo orzeczenie podpina sie pod Maga. 

 

Zaskoczony mistrz magii zwrócił się w stronę ucznia szukając informacji odnośnie powodu upadku kleryka.

HORROR, NIE PO POLSKUcryingcryingcrying

 

Po jej przebyciu Adam z satysfakcją stwierdził, że znajdujące się przed nimi odgłosy kroków i chaotyczne pokrzykiwania zdają się przybliżać.

Chyba winno byc "oddalac".

 

DOBRA, ZNAKI POLSKIE NAPRAWIONE

 

Cóż, jest to opowieść bez wątpienia z morałem, ale niestety już nie tak oryginalna, jak część poprzednia. Mamy wprawdzie dobrze poprowadzoną fabułę, można się zaciekawić, są sceny walki, ale nie dochodzi niestety do żadnego jasnego rozwiązania, abstrahując od moralizatorskiego finału względem łowów prowadzonych przez dwie organizacje i tytułowej rywalizacji. Ale w tym właśnie najważniejszym, chciałoby się rzec wątku, nie dostajemy należytego podłoża. Jest wprawdzie o gruncie polityczno-religijnym parę zdań, ale, moim zdaniem, w żaden sposób nie jest to wystarczające. Do tego stopnia, że cały czas kibicowałem kultystom. Ot, niegroźne spotkanie w ustronnym miejscu, zakłócane przez kościelną bezpiekę i zubożałych magów. Pod względem fabuły wypadają zatem najlepiej opisy zdolności magicznych bohaterów, czyli inkantacje i bojowe zaklęcia, no i właśnie sama jatka. 

Najważniejsza rzecz, jeśli chodzi o warsztat – odniosłem wrażenie, że zbyt dużo zrzucasz na czytelnika. Wszystko starasz się wyjaśnić, opisujesz każdy szczegół obrazów, zdarzeń i interakcji. Samo w sobie nie jest to zjawisko złe, ale tutaj tak ono galopuje, że tekst traci na płynności, a niektóre zdania wypadają przez to po prostu źle. Pewne rzeczy są już wiadome, inne wynikają z kontekstu. Nie trzeba ponownie ich zapisywać. Warto odchudzać parę razy opowiadanie pod tym kątem przed publikacją. A propos jeszcze zdań. Te bardzo często są przesadnie rozbudowane, wkrada się tam monotonia, sens kluczy gdzieś po gąszczu orzeczeń. I nawet, kiedy te wielkie zdania same w sobie są w porządku pod względem treści, to tekst traci przez to na odczycie. Warto to wszystko urozmaicić, zdania podzielić, wprowadzić wykrzyknienia, równoważniki zdań i inne cuda. Zwłaszcza przy sekwencjach walki super by to zagrało, podkręciło dynamikę. 

Jeśli chodzi o resztę, to jest dobrze. Super klimat, bogaty język, porównania nad wyraz zmyślne, a z tym ludzie, zauważyłem, mają problem. Dialogi w porządku, choć miejscami tendencyjne. Bohaterowie wyraziści, każdy ma swój własny modus operandi i wypowiada się też na swój własny sposób. 

 

Tekst całościowo wypada na plus, ale odczuwam niedosyt. Podbudowana akcja zapowiadała coś szumniejszego, a fajerwerków nie było. Ale cóż, może o to właśnie chodzi? Przez (nie)zdrową rywalizację wysiłki obydwu panów spełzły na niczym, i nic już z tym wszystkim nie miało się wydarzyć, również na gruncie czytelniczym. Jest to jakiś finał, może nie przemawia on do mnie, ale jest. To już kwestia opinii, nie traktuj tego, jako zarzutu.

Z uwagi na przewagę mankamentów, ale też ogólną, niezłą wartość tekstu daje cztery gwiazdki z dużym minusem:DD

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Hej @Bartkowski.robert, dziękuję bardzo za lekturę oraz obszerną i wnikliwą recenzję!

 

Jako, że uwag jest sporo to pozwól, że nie będę się odnosił do oczywistych rzeczy do edycji niewymagających dyskusji typu powtórzenia, nadmiarowy przecinek, nadmiar opisu itd. tylko po prostu je poprawię.

 

Natomiast co do reszty to po kolei:

Korytarze tunelu spowijał mrok.

Chodzi o to, że korytarze odchodziły od głównego tunelu?

Chodziło o sam tunel i jego korytarze, którymi przemieszczał się Adam. Możliwe, że trochę przekombinowane z mojej strony, podobnie jak drugi pkt zauważony przez Ciebie. Może w tym przypadku wystarczyłoby ,,tunel spowijał mrok”.

 

Ponadto, gdyby zza kolejnego rogu zaczęło wydobywać się zwyczajne światło latarni lub pochodni, nie było ryzyka, że delikatna, magiczna poświata je przyćmi.

 

Też dziwne, a do tego nieco niejasne. Poświata czego?

Tutaj chodziło mi o ten podczerwony blask wydobywający się z klejnotu.

 

klęczała grupa spowitych w czarne płaszcze kultystów

 

Nie jestem pewien, czy tego słowa można tak tutaj użyć. Może “odzianych”?

Pewnie trochę przekombinowane, poprawię, podobnie jak to powtórzenie, które wymieniłeś w kolejnym punkcie.

 

Z drugiej strony, bliskość źródła światła oznaczała, że prawdopodobnie nie widział zbyt dobrze niczego znajdującego się poza jego obrębem.

 

Zgrzyta, napisałbym tak: “Z drugiej strony, pochodnie były blisko, zbyt blisko. Za nimi komnatę spowijał mrok. Nie wiadomo, co jeszcze się w nim kryło.”

No faktycznie ładniej :) spróbuję to jakoś przerobić tak żeby lepiej wyglądało, a Twoją wersję zapamiętam w celach naukowych na przyszłość.

 

Naprzeciw niego klęczało kilka spowitych w czerń postaci spoglądających w stronę swojego guru.

 

Zdanie niemalże identyczne, jak to, z fragmentu z punktem widzenia Adama. Niby nie błąd, ale przerobiłbym. 

Słuszna uwaga, dzięki!

 

Zaryzykował otwarcie oczu i zdał sobie sprawę, że rozciągający się przed nim krajobraz uległ znacznej zmianie.

 

Krajobraz? Nie pasuje tutaj to słowo, nawet jako stylizacja.

Tutaj miałem na myśli coś w stylu ,,krajobrazu po bitwie” stąd użycie tego słowa. Powtórzenie oczywiście do zmiany.

 

– Khe, khe! Drżyjcie przed… ekhe… potęgą Pedroximussa… khee… Potężnego! – bardziej wycharczał niż krzyknął jego uczeń, krztusząc się okrutnie co drugie słowo.

 

To "co drugie slowo” nie potrzebne, burzy rytm. A "krztuszac sie okrutnie" brzmi super bez dodatków.

Bardzo słuszna uwaga, w ogóle o tym nie pomyślałem. Zaraz poprawiam.

 

Ich chód cechowała pewnego rodzaju dynamiczna nonszalancja.

 

Wybacz, ale jakas arcygrafomanska groza czai sie w tym zdaniu. Do poprawy, tudziez usuniecia. 

Hmm… tutaj szczerze powiem, że nie jestem przekonany. Może kwestia mojego specyficznego poczucia humoru (wiem, każde jest specyficzne :) ), ale mnie bawi i nie razi. Przemyślę to, a póki co pozwól, że to zostawię tak jak jest.

 

Zaskoczony mistrz magii zwrócił się w stronę ucznia szukając informacji odnośnie powodu upadku kleryka.

 

HORROR, NIE PO POLSKUcryingcryingcrying

No faktycznie boli jak na to spojrzeć. Zdecydowanie do poprawy.

 

Po jej przebyciu Adam z satysfakcją stwierdził, że znajdujące się przed nimi odgłosy kroków i chaotyczne pokrzykiwania zdają się przybliżać.

 

Chyba winno byc "oddalac".

Tutaj obstaję przy swoim :) Adam ścigał kultystów, dlatego z satysfakcją zauważył, że dźwięki uciekających sie przybliżają. 

 

Odnośnie części opisowej Twojej recenzji: w pełni rozumiem Twój punkt widzenia. Cieszę się, że podobały Ci się elementy akcji i opisy im towarzyszące.

Co do samego podłoża konfliktu i miejsca kultystów w świecie przedstawionym: muszę przyznać, że nie poświęciłem mu dużo miejsca w tekście, ponieważ etapie planowania i pisania sam nie przywiązywałem do niego dużej wagi. Moim celem było napisanie opowiadania, które miało posłużyć głównie rozrywce, zarówno czytelnika, jak i mojej. Ponadto chciałem spróbować opisać konflikt, zarówno fizyczny, jak i słowny, trochę na zasadzie ćwiczenia. Kompletnie odmienne postacie Piotrka i jego mistrza wydawały mi się do tego wręcz idealne, do tego postanowiłem dorzucić jeszcze konkurencyjną frakcję przedstawicieli kościoła. Jak tak teraz o tym myślę to kultyści i ich pojmanie zostali umieszczeni jedynie jako cel i tło wyprawy. Można powiedzieć, że na etapie pisania potraktowałem ich bardziej jako przedmiot, aniżeli podmiot, jeśli wiesz co mam na myśli. Z tego tytułu w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś może zacząć im kibicować, co jednak miało miejsce :) jest to zdecydowanie element do przemyślenia na przyszłość i dziękuję Ci bardzo za tę uwagę.

 

Co do uwag odnośnie warsztatu to również bardzo dziękuję. Myślę, że będę musiał wprowadzić pewne poprawki do mojego procesu pisania, np. przerwę między zakończeniem pisania, a redakcją przed późniejszą publikacją. Może pomoże mi to spojrzeć świeższym okiem na tekst i wyłapać wspomniane przez Ciebie bolączki. 

W każdym razie wszystko notuję, na pewno poczytam trochę o wymienionych przez Ciebie zabiegach, również na poziomie teoretycznym, bo mam wrażenie, że mam tu pewne braki.

 

Podsumowując, dziękuję bardzo raz jeszcze za lekturę i całą analizę. Cieszę się, że mimo wymienionych przez Ciebie błędów tekst Ci się podobał, a także, że nie był zwyczajnie nudny. Dziękuję również za wszelkie uwagi, część poprawię za chwilę, pozostałe zdecydowanie przemyślę i to pewnie nie raz.

 

Dzięki i również pozdrawiam serdecznie!

 

 

 

 

Dzięki za tekst, jestem bardzo zadowolony po lekturze.

Sama fabuła to dla mnie duży plus, ale najbardziej spasował mi klimat tego wzajemnego przeszkadzania sobie – uśmiechałem się pod nosem na same wzmianki o ich rywalizacji w trakcie akcji. Świetnie to wyszło! Całość ma mocny, erpegowy klimat jaskiń rodem z Dungeons & Dragons. Do tego same czary są moim zdaniem bardzo dobrze i ciekawie rozpisane. Nie wiem dlaczego, ale mój mózg od razu robił tu fajne, bardzo pozytywne porównania do pojedynków z Harry'ego Pottera.

Bardzo podoba mi się też Twoja dbałość o szczegóły. Choć przyznam, że miejscami rzuca się trochę w oczy taki lekki "syndrom tłumaczenia" każdej czynności, to jednak w ogóle nie psuje to odbioru. Jak zawsze powtarzam – nie czepiam się błędów, tylko szukam w tekście czystej frajdy, a Twoje opowiadanie dostarczyło mi jej z nawiązką. Finał ze Strażą Miejską, która wszystkich gasi, to absolutna miazga.

Hej @DreadyVibe, dzięki za lekturę i opinię!

 

Sam piszę głównie z nastawieniem na dobrą rozrywkę, czytelnika i moją, także cieszę się, że się podobało :) Jakbyś miał ochotę to jakieś pół roku temu opublikowałem też opowiadanie ,,Biały kruk”, które opowiada o tych samych bohaterach. Nieco krótsze, ale w podobnym klimacie :) tutaj link

 

Co do ,,syndromu tłumaczenia” to dzięki za zwrócenie uwagi. Mam tego świadomość i będę z tym walczył przy następnych tekstach.

 

Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam!

Cześć, Vycherpiousie!

Sympatyczni bohaterowie, choć moim zdaniem nieco zbyt stereotypowi, jak i sam konflikt. Wiem, że to humor, ale wydaje mi się, że zawsze można wykrzesać coś oryginalnego. Nawet trochę w tym kierunku poszedłeś, np.: Piotrek – Pedroximuss. Szkoda, że nie więcej. Niemniej kłótnia między bohaterami wyszła jak najbardziej na plus.

Tekst wydaje mi się także za długi jak na opisaną w nim fabułę. Przemyślałbym w szczególności pierwszą część: podróż korytarzami.

Ale ogółem, kiedy już załapałem konwencję, całość szybko spłynęła. I nie bez przyjemności. :)

 

Pozdrawiam.

Cześć Zielony Rycerzu!

 

Dziękuję za dobre słowo, cieszę się, że czas spędzony na lekturze przyjemnie Ci upłynął.

 

Wezmę sobie do serca Twoje uwagi podczas pisania kolejnych opowiadań, szczególnie kwestię skrócenia mniej ,,ekscytujących” wątków. Co do samych bohaterów to cóż… może wraz z kolejnymi historiami nabiorą głębi :)

 

Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam!

Vycherpious

 

Może w tym przypadku wystarczyłoby ,,tunel spowijał mrok”.

Niekoniecznie, skoro miałeś wizję na ten tunel, warto to jedank przedstawić. Może “Tunel i liczne jego odnogi spowijał mrok”?

 

Tutaj chodziło mi o ten podczerwony blask wydobywający się z klejnotu.

Rozumiem, rozumiem. Może zaznacz to w sumie w tym zdaniu jeszcze?

 

No faktycznie ładniej :) spróbuję to jakoś przerobić tak żeby lepiej wyglądało, a Twoją wersję zapamiętam w celach naukowych na przyszłość.

:DDD

 

Hmm… tutaj szczerze powiem, że nie jestem przekonany. Może kwestia mojego specyficznego poczucia humoru (wiem, każde jest specyficzne :) ), ale mnie bawi i nie razi. Przemyślę to, a póki co pozwól, że to zostawię tak jak jest.

Rozumiem! Jak się podoba, to zostaw, traktuj moje uwagi tylko jako sugestię!

 

Tutaj obstaję przy swoim :) Adam ścigał kultystów, dlatego z satysfakcją zauważył, że dźwięki uciekających sie przybliżają. 

Przepraszam, mój błąd. Źle przeczytałem tamto jako “za nimi”, i myślałem, że chodzi o kleryków w tyle.

 

to kultyści i ich pojmanie zostali umieszczeni jedynie jako cel i tło wyprawy. Można powiedzieć, że na etapie pisania potraktowałem ich bardziej jako przedmiot, aniżeli podmiot, jeśli wiesz co mam na myśli.

Wiem, wiem!

 

Myślę, że będę musiał wprowadzić pewne poprawki do mojego procesu pisania, np. przerwę między zakończeniem pisania, a redakcją przed późniejszą publikacją.

Dobry pomysł! Może też pokusić się o betę przyszłych tekstów, z doświadczenia wiem, że to bardzo pomaga.

 

Podsumowując, dziękuję bardzo raz jeszcze za lekturę i całą analizę. Cieszę się, że mimo wymienionych przez Ciebie błędów tekst Ci się podobał, a także, że nie był zwyczajnie nudny. Dziękuję również za wszelkie uwagi, część poprawię za chwilę, pozostałe zdecydowanie przemyślę i to pewnie nie raz.

Nie ma za co! Mam nadzieję, że byłem pomocny.

 

Dziękuje i również pozdrawiam serdecznie!!!heart

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Vycherpiousie, z ogromna przyjemnością i zaciekawieniem czytałam fajnie opisane doświadczenia znanym mi już magów, Adama i P Pedroximussa, tym razem tępiących kultystów. Bardzo

spodobało mi się włączenie do akcji konkurencji, w postaci duchownych – Cyryla i Tadeusza, obopólna dezaprobata i prowadzona przez nich dysputa, ozdobiona świetnej jakości humorem. Nieźle wypadł też zaskakujący finał przedsięwzięcia, bo okazało się, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia, ale ufam, że poprawisz usterki, bym mogła zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

Dobrze… – pomyślał Adam, analizując otoczenie… → A może: Dobrze… – pomyślał Adam, analizując otoczenie…

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów

 

Wzrok dostosowany do podczerwieni do­sko­na­le współ­grał z krysz­ta­łem emi­tu­ją­cym świa­tło w jej spek­trum. → Skąd w czasach tego opowiadania wiedziano czym jest podczerwień?

 

wi­docz­ność by­ła­by ogra­ni­czo­na do za­le­d­wie kilku me­trów. → Skąd w czasach tego opowiadania wiedziano czym są metry?

 

Pod­bi­te mięk­kim ma­te­ria­łem buty spra­wia­ły, że on sam mógł po­ru­szać się… → Wystarczy: Pod­bi­te mięk­kim ma­te­ria­łem buty spra­wia­ły, że mógł po­ru­szać się

 

która w nie­znacz­ny spo­sób pod­grze­wa­ła oto­cze­nie. Ła­du­nek nie był znacz­ny, a róż­ni­ca… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …która w niewielkim stopniu pod­grze­wa­ła oto­cze­nie. Ła­du­nek nie był znacz­ny, a róż­ni­ca

 

znaj­do­wał się na środ­ku ja­ski­ni, oświe­tlo­ny świa­tłem po­chod­ni… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …znaj­do­wał się na środ­ku ja­ski­ni, oświe­tlo­ny płomieniem po­chod­ni.

 

po­chy­la­jąc głowy w stro­nę swo­je­go guru. → Zbędny zaimek.

 

Idź po­wo­li i patrz pod nogi – prze­drzeź­niał w my­ślach su­ro­wy głos na­uczy­cie­la. Jak zo­ba­czysz dziw­ne frag­men­ty pod­ło­ża, pa­ty­ki, li­ście w ja­ski­ni, roz­cią­gnię­te linki, co­kol­wiek co nie pa­su­jeomi­jaj je. → Przed myśleniem nie stawia się półpauz. Proponuję:

Idź po­wo­li i patrz pod nogi – prze­drzeź­niał w my­ślach su­ro­wy głos na­uczy­cie­la. Jak zo­ba­czysz dziw­ne frag­men­ty pod­ło­ża, pa­ty­ki, li­ście w ja­ski­ni, roz­cią­gnię­te linki, co­kol­wiek co nie pa­su­je, omi­jaj je.

Uwaga dotyczy także kilkakrotnego niezbyt czytelnego zapisu myśli w dalszej części opowiadania.

 

i chęt­nie ko­rzy­stał z niego w wielu mo­men­tach. → A może: …i chęt­nie ko­rzy­stał z niego w wielu sytuacjach.

 

Moż­li­wo­ści jego za­sto­so­wa­nia wy­da­wa­ły się więc być nie­skoń­czo­ne. → A może: Moż­li­wo­ści jego za­sto­so­wa­nia wy­da­wa­ło się być nie­skoń­czenie wiele.  

 

Po kilku mi­nu­tach ob­ser­wa­cji po­wo­li prze­su­wa­ją­ce­go się kra­jo­bra­zu… → Obawiam się, że w tunelu Nie mógł obserwować krajobrazu.

 

Nie dość, że zgar­nie całe laury… → Nie dość, że zgar­nie wszystkie laury/ trofea/ nagrody

 

bę­dzie się mą­drzył, ile to się jesz­cze muszę na­uczyć – pod­su­mo­wał krzy­wiąc się na tę myśl. → Lekka siękoza.

 

Chwilę później jego oczom ukazała się zawieszona na dwóch łańcucha kłoda lecąca w jego stronę. → Nie brzmi tonajlepiej. Literówka.

A może zwyczajnie: Chwilę później zobaczył zawieszoną na dwóch łańcuchach kłodę, lecącą ku niemu.

 

Nie myśląc wiele, machnął wprzód otwartą dłonią. → A czym machnął później?

Pewnie miało być: Nie myśląc wiele, machnął w przód otwartą dłonią.

Sprawdź znaczenie słów wprzódw przód.

 

Wszystko wskazywało na to, że pomieszczenie, w którym się znalazł, stanowiło zwieńczenie korytarza.  → Czy na pewno zwieńczenie?

Proponuję: Wszystko wskazywało, że pomieszczenie, w którym się znalazł, stanowiło zakończenie korytarza.

 

Leżący na jej wierzchu siennik przykryty był wynędzniałym kocem, przywodzacym na myśl nocleg we wspólnej sali co gorszych wyszynków w mieście. → Dość koślaw zdanie. Literówka.

Proponuję: Leżący na niej siennik przykryty był nędznym kocem, przywodzącym na myśl nocleg we wspólnej sali co gorszych szynków/ zajazdów w mieście.

Sprawdź, czym jest wyszynk.

 

Kawałek dalej leżało drewniane wiadro… → A może: Nieco dalej stało drewniane wiadro

 

kiedy dobiegł go przytłumiony, acz donośny głos. → Skoro głos był donośny to nie przytłumiony.

Proponuję: …kiedy usłyszał niewyraźny, acz donośny głos.

Zdanie dalej też masz „dobiega”, co nie brzmi najlepiej.

 

Jego oczom ukazała się podłużna jaskinia. → A może zwyczajnie: Zobaczył podłużną jaskinię.

 

spoglądających w stronę swojego guru. → Zbędny zaimek.

 

szpaler pochodni ustawionych na improwizowanych świecznikach. → …szpaler pochodni ustawionych w zaimprowizowanych świecznikach.

 

rozciągający się przed nim krajobraz uległ znacznej zmianie. → …rozciągający się przed nim widok uległ znacznej zmianie.

 

Powietrze wypełniały tumany kurzu i pyłu… → Kurzpył to synonimy – znaczą to samo.

 

zwrócił wzrok w stronę swojego niedoszłego celu. → Zbędny zaimek.

 

Mimo groźnej miny, którą przybrał i licznych gróźb kierowanych… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Mimo srogiej miny, którą przybrał i licznych gróźb kierowanych…

 

puścił się biegiem w bok, jakby chciał obiec zbliżającą się grupę… → Jak wyżej.

Proponuję: …popędził w bok, jakby chciał obiec zbliżającą się grupę

 

Dwóch mężczyzn dzierżących miecze wrzasnęło z bólu, wypuszczając swój oręż… → Zbędny zaimek.

 

Wykorzystując nastały chaos Adam podbiegł… → Raczej: Wykorzystując powstały chaos, Adam podbiegł

 

następnie, po przebyciu kilku metrów, zarył w ziemi. → Skąd tu znowu metry?

 

Każdy wkładał niemały wysiłek w to, by jego krok wyglądał na zrelaksowany… → Mam uzasadnione obawy, że w czasach tego opowiadania nie znano pojęcia „relaks”.

 

spojrzeli się na siebie… → …spojrzeli na siebie

 

– Mistrz Adam, przepraszam nie zauważyłem Pana! → – Mistrz Adam, przepraszam, nie zauważyłem pana!

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Ktoś mógłby pomyśleć, że Wasze metody… → Ktoś mógłby pomyśleć, że wasze metody

 

po czym podjął, wskazując na swojego podopiecznego. – Mój uczeń, Piotr. → …po czym podjął, wskazując podopiecznego. – Mój uczeń, Piotr.

Wskazujemy kogoś, nie na kogoś. Zbędny zaimek.

 

Adam spojrzał z niedowierzaniem na swojego rozmówcę. → Zbędny zaimek.

 

– Reszta natomiast… . → Zbędna kropka po wielokropku. Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Takie to Wasze → Takie to wasze

 

pokonali odległość dzielącą ich od ziejącej wyrwy w ścianie. → …pokonali odległość dzielącą ich od wyrwy ziejącej w ścianie.

 

dobiegła zza pleców Adama pochwałą starszego z duchownych. → Literówka.

 

następnie, sunąc po ziemi, przejechał kilka metrów i z głuchym łupnięciem uderzył w ścianę. → Wszystko OK, tylko skąd te metry?

 

skoczył, lądując kilka metrów dalej. → Jak wyżej.

 

nie dalej niż kilka-, kilkanaście metrów za czarodziejami. → Jak wyżej.

 

Adam ujrzał rozciągający się na kilka metrów rów… → Jak wyżej.

 

odpowiedział bezceremonialnie jego uczeń. → Zbędny zaimek.

 

– I nie przyszło Ci do głowy… → – I nie przyszło ci do głowy

 

Chwilę później dyndał pod sufitem. → W tunelu to raczej: Chwilę później dyndał pod stropem.

 

że od tego momentu nie czekają na niego żadne pułapki. Z drugiej strony miał świadomość, że musi przyśpieszyć, jako że korytarz od tego momentu ciągnął się… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w pierwszym zdaniu: …że od tego miejsca nie czekają na niego żadne pułapki.

 

ciągnął się jeszcze raptem przez kilkadziesiąt metrów. → I znów te nieszczęsne metry!

 

w świetle gwiazd dobiegającym z zewnątrz… → Nie wydaje mi się, aby światło biegało.

Proponuję: …w świetle gwiazd docierającym z zewnątrz

 

że kompletnie zapomniał o swoim rywalu. → Zbędny zaimek.

 

Dobiegające z zewnątrz światło gwiazd… → Docierające z zewnątrz światło gwiazd

 

ocenę sytuacji u wyjścia ciemnego tunelu, dlatego przekraczając jego wyjście obaj ściagający krzyknęli jednocześnie. → Nie brzmi to najlepiej. Literówka.

Proponuję: …ocenę sytuacji u wylotu ciemnego tunelu, dlatego wychodząc zeń obaj ścigający krzyknęli jednocześnie.

 

że naprzeciw nich stoi kapitan straży miejskiej. → Zbędny zaimek.

 

wskazując skinieniem głowy na więźniów… → …skinieniem głowy wskazując więźniów

 

rzucił ponownie do swojego podkomendnego… → Zbędny zaimek.

 

odwrócił się i, w akompaniamencie okrzyków sierżanta… → …odwrócił się i, z akompaniamentem okrzyków sierżanta

 

umożliwiając dwójce stojących na pobliskim wzgórzu mężczyzn… → …umożliwiając dwóm stojącym na pobliskim wzgórzu mężczyznom

 

podsumował Adam słysząc obustronnie miotane obelgi, dolatujące z tunelu. → Obawiam się, że dosłownie zrozumiałam obustronne miotanie obelg – że miotali obelgi dobywające się nie tylko otworami gębowymi…

Proponuję: …podsumował Adam, słysząc wzajemnie miotane obelgi, dolatujące z tunelu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć @Regulatorzy

 

Na dobry początek: cieszę się, że się podobało!

Dużo radości daje mi opisywanie przygód wspomnianych bohaterów, także cieszę się, że innym sprawia przyjemność ich czytanie. Pomysłów na ciąg dalszy i inne opowieści z tego, nazwijmy to, uniwersum mam wiele, w każdym z nich pewnie będę próbował czegoś nowego, ale ogólna stylistyka prawdopodobnie zostanie utrzymana (oczywiście wyłączając błędy :) )

 

Dziękuję również za wnikliwą analizę i rady oraz linki żebym mógł sie doedukować!

Co do samych poprawek, poniżej postaram się odpowiedzieć na te, które wymagają odpowiedzi lub sprostowania. Te oczywiste po prostu naniosę.

 

Kawałek dalej leżało drewniane wiadro… → A może: Nieco dalej stało drewniane wiadro

Nieco wprowadzone, ale że zdanei temu obok stołu stały krzesła to chyba lepszym rozwiązaniem będzie leżące wiadro :)

 

Jego oczom ukazała się podłużna jaskinia. → A może zwyczajnie: Zobaczył podłużną jaskinię.

To zdanie rozpoczyna akapit, który rozwija się w oparciu o nie. Może to kwestia mojego braku doświadczenia, ale jakos mnie gryzie tak krótkie zdanie w tym miejscu. Co powiesz na ,,Po drugiej stronie znajdowała się podłużna jaskinia”? 

 

będzie się mądrzył, ile to się jeszcze muszę nauczyć – podsumował krzywiąc się na tę myśl. → Lekka siękoza.

Poprawione, swoją drogą bardzo podoba mi się określenie ,,siękoza” :)

 

podsumował Adam słysząc obustronnie miotane obelgi, dolatujące z tunelu. → Obawiam się, że dosłownie zrozumiałam obustronne miotanie obelg – że miotali obelgi dobywające się nie tylko otworami gębowymi…

Proponuję: …podsumował Adam, słysząc wzajemnie miotane obelgi, dolatujące z tunelu.

Jedna z tych rzeczy, o których sto lat bym myślał, a bym nie wymyślił, ale to bardzo trafna uwaga, także oczywiście poprawiam.

 

Natomiast co do rzeczy, których bohaterowie nie powinni wiedzieć, a się pojawiły, tzn.: podczerwieni, metrów i zrelaksowanego kroku.

Zrelaksowany krok zmieniłem – rozumiem, że to psuje immersję.

Podczerwień – tutaj sądzę, ze zmiana tego opisu na taki ,,z epoki” mogłaby zmniejszyć poziom czytelności i tym samym być gorsza w odbiorze dla czytelnika. Myślę, że na potrzeby opowiadania możemy założyć, że magom udało się na drodze eksperymentów rozszczepić białe światło, a następnie dojść do tego, że jego składowe nie ograniczają się tylko do spektrum światła widzialnego. Bazując na tym odkryciu Adam opracował zastosowanie, które wsparło jego arsenał zaklęć szpiegowsko-kamuflujących :)

Co do metrów to również zdecydowałem się na ich użycie ze względu na to żeby nie utrudniać czytelnikom lektury. Niemniej jednak rozumiem, że może to popsuć immersję. Tym samym zmieniłem je na łokcie w nadziei, że są na tyle popularne aby czytelnik nie musiał się zbyt długo nad nimi zastanawiać, a jednocześnie w miare zbliżone długością żeby nie musieć znacznie przerabiać tekstu (0,6m vs np. 0,3m w przypadku stopy).

 

Na koniec, po naniesieniu poprawek, chciałbym jeszcze raz podziękować za niezwykle wnikliwą analizę. Patrząc na ilość Twoich uwag jest mi wręcz trochę wstyd jak wiele błędów uszło mojej uwadze, tym bardziej, że sporo z nich nie wynikało z przeoczenia, a ze zwyczajnej niewiedzy. Z plusów, mam wrażenie, że od czasu poprzedniego opowiadania trochę się podciągnąłem w interpunkcji :)

Dziękuję raz jeszcze i obiecuję dokształcić się przed publikacją kolejnego tekstu :)

Bardzo proszę, Vycheropiousie. Jest mi niezmierni miło, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

 

Dzię­ku­ję rów­nież za wni­kli­wą ana­li­zę i rady oraz linki żebym mógł sie do­edu­ko­wać!

Zakładam, że dodanie linków do niektórych uwag może tylko ułatwić pracę Autorom. :)

 

…chyba lep­szym roz­wią­za­niem bę­dzie le­żą­ce wia­dro :)

Istotnie, tam już stoją meble, więc puste wiadro może sobie leżeć.

 

To zda­nie roz­po­czy­na aka­pit, który roz­wi­ja się w opar­ciu o nie. Może to kwe­stia mo­je­go braku do­świad­cze­nia, ale jakos mnie gry­zie tak krót­kie zda­nie w tym miej­scu. Co po­wiesz na ,,Po dru­giej stro­nie znaj­do­wa­ła się po­dłuż­na ja­ski­nia”? 

Rozumiem. Ja z kolei bardzo nie lubię zwrotu, że „coś ukazało się czyimś oczom”, bo mam wrażenie, że patrzący nic nie widział i jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, coś mu się nagle i znienacka raczyło objawić.

Jednak to jest Twoje opowiadanie i będzie napisane słowami, które uznasz za najwłaściwsze.

 

…bar­dzo po­do­ba mi się okre­śle­nie ,,się­ko­za” :)

Nie dziwię Ci się, ale bądź przygotowany na wiele neologizmów, które pojawiły się i jeszcze się pojawią na tym portalu. ;)

 

Jedna z tych rze­czy, o któ­rych sto lat bym my­ślał, a bym nie wy­my­ślił, ale to bar­dzo traf­na uwaga, także oczy­wi­ście po­pra­wiam.

No to wyznam, że przy tym zdaniu miałam jeszcze wizję uczestników słownej potyczki dzierżących kije (z dwoma końcami rzecz jasna), którymi adwersarze obustronnie się okładają – raz końcem z jednej strony, to znów drugim końcem, a co nowy cios, to kolejna obelga. ;)

 

Na­to­miast co do rze­czy, któ­rych bo­ha­te­ro­wie nie po­win­ni wie­dzieć, a się po­ja­wi­ły, tzn.: pod­czer­wie­ni, me­trów i zre­lak­so­wa­ne­go kroku.

OK, podczerwień to promieniowanie na tyle magiczne, że przyjmuję do wiadomości, iż Adam tajemnym sposobem o nim wiedział.

Metry można też, przy niewielkich odległościach, zastępować krokami.

Relaks też łatwo zastąpić jakimś synonimem, bo choć przed wiekami ludzie zażywali relaksu, to jeszcze nie wiedzieli, właśnie to robią. ;)

 

…tro­chę wstyd jak wiele błę­dów uszło mojej uwa­dze, tym bar­dziej, że sporo z nich nie wy­ni­ka­ło z prze­ocze­nia, a ze zwy­czaj­nej nie­wie­dzy.

Niepotrzebnie, Vycheropiousie. Wszyscy popełniamy jakieś błędy i wszyscy się uczymy, jak ich unikać. Gwarantuję Ci, że z czasem będzie tylko lepiej. :)

Powodzenia!

 

A teraz szparko pomykam do klikarni. :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka