Śniadanie było niewyszukane, ale smaczne, a co najważniejsze – obfite. Najwyraźniej nawet podrzędne gospody w tym mieście trzymały jakiś poziom.
Posilając się pajdą chleba z szynką i zapijając go piwem, Jakub Wilhelm z zajęciem studiował spoczywający przed nim na stole utłuszczony pergamin, zapełniony gęsto drobnym, kształtnym pismem jego serdecznego przyjaciela Hansa Chrystiana. Hans Chrystian był poetą i bajkopisem, utalentowanym, choć specyficznym. Wśród kolegów po fachu miał opinię odludka i ekscentryka. Często przesiadywał nad stawem, obserwując dzikie łabędzie, a do zamtuza chadzał rozmawiać z nagimi kurtyzanami, reagując oburzeniem, gdy mu sugerowały, że mógłby przecież posunąć się nieco dalej.
Błędny rycerz i najemny łowca potworów przebiegał wzrokiem kolejne linijki tekstu, zapoznając się z najnowszymi bajkami poety. Była tam opowieść o zabawkowym żołnierzyku zakochanym w papierowej baletnicy, o księciu, który udawał świniopasa, i o słowiku, który swoim śpiewem uratował życie umierającemu cesarzowi. Wszystkie te historie były wprawdzie piękne i chwytające za serce, a jednak – co Hans Chrystian sam dostrzegał, i co napawało go zmartwieniem – czegoś im brakowało.
„Za mało w nich dramatyzmu, za mało autentycznego cierpienia! – żalił się podczas ich ostatniego spotkania. – Ach, gdybym tak mógł opisać prawdziwą tragedię, najlepiej z udziałem twoich bestii i żywiołaków, spełniłbym się wreszcie jako artysta. Gdybyście tak, dla przykładu, ty i Ofelia… Ale wy jesteście razem tacy szczęśliwi, że obrzydliwość bierze…”
Jakub Wilhelm miał właśnie zawołać na karczemną dziewkę, by dolała mu piwa, gdy drzwi gospody otworzyły się i do środka wszedł młody człowiek, w którym już na pierwszy rzut oka poznać można było sługę jakiegoś możnego pana. Chłopak rozejrzał się po zgromadzonych w sali gościach, po czym podszedł do oberżysty i o coś go zapytał. Karczmarz podwójnym podbródkiem wskazał mu siedzącego w kącie rycerza.
– Darujcie, panie, ale czy to wy jesteście owym wielkim wojownikiem, szlachetnym pogromcą potworów i wszelkiego plugastwa? – zagadnął uprzejmie młodzian, podszedłszy do stołującego się Jakuba Wilhelma.
„Jak on pięknie dobiera słowa!” – pomyślał łowca i w odpowiedzi pokazał mu zawieszony na szyi talizman w kształcie spętanego własnym ogonem smoka.
Chłopak rozpromienił się na ten widok i rzekł:
– Mój pan, burmistrz Knap, ma dla was niecierpiące zwłoki zlecenie. Gdy tylko będziecie gotowi, panie rycerzu, zaprowadzę was do jego domu.
Jakub Wilhelm niespiesznie przeżuł resztę chleba z szynką, nie chcąc dać po sobie poznać, jak bardzo ucieszyła go wieść, że ktoś – w dodatku sam burmistrz! – potrzebuje jego usług. Zatrzymując się w oberży na przedmieściach w poszukiwaniu zadań do wykonania, na których nadmiar nie mógł ostatnio narzekać, nie spodziewał się, że pierwsze z nich znajdzie go tak szybko, a przy tym przyjdzie z samego serca miasta, a nie z jednej z okolicznych wsi.
Wkrótce rycerz i jego przewodnik dosiedli koni i pojechali gwarnymi ulicami w stronę rynku, zatrzymując się przed stojącą tam okazałą kamienicą. W przedsionku czekał już na nich pan Knap – otyły, wytwornie odziany mężczyzna w kołpaku ozdobionym bażancimi piórami. Towarzyszyło mu kilku innych służących oraz nerwowo wachlująca się chusteczką matrona, w której Jakub Wilhelm domyślił się burmistrzowej.
Ujrzawszy oczekiwanego łowcę potworów, burmistrz zmierzył go od stóp do głów z ponurą miną.
– Robota powinna być dla was łatwa – burknął. – Sam bym się z tym uporał, ale nie będę brudził sobie rąk, kiedy stać mnie na wynajęcie zawodowca.
– To bardzo rozsądne z waszej strony – odparł grzecznie Jakub Wilhelm. – Znać, że jesteście mądrym człowiekiem.
– Ma się rozumieć. Inaczej nie byłbym burmistrzem.
– A zatem… w czym mogę pomóc?
Knap westchnął głęboko i powiedział:
– Coś się zagnieździło w piwniczce z winem. Jakiś krasnal albo kobold, nie wiem dokładnie, wy się na tych potworkach lepiej znacie. Żonę mi wystraszył, gdy zeszła po butelkę chianti na naszą rocznicę. Patrzy, a tu w ścianie dziura, zagląda – a ten jak na nią nie wyskoczy…
Na wspomnienie traumatycznej przygody burmistrzowa wydała cichy jęk i osunęła się w ramiona służących, którzy jednak po chwili zdołali ją ocucić.
– Na czym skończyłem? – podjął pan Knap. – Ach tak. Nie więcej niż łokieć wzrostu, brodaty, w czerwonej czapeczce, ale z fiutem, za przeproszeniem, na wierzchu…
Kobieta ponownie zemdlała, a tymczasem burmistrz ciągnął:
– Wiemy, że wciąż siedzi w piwniczce, bo co jakiś czas słychać zza drzwi jego szaleńczy chichot. Gdy sobie pomyślę, że ten przebrzydły konus chleje moje wino i szcza po kątach, to aż mnie coś w środku skręca!
– Proszę się nie obawiać, już ja się nim zajmę – rzekł Jakub Wilhelm, wykonując uspokajający gest ręką. – Za dwadzieścia pięć srebrników chętnie podejmę się tego zlecenia.
– Dwadzieścia pięć srebrników?! – wykrzyknął burmistrz, łapiąc się za głowę. – Dwadzieścia pięć srebrników?!
– Najmocniej przepraszam, nie chciałem was urazić, żądając tak niskiej kwoty – odpowiedział łowca z lekkim ukłonem. – Wiem, że stać was, panie burmistrzu, by godnie zapłacić ubogiemu błędnemu rycerzowi, dlatego wezmę od was nie mniej niż pół suwerena.
– Pół suwerena! – zawołał pan Knap, zaraz jednak opanował się i przełknąwszy z wysiłkiem ślinę, wycedził przez zaciśnięte zęby: – Dobrze, zapłacę tyle, ale pod warunkiem, że załatwicie tę sprawę bez niepotrzebnego rozlewu krwi, a po wszystkim zabierzecie stąd tę pokrakę i pozbędziecie się jej we własnym zakresie.
– Umowa stoi. Macie może worek i jakąś… pałkę? – zapytał Jakub Wilhelm, na co nieszczęsna burmistrzowa, która dopiero co odzyskała przytomność, zemdlała po raz trzeci.
Uzbrojony w masywny wałek do ciasta, łowca potworów zniknął za drzwiami piwniczki, zza których wkrótce dobiegł piskliwy, obłąkańczy śmiech przerwany głuchym łupnięciem. Po chwili rycerz wrócił, niosąc na plecach wypchany worek. Pod warstwą grubego płótna coś poruszało się niemrawo.
– Gotowe. Zlecenie wykonane czysto i sprawnie. Jeśli was to interesuje, to był kobold. – Jakub Wilhelm wyszczerzył zęby w uśmiechu, wyciągając dłoń po zapłatę.
Krzywiąc się, Knap wręczył mu pękaty trzosik.
– A żeby was smok pożarł i wysrał, a potem jeszcze raz pożarł i…
– Ja również życzę wam dużo zdrowia i wszelkiej pomyślności, panie burmistrzu – odparł uszczęśliwiony łowca i kłaniając się nisko, opuścił kamienicę.
Przytroczywszy worek z ogłuszonym potworkiem do siodła, wskoczył na koń i pogalopował w kierunku głównej bramy. Niebawem znalazł się poza miastem i po krótkiej jeździe gościńcem dotarł nad leniwie toczącą swe wody rzeczkę o brzegach zarośniętych gęstymi szuwarami. Zeskoczył z końskiego grzbietu, wszedł na łukowy kamienny mostek i stamtąd zrzucił worek z koboldem do rzeki. Rozległo się głośne „plusk!”, a zaraz po nim pełen pretensji dźwięczny, kobiecy głos:
– Ejże, co to ma znaczyć?! Jak ci nie wstyd wyrzucać śmieci do rzeki? Mogłeś mnie zabić!
Rycerz zrobił wielkie oczy, znał bowiem ten głos aż za dobrze.
– Ofelia? To ty? To naprawdę ty? – zawołał, wychylając się za krawędź mostu.
Pod kamiennym łukiem zabulgotało, a po chwili kawałek dalej z rzecznej toni wynurzyła się śliczna, blada twarz dziewczyny, okolona splątaną masą ciemnozielonych, przywodzących na myśl wodorosty włosów. Na widok łowcy na obliczu istoty zagościł wyraz radości i ulgi.
– Jakubie Wilhelmie, tak się cieszę, że cię widzę! – odpowiedziała.
Mężczyzna zbiegł z mostu i rozginając na boki oczerety, wszedł w wodę po kolana. Dziewczyna równie spiesznie podpłynęła do niego, stopniowo ukazując nagi, ociekający wodą tułów. Zarzuciła mu ramiona na szyję, a on łapczywie przywarł ustami do jej ust. Zamruczała jak zadowolona kotka, gdy jego palce zaczęły krążyć po jej gładkich piersiach, niedużych, w sam raz mieszczących się w dłoniach, lecz jędrnych i kształtnych. Kiedy delikatnie pociągnął za sterczące, różowe sutki, za plecami młodej kobiety wyłonił się koniec drżącego z podniecenia, pokrytego miętową łuską i warstwą śluzu ogona, przypominającego ogon węgorza.
Ofelia… Miłość jego życia, jedyny nie-człowiek, dla którego zrobiłby wszystko.
*
Zdarzyło się przed paru laty, że w ramach pozornie prostego zlecenia Jakub Wilhelm zawędrował do lasu, gdzie pośród starożytnych kurhanów zalęgli się ożywieńcy. Niestety, nikt nie raczył ostrzec go, że będzie ich tak wielu. Zanim się zorientował, opadli go jak szarańcza, napierając ze wszystkich stron. Odesłał w zaświaty znaczną ich liczbę, lecz w obliczu miażdżącej przewagi przeciwnika musiał salwować się ucieczką.
Klucząc pośród drzew, ścigany niczym zwierzyna łowna, dotarł wreszcie nad urwisty brzeg rzeki. Niewiele myśląc, rzucił się w jej rwący nurt, przedkładając taką śmierć nad rozszarpanie żywcem przez spragnione świeżego mięsa draugry i głowy na pajęczych nogach. Zrezygnowany i wycieńczony, pogrążył się jak kamień w lodowatej toni. Zanim stracił przytomność, poczuł jeszcze, że ktoś lub coś chwyta go mocno i unosi ku powierzchni.
Pierwszym widokiem, który powitał rycerza, gdy ten ocknął się, leżąc na wznak na piaszczystej plaży, była pochylająca się nad nim urodziwa, zielonowłosa dziewczyna. Jej krągłe, nagie piersi falowały od wysiłku.
– Gdzie ja jestem? Czy to… Raj? – wymamrotał.
– Cśśś! – Młoda kobieta położyła mu palec na ustach. – Nic nie mów, człowieku. Jesteś ranny, musisz oszczędzać siły.
Wzrok Jakuba Wilhelma mimo woli ześliznął się niżej, na dolną połowę ciała tajemniczej wybawicielki, a wtedy jego oczy gwałtownie się rozszerzyły. Długi, węgorzowaty ogon zamiast nóg mógł oznaczać tylko jedno – nieznajoma była ondyną, wodnym demonem, mającym w zwyczaju topić przekraczających rzeki wędrowców.
Odruchowo sięgnął do pasa po miecz, porzucony podczas ucieczki przed ożywieńcami. Ondyna nie zrozumiała gestu i jak gdyby nigdy nic zajęła się zwlekaniem z rycerza podartego, przemoczonego odzienia. Łowca poddał się tym zabiegom w milczeniu, czując, jak cały jego dotychczasowy światopogląd, oparty na naukach mistrzów Zakonu Czarnego Smoka, wali się niczym domek z kart.
„Mogła mnie utopić, a jednak uratowała mi życie – pomyślał. – Czyżby nawet wśród potworów trafiały się osobniki o szlachetnych sercach?”
Nie minęło wiele czasu, a nabrał pewności, że tak właśnie było – istota, którą wszyscy mieli za dziką, bezrozumną bestię, i którą on sam jeszcze niedawno zgładziłby bez mrugnięcia okiem, okazała się dobrą dziewczyną, najsłodszą i najuczciwszą pod słońcem. Co dzień dostarczała mu świeżych ryb na śniadanie, i choć odniesione przez niego rany były ledwie zadrapaniami, pieczołowicie smarowała je maścią z przeżutych pędów znanych sobie leczniczych roślin wodnych. Wieczory spędzali wspólnie w szałasie zbudowanym przez rycerza nad rzeką, w którym zamieszkał na czas swojej rekonwalescencji. Opowiadał jej wiele o świecie ludzi, ona jemu o sprawach mieszkańców wód.
– Wybacz – szepnął jej do ucha po tym, jak wymienili pierwsze nieśmiałe pocałunki – nie spytałem cię dotąd o imię.
– Imię? – zdziwiła się. – Co to jest imię?
– To coś, co nosi każdy człowiek, i co pozwala odróżnić go od innych. Każdy, kto je ma, jest kimś wyjątkowym – wyjaśnił. – Ty jesteś najbardziej wyjątkowa i dlatego zasługujesz na najpiękniejsze imię. Ofelia… Tak będziesz się odtąd nazywała – dodał, gładząc ją po policzku.
Jako że wszystko to, co z kobiety czyni kobietę, było u niej na swoim miejscu, Jakub Wilhelm ochoczo wprowadził swą wybawicielkę w tajniki fizycznej miłości. Choć należeli do różnych gatunków, pasowali do siebie tak doskonale, jakby stanowili dwie połowy tego samego ciała. Ofelia uczyła się pilnie i już niebawem z niedoświadczonej, niewinnej istoty stała się wspaniałą kochanką, biegłą w sztuce rozkoszy i zmysłowości.
Była czuła, opiekuńcza, zaspokajała go jak najlepsza kurtyzana – co z tego, że miała rybi ogon? Spędziwszy z nią dwa księżyce, łowca potworów nie wyobrażał już sobie życia z żadną inną. Jedno tylko stało na przeszkodzie ich relacji, a mianowicie inni ludzie, którzy nie wiedzieli nic o zaletach charakteru ondyny. Z tego powodu Jakub Wilhelm nie dość, że mógł zapomnieć o kościelnym błogosławieństwie dla swojego związku, to jeszcze dla jej własnego dobra zmuszony był ukrywać ukochaną przed światem. Widywali się zawsze w odludnych miejscach i w umówionym czasie, bardzo zdziwił się więc, spotkawszy ją niespodziewanie tak blisko miasta.
– Ofelio! Co ty tu robisz, moja droga? – wydyszał, przerwawszy wreszcie namiętny przywitalny pocałunek. – Tu nie jest dla ciebie bezpiecznie!
– Czekałam na ciebie, ukochany – odparła. – Pamiętałam nazwy miast, które zamierzałeś odwiedzić, ale tylko w pobliże tego mogłam dopłynąć. Wiedziałam, że będziesz przejeżdżał przez ten most i prędzej czy później cię tu spotkam.
– Czekałaś na mnie? Dlaczego?
– Potrzebuję twojej pomocy. A właściwie nie ja, tylko moja przyjaciółka. Chociaż… tu tak jakby o nas chodzi…
– Przyjaciółka? Czy ona również jest ondyną? – zapytał Jakub Wilhelm.
Ofelia potrząsnęła przecząco głową, rozbryzgując wokół krople wody z mokrych włosów.
– Syreną, najmłodszą z sześciu córek morskiego króla – odpowiedziała. – Zawsze interesował ją bardzo wasz ludzki świat, długo znany jej wyłącznie z opowieści babki i starszych sióstr. Bo widzisz, syrenom wolno wypływać na powierzchnię dopiero po wejściu w wiek dojrzały, który ona osiągnęła całkiem niedawno. Gdy w końcu po raz pierwszy wynurzyła się z morza, zobaczyła wielki okręt, na którym wesoło bawili się ludzie. Z ich rozmów wynikało, że świętują urodziny przebywającego z nimi pięknego, młodego królewicza. Syrena płynęła za nimi, aż zerwał się straszny sztorm i statek zaczął tonąć. Chciała ratować marynarzy, ale zrozumiała, że wszystkim nie zdoła pomóc, dlatego skupiła uwagę na księciu.
– I co? Udało jej się go ocalić, tak jak tobie mnie? – zainteresował się łowca.
– Tak! Dostrzegła w świetle błyskawicy, jak omdlały zanurzał się w oceanie, chwyciła go pod pachy i walcząc z falami, doholowała do brzegu. Zostawiła go nieprzytomnego, ale żywego na plaży w pobliżu takiego dużego budynku, w którym żyją w odosobnieniu ludzie poświęceni Bogu…
– Klasztoru? – podsunął rycerz.
– O, właśnie! – odparła dziewczyna. – Ukryta za wielkim głazem, zobaczyła jeszcze, jak królewicza odnajduje grupka identycznie ubranych kobiet z tego klasztoru. Takie kobiety nazywają się mniszkami, prawda? Jedna z nich, bardzo młoda, pochyliła się nad księciem i ocuciła go, a wtedy on zaczął jej wylewnie dziękować, nazywając ją swoją zbawczynią. Podała mu rękę, by wstał, po czym wszyscy oddalili się…
– No dobrze, ale na czym polega problem twojej przyjaciółki syreny i jak mogę pomóc go rozwiązać? – Jakub Wilhelm popatrzył na ukochaną nic nierozumiejącym wzrokiem.
Na alabastrowe policzki Ofelii wystąpił śliczny rumieniec.
– Bo widzisz, ona zapałała do królewicza głębokim uczuciem. W dzień i w nocy nie może przestać o nim myśleć. Siostry pokazały jej wspaniały nadmorski pałac, w którym książę mieszka, i odtąd ona często przypływa tam po zmierzchu. Niewidoczna w ciemnościach patrzy na marmurowy balkon, na który niekiedy wychodzi królewicz, by obserwować gwiazdy, i wzdycha do niego, ale on nie wie nawet o jej istnieniu. Ach, Jakubie Wilhelmie, to historia tak podobna do naszej, tylko brak jej szczęśliwego zakończenia! Dlatego musimy, po prostu musimy ich połączyć…
– Ba! Ale jak to zrobić? – zasępił się łowca. – Nie mogę przecież tak po prostu udać się na audiencję do księcia i wytłumaczyć mu, że podczas sztormu uratowała go syrena! A choćbym i zdecydował się na coś tak szalonego, jest wielce wątpliwe, by król pozwolił swojemu następcy tronu wziąć ślub z nie-człowiekiem.
– Ona wie o tym i dlatego postanowiła zasięgnąć rady morskiej wiedźmy z Polipowego Lasu. Ta obiecała, że z własnej krwi i różnych innych okropnych składników przyrządzi jej specjalny napój, po wypiciu którego ogon syreny zmieni się w ludzkie nogi. Ale w zamian musi jej oddać to, co ma najcenniejszego – język. A ona tak pięknie śpiewa!
– Zwodząc swoim głosem żeglarzy – mruknął rycerz.
– Jak możesz tak mówić! – Oburzona Ofelia zaplotła ręce na piersi. – Syreny to nie potwory i nie chcą niczyjej krzywdy! Po prostu śpiewają tak cudnie, że marynarze nie mogą przestać słuchać, i dlatego wprowadzają statki na mielizny.
Łowca spuścił głowę.
– Masz rację, przepraszam. Powinienem być mądrzejszy – wymamrotał. – Zanim cię poznałem, byłem święcie przekonany, że ondyny topią przekraczających rzeki. Teraz wiem, że próbują ich ratować, tylko ludzie wyrywają im się ze strachu.
– Otóż to! – odrzekła z satysfakcją dziewczyna. – Jak już wspomniałam, córka morskiego króla ma dać sobie uciąć język w zamian za magiczny eliksir. Kocha księcia tak żarliwie, że jest gotowa na to poświęcenie, uznałyśmy jednak, że przyda jej się ktoś, kto po tym strasznym okaleczeniu będzie jej ustami. Proszę, nadaj syrenie ludzkie imię, wprowadź ją do pałacu i dopilnuj, by wyszła za mąż za królewicza, a uszczęśliwisz nie tylko ją, ale i mnie.
Jakub Wilhelm zamyślił się. Zdawał sobie sprawę, że doprowadzenie do tego, by książę pojął za żonę nieznajomą, wymagać będzie daleko posuniętej i niezmiernie karkołomnej maskarady, nie był jednak w stanie odmówić błagalnemu spojrzeniu wybranki.
– Zgoda. Zabierz mnie do syreny – powiedział, wychodząc na brzeg.
Dosiadłszy konia, podążył za Ofelią wzdłuż rzeczułki do większej rzeki, a z biegiem tamtej aż do jej ujścia do zatoki morskiej. Rycerz nie żałował ostróg, a ondyna śmigała w wodzie jak ryba, toteż na miejsce spotkania dotarli jeszcze przed nocą.
Chmary rozwrzeszczanych mew krążyły nad piaszczystym brzegiem, usianym gdzieniegdzie czarnymi skałami i wyrzuconymi przez fale kawałkami drewna. Bryza niosła ostry zapach soli i butwiejących wodorostów. W oddali, na wierzchołku sierpowato wygiętego cypla, wznosił się jaśniejący w promieniach zachodzącego słońca, otoczony zielenią pałac z białego marmuru. Na widok smukłych wieżyc i złoconych kopuł Jakub Wilhelm aż zagwizdał z zachwytu.
„Więc tak mieszka król tego kraju!” – pomyślał.
Zajęty podziwianiem wspaniałej budowli, nie zauważył nawet, kiedy spomiędzy obmywanych przez spienione bałwany głazów wyczołgała się syrena. Miała złote włosy i jasnobłękitne oczy, a zamiast nóg pokryty srebrzystą łuską rybi ogon. Wieńcząca go płetwa, inaczej niż u Ofelii, składała się z dwóch symetrycznych płatów, w które wpiętych było osiem ostryg. Piersi, wyjątkowo duże, pełne, z mięsistymi sutkami, świadczyły dobitnie, że najmłodsza córka morskiego króla nie była już dzieckiem.
– Wasza Wysokość… – Łowca potworów skłonił się z szacunkiem.
– Jak dobrze, że jesteście! – zawołała uszczęśliwiona syrena. – Dokładnie o świcie muszę wypić napój wiedźmy i przemienić się w człowieka. Powiedz, skarbie, czy wtajemniczyłaś ukochanego we wszystkie szczegóły mojej umowy z czarownicą?
– No… niezupełnie we wszystkie – bąknęła zmieszana Ofelia. – Widzisz, Jakubie Wilhelmie, zataiłam przed tobą coś bardzo, bardzo ważnego… Ślub z księciem to dla mojej przyjaciółki sprawa życia i śmierci!
– Tak, to prawda – rzekła z powagą syrena. – Jeśli po zdobyciu nóg nie uda mi się poślubić królewicza, jeśli nie odwzajemni on mojego uczucia i zwiąże się węzłem małżeńskim z inną kobietą… natychmiast umrę i zamienię się w morską pianę.
– W morską pianę… – powtórzył bezgłośnie rycerz.
Wiedział o syrenach, trytonach i ondynach, że żyją po trzysta lat i dłużej, lecz ponieważ są pozbawionymi nieśmiertelnej duszy nie-ludźmi, po śmierci czeka je nicość. Jedyną szansę na życie wieczne stanowił dla nich uświęcony sakramentem związek z człowiekiem, o czym wspomniał pewnego razu jeden z siwowłosych mistrzów Zakonu Czarnego Smoka, objaśniając młodemu Jakubowi Wilhelmowi i innym nowicjuszom naturę potworów.
– Gdyby przedstawiciel rodzaju ludzkiego pokochał nie-człowieka bardziej niż własnego ojca i matkę, zgodził się dobrowolnie obdarować go własną duszą nieśmiertelną i przysiągł mu dozgonną wierność przed ołtarzem, wówczas dusza podzieliłaby się na połowy i zamieszkała w dwóch ciałach – powiedział starzec. – Lecz do tego nigdy nie dojdzie. Choćby nawet znalazł się ksiądz skłonny pobłogosławić taki bezbożny związek, któż chciałby pojąć za żonę lub męża skrzydlate, szponiaste lub ogoniaste, w najlepszym razie na wpół rozumne stworzenie? – dodał z kpiącym uśmiechem.
„Na wpół rozumne… Też coś!” – prychnął w duchu łowca.
– Czy Wasza Wysokość jest pewna, że chce przyjąć warunki wiedźmy i postawić na szali swoje życie? – zwrócił się do syreny.
– Tak. Kocham mojego księcia i jestem gotowa zaryzykować wszystko, by zdobyć jego miłość – odparła córka morskiego króla, pąsowiejąc na twarzy.
– W takim razie ja jestem gotów dopomóc w realizacji tego celu – rzekł rycerz, prężąc dumnie pierś.
Syrena skinęła w uznaniu głową.
– Dziękuję ci, człowieku. Udam się teraz na głębiny, do Polipowego Lasu, by oddać czarownicy głos i przyjąć od niej w zamian magiczny eliksir. Wrócę przed świtem. Bywajcie! – To mówiąc, odwróciła się i zniknęła wśród skał.
Ofelia ucałowała Jakuba Wilhelma na pożegnanie i również odpłynęła, pozostawiając go sam na sam ze swoimi myślami. Łowca wydobył z juków przy siodle kawałek chleba i suszoną rybę, które zakupił po drodze w nadrzecznej osadzie, i opadłszy ciężko na piasek, zaczął się posilać. Słońce z wolna zanurzało się w oceanie, barwiąc niebo i pokrytą zmarszczkami fal powierzchnię wody na pomarańczowo. Wreszcie zapadła noc, wyjątkowo ciepła i jasna. Rycerz czekał i czekał, wpatrzony w atramentowe morze, aż w końcu jego głowa zwisła bezwładnie na piersi, a powieki zamknęły się.
*
Z drzemki wyrwało go łagodne potrząsanie za ramię. Otworzywszy oczy, ujrzał przed sobą syrenę. Twarz wykrzywioną miała bolesnym grymasem, a w dłoniach ściskała buteleczkę, która na pierwszy rzut oka wydawała się pusta, i dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się jej w świetle księżyca Jakub Wilhelm dostrzegł, że zawiera przejrzysty płyn.
Nad wodą właśnie zaczęła jaśnieć czerwonawa poświata przyczajonego za widnokręgiem słońca.
– Wasza Wysokość… już czas – przypomniał rycerz.
Córka morskiego króla potaknęła, odkorkowała naczynie i wychyliła duszkiem napój wiedźmy. Przez chwilę nic się nie działo, ledwie jednak łowcy przyszło do głowy, że syrena mogła zostać przez czarownicę oszukana, istotą wstrząsnął spazm. Opróżniona buteleczka upadła na piasek, smukłe, białe dłonie zacisnęły się z niespodziewaną siłą na przegubach mężczyzny, a z niemych ust wydobyła się seria urywanych, żałosnych stęknięć i pojękiwań.
Nagle cała dolna, rybia połowa ciała syreny pękła wzdłuż na dwoje jak przecięta mieczem, rozchlapując wokół krew i śluz. Płetwa ogonowa zdobna ostrygową biżuterią oderwała się. Jakub Wilhelm patrzył z przerażeniem i fascynacją, jak płaty pokrytej łuską skóry odchodzą od znajdującej się pod spodem gładkiej, ludzkiej, pozostawiając młodą kobietę dyszącą i roztrzęsioną, ale za to z parą zgrabnych nóżek. Transformacja była kompletna.
Łowca wziął osłabioną dziewczynę na ramiona i wszedł z nią po pas do wody, pozwalając, by fale obmyły jej świeżo uformowane kończyny. Następnie wyniósł ją na wydmy, gdzie kazał jej ukryć się pośród roślinności, a sam dosiadł wierzchowca i udał się do miasteczka, które mijał wczoraj, zdążając na spotkanie z syreną. Tam za większość swojego skromnego majątku nabył u kupca piękną, szafirową suknię z delikatnego, gęsto tkanego lnu oraz parę eleganckich pantofelków.
– Proszę to założyć, Wasza Wysokość – rzekł, powróciwszy z zakupioną garderobą do okrytej jedynie własnymi złocistymi lokami dziewczyny.
Niewprawnie, z pomocą rycerza, syrena wciągnęła na siebie suknię, która z trudem pomieściła jej obfitą pierś, a drobne stopy wsunęła w buciki. Jakub Wilhelm rozpromienił się, widząc, że wydatek się opłacił – odziana, z włosami uczesanymi i zaplecionymi w gruby warkocz, córka morskiego króla wyglądała jak najprawdziwsza księżniczka.
Przedpołudnie upłynęło dziewczynie na nauce chodzenia, sam fakt posiadania nóg nie dawał jej bowiem umiejętności korzystania z nich. Szczęśliwie nowy i całkowicie obcy jej sposób poruszania się opanowała nad podziw szybko. Wkrótce stąpała po grząskim piasku plaży lekko i z taką gracją, że łowca nie potrafił oderwać od niej oczu.
„Niesamowite! Zupełnie jakby płynęła w powietrzu” – pomyślał, obserwując ją z nieskrywaną przyjemnością.
Uznawszy, że jest gotowa wejść między ludzi, posadził syrenę na końskim grzbiecie, ujął wodze i poprowadził ją brzegiem w kierunku pałacu. Przy bramie, do której prowadziły szerokie marmurowe schody, stało dwóch strażników w czerwono-złotej liberii, w błyszczących napierśnikach i hełmach z pióropuszami. Spostrzegłszy nadciągających nieznajomych, skrzyżowali halabardy, a starszy z nich, ponury wąsacz, zawołał:
– Stać! Kto idzie?
– Księżna Celestyna, pani na Sztombergu, pragnie złożyć uszanowanie królowi tej krainy – oznajmił rycerz głosem donośnym i pewnym.
Gwardziści popatrzyli po sobie zdziwieni. Starszy skinął nieznacznie podbródkiem na przybyłych, na co jego młodszy towarzysz natychmiast zbiegł po schodach i rzekł z ukłonem:
– Pozwólcie, Wasza Książęca Mość, że zabiorę waszego wierzchowca do stajni.
Jakub Wilhelm podał dziewczynie rękę, pomagając jej zsiąść z konia. Młody strażnik oddalił się, prowadząc zwierzę, starszy zaś otworzył skrzydło bramy, za którą czekało kolejnych dwóch gwardzistów. Ci poprowadzili fałszywą księżną i jej wspólnika w głąb pałacu. Nie była to pierwsza siedziba monarsza, którą łowca oglądał od wewnątrz, z jego usług korzystały bowiem również koronowane głowy, ta jednak urządzona była z wyjątkowym przepychem. Podłogi wyścielały miękkie dywany, ściany zdobiły zwierciadła w bursztynowych ramach oraz dekoracje z muszli, koralu i rogów narwali.
Straże przywiodły rycerza i syrenę do rzeźbionych w marynistyczne motywy cedrowych drzwi, przed którymi stała jeszcze jedna para halabardników. Wpuścili oni nadchodzących do sali audiencyjnej, gdzie na tronie siedział król, a po jego prawicy, rozparty w obitym amarantowym suknem fotelu, młodziutki królewicz. Monarcha był niestarym jeszcze, poczciwie wyglądającym mężczyzną o bujnej, kasztanowej brodzie, w wysadzanej bursztynami złotej koronie na głowie. Książę miał czarne włosy, spadające w puklach na ramiona, i twarz o delikatnych, chłopięcych rysach. Policzek opierał na dłoni, sprawiając wrażenie śmiertelnie znudzonego, ale na widok pięknej, młodej kobiety wyraźnie się ożywił.
– Jej Wysokość Celestyna, księżna Sztomberg! – zaanonsował strażnik.
Syrena i łowca złożyli królowi głęboki pokłon.
– Witamy serdecznie w naszych skromnych progach! – rzekł z łagodnym uśmiechem władca. – Ciekaw jestem, co Waszą Książęcą Mość do nas sprowadza.
Dziewczyna rzuciła rycerzowi spanikowane spojrzenie, na co ten oświadczył:
– Moja pani na skutek choroby dawno, dawno temu utraciła język i zdolność mówienia, w swej niezmierzonej łaskawości pozwala mi jednak przemawiać w swoim imieniu. Przybyliśmy do tego pięknego kraju, gdyż zapragnęła zobaczyć morze, o którym tyle słyszała, lecz którego nigdy dotąd nie widziała.
– I jakże się ono podoba Jej Książęcej Mości? – zapytał król, gładząc brodę.
– Trudno, doprawdy, opisać jej zachwyt oceanem, Najjaśniejszy Panie – odparł Jakub Wilhelm.
– Niech zatem Jej Książęca Mość będzie naszym gościem i pozostanie nim tak długo, jak tylko ma ochotę. Natychmiast każemy przygotować dla niej najlepsze komnaty. Jutro z samego rana zmuszony jestem wprawdzie wyjechać w pilnej sprawie wagi państwowej, ale mój syn, Tristan, chętnie zaopiekuje się Jej Wysokością. Prawda, Tristanie?
– Tak, ojcze – potwierdził skwapliwie królewicz, patrząc na syrenę jak urzeczony.
– A więc postanowione. – Król uśmiechnął się od ucha do ucha. – Czy Wasza Książęca Mość uczyni nam ten zaszczyt i zje z nami obiad?
Syrena skinęła głową.
Król i jego syn powstali z siedzisk i wraz z gośćmi przeszli z sali audiencyjnej do sąsiadującej z nią jadalni, gdzie służba nakrywała właśnie do stołu. Podczas posiłku młoda kobieta wzbudziła pewną konsternację, nie umiała bowiem posługiwać się widelcem i nożem, podaną jej pieczoną rybę rozszarpując gołymi rękami. Tłuszcz ściekał jej po brodzie, gdy żarłocznie pochłaniała białe mięso, cmokając i mrucząc z zadowoleniem.
„Jaka szkoda, że nie nauczyłem jej podstaw dworskiej etykiety” – westchnął w duchu Jakub Wilhelm.
– W Księstwie Sztomberg tradycyjnie nie używa się sztućców, uchodzi również za grzeczne i pożądane głośne rozkoszowanie się jedzeniem – wyjaśnił zdziwionemu monarsze, dla uwiarygodnienia swojego kłamstwa również jedząc palcami.
Fałszywa Celestyna otrzymała do dyspozycji obszerną, wygodną komnatę z wychodzącym na morze balkonem, bardzo blisko kwater samego księcia. W pokoju znalazło się wszystko, czego tylko mogła potrzebować do szczęścia cudzoziemska władczyni – zasłane świeżą pościelą wielkie łoże z baldachimem, kufry zawierające suknie na zmianę, toaletka z lustrem, wanna, ręczniki, pachnidła, dzwonek do przywoływania służby. W przyległej, znacznie skromniejszej komnacie przechodniej zamieszkał łowca.
– Teraz wiele będzie zależało od Waszej Wysokości – powiedział, kiedy zostali sami. – Wasza Królewska Mość straciła wprawdzie głos, ale piękna twarz i pełne wdzięku ruchy potrafią zrobić swoje.
*
Zgodnie z zapowiedzią, nazajutrz król wyjechał, pozostawiając gości pod opieką królewicza Tristana.
Młody książę bardzo poważnie potraktował swoje obowiązki gospodarza, nie odstępując fałszywej Celestyny na krok i każąc jej we wszystkim dogadzać. Oprowadzał ją po pałacu i otaczających go rozległych ogrodach, razem spożywali posiłki i spacerowali brzegiem morza. Podarował jej strój do jazdy konnej i odtąd udawała się z nim na dalekie przejażdżki przez pola, łąki i rozbrzmiewające ptasim śpiewem lasy. Z jednej z takich wycieczek oboje powrócili w podejrzanie wesołych nastrojach. Mieli rozczochrane włosy, pełne utkwionych w nich źdźbeł trawy, a ubrania w nieładzie.
„Oho, dzieci odkryły nową zabawę! Wygląda na to, że wszystko idzie w dobrym kierunku…” – Jakub Wilhelm zatarł z zadowoleniem ręce.
Nie minęło wiele czasu, a książę zaczął zapraszać dziewczynę wieczorami do swoich komnat. Zza zaryglowanych drzwi dobiegały, rozlegając się echem po korytarzach, bezwstydne jęki rozkoszy i skrzypienie trzęsącego się łoża, dostarczając służącym materiału do żartów i plotek.
Syrena wydawała się szczęśliwa, zdarzały się jednak noce, kiedy po opuszczeniu pokojów królewicza nie wracała od razu do swojej sypialni, lecz wychodziła na schody prowadzące do morza i tam przesiadywała. Rycerz, który dowiedział się o tym z rozmowy dwóch strażników, dołączył do niej pewnego razu, gdy wpatrywała się smutno w szumiący ocean. Bose nogi trzymała zanurzone w wodzie, jakby skrycie liczyła, że cudownym sposobem znów zrosną się w rybi ogon.
– Wasza Wysokość tęskni za domem, prawda? – zapytał cicho. – Za utraconą ojczyzną, za siostrami, za ojcem, morskim królem?
Pokiwała głową w odpowiedzi.
Wtem z pluskiem z morza wynurzyła się głowa, a potem kolejna, i jeszcze jedna. Łowca potworów odruchowo zacisnął dłoń na rękojeści miecza, lecz zaraz rozluźnił palce, ze świstem wypuszczając z płuc powietrze. Syreny. Pięć urodziwych dziewcząt, starszych sióstr fałszywej księżnej, przybyło, by ją odwiedzić. Żaliły się, że smutno im bez niej w podwodnym państwie, niezmiernie ciekawiło je też, jak radzi sobie w świecie ludzi, i kiedy książę planuje uczynić ją swoją żoną. Jakub Wilhelm cierpliwie odpowiadał na ich pytania, zapewniając je, że chwila, w której królewicz Tristan zwiąże się z ich siostrzyczką węzłem małżeńskim i obdaruje ją połową nieśmiertelnej duszy, jest już blisko.
Nie mógł się bardziej mylić.
– Tak, kocham cię, moja słodka Celestyno – rzekł któregoś dnia książę w odpowiedzi na pełne uczucia spojrzenie syreny, kiedy siedzieli razem w ogrodzie, wdychając woń róż i rezed. – Kocham cię, bo przypominasz mi dziewczynę, która znalazła mnie niegdyś na plaży, wyrzuconego przez morze po katastrofie statku, i ocaliła mi życie. Była dla mnie taka dobra, zajmowała się mną troskliwie jak matka, gdy dochodziłem do siebie. Ożeniłbym się z nią bez mrugnięcia okiem, choć znałem ją tak krótko, ale ona jest poświęconą Bogu mniszką. Dopiero w twoich ramionach znalazłem po niej pocieszenie…
„Pocieszenie? Żałosny sukinsyn!” – pomyślał rycerz, przysłuchujący się królewiczowi zza okazałego jaśminowca.
– Niestety, jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego nie mogę być z moją prawdziwą miłością – ciągnął Tristan. – Wkrótce powróci mój ojciec, przywożąc ze sobą córkę władcy odległego królestwa, którą już w dniu moich narodzin przeznaczono mi na żonę. Nic do niej nie czuję, nigdy nie widziałem jej na oczy, lecz poślubię ją, gdyż wola króla jest w naszym kraju prawem i nawet mnie nie wolno się jej sprzeciwić.
Syrena wydała cichy jęk i runęła do tyłu z marmurowej ławeczki. Jakub Wilhelm wypadł z kryjówki i w mig znalazł się przy dziewczynie.
– Co… Co jej się stało? – bąknął zmieszany książę.
– Zemdlała – warknął łowca przez zaciśnięte zęby, po czym wziął młodą kobietę na ręce i zaniósł do jej komnaty. Tam złożył ją na poduszkach, usiadł przy niej i czekał, aż odzyska przytomność.
Otworzywszy oczy, fałszywa księżna poderwała się do pozycji siedzącej, trzymając się za serce i dysząc ciężko jak zbudzona z koszmaru. Na wspomnienie tego, co zaszło w ogrodzie, ukryła twarz w dłoniach, a jej ciałem wstrząsnęło tłumione łkanie. Nie roniła łez, gdyż w przeciwieństwie do ludzi syreny nie płaczą łzami.
Jakub Wilhelm poczuł nieprzyjemny ucisk w gardle. Już niebawem Tristan poślubi inną i zgodnie z warunkiem czarownicy najmłodsza córka morskiego króla umrze, a ponieważ jest pozbawionym duszy nie-człowiekiem, nie pozostanie po niej nic poza garścią piany.
– Niech Wasza Wysokość nie traci nadziei – powiedział, nieśmiało gładząc syrenę po jasnych włosach. – Królewicz sam przecież powiedział, że nie kocha tamtej. Kto wie, może wcale mu się nie spodoba? Może okaże się brzydka jak noc i książę zbierze w sobie dość odwagi, by zerwać zaręczyny?
Dziewczyna uśmiechnęła się kącikami ust, a potem, ku zaskoczeniu rycerza, uścisnęła go mocno, wtulając twarz w jego szyję.
*
Następnego dnia rano dźwięk trąb obwieścił powrót Jego Królewskiej Mości i w pałacu zapanowało wielkie poruszenie. Z ust do ust przekazywano sobie wieść, jak piękna i powabna jest cudzoziemska księżniczka i przyszła królowa. Sam Tristan jednak bał się ją ujrzeć i dlatego zażyczył sobie, by podczas uroczystego spotkania w sali audiencyjnej towarzyszyła mu fałszywa Celestyna. Ona z kolei nie chciała iść bez Jakuba Wilhelma.
Na widok rywalki syrena pobladła, były bowiem podobne do siebie jak dwie krople wody – te same łagodne, dziewczęce rysy, te same złote loki i błękitne oczy. Na policzki królewicza, dla odmiany, wystąpił rumieniec gwałtownego podniecenia.
– To ty! – zawołał, podbiegając do narzeczonej i chwytając ją za ręce. – Ty mnie uratowałaś, gdy mój statek zatonął, a fale wyrzuciły mnie na brzeg!
– Pamiętam cię – odpowiedziała królewna z uśmiechem. – Byłam wtedy jeszcze na wychowaniu w klasztorze sióstr florentynek.
– Och, miłości mojego życia, jaki jestem szczęśliwy… Musimy się szybko pobrać.
Córka morskiego króla obróciła się na pięcie i wybiegła z sali, ale młodzi, zajęci sobą, nawet tego nie zauważyli.
*
Przygotowania do ślubu księcia Tristana i księżniczki Luizy ruszyły pełną parą. Na murach wywieszano barwne sztandary obu królestw, kaplicę i wielką salę balową przystrajano wstęgami i girlandami kwiatów. Tkacze szyli stroje ślubne, muzycy ćwiczyli na instrumentach, kupcy dostarczali do pałacu żywność, wykwintne trunki i fajerwerki. W korytarzach zaczęło robić się tłoczno od zaproszonych gości.
Fałszywa księżna pogrążyła się w rozpaczy, ale łowca potworów nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie udało mu się wprawdzie połączyć syreny z jej ukochanym królewiczem, lecz wciąż mogła istnieć szansa na uniknięcie przez nią przedwczesnej śmierci i rozpłynięcia się w niebycie.
– Powinniśmy poprosić o pomoc morską wiedźmę! Jeśli ktoś zna sposób na odkręcenie tego całego bałaganu, to tylko ona – oświadczył na dwa dni przed planowanymi zaślubinami, przemierzając szparkim krokiem wzdłuż i wszerz komnatę dziewczyny. – O, gdybym tylko wiedział, jak się z nią porozumieć…
Syrena, siedząca na łożu z kolanami podciągniętymi pod brodę i wpatrująca się nieobecnym wzrokiem przed siebie, ożywiła się na te słowa. Pociągnąwszy Jakuba Wilhelma za rękaw, wskazała za okno na marmurowe schody wiodące do oceanu, na których co noc spotykała się z siostrami.
– Tak jest! – zawołał uradowany rycerz. – Siostry Waszej Wysokości mogłyby przekazać czarownicy wiadomość!
O zmierzchu oboje czekali niecierpliwie na schodach. Gdy syreny jak zwykle wystawiły głowy ponad wodę, łowca przedstawił im swój plan.
– Natychmiast popłyniemy do Polipowego Lasu i spróbujemy przekonać wiedźmę, żeby odczyniła swe czary. Zrobimy wszystko dla ratowania naszej siostrzyczki – obiecała najstarsza z nich, po czym cała piątka zniknęła w odmętach.
Fałszywa Celestyna i jej towarzysz czekali na schodach na odpowiedź czarownicy, aż zmorzył ich sen. Cały następny dzień upłynął im na nerwowym wyczekiwaniu, a kiedy nastała noc, znów stali na marmurowych stopniach, spoglądając w napięciu na morze, z którego wynurzyć się miały siostry syreny.
Wtem woda jakby zawrzała i zamiast pięciu urodziwych dziewcząt wyłoniło się z niej kilka oślizłych, czarnych macek, owijając się niczym węże wokół rzeźbionych balustrad. Jakub Wilhelm wyszarpnął z pochwy miecz, gotów bronić córki morskiego króla, ta jednak w uspokajającym geście położyła mu dłoń na ramieniu. Po chwili z głębiny wychynęła zgarbiona postać podobna do ludzkiej, ale o białej, trupiej cerze, która w świetle księżyca wydawała się wręcz przezroczysta. Spomiędzy długich, złotych włosów, przywodzących na myśl groteskową perukę, wystawał haczykowaty nos przyozdobiony olbrzymią brodawką.
– Dobry wieczór, księżniczko – odezwała się morska wiedźma słodkim, melodyjnym głosem odebranym syrenie, szczerząc w nieprzyjemnym uśmiechu ostre zęby rekina. – Słyszałam, że sprawy nie ułożyły się tak, jak byś sobie tego życzyła.
Młoda kobieta spuściła smutno głowę. Gdyby umiała, z pewnością rozpłakałaby się.
– Bardzo zabawne – burknął łowca potworów, chowając oręż. – Mów lepiej, co należy czynić, by Jej Wysokość przeżyła ślub królewicza Tristana.
Starucha zachichotała.
– Dzielnego sobie znalazłaś obrońcę! Dziwię się, że to nie jego wybrałaś zamiast tego zniewieściałego księcia. Ale nie mnie oceniać – odparła. Następnie spoważniała i rzekła: – Twoje siostry oddały swoje piękne loki, bym ci pomogła, posłuchaj mnie więc uważnie. Istnieje dla ciebie nie jedno, lecz dwa wyjścia. Pierwsze, trudniejsze: zanim jeszcze królewicz poślubi tamtą, rozkochaj w sobie i weź za męża innego. Zostaniesz wówczas posiadającym nieśmiertelną duszę człowiekiem. Drugie, o wiele prostsze: zabij tego, który tak cię skrzywdził, krwią z jego serca pokrop swoje nogi, a wtedy odzyskasz ogon, wrócisz do oceanu i dożyjesz trzystu lat. Które z tych rozwiązań wybierasz, hm? Decyduj!
Oczy rycerza rozszerzyły się z przerażenia, gdy ujrzał, że córka morskiego króla podnosi w odpowiedzi dwa palce.
Nagle nie wiadomo skąd w szponiastych dłoniach czarownicy pojawiło się ozdobne puzderko. Wiedźma podała je dziewczynie, mówiąc:
– W tej szkatułce jest wszystko, co będzie ci potrzebne, by znów stać się syreną. Po pierwsze, znajdziesz w nim woreczek magicznego proszku. W razie jakichkolwiek problemów ze strażnikami ciśnij szczyptą w ich twarze, a natychmiast zasną. Co do drugiego przedmiotu, to sama domyślisz się, co masz z nim zrobić. – Stara zaniosła się opętańczym śmiechem.
– Wasza Wysokość, proszę mi to oddać – powiedział surowo Jakub Wilhelm, wyciągając ręce po puzderko. – To, co ona proponuje, to morderstwo, na które ja nie mogę pozwolić.
Fałszywa księżna gwałtownie pokręciła głową i rzuciła się do ucieczki w górę schodów. Rycerz chciał biec za nią, lecz jedna z macek morskiej wiedźmy owinęła się wokół jego kostki i pociągnęła tak mocno, że runął na brzuch. Równocześnie dwie inne macki pochwyciły go za ramiona. Spróbował sięgnąć po miecz – bezskutecznie.
– Spokojnie, kochaneczku – rozległo się nad jego głową. – Dajmy księżniczce wykonać zadanie. W końcu sam chciałeś, by przeżyła zaślubiny ukochanego.
Niewiele myśląc, Jakub Wilhelm wpił zęby w mackę oplatającą jego prawą rękę. Starucha wrzasnęła z bólu i rozluźniła uścisk, dając łowcy szansę na dobycie broni. Trzy precyzyjne cięcia i po chwili oddzielone od tułowia wężowate kończyny czarownicy drgały spazmatycznie na schodach, a mężczyzna był wolny. Ślizgając się na mokrych od wody morskiej i wiedźmiej posoki stopniach, popędził za syreną.
Gdy dotarł w pobliże sypialni księcia, spostrzegł, że pilnujący jej gwardziści leżeli uśpieni na podłodze, pochrapując w najlepsze, a u ich stóp spoczywała pusta szkatułka. Fałszywa Celestyna wyciągała właśnie rękę, by otworzyć drzwi do komnaty. W drugiej trzymała coś podłużnego, co lśniło jak lustro w sączącym się przez wysokie okna księżycowym blasku.
Rycerz złapał ją za przegub i ścisnął. Jęknęła, przedmiot wysunął się z jej dłoni i upadł z brzękiem na podłogę. Jakub Wilhelm schylił się i podniósł go – był to rytualny obsydianowy sztylet, pokryty hieroglificznym pismem morskiego królestwa. Zdjęty obrzydzeniem, łowca cisnął go za okno. Nóż zniknął z pluskiem w oceanie.
Dziewczyna przyskoczyła do mężczyzny, okładając go wściekle drobnymi piąstkami. Wreszcie zmęczyła się i oparła czoło na jego szerokiej piersi.
– Jest łotrem, wykorzystał Waszą Królewską Mość i zranił, ale to nie powód, by Wasza Wysokość stała się morderczynią – wyszeptał, otaczając ją ramionami.
Dobrą chwilę trwali tak wtuleni w siebie, po czym rycerz wziął ją pod rękę i poprowadził z dala od książęcych kwater, do pałacowego hallu.
– Jej Wysokość Celestyna Sztomberg pragnie zażyć orzeźwiającego nocnego spaceru – rzucił do strażników przy bramie. Ci, przyzwyczajeni już do licznych dziwactw cudzoziemskiej księżnej, bez słowa otworzyli dla niej wrota.
Nie spiesząc się, córka morskiego króla i jej towarzysz powędrowali wzdłuż plaży, zasłuchani w monotonny, kojący szum fal. Szli, aż dotarli do ujścia rzeki, gdzie spotkali się po raz pierwszy. Tam, znalazłszy ustronne miejsce u podnóża wydm, przysiedli odpocząć, oparci o siebie niczym dwoje zakochanych.
Jakub Wilhelm westchnął ciężko. Szukał słów, które podniosłyby na duchu stojącą na progu śmierci syrenę, ale nic nie przychodziło mu do głowy.
Nagle dziewczyna ujęła jego twarz w dłonie i obróciwszy ją ku sobie, wycisnęła na jego wargach głęboki, namiętny pocałunek. Zanim zrozumiał, co się dzieje, popchnęła go na zimny piasek i pochyliła się nad nim, gorączkowo mocując się ze sznurowaniem gorsetu sukni. Niebawem jej nagie piersi zwisły swobodnie nad twarzą rycerza niczym dorodne owoce. Duże, twardniejące w chłodnym powietrzu sutki aż prosiły się, by wziąć je do ust i ssać, i ssać…
Łowca popatrzył syrenie w oczy i uśmiechnął się blado, zamiast mgły pożądania ujrzawszy w nich jedynie strach i desperację. Czułym gestem odgarnął z jej skroni rozpuszczone, targane wiatrem włosy, a potem delikatnie, lecz stanowczo odsunął ją od siebie.
– Przykro mi, Wasza Wysokość, ale nic z tego nie będzie – rzekł młodej kobiecie, która w tej najczarniejszej dla siebie godzinie chciała oddać mu się, gdyż rozpaczliwie potrzebowała jego miłości – miłości jakiegokolwiek mężczyzny – by przeżyć. – Pokochałem Waszą Królewską Mość jak siostrę, lecz moje serce należy do Ofelii.
Pomagając jej na powrót zawiązać gorset, ze zdumieniem zauważył na jej policzkach dwie lśniące strugi wilgoci.
*
Mijały godziny, a syrena i rycerz siedzieli obok siebie w ciszy, nieporuszeni jak dwa posągi. Ani się spostrzegli, kiedy ocean oblał różowy blask jutrzenki – wstawał dzień, w którym królewicz i jego narzeczona mieli powiedzieć sobie sakramentalne „tak”.
Gdy od strony pałacu odezwały się dzwony weselne, dziewczyna podniosła się i udała w kierunku morza. Wstąpiwszy po kolana w fale, odwróciła się i pomachała na pożegnanie łowcy. Stała tak jeszcze dłuższą chwilę, po czym raptownie zgięła się wpół i upadła twarzą w wodę, a jej ciało zaczęło w szybkim tempie rozpuszczać się i niknąć. Wkrótce pozostała po niej tylko szafirowa suknia, którą grzywiasty bałwan cisnął na piasek.
– Żegnaj, córko morskiego króla – powiedział Jakub Wilhelm, zwieszając głowę. – Nigdy cię nie zapomnę.
„Jestem pewien, że Hansowi Chrystianowi ta historia bardzo by się spodobała. Przy najbliższej okazji muszę mu ją opowiedzieć” – pomyślał.
Nagle zorientował się, że nie jest sam. Wokół niego zaroiło się od zwiewnych, świetlistych, przejrzystych jak duchy postaci urodziwych dziewcząt, unoszących się nad ziemią, choć nie miały skrzydeł. Ubrane były w identyczne, luźne szaty, które zdawały się stanowić raczej część ich eterycznych ciał niż odzienie.
Córy powietrza!
Z krążących o tych niezwykłych, na poły legendarnych istotach opowieści pamiętał, że nie ukazywały się one byle grzesznikowi; ujrzeć je znaczyło dostąpić zaszczytu porównywalnego ze stanięciem oko w oko z Bożymi aniołami. Bo też były one jak nieskończenie dobre anioły, niosące pomoc potrzebującym na całym świecie. Powiadano, że za ich sprawą zagubieni odnajdują drogę, a udręczeni spokój, śmiertelnie chorzy wracają do zdrowia, a do ciężko doświadczonych przez los uśmiecha się szczęście.
Otoczyły go półkolem, piękne jak boginie, wirując w tańcu i nucąc słodką pieśń. Zamrugał zdziwiony, dostrzegłszy wśród nich syrenę. Podfrunęła do niego i ucałowała go w czoło, a dotyk jej warg był jak chłodny okład w gorączce.
– Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś – rzekła, nie otwierając ust.
– Ależ nic nie zrobiłem – odparł łowca, czując, że rumieni się ze wstydu. – Nie udało mi się doprowadzić do ślubu Waszej Królewskiej Mości z królewiczem Tristanem. Zawiodłem Waszą Wysokość, zawiodłem Ofelię…
– Udaremniłeś mój zamach na księcia, nie dopuszczając, bym splamiła sobie ręce morderstwem. To dzięki tobie w nagrodę za moje cierpienie stałam się jedną z cór powietrza.
– Czy Wasza Wysokość będzie teraz… żyć wiecznie?
– Dzieci powietrza, podobnie jak dzieci wody, żyją trzysta lat. Nie mają nieśmiertelnej duszy podobnej do twojej, ale ofiarną służbą na rzecz ludzkości mogą sobie na nią zasłużyć. Żegnaj, szlachetny człowieku! Bywaj w zdrowiu i niech ci się wiedzie. Obyśmy się kiedyś spotkali w miejscu, które wy, ludzie, nazywacie Rajem. – Z tymi słowami odmieniona syrena uniosła się w niebo i zniknęła, a wraz z nią reszta jej nowych, cudnych sióstr.
*
Jakub Wilhelm wrócił do pałacowej stajni po konia i ulotniwszy się chyłkiem, ruszył galopem przez pola z mocnym postanowieniem w sercu.
Słyszał, że w pewnym borze mieszka wesoła kompania noszących się na zielono banitów, a towarzyszy im zakonnik, który znany był z tego, że robił co chciał, za nic mając zdanie hierarchów. Podobno zdarzyło mu się nawet wkroczyć wraz z ową bandą do kościoła i wbrew protestom biskupa udzielić ślubu biednemu minstrelowi oraz zakochanej w nim z wzajemnością, choć przeznaczonej innemu szlachciance. Rycerz liczył, że jeśli tylko nie przyjdzie do braciszka z pustymi rękami, ten bez trudu da się przekonać, by pobłogosławić związek człowieka z ondyną.