Tekst jest (nie)oficjalną kontynuacją konkursowego opowiadania o wąsach. Jest jakiś tam humor, szczypta absurdu i garść przemyśleń ogólnych. Udanej lektury!
Tekst jest (nie)oficjalną kontynuacją konkursowego opowiadania o wąsach. Jest jakiś tam humor, szczypta absurdu i garść przemyśleń ogólnych. Udanej lektury!
[1]
Moja pozbawiona życia gęba skierowana była wprost na ścianę i choć pysznił się z niej urodziwy porost męski, ja zastygłem w kontemplacji nad ignorancją małżonki, Zofii.
Wiedzieć wam trzeba, że w toku żywota dotychczasowego zwiedziłem świat niemalże cały. Od Przenajświętszego Cesarstwa po samą dumną wieś Włoszczowa. Poznałem niezliczony ocean kobiet, a także sekrety, o jakich nie śniło się astronomom. Jednak tej wrednej baby nie rozumiałem i tak już chyba musiało pozostać.
– Czego pragniesz, o najzłośliwsza!? – wychrypiałem lekko złośliwie, trochę do ściany a trochę do małżonki.
– Chcę mieć dworek, zwyczajnie już duszę się w tych czterech ścianach w bloku, niczym pospolita mieszczanka – odparła z wyraźną pogardą, jednak niespodziewanie bezpośrednio.
Ach, czyli o to chodziło przez ten cały czas! Jak mogłem to przegapić? Podczas gdy podbijałem świat i z Tatarzynem o względy Zofii walczyłem, jej udzielił się przemoczony sen szlachty średniej i poczęła o nieruchomości ulokowanej na przedmieściach marzyć!
– Ale najdroższa, serce mego żywota, przecież korki… Bacz, że na trakcie całymi godzinami jeden koń za drugim stać potrafi, bo powóz koło zgubił na wybojach. Wyobrażasz sobie ten cały zmarnowany czas? Przecież w mieście mamy wszystko. Medyka, stragan, plac egzekucyjny. Powiedz, czego ci tutaj brakuje? – Rozłożyłem ręce, dla podkreślenia powagi słów.
– Chcę. Mieć. Dworek. – wycedziła przez zęby. – Wtedy będę szczęśliwa, a i tobie coś z tego skapnie – dodała już znacznie przyjaźniej.
Rad nierad zacząłem rozważać zasadność wymiany lokum. Trzeba przyznać, że rzeczywiście nieruchomości zlokalizowane w terenach podmiejskich cieszyły się niemałym zainteresowaniem, a także, co kluczowe, korzystną ceną.
[2]
– A to łotry! Syjoniści, lichwiarze i padlinożercy! – kląłem, niczym chłop jakiś, po opuszczeniu placówki bankowej Rozencwajgów. – To niby ja, bohater Rzeczypospolitej, umiejętności kredytowej nie posiadam?! – krzyczałem sam do siebie. – Jeszcze tego pożałujecie, okrutnicy!
Najwyraźniej fakt wsławienia się przed królem samym podczas wojen z Tatarzynami bez znaczenia pozostawał, jeżeli czynów mych, wprawdzie wielce chwalebnych i wiekopomnych, dokonałem w ramach umowy zlecenia. Szlag by trafił koronną biurokrację i te cholerne kontrakty spisane na skórze śmieciowej!
– Sacré bleu! – zakląłem w języku miłośników jedzenia żab, dla dodania wypowiedzi elementu dramatycznego.
– Żydki pożyczki nie dały, panie szlachcic? – zaczepił mnie przechodzień, mężczyzna o atletycznej budowie, cały na czarno, z jakimś takim… nieprzyjemnym błyskiem w oku.
Wzdrygnąłem się mimowolnie, jednak odpowiedziałem:
– Ano, nie dały.
– Do chrzanu z nimi! – Splunął w kierunku drzwi do banku.
– Może trochę grzeczniej?! – warknęła stojąca obok kobieta w średnim wieku, po czym ściszyła głos i dodała, jakby w konspiracji: – Oni podobno świat jedzą i dziećmi rządzą!
– Idiotka! – zaśmiał się na głos domniemany atleta, ale następnie zakrył usta dłonią i wyszeptał: – Rządzą światem, a dzieci jedzą. Wszystko pomieszała, głupia baba.
– Ekhem… – odchrząknąłem, może nieco zbyt obcesowo. – Drodzy państwo, jako człowiek obyty w świecie, a także gruntownie wykształcony, odrzucam te wasze zabobonne bajdurzenia i spiskowe teorie dziejów. A teraz, wybaczcie, muszę udać się do znajomej wiedźmy, by mi poradziła, co teraz uczynić powinienem.
I w tym właśnie momencie dostrzegłem malowidło oprawione w drewnianą ramę. Zgodnie z jego treścią sam król zarządził rekrutację do elitarnego korpusu Nienajwyższej Sali Kontroli! Ograniczony pakiet medyczny, obejmujący upuszczanie krwi i wstrząsy na koniu, niektóre wolne niedziele, a co najważniejsze – stabilne zatrudnienie na podstawie umowy o pracę na czas próbny! Wygląda na to, że spełnię marzenie mojej najukochańszej Zofii, ha!
[3]
– Zapoznaliśmy się z pańskim curriculum vitae, a także z załączonym litterae commendaticiae. – Słowa urzędnika brzmiały mądrze, w końcu wypowiedział je po łacinie. – Niestety, to za mało.
– Ale jakże to?! – wykrzyknąłem. – Posiadam doskonałe referencje, jestem uznanym bohaterem, zasłużonym w licznych…
– Banały. Same banały – uciął mi urzędas. – Jesteś pan kompletny vulgaris. – Widząc niezrozumienie na mej twarzy, westchnął i dodał: – Pospolity. Zupełnie pospolity, a my tu szukamy ludzi niezwykłych, wyróżniających się z tłumu przeciętnych plebejuszy.
– To, co ja mam teraz uczynić? – Zrezygnowany przysiadłem na podłodze oficjum.
– Zacząć się wyróżniać.
Zacząć się wyróżniać. Tylko tyle i aż tyle.
[4]
– I czego tak w drzwi uderza, jak potępieniec jaki narwany?! – warknęła na mnie z progu wiedźma.
– Przepraszam, o nadobna i pryszczata pani, ale oczekiwałem na ciebie tak długo, że już nadzieję zacząłem tracić! Podejrzewałem, że wyszłaś z domu, albo, co gorsza, umarłaś ze starości w wieku lat trzydziestu!
– Srałam – odparła bezceremonialnie.
Westchnąłem, po chwili raz jeszcze. Tak oto umarła śmiercią nienaturalną, niczym trufla poturbowana przez nieuważnego dzika, perspektywa osławionej szeptuchy na zostanie główną kobiecą bohaterką mej opowieści. Miała być kimś, tymczasem okazała się wyłącznie rekwizytem. Perspektywicznym, choć dość prymitywnym. Nic tam, najwyżej nie pojawi się tutaj żadna sensowna przedstawicielka płci pięknej. Ostatecznie mamy równouprawnienie, a parytety są dla pospólstwa!
– Będzie tak stał i mamrotał pod nosem, czy wejdzie do środka?
Z lekkim obrzydzeniem przekroczyłem próg chaty wiedźmy. Z miejsca dostrzegłem znajdującą się w centralnej części izby czaszkę, która nie mogła należeć do istoty ludzkiej. Umieszczona została na drewnianej konstrukcji, którą otaczały malowidła przedstawiające gwiazdy pięcioramienne, wizerunki kreatur jakichś oraz trzy enigmatyczne litery.
– Z. U. S. – odczytałem i od razu tego pożałowałem, bo prąd mnie nawiedził tajemniczy i zrazu chłód straszliwy przeszył.
– Nie wypowiadaj słów mocy bez odpowiedniego przygotowania! – ostrzegła mnie szeptucha. – Chyba, że życie ci zupełnie już obrzydło.
– Co to jest? – zapytałem, mimo strachu paraliżującego me członki.
– Instalacja artystyczna.
Pokiwałem głową z udawanym uznaniem, bo przecież nie miałem bladego pojęcia o takich sprawach.
– I co ona robi?
– Czort jeden wie, zaraz się przekonamy – odparła wiedźma, po czym podeszła do czaszki, chwyciła ją w dłonie i zaczęła inkantować przydługie zaklęcie.
Gdy skończyła, odłożyła rekwizyt na miejsce i oboje zamarliśmy w oczekiwaniu. Oczekiwałem rozbłysków światła, materializacji demonów czy innych poczwar, kakofonii dźwięków, tymczasem nie wydarzyło się zupełnie nic.
Staliśmy tak jeszcze przez dłuższą chwilę. Dalej bez żadnych widocznych efektów.
Poczekaliśmy kolejnych kilka minut… I stan się nie zmienił.
– Ki diabeł!? – zaklęła wiedźma, po czym podniosła czaszkę i odczytała na głos napis wyryty na spodzie: – „Made in China”.
– To ja może opowiem, po co w ogóle przyszedłem, o najpaskudniejsza. – Postanowiłem zmienić temat. – Potrzebuję czegoś wyjątkowego, co mnie wyróżni z tłumu.
W oczach szeptuchy zamigotał niebezpieczny ognik, po czym jęła się wspinać na spróchniały regał z poczerniałymi manuskryptami i zakurzonymi księgami. Siedziała przez chwilę w niemożliwej pozycji, której z pewnością nie potrafiłbym powtórzyć, po czym mruknęła z satysfakcją, chwyciła segregator i skoczyła ku mnie.
– Bierze i wybiera – powiedziała, po czym wcisnęła mi katalog.
– Czymże są te cuda?! – Oczy świeciły mi niczym latarnie morskie z krain odległego Orientu.
– Najnowszy krzyk mody, prosto ze stolicy Cesarstwa – odrzekła enigmatycznie.
– A mają jakąś nazwę, te malowidła przecudne? – dopytywałem.
– Na razie mam dwie robocze, ale nie mogę się zdecydować.
Uniosłem zachęcająco brwi, a także wykonałem gest, by zachęcić wiedźmę do mówienia.
– Wykonane więziennym atramentem obrazki na ciele, które na starość będą wyglądać paskudnie, bo skóra się rozciąga wraz z upływem lat, niosące ze sobą ryzyko zakażenia, a następnie śmierci wskutek sepsy – powiedziała. – To jeszcze wersja robocza, do doszlifowania i poprawy składni.
– Mmm… Mimo tego już teraz jest zwięźle, a jednak niezwykle obrazowo. Podoba mi się. A ta druga nazwa?
– Tatuaże – dodała po chwili wahania, jakby z lekkim wstydem.
– A to rzeczywiście ta pierwsza opcja lepsza – odpowiedziałem na niezadane pytanie.
Byłem już praktycznie zdecydowany, gdy w mej głowie zaczęła kłębić się niepokojąca myśl. Nie chciałbym, broń Boże, zostać uznanym za tchórza jakiegoś, ale musiałem zapytać:
– Czy to boli?
– Jak jasna cholera, a do tego swędzi niemiłosiernie – odparła wiedźma.
– I ludzie, tfu – splunąłem – znaczy, szlachcice się na to decydują?!
– By się zdziwił, jak wielu! – zarechotała szeptucha. – Mówiłam przecież, najnowszy krzyk mody! Co drugi sobie obrazki sprawia ostatnio.
– Rozumiem…
– No, dość tych podchodów! Decyduje się na jakiś?
Jednak ja już nie słuchałem wiedźmy. W głowie rezonowały mi dwa wyrazy: „co drugi”… Wybiegłem czym prędzej z chaty i ani myślałem oglądać się za siebie.
[5]
Znajdowałem się w ciasnej izbie wypełnionej kwiatami, ekologicznymi ozdobami z dalekich krain oraz pozytywną energią.
– I ta zielona, śmierdząca breja ma sprawić, że poczuję się wyjątkowo? – zapytałem, pełen uzasadnionych wątpliwości.
– Panie szlachcic, pan nie tylko poczuje się wyjątkowo, ale będzie wyjątkowy! Jak my wszyscy – medyk objął ruchem ręki zgromadzonych w pomieszczeniu ludzi w białych szatach.
– WYJĄTKOWO nie chce mi się w to wierzyć – odpowiedziałem, celowo używając wielkich liter i z zamiarem przedrzeźnienia mężczyzny.
Medyk chyba zrozumiał moje intencje, gdyż sprawiał wrażenie dogłębnie zranionego. Jego twarz wykrzywił paskudny grymas.
– Kutas – mruknął pod nosem, a ja nic z tego nie zrozumiałem, bo przecież do białej szaty nie zakładałem dzisiaj pasa.
Doszedłem do wniosku, że nie tędy droga, a wielbiciele zielonego błota wcale niczym się nie wyróżniają. Jeżeli już, to raczej sprawiają wrażenie zgromadzenia religijnego o wątpliwych motywacjach.
[6]
Im dłużej kluczyłem w poszukiwaniu nieuchwytnego czegoś, co sprawi, że będę się wyróżniał, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że wszystko już było. Pomyślałem wtedy, że trud mój daremny i nigdy nie zarobię na dworek podmiejski, a w konsekwencji nie zasłużę na względy Zofii.
Wtem doznałem kolejnego objawienia. Mówiąc ściślej: dostrzegłem reklamę lokalnego gimnazjonu, która obiecywała rewelacyjne i wyjątkowe efekty pod czujnym okiem nadzorcy personalnego. Tak na marginesie – ładny wyraz, taki nowoczesny, ten cały „nadzorca”.
Był już późny wieczór, gdy trafiłem pod właściwy adres. Pod budynkiem zaparkowane były luksusowe konie sportowych ras, a także kilka przypadków tak zwanego pańszczyźnianego tuningu. Jednak wyjedzie szlachcic z gospodarstwa, ale gospodarstwo ze szlachcica już nie chce!
Stanąłem przed drzwiami wejściowymi i łyknąłem odrobinkę wódki proteinowej dla kurażu, po czym przekroczyłem próg. Delikatny aromat intensywnych ćwiczeń momentalnie zaatakował me nozdrza, aż zęby poczęły odgrywać hejnał. Nadludzką, sarmacką wręcz, siłą woli zmusiłem swe nogi do stawiania kolejnych kroków i w okamgnieniu znalazłem się w recepcji.
Nadzorca przybytku cierpliwie tłumaczył meandry subskrypcyjnego piekiełka, a ja jedynie kiwałem bezmyślnie głową, gdyż całą moją uwagę zaprzątał w tym momencie tłum ludzi wykonujących jakieś wygibasy przy urządzeniach wykonanych z kamienia i metalu, a także cała chmara portrecistów. Najwyraźniej samo dążenie do doskonałości ciała i umysłu, to zbyt mało, jeżeli nie zostanie uwiecznione na płótnie.
– Carramba! – wykrzyknąłem, dla odmiany w dialekcie odległej Espanii.
– Coś tam… wyjątkowy… – kontynuował nadzorca, ale słuchałem go już tylko piąte przez dziesiąte.
[7]
Od wielu godzin przemierzałem ulice miasta, przybity i wypalony. Przestałem już nawet zwracać uwagę na końskie odchody, przez co miałem brudne trzewiki. Niespodziewanie dostrzegłem parę mieszczan idących za rękę. W ich wyglądzie nie było nic nadzwyczajnego, a jednak sprawiali wrażenie szczęśliwych.
Jak grom z jasnego nieba spadło na mnie objawienie, więc postanowiłem biegiem ruszyć w stronę komisji rekrutacyjnej do Nienajwyższej Sali Kontroli oraz końca tej opowieści. Nie oglądałem się za siebie, tylko mknąłem, na złamanie karku.
Gdy tylko urzędnik odpowiedzialny za nabór mnie zauważył, teatralnie wywrócił oczami. Po chwili jednak ponownie przybrał obojętną pozę i zapytał:
– I cóż tam? Odkrył pan w sobie coś szczególnego? Wyróżniającego z tłumu?
– Tak i nie – odpowiedziałem zasapany, bo przecież całkiem długo biegłem.
– To znaczy? – Urzędnik sprawiał wrażenie skonfundowanego.
– Nie ma we mnie nic szczególnego – odpowiedziałem spokojnie. – Żadnych malowideł na ciele, ekscentrycznego ubioru, czy upodobań kulinarnych. Nie ćwiczę oraz nie należę do żadnej organizacji. Jestem zupełnie normalny, wręcz przeciętny i myślę, że właśnie to mnie wyróżnia z tłumu.
Urzędas otaksował mnie wzrokiem od góry do dołu, po czym na jego twarzy pojawiło się coś, co u normalnej osoby nazwałbym uśmiechem. Następnie skinął głową i gestem zaprosił mnie do środka.
Cześć!
Rzecz zacna i rewelacyjna! Sam podobne perypetie ongiś przeżyłem, więc w spisanej tu opowieści jakbym własne odbicie ujrzał.
Zabrakło mi tu tylko czarodziejskiego kociołka, zwanego Termomiksem – boć przecie tą maszyną nadreńskiego wynalazku prawie KAŻDY próbuje się z pospólstwa wyróżniać ;)
Pozdrawiam i nominuję do Biblioteki.
Cześć, Grzesiek!
Serdeczne dzięki za wizytę i dobre słowo!
Zabrakło mi tu tylko czarodziejskiego kociołka, zwanego Termomiksem – boć przecie tą maszyną nadreńskiego wynalazku prawie KAŻDY próbuje się z pospólstwa wyróżniać ;)
Przeszło mi to przez myśl, ale ostatecznie zrezygnowałem z TM, bo nieszczególnie dodawał takiej namacalnej wyjątkowości bohaterowi.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Ave Cezarze x2!

I dobrze, że heisback!
Najwyraźniej sam fakt wsławienia się przed królem samym podczas wojen z Tatarzynami bez znaczenia pozostawał, jeżeli czynów mych, wprawdzie wielce chwalebnych i wiekopomnych, dokonałem w ramach umowy zlecenia.
– Idiotka! – zaśmiał się na głos domniemany atleta, ale następnie zakrył usta dłonią i wyszeptał: – Rządzą światem, a dzieci jedzą. Wszystko pomieszała, głupia baba.
Trochę nosi znamiona tłumaczenia oczywistego żartu ta druga wypowiedź. Czy jeśli zaśmiałem się przed wytłumaczeniem to będzie mi to wybaczone? :)
– WYJĄTKOWO nie chce mi się w to wierzyć – odpowiedziałem, celowo używając wielkich liter i z zamiarem przedrzeźnienia mężczyzny.
Dobra, generalnie miałem buzię uśmiechniętą podczas całej lektury, ale to jest szczyt mego uśmiechu. Piękne no.
Przestałem już nawet zwracać uwagę na końskie odchody, dzięki czemu miałem brudne trzewiki
Chyba jednak “przez co”. Nie dostrzegam jakiejś szczególnej wartości komediowej w “dzięki”.
W to mi graj, panie bracie! Uhahany od początku do samego końca byłem, a jeszcze wplotłeś w to refleksję ciekawą i szlacheckątną. A ten świat przedstawiony, pomieszany czasowo i nomenklaturowo, jest wspaniały!
Pozdrawiam, klikam i w ogóle wyrazy uznania ślę!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Hej,
Opowiadanie nie tak zabawne, jak to z brodą ale może dlatego, że zbyt osobiste – dla mnie. Bo też jak bohater nie mam trenera, malowideł na skórze i jestem tak zwyczajny, że aż rzucam się w oczy :). Co nie oznacza, że nie uśmiechałem się w trakcie czytania ;). Klik, klik, klik :)
Pozdrawiam
:)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Bardzie, może dobrze, że to pierwsze opowiadanie nie było dla Ciebie osobiste, bo by to oznaczało, że Ci Tatar (i to wcale nie wołowy) żonę uwiódł ;)
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Ona jest bardzo tolerancyjna więc bym się nie zdziwił ;P. No i lubi tatar :D
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
B(4xE)cki
Dzięki za odwiedziny i tak pozytywny odbiór! Mialem obawy czy przez dłuższą przerwę nie straciłem całkiem pazura w tworzeniu humoru, ale najwyraźniej nie jest tak źle.
. Czy jeśli zaśmiałem się przed wytłumaczeniem to będzie mi to wybaczone? :)
Niestety, spłoniesz.
Drobne usterki poprawiłem, dzięki za zwrócenie uwagi!
Bardzie
Tobie również dziękuję za wizytę.
Opowiadanie nie tak zabawne, jak to z brodą ale może dlatego, że zbyt osobiste
Czyli wyszło zgodnie z założeniem, to dobrze.
Pozdrawiam!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Zacna kontynuacja. Uśmiałem się, za co dzięki wielkie!
Dużo prawdy w tym tekście, jak na formę. Ciężko być oryginalnym w tych czasach, chyba rzeczywiście normalność wypada dość wysoko w rankingu wyjątkowych cech XD
Świetne didaskalia, Cezarze, szczerze podziwiam.
Mam nadzieję, że to nie ostatnia przygoda naszego bohatera.
Klikam i pozdrawiam!
You cannot petition the Lord with prayer!
Dzięki, Michaelu!
Świetne didaskalia, Cezarze, szczerze podziwiam.
Bardzo mi miło!
Mam nadzieję, że to nie ostatnia przygoda naszego bohatera.
Póki co nie mam na niego żadnego konkretnego pomysłu, ale kto wie…?
Pozdrawiam!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Bądź pozdrowiony, Cezarze.
Dobrze się czytało, parę fragmentów wywołało uśmiech na twarzy, więc jestem zadowolony. Samego zakończenia też dość późno się domyśliłem. I przyniosło ze sobą dobre przesłanie, bardzo takie na czasie.
– Wykonane więziennym atramentem obrazki na ciele, które na starość będą wyglądać paskudnie, bo skóra się rozciąga wraz z upływem lat, niosące ze sobą ryzyko zakażenia, a następnie śmierci wskutek sepsy – powiedziała. To jeszcze wersja robocza, do doszlifowania i poprawy składni.
– Mmm… Mimo tego już teraz jest zwięźle, a jednak niezwykle obrazowo. Podoba mi się. A ta druga nazwa?
Pogrubiony fragment nie powinien stanowić wypowiedzi, czyli być poprzedzony pauzą? Tak chyba wynika z kontekstu. Nic więcej mi się w oczy nie rzuciło.
Pozdrawiam.
Sen jest dobry, ale książki są lepsze
Ave, Młody Pisarzu!
Bardzo mi miło, że wpadłeś, a opowiadanie wywołało uśmiech. Cieszy mnie też, że doceniłeś przesłanie.
Pogrubiony fragment nie powinien stanowić wypowiedzi, czyli być poprzedzony pauzą?
Ależ jak najbardziej! Tam nawet półpauza była wcześniej, ale przy którejś edycji tekstu musiała wyparować…
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"