– Joanno, naprawdę doceniam, że próbujesz się dostosować i w ogóle… – zaczęła Magdalena, zasiadając po drugiej stronie wielkiego biurka.
Wielka detektywka Joanna musiała podłożyć pod krzesło kilka woluminów należących do jej asystentki Marii, żeby zrównać się wzrokiem ze Wspaniałą Czarownicą Południa. Skąd Maria miała te wszystkie książki, skoro dotarła do Nowego Świata tylko z kopertówką w jednej ręce i wielkim młotem do kruszenia zaklętych luster w drugiej, detektywka Joanna nie pytała. Z łatwością doszła do wniosku, że jej asystentka te książki bezczelnie zajumała, żeby opchnąć je w świecie śmiertelników jakimś zapalonym sekciarzom.
– …ale ten strój jest… Śmieszny. To w twoim kapeluszu to lilak?
Maria zaczerpnęła tak głęboki oddech, aż niemal zatrzeszczały witraże w komnacie. Detektywka Joanna pobladła. Znaczy, zapewne pobladła, ponieważ jej obecna, niemal dwutonowa waga była w połowie zasługą gargantuicznych ilości makijażu. Oczywiście, druga tona nie poszła w bioderka. Skądże znowu! Taka fryzura wymaga właściwej ilości lakieru do włosów. Tylko dzięki temu nowoświatowe fabryki aerozoli miały się tak dobrze! Dziura ozonowa również, bo chyba nikt tutaj nie wycofał freonów.
– Dobrze się czujesz? – spytała z troską Joanna.
– Oczywiście – odpowiedziała Magdalena. – Zastanawiam się tylko, czemu z kapelusza wystają ci gałęzie lilaka… To lilak, prawda?
– Oczywiście, że nie! Myślisz, że wcisnęłabym w swój nowy, wspaniały, cudowny, niepowtarzalny kapelusz świeżo upieczonej czarownicy gałęzie lilaka!?
– Przepraszam. Wygląda trochę jak lilak. Nie znam się na tym za dobrze. W takim razie, co to jest?
– Bez, moja droga.
Wspaniała Czarownica Południa wyraziła szczere zainteresowanie.
– Bez czego?
Joanna westchnęła głęboko.
– Ten żart jest starszy od ciebie. A z tego co wiem, masz już ponad tysiąc pięćset lat. Nie róbmy tego.
– W porządku. Ale nie po to cię tu wezwałam.
Detektywka spojrzała na Magdalenę spod poczernionych tuszem rzęs. Unoszenie ich przychodziło jej już z wyuczoną sprawnością.
– O cóż w takim wypadku chodzi, jeśli nie chodzi o bez?
– Mój partner zaginął!
– Aha – mruknęła Joanna, poprawiając kołnierz swojego stroju detektywa. – Dlaczego w takim razie zaczęłyśmy od kapelusza?
– Kapelusz wydał mi się ważniejszy.
***
– Musimy przesłuchać świadków. Masz jakichś na stanie?
– Jednego może bym skądś wytrzasnęła…
Joanna, Maria i Magdalena stanęły przed małymi drzwiczkami – tak małymi, że nawet wielka detektywka zmuszona byłaby zdjąć kapelusz, by przez nie przejść – na których wisiała wielce wymowna tabliczka z napisem: „KANTOREK WOŹNEGO”. Z ręcznym dopiskiem: „NIE WCHODZIĆ”.
– To tutaj widziany był po raz ostatni przez służbę, znaczy, zanim poszedł po papierosy.
– Podejrzane miejsce! – ucieszyła się detektywka Joanna.
Bez wątpienia, lody waniliowe, przystojni mężczyźni i podejrzane miejsca napełniały ją największą ekstazą.
– Uwaga, wchodzę!
– Poczekaj, proszę! – Magdalena wyciągnęła rękę. – To magiczne drzwi. Nie możemy tam tak po prostu wtargnąć.
– Dlaczego…?
– Zapewne ciążą na nich wszelakie zaklęcia.
Joanna, pytając: „Dlaczego…?”, miała raczej na myśli, „Dlaczego Główny Czarodziej Oskar ostatnie chwile przed swoim zaginięciem spędzał w kantorku z Gerwazym?”, ale brak zrozumienia Magdaleny dla prywatności woźnego też był w pewien sposób satysfakcjonującą odpowiedzią.
– Ja znam potężniejsze zaklęcia – ogłosiła Maria.
Zanim Joanna zdążyła zapytać swojej przyjaciółki-śmiertelniczki, kiedy ta nauczyła się używać magii, a przede wszystkim, kiedy zdała te arcytrudne egzaminy na uniwerku, by zdobyć licencję na czarowanie, Maria cofnęła się o kilka kroków, po czym kopnęła z całej siły w drzwi. Te wypadły z głuchym łoskotem z zawiasów i wylądowały na podłodze.
Rudy woźny, zwany raczej nieprzypadkowo Gerwazym – tak miał na imię – stał na środku namalowanej – chyba – czerwoną farbą trójramiennej gwiazdy, albo też sporego trójkąta. Naprawdę ciężko było powiedzieć, przy tak nikłych umiejętnościach rysowniczych.
– Ja wcale nie próbuję zrobić nic złego! – wypalił Gerwazy, upuszczając im pod buty w tym przejęciu, z całą swoją gracją, książkę pod tytułem: „Jak zrobić coś złego. Poradnik dla tumanów”.
– Bredzi od rzeczy! – ogłosiła Magdalena. – Na tortury z nim!
***
– Myślałam, że twoimi atrybutami są przyjaźń, łaska, miłosierdzie, miłość – zaczęła Joanna, przyglądając się, jak dwóch silnych wojów przymocowuje woźnego do krzesła inkwizytorskiego. – Czy nie powinnaś być bardziej… Litościwa?
– Miłość boli – ogłosiła Magdalena. – Jak cholera. Chociaż cholera tak bardzo nie boli. Prędzej urwana noga. Urwana noga boli.
– Urwana noga nie boli – wtrącił rzeczowo Gerwazy. – Bo jest już urwana, więc…
– Czy ciebie ktoś o coś pytał?
– Teraz już tak.
– Zobaczymy, czy będziesz taki hardy, jak się tobą zajmiemy.
Gerwazy rozejrzał się po pomieszczeniu zbłąkanym wzrokiem.
– Chciałem tylko powiedzieć – odezwał się znowu. – Że zwykle to ja wolę dominować, ale dla pięknej damy i jej dwóch asystentek jestem gotowy zrobić wyjątek.
– Co masz przez to na myśli? – spytała wnikliwie detektywka Joanna. – Wspaniała Czarownica Południa Magdalena nie jest moją asystentką. To twoja władczyni. Od kiedy tu pracujesz?
– Ja służę tylko dla Mrocznego… Zresztą, nieważne.
– Joanno – wtrąciła się Magdalena. – Myślę, że Gerwazy mówiąc „piękna dama” miał na myśli mnie.
Nagle Maria wybuchnęła nietypowym dla niej głośnym rechotem. Przestała dopiero wtedy, gdy wielka detektywka Joanna, rzuciwszy jej wymowne spojrzenie, skinęła głową w kierunku drugiego krzesła do przesłuchań.
***
Po krótkiej rozmowie z Gerwazym, przerywanej jedynie jego pełnymi bólu jękami – chociaż czasem brzmiał zupełnie tak, jakby mu się to podobało – wielka detektywka wiedziała już, że Główny Czarodziej Oskar odwiedził kantorek, by odbyć z zamkowym woźnym jakąś ważną rozmowę. Z początku Joanna podejrzewała, że chce go po prostu zwolnić, z różnych powodów – i wcale nie dlatego, że był rudy – ale okazywało się, że awansował Gerwazego na opiekuna swojej córeczki, Kasi.
Wspaniała Czarownica Magdalena nie kryła swojego oburzenia. Ale Joanna szybko jej wytłumaczyła, że to z powodu braku odpowiednich funduszy.
– Nie stać was na dodatkowego pracownika – wyjaśniła, klepiąc Magdalenę po ramieniu. – A kto potrzebuje woźnego w magicznym zamku?
Joanna chciała jeszcze wtrącić uprzejme pytania: „Gdzie w takim razie są pieniądze z podatków mieszkańców Południa? Te, które miały iść na rozwój krainy? Na szkolnictwo, gospodarkę, turystykę?”, ale się powstrzymała. Znając życie, Magdalena wrobiłaby ją w drugie śledztwo, którego absolutnie nie chciało jej się przeprowadzać.
Wtedy odezwała się Maria:
– Gdzie w takim razie jest Kasia?
Szybko okazało się, że kilkumiesięczna Kasia jest w swoim pokoiku, zupełnie niezaopiekowana i nieszczęśliwa. Jeszcze szybciej okazało się, skąd wynikał ten kategoryczny brak radości.
– Oskar zna zaklęcia, by jakoś pozbyć się tego zapachu – tłumaczyła Magdalena, zatykając nos.
Brzmiała przez to trochę niezrozumiale, ale wielka detektywka z łatwością wydedukowała, co chciała powiedzieć Wspaniała Czarownica. Maria tylko wzruszyła ramionami.
– Ja też znam podobne zaklęcia – ogłosiła.
Joanna powstrzymała ją jedną ręką.
– Nie – powiedziała tylko, gdyż cokolwiek miała na myśli Maria, nie mogło być to dobre.
Dla nikogo.
– Pozwól mi się zająć małą. – Maria tupnęła nogą z typowym dla siebie uporem.
– To magiczna… – powiedziała Joanna, gdyż bardziej dosadne słowa nie chciały przejść przez jej wydelikacone gardło. – To się źle skończy.
– Kranówka pewnie też jest magiczna – zauważyła bystro Maria. – Ja się nią zajmę, bo, o ile pamiętam, nikt nie uwolnił Gerwazego. A jeśli nawet, to chyba woli swoje rysowanki, niż pracę.
Ciężko było się z tym kłócić.
– Dobrze – przyznała Magdalena. – Ale nie licz na to, że coś ci zapłacę. Nie mam tyle pieniędzy.
– Joanna się ze mną podzieli wypłatą za śledztwo. Prawda, Joanno? Joanno?…
***
Teraz należało sprawdzić sklep w okolicy. Jak się okazywało, był on za siódmą rzeką, siódmą górą, mówiąc dosadniej, straszliwie daleko. A Oskar zabrał jedyny rydwan z pegazami. Resztę Magdalena sprzedała.
– Po co mi więcej rydwanów? Wiesz, ile one kosztują?
Joanna chciała wtrącić, że chyba niewiele, skoro Południe mierzy się teraz z ubóstwem. Może Oskara po prostu nie było stać na fajki i teraz chodził po okolicy, żebrząc? A może sprzedał ostatnią parę pegazów za jedną, pojedynczą paczkę i nie miał czym wrócić do domu?
– Musimy iść na piechotę – westchnęła Joanna. – Nie mam do tego odpowiednich butów.
– Zaczekaj chwilę. – Magdalena rozejrzała się konspiracyjnie wokoło.
Joanna myślała, że Wspaniała Czarownica chce jej wielkodusznie pożyczyć swoje pantofle, ale zwątpiła, gdy ta zaczęła prowadzić ją w stronę Góry Przymierza. Znała tę nazwę tylko dlatego, bo wyczytała ją na tabliczce dla turystów.
– To pierwsza góra z siedmiu? – zapytała wielka detektywka.
Czuła podejrzane gorąco, ale może to od słoneczka.
– Nie. To w drugą stronę – odparła Magdalena.
Czyżby to ta dziura ozonowa?
Wspaniała Czarownica rzuciła jakieś zaklęcie – najprawdopodobniej rozpłynięcie iluzji – bo oczom Joanny ukazała się olbrzymia grota. Wielka detektywka myślała gorączkowo, ale nic logicznego i sensownego nie przychodziło jej do głowy.
– No dobrze. Nie mam pojęcia, o co chodzi. Wytłumacz.
– Nie mamy rydwanu, tak?
– No… Tak – przyznała powoli Joanna.
– A ja ostatnio kupiłam sobie smoka…
A więc właśnie na to poszły pieniądze z podatków!
Do tej pory detektywka widziała w Nowym Świecie tylko jednego smoka pasażerskiego. Przewoził z Centrum na Północ. Podróż nim była absolutnie nieznośna, gdyż rzeczony gad miał nie tylko niewielkie skrzydełka, ale równie niewielkie umiejętności lotnicze. W dodatku, opowiadał anegdotki. Po nowo-śląsku, jak to określiła asystentka Maria, drżącą ręką trzymając trzon młota. Drżącą nie z przejęcia, a chęci mordu.
– Dobrze, że jej tu nie ma.
***
Kruszon – jak nazywała go Magdalena – musiał być dość bliskim krewnym smoka Ślązaka. Miał podobny akcent i podobny zapał do opowiadania tandetnych historii. Jednak, w przeciwieństwie do kuzyna, ten lubił zmyślać. No, chyba, że faktycznie żył kiedyś w innym świecie, został potrącony przez ciężarówkę, odrodził się w ciele wielkiego gada, zachowując resztki wspomnień. Kto go tam wie?
Po zajęciu trzystu miejsc parkingowych – nie, to nie smok był tak wielki i nie, sklep nie był centrum handlowym, po prostu miejsca postojowe przygotowano dla mioteł – wielka detektywka rozejrzała się, ale nie odnalazła wozu zaprzęgniętego w pegazy.
– Może odleciały – stwierdziła Joanna. – Ja na ich miejscu bym odleciała, bo minęły już trzy dni, a trzeba coś jeść.
Magdalena przeszła od razu do rzeczy, a mówiąc dokładniej, przeszła przez drzwi do środka przybytku. Stanęła przy kasie i, biorąc się pod boki, spytała kasjerki:
– Był tutaj mój partner?
Dziewczę zrobiło wielkie oczy.
– Główny Czarodziej Oskar?
– Mam jakichś innych partnerów?
Sprzedawczyni zawahała się, najwyraźniej próbując dociec, czy jest to jakaś forma quizu, a może inspekcji. Widząc jej zmieszanie, Jaśnie Oświecona Magdalena postanowiła zmienić zapytanie:
– Był tu, czy nie?
– Taki w szacie i kapeluszu Głównego Czarodzieja?
– Nie wiesz, jak wygląda Główny Czarodziej?
– Nie interesuję się tak bardzo polityką, proszę pani.
– Ale wiesz, jak wygląda szata i kapelusz Głównego Czarodzieja?
– Moda jest bliższa memu sercu.
Magdalena załamała ręce.
– Był tu, czy nie?
– Cóż, jeśli to on, to słyszałam, jak mówi pewnej młodej, ładnej czarownicy, że zostawia tę posadę, rodzinę i zamieszka z nią na Zachodzie.
– O, Aurelio! – zawołała Wspaniała Czarownica Południa.
– Myślę, że Aurelia tu raczej nie pomoże – zwróciła uwagę milcząca do tej pory Joanna.
– A potem – kontynuowała dziewczyna, przechodząc do szeptu. – Pojawił się tu Mroczny Lord i go porwał!
– Czy to prawda? – zapytała bliska płaczu Magdalena, najwyraźniej szukając w swoim kapeluszu czegoś do otarcia łez.
– Nie, zmyśliłam to. To strasznie nudna praca, proszę pani, siedzieć za kasą. Lubię sobie wyobrażać, że dzieje się coś ciekawego w moim życiu i jestem świadkiem interesujących wydarzeń.
– Ty mała jędzo!!!
Jako, że Wspaniała Czarownica Południa, Jaśnie Oświecona Magdalena, postanowiła udowodnić swoje liczne przymioty jak przyjaźń, łaska, miłosierdzie, miłość, rzucając się z pazurami na łaknącą przygód ekspedientkę, wielka detektywka Joanna taktycznie wycofała się w głąb sklepu. Może odnajdzie tu jakieś plastry? Oczywiście, nie dla Magdaleny, ani tym bardziej dla biednej sprzedawczyni, bo rany po tej potyczce będą zbyt głębokie. Po prostu wciąż bolały ją stopy po wędrówce do smoka kłamczucha.
I nagle Joanna wpadła w ekstazę!
Nie z powodu lodów waniliowych – choć, oczywiście, pewnie tam były, w końcu to sklep – ani nie z powodu podejrzanego miejsca – chociaż, kto wie, ubóstwo w końcu potrafi prowadzić do napadów na podobne przybytki.
Ale to wszystko dlatego, że pomiędzy paletami siedział w kucki piekielnie przystojny Oskar!
– Główny Czarodziej! – zawołała Joanna.
– Dzień dobry – odpowiedział mężczyzna, podnosząc głowę. – Z kim mam przyjemność?
– Jestem detektywka Joanna. Co pan tutaj robi?
– A jak pani myśli, pani detektyw?
Joanna wzniosła oczy ku sufitowi.
– Dedukuję, że ukrywa się tu pan przed swoją partnerką.
– Cóż za umiejętności, winszuję.
– Niestety, zapłacą mi za odnalezienie pana. Więc musi pan stąd wyjść.
– Naprawdę muszę?
– No, nie do końca. Ale będę zadowolona, jeśli pan wyjdzie. Chce mnie pan zadowolić?
Oskar wychynął zza palet, przyjrzał się Joannie od góry do dołu, od dołu do góry i chyba głęboko się zastanawiał nad faktem, czy wypada zadowalać kobietę na środku sklepu, gdy nagle…
– Tu cię mam! – zawołała Magdalena, gniewnym i wzburzonym krokiem kierując się w ich stronę.
Jej podarta szata łopotała.
– Oj, już ja ci…
– Nie bądź dla niego surowa – zaczęła powoli Joanna. – Wiem, że miłość boli, ale w przeciwieństwie do Gerwazego on nie wygląda na masochistę. Okaż mu tej miłości trochę mniej… Poza tym, pamiętaj, że będzie ci potrzebny w opiece nad Kasią.
***
Smok, spostrzegając nowego pasażera, zaczął opowiadać swoją historię raz jeszcze. Oskar skwitował to krótkim, acz wymownym:
– My, mężczyźni, zawsze mamy pecha!
Chociaż, chyba nie do końca chciał to skwitować krótko i wymownie, ale spojrzenie Magdaleny pozwoliło mu tylko na to jedno zdanie.
Gdy dotarli do zamku, zastał ich przerażający widok. Cała służba – której nie było tak wiele, ale w tych wyjątkowych okolicznościach wydawało się, że jest jej cała masa – biegała w przerażeniu.
Cóż, to zagadka, którą można było łatwo rozwiązać.
– Przepraszam – detektywka Joanna zaczepiła kucharza.
Dzięki swoim wspaniałym zdolnościom wydedukowała, że to kucharz, na podstawie noszonej przez niego czapki kucharskiej, fartucha i chochli trzymanej w ręku. Ktoś inny, niewprawny, mógłby pomyśleć, że to tylko przebieraniec, ale nie Joanna! Przecież nie było funduszy na takie fikuśne stroje bez okazji!
– Co tu się stało?
– Idźcie do sali tronowej. Jeśli wam życie niemiłe…
Joanna stwierdziła, że życie jest jej bardzo niemiłe, skoro skończyła w takim miejscu, Oskar najwyraźniej już dawno pogodził się z tym faktem, a co kierowało Magdaleną, tylko czcigodna Aurelia raczyła wiedzieć. W każdym razie w trójkę ruszyli we wskazane miejsce.
A na tronie siedział sam Mroczny Lord!
– Ty żyjesz?! – zawołała Wspaniała Czarownica.
– Udaję – odpowiedział zły władca dudniącym basem. – Ten tutaj młokos mnie wskrzesił.
– Chciałem tylko powiedzieć – odezwał się Gerwazy, wstając z klęczek spod tronu. – Że zwykle to ja wolę dominować, ale dla Mrocznego Lorda jestem gotowy zrobić wyjątek.
– Szykuj się do walki! – zakrzyknęła Magdalena, zdejmując kapelusz i wyciągając z niego różdżkę. – Nie oddam Południa tak łatwo!
Książę ciemności zaśmiał się, po czym wstał z tronu.
– Chyba, że masz fundusze – spytała podejrzliwie Magdalena. – Wtedy moglibyśmy dokonać targu. Mógłbyś rządzić, no nie wiem, od poniedziałku do piątku, a ja w weekendy.
– Kobieto, skąd ja mam mieć fundusze? Dopiero co wstałem z martwych. Myślisz, że zdążyłem się dorobić myjąc witraże?
– Aha. W takim razie walczmy!
– Lepiej się gdzieś schować – wtrącił rzeczowo Oskar.
Mroczny Lord wyciągnął zza tronu gigantyczną lancę – najwyraźniej miał jakieś kompleksy. Główny Czarodziej, główny zdrajca i główna bohaterka tej jakże wadliwej historii nie znaleźli żadnego schronienia, więc stanęli pod ścianą, licząc na to, że może w ten sposób zły urok ich nie dosięgnie.
– Nie chce pan pomóc Wspaniałej Czarownicy walczyć? – zapytał w międzyczasie Gerwazy Oskara.
– Nie. Może jeszcze przegra, zginie. Myślę, że może być mi lepiej u Mrocznego Lorda.
– On pana zamknie w lochu o chlebie i wodzie!
– Przecież mówię: myślę, że może być lepiej.
Magdalena i Mroczny Lord rzucali czarami na lewo i prawo. No, czasem też w górę i w dół. Ogółem nie celowali zbyt dobrze.
– Co tu się dzieje?! Dziecko spać nie może!
To była ona. Bohaterka dnia, Maria. Stała w drzwiach, twarz miała w cieniu, a w ręku trzymała swój ukochany młot.
– Chowaj się! – zawołała Joanna.
– Gdzie? – zapytała Maria. – Tu nie ma gdzie się schować!
Wielka detektywka wzruszyła ramionami.
– To jest pojedynek! Na śmierć i życie! Na zaklęcia!
– Ja znam najpotężniejsze zaklęcia!!!
I rzekłszy to, rzuciła młotem w Mrocznego Lorda.
***
Można by powiedzieć, że wszystko skończyło się dobrze.
Magdalena szczęśliwa, że miała na kogo zrzucać nieprzyjemne obowiązki, wypłaciła pewne wynagrodzenie. A że w ciastkach i wielka detektywka była na diecie, to Maria, której przypadło sto procent udziału, nie narzekała. I tak nie liczyła na więcej. Joanna nie kryła zadowolenia, że kolejna sprawa skończyła się sukcesem. Może kiedyś wypuszczą ją z powrotem do świata śmiertelników? Nie była jeszcze genialnym detektywem – taki wydedukowałby, że spraw nie należy rozwiązywać, by wrócić do domu – ale była z pewnością wielka.
Oczywiście, jeśli akurat założyła kapelusz.