– Na co się gapisz, Jimbo?
Frank dołączył do Jima, opartego o framugę na progu ich baraku. „Ich” oznaczało Amerykanów, którzy w ramach „specjalnego traktowania” otrzymali jedną wspólną, śmierdzącą gównem psią budę, tak, by Japońce mogły mieć całą grupę nieustannie na oku. Jim nie miał pojęcia czemu, ale chyba Cesarska Armia miała jankesów za jakichś szczególnych wichrzycieli. A przecież grzecznie stali sobie w ponad trzydziestostopniowym upale, po zakończeniu trwającej pół doby zmiany przy budowie kolei, spokojnie czekając, aż łaskawie otrzymają swój przydział w postaci ćwierci miski ryżu.
Porucznik James Holger, pilot Hellcata zestrzelonego jeszcze wiosną ‘42 nad Filipinami, wyczuł nadchodzącego Franka jeszcze zanim ten otworzył usta.
– Śmierdzisz – skomentował.
– Przypominam ci, gnoju, że jestem tu najstarszy stopniem i oczekuję w tym pierdolniku przestrzegania właściwego protokołu! – wycedził przez zęby Frank, grożąc podkomendnemu palcem.
– Najmocniej przepraszam, sir. – Jim wyprężył się jak struna, a prawa dłoń wystrzeliła w kierunku skroni w salucie. – Chciałem powiedzieć „śmierdzicie, panie kapitanie”!
– Tak lepiej! – Frank poklepał porucznika po zarośniętym policzku, po czym obaj wybuchnęli gromkim śmiechem. – Poza tym sam capisz zjełczałym masłem. To cud, że czujesz jeszcze cokolwiek przez ten odór!
Wesołość szybko jednak przygasła i obaj mężczyźni wrócili do kontemplowania widoku pozbawionego roślinności obozowego placu, pełnego szyn, podkładów kolejowych i odchodów.
– Ilu dzisiaj? – zagadnął Jim.
– Naszych? Tylko dwóch – odparł kapitan. – Stary Mertens od Holendrów dostał kafarem w stopę, ale powinien się wylizać. Jeśli nie dostanie zakażenia.
– Czyli się nie wyliże – mruknął porucznik.
– Miejscowych przynajmniej trzydziestu – kontynuował Frank, ignorując uwagę towarzysza. – Wiesz, jak ich traktują. Gdyby od harówki nie mieli takich krzywych pleców, to używaliby ich zamiast podkładów.
Obaj zamilkli na dłuższą chwilę. Dopiero głośne pierdnięcie dobiegające z wnętrza baraku wyrwało mężczyzn z zadumy.
– Ale bym, kurwa, zapalił! – rozmarzył się Frank. – Masz coś, Jimbo?
– Spotykamy się dopiero jutro w nocy – odparł Jim, kręcąc przecząco głową. – Ale to lepiej dla twojego zdrowia.
Porucznik klepnął kompana w plecy i odwrócił się, by wejść z powrotem do oferującego nikłą ochłodę wnętrza baraku.
– Jeżeli ta pierdolona przełęcz mnie nie zabije, to chyba już nic. – Dosłyszał jeszcze mamroczącego pod nosem kapitana.
Jim zatrzymał się, aby dobić przyjaciela jakąś ciętą ripostą, ale przerwały mu wściekłe krzyki i odgłosy szamotaniny dobiegające z placu.
Dwóch Japończyków trzymało usiłującą się wyrwać kobietę. Jeden z mężczyzn unieruchamiał jej ramiona na plecach, drugi zaś z całych sił ciągnął nieznajomą za włosy, prowadząc w kierunku prowizorycznego pręgierza w centrum obozu, gdzie żołnierze zwykle wymierzali więźniom karę chłosty.
Mimo że kobieta była drobna i wychudzona, sprawiała spore trudności prowadzącym ją Japończykom. W pewnym momencie raptownie wyskoczyła do przodu, zaskakując tym obu żołnierzy. Reakcja oprawcy idącego z przodu była zbyt wolna i pojmana kobieta zdołała zacisnąć zęby na jego przedramieniu.
Japończyk wykrzyknął jakieś przekleństwo w swoim języku, po czym z całej siły smagnął ją otwartą dłonią w policzek. Uderzenie było na tyle mocne, że kobieta padła na wydeptaną ziemię, wyślizgując się z rąk drugiego z żołnierzy, który dopiero co zdążył ponownie chwycić jej przedramiona.
Leżąca na boku kobieta odwrócona była teraz twarzą do chaty Amerykanów, dzięki czemu Jim mógł lepiej się jej przyjrzeć. Ewidentnie była miejscowa. Może Tajka, może Karenka. Jim nie był w stanie rozróżnić takich niuansów. Wyglądała na jakieś trzydzieści lat, ale stacjonując na Filipinach przekonał się, że w przypadku Azjatek lepiej nie polegać na zgadywankach. Nawet żyjąc w najgorszych, najbardziej prymitywnych warunkach, tutejsze kobiety potrafiły zadbać o siebie tak, by wyglądać o dwie dekady młodziej. Szkoda, że Amerykanki nie znają tego sekretu…
Soczysty kopniak, który niemal uniósł kobietę w powietrze, skutecznie wyrwał mężczyznę z bezsensownych rozważań. Odruchowo postąpił krok naprzód i zmrużył oczy, w które nagle uderzyły purpurowe promienie wiszącego tuż nad horyzontem słońca. Na ramieniu Jamesa niczym imadło zamknęła się żelazna dłoń Franka.
– Wiesz, że tylko pogorszysz sprawę, chłopie – powiedział ze smutkiem kapitan. – Nie tylko dla nas, ale i dla niej. No chyba, że masz plan, jak w pojedynkę udupić całą Cesarską Armię, wtedy zamieniam się w słuch.
Jim zacisnął pięści tak mocno, że nieobcinane od dawna paznokcie wbiły się we wnętrze jego dłoni. Poczuł cieknącą po palcach krew.
– Czy to w ogóle ma sens, Frank? – zapytał cicho.
– Co konkretnie?
– To, co robimy. Przetrwanie. Skoro, żeby przetrwać, musimy stać się kimś zupełnie innym niż jesteśmy, czy to my przetrwamy, czy tylko ten ktoś?
Zapadła cisza, podczas której dwójka Japończyków podniosła półprzytomną kobietę i pociągnęła dalej w kierunku pręgierza. Tam przywiązali ją do drewnianego słupa i zakneblowali strzępem szmaty. Ten, którego ugryzła, na odchodne splunął pojmanej w twarz, głośno przy tym charcząc. Nie zareagowała.
– Nie wiem, Jimbo – odparł wreszcie Frank. – Niech mnie cholera weźmie, ale nie wiem.
***
Dzięki przedsiębiorczej naturze i uśmiechowi chłopaka z plakatu, Holger już dawno zaprowadził w obozie własne porządki. Takie, które pozwalały mu cieszyć się namiastką swobody, dobrobytu, a nawet niechętnego szacunku ze strony strażników. Układ w istocie był prosty. On prowadził handel ze swoimi kontaktami w kontrolowanej przez marionetkowy rząd w Rangunie lokalnej milicji. Birmańscy rekruci nie byli tak twardo prowadzeni jak Cesarska Armia Japonii. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że mogli robić, co im się żywnie podoba. Na przykład ukrywać walizki wypełnione po brzegi zarekwirowanym brytyjskim tytoniem i herbatą. Większość jeńców z obozu miała zaś schowanych kilka skarbów na wymianę. Lepiej było nie pytać, gdzie konkretnie. W ten sposób biznes Jamesa szybko rozkwitł. Oczywiście, nie byłoby to możliwe, gdyby Japońscy strażnicy przypadkiem nie patrzyli w przeciwną stronę, gdy akurat krążył pomiędzy barakami w interesach. Sami nie mogli rzecz jasna kupować zakazanych towarów bez pośrednika. Każdy z nich otrzymywał więc swoją „działkę” z kolejnej dostawy Birmańczyków i zostawiali Jima w spokoju, zajęci pałaszowaniem angielskich maślanych ciasteczek.
Spotkanie z jego kontaktem w birmańskiej milicji zaplanowane było jednak na następny wieczór. Dziś Holger opuścił chatę Amerykanów w czysto prywatnych celach.
– Konbanwa! O-Genki desu-ka, Shinomuya-san? – przywitał się ze znajomym strażnikiem.
– Ne, genki desu, Jimbo-kun – odparł Japończyk, uśmiechając się znad tlącego się papierosa. – Mō sono yōbidesu-ka?
– Nie – kontynuował Jim swoim łamanym japońskim. – Dostawa jutro. Chciałem tylko zerknąć na nowego gościa. Nie masz nic przeciwko?
Obozowy strażnik rozszerzył swój uśmiech, ale oczy straciły nagle dowcipny błysk. Powoli zaciągnął się papierosem, intensywnie wpatrując się w Amerykanina.
– Proszę bardzo – odparł w końcu. – Ale ostrzegam cię, Jimbo-kun. To wiedźma. Najprawdziwsza wiedźma.
Kobieta przywiązana do pręgierza siedziała na ziemi, z plecami i głową opartymi o nieociosany pal. Wyglądała jakby spała, choć po wydarzeniach tego dnia bardziej prawdopodobne było, że po prostu straciła przytomność.
Jim zbliżył się do niej na odległość kilku kroków i przykucnął, by lepiej przyjrzeć się nieznajomej. Prawa strona jej twarzy, która otrzymała wcześniej siarczysty policzek, zdążyła już spuchnąć i nabrać liliowej barwy. Porucznik Holger stwierdził jednak, że gdzieś pod brudem i śladami uderzeń kryła się całkiem przystojna kobieta, o wyraźnie zarysowanej szczęce i dość drobnym, jak na lokalne standardy, nosie. Nie przyszedł tu jednak, by zaprosić ją do udziału w konkursie piękności, lecz zasięgnąć języka. Zapewne mieszkanka maleńkiej wioski na tajsko-birmańskiej granicy nie wiedziała zbyt wiele o wydarzeniach w szerokim świecie, ale i tak szanse były spore, że wiedziała więcej od niego.
Pilot pokonał resztę dystansu dzielącą go od uwięzionej kobiety. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, delikatnie położył dłoń na jej ramieniu i potrząsnął lekko. Powieki Azjatki wystrzeliły w górę niczym na sprężynach. Ich spojrzenia spotkały się jedynie na ułamek sekundy, jednak wystarczyło to, by mężczyznę przebiegł zimny dreszcz. Oczy kobiety nie wyrażały zaskoczenia czy strachu, którego można by spodziewać się w tej sytuacji. Zobaczył tam jedynie bezmyślną, nadludzkim wysiłkiem powstrzymywaną furię oraz głód, tak nienasycony, że pożerał gwiazdy i planety.
Krucha bariera nie wytrzymała długo. Kobieta rzuciła się na Jamesa, nie zważając na powstrzymujące ją więzy i własne obrażenia. Holger runął do tyłu wystraszony, upadając na przedramiona. Sznur, rzecz jasna, nie pozwolił Azjatce wykonać żadnego ruchu poza kłapnięciem zębami. Jednak zarówno lina, jak i podstawa pręgierza zatrzeszczały na tyle niepokojąco, że James postanowił nie zbliżać się ponownie. Za jego plecami rozległ się tłumiony śmiech japońskiego strażnika.
– Abunai-desu – powiedział Japończyk, gdy zdołał opanować wesołość. – Ostrzegałem cię, Jimbo-kun. Wiedźma. Dobrze, że nie było cię tu godzinę temu. Kiedy znosiliśmy trupy z budowy, chciała się na nie rzucić. Aż jej ślinka ciekła. Mało sobie rąk nie wyrwała, głupia.
Holger zdołał już nieco się opanować. Wstał, otrzepał spodnie i powoli cofnął się w kierunku strażnika. Ani na moment jednak nie spuścił dzikiej kobiety z oczu.
– Co z nią nie tak? – zapytał. – Tylko nie wciskaj mi kitu z wiedźmą. Po co ją tu przywlekliście?
– Żaden kit, Jimbo-kun. – Japończyk spojrzał na niego ze srogą miną. – Zabiła dwóch naszych. Młodych chłopaków. Gdy miejscowi ich znaleźli, natychmiast przybiegli do nas. Mówią, że od dawna sprawiała kłopoty. A przecież jesteśmy tu, by rozwiązywać problemy birmańskich przyjaciół, tak czy nie?
Znowu się zaśmiał, jednak widząc, że uwięziona kobieta czujnie go obserwuje, wesołość zamarła na jego ustach.
– W tych dwóch żołnierzach – kontynuował, groźnie cedząc każde słowo przez zęby – trudno było rozpoznać Japończyków. Nie, trudno było rozpoznać ludzi. Dziwka ich torturowała. Odcinała kawałek po kawałku, cały czas utrzymując przy świadomości. Nie chce powiedzieć czemu. Ale my się dowiemy. Też mamy swoje metody. Tanagawa-shōshō ma się nią zająć osobiście.
James wciąż nie kupował historyjki z wiedźmą. Pewne było jednak, że w najbliższych dniach tę ewidentnie chorą kobietę czekał los nie do pozazdroszczenia. Ale to nie był jego problem, a swoich miał już pod dostatkiem.
***
Amerykanin wcisnął się w lukę pomiędzy piętrzącą się za wychodkami stertą śmieci a wewnętrznym ogrodzeniem, oddzielającym teren wydzielony dla jeńców od tego przeznaczonego dla strażników. W bambusowym płocie widniała tu dziura rozmiarów dorosłego mężczyzny, której uprzejmie nikt z wrogich żołnierzy nie zauważył od tygodni.
Spokojnym krokiem przekroczył ogrodzenie i stanął w cieniu znajdującej się tuż za nim chaty.
– Spóźniłeś się, Kyaw – rzucił w ciemność po kilku minutach. – Nie tak robimy interesy w Ameryce.
– Wybacz mi, thakin. Oczywiście, masz rację – udając służalczy ton drwił z niego głos dobiegający z mroku, który wkrótce przybrał postać młodego mężczyzny w mundurze birmańskiej milicji. – Wrócę teraz do siebie, aby przemyśleć swoje postępowanie, a ty możesz powrócić do brudnych amerykańskich kompanów z pustymi rękoma i liczyć, że nie rozszarpią cię na strzępy, zgoda?
– Nie bądź taki dowcipny. Nie pasuje do ciebie – skwitował Holger. – Masz towar?
– Ile tylko wasza imperialistyczna dusza zapragnie. Oczywiście, jeżeli masz czym zapłacić.
W ciemności błysnęły wyszczerzone w uśmiechu zęby. Jim westchnął. Kyaw był ewidentnie w nastroju do targów, odwrotnie niż on. Ale Birmańczyk miał rację, nie mógł wrócić z niczym. Nie było więc innego wyboru, jak tylko podjąć grę.
– Biorąc pod uwagę jakość tego syfu, którym handlujesz, powinieneś się cieszyć, że w ogóle zabieram go z twoich rąk – powiedział Amerykanin.
– Syfem, to handluje twoja matka, kurwiąc się po portach! – oburzył się Azjata. – Mój towar jest najwyższej próby!
– Przynajmniej moja matka uczciwie pracuje. Za to twoja całymi dniami tylko chodzi po drzewach i zżera banany – kurtuazyjnie odgryzł się Jim. – Ile kartonów?
– Pięć – odparł Kyaw, wracając do rzeczy. – Ale mam też coś specjalnego.
Odwrócił się na chwilę. Kiedy ponownie zwrócił się w kierunku Holgera, w jego rękach leżała niewielka, drewniana skrzyneczka. Milicjant otworzył ją.
– Na Dionizosa, prawdziwa szkocka… – szepnął Jim nabożnie. – Ile?
Birmańczyk niespodziewanie umilkł na dłuższą chwilę, odkładając alkohol do stojącego za nim worka.
– To prezent – powiedział w końcu.
– Czemu jakoś ci nie wierzę? – Amerykanin spoglądał sceptycznie na młodszego mężczyznę. – Czego chcesz?
– Drobnej przysługi – odparł lakonicznie.
Mina Holgera natychmiast skwaśniała, niczym mleko prosto od krowy pozostawione na cały dzień w trzydziestostopniowym upale. Bez względu na szerokość geograficzną, kulturę czy kolor skóry, gdy ktoś prosił o „drobną przysługę”, szykowały się kłopoty.
– A konkretniej? – ponaglił Kyaw’a.
– Wystarczy, że dostarczysz dwa listy. Nawet ptaki to potrafią, więc twój ptasi móżdżek też powinien sobie z tym poradzić.
Cały czas krążył wokół sedna. Musiał być pewien, że to sedno bardzo nie spodoba się Jamesowi.
– Jakie listy? Od kogo? Do kogo? I jak, do cholery, ma je gdziekolwiek dostarczyć jeniec z obozu pracy? W przeciwieństwie do ptaków, nie mogę sobie stąd po prostu odlecieć, psia mać!
– Spokojnie, Jimbo – powiedział Birmańczyk uspokajająco, na wszelki wypadek powiększając odległość między nim a jankesem o dodatkowe dwa kroki. – Oferujemy tobie i twoim kolegom szansę. To listy od samego generała Aung Sana, do brytyjskiego i amerykańskiego dowództwa. Zorganizujemy waszą ucieczkę, a wy zadbacie jedynie, by trafiły we właściwe ręce.
– Czemu sami nie wyślecie tych listów – drążył wciąż sceptyczny Jim – albo nie wyślecie z nimi jakiegoś szpiega? Macie chyba szpiegów, nie?
Kyaw spuścił wzrok i nie odzywał się przez dłuższą chwilę.
– Z tego, co wiem – powiedział w końcu – treść tych listów jest bardzo… delikatnej natury. Jeżeli Japończycy by je przechwycili, to byłby koniec nadziei na niepodległy kraj. Jeżeli zaś złapią z nimi zbiegłych alianckich jeńców… Cóż, dowództwu będzie znacznie łatwiej przedstawić to jako zachodnią prowokację i wyprzeć się wszystkiego.
– Czyli potrzebujecie kogoś, kto wykona za was brudną robotę i kogo nie będzie żal, jeśli przy okazji pójdzie na dno?
– Dokładnie tak! – Rozpromienił się Kyaw. – Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia, Jimbo!
***
Cała sprawa śmierdziała nawet bardziej niż latryny, które Holger mijał w drodze powrotnej do baraku Amerykanów. Z drugiej strony, mogła to być jedyna szansa na ucieczkę przed końcem wojny. Wojna zaś pozostawała bardzo tajemnicza w kwestii udzielenia odpowiedzi na pytania „czy?” i „kiedy?” zamierza się skończyć. Jim w głębi ducha nie był też wcale przekonany, że zna rozwiązanie zagadki „kto wygra?”.
Z tymi myślami kotłującymi się w głowie, dotarł w końcu do chaty, stanowiącej niezbyt suwerenne terytorium Stanów Zjednoczonych. Frank czekał na niego przy prowizorycznym stoliku, zaadaptowanym z połamanej drewnianej szpuli, na którą niegdyś nawinięta była gruba lina.
James rzucił na blat karton brytyjskich papierosów i, odczekując moment dla lepszego efektu, butelkę whisky.
– A to nawet nie moje urodziny – skomentował Frank. – Co się stało?
– Jesteśmy jeszcze głębiej w dupie niż przed godziną – oznajmił porucznik. – Z drugiej strony, jest szansa, by wystrzelić razem z pierdem na zewnątrz.
– A jakie są szanse, że wszystko się posra?
– Całkiem spore – przyznał James, po czym krótko zrelacjonował kapitanowi spotkanie z Kyaw’em.
– Jak dla mnie sprawa jest prosta – powiedział Frank, wysłuchawszy uważnie słów podkomendnego. – Birmańczycy chcą wbić Japońcom nóż w plecy i muszą mieć gwarancję, że po wszystkim nie zostaną znowu poddanymi Jego Królewskiej Mości. Musisz iść.
– Co? Dlaczego w ogóle ja? Dlaczego nie ty? Ja uwiłem sobie tu całkiem wygodne gniazdko – oponował Jim.
– Wiesz tak samo dobrze jak ja, że to iluzja. Jedno niewłaściwe spojrzenie na strażnika, jedna chwila nieuwagi przy robocie i będziesz użyźniał glebę jak cała reszta. Poza tym, nikt nie zna tego pierdolonego obozu tak dobrze, jak ty. Ja w nocy pewnie wszedłbym prosto do gabinetu japońskiego shōshō i siadł mu na kolanach. Ty, Jimbo, możesz przemknąć, gdzie ci się podoba z zamkniętymi oczami. Weź ze sobą kogoś, komu zostało dużo sił i woli walki. Może ci się przydać.
– A co z tobą? Co z resztą chłopaków?
– Damy sobie radę – zapewnił Frank bez przekonania. – Jeśli faktycznie uda się przekabacić Birmańczyków, to wykurzymy stąd cesarza w kilka miesięcy. Możesz wtedy wrócić i osobiście podziękować mi za moją ofiarę. Kiedy ruszacie?
– Jutro.
Kapitan skinął głową, poklepał Jima po ramieniu, po czym wziął do ręki butelkę szkockiej i uważnie przyjrzał się etykiecie.
– Ale ty, koleżanko, zostajesz ze mną…
***
Było nieco po północy, gdy Jim, sierżant piechoty morskiej Turnbull i kapral Styles z wywiadu przekroczyli próg amerykańskiego baraku. Zgodnie z obietnicą Kyaw’a, na zewnątrz nie było żywego ducha. Powoli zanurzyli się w ciemności panującej poza kręgiem światła samotnej lampy naftowej, zawieszonej u drzwi ich chaty. Uważnie rozglądali się na boki, jednak z mroku nie dobiegały najdrobniejsze nawet szmery. Kiedy wszyscy odetchnęli z ulgą i przyspieszyli kroku w kierunku przejścia za latrynami, tuż obok rozległ się kobiecy głos mówiący po japońsku:
– Weźcie mnie.
Trzej mężczyźni niemal podskoczyli. Styles zaklął głucho, wściekły, że nie ma przy sobie żadnej broni. Skrępowana na środku obozowego placu Birmanka poruszyła się nieznacznie, dając im sygnał, gdzie się znajduje. Po chwili namysłu Holger podszedł do uwięzionej.
– Uciekamy stąd – zdradził. – Jeśli cię uwolnię, dasz radę iść? Biec, jeśli zajdzie potrzeba?
– Tak – odparła zdecydowanym tonem. – Nie brakuje mi sił.
– Jesteś bardziej rozmowna niż ostatnio. Skąd ta nagła zmiana?
Jim był boleśnie świadomy, że mają dość własnych problemów, a dziewczyna z pewnością mogła ich tylko dołożyć. Ale nie mogli przecież jej po prostu zostawić.
– Przepraszam. – Jej zasób japońskiego słownictwa był bardzo ograniczony, ale mówiła jasno i wyraźnie. – Nie byłam sobą. Nihonjin-tachi zabrali mi moich synów. Gniew i smutek odebrały mi rozum. Chciałam tylko odzyskać ich szczątki…
Holger spojrzał przelotnie po ledwie widocznych twarzach swoich amerykańskich towarzyszy. Odpowiedziały mu niemal niedostrzegalne skinięcia.
– Współczuję – odparł krótko. – Jak ci na imię?
– Maung Nyein.
Po przekroczeniu ogrodzenia skryli się w cieniu budynków i znacznie zwolnili tempo marszu. Ich celem była główna brama obozu – strzeżona, ale zawsze otwarta dla zmieniających się patroli. Wystarczyło jedynie unikać nielicznych, cierpiących na bezsenność Japończyków i liczyć, że straż przy bramie rzeczywiście tej nocy pełniła birmańska milicja.
Poruszali się wzdłuż zewnętrznej ściany kompleksu, dzięki czemu nie napotkali nikogo poza kilkoma żołnierzami ze zbyt pełnym pęcherzem, którzy jednak szybko uciekali przed kąsającymi owadami do wnętrza baraków. Przebyli już w milczeniu około połowy trasy, gdy Jim poczuł delikatnego kuksańca w bok. Odwrócił się. Maung Nyein wpatrywała się w niego intensywnie, z mieszanką determinacji, złości i żalu w oczach.
– Tu nasze drogi się rozchodzą, Amerykaninie – powiedziała głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Muszę odzyskać zęby. Kiedy się zacznie, biegnijcie.
Jim nie zdążył zareagować na ten absurdalny komunikat, nim kobieta puściła się pędem w kierunku centrum obozu. Obdarzony szybszym refleksem sierżant Turnbull spróbował jeszcze pochwycić ją w swoje potężne ramiona, ale drobna kobieta z łatwością mu się wymknęła.
– Psia mać – skwitował filozoficznie kapral Styles. – Co teraz?
– Nie mam pojęcia – odparł Jim. – Ale nasza misja właśnie stała się znacznie trudniejsza lub znacznie prostsza. Pora ruszyć tyłki.
Na te słowa ich miniaturowy oddział ruszył ponownie w obranym wcześniej kierunku, tym razem znacznie żwawiej. Gdzieś z oddali dobiegały stłumione okrzyki.
***
W obozie rozpętało się piekło. Pojedyncze wystrzały i karabinowe serie rozbrzmiewały, by po chwili zamilknąć i odezwać się ponownie w zupełnie innej części kompleksu. Styles i Turnbull byli już po drugiej stronie kolejnego przejścia pomiędzy budynkami, gdy jakiś żołnierz raptownie odwrócił się w ich stronę, niemal oślepiając Jima latarką. Wszyscy uciekinierzy natychmiast zaszyli się głębiej w ciemnościach. Sądząc po snopie światła, Japończyk powoli, ostrożnie zbliżał się do ich pozycji. Holger, gestykulując szybko, nakazał towarzyszom iść dalej, informując, że sam spróbuje przejść naokoło. Na szczęście na wypadek rozdzielenia jeden z listów Jim powierzył kapralowi Styles’owi.
Porucznik zawrócił wzdłuż ściany baraku i okrążył go, wyłaniając się za plecami Japończyka, który, zgodnie z przewidywaniami, nerwowo przetrząsał teraz krzaki za budynkiem. Jim właśnie przenosił ciężar ciała, by zrobić pierwszy krok w poprzek alejki, gdy ponownie obmył go snop oślepiającego światła. Po chwili wyłoniła się z niego lufa karabinu, trzymanego przez drugiego ze stojących przed nim japońskich żołnierzy. Holger powoli uniósł ręce.
– Jestem nieuzbrojony, przybiegłem tylko po pomoc – James wydukał pierwsze zdanie, jakie przyszło mu na myśl.
– Jak się tu dostałeś? – warknął ten z latarką. – Wewnętrzna brama jest zamknięta.
Nim Holger zdołał odpowiedzieć, poczuł nagły podmuch, który niemal zwalił go z nóg i potężnie zatrząsł źródłem światła w ręce żołnierza. Gdy Jim odnalazł równowagę, Japończyk z latarką był już sam. Jego oczy, wybałuszone w wyrazie bezbrzeżnego przerażenia, desperacko próbowały pozostać osadzone w czaszce. Po całej twarzy spływały mu strużki ciemnego płynu, którym przesiąknięty był też mundur strażnika.
Mężczyzna zaczął drżeć w niekontrolowany sposób, nie mogąc utrzymać władzy nad mięśniami. Wpatrywał się w coś skrytego w ciemnościach, czego Jim nie był w stanie dostrzec. W końcu, jego prawa dłoń także odmówiła posłuszeństwa, upuszczając ręczną latarkę, która przy kontakcie z podłożem zamigotała dwukrotnie i zgasła. W tym samym momencie, rozległ się krzyk. Był przeraźliwy, wręcz nieludzki. Ale to nie on miał prześladować Holgera nocami po kres jego dni. Prawdziwym, pierwotnym lękiem napełnił go dźwięk, który dało się usłyszeć, gdy wrzaski już ucichły. Dźwięk rwania i szarpania. A potem ciche, mokre mlaskanie i przełykanie.
Porucznik Holger powoli wykonał kilka kroków do tyłu, aż jego plecy nie zetknęły się ze ścianą budynku. Wtedy jednak w końcu przebudziły się potężne reflektory na wieżach strażniczych i skąpały całe wnętrze obozu w białym blasku. Czas zwolnił. Kątem oka Jim dostrzegł grupę uzbrojonych Japończyków, biegnących w jego kierunku. Cała uwaga Amerykanina była jednak skupiona na czymś innym.
Zaledwie kilkanaście kroków przed nim stało stworzenie mierzące przynajmniej osiem stóp – smukłe, a przy tym dysponujące imponującą kolekcją twardych, pęczniejących pod naprężoną skórą mięśni. Stwór posiadał długie, ostro zakończone uszy, spłaszczony nos, gorejące własnym, zielonym blaskiem ślepia i szeroką na całą twarz paszczę, pełną ostrych zębów, z których największe wrażenie robiły dwa długie, zakrzywione dolne kły. Na nich właśnie Jim dostrzegł potencjalne resztki twarzy Japończyka, którego ciało potwór dzierżył bez wysiłku w jednej z rąk. Makabrę całego przedstawienia dopełniał fakt, że porucznik rozpoznał strzępy stroju, który miała na sobie bestia. Były to te same łachmany, w które ubrana była więziona birmańska kobieta.
Zrobiło mu się niedobrze. Niezbyt różnorodna treść jego żołądka z pewnością znalazłaby w tym momencie ujście, gdyby nie kule, które świsnęły w powietrzu, zmuszając Holgera, by padł na ziemię. Celność zdezorientowanych, ledwie rozbudzonych żołnierzy była ujmą na honorze Cesarskiej Armii, jednak mimo to kilka pocisków dosięgło cielska stwora. Taki przynajmniej wniosek można dało się wysnuć na podstawie lekkiego zachwiania i kroku wstecz, jaki wykonało demoniczne monstrum. Natychmiast jednak sponad skóry postaci podniosła się delikatna mgiełka, przypominająca parę wodną i potwór ze zdwojoną determinacją ruszył do ataku. Pokonał odległość dzielącą go od Japończyków w sekundę. Co bardziej zapobiegliwi mieli ze sobą katany i postanowili zrobić z nich użytek. To była dobra taktyka, choć jedynie odwlekająca nieuniknione. Atakując w grupie udało im się kilkukrotnie ugodzić morderczego przeciwnika, ale podobnie jak w przypadku kul, rany goiły się na nim szybciej niż żołnierze byli w stanie je zadawać.
Od jakiegoś czasu – może były to sekundy, a może minuty – w całym obozie rozbrzmiewały syreny alarmowe. Jeszcze jedno smagnięcie pazurami przez klatkę piersiową, jedno wyrwane z obręczy barkowej ramię i nagle ruch zamarł. Jim zastanawiał się właśnie, czy to możliwe, by stwór samodzielnie wybił cały garnizon, gdy ten odwrócił się w jego stronę. Z dwóch zielonych ogników i potwornego pyska upstrzonego śladami ludzkiego mięsa i krwi trudno było wyczytać cokolwiek, jednak Holger miał dziwne wrażenie, że utkwione w niego spojrzenie miało być… przepraszające?
Rozległy się kolejne strzały. Tym razem była to regularna, nieprzerwana salwa, prowadzona z wież strażniczych i dachów budynków. To na moment zastopowało potwora, który zdezorientowany miotał się pod naporem nadlatujących z różnych kierunków pocisków.
Wtedy pojawił się on. Porucznik Holger sekundę wcześniej był w zasadzie pewien, że w tym życiu nic go już nie zaskoczy. A jednak, po raz kolejny tej nocy musiał zrewidować swój światopogląd. W krąg białego światła reflektorów wkroczył samuraj z dawnych rycin, w pełnej łuskowej zbroi i hełmie zwieńczonym fantazyjnie wykręconymi rogami. Oburącz dzierżył ogromny miecz, znacznie większy niż cokolwiek, co Jim widział na historycznych ilustracjach japońskich wojowników. Najdziwniejsza była jednak jego maska. Do złudzenia przypominała bowiem pysk stojącej naprzeciw niego bestii.
Demon, nie zważając już na grad kul, rzucił się w kierunku adwersarza. Prędkość, z jaką maszkara zadawała ciosy szponami, była oszałamiająca. Ludzkie oko nie nadążało za śledzeniem ruchów, przez co większość z nich wydawała się rozmazana. A jednak, wszystkie zamaszyste sierpy i krótkie pchnięcia muskularnych ramion samuraj bez trudu parował lub przyjmował na swój pancerz. Przedziwny wojownik bronił się metodycznie, a w jego ruchach uwidaczniały się wyćwiczone schematy. Tymczasem nacierający stwór opętany był szałem, jedyną zauważalną intencją była chęć zdarcia z przeciwnika szyderczej maski.
To czyniło go przewidywalnym. Przy kolejnym zamachu bestii wojownik z łatwością wykorzystał jej własny pęd, robiąc niewielki unik i jednocześnie zadając kopnięcie pod kolano. Demon pomknął do przodu i runął twarzą w piach. Niemal natychmiast spróbował się podnieść, jednak skierowany ostrzem ku dołowi miecz już opadał, by przygwoździć go do ziemi.
Stwór wił się i szamotał, lecz szybko opadał z sił i wkrótce zamarł. Samuraj wyszarpał broń z ciała, które skurczyło się niemal dwukrotnie i przypominało teraz stertę rzuconych na ziemię ubrań. W polu widzenia pojawili się kolejni żołnierze, ciągnący ze sobą potężny łańcuch, podobny do tych, z których jeńcy korzystali przy przerzucaniu mostów.
Porucznik James Holger w żaden sposób nie był w stanie wytłumaczyć, co, do cholery, wydarzyło się w ciągu ostatnich minut. Jeszcze przed chwilą żył w poukładanym świecie, gdzie wszystko miało swoje miejsce i wytłumaczenie. Owszem, świat ten ostatnimi czasy schodził na psy, ale wciąż wydarzenia podążały od określonej przyczyny do przewidywalnego skutku. Spotkania z demonami rodem z malowideł na ścianach buddyjskich świątyń i magicznymi samurajami z pewnością nie wpisywały się w ten schemat.
– Widzę pana, poruczniku Holger – odezwał się głos po japońsku. – Proszę podejść.
Jim znał ten głos. Należał do generała-majora Tanagawy, dowódcy obozu. Był głęboki i rezonujący. Jakby dobiegał z wnętrza katedralnego dzwonu. Naprawdę jednak, dobywał się spod maski potężnego samuraja.
***
Znajdowali się w japońskim namiocie dowodzenia. Po jednej stronie stołu zasiadał Tanagawa-shōshō, wciąż w swoim pancerzu, ale bez tej przeklętej maski. Po drugiej zaś siedział Holger oraz Maung Nyein – drobna, krucha kobieta, komicznie okręcona grubym łańcuchem, niczym postać z kreskówki. Pomimo tego, jak absurdalnie wyglądała, Jim nie był pewien, kto z towarzyszącej mu dwójki bardziej go przeraża.
– Rozdzielenie się na dwie grupy było rozsądną taktyką, poruczniku Holger – chwalił właśnie Tanagawa, tłumaczony na angielski przez swego adiutanta. – Ale, jak pan widzi, udało mi się przechwycić oba listy. Niestety, pana kompani nie byli skłonni oddać przesyłki bez walki.
Jim domyślił się losów Stylesa i Turnbulla, gdy tylko zobaczył na stole znajomą, teraz poplamioną krwią kopertę.
– Ich pismo dotarło do mnie w raczej kiepskim stanie – kontynuował Japończyk. – Tym bardziej wdzięczny jestem panu za dostarczenie mi nieuszkodzonej kopii. Wieści o tym, że generał Aung San zamierza nas zdradzić i przejść na stronę aliantów, są doprawdy niepokojące.
Porucznik słuchał jego słów tylko połowicznie. Nieustannie bowiem błądził wzrokiem pomiędzy generałem i Birmanką, próbując nadać sens wydarzeniom tej nocy.
– Gdzież moje maniery – rzekł Tanagawa, dostrzegając jego skołowanie. – Widzę, że ma pan trudności z dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. Spieszę z wytłumaczeniem. Kubek wody dla porucznika!
Jeden z żołnierzy natychmiast postawił przed nim blaszane naczynie z płynem, które Jim bez wahania opróżnił.
– Widzi pan, panie Holger – rozpoczął dowódca obozu – problemem Amerykanów, a pana w szczególności, jest to, że za szybko chcecie się ze wszystkimi zaprzyjaźniać. Tymczasem nie każdy zasługuje na naszą przyjaźń. Weźmy na przykład pana nową znajomą, panią Maung. Na pozór, to biedna kobieta z małej wioski, samotnie wychowująca dwóch synów, pogardzana nawet przez własną społeczność tylko ze względu na swą inność. Doskonale rozumiem, czemu dżentelmen, taki jak pan, czuł się w obowiązku jej pomóc.
Tanagawa powoli wstał z krzesła, co w pełnej zbroi było nie lada wyczynem, i zaczął przechadzać się wokół stołu.
– Tylko co, jeśli rzeczona kobieta, to wcale nie kobieta. Co, jeśli to pradawny demon, który jako jedyny cel swojej egzystencji obrał spożywanie ludzkiego mięsa?
Jim zadrżał i machinalnie odsunął się nieco od Maung Nyein. Kobieta zaoferowała mu jedynie przelotne spojrzenie pustych, zmęczonych oczu, po czym przeniosła wzrok na generała.
– Może powiesz mu całą prawdę? – zapytała. – I tak go zabijesz. Wszystkich, prędzej czy później, zabijesz.
Ostatnie słowa skierowała do towarzyszących im japońskich żołnierzy, którym zauważalnie nie spodobała się przepowiednia wiedźmy.
– Moja opowieść cię nie satysfakcjonuje, demonie? – Tanagawa uśmiechnął się krzywo. – W takim razie proszę, opowiedz sama.
Spojrzenia Jima i Birmanki ponownie się spotkały, jednak po chwili kobieta opuściła wzrok ze wstydem i podjęła łamanym japońskim:
– Buddyjskie księgi mówią o stworzeniach, potworach, zwanych belu. To duchy, demony, nie-ludzie. I istnieją naprawdę. Mnisi w klasztorach uczą, że spotkać można czyniące dobro pan-swe belu i nikczemne pan-kike belu, lecz mylą się!
Generał Tanagawa w tym momencie parsknął śmiechem, ale nie przerwał kobiecie.
– Zwykli ludzie zdolni są do większego nawet okrucieństwa niż pan-kike – kontynuowała, obrzucając spojrzeniem dowódcę Japończyków – a jednak wielu udaje się przezwyciężyć zwierzęcą naturę i wieść dobre życie. Ja też próbowałam. Dawno temu, spotkałam mężczyznę. Wspaniałego mężczyznę, który dał mi dwóch synów. Zostałam pan-swe, pożeraczem kwiatów, bo taki był mój wybór. Ale wtedy zjawiły się prawdziwe potwory i zabrały mi synów!
Gdy wypowiadała ostatnie zdanie, oplatające ją łańcuchy niebezpiecznie zazgrzytały.
– Droga pani Maung – odpowiedział Tanagawa z drapieżnym uśmiechem – spieszę przypomnieć, że ci dwaj dzielni młodzieńcy zgłosili się do Cesarskiej Armii z własnej woli. Nie prowadziliśmy tu wówczas nawet poboru. Jednak, z tego co wiem, byli nad wyraz zmotywowani.
Nyein spróbowała zerwać się z krzesła, co jednak poskutkowało jedynie wywróceniem się na uklepaną glebę, stanowiącą podłoże namiotu.
– Z pewnością po niemal dwóch wiekach cieszyli się z każdej możliwości ucieczki przed despotyczną matką, by móc walczyć z imperialistycznym jarzmem.
Kobieta szamotała się niczym dzikie zwierzę w klatce, ale nie była w stanie zdziałać nic przeciwko żelaznym ogniwom.
– Chyba wystarczy już tego szyderstwa, generale. – Jim w końcu zdobył się na odwagę, by wtrącić choć słowo.
– Racja, poruczniku, racja – przyznał spokojnie Tanagawa-shōshō. – Dość powiedzieć, że mimo swej siły, wytrzymałości i długowieczności, synowie pani Maung wciąż byli w połowie ludźmi i polegli w starciach przeciwko wycofującym się Brytyjczykom. Traf chciał, że obaj służyli wówczas pod moją komendą.
Generał nakazał żołnierzom podnieść do pionu krzesło wraz z kobietą, po czym sam powrócił na siedzisko.
– Widzi pan, panie Holger, miałem okazję zobaczyć ich w akcji. Byliby niepowstrzymani, gdyby nie młodzieńcza brawura i brak doświadczenia. Co ja mógłbym uczynić z taką mocą… Dlatego właśnie przyjąłem tę parszywą robotę przy budowie nikomu niepotrzebnej kolei. Wiedziałem, że gdzieś tu żyje ich matka. Musiałem ją tylko odnaleźć i poznać jej tajemnicę. I w końcu mi się udało. Trochę to trwało, ale zmusiłem ją, by pokazała swe prawdziwe oblicze. Kosztowało to życie wielu moich ludzi, ale było warto.
Odwrócił się na moment i podniósł z podłogi swój groteskowy hełm.
– Widzi pan te kły? – Wskazał na długie, ostre jak brzytwa pary zębów. – Należały niegdyś do dzieci pani Maung. Teraz dają mi niesamowitą moc w walce. Ale jestem pewien, że to wciąż nie koniec. Wkrótce poznam wszystkie sekrety belu i osiągnę nieśmiertelność!
– Z całym szacunkiem, generale – odparł Jim – ale po co mówić o tym mnie? To brzmi jak nieco przydługa ekspozycja antagonisty w powieści grozy. Domyślam się, że i tak nie opuszczę tego namiotu żywy.
– I tu się pan myli, poruczniku! – Tanagawa uniósł wysoko brwi, jakby był zszokowany samym przypuszczeniem. – Nie tylko zamierzam wypuścić pana z tego namiotu, ale pozwolę panu wyjść przez główną bramę obozu. Oddam panu nawet listy!
– Dlaczego miałby pan to zrobić?
– Chaos. Chaos i destrukcja, na popiołach której powstanie nowe cesarstwo. Z moją skromną osobą na czele.
Tłumacz zawahał się wyraźnie przy ostatnich słowach, spoglądając znacząco na generała.
– To zdrada! – wykrzyknął po japońsku. – Tokio dowie się o tym niezwłocznie. Żołnierze, aresztujcie generała!
Obecni w namiocie gwardziści spojrzeli po sobie, niezdecydowani. Tanagawa westchnął ciężko.
– To chyba koniec naszej przyjemnej rozmowy – powiedział, po czym nałożył trzymany w rękach hełm, wziął głęboki oddech i wbił gołą dłoń w brzuch stojącego obok tłumacza.
Zszokowany adiutant nie zdołał nawet krzyknąć. Wpatrywał się jedynie tępo w zanurzoną we wnętrznościach rękę. Dopiero, gdy generał wyszarpał stamtąd jego wciąż pulsującą wątrobę, wrzasnął dziko i padł na ziemię. Dowódca, nie wypuszczając organu z ręki, wstał z krzesła i zdecydowanym ruchem rozgniótł czaszkę mężczyzny oficerskim obcasem.
– Dzięki pani Maung odkryłem dziś – oznajmił, mówiąc powoli i unikając trudnych słów – że zęby to tylko połowa tajemnicy. Liczy się, w co je wbijasz.
Generał-major Tanagawa uniósł nieco zasłaniającą twarz maskę i wgryzł się w wątrobę swojego podwładnego.
***
Po tym pokazie pozostali japońscy żołnierze nie kwestionowali już rozkazów przełożonego. I choć Jim miał kontynuować swoją misję przekazania listów, Tanagawa planował mimo wszystko ukarać obecnych w obozie Birmańczyków za zdradę. Nie cesarza rzecz jasna, lecz jego. Nakazał zgromadzić wszystkich na placu, by dokonać masowej egzekucji, po której zasiądzie do wieczerzy. Holger i Maung towarzyszyli mu, jako „świadkowie narodzin nowego porządku”.
James nie miał wątpliwości, że Japończyk był szalony. Przy tym mało kreatywny, co jednak nie umniejszało niebezpieczeństwa, jakie stanowił. Generał Cesarskiej Armii nie był w stanie ustać w miejscu. To krążył, to przestępował z nogi na nogę, niemal stepując. Holger mógłby przysiąc również, że spod ohydnej maski wyciekała mu strużka zabarwionej krwią śliny.
– Czujesz to już – stwierdziła nagle Nyein, zwracając się do Japończyka. – Głód. Jak naiwnym trzeba być, żeby myśleć, że możesz kontrolować tę moc, jak swój karabin, albo miecz?
Wpatrywała się w niego intensywnie. Była spokojna, mimo krępujących ją łańcuchów i dwóch przytrzymujących ją żołnierzy. Tanagawa nie odezwał się, lecz jego milczenie było bardziej wymowne niż słowa.
– Pamiętaj, że byłam zrodzona jako pan-kike. Ten głód jest dla mnie naturalny niczym oddech. Mimo to, z każdą sekundą pożera mnie od środka.
– Zamilcz, wiedźmo! – Samuraj odwrócił się do nich z wściekłością. – Należę do wyższej rasy i z łatwością opanuję wpływ jakiegoś pośledniego demona! Strzelać!
Komenda przeznaczona była dla rzędu strzelców, którzy w tym momencie otworzyli ogień do przerażonych Birmańczyków.
Z każdym kolejnym ciałem, padającym na wydeptany obozowy plac, Tanagawa-shōshō zataczał się coraz mocniej, jakby to w niego godziły przecinające powietrze kule.
– Nie mogę… Krew… Czuję… – wychrypiał przez zaciśnięte zęby.
– Idź – odpowiedziała mu beznamiętnie Maung Nyein. – Ucztuj.
Tanagawa w ostatniej, desperackiej próbie starał się jeszcze zdjąć przeklętą maskę, jednak ta wydawała się już zrośnięta z jego twarzą, wieńcząc transformację w krwiożerczego demona. Bestia wyprostowała się i popędziła za zapachem ludzkiej krwi.
Porucznik Holger, którego nikt nawet nie zadał sobie trudu związać, skinął nieznacznie w kierunku dwóch przytrzymujących kobietę strażników i odezwał się po japońsku:
– Panowie, myślę, że to dla was dobry moment na taktyczny odwrót.
Nie trzeba było im dwukrotnie powtarzać. Po chwili byli już tylko niewyraźnymi sylwetkami na granicy pola widzenia. Jim ostrożnie zbliżył się do Maung Nyein.
– Więc… ty też jesz ludzi? Powinienem się czegoś obawiać, jeśli cię uwolnię?
– Nie poddawałam się żądzy przez ponad tysiąc lat. Tak, ponownie zatopiłam kły w ciałach wrogów, żeby dokonać na nich zemsty. I nie żałuję tego.
– Dobrze – skwitował Holger. – Domyślam się, że musi mi to wystarczyć.
Podniósł z ziemi kawałek porzuconego żelastwa i przystąpił do pracy nad spinającymi łańcuchy kłódkami.
– Więc, jak go powstrzymamy? W tym obozie jest sporo ludzi, którym nie życzę losu bycia zjedzonymi.
– My nie. Ja. Ty weź listy i uciekaj. Może skrócą tę bezsensowną wojnę i jakaś matka doczeka dzięki nim powrotu swoich synów.
Jim chciał zaprotestować, ale doskonale wiedział, że jego pomoc na nic się nie zda, o ile w ciągu minuty nie znajdzie gdzieś porzuconego czołgu albo zapomnianej bazy myśliwców.
– Nie mogę ich po prostu zostawić.
– Mam plan. Zaufaj mi, proszę.
Jakże popieprzonym stał się ten świat, skoro zaufanie prastaremu demonowi o kanibalistycznych tendencjach wydało się Jamesowi jedynym rozsądnym rozwiązaniem.
– Powodzenia – powiedział tylko, gdy uporał się z ostatnim zamkiem i popędził w kierunku namiotu dowodzenia.
***
Zabrawszy listy generała Aung Sana, porucznik James Holger ruszył do głównej obozowej bramy. Zatrzymał się jedynie na moment, aby chwycić karabin leżący obok poćwiartowanej i nadgryzionej tuszy, która jeszcze moment wcześniej była tułowiem człowieka. Potem już tylko biegł, ile miał sił w nogach.
Dopiero gdy znalazł się na szczycie wznoszącego się za obozem wzgórza, odważył się zerknąć za siebie. Słońce zdążyło w międzyczasie wychylić się ponad horyzont, sprawiając, że niebo konkurować musiało z widocznym poniżej placem o miano bardziej „krwiście zabarwionego”. Tym razem bezapelacyjne zwycięstwo odniosła przesiąknięta szkarłatem ziemia.
Jim dostrzegał ruch tylko w jednym miejscu. Wysoka, smukła postać próbowała opędzać się od ataków bardziej krępego napastnika, który wydawał się momentami być w kilku punktach jednocześnie.
Maung Nyein nie miała w tym starciu szans, jednak Holger widział już, że jej zamiarem nie było zwycięstwo. Ani nawet przeżycie. Krok po kroku, przyjmując na ciało kolejne ciosy, kobieta w postaci demona zbliżała się do celu – namiotu, pod którym Japończycy przechowywali dynamit do rozsadzania skał.
Gdy walczący znaleźli się pośród skrzyń wypełnionych wybuchowym materiałem, pan-swe belu, bo tym bez wątpienia było nieszczęsne stworzenie, spojrzała wprost na niego. Mimo dzielącej ich odległości, Jim nie miał co do tego wątpliwości. Skinął nieznacznie głową, unosząc karabin. Wycelował najlepiej jak potrafił i strzelił.
Ogłuszający huk był niczym grom pioruna uderzającego tuż obok. Skała pod stopami Holgera zatrzęsła się, niemal zwalając go z nóg. Na szczęście, zabudowania dla jeńców były dostatecznie oddalone, by nie ucierpieć. Droga do wolności stała przed więźniami otworem.
Jim obrócił się na pięcie i ruszył w przeciwnym kierunku. Czekała go długa i niebezpieczna przeprawa do Indii. Na płaskim szczycie wzgórza minął trzy niewielkie, kamienne stupy, przy których ofiarował cichą modlitwę za duszę Maung Nyein i jej synów.