- Opowiadanie: Razzart - Fantastyczna III : Powrót Ciemności - fragment

Fantastyczna III : Powrót Ciemności - fragment

Oceny

Fantastyczna III : Powrót Ciemności - fragment

Siedząc oszołomieni na swoich skrzyniach obserwowali przez jaskrawe do potęgi światło monstrualną budowlę, do której gigantycznych złotych wrót, prowadziły wysokie, białe i lśniące schody. Nie był to jakiś dom, czy kamienica, a monumentalny pałac. Pałac, którego żaden z obserwujących go nigdy wcześniej nie ujrzał. Budową przypominał Hiszpańską Sagrade Familie, lecz mieli pewność co do tego, że nie znajdują się na Ziemi. Pałac tylko w drobnym procencie mógł przypominać tą bazylikę i to pod względem kilku elementów architektonicznych, zaś na ogół wyglądał całkowicie inaczej. Był pozłacany na każdym ze swoich trzech alkierzy wyciągniętych wysoko ku niebu. Ciągnęły się one w linii poziomej po całym wysokim, smukłym budynku, wykonanym z białego marmuru lub podobnego materiału z którego budowały się również same alkierze. Schody prowadzące do pałacu były niespotykanie wysokie, niczym schody do nieba, lub tylko im się tak wydawało. Clark ponownie podjął próbę wstania na nogi podtrzymując się rękoma skrzyni, to właśnie wtedy poczuł palcami małe wgłębienia w niej. Na jego skrzyni mieściły się pewne napisy. Schylił się i zmrużył wzrok niczym osiemdziesięciolatek do gazety.

 

Clark Mitch

Renaugal

Reptonaugalic

 

– Coś tu jest! – oznajmił.

Zrobił to pomimo, że Wax i Axe ciągle przy nim siedzieli i wszystko zarejestrowali.

 

Wax North

Nautiles

Nautilian

 

Inne, nie do końca zrozumiałe dla Waxa słowa widniały na jego skrzyni.

Skąd tu nasze imiona i nazwiska? Myślał. Nautiles?

Może jednak je rozumiał, ale na sposób dosłowny, aby jedynie je przeczytać, ale co z innym sensem? Tym który wytłumaczy mu, dlaczego te napisy są w języku angielskim i dlaczego zawierają ich imiona?

Axe obserwując jak nowo poznani, a wcześniej nieznajomi, zerkają na swoje napisy, nie potrafił zignorować swoich, a jak przypuszczał, również je znajdzie.

 

Axe Cadeo

Avo

Animoximer

 

Gdy Clark dotykał liter wydrążonych na swojej skrzyni chcąc dowiedzieć się jak ją otworzyć, szybko dostał odpowiedź. Wystarczyło, że trzy razy maźnął palcem od prawej do lewej i z powrotem niczym po gładkim szkle, a biała skrzynia otworzyła się na ich oczach, a właściwie górna jej część zwyczajnie zanikła, podobnie jak “ściana”. Zawartość skrzyni uderzyła w oczy; błękitny blask wypolerowanego kamienia leżącego w środku, otulonego szarą gąbką. Koncentrował wzrok na niebieskim, lśniącym kamieniu w kształcie rombu; to lekko przezroczysty kryształ którego światło wewnątrz pulsowało.

Mitch rzucił ciekawskim spojrzeniem w stronę Waxa i Axa śledzących każdy jego ruch, i znów wrócił wzrokiem na kryształ. Sięgnął po niego i wyrwał z gąbki. Trzymał go na wysokość klatki piersiowej, a pulsujące światło rombu zdawało się synchronizować z rytmem bicia jego serca, czyli nie linearnie i chaotycznie, zwłaszcza, że kryształ mroził jego dłonie jak wyjęty z zamrażarki.

– Lodowaty. – stwierdził, głupio uśmiechając się i trzepiąc kryształem góra – dół, lewo – prawo, obracając go i szukając w nim większej głębi.

– Uważaj z tym. – ostrzegł Wax.

– Przecież to tylko jakiś kamień. – parsknął Mitch, aż owy kamień niebezpiecznie zbliżył się do jego klatki piersiowej. Nagle jego oczy niczym pięciozłotówki, a kryształ jak strzała wbił się prosto w mostek. Przeszył go równie gwałtowny i szybki co sama sytuacja ostry ból, wydający się być sto razy silniejszy niż przy zawale serca.

– Co jest kurwa! – krzyknął niemalże załamanym głosem, upadając na podłogę, krztu-sząc się wypowiedzianymi słowami. Miotał się po białej powierzchni próbując wyrwać z klatki piersiowej kryształ, który z każdą następną sekundą zadawał mu coraz większy promienisty ból i pot na czole. Przyspieszony oddech i skurcze rąk i nóg, nie mógł nimi ruszać.

– Odsuń się! – Wax odepchnął Axa ręką, podczas gdy skóra Clarka ewidentnie zmieniała zabarwienie. Jego delikatna opalenizna łuszczyła się, skóra cienką warstwą odchodziła i opadała na podłogę, a nowo powstała skóra która formowana była na jego ciele przybierała kolor oranżowy. Mitch był przytomny, chociaż modlił się aby tą świadomość stracić. Na widok swojej odseparowanej skóry krzyknął jeszcze raz, a stwierdzenie, że wyje jakby ktoś zarzynał go na żywca, w tym wypadku było jak najbardziej trafne i prawdziwe.

Jedyni świadkowie – Wax i Axe – sami nie potrafili ułożyć w głowie myśli, które pod-powiedziałyby im co mają uczynić. Niewykonalnym zadaniem było dopuścić do siebie myśli, które wskazywałyby na to, iż to co widzą jest prawdą. Z bliska obserwowali jak kończyny Clarka rosną – jego ręce, dłonie, nogi i stopy. Patrzyli jak przybiera na masie w zastraszającym tempie, a na jego klatce piersiowej, biodrach, przedramionach i goleniach formował się lśniący granatowy i twardy materiał zwany Dacota. Materiał ten tworzył się znikąd, a przybieranie na masie w takim tempie sprawiało mu nienaturalne rozstępy.

Nastała nagła cisza ze strony Mitcha. Klęcząc i podtrzymując się rękami powierzchni, twarzą obrócony był do podłogi chcąc uspokoić oddech i samego siebie. Podparł się prawą ręką kolana by podczas wstawania na nogi nie upaść, gdy w jego głowie szalał chaos i brak równowagi. Znów zakłuło go w sercu. Ponownie zajęczał wytrzymując wyraźne kłucie w głowie. Mimo bólu, wyprostował się i spojrzał z wyższością na pozostałych. Był od nich trzy razy wyższy i masywniejszy. Oddychał ciężko, ale szybko do siebie dochodził.

– Clark?… – odezwał się Wax. Właściwie nie był tyle co jedynie skonsternowany, ale wręcz przerażony tym co widzi. Już sam nie wiedział, czy wciąż patrzy w górę na Clarka, czy już na budzącą grozę kreaturę. – Twoje włosy… – powiedział, przełykając ślinę. – …płoną.

Mitch ani tego nie widział, ani nie czuł, ale jego włosy były czystym płomieniem, chao-tycznie tańczącym blisko białego sufitu. Na czole wyrosła para kilkudziesięciocentymetrowych ciemnych rogów, podczas gdy pomiędzy nimi przymocowany był czerwony ostry kamień wbity w skórę. Czaszka Clarka została mocno zarysowana, a jego kości policzkowe stały się na tyle wyraziste, że zdawałoby się, iż przed Waxem i Axe stoi w pełnej okazałości sam diabeł we własnej postaci. Źrenic w oczach nie miał, zaś one same oślepiały złotym blaskiem. Nos zanikł, a pozostały tylko nozdrza jak u szkieleta. Uformowana Dacota stworzyła zbroję: błękitny napierśnik z naramiennikami zakończony ostrymi kolcami, granatowymi rękawicami i nagolenicami, zaś na pasie uformowała mu się zbroja przypominająca spódnicę, tyle że kryształową i dość sztywną, ale nie ograniczającą ruchów. Stopy zakończone ostrymi pazurami, zaś dłonie pozostały względnie normalne, tyle że również trzy razy większe. Jako człowiek był masywny, lecz dopiero teraz to pojęcie nabrało zgoła innego znaczenia. To już wcale nie człowiek, już nie Clark który jedyne co potrafił, to naprawiać samochody i popadać w większy nałóg. Błękitny kryształ został widoczny na piersi, a on sam w tamtej chwili mógł nazywać się Renaugal, Mistrz Żywiołów z rasy Reptonaugalic.

– O japierdole! – wrzasnął zadziwiony, a nawet jego głos zmienił się na głębszy i nieco poważniejszy, gdyby mówił w tubie, po której rozchodzi się echo. Spojrzał na dłonie i się im przyglądał; to jak struktura jego skóry się w całości zmieniła, zdawała się być stworzona z miniaturowych kamieni, zbitych, nachodzących na siebie płytek – nie można było tego nazwać łuskami, ale czymś całkiem podobnym. Przyglądał się swojej zbroi, która z resztą nie była taka niewygodna na jaką wyglądała.

Uśmiechał się nie wiedząc, czy tak bardzo jest nawalony, czy śni, czy być może cała ich trójka znalazła się kompletnie gdzieś, gdzie nie mieli prawa się znaleźć. Wcale nie był przerażony, nie poddał się strachu, odczuwał bezpieczeństwo większe niż wcześniej. Jego wspomnienia nie uległy zmianie tak samo jak sposób myślenia, tylko ciało było inne, a kryształ na klacie stał się jego drugim sercem. Wydawało się to niekomfortowe, kryształ synchronizował się z sercem przez co odczuwał pewien dyskomfort, ale nie zwrócił na to większej uwagi.

Jak to możliwe? W głowie Waxa tworzyły się różne myśli. Pogrążony w konsternacji, próbował znaleźć na nie odpowiedź której, rzecz jasna, nie widział na horyzoncie.

Spojrzał więc do swojej skrzyni. W środku to samo – kryształ.

W gąbce leżał przedmiot w kształcie przeciętego wszerz rombu w kolorze jasnozielonym od zewnętrznej strony i do bólu czerwonym od wewnętrznej. Jarzył się tymi dwoma ko-lorami na przemian. Wziął w dłoń owy przedmiot, a mało nie skaleczył się jego ostrymi brzegami. Gdy trzymał go na wysokości oczu, w powietrzu wokół kryształu unosiło się jaskrawe światło, tak jasne, że malowało na twarzy zdumienia i jednoznacznej niepewności swoje barwne wzory świetlne, które z każdą sekundą, najmocniej jak tylko mogą, chciały wbić się w jego ciało.

– Czym to jest? – zapytał, wiedząc, że nie dostanie od nikogo odpowiedzi. – Jak się czujesz? Słyszysz nas? – dodał, kierując słowa do Clarka.

– No pewnie! – ten wrzasnął podekscytowany. – Patrz co się ze mną stało! Zajebiste!

Wax i Axe wymienili się spojrzeniami.

– Widzisz tak samo? – dopytał North.

– Nawet lepiej, ostrzej. Czuję się silniejszy. – mówił Clark, zaciskając dłonie w pięści. Budowa jego nowego ciała była zbita, potężna i pokaźna. Miał niemało tłuszczu, ale nie można było powiedzieć, że nie posiada żadnych widocznych mięśni.

Wax spojrzał ostrożnie w stronę Axa aby nie popełnić błędu Clarka, po czym skinął do niego głową, chcąc aby ten również spojrzał do skrzyni czy jest w niej to samo.

– Ja nie chcę… – szepnął Cadeo zerkając na swoje nazwisko wyryte w skrzyni. Obser-wował ją i co chwilę odwracał wzrok na Northa. Wax i Renaugal czekali w ciszy aż Axe wyjmie zawartość swojej skrzyni. Mimo że nie był pewien, to chyba gdzieś głęboko jego serce bardzo tego pragnęło, zważając na ten jego charakterystyczny wyraz twarzy gdy się nad tym zastanawiał – wtedy to oczy wędrowały mu w każdą możliwą stronę, w sufit, na podłogę i gdziekolwiek jeszcze, zatrzymywał wzrok i myślał.

– Widzisz kim się stałem. – bełkotał Renaugal. – Nie wiem co to i jak to działa… ale nie będziesz już słaby. Ubierzcie to. Ja już to zrobiłem, nie będę sam.

– Nie wiem czy to bezpieczne. – przyznał Axe otaczany własnymi obawami. Serce mu przyspieszało. – Boję się. – szepnął, ale jednak otwierał skrzynie. Jego oczom ukazał się krwisty, rażący szkarłatem romb. Fala ciepła rozeszła się po jego ciele wychodząc od klatki piersiowej. Kryształ zapulsował wewnętrznym światłem trzykrotnie.

– Co to? – odezwał się Wax, widząc jak pot na czole Axa spływa mu na oczy. Chłopak rzucił na niego wzrokiem chcącym powiedzieć, że wydarzyło się coś, czego nie mógł przewidzieć. To grało w jego oczach pierwsze skrzypce, niewytłumaczalne zjawisko.

– On do mnie mówi… – wyszeptał, gdy jego ręce drżały.

– Jak to mówi? – zaśmiał się głośno Renaugal.

– Chce mnie–

Kryształ wystrzelił ze skrzyni w pierś Axa, wbijając się w jego skórę niemiłosiernie boleśnie, nie pozwalając mu dokończyć zdania. Upadł na podłogę trzymając się za serce. Krzyczał, drapiąc paznokciami o podłogę, żyły otaczające szyję uwydatniły się, pulsowały groźniej niż zwykle gdy transportowały zwiększoną ilość krwi. Oczy spuchły i łzawiły. Na oczach Clarka i Waxa, skóra Axa szarzała, bladła i to w zatrważającym tempie. Włosy na rękach urosły zmieniając swój kolor, przekształcając się w sierść z prawdziwego zdarzenia. Wokół pasa tworzył się brązowy materiał na długość kolan, a równocześnie kości zwiększały swą objętość. Wydawało mu się, że zaraz wybuchnie od środka, że ciśnienie go zabije. Okropny dyskomfort w ciele – jak był świadomy gdy mięśnie przybierały na masie; jak rosły. Zakrył swoje lewe oko ręką przyciskając z całych sił, aby krwawienie z niego ustało, ale mimo to krew płynęła przez palce i kapała na podłogę. Płynęła przez brodę, szyję i pierś. Wydarła z siebie trzy strumyczki, które przepłynęły przez jego nowy, równie krwisty kryształ przytwierdzony do klatki piersiowej, szalejącej od nadmiaru emocji. Zakrzyczał ponownie i zadrapał się przypadkiem w okolicach prawego oka tworząc krwistą szramę. W lewym oku stracił w całości wizję, pojawiła się ciemność związana z czarną opaską na oko pojawiającą się, jakby powstała spod skóry głowy. Wstając, zaparł się plecami o białą ścianę i próbował nie zwymiotować, jednocześnie trzymając kolana – one dopiero obrastały w szarą sierść. Widząc na jedno prawe oko, trudno było mu nie dostrzec jak jego nos przekształca się w długi pysk; jak wydłuża się ciągnąc jego skórę spod oczu, policzków i brody. Wyrosły mu zęby a dziąsła w ich miejscu ociekały krwią i maziowatą śliną. Coś wbijało się w jego kręgosłup, pełzało nierytmicznie idąc od kręgów szyjnych a kończąc na kości ogonowej, a to właśnie o nią się rozchodziło. Nieprzyjemne uczucie mroźnego prądu przechodzącego po ciele. Wyrósł mu mięsisty ogon, który dopiero szyty był przez płaty szarej skóry i sierści. Upadł na kolana i przytrzymał się rękami podłogi, wył jak rozwścieczony byk gdy po bokach jego głowy rosła para długich i zakrzywionych czub-kiem do środka ciemnych rogów, będących częścią jego czaszki.

– Piecze! – wrzasnął, a na tym etapie jego głos zdeformował się, brzmiał ostro i niewy-raźnie, trochę sepleniąco. – Pali mnie! – drapał jak mógł w okolicach karku.

Wokół szyi materializowała się złotawa obroża ozdobiona kilkoma kolcami, zaś na-pierśnik, rękawice do łokci i nagolenice tworzyły się znikąd w barwie krystaliczno-błękitnej, a tworzył je materiał zwany Runntassm. Wszystko przez co cierpiał przestało go dręczyć tak szybko, jak szybko się rozpoczęło. Upadł na pysk i leżał odpoczywając, z ulgą nabierając powietrza. W oczach Waxa wyglądał jak kot bez sierści, mając na myśli dobrze uwidocznione mięśnie. Zamiast jednak pysku kota, posiadał już masywną i umięśnioną głowę, ale nie głowę człowieka, ani gada czy ptaka. Mógł mówić o sobie Avo, Mistrz Animoxów, rasa Animoximer.

– To pies? – wstrzymał się Renaugal z pochopnymi wnioskami, musiał się jeszcze raz przyjrzeć. – Masz pysk psa! – zaśmiał się wskazując na niego palcem, już był pewien na co patrzy.

Avo pozbierał się z podłogi i chwycił ostrożnie za czubek pyska. Macał go, sprawdzał palcami jamę ustną, potężne zęby i długi język który jak na złość bardzo chciał wypaść na wierzch.

– Psa?! – wyjęczał zmęczony.

– To… – Wax zmrużył oczy na myśl, która chciała przydzielić wygląd pyska do znajomej mu rasy psa. – …to chyba amstaff. – dokończył niepewnie.

Jego ogon również nie chciał współpracować, wił się jak wąż w powietrzu ciągnąc go do tyłu, więc ten musiał zwracać poważną uwagę przy każdym swoim ruchu.

– Jak to w ogóle możliwe? – pytał. – Jestem psem?! – obracał się za ogonem chcąc go w całości ujrzeć.

– Przynajmniej nie słabym. – stwierdził Renaugal.

– Ja mam rogi! – wrzasnął, dotykając je. – Ogromne pazury! Łapy! – nie mówił już tego w strachu, a przynajmniej nie do końca, bowiem było w jego głosie coś fascynującego. Przez całe życie zajmował się leczeniem zwierząt, opiekował się nimi i interesował ich budową, fizjologią, ale w żadnym wypadku nie brał pod uwagę scenariusza, w którym to on zo-staje zwierzęciem – byłoby to zbyt abstrakcyjne i traumatyczne.

– I jak się czujesz? – spytał Wax.

– Dobrze. – odparł energicznie. – Czuje się jakoś… żywiej. Mam dużo energii, nie je-stem ospały, ale… – przerwał na moment. Zerknął na obrośnięte szarą sierścią ręce, na pazury których nie umiał jeszcze schować.

– Ale co?

– To niewiarygodne. – dokończył. – Nie wiem, czy to ma jakiś sens.

– Jak działa, to nie ma co zastanawiać się nad sensem. – pocieszył Renaugal.

Co teraz mam zrobić? Pomyślał Wax, zdając sobie sprawę, iż ciągle trzyma w ręku kryształ, o którym na chwilę zapomniał. Wierzył im co do ich słów, ale nie miało to żadnego sensu. Nie znał logicznej odpowiedzi na to co ich spotkało i co stało się z Clarkiem i Axem, i właśnie ten fakt blokował go przed jakimkolwiek działaniem. Zawsze był ostrożny i trzymał się od niebezpieczeństwa z daleka, takie spontaniczne działania – jak przyłożenie do klatki piersiowej obcego obiektu który przemienia ciało – ewidentnie do niego nie pasowały.

– Teraz ty. – wspomniał Renaugal. – Będzie fajnie, zobaczysz.

– Cicho. – zbył go Wax, wciąż się zastanawiając. – Co jak będę taki jak wy już do końca życia?

Zanim zastanowił się nad tym co powiedział, nie było dla niego czasu.

– Odsuńcie się! – ostrzegł natychmiast, gdy odczuł kryształ przysuwający się do jego klatki piersiowej niczym magnes do metalu.

Wax wrzasnął ukłuty kryształem w serce, niczym cały rząd łuczników strzelających i dziurawiących jego organ na strzępy. Ból uderzył w niego jak z armaty, a on sam momentalnie stracił równowagę w nogach uderzając barkiem o ścianę, trzymając się jej uporczywie aby nie upaść całym ciałem. Zamknął oczy będąc przekonany, że potrafi wytrzymać każdy ból i że za wszystko odpowiedzialny jest umysł.

Nawet on nie potrafił myśleć tak szybko, jak pojawiły się pierwsze objawy. Odsysanie tłuszczu lub jego mechaniczne usuwanie – coś podobnego zdawałoby się, iż jest na nim wykonywane. Jego kończyny traciły swoją dotychczasową masę, chudł w abstrakcyjnym tempie. Opis zdzierania skóry byłby zbyt łagodny jak na to, czego doświadczał. Skóra płonęła bólem, rozstępowała się tworząc krwawe i płytkie rany, niczym ciemność kalecząca dzień po dniu zachód gwiazdy. Palący gorąc, szczypanie i pieczenie błąkało się po jego ciele bez celu, topił się w morzu lawy i płomieni nie potrafiąc pływać. Ze wszystkich sił starał się nie wrzeszczeć, zacisnął zęby do granic możliwości, lecz gdy szczypanie i pieczenie dochodziło do szyi i głowy, wydawało mu się, że skóra całkowicie odchodzi od czaszki, a jedyne co ją trzyma przed całkowitym oderwaniem, to kapiąca krew działająca jak hiper mocny klej.

Otworzył oczy nie potrafiąc dłużej trzymać ich pod kocem ciemności swoich powiek. Wytrzeszczył je, a one przepełniły się cyjanowym blaskiem, a w nim zatopione zostały źrenice. Pod oczami pojawił się czarny osad, przypominający ich podkrążenie podobnie jak u Renau-gala. Skóra po bokach brody rozerwała się symetrycznie po dwóch przeciwnych stronach. Otoczone żylastą powłoką kły wyrosły mu w przód, a powłoka pruła się i ociekała przezroczystą mazią gdy ich czubek był na tyle ostry aby ją przebić. Skóra obrosła czymś na kształt idealnie gładkiego mchu, w każdym centymetrze jego ciała. Z czubka głowy, z każdego kąta, wyrosły długie nici układające się i formujące w dłuższe pasma malachitowych włosów sięgających mu do ramion; a w miejscu czoła wytworzył się diadem ciągnący swoje końce ku górze, jednak nie otaczał całej głowy, widoczny był tylko z przodu. To w nim osadził się kryształ niczym w gnieździe. Skóra była na tyle cienka, że oblepiała lekko każdy zarys jego żeber, obojczyka i miednicy. Dłonie długie, smukłe i obrzydliwie chude, same kości. Palce u stóp scaliły się w dwa długie, ciemne szpony, zdające się być stworzone z jakiegoś rodzaju drewna. Na szyi zawisła naszyjnikopodobna ciemnozielona liana zakończona czerwonym elementem, w całości przyklejona do ciała, zupełnie jakby znajdowała się pod cienką skóra, a była na tyle gruba, że widoczna na zewnątrz. Uformowane zostały jasnozielone rękawice nie obejmujące dłoni, a kończące na łokciach; z ich grzbietów wyrosły po dwa ostre jak brzytwa i równie cienkie kolce. Wokół dwóch ramion pojawiły się szkarłatne i lśniące opaski uciskające, każda jego żyła na rękach doskonale się uwydatniła, te mniejsze i te większe również, wszystkie obrzydliwie pulsowały. Ukazały mu się także dwie krwistoczerwone symetryczne plamy na ciele, malowały się od boków jego tułowia i przechodząc przez żebra kończyły na środku piersi. Dodatkowe wzroki o podobnej barwie wypłynęły spod skóry pod kolanami w kształcie strzałki skierowanej ku górze, a następne strzałki już ponad kolanami pojawiły się sekundy później.

Nabrał głęboki wdech krztusząc się. Zbierało mu się na wymioty. Podbiegł do wyjścia na zewnątrz i tam zwymiotował, byle nie pod nogi. Wypuścił powietrze i przetarł swoje nowe oczy z łez. Robiąc to, odczuł pewien dyskomfort. Otóż do jego zewnętrznej strony rąk, przyklejały się trzy krwiste, zwisające, lub naciągające się pnącza, w zależności od sytuacji. Przy-legały do boku jego torsu w miejsce mięśni zębatych i skośnych brzucha. Każdy ruch rękami naciągał mu skórę.

– Wyglądasz jak–

– Roślina… – Wax ciężko dokończył słowa Avo.

North przemienił się w kryształ o nazwie Nautiles, pochodzący z rasy Nautilian. Był Mistrzem Natury. Stojąc prosto przy Renaugalu był od niego jedynie kilka centymetrów niż-szy, zaś porównując do Avo – takiego samego wzrostu.

– Też czuliście, jakbyście się palili? – spytał Cadeo i spojrzał na włosy Renaugala.

– Nie. – odparł Clark.

Pierwsze kroki Nautilesa były dość koślawe, stawiał je ostrożnie, a czuł jakby chodził sztywno na szczudłach. Z początku ciężko zginał nogi w kolanach, musiał je dopiero rozcho-dzić. Jako człowiek był szczupły, ale to już przesada.

Roślina… Stwierdził w myślach, zerkając z bliska na drobne listki tworzące skórę. Zbieg okoliczności?… Nie dał mi czasu na zastanowienie, może jak w przypadku Axa wyczuł

jakoś niepewność i zrobił to za mnie… to jest coś więcej niż szklanopodobny klejnot. Rzucił ostrym spojrzeniem na błękitny kryształ Renaugala na piersi. To jest coś, czego jeszcze nie rozumiemy.

– I jak się czujesz? – spytał Avo. – Dziwnie, prawda?

Ten mu skinął głową.

– Niedobrze mi. – powiedział.

Koniec
Nowa Fantastyka