Napisane kilka lat temu opowiadanie na potrzeby konkursu. Dzisiaj postanowiłem je udostępnić ^^ Miłego czytania!
Opowiadanie humorystyczne, na 40 000 znaków ze spacjami. Nie planuję rozszerzać tego uniwersum. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi :)
Napisane kilka lat temu opowiadanie na potrzeby konkursu. Dzisiaj postanowiłem je udostępnić ^^ Miłego czytania!
Opowiadanie humorystyczne, na 40 000 znaków ze spacjami. Nie planuję rozszerzać tego uniwersum. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi :)
Stefan błądził wzrokiem po chatce, wiercąc się na taborecie. Był tutaj po raz pierwszy i solennie sobie przysięgał, że po raz ostatni.
Wiedźma jakby nie dostrzegała jego zaniepokojenia; nucąc wesoło, rozdrabniała w moździerzu tajemnicze nasiona, po których, wedle zamówienia, zbiory będą obfite jak nigdy dotąd. A plony sąsiada, tego buca, trafi szlag. Stefan nie wnikał, dlaczego ta sama substancja zadziała inaczej na jego polu, a inaczej na innym. No, ale w końcu – nic nie wiedział o magii. Gdzie mu tam do sekretów wiedźm.
Kobieta nie przypominała czarownicy – starej, powyginanej baby. Jak przybyła pewnego dnia, to wzięli ją za obrotną kurtyzanę, co to wdzięki obwoźnie oferuje.
Odwrócił wzrok, z nadzieją, że nie widziała, gdzie się gapił.
Zauważyła. Dla wieśniaków stanowiła uosobienie piękna. Znacznie odbiegała od tutejszych styranych robotą dziewcząt; długonoga, z kruczoczarnymi włosami schowanymi pod czerwoną chustą, spod której wystawały uszy ozdobione złotymi nausznicami. Sam makijaż, któremu codziennie poświęcała mnóstwo czasu, powalał chłopów na kolana.
Prawda była dużo prostsza, chociaż też ciekawa. Pochodziła z jednej z najbiedniejszych dzielnic stolicy. Od małego zmuszana była do walki o życie wszelkimi dostępnymi sposobami; zaczynała od drobnych kradzieży i włamań, szybko jednak ogarnęła, że utrata ręki bądź spędzenie kilku miesięcy w więzieniu nie było warte tych paru nędznych monet. Za sugestią wuja zajęła się szeroko pojętym kantowaniem.
Nie było to takie trudne, jeśli miało się głowę na karku. A Marya dobrze to wszystko obmyśliła – skrzyknęła koleżanki, równie zdesperowane jak ona, i nakupiła za bezcen (albo zaiwaniła z magazynku apteki) różne części roślin będących produktem ubocznym leków. Razem z dziewczynami powydobywały z nich miąższ i wyprodukowały rzekomo cudowną maść, mającą zapobiec grzybicy, popularnej u bogato urodzonych dam. Jedna z dziewczyn, kurtyzana obeznana ze sztuką makijażu, pomalowała reszcie stopy tak, żeby symulowały tę chorobę. A potem poszło już z górki.
Na początku nieprzekonanym co do cudownej maści kobietom trzeba było robić istny teatrzyk, demonstrując działanie na sobie. Ale jak zobaczyły, że „choroba” faktycznie powoli znika, to zaczęły kupować ów środek za astronomiczne kwoty.
Interes kwitł, a Marya stała się osobą pożądaną na salonach. Nawet edukację sobie załatwiła. Później jednak wyszło, że owe produkty uboczne nie bez powodu mają taką nazwę. I kończyny posmarowane cudownym preparatem, powstałym z cholera wie czego, po jakimś czasie zaczynały gnić i… no, odpadać. Chryja była na całą stolicę, Marya na tyle szybko się zorientowała, żeby zdążyć spakować najpotrzebniejsze rzeczy i zwiać, zanim żądne mordu arystokratki dobrały się jej do tyłka. Szczęśliwie, nie brała udziału w prezentacjach, zajmowała się tylko „wychwalaniem”. W stolicy była jednak spalona, a jej piękna podobizna wisiała w każdym większym mieście. I tak skończyła w malutkiej wiosce na skraju świata, udając wioskową czarownicę. Szlag!
Kiedy udało jej się uporać z nasionkami, wysypała je na przygotowaną wcześniej misę ozdobioną „pradawnymi runami”. Co prawda były to pozbawione sensu wytwory fantazji Maryi, ale na wieśniakach robiły wrażenie.
– Mąka, piec… czosnek i węgiel! – wykrzyknęła, unosząc ręce nad miską i przybierając gniewny wyraz twarzy. Przerażony chłop niemal spadł na ziemię. Wymówione w nieznanym mu języku północnych ludów losowe słowa utwierdziły go w pewności, że ma do czynienia z najprawdziwszą wiedźmą.
Z niemal nabożną czcią wsypała „magiczny” proszek do woreczka i podała go wieśniakowi. Odebrał drżącymi rękoma.
– I pamiętaj dobry człowieku – zaczęła słodkim tonem, posyłając uwodzicielski uśmiech. Biedny Stefan nie wiedział, gdzie oczy podziać – musisz to zrobić o północy… Nie! Po północy…
Co by tu jeszcze opchnąć? Podeszła do skrzynek w rogu chałupy. Grzebała chwilę, w końcu wyciągając czarną świecę. Postawiła ją przed chłopem i kontynuowała:
– Po północy rozpal i czekaj, aż wypali się do końca. Jest zaklęta, wzmocni działanie proszku. – Patrzył na nią nierozumiejącym wzrokiem, więc przystąpiła do wyjaśnień: – Tłuszcz wykorzystany do stworzenia tej świecy pochodzi od czarnej owcy poświęconej mrocznym bogom podczas pełni. Uwięziona w niej moc sprawi, że twoje plony urosną ponad wszelkie wyobrażenie!
– A… a sąsiada?
– A sąsiada – odpowiedziała, mrugając porozumiewawczo – będą cuchnąć. Bardzo. Bardzo mocno i bardzo długo.
No, teraz mówiła jego językiem! Zarechotał obleśnie. Zaraz jednak podrapał się po łysinie, zafrasowany.
– A ile mniem to wyjdzie? Ja biedny, pani wiedźmo, córeczka zaraz za mąż wychodzi, posag godny zapewnić trza…
– Pięć srebrnych. – Rzuciła bezlitośnie. – A twoja córeczka, mości gospodarzu, to przecież zyska na tych plonach! I się lepiej odżywi, mężowi przyszłemu atrakcyjniejsza się wyda. Inwestycja w dzieci to w końcu najlepszy interes!
Chyba nie zrozumiał tego słowa, ale nie wnikał. Bał się wzbudzać gniew u potężnej wiedźmy. Z utrapieniem wysupłał z mieszka monety i położył na wyciągniętej dłoni.
– Dziękuję, wielka pani. Klnę się…
– Cała przyjemność po mojej stronie – przerwała, uśmiechając się wymuszenie. Gestem wskazała mu drzwi.
Podziękował jeszcze raz i wyszedł.
Zamknęła za nim z westchnieniem ulgi. To był ostatni klient. Otworzyła okna na oścież i rozpaliła kadzidło, chcąc jak najszybciej wygonić woń chłopa. Opadła na łóżko, sięgając ręką za zagłówek. Pociągnęła zdrowo z gąsiorka, krzywiąc się niemiłosiernie. Jedno musiała przyznać – siwucha robiona przez wieśniaków przewyższała o klasę ten cienkusz ze stolicy. Nie wiedziała, z czego ją robią, ale i też wiedzieć nie chciała. Starczało jej koszmarów.
Gapiła się tępo w sufit. Chata zaanektowana po poprzedniej czarownicy (której się szczęśliwie umarło kilka dni przed przybyciem Maryi) była jednoizbowa, z (o zgrozo!) wychodkiem na zewnątrz. Ledwo pomieściła w niej swój dobytek, czego większość stanowiły przedmioty do opchnięcia naiwniakom, takie jak amulety chroniące przed oszustami, pierścienie nabierające temperatury jak ktoś cię okłamie czy inne pomocne głupotki.
Miała jeszcze nieodzowny zestaw do makijażu i trochę ubrań. Tylko tyle zdążyła zabrać, zanim uciekła z miasta opłaconym słono powozem, przykryta własnymi szpargałami. Ale nic to; przeżyła, a to najważniejsze. Stracony majątek zdąży uzbierać na nowo. Zamknęła oczy, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie słów wuja. Człowieka, który zapoczątkował jej karierę oszustki.
„To nie tak, że ludzie nie lubią być oszukiwani. Oni po prostu nie lubią WIEDZIEĆ, że są oszukiwani!”
***
Obudził ją dzięcioł stukający w drzewo. Jęknęła cicho w półśnie, mając nadzieję, że zaraz da sobie spokój.
Miarowe: STUK! STUK! STUK! odbijało się echem w głowie Maryi.
Zaklęła, otwierając oczy, gotowa pogonić intruza. Kiedy tylko to zrobiła, uświadomiła sobie kilka rzeczy. Po pierwsze – dookoła chaty nie było drzew, przecież stała na pagórku; po drugie, korona drzewa była niepokojąco blisko; po trzecie, spała na gałęzi kilka metrów nad ziemią.
Wrzasnęła, tracąc równowagę. Stało się to, co stać się musiało; próbowała jeszcze rozpaczliwie chwycić za gałąź, ale nic z tego – spadła między runo leśne, co chociaż trochę zamortyzowało upadek. Ból błyskawicznie pozbawił ją resztek snu. Gdzie ona, do cholery, jest? I dlaczego spała na drzewie?!
Kulejąc lekko, zmierzyła wzrokiem okolicę. Nic jej to miejsce nie mówiło; gdzie by nie spojrzała, to samo – morze drzew i zieleni.
– Heeej!!! Heeej!!! Jest tu kto??! – krzyknęła.
Odpowiedziało jej echo. Zagryzła wargi, próbując sobie przypomnieć wczorajszy dzień. Po tym, jak Stefan wyszedł, otworzyła okna i napiła się gorzały. No ale przecież nie tyle, żeby tak zabalować. Wynieśli ją? A po co? Zresztą wieśniacy bali się swojej nowej wiedźmy jak ognia, nie było opcji, żeby poważyli się na coś takiego. Przynajmniej aż nie zrozumieją, że ich oszukuje.
Spokojnie… Przecież musi istnieć logiczne wytłumaczenie sytuacji. Usiadła pod drzewem, z którego zleciała. Zmrużyła oczy, próbując coś dostrzec przez prześwit słońca między liśćmi. Nie mogło minąć więcej niż kilka godzin. Musiała być w Sennym Lesie. Zwanym też poetycko Lasem Bez Powrotu. Nie nastrajało to zbyt optymistycznie. Podróżując po okolicy nasłuchała się legend o tym miejscu. Podobno każdy, kto zbytnio wejdzie w gęstwiny, zapada w głęboki sen, a następnie zostaje wciągnięty w las, stając się niewolnikiem jego mieszkańców. Kimkolwiek by ci mieszkańcy nie byli.
Uznała to za brednie. Jednak inna sprawa wysłuchiwać historyjek przy ognisku, a inna znaleźć się samemu w rzekomym miejscu, jeszcze w tajemniczych okolicznościach. Zacisnęła zęby. Nie było co dywagować, trzeba wziąć się w garść. Nie po to zwiała ze stolicy, żeby umrzeć w lesie z bajań! Wstała dziarsko, przeszukując poukrywane kieszonki. Mosiężny klucz do chałupy, kilka wytrychów (przyzwyczajenie z czasów młodości), pilniczek, drobne monety… Jest! Mały nożyk, kiedyś służący do przycinania mieszków nieostrożnym przechodniom. Spojrzała na niego jak na starego przyjaciela; może i średnio użyteczny w razie ataku, ale chociaż napawał otuchą. Oprócz tego nic, została tu przetransportowana tak, jak stała… A, przepraszam! Leżała. Podziękowała w duchu przyzwyczajeniom, żeby zasypiać w butach. Dzięki porządnym kozakom przynajmniej nie złamie nóg w wykrocie.
Słyszała szum wody dobiegający z niedaleka, a z doświadczenia wiedziała, że najlepiej iść wzdłuż rzeki. Zostawiła rozwiązanie zagadki jej obecności tutaj na później i dziarskim krokiem skierowała się w stronę strumienia.
Tajemnica jednak wyjaśniła się szybciej niż podejrzewała. Jak tylko wyszła z gęstwiny, zobaczyła postać siedzącą na głazie. Miała nieodparte wrażenie, że czekającą na nią.
I słusznie.
– Wreszcie się obudziła, śpiąca królewna! – zarechotała postać, podnosząc głowę skrytą pod wielkim kapturem.
Marya aż się cofnęła; twarz, jak się okazało, kobiety, była pokryta niezliczoną ilością zmarszczek i plam wątrobowych, nawet na imponującej długości nosie, skierowanym w jej stronę niczym sztandar przy przemarszu wojsk. Spod szeroko rozwartych powiek błyskały małe, złośliwe oczka. Dokładnie pośrodku czoła sterczała żółtawa narośl. Przez ramię miała zarzuconą wielką torbę zielarską.
Zeskoczyła z głazu, machając w stronę nowo przybyłej sękatym paluchem. Teraz, kiedy stała, Marya mogła dostrzec, że jest zgięta niemal pod kątem prostym. Dalsze obserwacje zostały przerwane głośnym rechotem:
– Hem, hem, mała dzieweczka zbłądziła trochę, hem? Jak tam nocleg? Nie uwierało w plecki?
– Ty… – Marya jak tylko zrozumiała, że to ta stara prukwa ją tu przygnała, poczuła rosnącą wściekłość. Straciła głowę. Zrobiła krok do przodu, unosząc pięść do ciosu…
Dalsze zapędy zostały szybko ostudzone; coś owinęło się wokół jej nóg i runęła na ziemię. Wypluła kępkę trawy i się odwróciła; korzenie drzew, wijąc się jak żywe, trzymały ją w silnym uścisku. Przeniosła wzrok na staruchę, która obserwowała wszystko z zainteresowaniem. Jak pajęczyca bezsilną muszkę.
– Widzę, żeś w gorącej wodzie kąpana, mała szachrajko – zaskrzeczała, grzebiąc w torbie. Nie spuszczała wzroku z klnącej dziewczyny – ale nie doceniasz nas, nie.
Wyciągnęła malutki flakonik, zerwała resztkami zębów korek i podstawiła naczynie pod nos Maryi. Zapach był kojący, jakiś taki… uspokajający. Jak spacer przez polną łąkę.
– Myślałaś, przybłędo, że pozwolimy ci robić, na co masz ochotę? Że przyjedziesz znikąd i będziesz biednych ludzi oszukiwać? O, moja droga! Na to pozwolić nie mogę. My, wiedźmy, swój honor mamy! Nie pozwolimy, żeby ktoś taki jak ty ten honor szargał. Ale… każdy zasługuje na kolejną szansę, hem, hem, hem!
Złapała ją za nos, zmuszając do otwarcia ust. Wlała dziewczynie do gardła pachnący płyn. Marya zaczęła się krztusić; konsystencja substancji bardziej przypominała mazidło aniżeli ciecz, jednak jędza dopilnowała, żeby przełknęła wszystko.
– Powinnyśmy się ciebie pozbyć. Na zawsze i definitywnie – wysyczała jeszcze czarownica w twarz ofiary. Zapach fiołków natychmiast został zastąpiony wonią zgnilizny. Co oni wszyscy, kulturowo uwarunkowani na niedbanie o uzębienie? – ale ciesz się, dzieciaku. Dostałaś kolejną szansę!
Zarechotała upiornie, wstając z trzaskiem stawów. Wlazła między drzewa i zniknęła, jakby nigdy jej nie było. A korzenie trzymały dalej, mimo wszelkich prób Maryi; im bardziej próbowała je z siebie ściągnąć, tym mocniej się zaciskały. Przeklęte wiedźmie sztuczki!
No przecież! Sięgnęła do kieszonki przy talii, zamkniętej na niemal niewidoczne haczyki i wyjęła pilnik. Następnie wygięła się nienaturalnie i zaczęła żmudny proces przepiłowywania upartego korzenia.
***
Gdy wreszcie się oswobodziła, była cała zlana potem. A jednocześnie czuła się lekko, jakby zgubiła na wadze. Nogi miała zdrętwiałe, więc z rezygnacją podczołgała się do strumienia.
Mikstura podana przez czarownicę znacznie zaburzyła percepcję dziewczyny; wszystko wydawało się jakieś takie wielkie, a droga do tafli wody wydłużyła się ponad miarę. Samo ubranie ciążyło i przeszkadzało. Wierne kozaki, które towarzyszyły jej od opuszczenia stolicy, nagle same z siebie spadły ze stóp. Co jest?
W końcu dopełzła do wody. Wzięła łapczywie łyk, odruchowo patrząc w swoje odbicie… I odskoczyła jak poparzona.
– Co jest, do cholery??! – wrzasnęła. Zewsząd zawtórował jej złośliwy chichot. Przełykając ślinę, jeszcze raz rzuciła okiem na taflę wody, mając wielką nadzieję, że to umysł płata figle.
Niestety nie. Patrzyła wprost w rozdziawioną twarz smagłej dziewczynki. Dziewczynki, którą była… jakąś dekadę temu. Siedząc tak z podkulonymi nogami, w dużo za dużych ubraniach, musiała wyglądać strasznie pociesznie. Jej odmłodniałe serce tłukło jak szalone. Ta stara jędza…
„Dostałaś kolejną szansę!”.
Wiedźma wymazała jej życie od momentu, od którego zaczęła parać się oszustwem. Dając jej… ha, ha! Nową szansę. A, psia mać!
Wstała, na co pozbawione zaczepienia spodnie z gracją opadły na ziemię. Z furią kopnęła najbliższy kamień, który poleciał imponującym łukiem i wylądował po drugiej stronie strumienia. Złapała za obolały palec, klnąc na swoją głupotę. No i co teraz? Dobre pytanie. Tyle dobrego, że odmłodniało tylko ciało; cały czas miała swój umysł. W życiu przeszła przez wiele syfu, może nie tak porąbanego jak ta sytuacja, ale blisko. Nie raz i nie dwa była zdana tylko na siebie.
Bezmyślnie kucnęła i wyciągnęła ze spodni nożyk. Dostała go od swojej pierwszej, nastoletniej miłości ( jaka grupa społeczna, takie objawy romantyzmu), gdy wyglądała tak jak teraz. Ale teraz miała znaczącą przewagę.
Otóż nie była już tą zagubioną dziewczynką podkradającą warzywa z targu. Była doświadczoną oszustką poszukiwaną w całym kraju. Zacisnęła piąstkę wokół rękojeści. Jakaś grupa starych bab, nieważne jak potężnych, nie będzie dyktować warunków!
Podcięła nogawki, obwiązując się w pasie wyzutymi z kozaków sznurówkami. W dalszym ciągu podwinięte spodnie sięgały jej niemal do kostek, ale chociaż mogła jakoś chodzić bez świecenia tyłkiem. Pościągała ubrania, zostając tylko w przewiewnej koszuli nocnej na ramiączkach, zwisającej jej do kolan. Nożyk, groteskowo duży w dłoni, włożyła za pasek. Wyglądała jak dziecko wojny. Czarownice powinny zwiewać na sam ten widok! Oczywiście, jak przestaną tarzać się ze śmiechu.
Spokojnie mogła założyć, że Senny Las był matecznikiem wiedźm, a wszelkie legendy i podejrzana śpiączka pochodziły od nich. Skoro potrafiły w mgnieniu oka wywoływać mgłę czy odmładzać innych, to na pewno mogłyby przywrócić ją do normalności. Wnioskując ze słów starej, gdzieś tutaj miały osadę. Wystarczy, że da przez łeb którejś i zmusi do odwrócenia procesu.
Weszła na najbliższe drzewo, niemal na sam czubek. Wytężając wzrok, dostrzegła smużkę dymu od tej samej strony, w którą poszła ta stara jędza. Zeskoczyła… szlag! Zapomniała, że miała mniejsze ciało. Wylądowała na stopach, jednak ból poszedł dreszczem po nogach. Zdusiła przekleństwo, w myślach dodając kolejny punkt do listy pomysłowych kar dla wiedźm.
***
– … A wtedy się rozbeczała, jak prawdziwy dzieciak! – zakończyła Stara Makowa, zanosząc się rechotem, któremu zawtórowały zgromadzone przy wielkim palenisku wiedźmy. Stanowiły niesamowicie barwną zgraję; powykręcane baby, odziane w przedziwne szaty, będące krzykiem mody jakieś sto lat wcześniej. Każda miała na twarzy i odkrytych rękach plamy i krosty, jakby był to jakiś wymóg potrzebny do zostania czarownicą.
– I co? Błagała na kolanach, oszustka mała? Skamlała jak kundel? – spytała starowina siedząca obok niej.
– A jakże! Jeszcze smark na mniem skakał, bić chciał! Alem nauczyła ją pokory, nauczyła! Jeszczem bym goły tyłek odciskami ozdobiła, alem już puściła płazem.
– Miękniesz na starość, Makowa – rzuciła siedząca po drugiej stronie paleniska – kiedyś byś i tydzień taką w obrotach trzymała, pić nie dając. Jak tamtą… jak jej było? Ta to pokory nabrała, pamiętacie? Do zakonu gówniara wstąpiła, wiarę nagle odzyskawszy!
– Może i ta smarkula do nich dołączy? Kapłani to nam powinni podziękowania słać, połowę narybku mają dzięki nam!
Rechot prastarych gardeł wstrząsnął okolicą, ptaki w popłochu zerwały się do lotu. Rzeczona smarkula, skryta za drzewem, też mimowolne poczuła dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Zacisnęła tylko mocniej zęby, nie zamierzając się poddawać. Ani tym bardziej wstępować do zakonu. Już prędzej dałaby się zjeść żywcem.
Przemknęła do kolejnego drzewa, unikając wchodzenia na oświetloną polanę. Od kilku godzin wysłuchiwała wiedźm i badała okolicę, czekając na zmrok. Jeden budynek szczególnie przykuwał uwagę, odbiegał wyglądem od innych, zbitych byle jak chałup; porządny, kamienny dom, z wielkimi wrotami, jak od obory czy magazynu. Skierowała się w jego stronę, ignorując coraz to barwniejsze propozycje tortur wymyślanych przez czarownice.
Zaszła na tył budynku, zaglądając ostrożnie przez okno. W środku panował półmrok, dostrzegła jednak wielki, żeliwny kocioł i dwie ściany wypełnione półkami od podłogi po sufit, na których stały słoiki. W kącie na bogato zdobionym krześle, najpewniej kradzionym, drzemała ze zwieszoną głową wiedźma.
Tylne drzwi miały przerdzewiały zamek, ale dla Maryi to był pryszcz. Szczęknęło. Uchyliła je lekko, na tyle, żeby się przecisnąć. Zastygła, patrząc na mamroczącą przez sen kobietę.
Gdy tylko wzrok przywyknął do ciemności, ostrożnie ją ominęła i wyjrzała na polanę. Impreza trwała w najlepsze; czarownica, przez którą odmłodniała, darła się już bodaj na cały las.
Miejsce to musiało być połączeniem kuchni i składziku ze składnikami do rozmaitych mikstur czy maści. Oprócz warzyw czy przypraw, były tu najdziwniejsze rzeczy, jakie w życiu widziała; niektórych, gdyby nie były podpisane, nie byłaby w stanie nawet nazwać. Mrużąc oczy, podeszła do najbliższej półki. Sczytała etykietki; sproszkowany róg smoka, łzy driady, wąsy suma… trochę się interesowała tematem i wiedziała, że za niektóre składniki szło żyć dostatnio przez dekady. Za sam taki język bazyliszka, którego przyuważyła pokaźne ilości, ceniący się koneser zapłaciłby równowartość wioski.
Wtedy dostrzegła wielką, obitą skórą księgę. Wcześniej umknęła jej uwadze, bo leżała na najniższej półce. Uklękła, przecierając dłonią zakurzoną okładkę. Nigdzie nie dostrzegła tytułu, na pierwszej stronie była tylko sentencja: Simili Tudodei. Nie miała pojęcia, co to znaczy. Imię? Tytuł? Jakieś hasło? Cholera wie. Znacznie ciekawsze rzeczy znalazła na następnej stronie. „Kobieca mikstura – skondensowana namiętność”. Poniżej ze szczegółami opisano efekty działania, możliwe skutki uboczne… A co najważniejsze, wszelkie składniki, razem z proporcjami. Były nawet szkice. Na marginesach znajdowały się uwagi, wyglądające na dopisane wiele lat później. „Uwaga! Działa też na zwierzęta!”. Czy: „Dokładnie pilnować dawki! Wziąłem za dużo, teraz pół miasta za mną szaleje”. Hmm… Rzuciła spojrzenie na wiedźmę, czy aby na pewno śpi. Kartkowała dalej, aż nie znalazła tego, czego szukała.
„Mikstura młodości – przeżyj to jeszcze raz!”
Pojawiło się dużo więcej uwag, głównie skrajnie negatywnych. Nic dziwnego, też z chęcią by dopisała kilka słów od siebie. Nie to ją jednak interesowało. Na samym dole strony był dopisek: „w celu odwrócenia procesu sprawdź stronę 82”. Faktycznie; na podanej stronie (zatytułowanej „mikstura odwrócenia efektu mikstury młodości” – chyba autorowi kończyły się już nazwy) opisano, jak wrócić do pierwotnej formy. Dokładnie przestudiowała instrukcję, mimowolnie rzucając okiem na przepis obok.
„Ropuszy eliksir – efekt nieodwracalny. Stosować rozważnie!”
Wyszczerzyła zęby, zerkając na bulgoczącą zupę…
***
Alchemia okazała się być dla Maryi wyjątkowo przyswajalną sztuką, a sama księga była napisana przejrzyście. No i miała wszystkie potrzebne składniki i naczynia na miejscu. W zasadzie proces ten nie odbiegał zbytnio od teatrzyku dla chłopów. Tylko teraz to było na serio.
Już po chwili wyryła oba przepisy na pamięć. Żadnych czarnych świec czy naczyń z tajemnymi runami nie wymagano; prawdziwa alchemia gardziła takimi przyrządami. Miała być prosta. I subtelna. Jak jej zemsta.
Gdy zgromadziła wszystkie przedmioty, wyszła tylnymi drzwiami i schowała się za najbliższe drzewo. Na lewo od siebie położyła składniki potrzebne do przywrócenia oryginalnej postaci, na prawo te na ropuszą miksturę. I przystąpiła do dzieła. Wiedźmy miały nawet malutką wagę jubilerską, z mnóstwem haczyków, rowkami na prowadnicy skali, z jakimiś kropkami, kreskami… Była jednak precyzyjna, a to najważniejsze.
Starannie, co do grama, dodawała kolejne ingredienty, mieszając tak, żeby zrobiła się niebieskawa ciecz. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Jednak, skoro postępowała zgodnie z instrukcją… Wlała zawartość do ampułki, zatkała korkiem i odłożyła ją na bok.
Ropusza mikstura okazała się jeszcze prostsza w przyrządzeniu, ale sam proces był wyjątkowo obrzydliwy. Krzywiąc się, zgodnie z przepisem pocięła lepki język ropuchy na kosteczki, wrzucając je do moździerza. Następnie dodała łuski węża, całość zalała ciężką wodą. Na końcu wlała zawartość bezbarwnej, bulgoczącej substancji, która w przepisie stała jako „odczynnik wysoko żrący”. Zaczęło skwierczeć, od samego patrzenia piekły oczy. Pozostało czekać.
W międzyczasie postanowiła sprawdzić, co słychać na polanie. I zaklęła cicho; wiedźmy zgromadziły się przed budynkiem.
– Chwilę, niecierpliwe baby! Chyba, że chcecie jeść zimną breję, to proszę bardzo! Codziennie to samo… Co tam miauczysz, Bukowa? Jak ci się nie podoba to hajda do lasu, grzyby wyżerać!
Czarownica, najwyraźniej naczelna kucharka, zniknęła w budynku. Marya wróciła do swojego prowizorycznego stanowiska alchemicznego, zgarniając niegotową jeszcze papkę do menzurki. Według przepisu, powinno to jeszcze stać z dziesięć minut, ale nie miała tyle czasu; najwyżej pojawią się dodatkowe efekty uboczne. Albo zwyczajnie je potruje. Na razie zostawiła niebieskawą miksturę na później. Obecna postać dużo bardziej sprzyjała misji. Wróciła do tylnych drzwi, na szczęście cały czas otwartych, zaglądając ostrożnie przez szparę. Ujrzała dwie wiedźmy, kucharkę i tę wcześniej śpiącą, które krzątały się nad bulgoczącym kotłem. Przejście niepostrzeżenie i wlanie substancji graniczyło z cudem. I co z tym fantem zrobić? Wcześniej obeszła cały budynek, nie dostrzegła żadnej innej drogi. Chyba że… Zastanowiła się, zerkając na najbliższe drzewo, niemal przylegające do magazynku. Była na tyle zręczna, żeby bez problemów na nie wleźć i przeskoczyć na dach. Pytanie, czy coś to da?
Włożyła ampułkę między zęby i podciągnęła się na najniższą gałąź. Niczym małpka pokonała całą drogę, aż znalazła się nad dachem. Para wróbli, która uwiła sobie na krokwi gniazdo, spojrzała na nią z pretensją. Jest! Mała, drewniana klapa wylotowa, lekko uchylona. Nawet nie musiała skakać; wystarczył większy krok i już stała na stropie. Zaskrzypiało okropnie.
– Znowu gałąź się urwała! Mówiłam, baby, żeby bliżej polany budować, to nie, bo miejsca na sabat szkoda! Ciekawe, kto będzie to ściągał!
Przytłumiony głos zabrzmiał idealnie pod nią. Trwała chwilkę bez ruchu, czekając, aż wiedźmy stracą zainteresowanie. Powolutku przysunęła twarz do otworu klapy. Dym trochę gryzł w oczy, ale starała się wytrzymać. Dobra; oczywiście, nie można mieć wszystkiego, a i nie spodziewała się przecież, że znajdzie się idealnie nad kotłem. Pod tym kątem jednak nie powinna mieć większych problemów, o ile dobrze się wychyli.
W tym momencie pojawiła się w jej głowie nieśmiała myśl, żeby odpuścić. Przecież miała już miksturę. Wystarczyłoby wrócić do miejsca, gdzie zostawiła ubrania i kierując się słońcem w stronę… domu. Spakować dobytek i w długą, nawet i na drugi koniec kraju, czemu nie? Ale wiedziała jedno: nigdy by sobie nie darowała, gdyby zostawiła sprawę nierozwiązaną. Te stare prukwy w pełni zasługiwały na zemstę. A przede wszystkim… Księga. Księga wypełniona wspaniałymi przepisami, które mogłaby opchnąć każdemu alchemikowi za krocie. Do tego te co droższe ingredienty… Gra z całą pewnością była warta świeczki. Z nową motywacją, wyciągnęła z ust menzurkę, otwierając ją. Smród niemal pozbawił ją węchu. Skrzywiona, obserwowała wiedźmy, czekając na dogodną chwilę.
Dogodna chwila niezbyt chciała nadchodzić. Mięśnie zaczynały drętwieć od półleżenia bez ruchu; obawiała się, że jakikolwiek odgłos sprowokuje reakcje tych przecher, a wtedy równie dobrze sama mogłaby to wypić.
Czas płynął. Kucharka co chwila bawiła się mieszadłem, ta druga brała długą łyżkę i niezmiennie przyprawiała, kręcąc głową, co było chyba stałą osią kłótni między dwójką bab.
– Może byś w końcu naprawiła sobie poczucie smaku, Pleśniowa? – syknęła kucharka po którymś razie, zamierzając się mieszadełkiem. Pleśniowa nie pozostała dłużna, kręcąc łyżką nad głową.
– Taka z ciebie kucharka, jak z koziej dupy trąba! Twoje zupy to strach psu dać! Totalnie ci już mózg te grzybki wypaliły, że składników nie odróżniasz? Potrujesz nas któregoś razu!
– A potruję, potruję! A ty, jak będziesz taka cwana, pierwsza pod ziemię trafisz!
– Takaś harda? Dawaj!
– No dawaj!
– Uspokójcie się, baby!
Marya zacisnęła mocniej wargi. Do budynku weszła szturmem czarownica, która ją przywlekła do lasu. Wspomniane baby skuliły się w sobie, pokorniejąc. Widocznie Stara Makowa była kimś w rodzaju przywódcy sabatu. Taką… Hmm… Nadwiedźmą? Wiedźmią Królową?
Makowa doskoczyła, łapiąc kucharkę za ucho. Ścisnęła z całej siły, aż ta syknęła.
– Dzień w dzień to samo! Nie możecie, głupie staruchy, wziąć na wstrzymanie? Chcecie, to proszę bardzo, do lasu prać się po pyskach, a nie tu! Zmiłujcie się…
Odciągnęła je na bok, dając Maryi szansę. Wychyliła się lekko, wyciągając dłoń z miksturą niemal na całą długość. Przechyliła. Wodospad brązowej mazi z głośnym pluskiem wpływał do zupy. Wiedźmy były na tyle głośno, że nie miały szans tego usłyszeć. Cała zawartość znalazła się w kotle, leniwie pływając jeszcze chwilę po powierzchni, aż w końcu wymieszała się z esencją zupy. Mogła mieć tylko nadzieję, że wywar spełni swoje zadanie w takich proporcjach. Wstała na ugiętych nogach, planując obserwować wszystko z bezpiecznej odległości…
I wtedy coś zaskrzypiało pod jej nogami. Nie zdążyła zareagować; poszycie puściło, a ona z wrzaskiem wpadła między wiedźmy, boleśnie tłukąc sobie bark. Ignorując ból, szybko zerwała się na nogi. Zdążyła może zrobić z trzy kroki, zanim jedna z nich capnęła ją za kark. Odwróciła się. To była ta sama czarownica, która sprowadziła ją do lasu. Pozostałe dwie gramoliły się niezbornie z ziemi, pokryte kurzem, pajęczynami i ptasimi bobkami. Kawałek stropu spadł na regał, tłukąc i mieszając wszystkie składniki.
– Tobie to naprawdę brakuje wrażeń, gówniaro – wysyczała Makowa prosto w twarz dziewczyny. Ta milczała, hardo patrząc w żółtawe ślepia wiedźmy. Makowa na to lekko się uśmiechnęła. Nie był to jednak miły uśmiech; Marya doskonale znała ten grymas. Sama go nierzadko stosowała.
– Jedno ci trzeba przyznać, kruszynko; wielu już chciało się mnie pozbyć, próbowali mordować we śnie, robić zasadzki w lesie, przeżyłam kilka prób otrucia… Ale nikomu jeszcze nie strzeliło do łba zrzucać na mnie dachu!
Ścisnęła mocniej, wydobywając z dziewczyny cichy syk bólu. W obecnej postaci nie miała na tyle sił, by chociaż myśleć o wyrwaniu się, a co dopiero o walce. Jednak, osiągnęła swój cel; ropusza mikstura wylądowała w kotle, a rozbita na kawałki menzurka w tym bałaganie nie zwróci niczyjej uwagi. Teraz tylko żeby pozostać przy życiu…
Makowa w końcu ją wypuściła, wyrzucając na zewnątrz; wpadła między wiedźmy, które natychmiast otoczyły ją niemożliwym do przejścia kordonem. Nie chcąc dawać wrogom satysfakcji, wstała i spojrzała dumnie każdej w oczy. Trzynastka odzianych w czerń postaci jak na komendę wykrzywiła paskudnie twarze; w żadnej nie dostrzegła chociaż cząstki empatii. Tylko bandę zepsutych, zdeprawowanych bab.
Ale i ona była twarda i bezwzględna. Przeżyła dzieciństwo w najbiedniejszej dzielnicy stolicy, widziała rzeczy, o których tym wiejskim przecherom nawet się nie śniło. Gdy jedna, z oklapłym, zielonkawym grzybem zwisającym z policzka podeszła, chcąc ją złapać za ramię, syknęła w odpowiedzi, otwartą dłonią odtrącając parchatą kończynę. Jakby tylko na to czekały; ruszyły, unieruchamiając Maryę i zostawiając krwawe ślady pazurów na całym ciele. Najgrubsza usiadła na niej, dosłownie wbijając dziewczynę w ziemię; inna wiedźma przemocą otworzyła jej szeroko oczy, zbliżając do nich wielki nóż, oblizując się paskudnie…
– Złaź z niej, Morowa! Ona jest moja.
Morowa rzuciła niechętne spojrzenie na Makową, ale na widok rozwścieczonej twarzy posłusznie wstała z dziewczyny. Pozostałe czarownice też się odsunęły. Marya uklękła, kaszląc i prychając.
Daleko było od spokoju. Przywódczyni kopnęła ją z całej siły w żebra, pozwalając na powrót podziwiać nocne niebo.
Warknęła pod nosem, wstając z ziemi. Wszystko ją bolało; poharatane kończyny, żebra, skręcona kostka… Nawet się nie skrzywiła. Nie miała najmniejszego zamiaru dawać wiedźmom więcej satysfakcji. Otrzepała się nonszalancko, modląc się do wszystkich znanych sobie bogów, żeby przez twarz nie przeszedł jej nawet cień grymasu. Ignorując sarkające i złorzeczące czarownice, utkwiła wzrok w Makowej. Stały tak naprzeciw siebie, obie wściekłe, obie dumne. Po chwili milczenia, przywódczyni wiedźm wydała szeptem rozkaz:
– Związać ją. I pilnować. Ma w sobie wystarczająco ikry, żeby być godną ofiarą dla Rogatego. – Podeszła bliżej, gładząc zaskakująco czule dziewczynę po zranionym policzku. – Nawet w takiej małej idiotce jak ty może drzemać taki hart ducha… Nieważne, ile bym żyła, zawsze pojawia się coś nowego, co nie przestaje mnie zdumiewać…
Ostatnie zdanie dopowiedziała niemal niesłyszalnym szeptem. Jakby nie chciała, żeby do kogokolwiek oprócz Maryi dotarły te słowa.
***
Związały ją ciasno i posadziły przy ławie. Tyle dobrego, że na wyraźny rozkaz Makowej, totalnie ją ignorowały. Kilka czarownic w małym, wypalonym skrawku ziemi kreśliło święcącą kredą tajemnicze symbole. Z tego, co wywnioskowała z toczących się wesoło rozmów, w miejscu symboli zostanie przyzwany ów Rogaty. Słyszała o nim, chociaż w mieście służył głównie jako straszak na niegrzeczne dzieci. Później doczytała, że jest to mroczny bóg wiedźm, czarnoksiężników i hodowców bydła. Tego ostatniego nie była do końca pewna. Za opłatą miał się dzielić z przyzywającymi sekretami alchemii i czarnej magii.
Średnio jej było w smak, że to właśnie ona robi za zapłatę.
Sznur, chociaż gruby, był już mocno sparciały, widać leżał gdzieś w magazynie latami. Na szczęście nie pomyślały o nawet pobieżnym przeszukaniu; cały czas miała swój pilnik i resztę przedmiotów przydatnych w złodziejskim fachu. A kieszonka była w taki sposób umiejscowiona, żeby przy odpowiednim nachyleniu ciała dało radę ją otworzyć i wyjąć żądany przedmiot nawet zębami.
Z budynku wyszła kucharka, pchając na wózku kocioł, bulgoczący zachęcająco. Kuszący zapach opatulił całą polankę, a wygłodniałe wiedźmy natychmiast zaczęły się przepychać do gara, kurczowo trzymając miski, kubki, czy co tam akurat miały pod ręką.
– Spokojnie, baby, bo zaraz wywalicie kocioł! Nienażarte darmozjady! W rządek, jak w wojsku, albo głodne spać wyślę! – ryknęła Makowa, kopniakami poganiając co bardziej opieszałe jednostki. Sama przepchała swoją osobę na pierwsze miejsce, ignorując posarkiwania za plecami. Żadna jednak nie ośmieliła się wyrazić dezaprobaty w wyraźniejszy sposób, nie wiedzieć czy z szacunku, czy strachu.
Dziewczyna wstrzymała oddech, patrząc wyczekująco, aż ostatnia z wiedźm nałoży sobie zupę. Porozsiadały się dookoła paleniska. I zaczęły jeść.
Wszystko miało się rozstrzygnąć w najbliższych minutach.
Odsunęła się od najbliższej czarownicy, w razie wybuchu nagłej ochoty pozbawienia jej życia. W wypadku, gdyby mikstura spełniła swoje zadanie, nie będzie trudno im dodać dwa do dwóch; na pewno domyślą się, kto spłatał im tego psikusa.
Jak mnie nawet zabiją – pomyślała z wisielczym humorem – to i tak resztę życia spędzą na wesołym kumkaniu i delektowaniu się muszkami.
Morowa była pierwsza. Podeszła pod kocioł, sięgając po chochlę, chcąc nalać sobie dokładkę… I nagle, w mgnieniu oka, rozpłynęła się w powietrzu, a na ziemię upadły czarne łachy i trzymana przed chwilą miska. Skonsternowane wiedźmy zgromadziły się naokoło dziwacznego zjawiska… Gdy z warstw ubrań wyskoczyła brzydka, parchata ropucha.
– Kum? – przemieniona czarownica machała łebkiem od jednej do drugiej wiedźmy, jakby domagając się wyjaśnienia tego stanu rzeczy. Oczy kobiet powoli skierowały się na kucharkę, która przezornie stanęła za kotłem, szukając wzrokiem jakiejś broni. Tymczasem dwie kolejne wiedźmy przeobraziły się w ropuchy.
– A niech cię… Wiedziałam, że nie można jej ufać, wiedziałam! Zatłukę, zabiję…!
– Uspokój się, Pleśniowa! Przecież cały czas z nią stałaś nad kotłem, kiedy niby…
– Prawda, prawda! – gorączkowała się kucharka, natychmiast podchwytując szansę na przeżycie – przecież byłaś ze mną! Ha! Może to ty coś dosypałaś, kiedym nie patrzyła? Może…
Marya nie dowiedziała się, co może. Kucharka resztę wypowiedzi dokończyła kumkając.
Zapanował chaos. Wiedźmy doskonale znały działanie tego eliksiru. Jedna z nich, nie chcąc widocznie tak skończyć, chwyciła nóż, kierując go w stronę krtani. Nie zdążyła; kolejna czarownica podzieliła los koleżanek.
Zostały już tylko Makowa i Pleśniowa. Ta pierwsza chyba w końcu zrozumiała, co się stało; chwyciła leżący przy palenisku żelazny szpikulec i z desperacją skoczyła na dziewczynę.
– Ty mała…
Chybiła. Marya w ostatniej chwili odskoczyła na bok. Makowa straciła równowagę, z czego natychmiast skorzystała niedoszła ofiara; wykorzystując cały potencjał swojego ciała, skuliła nogi i kopnęła w bok wiedźmy. Ta zakwiliła cienko, jednak była twardsza niż można było się spodziewać. Albo tak bardzo chciała ją dopaść, zanim zakończy żywot człowieka. Złapała stopy dziewczyny i wbiła zęby szpikulca w jej nogę. Marya zawyła z bólu, wierzgając się na wszystkie strony, ślepym trafem kopiąc wiedźmę w podbródek. Makowa nie wypuściła jednak broni; podciągnęła ją sobie bliżej, wbijając kolano w brzuch dziewczyny, która mogła tylko patrzeć, jak dwa ostre zęby zbliżają się w stronę jej gardła… Aż czarownica zniknęła, a szpikulec upadł na pierś Maryi, nie czyniąc krzywdy.
Cała polana była rozdarta przeciągłym kumkaniem.
I był to jedyny dźwięk, jaki dobiegał do dziewczyny.
Oswobodziła się z więzów za pomocą upuszczonej broni. Wstała niepewnie. Rana, choć bolała, nie wydawała się poważna. Z ponurą satysfakcją wygrzebała z łachów Makowej swój nożyk i wycięła kawałek materiału z jej ubrań, tworząc prowizoryczny opatrunek. Na tę chwilę musiało to wystarczyć. Rozejrzała się, podziwiając swoje dzieło.
Trzynaście czarownic, tworzących legendę Sennego Lasu, zostało pokonanych przez jedną, małą dziewczynkę. Dziewczynkę, która została tu sprowadzona w ramach kary za podszywanie się pod wiedźmę.
Życie potrafi być zaskakująco zabawne.
Nie śpieszyła się; czarownice nie stanowiły już problemu, a innych zagrożeń nie było. Na początek wypiła wcześniej przyszykowaną miksturę; tak jak wcześniej, proces zmiany potrwał kilka minut. Aż żałowała, że nie ma przy sobie lusterka; korciło ją, żeby na własne oczy się przekonać, że wróciła do normalności.
No dobra, cel osiągnięty… I co teraz?
Wyciągnęła z magazynu największą torbę jaką znalazła i przygarnęła sobie księgę z recepturami oraz po troszkę każdego z rozsypanych składników. To, czego nie mogła unieść, a stanowiło jakąkolwiek wartość, wyniosła i zakopała za budynkiem, oznaczając to miejsce nacięciami na drzewach.
Była już noc, kiedy w końcu uwinęła się ze wszystkim. Noo… Prawie wszystkim.
Chatki wiedźm wesoło płonęły, rozświetlając okolicę. Marya uśmiechnęła się do siebie, rzucając ostatnie spojrzenie na Makową, ponuro patrzącą na nią spod łebka. Pokazała jej język i poszła w stronę ścieżki, planując odzyskać porzucone wcześniej ubrania.
– Zapłacisz za to, dziecko. Drogo za to zapłacisz.
Ochrypły głos sprawił, że odwróciła się gwałtownie. Z miejsca, gdzie czarownice narysowały okrąg, lewitowała stworzona z popiołu postać, z wyraźnie zarysowanymi rogami i ogonem. Zamiast oczu miała dwa żarzące się węgliki. Skierowane w nią.
Podeszła bez lęku, stając niemal na granicy świecącej kredy. Spojrzała w te węgliki. I rzuciła:
– Może i zapłacę… ale uwierz, baranku, nie tacy próbowali!
Wiedziała z rozmów wiedźm, że Rogaty nie może przekroczyć narysowanej bariery, więc mogła grać cwaną. Mroczny bóg tylko skrzywił się brzydko, po chwili znikając, jakby nigdy go tu nie było.
A więc zyskała nowego wroga! Ha! Ciekawe, czy boga też można zamienić w ropuszkę? Ciekawe, czy miałaby rogi?
Chichocząc, podjęła wędrówkę, przez materiał torby dotykając kantu księgi. Jej bramy do lepszego, obfitującego w nowe możliwości, życia.
Na polanie jeszcze przez długi czas rozbrzmiewało pełne rozpaczy kumkanie.
Witaj. :)
Gratuluję debiutu i to tuż po rejestracji. :)
Zachęcam do zapoznania się z Poradnikami (np. interpunkcyjnymi, ortograficznymi, dialogowymi myślowymi), szczególnie – autorstwa Drakainy – dla Nowicjuszy. :) Wszystkie znajdziesz w dziale Publicystyka. :)
Wypisane poniżej sugestie i wątpliwości odnośnie strony językowej są zawsze jedynie do przemyślenia:
W opowiadaniu warto zwrócić uwagę na interpunkcję, np.:
Wiedźma jakby nie dostrzegała jego zaniepokojenia; nucąc wesoło, rozdrabniała w moździerzu tajemnicze nasiona po których, wedle zamówienia, zbiory miały być obfite jak nigdy dotąd, a plony sąsiada, tego buca, miały trafić szlag. (…)
– I pamiętaj dobry człowieku – zaczęła słodkim tonem, posyłając uwodzicielski uśmiech. (…)
– Ty… – Marya jak tylko zrozumiała, że to ta stara prukwa ją tu przygnała, poczuła rosnącą wściekłość. (…)
Teraz tylko żeby pozostać przy życiu…
Pojawiają się także błędy składniowe, np.:
Wiedźma jakby nie dostrzegała jego zaniepokojenia; nucąc wesoło, rozdrabniała w moździerzu tajemnicze nasiona po których, wedle zamówienia, zbiory miały być obfite jak nigdy dotąd, a plony sąsiada, tego buca, miały trafić szlag. (…)
Występują również powtórzenia, czyli usterki stylistyczne, np.:
Wiedźma jakby nie dostrzegała jego zaniepokojenia; nucąc wesoło, rozdrabniała w moździerzu tajemnicze nasiona po których, wedle zamówienia, zbiory miały być obfite jak nigdy dotąd, a plony sąsiada, tego buca, miały trafić szlag. (…)
Chata, którą zaanektowała po poprzedniej czarownicy (której się szczęśliwie umarło kilka dni przed przybyciem Maryi) była jednoizbowa, z (o zgrozo!) wychodkiem na zewnątrz. Ledwo pomieściła w niej swój dobytek, czego większość stanowiły przedmioty do opchnięcia naiwniakom, takie jak amulety chroniące przed oszustami, pierścienie, które nabierają temperatury jak ktoś cię okłamie czy inne pomocne głupotki. (…)
Gdy wreszcie się oswobodziła, była cała zlana potem. A jednocześnie było jej tak jakoś lekko, jakby zgubiła na wadze. (…)
Przecież miała już miksturę, dzięki której wróci do normalności. Wystarczyłoby wrócić do miejsca, gdzie zostawiła ubrania i kierując się słońcem w stronę… domu. (…)
Te twoje zupy to strach psu dać! Totalnie ci już mózg te grzybki wypaliły, że składników nie odróżniasz?
Błędy w zapisie dialogów, np.:
– Pięć srebrnych. – rzuciła bezlitośnie. (…)
– Związać ją. I pilnować. Ma w sobie wystarczająco ikry, żeby być godną ofiarą dla Rogatego. – podeszła bliżej, gładząc zaskakująco czule dziewczynę po zranionym policzku. (…)
Zdarzają się literówki, np.:
Bezmyślne kucnęła i wyciągnęła ze spodni nożyk.
Są i inne usterki stylistyczne, np.:
Zdusiła przekleństwo, w myślach dodając kolejny punkt do listy wymyślnych kar dla wiedźm. (…)
Rzuciła spojrzenie na wiedźmę, czy aby na pewno śpi. Przerzucała kartki dalej, aż nie znalazła tego, czego szukała.
Pojawiają się także błędy gramatyczne, np.:
Ujrzała dwie wiedźmy, kucharkę i tą wcześniej śpiącą, które krzątały się nad bulgoczącym kotłem.
Fajnie poprowadziłeś tę opowieść, główna bohaterka, mimo tylu przewin na sumieniu, wzbudza jednak sympatię i ciągle się jej sekunduje. ;) Tekst brzmi trochę jak rozdział obszernej powieści i losach Maryi. ;) Wiedźmy oraz las – ogromnie pomysłowe. :) Humor – też bardzo na plus. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik do Biblioteki. :)
Pecunia non olet
@bruce Bardzo dziękuję za opinię i poprawki :) Człowiek czyta własny tekst mnóstwo razy, a ciągle zostają oczywiste błędy ^^
Człowiek czyta własny tekst mnóstwo razy, a ciągle zostają oczywiste błędy ^^
Oczywista oczywistość – każdy z nas ma ten sam problem, zapewniam. :) Najtrudniej znaleźć usterki we własnych tekstach. ;)
Poza tym – to zawsze tylko sugestie, do przemyślenia. :) Np. powtórzenia mogą służyć podkreśleniu wymowy zdań – przemyśl to jeszcze. :)
To Ty jako Autor podejmujesz ostateczną decyzję. :)
Pozdrawiam serdecznie i również dziękuję. :)
Pecunia non olet
Cześć! Dobrze mi się czytało, wrażenia zdecydowanie na plus. :) Akcja rozwija się w dobrym tempie, dodatkowo humor ubarwia narrację, przez co lektura jest łatwa i przyjemna. Bohaterka jest, jaka jest, ale pomimo to zyskuje sympatię czytelnika. Kilka uwag i luźnych przemyśleń ode mnie poniżej.
Narracja zdaje się trzymać stylu potocznego, ale czasem niespodziewanie wpada w rejestr akademicki, np. : “jaka grupa społeczna, takie objawy romantyzmu” albo “Co oni wszyscy, kulturowo uwarunkowani na niedbanie o uzębienie?”. Domyślam się, że to element humorystyczny, ale trochę mi się to jednak gryzie. “No, ale w końcu – nic nie wiedział o magii” – tutaj z kolei nawarstwiły się środki akcentujące zdanie: “No”, “ale w końcu” oraz półpauza. Odchudziłbym to miejsce.
“Interes kwitł, a Marya stała się osobą pożądaną na salonach” – trudno mi sobie wyobrazić, jak kobieta stricte od leczenia grzybicy miałaby się dostać na salony. Spodziewałbym się raczej, że majętne klientki unikałyby publicznej styczności, żeby nie wyszło, z czyich usług muszą korzystać.
“Zamknęła za nim z westchnieniem ulgi. To był ostatni klient” – brzmi, jakby panował u niej spory ruch. Zgrzyta to trochę z obrazem przeprowadzki z miasta do wsi. Na wsi raczej czas płynie wolniej. Tym bardziej jeśli kobieta od niedawna sprawuje urząd wioskowej wiedźmy. Klient, którego dopiero co wypuściła, siedział zestresowany i niepewny. No i zostawił znaczną sumę pieniędzy. W takich okolicznościach spodziewałbym się, że miejscowa społeczność nie rzuci się tak prędko na jej usługi.
Nie do końca rozumiem motywacje leśnych wiedźm. Wymierzają karę z pobudek moralnych? Żeby Marya nie oszukiwała chłopów? Z szacunku do własnego fachu, żeby miejscowa szachrajka nie psuła renomy prawdziwym wiedźmom? W dalszej części opowiadania wiedźmy prezentują się raczej jako małostkowe, egoistyczne i odrobinę sadystyczne. Pomyślałbym, że jeśli miałyby na kogoś polować, to na kogoś, kto zaszedł im za skórę. Tutaj zdają się to robić bardziej w imię idei. Zresztą sama forma kary jest… mocno dydaktyczna? Nie spodziewałbym się tego po nich.
Może na zakończenie przydałaby się pewna klamra kompozycyjna – np. Marya wraca do swojej wsiowej chaty, tym razem wyposażona w prawdziwe instrumenty magiczne. Obecnie ten wątek wydaje się pozostawiony na zasadzie “wyszła i nigdy nie wróciła”. Zastanowiłbym się, czy po całej przygodzie od razu wyruszałyby dalej w drogę, czy np. zostałaby we wsi, by poeksperymentować na wieśniakach. Czy mogąc prawdziwie “czarować”, nadal by oszukiwała? :)
To tylko moje przemyślenia! Jeszcze raz – opowiadanie całościowo bardzo przyjemne.
@Nędznik bardzo dziękuję za opinię! :)
Pisząc to opowiadanie, zastanawiałem się, czy będę chciał robić z tego coś dłuższego – pozwoliłem sobie zostawić takie półotwarte zakończenie. Myślałem nad powrotem do wioski, jednak chciałem ukazać Maryę jako osobę, która zawsze chce iść do przodu – “etat” wiedźmy w wiosce miał być przejściowy, dopóki nie wpadnie na lepsze rozwiązanie. A tu proszę, nadarzyła się okazja :)
Wiedźmy chciały ukarać dziewczynę za oszustwo – może faktycznie nie wybrzmiało to wystarczająco. Wieśniacy, mając “wiedźmę” pod ręką, do tego atrakcyjną, woleli korzystać z niej usług, niż z usług starszych bab mieszkających w owianym złą sławą lesie.
Co do kary – w oczach wiedźm miało to nie być kwestia dydaktyczna – w końcu nie przewidywały, by Marya miała ten stan odwrócić – tylko pokazać, że faktycznie w ich oczach jest tylko gówniarą bawiącą się w wiedźmę. No i dochodzi do tego aspekt humorystyczny, który chciałem podbić :)
Co do narracji jak najbardziej się zgadzam – mam tendencję do mieszania stylów. Wynika to z faktu poprawiania starych tekstów, a przez lata styl się nieco zmienił. Ciężko to samemu wychwycić, tak że tym bardziej Ci dziękuję za cenne uwagi :)