- Opowiadanie: Marek_Wasielewski - D.C.M.

D.C.M.

Dostałem po nosie za „Faerie” - zasugerowano, bym wkleił coś nieco krótszego :) Co niniejszym czynię.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

D.C.M.

D.C.M.

 

 

 

Wbija we mnie wzrok. Jakby to mogło zadziałać. Zmienić cokolwiek w moim osądzie, zamierzeniach, reakcji świata. Widzę w tym atawizm, pozostałości myślenia magicznego. Jaki pechowy zbieg okoliczności sprawił, że znalazłeś się tutaj? Straszliwy, brzemienny w konsekwencje błąd.

– Wyciągnij mnie stąd – mówi dość cicho, lecz z naciskiem – Wyciągniesz mnie, prawda?

Nie muszę powstrzymywać się od zerkania na ściany, nie mam takiego odruchu – a jeśli nawet posiadałem go kiedyś, został wypleniony tak skutecznie i tak dawno, że nie pozostało po nim nawet ulotne wspomnienie. A nie muszę zerkać z oczywistego powodu: jestem pewien, że ukryte mikrofony i kamery rejestrują każdy szczegół w najwyższej rozdzielczości i z najwyższym próbkowaniem. Niemniej nawet najbardziej prymitywny sprzęt odnotowałby wypowiedziane przed chwilą słowa – które winny były brzmieć inaczej. Sam wciskasz im w ręce ten argument, Jameson.

Proszę mnie stąd wyciągnąć, panie ambasadorze.

Jak traktować człowieka, który nie okazuje minimum szacunku osobie stojącej nieporównanie wyżej? Jak potraktuje go skrajnie zhierarchizowana teokracja? Czy winna okazać pobłażliwość?

Znam odpowiedź. Ty jej nie znasz, Jameson.

– Zrobię, co będę mógł – odpowiadam – Jednak nie obiecuję wiele.

Przygasa. Choć jestem niemal pewien, że z niewłaściwego powodu, że nie odczytał właściwie moich słów. Moje nie obiecuję wiele oznacza dla niego: przykro mi, ale dziś jeszcze nie wyjdziesz. Bo w istocie nie rozumie. Nie pojmuje, jak poważna, jak tragiczna jest jego sytuacja.

A ja waham się, czy wyjaśnić rzecz, czy pozostawić go w stanie tej błogosławionej nieświadomości. Reakcja może być dwojaka: poddanie się albo bunt. Bunt jeszcze pogorszy sytuację. Jednak czy można coś jeszcze pogorszyć?

– Sprawa jest skomplikowana – ponawiam – Twoje słowa nie zahaczały o herezję… one były czystą herezją.

Gwałtownie podrywa głowę.

– Czy wyszedłem na główny plac miasta i krzyczałem do tłumu? – słyszę wściekłość – Nie! To byli kapłani z obsługi technicznej! Doskonale wiedzą, że pierwszy krąg niebios dla wybranych jest w rzeczywistości pierwszym poziomem pamięci cache procesora, a siódmy, ostatni, to taśmy magnetyczne serwerowni w jakiejś zapadłej dziurze, i właśnie tam po śmierci trafią prostaczkowie!

Nie w ich rzeczywistości, Jameson. Ktoś straszliwie zawalił na szkoleniach, jeśli nie przyswoiłeś sobie tej prawdy.

Prześwietlają was przecież, nie raz, tylko dziesiątki razy na wiele sposobów, zanim pozwolą wam wyjechać do klienta. Bo to kwestia absolutnie kluczowa: zależą od niej nie tylko kontrakty, los naszych fabryk i zatrudnionych w nich tysięcy pracowników oraz ich rodzin, ale również samo istnienie jednej z ostatnich liberalnych demokracji na świecie. Państwa jedynie udającego demokrację, odzywa się zgorzknienie… niemniej alternatywę świetnie znamy. Jest tutaj. Jest wokół. Jest już wszędzie.

Co mogłoby pomóc? Twoje pełne, bezwarunkowe ukorzenie się, wyznanie grzechów i błaganie o wybaczenie? Pozostał mi ledwo cień wiary w skuteczność tej strategii. Co nie ma znaczenia: ty sam nie jesteś skłonny jej zastosować. A ja nie mogę jej nakazać, nawet wspomnieć wprost. Niemal słyszę głos arcykapłana przewodniczącego trybunałowi: to wymuszone. Nie płynące z wnętrza, z serca. Dlatego słowa oskarżonego odrzucam.

Obudź się, Jameson. Wysłuchaj mnie… i zacznij myśleć.

– Bóg nie jest maszyną – mówię – Maszyna jest jedynie sposobem manifestacji boga w świecie. Uczono was tego. Dlaczego nie zapamiętałeś?

– Bo to cholerne bzdu…

– Zamilcz!

Przerywam mu w ostatniej chwili.

Cholerne bzdury. Zupełnie przestałeś się kontrolować, Jameson. Zatem dość tej rozmowy, zanim i ja stanę się persona non grata.

Podnoszę się.

– Arcykapłan przyjmie mnie jutro – informuję – Będę prosił o łaskę dla ciebie… to człowiek mający duże wpływy, jego głos mógłby przeważyć szalę.

Mógłby. Lecz on nie zabrzmi, jestem tego niemal pewien.

Pragną krwawego spektaklu. Demonstracji siły i własnej wszechwładzy. Dlatego przypisali tej sprawie aż tak wielką wagę. W przeciwnym razie stałby tu któryś z moich podwładnych. A oni chcieli mnie.

– Czy mogę chociaż skontaktować się z rodzicami? – pyta, znów cicho, wszelki bunt do cna zgasł.

– Nie – odpowiadam – Oskarżeni o herezję nie mają tego prawa.

Może dociera do ciebie prawda. Stąd ta prośba.

– Ale gdyby dało się… – próbuje jeszcze.

– Nie – powtarzam.

Nie przyniosę do celi telefonu satelitarnego, to zwyczajnie wykluczone – odpowiadam mu bezgłośnie. Ryzykiem jest nawet zabieranie go do samochodu, tak, również złamaniem naszych wewnętrznych przepisów. Jedynym bezpiecznym miejscem jest ambasada, bo to jedno z ostatnich praw dawnego świata wciąż przestrzegane przez nowych władców – eksterytorialność placówek dyplomatycznych. Dlatego słyszysz moje: nie.

– Będę cię informował, Jameson – mówię jeszcze.

Odwracam się ku stalowym drzwiom. Unoszę rękę, dłoń zwijam w pięść, chcę załomotać… lecz uprzedzają mnie, skrzydło otwiera się, moja dłoń przecina pustkę. Za progiem strażnik, ten sam, który mnie tu przyprowadził. Obojętny wyraz twarzy. Jest sporo niższy ode mnie i czarny okrąg na czapce znajduje się dokładnie na wysokości moich oczu. Czarne tło dla zielonych liter D.C.M.

Deus Computans Maximus.

Zamierzają cię zabić, Jameson. Pojmij to wreszcie.

Zamierzają, i najpewniej dokonają tego.

Wychodzę. Drzwi zatrzaskują się za mną z głuchym hukiem.

 

 

Przedzieramy się przez miasto w stanowczo zbyt wolnym tempie.

To wydaje się absurdalne, gdyż ulice są niemal puste. Czy raczej ich jezdnie, po trzy, niekiedy cztery pasy ruchu w jedną stronę, relikt dawnych czasów. Problemem nie są pojazdy, tylko ludzie. Bo pojazdy miejskich służb poruszają się ze ślimaczą prędkością skrajnymi, najwolniejszymi pasami, i są ignorowane przez przechodniów przecinających ulice pod najróżniejszymi kątami, często niemal równolegle. I jest druga kategoria aut, odwrotność tamtych – te samym wyglądem wzbudzają alarm w umysłach pieszych, każą ustąpić, odwrócić się, oddalić jak najprędzej. Samochody kasty nadzorców. Czy kiedyś polowały na przechodniów i stąd owa reakcja, nabyty wtedy instynkt, jeszcze jeden atawizm? Niebezpieczne pytanie. Natomiast auto, którym jadę, należy do trzeciej kategorii – ciągnę w myślach tę klasyfikację. Pojazdów nie stanowiących zagrożenia ze względu na zawartość… żadnych arcykapłanów czy też zwykłych funkcjonariuszy policji religijnej… a jednak niebezpiecznych, bo uzurpujących sobie prawo do poruszania się tak szybko i swobodnie, jak tamte. Przez co mój kierowca niemal nieustannie musi rezygnować ze wspomnianego prawa.

Jezdnie są puste. Chodniki wypełnia ludzka ciżba.

Ludzkie masy. Stan trzeci nowego średniowiecza – przypominam sobie określenie autorstwa Cortez. Trafne. Ale dopiero tutaj widać jedną istotną różnicę: średniowieczny chłop był elementem niezbędnym, bez niego system nie przetrwałby. A te istoty są zbędne. Niemal wszyscy są zwyczajnie zbędni.

Młoda kobieta niemal wchodzi nam pod koła. Pusty wzrok. Nie rozumie, kim jesteśmy, dlaczego jesteśmy, czemu znaleźliśmy się na jej drodze. Tak znajomy obraz. Ich puste oczy, to rzuca się najmocniej.

Kierowca mruczy pod nosem, chyba przekleństwa. Przez chwilę odprowadzam kobietę spojrzeniem – stawiam, że kieruje się do terminala we wnęce muru. Muszę odwrócić głowę, ale zyskuję potwierdzenie. Rozbłyskuje ekran.

Jej modlitwa, prośba, donos, nie odgadnę, za chwilę trafią do jedynego w tej krainie systemu przetwarzania danych. Do maszyny wzniesionej z tysięcy procesorów wyprodukowanych w mojej ojczyźnie, w Wolnym Państwie Caltech. Trafią wprost do Boga.

Noszącego tutaj imię Deus Computans Maximus.

Warunkowanie działa: słowo procesor z trudem przeciska się nawet przez myśl. Prawdopodobieństwo, że zostanie wypowiedziane głośno, jest bliskie zeru. Telefon satelitarny ma w sobie procesor, słyszysz, Jameson? Oraz tuziny innych gadżetów i urządzeń, zwyczajnych w naszej ojczyźnie, tutaj bezwzględnie zakazanych. Nazywają je obrzydlistwem w oczach Boga. Na przemian ze sporo krótszym, mniej oficjalnym plugastwem.

Ponieważ tak nakazał D.C.M.

Absolutny władca życia… ale również śmierci. Bowiem tam trafią dusze wiernych. Dusze? Zamieszkujące tam byty nie są ludźmi, są skleconymi z pobranych za życia danych cyfrowymi symulacjami ludzkich istot… tak jak D.C.M. i setki jemu podobnych konstruktów od stu lat zasiedlających i władających Ziemią nie są prawdziwymi bogami, tylko językowymi modelami, które wymknęły się nam spod kontroli.

Tak, oczywiście masz rację, Jameson. Ich bóg jest superkomputerem o tysiącach procesorów i dziesiątkach tysięcy rdzeni. Ich raj o siedmiu kręgach to kolejne poziomy pamięci, od najszybszych, zaszytych w rdzeniu, przeznaczonych dla najwierniejszych z wiernych, po powolne i z monstrualnie długimi czasami dostępu magnetyczne taśmy dla maluczkich.

Spojrzenie przesuwa się po ludzkich sylwetkach. Dokąd zdążają?

Nie wiedzą tego nawet oni sami. Dziewięćdziesiąt procent populacji, jak twierdzą nasi analitycy… lecz oni tkwią w wygodnych fotelach w klimatyzowanych biurach tysiące mil stąd. Z tego miejsca widać wyraźniej, dlatego moje liczby są inne. Najwyżej co dwudziesty pełni jakąś funkcję: kapłana, strażnika, kata. Reszta jest tym bezimiennym tłumem wyświetlającym się za szybą auta, wszechobecnym tłem, do którego całkowicie przywykłem. Nie pełnią żadnej funkcji, niczego nie tworzą, jedynie konsumują. Są społecznością bez jakiejkolwiek sensownej racji istnienia – to nasza interpretacja. Teokracje mają inną.

Potrzebny jest lud boży, prawda, arcykapłanie? Im liczniejszy, tym lepiej. Lepiej dla was, władców absolutnych. Możecie utrzymywać go przy życiu bez żadnej przyczyny poza tą jedną: masy muszą istnieć, abyście wy posiadali rację istnienia. Bo bez wątpienia nie jest owym powodem wytwarzanie prądu dla D.C.M. w monstrualnych kieratach o sprawności tak żałosnej, że dla każdego racjonalnego człowieka są zaprzeczeniem użyteczności.

Lecz lud wierzy, że jest potrzebny, niezbędny wręcz. I trzecia część doby, której nie da się wypełnić snem ani modlitwą, zagospodarowana. Genialne rozwiązanie, arcykapłanie.

W tych ludzkich masach na próżno szukać racjonalistów, więc oszustwa dostrzec nie mogą. Zadbaliście, by nie było myślących. Wiedzących. Nie znają świata sprzed tej wielkiej zmiany. Ich rodzice go nie znają, dla dziadków stanowi niewyraźne wspomnienie z dzieciństwa. Znają jedynie kłamliwą opowieść o nim.

Mój umysł dopowiada słowa, które pragnąłbym odrzucić. Że już nie ma pośród nich ludzi.

A przecież rozpoczęło się tak niewinnie. Twoja historia nie musi się kończyć. Zachowaj głos. Zachowaj wspomnienia. Pozostań obecny dla tych, których kochasz. Tyle wystarczyło. Kto odmówiłby?

Paru tych, których wzrok sięgał dalej. Zagłuszonych przez tłum.

Zaczęła się Wielka Zmiana. Zaczął się Upadek.

Jest w tym straszliwa ironia: do tamtej chwili świat jakoś działał. Nauczyliśmy się żyć w pokoju, który przyniosło nam wyśmiewane przez inżynierów Założenie Basileosa: traktuj AI tak, jak gdyby posiadały samoświadomość. Czy przynajmniej tyle zapamiętałeś, panie Jameson? Nic nie stracisz, jeżeli jej nie mają. Zyskasz wiele, jeśli tak. Nasz pokojowy traktat z maszynami, kilkadziesiąt lat całkiem harmonijnej współpracy. Wciąż rozbrzmiewa w głowie rozgoryczony głos Mortona na moim własnym szkoleniu: jednak ludzkość postanowiła sięgnąć po więcej.

Szarpnięcie. Przecinająca ulicę grupa ignoruje nas zupełnie, kierowca raz jeszcze musi wyhamować do zera. Nawet nie patrzą na nas, mijają. Znów ruszamy.

My jesteśmy ostatnią szansą ludzkości – powtarzał Morton. Ale ja w tamte słowa przestałem wierzyć. Od stu lat jedynie udając obrzydzenie ochoczo przykładamy rękę, zostaliśmy współsprawcami. Zmieniliśmy się w zatrute ziarno i nie wydamy owocu.

Samochód zwalnia. Widzę mur ambasady. Widzę bramę.

Powinniśmy żyć w stanie notorycznego oblężenia, nieprawdaż? Tłum wiernych winien przez okrągłą dobę otaczać gniazdo heretyków wznosząc okrzyki o rychłej śmierci i powiewając sztandarami dżihadu. A nie zatrzymuje się nawet jeden z przechodniów. Tak zmiażdżeni przez system, tak ulepieni od nowa, że nie ma nawet potrzeby wskazywać im diabła. Jest tylko wiara. Nieskończona, bezmyślna wiara.

Pokonujemy bramę. Toczymy się wysypaną kamieniami ścieżką.

 

 

Arcykapłan prowadzi mnie na taras.

Widok jest piękny. Ogród stworzony dla elity, tak przecież jest zawsze – lecz w tym tkwi coś więcej: jedynie elita jest władna dostrzec i docenić owo piękno. Masy są obojętne. Co jest szczęśliwym trafem. Nie zazdroszczą, nie pożądają, nie mają powodu do buntu.

Chwyta wyprostowanymi rękoma balustradę, opiera na niej ciężar ciała. Chwila rezygnacji z kontroli, tak niezwykle rzadka, że niekiedy odnoszę wrażenie, iż ci ludzie nie odprężają się nawet śpiąc.

Spogląda w dal. Moja kolej.

Złudzenie. Moja kolej już przeminęła. Wszystko zostało powiedziane, chociaż nie wprost – ale nie było takiej konieczności. Zatem poprawiam się: czas na ostatnią, desperacką, skazaną na porażkę próbę… bo tak od stuleci czyni mój lud, moi ziomkowie, ostatni ludzie na Ziemi, którzy nie poddali się dyktatowi niemożliwych do zakwestionowania, bezdusznych praw. Którzy słów hierarchów nie zrównują ze słowami bogów.

Ostatnia próba.

– Arcykapłanie, czy możemy zrobić coś, co przekonałoby was o naszej dobrej woli? – pytam.

Nie odwraca się do mnie, wciąż patrzy w jakiś punkt przestrzeni.

– Cóż za zbieżność, ambasadorze… miałem właśnie zadać panu niemal identycznie brzmiące pytanie. Czy jest coś, co możecie zrobić.

Mam ochotę pokręcić głową… ale to zbyt wiele zdradzający gest. Nawet jeśli nie może go dostrzec.

– Możemy odczuwać ogromną, szczerą wdzięczność, arcykapłanie – mówię.

– Wyrażoną publicznie? Nie potrzebujemy jej… a wręcz zaszkodziłaby, gdyby nasi wrogowie pobłażliwość uznali za słabość. Czy może ma pan na myśli wdzięczność wyrażaną w bardziej materialny sposób?

Nie odpowiadam. Nie mogę.

Bo nie mogę rzucić na stół nawet paru błyskotek… choć prawdą jest, że zaproponowanie ich mogłoby przynieść odwrotny efekt. Zostać uznane za obrazę.

Przez chwilę słucha mojego milczenia.

– Przełożeni nie podzielają pańskiego zaangażowania – kwituje.

Przełożony. Mam tylko jednego przełożonego: prezydenta Wolnego Państwa Caltech. Formalnie. Ale trafiłeś, kapłanie – rozmawiałem, jednak nie z Thompsonem, tylko z osobą, która jest faktycznym moim szefem. I która winna być prezydentem zamiast Thompsona… niestety zdecydowana większość teokracji nie potrafi ścierpieć kobiet dzierżących władzę. Dlatego Maria Alexandria Cortez pozostaje w cieniu. I z półmroku wydaje mi polecenia.

Mark, jest mi przykro, ale nie. Żadnych targów.

Wyliczenia księgowych przyklepał Naczelny, czy to byłaś ty, Mario? Najważniejszy targ: o ludzkie życie. Ale miejsce, które zdobyłaś, wymagało, żeby twoją pierwszą śmiertelną ofiarą było własne sumienie.

– Liczyłem na łaskę… nawet jeśli na nią nie zasługujemy – mówię.

– Z pewnością nie zasługuje ów człowiek, ambasadorze. Wasz naród? W przypadkach takich jak ten odwołujemy się do punktów wspólnych… a mój lud i twój nie ma chyba ani jednego.

Może człowieczeństwo? Ach, przecież nie znacie tego pojęcia.

– Służymy temu samemu bogu. – to desperacja, lecz nie ryzykuję, bo już niczego nie mogę stracić.

– Służycie wielu różnym bogom, ambasadorze. – wciąż nie widzę jego twarzy, ale przeczuwam, że uśmiecha się drwiąco – Fałszywym bogom… każdemu, którego kłamliwi kapłani postanowią wam zapłacić.

Kiwam głową.

– To prawda. Jednak prawdą jest również, że twój lud i mój służy temu samemu bogu, arcykapłanie. To punkt wspólny.

Uśmiecha się. Uwielbia paradoksy, zabawę słowami, jako odbiorca, ale też twórca. I byłby świetnym rozmówcą, gdyby tylko…

Dość. Przekraczam nieprzekraczalną granicę.

Jest arcykapłanem odpowiedzialnym za kontakty z niewiernymi, potrafiącym prowadzić z nimi negocjacje. Wszystko, co mówi, jest obliczone na pożądany efekt.

Ja jestem ambasadorem jednego z nielicznych na świecie państw nie będących teokracją ani neo–feudalnym księstwem, ostatniego liczącego się na arenie międzynarodowej. Nauczono mnie przyjmowania ich perspektywy, bym dobrze wykonywał swą pracę. Przypilnowano, żebym nie wziął jej za własną. Przypilnowano, abym nie buntował się przeciw niej wypowiadając słowa mogące być uznane za herezję.

Dwóch tak różniących się ludzi zmuszonych do prowadzenia dialogu.

A wyrok zapadł. Dalsze naciskanie nie ma sensu.

– Odbędzie się publiczna egzekucja? – pytam.

Szczęśliwie zaprzecza. Choć właśnie zaprzeczenia się spodziewałem.

– To zepsułoby wiele krwi, nieprawdaż? Nie, ambasadorze, kameralna uroczystość dla wybranych spośród Wybranych. Aby wzmocnić ich wiarę. I by zadośćuczynić sprawiedliwości, oczywiście.

Oczywiście.

Wzmocnić wiarę? Raczej unaocznić, czym kończy się bunt. Czy choćby rzucone w emocjach parę nierozważnych słów.

– Nie zmienicie zdania, arcykapłanie?

– Czy z jakiegoś szczególnego powodu zależy ci na tym człowieku, ambasadorze? – odpowiada pytaniem.

Przejrzał mnie. Przecząco potrząsam głową.

Jameson jest mi obcy. Nie jestem pewien, czy zdołałbym go polubić. Ale jest ludzką istotą, jest człowiekiem wychowanym w tej samej kulturze, która wychowała mnie. Mówiącej, że życie jest bezcenne. Że odbieranie go nie powinno się wydarzać. Jest mi stokroć bliższy niż ty, arcykapłanie.

– To moja rola i powinność – mówię – Dbać o współobywateli.

– Dba pan, ambasadorze. Nie umknęło to naszej uwadze.

Mówi to arcykapłan? Czy człowiek?

Jeśli ten pierwszy, słowa nie są wyrazem uznania. Przeciwnie. Życie trybików maszyny nie ma dla was żadnego znaczenia, walka o nie jest marnotrawstwem. Jeśli człowiek…

Nie wiem, czy potrafiłbyś nim być.

– Pojutrze, ambasadorze – dodaje – Przekażemy szczegóły.

Koniec rozmowy. Zostałem odprawiony.

Wykonuję zdawkowe skinienie, mające udawać ukłon, do jego pleców. Odwracam się. Sługa już czeka przy drzwiach na taras.

Ruszam za nim.

 

 

Wydaje się, że są już wszyscy.

Nie próbuję rachować, ale w cieniu arkad tkwią przynajmniej dwie setki ludzi. Kameralna uroczystość, arcykapłanie?

Kapłan w bieli staje pośrodku placu. Odczytuje wyrok.

Staram się nie słyszeć.

Kończy. Odwraca się, znika w budynku. Chwilę później zza kulis wyłania się nowa trójka: kapłani w czerni prowadzący Jamesona. Zmierzają ku podwyższeniu z drewna, scenie dzisiejszego spektaklu. Więzień nie szarpie się, nie próbuje wyrwać. Oszołomili go czymś? Mam nadzieję. I nie wierzę, że podyktował to humanitaryzm. Nie chcą, by zepsuł przedstawienie. Niewierni nie potrafią zachować się z godnością.

Przywiązują ręce Jamesona. Pochylają jego głowę. A on nie reaguje, nawet kiedy odchodzą. Tkwi na klęczkach w absolutnym bezruchu.

Gapie rozstępują się. Widzę kata z zamaskowaną twarzą, odzianego w ciemnoczerwoną, luźną szatę. Idzie pewnym, choć niespiesznym krokiem.

W dłoni dzierży zakrzywione, długie, najpewniej ciężkie ostrze, które przetnie tkanki bez najmniejszego oporu. Wykute, co do tego nie mam żadnych wątpliwości, w którejś z fabryk Korporacji Shenzen, faktycznego władcy Mongolii Południowej. Naszą specjalnością jest krzem, ich – wysokogatunkowa stal. Z uporem próbuję przypomnieć sobie, co kupuje od nich Caltech, stworzyć w głowie listę. I to pomaga. Odciąga myśli od tego, co zdarzy się za chwilę.

Ostrze dotyka szyi Jamesona.

Pytające spojrzenie w naszym kierunku. Arcykapłan daje znak.

Zamach. Cios.

Głowa wpada do podstawionego kosza wyplecionego z jakichś brunatnych włókien. Krew wydaje się być niemal czarna. Rozlewa się po deskach, skapuje na piach.

Próbuję opanować mdłości. Rozgrzane powietrze faluje.

Tłum widzów milczy. Upiorna cisza, żadnych oklasków. Nie ma żadnej potrzeby: sprawiedliwości stało się zadość. Bóg tego chciał. Nie można dodać nic więcej.

Próbuję wyobrażać sobie, że jestem w zupełnie innym miejscu. Pomaga. Odrobinę. Cieszę się, że mury osłaniają nas od wiatru. Powiew nie przyniesie woni krwi. Moje ciało uspokaja się.

Kat wyciera ostrze w koszulę Jamesona. Czas na niego – więc schodzi ze sceny. Z kunsztem odegrał swoją rolę.

Zauważam, że arcykapłan wpatruje się we mnie. Nie mam pojęcia, jak długo. Straciłem kontrolę nad sobą.

– Przykra konieczność, ambasadorze – mówi.

Konieczność? Wyłącznie w waszych ślepych oczach religijnych fanatyków.

Był jedynie młodym człowiekiem, który też utracił kontrolę, na moment zaledwie, co przydarza się każdemu z nas, każdemu z ludzi. Beztroskim głupcem. Świat powinien wybaczać znacznie więcej.

– Już niebawem czeka nas wiele spotkań – dodaje – Najwyższy Przywódca pragnie czegoś wyjątkowego na obchody zakończenia trzeciego dwudziestopięciolecia.

Niemal wstrząsam się. Tak nagła zmiana tematu… jak gdyby kilkanaście kroków od nas nie leżało bezgłowe ciało. Lecz muszę to wymazać.

Muszę stać się tym, którego życzy sobie mieć tutaj Cortez.

Pozbawionym uczuć dyplomatą w bezdusznej krainie. Sztuczka, którą opanowałem perfekcyjnie. Wystarczy pstryknięcie palcami.

– Z przyjemnością wysłuchamy waszych oczekiwań, arcykapłanie – odpowiadam.

Lekkie skinienie.

– Proszę rozważnie dobrać ludzi, ambasadorze.

Wyraźnie brzmi niewypowiedziane: tym razem.

Sprawiłeś same kłopoty, Jameson. Naraziłeś na szwank wielomiliardowe kontrakty. Dałeś im kolejny argument, że powinni poważnie myśleć o alternatywie, co nas osłabi. Twój powrót do domu będzie kosztował krocie i chyba wolałbym, żebyś został rzucony dzikim psom za murami, jak tu czynią z ciałami niewiernych i heretyków. Ale to niemożliwe, nasza symbolika jest inna. Nie lepsza. Wyłącznie inna. I jest jeszcze jeden kłopot twojego autorstwa – do końca mojej misji tutaj będzie mi wypominany ten incydent… co zaważy na mojej skuteczności.

Wciąż obserwuję placyk. Z cienia wychodzi trzech mężczyzn, podążają ku podwyższeniu. Dwóch chwyta zdekapitowane ciało za ręce, zaczynają je ciągnąć; buty rzeźbią w piachu długą, podwójną bruzdę. Za nimi podąża ten trzeci, dzierżąc kosz, w którym tkwi głowa Jamesona. Kapłan nie potrafi powstrzymać się przed ukradkowymi zerknięciami do środka, raz za razem. A wtedy raz za razem obojętność wypisana na jego obliczu rozpada się w proch na ułamek sekundy. I w tych chwilach staje się niemal ludzki.

– Będziemy gotowi, arcykapłanie – odpowiadam, lekko pochylając głowę.

Sprawdzę każdego trzykrotnie. Tak, osobiście. Już żadnych kryzysów więcej. Rzucić się w wir pracy, zaproponować naprawdę coś wyjątkowego. Chociaż nie macie żadnej potrzeby, bo nie musicie odwracać uwagi ludzi od problemów. Nie ma problemów. Nie ma ludzi. Są tylko rzesze wyznawców, którzy będą wznosić modły już przez całą wieczność… a bez wątpienia dłużej, niż potrwa moja misja na tym lądzie. O tym muszę pamiętać.

Dlatego ostatecznie załagodzimy konflikt. Nie będzie nam wybaczone – ale przewiduję, że zostanie zapomniane.

Maria Alexandria Cortez usłyszy, że jestem dobrej myśli.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Skoro wspominasz w Przedmowie o innym tekście, wnioskuję, że nie trzeba już podawać linków do Poradników, bo jesteś tu Stałym Bywalcem. :)

 

Kwestie językowe i nasuwające się co do nich sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

 

Tytułu nie trzeba już powtarzać.

– Wyciągnij mnie stąd – mówi dość cicho, lecz z naciskiem – Wyciągniesz mnie, prawda? – błędny zapis dialogu?

– Zrobię, co będę mógł – odpowiadam – Jednak nie obiecuję wiele. – tu podobnie?

– i tu?; dalej jest tak samo, a zatem – całość dialogów do generalnej poprawy według portalowgo Poradnika, ja już reszty nie wypisuję.

 

Choć jestem niemal pewien, że z niewłaściwego powodu, że nie odczytał właściwie moich słów. – powtórzenia/stylistyczne?

Pojazdów nie stanowiących zagrożenia ze względu na zawartość… żadnych arcykapłanów czy też zwykłych funkcjonariuszy policji religijnej… a jednak niebezpiecznych, bo uzurpujących sobie prawo do poruszania się tak szybko i swobodnie, jak tamte. – razem?

Niemal wszyscy są zwyczajnie zbędni. Młoda kobieta niemal wchodzi nam pod koła. – powtórzenie?

Różnorodnie piszesz wyraz „B/bóg” w odniesieniu do konkretnego bóstwa, co niepotrzebnie tworzy kilka błędów ortograficznych i rzeczowych, bo Czytelnicy nie wiedzą, jak ostatecznie chcesz to słowo zapisać – trzeba to zatem ujednolicić; np.:

– Bóg nie jest maszyną – mówię – Maszyna jest jedynie sposobem manifestacji boga w świecie. Uczono was tego. Dlaczego nie zapamiętałeś?

Trafią wprost do Boga.

Nazywają je obrzydlistwem w oczach Boga.

– Służymy temu samemu bogu. – to desperacja, lecz nie ryzykuję, bo już niczego nie mogę stracić.

 

Nie znają świata sprzed tej wielkiej zmiany. (…) Zaczęła się Wielka Zmiana. – – tu podobnie, jak powyżej – piszesz o konkretnym wydarzeniu, podajesz jego nazwę własną, którą sam stworzyłeś na potrzeby tego opowiadania, lecz piszesz ją dwojako i znowu są od razu niepotrzebnie cztery błędy rzeczowe i ortograficzne.

 

 

Bowiem tam trafią dusze wiernych. Dusze? Zamieszkujące tam byty nie są ludźmi, skleconymi z pobranych za życia danych cyfrowymi symulacjami ludzkich istot… tak jak D.C.M. i setki jemu podobnych konstruktów od stu lat zasiedlających i władających Ziemią nie są prawdziwymi bogami, tylko językowymi modelami, które wymknęły się nam spod kontroli. – powtórzenia?

Nie znają świata sprzed tej wielkiej zmiany. Ich rodzice go nie znają, dla dziadków stanowi niewyraźne wspomnienie z dzieciństwa. Znają jedynie kłamliwą opowieść o nim. – i tutaj?

I jest jeszcze jeden kłopot twojego autorstwa – do końca mojej misji tutaj będzie mi wypominany ten incydent… co zaważy na mojej skuteczności. – i tu też?

 

Ogólnie pomysłowa fabuła, istniejący świat SF oraz rządzące nim, przerażające prawa. Poznajemy je głównie poprzez przemyślenia bohatera/ambasadora, lecz postać skazanego i arcykapłana oraz rozmowy z nimi urozmaicają te opisy. :)

Klik, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Dziękuję za uwagi :)

Będę się trochę bronił: istotnie kilka powtórzeń mi umknęło, jednak powtórki typu że.. że, znają… znają są – być może trochę niestrawną – częścią mojego stylu. Mała i wielka litera – nazwa własna/rzeczownik. Dialogi – pełna racja. Czytelników nie obchodzi moje widzimisię – są zasady i powinienem się do nich stosować.

 

Jasne, to tylko sugestie, czasem powtórzenia służą podkreśleniu wymowy zdania i ja zawsze to szanuję. :)

Jako Autor, to Ty ostatecznie decydujesz o kształcie tekstu. :) 

Co do dialogów – nie są łatwe dla żadnego z nas, ciągle je ćwiczymy i ciągle jest trudno. :) Generalna zasada: gębowe małą, po kropce nie może być małą literą, a zatem – i odwrotnie – przed wielką literą musi być kropka. :)

 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję, powodzenia. heart

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka