Spośród kilku możliwości Adam wybrał pub w Birmingham. W środku było gwarno i gęsto od dymu. Rozejrzał się i usiadł przy ostatnim wolnym stoliku.
– Czas się tu zatrzymał. A może nigdy nie ruszył? – pomyślał.
W kącie zwisał wyszarzały transparent „Dzień św. Patryka, 1940”. Nie rzucał się w oczy, inaczej mógłby wywołać awanturę – a w takich lokalach wystarczyła iskra. Bar zapełniali goście, spragnieni codziennej pinty warzonego na miejscu stouta.
– Można? – mruknął krępy osiłek, przysiadłszy się do Adama.
Jego kompan, chudzielec z brodą, dołączył bez pytania i powiedział:
– Czyli co? Ten skurwiel Merski coś kombinuje.
– Ta. Gadają o zwolnieniach. – Osiłek splunął na podłogę. – Urzędas, szczur jeden. Taki sam jak te, co łapię! Małe ślepia, węszy nochalem.
Adam zagryzł wargi, trafili go w czuły punkt. Hołota nigdy nie docenia służby publicznej, a przecież każdy urzędnik tylko stosuje prawo i sam o niczym nie decyduje.
– Zwolnienia? I co? Potopimy się w tych szczurach? – obruszył się brodacz.
– Właśnie nie! W ratuszu gadają, że są firmy, co mają trucizny, co robią tę… jak to się mówi…
– Deratyzację? – włączył się Adam.
Osiłek skrzywił się, odwrócił plecami, a do kompana rzucił:
– Mój stary i dziad łapali szczury całe życie. Ludzie to szanowali. I co? Nagle ma być inaczej?
Dopił stouta i spojrzał łapczywie na pintę kolegi.
– Zostaw, mam tylko na jedno! – rzucił brodacz i odsunął szklankę. – Za dużo kombinujesz. Ja się nie boję. Jestem dobry w tym, co robię, tak jak i ty! – zachrypiał.
– Oby tak było. Mam rodzinę na utrzymaniu. – Szczurołap klepnął brodacza w ramię.
– Ja też, bracie, ja też. Mała Sara znowu jest chora. – Brodacz spochmurniał.
– A pan? Czym się zajmuje? – zapytał Adam.
– A co cię to? Jakiś urzędas jesteś? Nie twoja sprawa – wtrącił się szczurołap.
Adam przemilczał zaczepkę. Osiłek wyglądał groźnie, a on… właściwie był „urzędasem”.
– Rozwożę lód – odpowiedział brodacz. – O świcie ruszam furmanką z lodowni i wożę po domach bryły.
Zanurzył wąsy w piance, przełknął głośno i dodał:
– Ty, a znasz mego szwagra? Kawał chłopa, a szuka roboty.
– Co? Czemu? – Osiłek zmarszczył czoło.
– Bo tak! – burknął brodacz. – Jako człowiek-budzik już nie jest potrzebny.
– Ta, o tym mówię! Kiedyś i do mnie pukał o świcie. A latarnicy? Ci od gazowych lamp na mieście? Kto ich pamięta?
– Nikt. Znikli, a świat nie runął. Tak działa ten cały… no…
– System? – znów podpowiedział Adam.
– Ta. Właśnie.
Rozmowę przerwał dźwięk tłuczonego szkła.
– Lejecie tu szczochy – zawołał z mocnym szkockim akcentem rudy mężczyzna w mundurze i ruszył do wyjścia, odwracając się od baru.
Elegancki zawadiaka o wygolonych bokach głowy i z zaczesaną grzywką złapał go za rękaw i rzucił:
– Wyrażaj się, kraciasty kutasie. Nie jesteś u siebie!
Szkot wyprowadził sierpowy, ale chybił. Anglik błyskawicznie trafił go w nos.
I wszyscy rzucili się sobie do gardeł, jakby tylko czekali na sygnał. Żołnierze i cywile, komuniści przeciw konserwatystom, miejscowi i przyjezdni. Anglicy, Irlandczycy i Szkoci. Krzesła latały, szkło pękało pod butami. Adam, człowiek z zewnątrz, próbował przecisnąć się do wyjścia. Szczurołap chwycił go za kołnierz i krzyknął:
– Urzędas zwiewa!
Nie było czasu na rozterki. Adam przerzucił napastnika przez ławkę, usiadł na nim i uderzył. Raz, drugi. Nie przestał, nawet gdy z rozkwaszonego nosa chlusnęła krew.
Nagle szkocki żołnierz zaszedł go od tyłu i zacisnął ramię na szyi. Adam nie mógł złapać powietrza, świat zawirował. I wtedy wszystko stanęło. Kolory wyblakły, dźwięki ucichły. Pojedyncze litery kodu zawisły w przestrzeni: #Błąd 403.
– Czy chcesz zresetować symulację? – zapytał system.
– Nie. Skończmy, wystarczy – odpowiedział Adam, próbując złapać oddech.
– Dziękuję za udział w MindSync, korzystałeś z modułu „transfer przeżyć”. Zachęcamy do wypróbowania innych usług.
Usiadł na skraju fotela. Dopiero po chwili uspokoił oddech, przetarł oczy, poprawił muszkę i wstał.
– Zapraszamy na dalszą część przyjęcia i życzymy udanej zabawy. Pamiętaj o przekazaniu opinii. Wciąż jesteśmy w fazie testów – pożegnał go system, gdy nacisnął przycisk odblokowujący drzwi.
Wziął wizytówkę z kodem QR, na której przeczytał:
65 lat
Na czele ludzkości – ku gwiazdom – od 1969 r.
Patron generalny: MindSync
Schował ją do kieszeni, zszedł po marmurowych stopniach i zanurzył się w tłumie gości. Otoczył go gwar rozmów. Ruszył w stronę bufetu z owocami morza, lecz omal nie wpadł na parę robotów tańczących walca.
– To samo było rok temu. Mogliby sobie darować odgrzewane kotlety – pomyślał, śledząc ich płynne ruchy.
Poczuł na ramieniu dłoń i zapach znajomych perfum. Wzdrygnął się, po czym odruchowo wyprostował.
– Jesteś, Puchalski. Już myślałem, że się nawaliłeś i zasnąłeś gdzieś w kącie – rzucił Antoni Racki.
– Wyobraź sobie, że nie. Korposy przygotowały atrakcje dla wybranych.
– Wiadomo. To nie ambasada jest sponsorem imprezy. – Racki zdjął z tacy kelnera kieliszek szampana. – Transfer przeżyć? W czyjej skórze?
– Urzędasa. – Puchalski spuścił wzrok. Dlaczego sam użył tego słowa? Przecież go nie znosił.
– Czyli w swojej sprzed lat! – Racki się roześmiał. – Zanim wyciągnąłem cię za uszy i wyszedłeś na ludzi. Przynajmniej finansowo.
Racki przesunął spojrzeniem po marynarce Puchalskiego. Adam udał, że komentarz go nie dotknął.
Racki przypominał mu o tamtym długu niemal przy każdej okazji. Puchalski zerknął na jego idealnie przystrzyżoną brodę, gładko zaczesane włosy i garnitur, na którym nie było ani jednej fałdy. Własna marynarka nagle wydała mu się jeszcze bardziej pognieciona.
– W barze wybuchła bójka. To było takie prawdziwe. Jakby użycie siły było… – zawahał się.
– Ekscytujące? Zmieniłeś się, Adaś. Nie jesteś już taką miękką kluchą – powiedział Racki i znów się roześmiał.
Dawniej Puchalski przyjąłby cios i spuścił wzrok. Teraz wolał myśleć, że już nie należy do ludzi, którzy bezradnie obserwują życie z boku.
Racki ujął go pod ramię i skinął w stronę dwóch zbliżających się mężczyzn.
– Bądź miły, Adaś. Ten w polo ma do ciebie sprawę. Wysłuchaj go i tego nie spierdol.
Puchalski podążył za jego spojrzeniem. Pierwszy z mężczyzn miał siwą brodę i elegancki smoking, drugi wyraźną opaleniznę, koszulkę polo i okulary z cienkimi, okrągłymi oprawkami.
Adam wyprostował się i pierwszy wyciągnął rękę.
– Dzień dobry, panie ambasadorze.
– Dzień dobry, panie ministrze. Chciałbym przedstawić panu Tomasa Krolla, prezesa MindSync. Prawdziwy anioł biznesu i, jak się składa, pański rodak.
– Wiele o panu słyszałem, panie prezesie. To dla mnie przyjemność.
Uścisnęli sobie dłonie, po czym zamienili kilka słów o symulacji.
– Rozrywka to tylko jeden z filarów naszej działalności – powiedział Kroll płynną polszczyzną, choć z wyraźnym amerykańskim akcentem. – Największy potencjał widzimy w sektorze publicznym. Automatyzacja powtarzalnych procesów ograniczy koszty, skróci procedury i poprawi jakość usług.
– To nie takie proste. Mówimy o milionach pracowników – zauważył Puchalski.
– Mówimy o stopniowej transformacji – odparł Kroll. – Nikt nie proponuje działań z dnia na dzień.
Ambasador przywołał kelnera ruchem dłoni.
– Chętnie przedstawię więcej szczegółów, ale najpierw wznieśmy toast za to spotkanie – powiedział Kroll.
Kelner bez pytania podał Puchalskiemu podwójną whisky z lodem.
– Związki zawodowe się sprzeciwią – powiedział Adam.
– To naturalne przy każdej większej modernizacji – odparł Kroll. – Dlatego tak ważny będzie odpowiedzialny dialog społeczny. Liczymy na pana.
– Porozmawiajmy o tym spokojnie w gabinecie – zaproponował ambasador.
Gabinet miał wysoki strop i otwierał się na taras z widokiem na park. Na ścianach wisiała kolekcja broni białej i palnej. Ambasador objaśniał pochodzenie kolejnych egzemplarzy, a kelner co jakiś czas uzupełniał szklanki. Gdy postawił przed Adamem następnego drinka, Kroll wrócił do tematu.
– Koszty funkcjonowania państwa rosną szybciej niż wpływy, społeczeństwo się starzeje. Bez zmian i tak będziecie ciąć, tyle że w panice. Możemy rozłożyć transformację na etapy i przygotować pracowników do nowych zadań.
– Jaką rolę widzicie w tym dla mnie? – zapytał Puchalski.
– Cieszy się pan zaufaniem pracowników administracji. Potrzebujemy kogoś, kto pomoże wyjaśnić, że nie chodzi o likwidację państwa ani wojnę z urzędnikami, tylko o jego unowocześnienie. Wszystko, o co prosimy, to wsparcie konstruktywnego dialogu.
– Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedział Puchalski. – Ale nic nie obiecuję.
Racki zacisnął usta.
***
Następnego dnia, gdy Puchalski opuszczał wynajmowaną willę w Konstancinie, żona i dzieci jeszcze spały. Stanął w drzwiach garażu i choć w głowie wciąż nieprzyjemnie mu szumiało, uśmiechnął się na widok auta. Lśniący kraftwerk, synonim sportowego luksusu i elegancji, nadal robił na nim wrażenie.
Rozsiadł się w fotelu.
– Reklamy nie kłamały – pomyślał o udanym połączeniu precyzji dawnych niemieckich marek z chińską technologią. Traktował to auto niemal jak członka rodziny i zgodnie z sugestią producenta – nadał mu nawet imię.
– Przewidywany czas podróży wynosi niecałą godzinę.
– Co tak długo? – westchnął Adam. Wziął do ręki butelkę whisky, spojrzał na resztkę i przelał ją do szklanki.
– Dwa samobójstwa na trasie, a protesty blokują Ujazdowskie – odparł kraftwerk.
– Mogłem nie pytać. Wybierz najszybszą drogę, za wszelką cenę. Nie mogę się spóźnić.
Ziewnął. Znowu źle spał, nie tylko przez alkohol – wciąż budził go ten sam zły sen.
– Dobrze. Czy życzy pan sobie skrótu wiadomości?
– Cokolwiek, Janie – rzucił Adam i ponownie ziewnął.
– Porozmawiamy o przyczynach demonstracji – wybrzmiało z radia. – Słupki bezrobocia szaleją, pandemia depresji zbiera żniwa, a rząd jest bezradny…
– Wyłącz to. Coś innego.
– Może przypomnieć plan dnia? Czy włączyć muzykę, czy woli pan jechać w ciszy? – zaproponował kraftwerk.
– Niech będzie plan dnia, a potem coś spokojnego – powiedział, opróżniwszy szklankę.
Zatrzymali się przed murem otaczającym Konstancin. Gdy system bezpieczeństwa rozpoznał auto, brama wjazdowa powoli ruszyła w górę. Jak zwykle pod bramą grupa żebraków próbowała dostać się do środka.
– O godzinie jedenastej ma pan posiedzenie Rady Ministrów w przedmiocie projektu ustawy o ochronie prawa człowieka do pracy. Z pana notatek wynika, że będzie dyskusja o forsowanym przez lidera koalicji ograniczeniu zakresu nowych przepisów do sektora prywatnego, w związku z planowanymi redukcjami w administracji. Do dyskusji zaproszono Związek Zawodowy Pracowników Administracji, a wcześniej ma pan wypić kawę z ich przewodniczącą – Izabelą Maj.
Jan opowiedział, z kim i gdzie ma zaplanowane spotkania, wspomniał też sesję terapii z aplikacją U-Care. Potem włączył Chopina.
Adam poczuł, że odpływa, a po chwili zaczął śnić.
Hełm zasłaniał mu oczy. W pamięci migały strzępy wspomnień: brzęczące transformatory i wszechobecne kable wspinające się po ścianach i suficie, niewielkie okno, widok na panoramę miasta.
Z ulicznych koksowników unosił się dym. Zgarbieni ludzie kłębili się na chodnikach, idąc nie wiadomo dokąd i po co. Dalej, w mieście i poza nim, aż po horyzont pracowały maszyny produkujące energię potrzebną do utrzymania systemów.
Zobaczył swoje odbicie w ekranie smartfona. Nie mógł uwierzyć, jak się postarzał.
Potem worek na głowie, uderzenie i czarna dziura.
Szarpnął się. Sznury otarły nadgarstki. Nic nie widział, głowę ściskał ciężki hełm. Początkowo słyszał tylko kapanie wody, potem melodię graną na skrzypcach. Znał ją z dzieciństwa, ale nie umiał nazwać.
Dotarły do niego syczące, pełne jadu szepty, ale gdy się poruszył – ucichły.
– Ocknął się, szczur jeden – powiedziała kobieta.
Zaskrzypiły kroki. Ktoś się do niego zbliżał.
Zgiełk wyrwał go ze snu. Przetarł oczy i rozejrzał się, żeby upewnić się, że jest w samochodzie. Nagle wrzasnął:
– Okno, Janie! Zamknij je!
W ostatniej chwili kraftwerk zasunął szybę. Wylana przez protestujących ciecz spłynęła po pancernej tafli.
– Oddajcie nam pracę! Na korpo podatki! – skandował tłum w równym, pulsującym tempie.
Pojazd wjechał w sam środek demonstracji. Protestujący otoczyli kraftwerka, uderzając dłońmi o karoserię w rytm wygłaszanych haseł. Ich twarze skrywały teatralne maski, głowy osłaniały kaptury.
– Wezwij pomoc, teraz! – wrzasnął Adam.
W ciągu minuty masywne policyjne drony zawisły nad kraftwerkiem.
– Rozejść się! Pojazd osoby pełniącej funkcje publiczne! – rozległ się komunikat z drona.
– Mamy prawo do pracy! Korposy, płaćcie podatki!
– Rozejść się! Przy braku reakcji użyjemy siły!
Ktoś z tłumu rzucił się na maskę pojazdu i odsłonił twarz. Oczodoły kobiety wypełniała czerwona opuchlizna, na policzkach miała ślady po czarnych łzach.
Adam złapał się za serce i zamknął oczy. Gdy je otworzył, protestująca zsunęła się z karoserii, a drony próbowały utorować drogę armatkami powietrznymi. Bez skutku. Krzyki nie ustawały.
– Prawo do pracy! Prawo do pracy!
Nagle po drugiej stronie ulicy huknęła eksplozja. Spanikowani protestujący stopniowo rozproszyli się. Kraftwerk mógł w końcu ruszyć.
– Uratował mnie samobójca – powiedział Adam, nie wiadomo, czy do siebie, czy do Jana.
Odjechali. Jeszcze przez chwilę widział przed sobą twarz kobiety. Potem spojrzał z żalem na pustą butelkę.
Dotarłszy do gmachu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, skierował się do kawiarni.
– Cześć, Iza – zagaił.
– O, dobrze, że jesteś. Mówią o ważnej sprawie – odparła Izabela Maj, odrywając wzrok od holograficznego ekranu wiszącego pośrodku sali.
Adam usiadł obok. Leciał serwis informacyjny, a w nim reportaż z debaty w Parlamencie Europejskim.
– Humanizm nigdy nie był tak zagrożony! Pod płaszczykiem pozornych oszczędności odbieracie ludziom środki do życia. Wolicie płacić korporacjom – grzmiała Marie-Claire Dubois, eurodeputowana z Francji.
– Czy bezrobocie wyskoczy mi dziś z lodówki? – zaśmiał się ktoś przy sąsiednim stoliku.
Izabela skrzywiła się. Na ekranie ponownie pojawiła się Dubois.
– Mówicie o interesach lokalnych biznesów, ale działacie na rzecz obcych firm technologicznych. Bo kto opłacił pana kampanię? Z kim się pan bawił na bankiecie w Warszawie?
– Teatrzyk dla tłumu – zakpił Adam.
– U nas jest niby inaczej? Dyscyplina, instrukcje, lobbyści. Wymieniać dalej? Tak jak ten bankiet. Najpierw szampan, potem rachunek.
Adam spuścił wzrok.
– Nie mów, że tam byłeś. Wiadomo, po co organizują takie imprezy.
– Iza, nie przesadzaj. Nie da się robić polityki, zamykając się w czterech ścianach. Wiesz, czyją trzymam stronę.
– Na pewno? Jesteś jednym z nas, pamiętasz?
Skinął głową.
– Chodźmy, bo się spóźnimy.
Spotkanie konsultacyjne przed posiedzeniem Rady Ministrów otworzył premier, po czym oddał głos Sławomirowi Kruszce, ministrowi spraw wewnętrznych i administracji. Kruszka przedstawił skutki finansowe reformy w kilku wariantach. Powstrzymał się od własnej oceny, ale liczby mówiły same za siebie: po poważnej redukcji zatrudnienia budżet wyraźnie by odetchnął.
– W wariancie trzecim znika ponad połowa etatów – odezwała się Izabela. – Co mamy powiedzieć tym ludziom?
– Państwo nie może dłużej udawać przed podatnikami, że tak wysokie koszty administracji są uzasadnione, zwłaszcza gdy tak wielu z nich ma własne problemy z pracą – odpowiedział premier spokojnym, pozbawionym emocji głosem. – Poprzedni rząd doprowadził nas do sytuacji, w której łatwych rozwiązań już nie ma.
Izabela zerknęła na Adama, czekając na reakcję.
– Przewodnicząca Maj ma rację – powiedział w końcu Puchalski. – Jesteśmy odpowiedzialni również za społeczne skutki tej reformy. Nie możemy najpierw zwolnić ludzi, a dopiero potem zastanawiać się, co z nimi zrobić. Poza tym to są też podatnicy i konsumenci, nie powinniśmy o tym zapominać.
– Gospodarka wytrzyma spadek konsumpcji w tej grupie społecznej – odpowiedział Kruszka. – Zaoszczędzone środki możemy przeznaczyć na inwestycje i tworzenie nowych miejsc pracy.
– To najpierw je stwórzmy, a redukcje należy przedłożyć – powiedziała Izabela.
– A budżet? – zapytał premier. – Kto pokryje koszty okresu przejściowego?
Zapadła cisza.
Adam przesunął palcem po krawędzi leżących przed nim dokumentów.
– Dajcie mi kilka tygodni na rozmowy ze stroną społeczną. Może da się wypracować rozwiązanie, którego budżet nie odczuje tak mocno, a ludzie nie zostaną z dnia na dzień bez pracy.
Premier przyglądał mu się przez chwilę.
– Dobrze. Skoro pan minister bierze to na siebie, będzie pan odpowiedzialny za wypracowanie kompromisu.
Jeszcze przed końcem spotkania Adam myślał już tylko o whisky. W kraftwerku skończył się zapas, więc wracając do domu, specjalnie zatrzymał się przy sklepie.
Nagle podszedł do niego mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał schludnie, ale Adam poczuł od niego ostry, nieprzyjemny zapach.
– Przepraszam pana, czy nie potrzebuje pan złotej rączki? Mógłbym też po-p-po…
– Słucham?
Adam skrzywił się i odsunął o krok.
– …posprzątać albo zrobić coś w ogrodzie?
– Nie jestem zainteresowany – rzucił Adam.
Oczy mężczyzny były szkliste, rozbiegane. Trzęsącą się ręką rozpiął kurtkę i sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Adam zląkł się i odruchowo odsunął.
– Proszę zobaczyć, to moje dzieci.
Intruz wyjął telefon z wewnętrznej kieszeni i pokazał zdjęcie kilkuletnich, rudych bliźniaczek. Adam odetchnął. Przez chwilę był pewien, że zobaczy broń albo ładunek.
– Proszę pana, ja umiem wiele rzeczy. Mogę uczyć gry na skrzypcach, znam języki.
Mężczyzna próbował mówić dalej, ale Adam odwrócił się i ruszył do limuzyny. Zatrzymał go dźwięk skrzypiec – melodia, która przypomniała mu dzieciństwo.
Zawahał się, czy nie wrócić i zapytać, co to za utwór, ale nie zrobił tego. Trzasnął drzwiami i odjechał.
Nerwowo otworzył butelkę, ten facet popsuł mu nastrój. Gdyby to była symulacja, rozwaliłby mu nos. Po kilku łykach zaczął się jednak odprężać.
– Dzwoni Antoni Racki – oznajmił kraftwerk. Adam westchnął i opróżnił szklankę.
– Odbierz.
– Ty naprawdę chcesz zostać mesjaszem tych urzędasów? – syknął Racki. – Myślisz, że ich uratujesz?
– Próbuję znaleźć rozwiązanie, które…
– Nie ma rozwiązania. Są za to liczby. Tego procesu nie zatrzymasz. Możesz co najwyżej doprowadzić do tego, że zrobi to ktoś inny, a ty wypadniesz z gry.
– Słuchaj, tak po prostu nie można…
– Można. Zawsze można było. I zawsze ktoś to robił. Tylko ty nagle postanowiłeś zbawiać świat.
Adam zacisnął palce na szklance.
– Tylko za jaką cenę?
Racki parsknął.
– Cenę? Adaś, ty zadajesz złe pytanie. Pomyśl, ile cię będzie kosztować, jeśli tego nie zrobisz. System i tak zrobi swoje. Z tobą albo bez ciebie.
Adam milczał.
– Rząd to może być dopiero przystanek. Potem są rady nadzorcze, consulting. Kontakty, których dziś nawet nie umiesz wycenić. Pieniądze, o jakich dawniej nawet nie marzyłeś. Ale nikt nie wybiera ludzi, którzy w decydującym momencie zaczynają przeszkadzać.
– Czyli o to chodzi?
– Chodzi o to, żebyś przestał zachowywać się jak naiwniak. Zapominasz, dzięki komu w ogóle siedzisz po tej stronie stołu.
Adam nie odpowiedział.
– Jutro masz spotkanie ze związkami. Pamiętaj tylko, kto cię tu posadził.
Rozłączył się.
Praktycznie nie tknął kolacji. Przesunął dłonią po obrusie, poczuł jego chropowatą fakturę. Widelczyk zgrzytnął o talerz. Napił się wody z lodem i przeszył go ból wrażliwych zębów.
Odblokował telefon, włączył nagranie z czwartych urodzin córki.
– Gabi, kim będziesz, gdy dorośniesz? – zapytała mama.
– Uziędnikiem!
Wziął do ręki wizytówkę z kodem QR. Nabrał ochoty, by wrócić do MindSync. Najchętniej wyżyłby się podczas bójki, ale było już po dwudziestej. Innym razem.
Zażył lek przepisany na sen i zasnął.
Szarpnął związanymi rękoma, na głowie ponownie miał ciężki hełm. Znów to samo miejsce. Z innej części pomieszczenia dobiegł kobiecy śpiew:
– Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Ważnych jest kilka tych chwil, tych, na które czekamy.
Miała piękny głos. Adam poruszył się.
– O, szczur się miota – powiedziała kobieta, przerywając piosenkę.
Ale ktoś ją natychmiast uciszył. Rozległy się szepty, brzmiały jak kłótnia. Adam wyłapał tylko urywki, choć miał wrażenie, że gdzieś je już słyszał. O tym, że „plącze się w zeznaniach” i „coś majaczy nie na temat”.
W końcu ktoś zdjął mu hełm. Zobaczył ciemną piwnicę, całą pokrytą kablami, a przed nim stały dwie młode kobiety. Rudowłose bliźniaczki, niemal identyczne, różniła je tylko blizna na twarzy jednej z nich.
– Co to za melodia? Skąd ja ją znam? – ośmielił się zapytać.
– Grechuta. Nasz ojciec to grał, gdy jeszcze…
– Cicho. Nie rozmawiaj z nim – ucięła ta z blizną, po czym zapytała Adama:
– Jak się dostać do Komputronium?
– Tam się nie można dostać. Poza tym po co wam to?
– Nie gadaj tyle. Tylko odpowiedz.
– Nic nie zrobicie, tracicie czas. Komputronium nie istnieje w świecie materialnym, a na pewno nie w tym sensie, o którym myślicie.
Zapadła cisza. Adam postanowił wykorzystać chwilę:
– Powiedzcie, jakie macie żądania, czego chcecie, a ja zobaczę, co da się zrobić. Dogadajmy się.
– Wiesz, czego bym chciała, szczurze jeden? Mieć własny kąt. Kawałek ziemi. Dziecko, którego nie bałabym się urodzić. Ale nie mogę, bo wasze pokolenie wszystko spieprzyło. Sprzedaliście nasze życie za grosze.
– Być może. Ale teraz już nic z tym nie zrobisz. Nie wygracie z systemem, więc po co te próby?
Uderzyła go w twarz.
– Przekonasz się, kanalio.
Założyła mu hełm z powrotem.
Obudził się z suchością w gardle. Podświetlone w ciemności kreski zegara pokazywały trzecią trzydzieści. Nie zasnął do rana. W pierwszej połowie dnia miał nadrabiać zaległości: analizować statystyki i projekty rozporządzeń, ale nic z tego nie zrobił. Czas do południa przeciekał mu przez palce. Po obiedzie wsiadł do kraftwerka i ruszył do Warszawy.
Najchętniej odwołałby spotkanie ze związkowcami i zamiast tego rozwalił komuś nos. Zeskanował kod z wizytówki MindSync. Na smartfonie wyświetlił się kalendarz. Został jeden wolny termin: siedemnasta. Pasowało, akurat po negocjacjach.
– Przewidywany czas podróży wynosi jedną godzinę. Czy chciałby pan…
– Nie, włącz U-Care.
– Witam, Adamie. Jak minął ci dzień?
– Chyba zaczynam wariować – rzucił, pocierając czoło.
– Co się dzieje?
– Chciałbym coś zmienić. Nie wiem… może pracę.
– Czemu? To duża zmiana.
– Czuję, że stać mnie na więcej. Pójść w doradztwo, jak Racki… Tam są prawdziwe pieniądze. On spija śmietankę, a ja mam robić czarną robotę. Nie musiałbym robić niczego wbrew sobie. Jeszcze za lepsze pieniądze.
– Brakuje ci na coś?
Milczał chwilę.
– Niby nie. Ale nie o to chodzi. Czy jest coś takiego jak dobra cena za gwałt na własnej osobowości?
– Co byś zrobił, gdybyś miał lepszą pozycję albo więcej pieniędzy? Wystarczyłoby ci to?
– Nie wiem. Kupiłbym coś dla poprawy nastroju. Biżuterię żonie, sobie zegarek, może jakiś obraz?
– Chwilowe przyjemności szybko mijają. Dobra luksusowe nie dają szczęścia. Są elementem gry o status, a to gra o sumie zerowej: żeby ktoś zyskał, ktoś musi stracić. To droga donikąd.
Kraftwerk zatrzymał się przed bramą w murze otaczającym Konstancin. Adam spojrzał na rozsuwające się skrzydła.
– Co ty możesz wiedzieć? Mnie wychowali dziadkowie, którzy ledwo wiązali koniec z końcem. I wiesz co? Wczoraj stałem twarzą w twarz z tłumem biedaków. Nie wyglądali na szczęśliwych. Co na to powiesz?
– Zabrakło tokenów. Aby kontynuować terapię, dokonaj płatności. Instrukcje znajdziesz w…
Wyłączył U-Care i nalał sobie whisky.
Spotkanie ze związkami zaczęło się od referatu Izabeli Maj.
– Jak sami słyszycie, sytuacja jest trudna. Na szczęście minister Puchalski jest po naszej stronie i obiecał wsparcie.
– Bardzo dziękuję za wprowadzenie. Zrobię, co w mojej mocy, by wasze… nasze interesy zostały odpowiednio zabezpieczone – mówił powoli, przesuwając wzrok po zebranych.
– Bardzo to doceniamy – odezwał się starszy mężczyzna. Adam zauważył, jak ukradkiem chowa postrzępione mankiety znoszonej koszuli w rękawach starego swetra.
– Zrobię, co się da. Musimy zachować rozsądek.
– Rozsądek? Dla większości z nas nie ma już alternatyw – odparł związkowiec z kresowym akcentem.
Adama przeszedł dreszcz. Tak mówił jego dziadek. Zawsze ustępował silniejszym, schodził z drogi bogatszym i nigdy nie podnosił głosu.
– Rozsądek – odparł stanowczo. – Takie są realia. Powinniśmy negocjować stopniowe redukcje, okres ochronny, odprawy, wsparcie w szkoleniach, ale nie ma już możliwości utrzymania status quo.
Na sali rozległy się szepty.
– Adam, „plan B dla każdego” to nasz warunek. Plan minimum, poza dyskusją. To właśnie jest kompromis.
Przypomniał sobie brodacza z Birmingham. „Znikli, a świat nie runął”.
– Zobaczę, co da się zrobić. Tylko na czym polega ustępstwo z waszej strony?
Szepty zamieniły się we wzburzenie.
– Na tym, że w ogóle zgadzamy się na redukcje. Chcecie zastąpić połowę ludzi maszynami, jakimś obcym systemem, a my mamy jeszcze powiedzieć, z czego zrezygnujemy? Czy ktoś to w ogóle przemyślał? To jest oszczędność może chwilowa, a zobaczymy co potem. I jak to wpłynie na środowisko – zabrała głos młoda urzędniczka.
Wszyscy milczeli.
– Bardzo prosimy, szanowny panie ministrze, w panu jest nasza jedyna nadzieja – powiedział mężczyzna.
Puchalski skrzywił się. Kresowy akcent i postrzępione mankiety przywołały słowa dziadka: „Znaj swoje miejsce. Nie bądź naiwny. Takich jak my nikt do stołu nie zaprasza”.
Adam tylko skinął głową. Wychodząc ze spotkania, chciał jak najszybciej dotrzeć do MindSync i zatracić się w tym, co tam zastanie. Wrócił do kraftwerka i ruszył do filii korporacji w podwarszawskich Łomiankach.
– Nazywam się Dawid Keller, specjalista do spraw obsługi VIP. Będę pana przewodnikiem i wsparciem technicznym – przedstawił się wysoki, dobrze ubrany mężczyzna.
– Miło mi. – Adam uścisnął mu dłoń, patrząc w oczy.
– Prezes Kroll mówił, że pan przyjdzie i poprosił, bym zadbał o pana wrażenia.
Wjechali ukośną windą do oświetlonej szklanej rotundy, kilka metrów nad ziemią, ponad poziomem lasu.
– Przy budowie naszej siedziby nie ucierpiało żadne drzewo. W MindSync wierzymy w zrównoważony rozwój – powiedział Dawid, prowadząc Adama po korytarzu z szarego betonu i czarnego, podświetlonego ledami szkła.
– Ciekawi mnie transfer przeżyć. Jak to działa? – zapytał Adam, przyglądając się kolejnym dziełom sztuki, które mijali.
– A co dokładnie, jeśli mogę dopytać?
– Korzystałem już z tego i miałem wrażenie, że to moje własne doznania. Wiedziałem, że to fikcja, ale gdzie w tym jest „transfer”?
– Za pomocą specjalistycznej aparatury rejestrujemy elementy wyjściowe: rzeczywistą lokalizację albo scenerię stworzoną dla symulacji. To jednak tylko podstawa. Wydarzenia rozwijają się nielinearnie, zależnie od działań uczestnika i decyzji AI wybieranych z niemal nieskończonej biblioteki zdarzeń.
– A intensywność? Czy możemy ją ustawić?
– Oczywiście. Ma pan do wyboru sześć poziomów. Może pan skorzystać z gotowych lokacji albo wybrać własne przeżycie. Czy jest jakieś miejsce, jakaś sytuacja, do której chciałby pan wrócić i przeżyć ją inaczej?
– Jest coś takiego.
Udali się do specjalnego pomieszczenia, w którym Keller nakleił na skronie Adama sensory neurostymulacyjne, poprosił o odtworzenie w myślach żądanej sytuacji i wyjaśnił dostępne opcje. Pomimo ostrzeżeń Adam wybrał tryb „dopamine high / fiction-horror”.
– Jeśli zechce pan zakończyć symulację albo coś pójdzie nie tak, proszę krzyknąć „terminus”. System je wyłapie i po chwili przetworzy polecenie, ale proszę pamiętać, że zwykle zajmuje to około czterdziestu sekund – powiedział Keller.
Wnętrze kraftwerka było identyczne z rzeczywistym. Czuł się dokładnie tak, jak w swoim aucie. Powoli przejeżdżał obok maszerującego tłumu protestujących. Skandowali w równym, pulsującym tempie:
– Oddajcie nam pracę! Na korposy podatki!
Protestujący otoczyli kraftwerka, uderzając dłońmi o karoserię w rytm wygłaszanych haseł. Adam czuł wzbierającą w nich energię, wściekłość i desperację, tętniące spod teatralnych masek.
– Wezwij pomoc, teraz! – krzyknął do kraftwerka.
Policyjne drony przyleciały, próbując rozgonić tłum armatkami. Niezbyt skutecznie.
– Oddajcie nam pracę! Oddajcie nam pracę! – skandował wściekle tłum.
– Rozejść się! Przy braku reakcji użyjemy siły! – głosił komunikat z drona.
W kierunku latających maszyn poleciała kostka brukowa. Ktoś oblał kraftwerka benzyną, auto stanęło w płomieniach. W ostatniej chwili kraftwerk wysunął spod fotela strzelbę i otworzył drzwi. Adam złapał broń i wyskoczył z auta.
Protestujący zrzucili maski. Ich oczodoły wypełniała czerwona opuchlizna, a po twarzach spływały czarne łzy. Szli ku Adamowi powoli, ociężale. Puchalski przeładował strzelbę, ale ktoś zaszedł go od tyłu, zakrył mu dłonią twarz i zacisnął przedramię na szyi. Próbował krzyknąć hasło, lecz nie mógł wydobyć głosu. Wcisnął lufę pod ramię i nacisnął spust. Krew napastnika bryznęła mu na kark. Uścisk osłabł. Adam wyrwał się i wrzasnął:
– Terminus! Terminus! Terminus!
Symulacja nie zatrzymała się. Horda była coraz bliżej. Na jej czele szła ta sama kobieta. Nie mógł już czekać. Strzelił. Padła, lecz za nią szli następni. On albo oni. To gra o sumie zerowej. Zamknął oczy i strzelał dalej.
Nagle błysnęło i obraz zgasł. Adam zwymiotował.
– Zdarza się. Też tak miałem za pierwszym razem w tym trybie – powiedział Dawid.
Adam obmył się w toalecie. Keller odprowadził go do wyjścia.
– Może skoczymy na drinka? Noc jeszcze młoda, znam lokal z bogatą ofertą. Wie pan, co mam na myśli – rzucił Keller.
– Nie, dzięki. Powinienem wrócić do domu. Do rodziny. Tak, chcę do nich wrócić – odpowiedział.
Wszedł do domu po cichu, żona i dzieci już spały. Odprawił wieczorny rytuał: alkohol i leki nasenne. Powieki same opadły.
Obudził się. Była trzecia trzydzieści. Nie zasnął do rana.
Następnego dnia, ciągle ubrany w pasiastą piżamę, rozłożył laptopa na stoliku w oranżerii. Przez chwilę patrzył na pustą wiadomość. Wróciły słowa Rackiego: „System i tak zrobi swoje. Z tobą albo bez ciebie”.
Napisał do Rackiego: „Nie dogadamy się. Nie ma szans na kompromis. Przekaż premierowi i róbcie, co trzeba”.
Kliknął „wyślij” i poczuł, że odpływa. Świat nagle zbladł.
***
Cybernetyczne ramię odkleiło sensory neurostymulacyjne ze skroni Puchalskiego. Przez wenflon popłynął środek przywracający świadomość. Zakrztusił się, opróżniając płuca z przezroczystej mazi. Zimne światło wypełniało sterylną kapsułę, był w niej sam.
– Panie Puchalski, proszę policzyć do trzech i opisać, jak pan się czuje – usłyszał syntetyczny głos, jakby zza ściany.
– Raz, dwa, trzy. Jestem skołowany, ale chyba… dobrze. Co się stało? – zapytał Adam.
– To normalny objaw. Wspomnienia wkrótce wrócą. Badanie zakończone.
Ramię skierowało źródło światła do lewego, a potem prawego oka, sprawdzając reakcje źrenic. Obręcze na kończynach Adama zwolniły blokady.
– B-badanie? Cz-czego badanie? Jaki m-mam w-wynik? – zapytał Puchalski, wciąż otumaniony. Potrząsnął głową, jakby chciał się wybudzić.
– Nie jestem upoważniony do przekazywania tego rodzaju informacji. Wkrótce otrzyma pan decyzję administracyjną wraz z uzasadnieniem i pouczeniem o możliwości odwołania.
Adam przykrył czoło dłonią.
– MindSync wspiera administrację publiczną. Dziękujemy za współpracę, wyniki przekażemy niebawem.
– MindSync? – powtórzył, potrząsając głową.
Na korytarzu minął kilka obcych twarzy. Miał ochotę ich zaczepić, wszystko wytłumaczyć. To przecież nie był on. Nie naprawdę.
Skołowany, chwiejnym krokiem opuścił ośrodek. Medykamenty, które dostał na potrzeby symulacji, powoli przestawały mu mieszać w głowie.
Ta rekrutacja miała być szansą, by wejść na wyższy poziom. Jak to możliwe, że dał się tak podejść?
Wrócił do ciasnego, zagraconego mieszkania, w którym nikt na niego nie czekał. Został tylko wynik. W myślach zaczął wymazywać nową przyszłość: stare biurko w małym pokoju z niewielkim oknem w Departamencie Kontroli Zamówień Publicznych i przeciętna, urzędnicza pensja zostaną z nim już na zawsze.
Sięgnął po laptopa, otworzył skrzynkę i zamarł. Nie spodziewał się wyników tak szybko. Nie otworzył ich od razu. Podszedł do barku i trzęsącą się ręką nalał whisky. Z trudem przełknął łyk alkoholu.
Otworzył załącznik, ale system poprosił o hasło. Zawibrował telefon, dostał wiadomość z dwunastocyfrowym szyfrem. Wpisując go, pomylił się trzykrotnie, w końcu wszedł. Przeżegnał się i odczytał:
Poufne
W wyniku postępowania administracyjnego przeprowadzonego za pomocą aparatury MindSync® stwierdzono, że Adam Puchalski uzyskał wynik pozytywny. Profil osobowościowy badanego spełnia kryteria systemowe, wymagane do pełnienia funkcji publicznych.
Zmrużył oczy i przeczytał jeszcze raz. Odetchnął, usta drgnęły w kąciku, ni to w uśmiechu, ni to w grymasie. To tyle? Nic więcej? Czyli ten test to jakaś szopka?
Usłyszał tę charakterystyczną melodię, jakby ktoś grał na skrzypcach.
Wybuchł śmiechem. Spojrzał na własne dłonie.