- Opowiadanie: Waks - Mazikimi

Mazikimi

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Mazikimi

Wokół nich rozciągała się nieprzebrana ciemność, którą z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej odkrywali, jednocześnie zostawiając za sobą na pastwę losu. Odór dochodzący z każdej strony już dawno wtopił się w ich ubrania, nie mówiąc o węchu, niezdolnym nawet do odczuwania zapachów. Do kanałów zaglądali często, zazwyczaj na kilka dni, kiedy akurat przez miasto przechodziła fala wyznawców Mazikimi. Zdarzało im się jednak zostawać tam na dłużej, gdy nie mogli znaleźć luźniejszego włazu. Szli prostą drogą od kilku godzin, wdychając kłęby fetoru. Podczas tej podróży tylko raz zrobili przerwę na posiłek, zjedzony w kompletnej ciszy. Było to upieczone mięso zdjęte z gnatów jednego z odeszłych oraz cztery orzechy włoskie. Początkowo obrzydzało ich zdejmowanie mięśni z poturbowanych ciał leżących na ziemi, a następnie ich pieczenie, lecz gdy skóra na ich ciałach zaczęła coraz bardziej zaciskać się na kościach, pozbawili się wszelkich skrupułów. W zasadzie był to dla nich jedyny pewny pokarm. Przez to z ich dziąseł regularnie siąpiły krople krwi, które chętnie zlizywali z nadwrażliwych zębów, a na ich ramionach rozrastały się bolesne pęknięcia. 

Po “obiedzie” ruszyli dalej przed siebie w gęsty mrok, idąc ściśle przy ścianie, starając się wyczuć potencjalną drabinę. Mogli iść nawet kilka dni przez ten brud, obrzydliwą chmurę odoru, wypalająca wnętrzności tępych nozdrzy, nie wspominając o tym, co robiła ze skórą na grzbietach nosów. 

Minęło kilka godzin naznaczonych wyraźnym stąpaniem kilkudziesięciu ludzi, dochodzącym ze znajdującej się nad nimi ulicy. Odkąd te dźwięki, wspomagane co jakiś czas rytmicznymi uderzeniami w bębny, umilkły, dwójka towarzyszy sprawiała wrażenie, jakby wybudziła się z ciężkiego mechanicznego transu.

Daleko? – zagaił pierwszy z nich, szorstkim świszczącym głosem przypominającym charczenie

Nie wiem – odpowiedział drugi. Dźwięk z jego ust przypominał poszarpany podmuch wiatru – Daleko jeszcze? – dodał po chwili

Skąd mam wiedzieć? – Jego słowa brzmiały bezbarwnie. 

Przez ich przeważnie wyciszone umysły przemknęła płytka myśl o tym, że jeśli napotkaliby chociaż trochę naruszoną studzienkę, mogliby bez problemu wyjść. Więc pełzli dalej, przypominając nędzne wytwory nowego Boga. 

Po paru kwadransach wreszcie ujrzeli strumień światła wpadający przez odsunięty właz kanałowy. Oświetlał on drabinę oraz wychudzonego mężczyznę z zaszytymi powiekami i ustami, nieustannie kiwającego się w cierpkiej mazi; jego dłonie z wewnątrz zdarte były aż do warstw mięśni. Pierwszy wyciągnął z kieszeni mocno poturbowany nóż. Towarzysz w ostatniej chwili powstrzymał go przed rzezią, na co ten zareagował złością, lecz gdy przyjrzał się mu bliżej zauważył, że całe jego ciało było w bliznach, krostach, pęknięciach i pokryte ciemnozieloną substancją. Woleli go nie jeść. 

Gdy wyszli na ulicę, otuliło ich czerwono-krwiste niebo, którego poświata oblewała cały krajobraz. Na samej powierzchni ujrzeli kilkanaście, kilkadziesiąt wylegujących się zwłok z zaszytymi ustami rozciętymi aż do uszu do uszu; niektórzy pozbawieni byli nosów, inni mieli wydrążone otwory w policzkach; wszystkich jednak cechowało jedno – poderżnięte gardła. Nawet oni poczuli głęboko w trzewiach niespotykane od dawna przerażenie. Zbliżyli się do siebie, pozostając w krótkim bezruchu.

To jest chore – rzucił pierwszy, zlizując krew z warg.

Nie dotykajmy ich – powiedział drugi drżącym świstem

W porządku – odrzekł z rezygnacją

Świat, który ich otaczał, był całkowicie martwy. Leżące trupy przypominały plamy opadowe porastające to zniszczone miasto, z którego nie dało się uciec za żadne skarby. Nawet gdy w pierwszych miesiącach zmaterializowali pomysł na wydostanie się poprzez kanały, po dwóch dniach monotonnej podróży dotarli do miejsca, z której ją rozpoczęli. 

Przechadzali się na środku ulicy między odeszłymi, rozglądając się, czy nie pozostawili czegoś po sobie, jednakże nie znaleźli nic. Wokół nich pełno było zamkniętych restauracji z powybijanymi oknami, odkrywającymi zdewastowane wnętrza. Nie było w nich nawet stolików, krzeseł i całej reszty mebli. A przecież jeszcze dwa lata temu te miejsca nie znały wytchnienia. Zamiast nich spoczywały tam resztki skąpych umrzyków.

Oprócz restauracji, ulicę na której wyszli, zdobiły wysokie wieżowce służbowe. Przez krwistą poświatę, jaką rzucało niebo, wyglądały one niczym piekielne wieże, na których szczycie mieszkają wszelkiej maści demony dowodzone przez Arymana. W większości na ścianach brakowało tynku, a okryte były różnej maści wyzwiskami i przekleństwami nabazgranymi zaschniętymi wnętrznościami. Mimo olbrzymiej ilości rozkładu, który stał się codziennością, nie spotkali na swojej drodze chociażby jednej muchy, choć powinno się tu od nich roić – jednak ten fakt przestał dla nich istnieć.

Wiesz że bym cię zjadł – zaczął niespodziewanie pierwszy – gdybym musiał – dokończył po chwili milczenia

Wiem – odpowiedział drugi – ja ciebie też – dodał. 

Po tej wymianie zdań patrzyli dłuższą chwilę na siebie nawzajem, jakby każdy z nich czekał na atak, który miał nagle nadejść, lecz nie nadszedł. Przemierzając nieskończone trzewia betonowej klatki, często zaglądali do środka sklepów przez rozbite szyby Wiedzieli, że nie znajdą tam niczego, ponieważ wszystko zostało dawno ograbione. Pomimo tego wciąż mieli nadzieję, że znajdą tam urozmaicenie swojej diety, chociażby w postaci szczura, jednak to, co znaleźli, nie było żadnym gryzoniem. Była to kompletnie nowa puszka , leżąca przy ogołoconych kościach. Drugi, gdy ją dostrzegł, od razu się na nią rzucił, a jego spękane usta starały się ułożyć w coś na kształt uśmiechu. Pierwszy oglądał go w ciszy, ale przez myśl mknęły mu jednakowe myśli: o tym, by odebrać mu ową puszkę, nawet za cenę morderstwa.

Daj nóż – powiedział wstając z podłogi – Daj mi nóż – powtórzył ekspresyjnie  

Nie – odrzekł beznamiętnie – oddaj ją – wyciągnął dłoń

Masz, otwórz, podzielimy się – rzekł, wręczając mu ją. 

Wbił ostrze w chłodne wieko puszki, powoli nacinając blaszaną krawędź, wydającą szarpany metaliczny zgrzyt. Ulotnił się z niej słodki zapach, którego nawet nie mogli poczuć. Nachylił ją nad swoje usta i zaczął do nich wsypywać kukurydzę, jednak po chwili przestał. Z boleścią wręczył resztę towarzyszowi, nie mogąc zrozumieć, dlaczego tak postąpił, skoro jeszcze przed chwilą był gotów go zabić. 

Gdy wszystko zjedli, wyszli z opustoszałego sklepu znów na nienaturalnie cichą drogę, sprawiającą wrażenie, jakby coś potwornego miało zaraz przybyć na spotkanie z nimi. Rozglądali się po wieżowcach, po reszcie ograbionych miejsc. W jednej witrynie szkło było wręcz nienaruszone; nie widniała na niej chociażby jedna rysa, choć od roku wszystkie, które mijali, były rozbite. Oboje zbliżyli się do niej, by zobaczyć swoje twarze po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy. Skóra ściśle przylegała do kości; w niektórych miejscach powstały zwisy, a w innych bordowe pęknięcia z nieprzyjemnymi strupami. Drugi przed tym wszystkim był już łysy, lecz pierwszy nosił długą bujną grzywę. Obecnie pozostało z niej parę włosków przypominających kilka kresek niedbale postawionych ołówkiem przez dziecko. Myśleli, że może coś się zmieniło w ich wyglądzie, coś wielkiego, jednak jedyne, czego im przybyło, to strupów i zaczerwienień. Gdyby szyba nie była tak ciemna, czerwień tak intensywna, a ich wzrok zdruzgotany przez długotrwałą ciemność, prawdopodobnie dostrzegliby nieruchome szklane oko. Schowało ono ich sylwetki pod chłodną skórą. Oprócz bloków w nienajlepszym stanie spotykali także takie doszczętnie zniszczone. Jeden z wieżowców leżał wygięty na kamienicy, z której wystawały liczne pręty zbrojeniowe, częściowo pokryte żelbetową powłoką. Przewrócony kolos, sprawiał wrażenie bramy do piekieł. 

Przechodząc pod nim, zaczęło ich dochodzić hipnotyczne brzmienie bębnów na przemian z rytmicznym marszem co najmniej setki bosych stóp. Wyszli na skrzyżowaniu, a jak na złość nigdzie nie mogli znaleźć studzienki. Wyznawcy do nich nigdy nie zaglądali, a do takiej witryny sklepowej… Bali się nawet o tym myśleć, lecz nie mieli wyboru: schowali się głęboko w jej wnętrznościach, mając wciąż widok na drogę, z której dobiegały odgłosy. Po chwili źródło dźwięków wyłoniło się spomiędzy budynków. To był drugi raz, gdy ich widzieli. To co teraz zobaczyli, diametralnie różniło się od tego z pierwszego spotkania. Wtedy było ich o wiele więcej, ubranych w jakiekolwiek odzienie. Ludzie szli swobodnie, bez jasno wyznaczonego dowódcy, pokrzykując w drapieżnym uniesieniu imię ich wielkiego bóstwa – Mazikimiego. Jednakże ten pejzaż był tak odległy od teraźniejszości jak moment, w którym ostatni raz jedli porządny posiłek. 

Na przodzie szło kilkadziesiąt wychudzonych sylwetek ubranych jedynie w spódnice z materiału przypominającego wyschniętą skórę. Wszyscy z nich byli przymocowani do siebie żelaznymi łańcuchami, wbijającymi się w łopatki tych z przodu jak i w klatki piersiowe tych z tyłu; najgorzej mieli ci pośrodku. Prowadzące pierwsze trzy rzędy miały dokładnie zaszyte usta, z otworami w policzkach. Z kolei cała reszta miała zszyte ze sobą powieki. Ci drudzy, zamroczeni, wypowiadali ciągle, jakby w transie, jedno słowo – “Mazikimi”. 

Po obu stronach podążały kolejne wychudzone sylwetki, na pewno będące wyżej w hierarchii, co można było wnioskować po dodatkowym skórzanym okryciu na nadgarstkach. Dbali o to, by prowadzący nie zmienili trasy. Na samym końcu natomiast szło osiem wyjątkowo dobrze zbudowanych osób jeśli spojrzeć na okoliczności. Niosły lektykę stworzoną z drutów zbrojeniowych i drewnianych desek (bóg jeden wie, jak wyrwali te pręty z żelbetu). Na niej siedziała istna kreatura, zaprzeczająca swoim ciałem człowiekowi. Był to najlepiej z nich wszystkich zbudowany mężczyzna. Do jego odzienia były przyszyte ludzkie uszy, a brzuch, będący nieco wyżej, nosił pulsujące krwawe wgłębienia, przysparzające o wymioty nawet ukrytych kompanów. Na barkach miał przyszyte palce, kiwające się z każdym kolejnym ruchem pochodu. Najgorsze, co ujrzeli, widniało jednak na jego twarzy: miał głębokie rany na licach, odkrywające bezzębne wnętrze jamy ustnej, z której na boki wylewała się ślina. Nie wiedzieli jak, ale dodatkowo w czoło miał wciśnięte do połowy ludzkie oko, co zdradzało, dlaczego z jego zwykłych ślepi ziała bezmyślna pustka. Oglądając tę obrzydliwość, czuli ,jak kwas z pustych żołądków podchodzi im do gardło, jednak dziarsko zaciskali pięści, nie pozwalając, by do tego doszło. Mimo że nie wydali żadnego dźwięku, a chroniła ich dodatkowo ciemność, korowód nagle się zatrzymał, a głośne dudnienie momentalnie ucichło. Oddech zamarł w nich, gdy dostrzegli, jak półprzytomna abominacja wyniesiona na piedestał wskazuje wiotkim palcem w ich stronę. Nie zdążyli się nawet obejrzeć, kiedy sklep otoczyło ośmiu złowrogo spoglądających mężczyzn. Patrzyli dokładnie w miejsce, w którym stało dwoje towarzyszy. Pierwszemu przez myśl przepłynęła iskra nadziei związana ze sceną filmu, w którym bohater ucieka z podobnej sytuacji, przez zbyt długi namysł napastników. Jednak w prawdziwym świecie ta mrzonka rozprysła się w zaledwie sekundę. 

Dryblasy chwyciły ich obu bez ceregieli za ręce, wlokąc po wyjątkowo szorstkiej ulicy, zdzierającej skórę z ich ciał. Byli głusi na ich przeraźliwe krzyki, przypominające wycie maltretowanego kota, a nawet coś gorszego. Drugi wyrwał jedną rękę z uścisku, próbując złapać się nawierzchni, co dało efekt odwrotny do zamierzonego. Wrzasnął jeszcze głośniej, gdy kość zgruchotana przez “osiłka” przedarła się przez cienką warstwę. Z ich oczu spływały wodospady łez, przypominające krople krwi. Po tym jak zdjęli im plecaki, położyli ich brutalnie na ziemi, przycisnęli ręce i nogi do podłoża, zrywając z nich ubrania, by zrobić miejsce na nowe skórzane spódnice. Gdy to zrobili, zaszyli usta pierwszemu grubą nicią. Drugiemu po chwili namysłu zmiażdżyli czaszkę. Nie przydałby się im. Umarłby za kilka godzin. Po kolejnym nagłym wybuchu płaczu pierwszego, w mgnieniu oka zszyli mu także powieki i postawili w ostatnim rzędzie, wbijając łańcuch głęboko w jego pierś. Pochód brnął dalej, jak gdyby nic się nie stało, jakby to był jedynie kolejny zwykły dzień spisany prozą przez analfabetę. Jednak coś niespodziewanie doszło słuch nowego elementu defilady. Było to krótkie głośne zdanie pełne ekscytacji dochodzące z wyższych pięter wieżowca: “Panowie, oficjalnie po dwóch latach, to już wszyscy w tej części!”

 

Koniec

Komentarze

Hej,

gratuluję debiutu! :) 

 

Zacznę od rzeczy, które rzuciły mi się w oczy podczas lektury, podsumowanie na koniec.

 

którą z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej odkrywali, jednocześnie zostawiając za sobą na pastwę losu.

Po pierwsze, solidna aliteracja na początku – którą, każdym, kolejnym krokiem.

Po drugie, dziwnie brzmi dla mnie stwierdzenie, że ciemność można zostawić na pastwę losu. Sugeruje to, że coś teraz tej pozostawionej za plecami ciemności grozi. A chyba tak nie jest?

 

nie mówiąc o węchu, niezdolnym nawet do odczuwania zapachów.

Rozumiem, co chciałaś przekazać, ale jeżeli węch nie był zdolny do odczuwania zapachów, to znaczy, że w sumie odór mu już nie przeszkadzał. Czyli pozytywnie. :D

 

Szli prostą drogą od kilku godzin, wdychając kłęby fetoru.

Sugeruję, aby to zdanie zaczynało nowy akapit.

 

 

Początkowo obrzydzało ich zdejmowanie mięśni z poturbowanych ciał leżących na ziemi, a następnie ich pieczenie, lecz gdy skóra na ich ciałach zaczęła coraz bardziej zaciskać się na kościach, pozbawili się wszelkich skrupułów.

 

Przez to z ich dziąseł regularnie siąpiły krople krwi, które chętnie zlizywali z nadwrażliwych zębów, a na ich ramionach rozrastały się bolesne pęknięcia. 

Trochę nie rozumiem ciągu logicznego, prowadzącego prosto od jedzenia wyłącznie mięsa, do bolesnych pęknięć na ramionach. Zęby tłumaczę sobie szkorbutem czy inną tego typu chorobą, ale o co chodzi z ramionami? 

 

 “obiedzie”

Dolny cudzysłów na początku (tu i dalej w tekście).

 

Daleko? – zagaił pierwszy z nich, szorstkim świszczącym głosem przypominającym charczenie

Dialog powinien rozpoczynać się od: – 

 

przypominającym charczenie

Zabrakło kropeczki na końcu.

 

dodał po chwili

Tutaj też.

 

kilkadziesiąt wylegujących się zwłok

Nie jestem przekonany, czy zwłoki mogą się wylegiwać, ponieważ to jest związane z odpoczynkiem i leniuchowaniem, czego zwłoki z poderżniętymi gardłami raczej nie robią. No dobra, mają wieczny odpoczynek. ;)

 

dotarli do miejsca, z której ją rozpoczęli. 

Z którego.

 

Oglądając tę obrzydliwość, czuli ,jak kwas z pustych żołądków podchodzi im do gardło, jednak dziarsko zaciskali pięści, nie pozwalając, by do tego doszło.

Po pierwsze – dziarsko w tym kontekście nie pasuje. W sensie, nie umiem sobie wyobrazić, żeby oni byli dziarscy. Zdeterminowani, mobilizujący resztki sił itp. to jeszcze.

Po drugie, kwas z żołądków trudno kontrolować – podejdzie, to podejdzie. Da się jakoś wpłynąć na to, czy człowiek zwymiotuje. 

 

Ok, powyżej sporo rzeczy, do edycji których chciałbym Cię zachęcić. Z kwestii problematycznych, trochę przeszkadzało mi jeszcze nazywanie bohaterów jako pierwszy i drugi, choć błędem nie jest – stanowi to jakiś sposób odczłowieczenia, kiedy nawet imię przestaje się liczyć.

Natomiast, co ważne, chociaż wykonania nie oceniam szczególnie wysoko, to opowiedziana historia mi się spodobała, a przywołane w głowie obrazy, będące krzyżówką Metra (na początku) i Mad Maxa (w drugiej połowie), zostawiają mnie z fajnymi wrażeniami.

Sam pomysł z procesją śmierci, która kroczy, aż nie dorwie każdego żywego na danym terenie, jest mega klimatyczny i z powodzeniem mógłby znaleźć zastosowanie także w dłuższej formie, jako wiszący nad bohaterami straszak, który w końcu się ziszcza.

Ostatnie zdanie świetnie dopełnia ten obraz i wyjaśnia, o co chodziło z tą całą procesją – dzięki samemu ostatniemu zdaniu tekst bardzo dużo zyskuje, dobre zamknięcie.

Spodobała mi się także scena nad puszką – bardzo prosta, a równocześnie pełna napięcia. Fajnie podprowadzona wcześniejszą rozmową o tym, że zjedliby się nawzajem i podbudowana pojawiającym się w kadrze nożem. 

Warsztatowo jest sporo przestrzeni do rozwoju, ale wierzę, że na tym debiucie się nie zatrzymasz i będziesz się z nami dzielić kolejnymi tekstami. Widzę potencjał. :)

PS. pozdro do Słubic, mieszkałem tam parę lat. :)

 

Hej, gratuluję pierwszej publikacji!

Świat przedstawiony bardzo mnie zaciekawił: grimdarkowy, ponury, pozbawiony nadziei. Przekonuje mnie ten nihilizm i brak nadziei dla bohaterów, dodatkowo podbite jeszcze zakończeniem.

W kwestii literacko-warsztatowej: mam wrażenie, że momentami zdania trochę zapadają się pod własnym ciężarem, jak gdybyś chciała w jednym opisać zbyt dużo, a cierpi nam tym styl i składnia. Momentami mam wrażenie, że narracja gubi nieco rytm i na nowo opisuje to samo, zamiast przechodzić z punktu A do punktu B, chociaż może i tak miało być.

Ważne natomiast, że warsztat zawsze można szlifować, a masz już fundament w postaci swojej wyobraźni. Jest duży urok w tej makabrze. Trzymam kciuki i czekam na kolejne utwory.

Nowa Fantastyka