Geralt wiedział nie od dziś, że różne ludowe powiedzenia zawierają w sobie wiele prawdy, lecz rzadko miał do czynienia z takimi, które materializowały się przed nim w całej swej dosłowności. A jednak, „mgła gęsta jak oko wykol” nie tylko była nadnaturalnie gęsta, ale również zdolna wykolić oko każdemu, kto okazałby się na tyle nierozważny, by w nią wejść.
Miecz wiedźmina wywijał skomplikowane piruety, tnąc na kawałki mleczną substancję, z której co jakiś czas wyłaniały się długie, ostre pazury. Nie było jednak słychać znajomych odgłosów rozcinania żywych tkanek czy też gruchotania kości, towarzyszących zazwyczaj takim pojedynkom. W zasadzie nie było słychać nic poza pracą stóp na miękkim podłożu oraz głuchymi porykiwaniami dochodzącymi spośród mgły, bo nawet świst miecza ginął gdzieś w jej wnętrzu.
Zaraza – pomyślał Geralt – nienawidzę mglaków. Na tym świecie istniało wiele okropieństw, często odstręczających samym swoim wyglądem lub nietypowymi obyczajami. Mglaki jednak, mimo że dla doświadczonego wiedźmina nie stanowiły wielkiego wyzwania, należały do grona istot wyjątkowo szkaradnych, a poza tym pozostawały dla większości śmiertelników zupełnie nieuchwytne. Oczywiście dopóki nie zatopiły swoich szponów w czyichś plecach.
Geralt jednak nie byłby Geraltem, gdyby nie wiedział, jak poradzić sobie i z tą niedogodnością. Kątem oka zauważył ruch, delikatne rozstąpienie się białego całunu. Natychmiast obrócił się przez ramię i ciął zamaszyście od dołu. Atak był tak szybki, że mglak nie zdążył nawet zareagować. Srebrna błyskawica rozszarpała szare cielsko, a plugawe usta wydały ostatni już, przeszywający kwik.
Wiedźmin uśmiechnął się pod nosem. Tak, na Kontynencie żyje wiele potworności, ale on bynajmniej też nie należy do grona najsympatyczniejszych. Jest ni mniej, ni więcej, tylko narzędziem wyszkolonym do walki z nimi. Mimo że czasami chciałby myśleć, że jest inaczej.
Powietrze wokół niego stało się nieco bardziej przejrzyste, więc był w stanie rozpoznać z grubsza kształty otaczających go przeciwników. Mglaki rzuciły się na niego ze wszystkich stron, oszalałe po śmierci towarzysza. Geralt zakręcił mieczem młynka nad głową i obniżył nieco pozycję, by ostrze znalazło się na wysokości pękatych łbów. Srebro dosięgnęło szyi najbliższego mglaka i z mlaśnięciem oddzieliło ją od reszty ciała. Wiedźmin błyskawicznie wykonał unik przed kolejnym rzucającym się na niego przeciwnikiem, chwycił miecz ostrzem do dołu i pchnął nim za plecy, prosto w serce innego biegnącego pokurcza.
Mgła rozrzedziła się już na tyle, że wyraźnie widać było krążące wokół niego potwory. Pomimo wciąż dużej przewagi liczebnej traciły one wyraźnie ochotę do dalszej walki. Jednak robotę należało dokończyć.
Geralt otarł usta wierzchem rękawicy i rzucił się pomiędzy drzewa w swym bezlitosnym tańcu śmierci. Miecz wiedźmina ponownie zaczął kreślić zamaszyste ósemki w wilgotnym leśnym powietrzu. Mglaki cofały się, lecz co chwila któryś z nich znikał z białym obłoku, by pojawić się za plecami adwersarza, próbując swojego szczęścia. Geralt był jednak czujny i za każdym razem umiejętnie skracał dystans, dopadając do majaczącego przed nim potwora i częstując go srebrnym pocałunkiem.
Po kilku minutach było już po bitwie. Pośród mchu i paproci leżało kilkanaście sinych trucheł, a ze dwa lub trzy ocalałe z rzezi potwory uciekały pomiędzy drzewa z żałosnym kwileniem. Wiedźmin patrzył za nimi przez dłuższą chwilę, po czym wytarł miecz o zielony dywan i schował go do pochwy na plecach.
Burmistrz chyba będzie musiał zapłacić podwójnie za taką jatkę – przeszło mu przez głowę. – Od dawna się tak nie namachałem, jak na tym cholernym bagnie.
Podszedł do stojącej nieopodal Płotki i jeszcze raz rzucił okiem na mglistą polankę. Ciała potworów zaczynały już znikać, pochłaniane przez las. Za kilku godzin nie będzie tu po nich żadnego śladu.
Zaraza. To wszystko tylko iluzja, krótki przebłysk czegoś, czego nie można nawet nazwać życiem. A ja nadstawiam karku za coś, o czym za tydzień nikt nie będzie nawet pamiętał. Geralt splunął, wsiadł na swoją klacz i odjechał powoli w kierunku gościńca.
***
Miasto wyglądało dość nietypowo, przynajmniej jak na tę część Kontynentu. Otoczone było niezbyt wysokim, lecz dobrze utrzymanym murem, a płynąca nieopodal rzeczka nie przypominała smętnego ścieku, lecz nadawała się do przyjemnej kąpieli. Co więcej, płynęły po niej wielkie żółte kaczeńce, niechybnie umieszczone tam ludzką ręką.
Coś podobnego – przeszło przez myśl wiedźminowi – że też ludzie znajdują jeszcze czas i ochotę na takie zabawy. Po ostatnim nilfgaardzkim najeździe większość mieszkańców Królestw Północy raczej z trudem wiąże koniec z końcem.
Geralt podjechał niespiesznie do bramy, gdzie po krótkiej wymianie uprzejmości schludnie ubrany strażnik wpuścił go do środka. Główna ulica miejscowości również prezentowała się niczego sobie. Tu i ówdzie stały donice z barwnymi kwiatami, a za czystymi oknami kamienic widać było stosy najróżniejszych towarów oraz uśmiechnięte twarze ludzi. Również przechodnie nie patrzyli na wiedźmina spode łba ani nie odwracali wzroku na jego widok, a niektórzy pozdrawiali go nawet przez uniesienie dłoni.
Coś podobnego – pomyślał znowu Geralt – a ja sądziłem, że bajki można znaleźć tylko w zakurzonej biblioteczce Vesemira w Kaer Mohren.
Krok za krokiem Płotka doczłapała do skrzyżowania ulic, pośrodku których wytyczono prostokątny rynek. Woń kwiatów uderzyła teraz w nozdrza Geralta ze zdwojona siłą, a do jego uszu dobiegły odgłosy pogodnej muzyki, wylewające się z otwartych drzwi karczmy. Wiedźmin rozejrzał się po frontach okolicznych domostw, przebiegł wzrokiem mieszczan przechadzających się z wielkimi koszami pośród straganów, gospodarzy zachwalających swoje płody roli, rzemieślników prezentujących rozmaite towary, kobiety w długich sukniach patrzące na niego z nieskrywanym zainteresowaniem, a jedno zjawisko szczególnie przykuło jego uwagę.
Pod balkonem okazałej, pomalowanej na czerwono kamienicy z obwiedzionymi białym tynkiem oknami stał młody rycerz w jedwabnej tunice z wyszytą na pomarańczowo głową tygrysa. Wspierał się jedną nogą na kamiennej donicy i patrzył z uduchowionym wyrazem twarzy w górę, ku balkonowi na drugim piętrze.
– Ach, panno Matyldo, jakże moje oczy są szczęśliwe, widząc cię zdrową i kwitnącą tego pięknego dnia! Jakże kojący, anielski śpiew wypełnia moje serce, gdy miast blasku słonecznej tarczy pod me powieki wnika obraz twego cudnego oblicza! Czy byłabyś tak łaskawa i choć na chwilę zstąpiła na ziemię, by również inne moje zmysły mogły się w tobie rozsmakować?
Za plecami rycerza, na ławach wystawionych przed karczmę, siedziało kilkunastu innych wojaków, rozpartych wygodnie z kuflami piwa w dłoniach. Część z nich podśmiewała się ze swojego towarzysza, zasłaniając usta i szepcząc między sobą. Natomiast na balkonie zza smukłej kolumny wyglądała ciemnowłosa niewiasta ubrana w krótką, czerwoną sukienkę z bufiastymi rękawami. Na tyle, na ile dało się to dostrzec z dołu, jej twarz płonęła wstydliwym rumieńcem, lecz błyski w wielkich oczach dziewczyny zdradzały jej żywe zainteresowanie dalszym przebiegiem wypadków. Rycerz wziął do rąk lutnię, podaną mu przez jednego z kompanów, a następnie zaintonował rzewną piosenkę o nieszczęśliwej miłości i kochanku, który w rozpaczy rzucił się w górską przepaść. Gdy skończył, dziewczyna posłała mu z góry długiego całusa.
Wiedźmin, nie odwracając wzroku od tej baśniowej sceny, uwiązał Płotkę do palika przed karczmą i wszedł na schodki. W drzwiach przybytku stał wielki, rudowłosy, brodaty karczmarz. Nie przestając zawzięcie polerować pękatego kufla, uśmiechnął się szeroko do przybysza.
– Pozdrowienia, mistrzu! Czekajcie no chwilę, zaraz przygotuję dla was jakieś jadło i napitek. Ręce mam pełne roboty, jak widzicie, tyle rycerstwa zjechało teraz do naszego miasteczka, że nic tylko kufle wcieram i piwa do nich nalewam. – Grubas odwrócił do do wnętrza karczmy. – Gutek! Gutek, ty jełopie! Nakryj no panu wiedźminowi do stołu i ogień pod bigosem zapal. Pan wiedźmin pewnie zdrożony i zabawić u nas zechce. – Łypnął z nadzieją na Geralta.
– Dzięki. – Wiedźmin skłonił się lekko. – W istocie, droga za mną daleka, a i przez te wasze bagna trudno z koniem się przeprawić. Co to za człowiek się tam wydziera? – Machnął ręką ku nie przerywającemu swych miłosnych peanów rycerzowi.
– A to właśnie jeden z tych, co do nas zjechali. Znaczny musi być, bo w coraz to nowych jedwabiach co dzień chadza, orenami na prawo i lewo rzuca, kolejki swojej kompanii stawia. Ja to się i z tego cieszę, bo chociaż towarzystwo głośne i nie zawsze obyczajne, to u mnie w skrzyneczce stosik rośnie. – Karczmarz zaśmiał się głęboko. – Zaraz pierwszego dnia, jak przyjechał, to zakochał się na zabój w naszej Matyldzie, córeczce miejskiego rajcy. Dzień i noc pod jej oknem wystaje, na lutni gra, śpiewa i takie mowy wygłasza, że mnie nawet łezka się w oku czasem zakręci.
– I co, taka tu u was zawsze bajkowa atmosfera?
– Po prawdzie to nie, panie. – Karczmarz skończył wreszcie szorować kufel i podrapał się po głowie. – U nas to zazwyczaj nudno było, bo widzicie, mistrzu, miasteczko wprawdzie ludne, jeść i pić jest co, robota też się dla każdego znajdzie, więc nikt na nic za bardzo nie narzeka, ale do wielkiego świata daleko, samiście przecież widzieli, jak trudno tu do nas dotrzeć. Czasem tylko jakiś kupiec z Novigradu się tu zapuści, ze dwa razy do roku cyrk przyjedzie, parę lat temu orszak książęcy przejeżdżał, to coś się działo, ale tak to wiatr tylko hula po ulicach i tyle. Chodziliśmy więc po tej naszej mieścinie trochę jak otępiali, bez większych oczekiwań, mimo że syci. Ale od zeszłego lata coś się zmieniło, ludziska jakby bardziej życzliwi się dla siebie stali, a dziewczyny chętniej na kawalerów patrzeć zaczęły. Mówię wam, mistrzu, taki tu z dnia na dzień miłosny klimat nastał, że już nawet najbardziej surowe matki swych córek upilnować nie potrafią, więc co i rusz jakaś w ciążę zachodzi. Miasto aż huczy od plotek o romansach nowych, a ochoczą dziewkę łatwiej jest znaleźć niż karalucha we własnej pościeli. Wieść o nas po okolicy się natychmiast rozeszła, więc zjeżdżać się tu zaczęli rozmaici szlacheccy synowie, rycerze, co na stancjach po zamkach siedzą, wędrowni grajkowie, kuglarze, karciarze i cała ta kolorowa hałastra. No i te amory każdemu się już chyba udzieliły, więc ludzie zamiast o uczciwej pracy, to o kwiatkach myślą, ulice cztery razy dziennie zamiatają, nazwozili tu ozdób wszelakich, lampionów, atłasów, łóżek, toaletek, szlachetnych kamieni, pokoje pourządzali, żeby młodzież mogła wygodnie tej miłości używać, tylko że do żniw coraz bliżej, a nie widać jakoś, żeby ktoś miał ochotę w pole z kosą ruszyć.
– Dziwna rzecz. – Geralt zamyśił się. – Ale chyba nie powiecie, że nikt nie pyta, czemu ten wasz los tak się nagle odmienił?
– A kto by się tam dziwował i głowę sobie zawracał, kiedy tak na sercu dobrze? – Znów rozbrzmiał basowy śmiech karczmarza. – Prawda, niektórzy to i pytali, czy to może jakaś choroba na nas nie spadła albo ktoś jakichś grzybków do kotła w karczmie nie wrzucił. No ale zbiory zeszłego roku były dobre, słoneczko świeciło, zima też taka niezbyt sroga się trafiła, to i starzy ludzie gadać zaczęli, że bogowie wreszcie przychylnym okiem na nas spojrzeli i odtąd nas czeka już tylko miód, mleko i szczęśliwość powszechna. A jak człek szczęśliwy, to dlaczego nie pyta, przecież dobrze o tym wiecie.
– Wiem. Mimo wszystko wspomnę o tym waszemu burmistrzowi, bo długo już na szlaku jestem, ale takiego cudu jeszcze nie widziałem. I tak muszę się do niego udać po nagrodę za mglaki, co się na bagnach zalęgły.
– To idźcie, mistrzu, czym prędzej, ratusz miejski tu zaraz za rogiem stoi. – Pokazał na wieżę z zegarem wystającą zza kamienic. – A ja w tym czasie i kąpiel wam przygotuję, i zimnej gorzałki z piwniczki przyniosę, takiego smakołyku na pewno nie odmówicie.
– Nie odmówię.
– Za pół godzinki jak przyjdziecie, to już wszystko gotowe będzie. Gutek! Zmniejsz, do cholery, ten ogień, bo bigos zaraz spalisz, a wtedy z własnej miski wiedźmina karmić będziesz!
***
Burmistrz Konopek okazał się przysadzistym człowiekiem o niezbyt bystrym spojrzeniu małych, świńskich oczu. Na głowie nosił za duży berecik z gołębim piórkiem, co nadawało mu wygląd typowego miejskiego urzędnika.
– Witajcie, witajcie, wiedźminie Geralcie, w naszych skromnych progach. Wielki to zaszczyt gościć tak znamienitą postać w tym pięknym, szczęśliwym mieście. Bo i też musicie przyznać, że całkiem tu u nas ładnie, co nie?
– Przyznaję, na północ od Touissant bardziej urokliwego miejsca nie przyszło mi do tej pory odwiedzić. A na pewno nie ostatnimi czasy.
– A będzie jeszcze urokliwsze, możecie mi wierzyć. – Konopek aż zatarł ręce z radości. – Wyjedźcie tylko przez zachodnią bramę, a zobaczycie, jaka rzeka kupców i towarów do nas ciągnie. Rok, może dwa lata i będą o nas mówić na wszystkich królewskich dworach na całym kontynencie. Ach, żeby tak jeszcze zdrowie dopisało na następną kadencję…
Burmistrz wyjrzał przez okno ratusza, skąd rozciągał się widok na rynek i przylegające do niego dzielnice. Wciągnął głęboko wiosenne powietrze, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech. Oglądany z profilu naprawdę przypominał wieprza wysuwającego ryja z dusznego chlewika.
– No, ale wy tu pewnie przyszliście mówić o interesach. – Odwrócił się nagle w kierunku wiedźmina. – Miarkuję, że pozbyliście się mglaków, na których zlecenia przy drogach kazałem porozwieszać, bo inaczej po co byście się tu zjawiali?
– Pozbyłem się, owszem. – Geralt wyciągnął z sakwy zawiniętą w białą chustę łapę z wielkimi pazurami i rzucił ją na stół na środku pomieszczenia. – Natomiast chciałbym negocjować wysokość nagrody. Mglaków była cała wataha, a w dodatku bardzo agresywna. Musiałem sporządzić dodatkowe oleje, a i czasu też więcej się zeszło, niż zwykle przy takiej robocie.
Ku zdziwieniu Geralta burmistrz ani nie roześmiał mu się w twarz, ani nie uniósł się gniewem, do czego przyzwyczaiły go tego typu negocjacje. Rozłożył tylko szeroko ręce, jakby chciał objąć wiedźmina wraz ze swym ukochanym miastem.
– Ma się rozumieć, panie Geralt, że za godziwą robotę należy się godziwa zapłata. W końcu wszyscy mieliśmy szczęście, żeście akurat byli w pobliżu, bo mglaki już od zimy dawały nam się we znaki. To jak, może trzysta orenów? Zaraz każę skarbnikowi przynieść sakiewki. Wystarczy wam tyle?
Wiedźmin milczał. Po części dlatego, że wciąż był zdumiony wielką serdecznością burmistrza, a po części że coś mu tu coraz bardziej nie pasowało. Ludzie normalnie się tak nie zachowują. Potrafią co prawda od czasu do czasu zrobić coś razem dla wspólnego dobra, a nawet okazać serce bliźniemu, ale społeczność, w której wszyscy by się kochali i myśleli tylko o tym, jak kogoś uszczęśliwić, nie miała szans zaistnieć w tym brutalnym świecie. Takich zwierząt po prostu nie było.
– Wystraczy, umowa stoi. – Odchrząknął głośno. – Niezwykle tu u was przyjemnie, panie burmistrzu. Miasto bardzo zadbane, składy jak widziałem pełne towarów, wszędzie czysto i dostatnio, rycerze z baśni chodzą po ulicach, niewiasty też niczego sobie. Jakiż to jest sekret takiej pomyślności, jeśli wolno spytać?
Konopek roześmiał się, gładząc swoją granatową szatę. Zrobił kilka kroków w kierunku lustra i przejrzał się w nim z miną generała, który właśnie wygrał najważniejszą bitwę w życiu i pozuje do pamiątkowego portretu.
– Może to zasługa mądrych rządów, kto wie? Dziewięć lat już służę temu miastu, sześć jako radny i trzy jako burmistrz, więc czas najwyższy, by zacząć zbierać owoce tej służby. – Burmistrz nadął z dumą policzki, co osiągnęło tylko taki efekt, że jego oblicze nabrało jeszcze bardziej świńskiego wyrazu. – Niektórzy toczą wielkie wojny, piszą mądre rzeczy w swoich księgach, prowadzą naukowe dysputy, składają bogom sowite ofiary, a my tu sobie na uboczu spokojnie i uczciwie gospodarzymy. To i po sprawiedliwości musiało wyjść w końcu na nasze.
– Nie wydarzyło się u was nic niezwykłego ostatnimi czasy? Nie to, żebym podważał wasze nietuzinkowe zdolności, czcigodny Konopku. – Geralt zorientował się już, gdzie nacisnąć, by połechtać niewątpliwie niemałe ego burmistrza. – Ale przecież nie tak dawno wojna tu zawitała, ludzi sporo ubyło, Nilfgaard też swoje zrabował. Mijałem po drodze wiele podobnych miasteczek i żadne nie ostało się w takiej świetności jak wasze.
Konopek spojrzał w sufit i zamyślił się nieco, a z jego twarzy po raz pierwszy od początku rozmowy zniknął uśmiech.
– Pewnie wam już karczmarz mówił, że to po zeszłorocznych żniwach tak się u nas ruszyło. A wszystko oczywiście zaczęło się od kobiet. Nagle jedna z drugą jakoś dziwnie ochocze się zrobiły i swych mężów żwawiej zadowalać zaczęły, no a jak mąż zadowolony z żony, to i w interesach lepiej mu idzie, i na sąsiada milej spojrzy, i ogólnie więcej mu się od życia chce. Ale najwięcej poruszenia to od młodych dziewek wyszło, bo nie ma tygodnia od tamtego czasu, żeby któraś w głowie jakiemuś kawalerowi nie zawróciła. Z tym że, jak wiadomo, im płomień silniejszy, tym drewna na krócej wystarcza, więc nie za długo te nasze romanse trwają. A poza tym… – Konopek nagle urwał i spojrzał niepewnie na kamienną twarz wiedźmina.
– Poza tym co, panie burmistrzu? – Geralt zauważył, że wreszcie zmierzają do sedna sprawy.
– Poza tym nie same dobre rzeczy z tej miłości wynikły. – Burmistrz przełknął głośno ślinę. – Od zeszłego roku już kilka mieszczańskich córek gdzieś w lesie zaginęło, a wiele innych siedzi po domach i w poduszki płacze, bo kochanek wyjechał albo już oczami za inną wodzi. Tamte, co do lasu poszły, to podobno listy zostawiły, że już ze zgryzoty wytrzymać nie potrafią i milsza im śmierć niż taki żywot pełen rozpaczy. Dwóch młodych chłopaków też już pochowaliśmy, bo jeden się do rzeki z kamieniem rzucił, jak go dziewczyna, z którą się całą zimę kochali i na schadzki chodzili, przy kolegach wyśmiała i w twarz mu napluła. A drugi po podobnym zawodzie pojechał sam jeden na jakichś zbójców i za dwie niedziele go przywieźli z odrąbanym ramieniem i dziurą w głowie. Także na miłość lepiej uważać, panie Geralt, bo to owoc tyleż słodki, co zatruty.
Wiedźmin, słuchając słów burmistrza, rozważał już w myślach możliwe scenariusze. Czy to jakaś miejscowa znachorka postanowiła nagle rozkręcić handel afrodyzjakami? Albo miasto znalazło się pod wpływem sukkuba? Lub też w pobliskim jeziorze pojawiły się psotne rusałki? Jedno jest pewne, sytuacja nie była ani trochę normalna.
– Chciałbym zbadać te lasy, gdzie wasze dziewki poginęły. Nic tu się kupy nie trzyma, panie Konopek, a i może wam grozić niebezpieczeństwo od tych całych amorów.
– Pewnie, mistrzu Geralcie, jedźcie i obejrzyjcie, co tam sobie chcecie. Popytajcie strażników przy bramie, oni wskażą wam drogę. Chociaż jak dla mnie, to roboty tu dla was wiele nie będzie, ot, młodzieży się zachciało rozkoszy pozażywać i teraz płacić za to muszą. Szkoda tylko, że całe miasto jest przy tym stratne, bo rąk do pracy zacznie nam w końcu brakować.
Burmistrz Konopek pochylił się nad stołem i zaczął czytać coś w rozłożonej tam księdze rachunkowej, mamrocząc pod nosem różne liczby. Geralt doszedł do wniosku, że temu człowiekowi zależało wyłącznie na własnej karierze i związanych z nią zaszczytach. Nie ulegało wątpliwości, że nie dostrzegł by zagrożenia nawet wtedy, gdy te usiadłoby w nocy na jego wychodku.
No nic, pomyślał, gorąca kąpiel i zimne piwo muszą trochę poczekać. Wygląda na to, że mglaki były najmniejszym problemem tego miasteczka.
***
Płotka wjechała na niewielki, porośnięty wysoką trawą pagórek i zatrzymała się z cichym rżeniem. Wiedźmin obrócił się przez plecy. Od murów miasta dzieliły go już jakiejś półtorej mili. Na prawo od pagórka, w łagodnej dolince, płynęła z pluskiem rzeka, na której nawet tutaj dostrzec można było pojedyncze kwiaty kaczeńców. Za rzeką szerokim łukiem ciągnął się ku zachodowi skraj lasu. Słychać było świergot ptaków, trzeszczenie konarów stuletnich dębów, grabów, klonów i sosen, a od czasu do czasu ryk jakiegoś jelenia lub łosia. Po prostu spokojna, baśniowa sceneria, która idelnie pasowała by do pędzla największych mistrzów pejzażu. Idealne miejsce do popełnienia samobójstwa ze złamanym sercem.
Geralt cmoknął i zjechał z pagórka nad brzeg rzeki. Przeprawił się przez kamienisty bród i zagłębił w leśnych ostępach. Zgodnie ze wskazówkami, jakich udzielili mu strażnicy, powinien się tu znajdować ciąg polanek, na których mieszkańcy miasta szczególnie upodobali sobie urządzanie schadzek. A skoro były to miejsca przepełnione miłosną energią, to z dużym prawdopodobieństwem mogły również przyciągnąć człowieka, który ma ochotę pożegnać się z tym światem.
Na pierwszą polankę natrafił już po kilku minutach niespiesznej jazdy. Otoczona była potężnymi pniami rozłożystych dębów, a mniej więcej na jej środku spoczywał olbrzymi głaz z nachyloną ku słońcu płaską powierzchnią.
Wiedźmin wyostrzył zmysły i rozejrzał się czujnie po okolicy. Jego wzrok przykuł długi, niemal poziomy konar, schowany nieco w cieniu najbliższych drzew. Wygięty był pod nienaturalnym kątem, jak gdyby wisiał na nim jakiś spory ciężar.
Zszedł z konia i udał się w tamtym kierunku. Gdy obszedł porośnięty mchem pień drzewa, jego oczom ukazało się rozwiązanie zagadki. Na końcu konara, przywiązany mocnym, konopnym sznurem, wisiał szkielet. Musiał się tu znajdować nie dłużej niż kilka tygodni, gdyż zostały na nim jeszcze spore kawały mięsa, mimo że większość była już wyjedzona przez kruki i wrony. Ze szkieletu zwisały również resztki ubrania, coś na kształt prostej błękitnej sukienki, bardzo popularnej pośród młodych dziewczyn z prowincji.
Geralt zwrócił uwagę na podłużny przedmiot przewleczony przez rzemień, który zaczepił się o jedną z kości. Podszedł bliżej, starając się wstrzymywać oddech, gdyż smród rozkładającego się ciała wciąż był mocno nieprzyjemny. Przedmiot okazał się zwiniętym ciasno skrawkiem pergaminu z lekko nadpalonymi brzegami. Wiedźmin odwinął pergamin i przeczytał na głos:
MOJEJ NAJUKOCHAŃSZEJ FELICJI
PANI MEGO SERCA I ŚWIATŁU NA MEJ DRODZE
NA ZAWSZE TWÓJ ERNEST
W prawym dolnym rogu kartki znajdował się maleńki, ledwie dostrzegalny symbol, przedstawiający sierp księżyca, wewnątrz którego widniała pięcioramienna gwiazda. Miłosne zaklęcie, pomyślał Geralt, kochankowie jak widać bali się rozstania, więc powierzyli swe uczucie temu amuletowi. Medalion zadrżał silniej, gdy wiedźmin pochylił się nad pergaminem. Zerwał rzemień i schował karteczkę do sakwy przy pasie. Robi się coraz ciekawej, bez dwóch zdań.
Wrócił do konia i raz jeszcze rzucił okiem na płaski głaz leżący pośrodku polanki. Niewątpliwie musiał on służyć za miejsce odpoczynku dla zakochanych par, gdyż widać było na nim wiele oddzielających się wyraźnie swą jaśniejszą barwa przetarć.
Wskoczył na siodło i ruszył dalej ścieżką między drzewami. Zrobiło się nieco ciemniej, słońce skryło się za stalowoszarymi chmurami, a las zaszumiał złowrogo. Niechybnie zbierało się na deszcz, a może nawet na solidną, wiosenną burzę.
Do drugiej polanki dotarł dopiero po dwóch kwadransach przedzierania się przez splątane gałęzie, powalone pnie i rozkopane doły wypełnione zeszłorocznymi, dębowymi liśćmi, na których niewprawny koń sto razy połamałby już sobie kopyta. Na szczęście Geralt niewprawne konie znał jedynie ze słyszenia. Polanka okazała się znacznie mniejsza od poprzedniej. Tym razem na jej środku zamiast głazu widniał wypalony w trawie okrąg, prawdopodobnie pozostałość po niedawnym ognisku.
Śladów po nieszczęsnych kochankach nie trzeba było daleko szukać. Zaledwie dwadzieścia kroków dalej, oparty o pień rozłożystego buka, siedział jasnowłosy mężczyzna w bogato zdobionym, fioletowym kubraku i długich, atłasowych trzewikach. Obok niego na zielonej murawie leżał odkorkowany flakonik.
Wiedźmin klęknął przy nieszczęśniku i przyjrzał mu się z bliska. Język młodzieńca zdążył wprawdzie posinieć, oczy również cofnęły się w głąb czaszki, lecz nie było widać innych śladów rozkładu lub zainteresowania ze strony leśnych zwierząt. Do śmierci musiało więc dojść najwyżej dzień, może dwa dni temu. Geralt przeniósł wzrok na flakonik i głośno westchnął. A więc trucizna. Najlepsza i najpewniejsza przyjaciółka w chwilach rozpaczy.
W tym momencie silny powiew wiatru szarpnął gałęziami drzew. Na polankę wpadł tuman zbutwiałych liści, gdzieś w górze pękł z trzaskiem złamany konar, a na twarz wiedźmina spadły pierwsze krople. Trzeba stąd zwiewać, miał już zaplanowaną gorącą kąpiel, więc zimnej nie potrzebował.
Gdy Geralt zrobił kilka kroków w kierunku Płotki, zauważył nagły ruch między pniami, coś na kształt wijącej się pajęczyny lub opadającego na ziemię kawałka materiału. Ostrożnie podszedł w tamtym kierunku.
Kolejny świst powietrza w gałęziach.
Dudnienie kropel o baldachim liści.
Przed Geraltem zmaterializowała się, niczym utkana przez niewidzialnego pająka, zwiewna postać kobiety obleczonej w powłóczystą, niemal przezroczystą suknię. Jej stopy unosiły się lekko nad ziemią, a rozpuszczone, kruczoczarne włosy okrywały młodą, gładką twarz, na której pojawił się dwuznaczny uśmieszek.
– Ach, dzień dobry, nieznajomy. Taki to pierwszorzędny kawaler zawitał w nasze strony, no proszę. Mam nadzieję, że gościna cię nie zawodzi. – Kobieta zerknęła przelotnie w kierunku ciała leżącego pod drzewem.
Medalion Geralta uderzał rytmicznie o piersi, a w powietrzu na równi z gromadzącą się elektrycznością czuć było rosnące magiczne napięcie. Wiedźmin wiedział, że w takiej sytuacji pozostają mu w zasadzie dwa wyjścia: natychmiastowa ucieczka lub sięgnięcie po miecz. Z jakiegoś powodu nie mógł się jednak zdecydować na żadne z nich.
– Bez obaw, mój miły panie, nie musisz się nigdzie spieszyć. Przecież wiem, czego potrzeba takiemu mężczyźnie jak ty. – Mówiąc te słowa, zjawa zmysłowym, pełnym gracji ruchem zrzuciła suknię z ramion. – Nie przyjdziesz tu do mnie sam i nie weźmiesz, co ci się słusznie należy? – spytała z udawanym żalem w głosie.
Umysł Geralta wysyłał już całą nawałę sygnałów do wszystkich kończyn, by te podjęły wreszcie jakieś działanie, lecz ani nogi, ani ręce uparcie nie chciały go słuchać. Podobnie jak oczy, które jak urzeczone wpatrywały się w kuszące krągłości, które stopniowo wyłaniały się spod sukni. Aksamitna szyja, otoczona burzą czarnych loków, odsłaniające się już wcięcie między dorodnymi piersiami, rozchylone lekko usta szepczące miłosne zaklęcia, tak chętne do pocałunku. Zupełnie jak u Yennefer, podpowiedziała mu resztka świadomości. Bezwolnie postąpił krok w kierunku kobiety…
Wielka, włochata łapa wystrzeliła ze zwojów sukni i chlasnęła w naramiennik wiedźmińskiej zbroi. Pod wpływem gwałtownego uderzenia Geralt odleciał dwadzieścia stóp do tyłu, ale zamortyzował uderzenie eleganckim przewrotem. Wyciągając zza pleców srebrny miecz, spojrzał znów w kierunku zjawy, tym razem już całkowicie trzeźwo. Po zmysłowej kobiecie nie zostało ani śladu. Na wiedźmina szarżowała teraz istota z grubsza przypominająca wilkołaka, ale pewna nieporadność ruchów zdradzała jej magiczne pochodzenie. Otaczała ją ledwie widoczna mgiełka, rozpraszająca spadające wciąż z nieba potoki wody.
Geralt rzucił się na przeciwnika z wyciagniętym mieczem, gotów do zadania śmiertelnego pchnięcia, lecz wilkołak odpowiedział dokładnie tym samym, przez co srebrna klinga musnęła jedynie gęste, czarne futro. Obrócił się natychmiast przez ramię i ciął z prawej strony, po czym przerzucił ciężar ciała na drugą nogę, wywinął się w krótkim piruecie i ugodził potwora w bok, wraz z futrem wyszarpując krwisty kawał mięsa. Wilkołak próbował odpowiadać na ciosy, lecz wyraźnie brakowało mu zwinności, więc miotał się jedynie pośród tej nawałnicy i ryczał potępieńczo ku niebu. Wreszcie, nie bacząc na coraz to nowe rany i potoki krwi spływające mu po ciele, skoczył naprzód z wyciągniętymi łapami, pochwycił wiedźmina i wyrzucił go wysoko do góry.
W jednej krótkiej chwili przed oczami Geralta przemknęły wierzchołki drzew, a gdzieś w dole zamajaczyła sylwetka potwora, skąpana w strugach deszczu. Zareagował jednak w mgnieniu oku, jeszcze w powietrzu wyciągnął ze siebie dłoń i złożył palce do znaku Aard. Potężna fala uderzeniowa gruchnęła o pnie, a wiedźmin, odepchnięty gwałtownie niewidzialną siłą, zmienił kierunek lotu i pomknął w stronę wilkołaka. Nagła zmiana prędkości wypchnęła mu powietrze z płuc, lecz zdołał chwycić miecz oburącz i skierować go prosto w serce swojego przeciwnika.
Żadne stworzenie, nawet te nie do końca żywe, nie byłoby w stanie oprzeć się takiemu uderzeniu. Wiedźmin, niczym bełt wystrzelony z kuszy, trafił idealnie między rozwarte, czarne łapska. Srebrne ostrze przeszło na wylot przez ciało, a ryk potwora zlał się z odgłosem gromu, który w tej właśnie chwili przetoczył się przez polankę. Ponownie jednak do uszu Geralta nie doszedł żaden dźwięk przypominający swoim brzmieniem kontakt zimnej stali z ciepłą materią organiczną.
Zaraza, chciałoby się wreszcie zawalczyć z kimś z krwi i kości. Po tych wszystkich iluzjach trzeba by się wyprawić na jakieś utopce.
Geralt wyszarpnął miecz z buchającej krwią rany i jednym szybkim cięciem odrąbał wilkołakowi prawe ramię. Uchylił się przed drugą łapą, próbującą sięgnąć jego głowy, i ciął mocno w tętnicę udową. Potwór osunął się na ziemię wyraźnie wyczerpany. Jak na iluzję prezentował się nad wyraz realistycznie. Tylko naprawdę zdolny i doświadczony czarodziej mógłby się podjąć takiego dzieła. Trzeba będzie stanowczo przycisnąć Konopka po powrocie do miasta.
Niby-wilkołak leżał u stóp wiedźmina w kałuży krwi i brudnej wody, zbierającej się stopniowo na polance. Iluzja zaczęła się jednak powoli rozmywać. Najpierw zniknęło odrąbane ramię, potem pozostałe kończyny potwora, długi pysk z szeroko otwartymi oczami, a na końcu masywny tułów. Po kilku minutach przed wiedźminem leżała jedynie kupka szarego, lekko parującego popiołu.
Geralt przyklęknął przy resztkach i zmarszczył brwi. Popiół na środku kopczyka ułożył się w wyraźny kształt. Sierp księżyca wraz z pięcioramienną gwiazdą.
***
Gdy Płotka zastukała kopytami o bruk miasteczka, słońce ślizgało się już po dachach kamienic. Na szczęście deszcz przestał padać jakiś czas temu, więc zapowiadał się spokojny, pogodny wieczór. Nareszcie, można powiedzieć, bo Geralt miał już serdecznie dość tłuczenia się po gościńcach zmoknięty i głodny.
Zajechał przed karczmę, gdzie gospodarz wraz ze swym pomocnikiem chowali właśnie stoły i ławy do głównej sali. Rudzielec zamachał przyjaźnie do Geralta.
– No, w końcu wróciliście, mistrzu! Bigos już wprawdzie nam wyszedł, ale znajdzie się trochę kiełbasy i chleba, piwa też mamy jeszcze pod dostatkiem. Zaraz każę Gutkowi cebulę posiekać i…
– Wielkie dzięki – rzucił wiedźmin schodząc z konia – ale najpierw mam do was pytanie. Gdzie znajdę tego śpiewającego rycerza, którego występy tu rano podziwialiśmy?
– O, to macie szczęście. – Karczmarz znów obdarzył Geralta szerokim, szczerym uśmiechem. – Bo właśnie u mnie za stołem siedzi i odpoczynku po swych miłosnych trudach zażywa.
Geralt skłonił się uprzejmie i wszedł do wnętrza budynku. Karczma sprawiała cokolwiek przyjemne wrażenie, była przestronna, pogrążona w półmroku nieznacznie tylko rozproszonym światłem świec umieszczonych na drewnianych podporach i pachniała smażonym mięsem, piwem oraz świeżymi ziołami. Za stołami siedziało zaledwie parę osób, w większości kupców handlujących na miejskim rynku, okolicznych rzemieślników i służących miejscowych arystokratów. Wiedźmin rozejrzał się po sali.
W samym rogu karczmy rozsiadł się znajomy młodzieniec, obleczony tym razem w czerwoną tunikę z kwiatem róży uformowanym na kształt serca. Wokół niego stało kilkanaście opróżnionych już półmisków, kielichów, kubków i talerzy, na ławie przy rycerzu spoczywał natomiast miecz w czarnej, eleganckiej pochwie. Sam młodzian nie przypominał natomiast Geraltowi twardego wojownika z Północy. W jego rozpuszczonych, kasztanowych włosach i pociągłej, przyjemnej twarzy było coś urzekająco niewinnego, ale błysk w oczach i lekko kpiący uśmieszek na ustach zdradzały również wrodzoną zawadiackość.
– Proszę, proszę, jakaż to znakomita kompania mi się tutaj szykuje – odezwał się mocnym, głębokim głosem, gdy wiedźmin uczynił kilka kroków w jego stronę. – Sam Geralt z Rivii, słynny pogromca wszelkiego zła i nieprawości. Wybacz, że nie powitałem cię należycie dzisiejszego ranka, ale zbytnio byłem zajęty moją małą gołąbeczką, która nie wiedzieć czemu nie zechciała zlecieć z grzędy w me ramiona.
Rycerz wstał ciężko zza stołu i wyprostował się przed Geraltem. Był dosyć wysokim, postawnym mężczyzną, lecz z wyglądu przypominał raczej nieletniego synalka jakiegoś barona lub hrabiego, niż zakutego w stal czempiona.
– Jestem Jakub de Corazon, poddany i wierny sługa Jego Królewskiej Mości Radowida V. Chwilowo w delegacji w tym odległym kraju, żeby nie musieć zbyt długo wpatrywać się w królewskie oblicze. – Podał Geraltowi prawicę. Mężczyźni usiedli za stołem, a Jakub zawołał o nową porcję jadła i napitków.
– Piękne jest to życie, nieprawdaż, panie wiedźmin? Podróżuję sobie z moją kompanią już od zeszłej jesieni, gramy w karty, pijemy po zajazdach, bawimy się wspaniale, chłopskie dziewki na noc zapraszamy, czasem jakichś zbójów na trakcie pobijemy, oczywiście za godziwą opłatą. Żyć nie umierać. Nie trzeba się po krzakach za maszkarami uganiać jak wy, żeby sobie zajęcie znaleźć, co nie? – rzucił prowokacyjnie, unosząc do góry kufel.
– Moje zajęcie jest przynajmniej uczciwe i nie mam na razie zamiaru się go zmieniać. – Geralt skrzywił się, ale również wzniósł naczynie z pienistym trunkiem.
– A cóż komu kiedy przyszło z uczciwej roboty? Tylko zdrowie można przy takiej stracić, a żadnej zasługi się za nią nie dostanie ani od ludzi, ani od bogów, ani od nikogo innego.
– Można mieć czyste sumienie, to wystarczająca zasługa.
– Czysty to ja wolę mieć siennik pod tyłkiem i poduszkę pod głową, panie Geralt. No i czyste piwo w karczmie, a te tutaj sam przyznasz, że niczego sobie. – Jakub upił potężny łyk i opadł z powrotem na ławę. – A ciebie co tutaj sprowadziło? Tylko nie mówcie że znowu robota.
– Robota, a jakże. Polowałem na maszkary i swoją zasługę odebrałem. – Geralt poklepał się po sakiewce przytroczonej do pasa. – Więc długo już tutaj nie zabawię, bo to miasto jest zbyt uczciwe nawet dla mnie.
– Co ty gadasz, panie wiedźmin, chyba za długo żeś się po gościńcach włóczył i na mchu sypiał! To jest po prostu raj dla każdego mężczyzny, moi ziomkowie mogą poświadczyć. – Młodzieniec roześmiał się tubalnie. – Nigdy dotąd niewiasty nie wskakiwały im tak chętnie do łóżek, jak te tutaj. Jakaś miłosna aura otacza to miejsce, od razu żeśmy to poczuli, jak tylko bramę przejechaliśmy. A ja sam zaraz pierwszego wieczora się zakochałem bez pamięci i do dzisiaj mnie tak trzyma.
– Widziałem. Czyli to jednak nie jakiś błędny rycerz z dworu Xiężnej Anny się tu przypałętał.
– A co ty tam możesz wiedzieć. – Jakub machnął ręką ze zniecierpliwieniem. – Mówię ci, jak tylko zobaczyłem tą moją cudną Matyldę, gdy stała na balkonie w blasku księżyca i rozczesywała włosy… – westchnął rozrzewniony. – Od razu mnie za serce chwyciło, jakbym jakiś miłosny eliksir wypił. Dziwne to jest trochę, bo do tej pory wiele dziewczyn za mną wzdychało, ale żebym ja się do którejś jak rzep przyczepił, to nie kojarzę. Raczej wolałem pełne naręcza tych kwiatów zrywać, niż je w donicach cierpliwie hodować, rozumiesz?
– Rozumiem doskonale. Mnie też się to dziwne wydaje, bo wracam właśnie zza rzeki, gdzie leżą tacy zakochani jak ty. Z tym że ich szczęście jest już raczej za nimi.
– No cóż, zdarza się. – Rycerz nie wydawał się zbytnio przejęty tą rewelacją. – Gdzie jest miłość, musi być i złamane serce, gdzie jest szczęście, musi być i bolesne rozczarowanie. Taki już jest ten świat, Geralt, dlatego o nic nie warto tu dbać więcej jak o zeszłoroczny śnieg.
– Nie boisz się, że ciebie również spotka to rozczarowanie?
– Szczerze mówiąc nie bardzo. – Jakub nachylił się nad stołem. – Posłuchaj, wiedźminie, dzisiaj we mnie miłość płonie, dzisiaj bym moją Matyldę porwał jak stoję i za siódme morze wywiózł. Ale gdyby jutro los się odwrócił i jakaś inna pani objęła mnie we władanie, to nawet okiem bym nie mrugnął, tylko ten dar przyjął. Albo gdybym znów znalazł się na gościńcu z lutnią przy boku w poszukiwaniu tej jedynej. Kochać jest pięknie, ale kochać i być wolnym jest jeszcze piękniej, tyle ci powiem.
Geralt pokiwał głową. Oryginalny był człowiek z tego Jakuba, ale jego słowa tylko potwierdzały przypuszczenie, że o żadnych naturalnych uczuciach nie mogło tu być mowy.
– Nie widzieliście czegoś niezwykłego, jak tu jechaliście? – zapytał po chwili milczenia. – Jakichś magicznych znaków na drzewach, kręgów z kamieni lub innych podobnych śladów?
Jakub spojrzał w sufit i zamyślił się. Karczma do tej pory zdążyła się już opróżnić, większość świec była już pogaszona i tylko rudowłosy gospodarz krzątał się jeszcze za barem.
– Krajobrazy tu wprawdzie niezbyt romantyczne i zapamiętania nie warte, ale jedną rzecz sobie przypominam. Jakieś dziesięć, może dwanaście mil na północ od miasta stoi taka okrągła wieża, coś jakby resztki starego kasztelu. Nic wokół niej nie ma, żadnych pól ani innych domostw, nawet ptaków w okolicy nie za bardzo słychać. Chcieliśmy do niej zajechać, bo może i skarby byśmy w środku znaleźli, ale nagle jakiś niepokój nas ogarnął, więc odpuściliśmy. Znajdziecie ją bez kłopotu, wystarczy północnym gościńcem wyjechać i rozglądać się bacznie.
– Dziękuję, mości panie rycerzu. – Geralt wstał od stołu. – Na mnie już czas. Może się jeszcze zobaczymy przed odjazdem.
– Bywaj, Geralcie. Radzę ci jak mężczyzna mężczyźnie, skorzystaj z dobrodziejstw tego miejsca, póki możesz, bo jestem pewien, że nieprędko na drugie takie natrafisz.
Wiedźmin skłonił się, poprawił pas i szybkim krokiem poszedł w stronę drzwi. Słońce już niemal chowało się za horyzontem, ale trzeba było jeszcze złożyć wizytę szanownemu panu Konopkowi.
***
Strażnik przed wejściem do ratusza nie chciał go wpuścić, tłumacząc, ze burmistrz skończył już na dziś pracę i nie przyjmuje interesantów. Geralt próbował go jakoś przekonać, powołując się na dobro publiczne i sprawę nie cierpiącą zwłoki, ale widząc, że tamten coraz bardziej się stawia i zaraz może dojść do niepotrzebnych rękoczynów, złożył palce w znak Aksji i przejechał mu dłonią przed oczami. Waleczny duch natychmiast opuścił strażnika, a wiedźmin pomknął po schodach do gabinetu burmistrza.
Konopek właśnie pakował swoje papiery do kufra, w którym trzymał je z dala od niepożądanych oczu. Zauważywszy Geralta zamrugał kilka razy małymi oczkami wyraźnie zmieszany, ale zaraz jego natura polityka dała o sobie znać i zmieszanie zastąpił serdeczny uśmiech.
– O, to znowu wy, mistrzu. Czemuż tym razem zawdzięczam waszą wizytę? Wybaczcie, że nie mogę was godnie ugościć, ale właśnie zbierałem się do wyjścia…
– Wiem już, co wydarzyło się w lesie. – Geralt od razu przeszedł do konkretów. – Znalazłem ciała dwóch osób z waszego miasta, chłopaka i dziewczyny. Oboje byli pod wpływem jakiegoś uroku lub długotrwałego zaklęcia. Pojawiła się tam również silna emanacja mocy, którą potrafiłby wytworzyć tylko ktoś władający magią.
– Och, to straszne, naprawdę straszne, co mówicie. – Oczy burmistrza znów wykonały serię szybkich, niekontrolowanych mrugnięć. – Mam nadzieję, że więcej już się nie powtórzy taki nieszczęśliwy wypadek…
– Właśnie się powtórzy, jeśli niczego nie zrobimy – wszedł mu w słowo wiedźmin. – Myślę, że te miłosne uroki będą się kończyć coraz szybciej i coraz gwałtowniej. Ten rycerz, który zakochał się w Matyldzie, nie jest już tak silnie spętany, jak ci nieszczęśnicy z lasu, jego czar zaczyna powoli odpuszcać.
– Jegomość pan de Corazon? Ależ to byłby dla nas splendor, gdyby został w naszym mieście. To jest człowiek naprawdę wysoko urodzony, a panna Matylda w sam raz dla niego na żonę…
Geraltowi skończyła się cierpliwość. Nie to, żeby kiedykolwiek miał jej w nadmiarze w stosunku do polityków, ale małostkowość Konopka była czasem wręcz karykaturalna. Podszedł do stołu i walnął pięściami w blat, aż zajęczała drewniana konstrukcja. Gdy się odezwał, głos miał jednak wyjątkowo opanowany.
– Potem sobie będziecie rozdzielać zaszczyty i wydawać za mąż młode mieszczanki, panie Konopek. Na razie trzeba zapobiec następnym tragediom. Podobno na północ od miasta stoi jakaś dziwna ruina, do której nikt się nie zbliża. Podejrzewam, że to właśnie tam może znajdować się źródło magicznej mocy. Wiecie, czy ktoś tam zamieszkuje?
– N-nie wiem, mistrzu Geralcie, może i ktoś tam mieszka… – Burmistrzowi zaczął się już plątać głos. – Parę lat temu nasz stary czarodziej, niejaki Laurenthal, odszedł na emeryturę i przeniósł się podobno poza miasto, ale nikt nie wie dokładnie gdzie. Jeszcze jak u nas na służbie był, to nieźle zdziwaczał, tak więc pożytku z niego wielkiego nie mieliśmy. Kto wie, może i w tym kasztelu się zadomowił.
– A co możecie mi powiedzieć o tym czarodzieju?
– Raczej niewiele, panie, on właściwie przez cały czas w wieży siedział i jakieś swoje magiczne sztuczki odprawiał. Ludzie powiadali, że urokami się zajmuje, zwierzęta próbuje ujarzmiać, eliksiry różne warzy, bo całe skrzynie tajemnych ingrediencji sprowadzał. Dziwak to był i tyle, mimo że długo naszemu miastu służył.
Nagle wszystkie klocki w głowie Geralta powskakiwały na swoje miejsca. No jasne, miasto musiało znajdować się pod kontrolą jakiegoś czarodzieja, tylko on byłby na tyle potężny, a jednocześnie na tyle odważny, by urzeczywistnić takie przedsięwzięcie. Niejasny pozostawał już właściwie tylko motyw całej tej intrygi.
– Panie burmistrzu, udam się do ruin jutro z samego rana. Każ obwieścić mieszkańcom, żeby nie wychodzili za bramy, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. A najlepiej w ogóle nie opuszczajcie jutro domów, nie wiadomo, czego do końca się spodziewać po tym całym Laurenthalu.
– Ale co wy właściwie zamierzacie zrobić, mistrzu? – Na twarzy Konopka malowało się autentyczne przerażenie.
Geralt spojrzał za okno gabinetu, na skąpane w ostatnich promieniach zachodzącego słońca dachy kamienic. Miasto tchnęło spokojem i prezentowało się po prostu prześlicznie. Kolorowe lampiony rozświetlały ulice, a zewsząd dobiegały odgłosy radosnej muzyki. Nic dziwnego, że mieszkańcy pozostawali w tak szampańskich nastrojach.
– Wyzwolić was w końcu z tej iluzji.
***
Gdy Geralt wrócił do małego pokoiku na poddaszu karczmy, który wynajął na noc, było już po zmroku. Schował swoje miecze pod łóżko, zdjął pancerz i rzucił się na gruby siennik. Czuł się zmęczony po tym wyczerpującym dniu, a nie był już przecież pierwszej młodości. Przed jutrzejszą konfrontacją z czarodziejem należało dobrze wypocząć.
Złożył ręce pod głową i pogrążył się w rozmyślaniach. Przypomniał sobie walkę ze zjawą w lesie i niezwykle sugestywne, przyjemne uczucie, jakiego doświadczył, gdy ta przybrała przed nim postać urodziwej kobiety. Nie mógł wtedy przez chwilę myśleć o niczym innym, jak gdyby ten obraz został mu podany wprost do mózgu. Coś podobnego musiało spotkać Jakuba przy jego spotkaniu z Matyldą. Nie ulegało wątpliwości, że jest to sprawka magii, zwłaszcza że mógłby przysiąc, iż twarz zjawy przez chwilę oddała dokładnie układ rysów Yennefer…
Przez uchylone okno do uszu wiedźmina dotarł nagle gwar rozmów i brzęk szkła. Wstał i wyjrzał powoli przez rozwartą okiennicę. Na drugim końcu rynku pod kamiennymi arkadami rozstawiono kilka stołów, przy których siedziała kompania de Corazona. Rycerze jedli i pili, śmiejąc się głośno i opowiadając sobie nawzajem żarty mało przystające herbowym panom. Sam Jakub zajął miejsce pośrodku towarzystwa, a jego kasztanowe włosy falowały, gdy obracał głową wsłuchując się w opowieści swoich towarzyszy. Jak widać znudziło go już układanie nocnych serenad dla swej ukochanej lub też czar rzeczywiście zaczął tracić swoją moc.
Wiedźmin wytężył zmysły, gdyż wydawało mu się, że poza odgłosami biesiady w powietrzu rozchodzi się jeszcze jeden, znacznie subtelniejszy dźwięk. Zamknął oczy, usiłując zlokalizować jego źródło i doszedł do wniosku, że musi się ono znajdować gdzieś na tyłach budynku, w którym przebywał. Dźwięk przypominał płacz lub zawodzenie małego dziecka.
Wciągnął pospiesznie spodnie, ubrał buty i wybiegł na rześką, wiosenną noc. Poza Jakubową kompanią w okolicy nie było widać żadnych innych ludzi, lecz w wielu kamienicach wciąż paliły się światła i dochodziły z nich odgłosy bynajmniej nie chrapania. Nocne życie miasta miało się nad wyraz dobrze.
Geralt, podążając za słabym śladem dźwięku, wszedł w wąską uliczkę między karczmą a sąsiednią kamienicą. Po chwili z jego prawej strony ukazał się niewielki ogród z kamienną fontanną pośrodku i kwiatowymi rabatami, pośród których wytyczono brukowane chodniki. Na fontannie, przystrojona w tą samą czerwoną sukienkę, siedziała panna Matylda we własnej osobie. W jej dłoni wiedźmin zauważył wielką białą chustę, którą dziewczyna co chwilę ocierała kapiące jej z oczu łzy.
– Przepraszam, że przeszkadzam szanownej panience – odezwał się Geralt z wielką kurtuazją – ale usłyszałem płacz, więc pomyślałem, że coś złego może się panience dziać, a akurat byłem tu w okolicy…
Matylda spojrzała na niego, wytarła twarz dobrze już zmoczoną chustą i uśmiechnęła się kwaśno. Bez wątpienia była już piękną kobietą, mimo jeszcze bardzo młodego wieku. Jej klasyczna uroda, ciemne, proste włosy, pociągłe rysy twarzy, szczupła, ale już odpowiednio zaokrąglona figura stawiały ją na pewno w pierwszym rzędzie miejskich panien na wydaniu.
– Bardzo z was szlachetny kawaler, panie wiedźminie. – Głos Matyldy był kojąco aksamitny, ale jednocześnie dźwięczny i głęboki. – Ale obawiam się, że na moje rozterki niewiele możecie poradzić.
– A cóż takiego się panience stało, jeśli wolno spytać?
– Ach, to co chyba każdej kobiecie na tym nieszczęsnym świecie. Prędzej czy później wszystkie jesteśmy skazane na ten los. – Matylda pokazała dłonią w kierunku rynku. – Oto tam siedzi rycerz, który jeszcze wczoraj obiecywał mi prawdziwe niebo na ziemi, a dzisiaj już wino i śpiew wypłukały mu jak widać z głowy podobne pomysły. A ja zostałam sama ze swoimi marzeniami, ze swoim sercem, które rwie się do lotu, a które wciąż pozostaje przykute do tego padołu. Teraz płaczę, bo i cóż innego mogę zrobić w moim położeniu? Oby jak najszybciej wyniósł się z tego miasta, żebym nie musiała dłużej znosić widoku tego niewdzięcznego człowieka.
– Naprawdę panienka uwierzyła w jego słowa? Jestem pewien, że składa podobne deklaracje każdej napotkanej kobiecie, która wpadnie mu w oko.
– A dlaczego miałabym mu nie uwierzyć? – dziewczyna podniosła głos. – Jeśli ktoś wystaje pod twoim oknem, panie wiedźminie, układa miłosne pieśni na twoją cześć, obdarza cię najszczerszymi uśmiechami i największymi czułościami, jakie tylko możesz sobie wymarzyć, to twoje serce będzie mu ufać, bez względu na chłodne podszepty rozumu. Tak właśnie działa świat, tak działają kobiety i byli, są i niestety zawsze będą ludzie, którzy skrzętnie to wykorzystają.
Matylda znów zalała się łzami, więc Geralt uznał, że nie będzie jej już dłużej męczyć pytaniami. Uniósł dłoń w geście pożegnania i bez słowa oddalił się tą samą uliczką. Przed wejściem do karczmy raz jeszcze spojrzał na rozgadane towarzystwo na rynku. Jakub zdecydowanie zasługiwał na największe słowa potępienia, ale z drugiej strony, czy to on rzeczywiście był tutaj winien? Jeśli wszystko było z góry zaplanowane przez czarodzieja, to ani on, ani jego wybranka nie mieli wiele do powiedzenia i odegrali tylko swoją tragiczną rolę. No cóż, jutro z pewnością dowie się wszystkiego.
Geralt westchnął nie wiadomo który już raz tego dnia i udał się w końcu na zasłużony spoczynek.
***
W środku nocy obudziło go pukanie do drzwi.
Był zmęczony i obolały, więc chciał je początkowo zignorować, przewracając się na drugi bok. Pukanie jednak powtórzyło się, trochę głośniej niż za pierwszym razem.
Zaklął pod nosem, podszedł do drzwi i uchylił zasuwę. Miasto miłości, powszechne szczęście i tak dalej, ale wiedział, że wszędzie należało się mieć na baczności.
Za drzwiami stała młoda dziewczyna w krótkich blond włosach, ubrana jedynie w biały, przepasany w talii szlafrok. Rzuciła wiedźminowi figlarne spojrzenie spod opadającej grzywki.
– No co, nie zaprosisz mnie do środka? Mam tak marznąć na tym korytarzu? Spodziewałam się po tobie nieco więcej.
A więc to są te możliwości, o których wspominał Jakub. Miasto, w którym nie musisz nawet zrywać owoców z drzewa, bo te same spadają do twoich stóp.
– Jestem trochę zmęczony i nie spodziewałem się gości. – Geralt mimo wszystko nie miał ochoty na bliższą interakcję. – A łóżko już zaczyna mi stygnąć, więc…
– No to pozwól, że ktoś ci je porządnie ogrzeje – weszła mu w słowo dziewczyna i przecisnęła się pod jego ramieniem do pokoju. Zamknął cicho drzwi i rzucił na nią okiem. Nie mogła mieć więcej niż siedemnaście, może osiemnaście lat, ale jej lekko kołyszące się biodra i hipnotyzująca zmysłowość w każdym ruchu zdradzały życiowe doświadczenie większe, niż wskazywałaby na to metryka.
Wiedźmin stał tylko i patrzył na nią, trochę zaspany, a trochę onieśmielony tą niespodziewaną wizytą. Dziewczyna, widząc jego zmieszanie, podeszła do niego na palcach i pchnęła go miękko na siennik, po czym usiadła mu na kolanach.
– Zawsze chciałam się dowiedzieć, jak to jest z wiedźminem. Rzadko do nas przyjeżdżają tacy jak ty, więc do tej pory nie było nawet okazji. Można powiedzieć, że szczęściara ze mnie.
Wprawnym ruchem odwiązała szlafrok i zrzuciła go z siebie. Miała drobne, białe ciało i jedną z najwęższych talii, jakie Geralt widział w swoim życiu. Zdmuchnęła grzywkę z czoła i delikatnie zsunęła wiedźminowi bieliznę. Złapała go za ręce, by mógł poczuć pod palcami jej jędrne piersi.
– A myślałam, że to ja będę się wstydzić. Wielki pan Geralt, nie umie się zachować przy prowincjonalnej dziewuszce. – Roześmiała się i opadła mu na pierś. Całowała jego twarz, szyję i ramiona, chłonęła jego ciało każdą swoją komórką, aż wreszcie zagłębił się w niej, aż jęknęła cicho tuż przy jego uchu. Odchyliła się ponownie do tyłu i głębokimi ruchami bioder dawała im obojgu upojną rozkosz. Po dłuższej chwili odwróciła się, kontynuując swoje dzieło, a Geralt jedynie zamknął oczy i poddał się jej namiętności, pozwalając by jego myśli odpływały powoli ku błogiej krainie snu.
***
Obudził się zaskakująco wypoczęty, mimo że gdy otworzył oczy, słońce dopiero nieśmiało prześwitywało przez półotwartą okiennicę. Po dziewczynie nie było nawet śladu. Czyżby była to tylko kolejna iluzja? Jeśli tak, to wyjątkowo udana, bo nadal czuł w różnych miejscach ślady po dotyku i pocałunkach kochanki.
Podniósł się i zaczął przygotowywać do spotkania z Laurenthalem. Wyjął miecze spod łóżka i sprawdził ich ostrość, poprawił mocowania pancerza, a następnie otworzył szkatułkę z eliksirami. Spodziewał się, że to nie koniec jego przygód z widmowymi potworami, więc na pewno przyda się dodatkowa szybkość i wytrzymałość. Bliżej swojej siedziby czarodziej mógł dysponować większą mocą, niż w odległym o wiele mil lesie. Po zastanowieniu sięgnął również do juków i wyjął stamtąd niewielką petardę wypełnioną dwimerytowymi opiłkami. Gdyby zrobiło się naprawdę źle, to mogła być jego ostatnia deska ratunku.
Gdy zszedł na dół, postanowił się jeszcze pożegnać z rudowłosym karczmarzem. Ten właśnie po raz kolejny wystawiał stoły na świeże powietrze.
– Dzięki za gościnę. Mam nadzieję, że nie nabroiłem zbytnio. – Miał oczywiście na myśli swoją nocną przygodę.
– Ależ to ja pięknie dziękuję, mistrzu wiedźminie! Wnukom będę opowiadał, że gościłem samego Geralta z Rivii, pogromcę potworów i tak dalej. A o waszych ekscesach nic mi nie wiadomo i niech już tak pozostanie. – Karczmarz puścił do niego oko.
– Nie wiecie, gdzie się podziewa nasz młody rycerz?
– Pojęcia nie mam, wiem tylko, że całą noc ze swoją drużyną biesiadował, ale potem się gdzieś rozjechali i tyle ich widziano. Dobrze by było, gdyby wrócił i jeszcze trochę orenów mi do skrzyneczki nawrzucał.
– No nic, może go napotkam gdzieś po drodze. Jeszcze raz dziękuję i zostańcie w zdrowiu.
Podali sobie ręce, a Geralt udał się do stajni na tyłach karczmy. Osiodłał Płotkę i wyjechał na ulicę prowadzącą do północnej bramy, na której zaczynali się już pojawiać pierwsi mieszkańcy. Wyglądało na to, że dobre wrażenie z wczoraj nadal trzyma się mocno. Ludzie byli poprzebierani w odświętne, czyste stroje, mimo że dzień był powszedni, ulica została zamieciona wieczorem albo nawet tuż przed wschodem słońca, a donice z wielobarwnymi kwiatami zdobiły progi domów i balkony kamienic. Wiedźminowi przeszło przez myśl, że zrzucając z miasta miłosną iluzję, może pozbawić również pozostałych mieszkańców radosnego uniesienia. Nie pierwszy raz jednak stawał przed podobnym dylematem. W zasadzie cała jego interakcja ze światem sprowadzała się często do wyboru mniejszego zła.
Młodego pana de Corazon nie było nigdzie widać. Geralt wyjechał z miasta i skierował się gościńcem ku majaczącym w oddali wzgórzom. Poczuł na twarzy chłodny, kwietniowy wietrzyk, doszedł go również śpiew niezliczonych ptaków, spiął więc ochoczo konia do galopu. Mijał pola obsiane pszenicą, rozległe plantacje słoneczników, wiatraki, szopy na zboże i niewielkie kapliczki ukryte w cieniu dębowych zagajników. Kraina wydawała się spokojna, nigdzie nie było widać śladów magicznej aktywności. Po jakimś czasie miasto zostało już daleko w tyle.
Wjechał na szczyt najwyższego wzgórza i rozejrzał się. Jakieś dwie mile dalej zauważył zabudowania kasztelu lub raczej tego, co z niego pozostało. W zasadzie tylko solidna, czterokondygnacyjna wieża ostała się w stanie nienaruszonym, pozostałe budynki prezentowały stan zaawansowanego rozkładu. Wokół ruin w promieniu tysiąca stóp rozciągała się trawiasta równina bez ani jednego drzewka czy chociażby krzaczka. Wiedźmin nadstawił ucha. Śpiew ptaków jakby przygasł, podobnie jak innych odgłosów przyrody. Jakub miał rację, siedziba czarodzieja emanowała silną magią. Nic dziwnego, że Konopek nie miał pojęcia, co stało się z Laurenthalem po opuszczeniu przez niego miasta. Nikt o zdrowych zmysłach nie zbliżyłby się na milę do tego miejsca.
Wiedźmin zacmokał i zaczął zjeżdżać ze wzniesienia, zachowując stan najwyższej czujności. Po kilku minutach wokoło zaległa kompletna cisza, Geralt móglby nawet przysiąc, że przestał słyszeć szuranie kopyt o trawę. Gdy podjechał już na dystans kilkuset stóp do wieży, przez równinę przetoczył się nagle silny podmuch wiatru, a wiedźmiński medalion zadrżał ostrzegawczo.
– Dla ciebie droga się tutaj kończy, stara przyjaciółko. – Poklepał Płotkę po szyi i zeskoczył z siodła. Wyjął z juków kilka buteleczek z eliksirami oraz dwimerytową petardę. Puścił wodze klaczy i patrzył przez chwilę, jak ta odbiega w stronę najbliższego zagajnika. Wiedział, że będzie tam na niego czekać, ile tylko potrzeba. W końcu odwrócił się w stronę kasztelu i zlustrował wzrokiem cały teren. Nadeszła pora na ostateczną konfrontację z czarodziejem.
Szedł krok za krokiem w kierunku zabudowań, a podmuchy wiatru wciąż przybierały na sile. W powietrzu dało się już wyczuć tą samą magiczną energię, co poprzednim razem na polanie.
I wtedy właśnie się zaczęło.
Kolejny, jeszcze mocniejszy podmuch wiatru uderzył w pierś Geralta, po czym zatoczył wokół niego koło, nabierając prędkości. Porwał ze sobą źdźbła trawy, kwiaty koniczyny, a nawet leżące tu i ówdzie kamienie, przekształcając się w niewielką trąbę powietrzną. Wiedźmin wyjął zza pleców srebrny miecz i czekał.
Z kręcącego się z ogromną prędkością powietrznego wiru wysunęły się dwa podłużne ramiona, formując kształt grubych łap zakończonych trzema palcami. Dwa wielkie, czarne kamienie przyjęły natomiast rolę oczu wykreowanego właśnie potwora. Czy też raczej żywiołaka, jeśli być ścisłym. Monstrum z rykiem zasysanego z równiny powietrza ruszyło na Geralta.
W tym pojedynku najważniejsza niewątpliwie były szybkość i błyskawiczny refleks, więc wiedźmin jeszcze podczas tworzenia się wiru łyknął odpowiedni eliksir. Teraz należało skorzystać z jego mocy. Rozpędził się i wybijając z jednej nogi skoczył ku opadającemu prawemu ramieniu potwora. Miecz prześlizgnął się po kamieniach, krzesząc snopy iskier, a z wnętrza żywiołaka wyleciała fontanna trawy. Geralt nie dał swojemu przeciwnikowi czasu na odpowiedź. Wylądował, odwinął się natychmiastowo i wykonał podobny manewr w kierunku drugiej łapy, lecz tym razem potwór był już zorientowany, co się święci. Odsunął się nieco z linii ataku, tak że klinga miecza zanurzyła się jedynie koniuszkiem w zielonym tornadzie. Geralt zwolnił na chwilę, a trawiaste ramię opadło z hukiem na jego plecy.
Cios nie był zbyt potężny, lecz połączony z pędem Geralta zafundował mu małe dystyngowane lądowanie twarzą w miękkiej trawie. Eliksir działał jednak z pełną mocą, więc wiedźmin natychmiast przyjął postawę bojową i ruszył do walki. Zasypywał żywiołaka gradem cięć, pchnięć i efektownych młynków, starając się wyrządzić jak największe szkody jego materii. Wiedział, że jest on utrzymywany przy życiu wyłącznie mocą czarodzieja, gdyż powstał dopiero przed chwilą i Laurenthal na pewno nie zdążył go z niczym związać. Monstrum starało się reagować na tą dziką furię, nie miało jednak wystarczających bitewnych umiejętności. W gruncie rzeczy wyglądało dosyć nieporadnie, miotając się w te i z powrotem po równinie.
Geralt po kolejnej nawałnicy ataków uskoczył na chwilę do tyłu, aby zaczerpnąć tchu. Miał przewagę nad potworem właściwie we wszystkich aspektach, lecz pojedynek mógł potrwać niebezpiecznie długo ze względu na duże możliwości regeneracji żywiołaka. A gdy eliksir przestanie działać, szansę zrobią się bardziej wyrównane. Zaklął głośno i wtedy przyszedł mu go głowy genialny w swojej prostocie pomysł.
Znów wziął rozbieg i długim ślizgiem zanurkował do wnętrza rozhulanego żywiołu. Na moment otoczyło go istne pandemonium latających kamieni i wirujących szczątków roślin. Nie podziwiał jednak widoków, lecz złożył szybko palce w znak Igni, roztaczając wokół siebie wachlarz ognia. Wyskoczył z drugiej strony, odbiegając na znaczną odległość, po czym odwrócił się, by podziwiać swoje dzieło.
Żywiołak z ogłuszającym hukiem wciągnął do siebie podpaloną trawę, która w ułamku sekundy wypełniła go po sam czubek. Przez dłuższą chwilę przed oczami Geralta malowało się istne arcydzieło natury. Słup ognia rozświetlił całą okolicę wszystkimi odcieniami czerwieni i żółci. Wirująca trawa strzelała dookoła iskrami, a jej strumienie rozrywały od środka ciało potwora. Wiedźmin patrzył jak urzeczony. Nawet on, który widział już wszelkie cuda świata, uległ czarowi szalejącego żywiołu.
Aż wreszcie nadszedł koniec.
Struktura trąby zaczęła się rozpadać, zamieniając się coraz bardziej w bezkształtny stóg siana. Większość wnętrzności potwora już się wypaliła, na ziemię opadały więc głównie poczerniałe kamienie. Pojedyncze skupiska trawy usiłowały jeszcze formować mniejsze trąby, ale Geralt był przygotowany również i na to. Wyjął z sakwy dwimerytową petardę i cisnął nią daleko przed siebie. Opiłki metalu rozprysnęły się na wszystkie strony zwartą chmurą, a gdy opadły, po przejawach jakiegokolwiek życia nie było już śladu. Pozostał tylko wypalony szmat łąki i zalegająca wokół cisza.
– Całkiem nieźle – powiedział na głos Geralt. – Staruszek ma jeszcze fantazję, nie da się ukryć.
Schował miecz i ruszył biegiem w kierunku wieży. Nic już nie zatrzymało go po drodze, wpadł więc przez pozbawiony drzwi łukowaty portal do wnętrza budowli. Pierwsza kondygnacja nie prezentowała się zbyt okazale, była pogrążona w półmroku, w którym wiedźmińskie oczy rozpoznały zarysy różnej wielkości skrzyń, beczek i drewnianych pudełek. Niewątpliwie musiały to być magiczne ingrediencje używane przez Laurenthala. Lub raczej to co z nich pozostało.
Następne dwa piętra budynku były niemal puste, stały tam jedynie resztki dawnego wyposażenia kasztelu. Wysokie świeczniki, obrazy w złoconych ramach, okrągłe lustra, głębokie fotele, zwinięte w rolki dywany, wszystko to pokrywała gruba warstwa kurzu. Jak widać szacowny czarodziej nie zadał sobie trudu, by przywrócić temu miejscu dawny blask.
Przed schodami na ostatnie piętro budynku medalion Geralta poruszył się niemal niezauważenie. Obecność magii w tym właśnie miejscu powinna być najsilniejsza, jednak wyglądało na to, że jest zgoła inaczej. Wiedźmin wszedł na górę, gdzie natrafił na solidne dębowe drzwi ze stalowymi okuciami. Pchnął je lekko, a widząc że ustępują pod naciskiem dłoni, naparł na nie barkiem i z przeciągłym skrzypieniem wkroczył do pomieszczenia na szczycie wieży.
Wpadające przez wysokie okna wiosenne słońce oświetlało stojące przy ścianach regały wypełnione rozpadającymi się książkami. Poza nimi w okrągłym pokoju znajdował się również wielki prostokątny stół otoczony metalowymi przedmiotami nieznanego przeznaczenia. Przypominały one na swój sposób odgromniki lub też iglice montowane na szczytach kościołów lub budynków publicznych. Wyposażenia siedziby czarodzieja dopełniało jeszcze kilka przepastnych kufrów oraz proste łóżko. Właśnie przy tym ostatnim meblu, oparty o drewnianą ramę, siedział starszy mężczyzna i oddychał ciężko z półprzymkniętymi oczami.
Geralt zbliżył się do czarodzieja i zlustrował go wzrokiem. Laurenthal wyglądał w zasadzie dość niepozornie i gdyby nie ciężka bordowa szata można byłoby go pomylić z przypadkowym handlarzem ziołami, wędrownym kupcem albo kowalem z zapomnianej przez bogów mieściny. Jego twarz okalał wielodniowy zarost, a zmierzwiona siwa broda i zaczesane do tyłu włosy dopełniały wizerunku człowieka mocno doświadczonego przez życie. Zauważywszy przed sobą postać wiedźmina uśmiechnął się z wyraźnym bólem.
– A więc wreszcie ktoś mnie odwiedził w mojej samotni, proszę, proszę. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się. – Głos miał słaby, ale wciąż niepozbawiony pewnej wyniosłości. – Obawiam się, że to niestety koniec fajerwerków w moim wykonaniu, więc dłużej sobie mieczem nie pomachasz.
– Chciałeś mnie zabić, nie mam czego żałować.
– Chciałem się bronić, Geralcie z Rivii, tak jak każdy człowiek na tym świecie mam prawo do obrony swojej własności. Jak również swoich przekonań, których także próbujesz mnie pozbawić.
Laurenthal dźwignął się z jękiem i usiadł na łóżku. Właściwie nie wyglądał teraz aż tak strasznie staro, był po prostu fizycznie i prawdopodobnie również psychicznie wykończony.
– Długo służyłem temu miastu i nie przerwałem tej służby nawet jako emeryt, ale wygląda na to, że będę musiał w końcu zwinąć swoje zabawki. Sił już nie wystarcza, jak sam widzisz.
– Jeśli trzymanie ludzi pod wpływem uroku nazywasz służbą, czarodzieju…
– Sam widziałeś, wiedźminie, że wcale tym ludziom nie jest najgorzej. – Laurenthal nagle się ożywił. – Nikt tak naprawdę nie chce być wolnym, jest to pojęcie dla większości z nich zbyt abstrakcyjne. Ludzie szukają szczęścia, zabawy, przygody, miłości, rozkoszy, to są uczucia, które mogą sobie wyobrazić. I to wszystko starałem się im zapewnić wręcz w nadmiarze.
– A co powiesz tym młodym ludziom, którym dałeś, a następnie brutalnie odebrałeś całą nadzieję? Co powiesz trupom, na które natknąłem się wczoraj w lesie? Co powiesz Matyldzie, która siedzi teraz samotnie w swej sypialni ze łzami w oczach? Czy im wszystkim też wiernie służyłeś?
– Oj, Geralt, nie bądź aż taki dramatyczny. Nie powiesz chyba, że aż tak zależy ci na ich dobru. W końcu to ty zawsze wolisz pozostawać z boku, a teraz nagle stajesz w ich obronie niczym jakiś błędny rycerz.
– Staję zawsze w obronie ludzi przez potworami, ale jeśli potworem okazuje się drugi człowiek, nie robi to dla mnie różnicy.
Czarodziej podniósł się z łózka i podszedł do stołu. Wykonał gest dłonią, a metalowe iglice dookoła rozjarzyły się elektrycznym blaskiem. Na powierzchni blatu zarysował się mglisty, lecz zaskakująco dokładny obraz miasta. Dało się na nim rozpoznać nawet kształty poszczególnych budynków. Po ulicach przemieszczały się niewielkie migoczące iskierki.
– Nie jestem potworem, wiedźminie. Jestem starym, znudzonym życiem czarodziejem, któremu też należy się trochę dobrej zabawy. Tak, to ja sprawiałem, że ludzie się w sobie zakochiwali, a potem łamali sobie nawzajem serca. Ja rozpalałem w nich płomień miłości, który niedługo ogarnął wszystkich dookoła, bo jak obaj dobrze wiemy, nad miłością nie da się zapanować. Skonstruowałem ten przyrząd, aby dzień i noc mieć baczenie na każdego mieszkańca miasta. – Wykonał szeroki gest dłonią. – Patrzyłem, gdzie udają się na schadzki, gdzie wyznają sobie uczucia, gdzie konsumują swoją miłość. Sprawiało mi to niemałą przyjemność, ale też kosztowało wiele sił. Dlatego też nie musisz mnie o nic prosić ani niczego na mnie wymuszać, dzisiaj zamykam swój kramik. – Iglice zamigotały i zgasły, a na pustym stole Geralt zauważył przytarty już, lecz wciąż widoczny znajomy symbol, czyli księżyc pochłaniający w swych ramionach małą gwiazdę.
– Więc przyznajesz, że zabawiłeś się ich kosztem, Laurenthal. Taka postawa nie przystoi czarodziejowi. Nie po to jesteście szkoleni, żeby traktować ludzi jak swoje marionetki.
– Oni i tak wpadli by prędzej czy później w miłosne sidła, nawet bez mojej ingerencji. I tak zakochiwali by się beznadziejnie, zdradzali się nawzajem, zostawiali się bez słowa pożegnania. To jest właśnie tak zwany krąg życia, jak powiadają druidzi. A dzięki mnie mogli przynajmniej zakosztować tych wszystkich wspaniałości, o których marzą każdej nocy i o których śpiewają w karczmach zachrypniętymi głosami. No i przecież cała reszta miasta na tym skorzystała. Możesz zapytać dowolnego z nich, nawet najstarsi nie pamiętają tak dobrych czasów.
– A po co te wszystkie iluzje? Wilkołak w lesie, żywiołak przed kasztelem. Podejrzewam, że nawet mglaki były twoją sprawką, bo coś za dobrze walczyły jak na ten gatunek.
– Tak jak powiedziałem, musiałem się bronić, Geralt. Wiedziałem, że skoro przybyłeś do miasta, to moje dni są już policzone. Sądziłem jednak, że odwiodę cię od twoich zamiarów i będę mógł się jeszcze nacieszyć życiem, póki mogę. A także nacieszyć oczy widokiem tej wesołej gromadki. Nie doceniłem cię jednak, zdaje się że podobnie jak wielu przede mną.
– Teraz to już historia. Mam tylko nadzieję, że ludzie osądzą cię sprawiedliwie za twoje czyny.
– Zamierzasz doprowadzić mnie do sądu, wiedźminie? – Laurenthal zaśmiał się nerwowo. – Uważasz, że ktokolwiek wydał by wyrok na swojego dobroczyńcę?
Przed kasztelem zastukały końskie kopyta. Geralt wyjrzał przez jedno z okien i ujrzał postać zeskakującą z siodła, która wbiegła przez portal do wieży.
– Myślę, że sąd właśnie przyszedł do ciebie, czarodzieju.
Ciężkie buty załomotały na schodach, a po chwili drzwi do gabinetu Laurenthala odskoczyły z takim impetem, że aż prawie roztrzaskały się o kamienną ścianę. Do środka wpadł nie kto inny niż Jakub de Corazon, tym razie ubrany w czarną tunikę ze skrzyżowanymi na piersi mieczami. Rozejrzał się wokoło zdyszany, z żądzą mordu w oczach, a jego wzrok padł natychmiastowo na postać czarodzieja.
– Tutaj się ukrywasz, podstępny magu! Całe szczęście, że Geralt cię wyśledził, nie umkniesz już ostrzu sprawiedliwości!
– Panie Jakubie, a cóż ja ci takiego uczyniłem? – Laurenthal usiłował zachować spokój. – Czyż nie pozwoliłem ci zakosztować pięknej, miłosnej przygody? Czy wszystkie twoje serenady i kwieciste mowy pójdą w zapomnienie, czy też zostaną dla potomności jako piękne wyrazy uczucia mężczyzny do kobiety? Co więc masz mi za złe, rycerzu?
– Tutaj już nie chodzi o mnie, czarodzieju. Ja mogę spędzić młodość na podróżowaniu po świecie, uderzając do dziewczęcych serc i pozwalając sobie podtrzymywać me uczucia tak długo, jak mi się spodoba, gdyż wszyscy jesteśmy wolnymi ludźmi. Możemy kochać, odkochiwać się, wyjeżdżać i znów powracać, możemy płakać, tęsknić, zazdrościć i gniewać się, gdyż wszystko to jest zwyczajną ludzką naturą. Ale ty dopuściłeś się czynu hańbiącego, z zimną krwią skrzywdziłeś tą nieszczęsną niewiastę, gdyż nic, co od ciebie wychodzi, nie jest prawdziwe. Oto teraz wypłakuje ona swój żal, a ja nie jestem w stanie go w niej ukoić, gdyż moja miłość również zniknęła przysypana popiołem. Pośród ludzi honorowych, mości panie, istnieje tylko jedna kara za taką zbrodnię.
Podszedł do Laurenthala i nie czekając na odpowiedź zadał mu błyskawiczny cios krótkim mieczem w samo serce. Czarodziej patrzył na niego przez chwilę wzrokiem pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu, po czym osunął się bez życia na marmurową posadzkę.
I znów życie wybrało za mnie, pomyślał Geralt. Znów moja bierność okazała się największym przekleństwem.
Jakub wytarł miecz o czarodziejską szatę, zerknął na wiedźmina i bez słowa wyszedł z gabinetu. Tak właśnie zakończyła się historia Laurenthala i jego miłosnych uroków.
***
Wiedźmin wraz z rycerzem jechali gościńcem w stronę miasta. Kasztel został już daleko za wzgórzem, a ptaki znów rozpoczęły swoje zwyczajne koncerty. Mężczyźni nie odzywali się do siebie, każdy z nich we własnym umyśle przetrawiał wydarzenia ostatnich kilku dni. Gdy wreszcie dojechali do rozwidlenia dróg, Geralt odchrząknął.
– Tutaj musimy się pożegnać, panie rycerzu. Nie wracam już do miasta, jadę dalej na wschód.
– No cóż, w takim razie szerokiej drogi, wiedźminie. – Jakub zwrócił konia w stronę Geralta i uścisnął mu dłoń. – Dzięki za wszystko, a zwłaszcza za uwolnienie mnie od władzy tego starca. Miłość jest prawdziwa tylko wtedy, kiedy jest wolna, to możesz sobie ode mnie zapamiętać.
Ściągnął wodze i pogalopował dalej na południe, machając przyjaźnie ręką. Geralt patrzył za nim przez dłuższą chwilę.
A czy moja miłość do Yennefer jest naprawdę wolna? Czy jest to prawdziwe uczucie, czy też oboje tkwimy w jakiejś magicznej iluzji?
Popatrzył na słońce i ruszył ku kolejnym przygodom.