- Opowiadanie: gRalfy - Iluzja Życia

Iluzja Życia

Hej, hej!

To moje pierwsze ukończone opowiadanie, które zdecydowałem się opublikować. Świat wprawdzie znany i lubiany, forma również, ale mam nadzieję, że nadałem mu szczypty własnego charakteru. Czytelników jak do tej pory było dwóch, wrażenia pozytywne, więc może Wam też się spodoba ;)

Za wszelkie krytyczne uwagi również będę wdzięczny, jeśli się takie pojawią.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Iluzja Życia

Geralt wiedział nie od dziś, że różne ludowe powiedzenia zawierają w sobie wiele prawdy, lecz rzadko miał do czynienia z takimi, które materializowały się przed nim w całej swej do­słowności. A jednak, „mgła gęsta jak oko wykol” nie tylko była nadnaturalnie gęsta, ale również zdolna wykolić oko każdemu, kto okazałby się na tyle nierozważny, by w nią wejść.

Miecz wiedźmina wywijał skomplikowane piruety, tnąc na kawałki mleczną substancję, z której co jakiś czas wyłaniały się długie, ostre pazury. Nie było jednak słychać znajomych odgłosów rozcinania żywych tkanek czy też gruchotania kości, towa­rzyszących zazwyczaj takim pojedynkom. W zasadzie nie było słychać nic poza pracą stóp na miękkim podłożu oraz głu­chymi porykiwaniami dochodzącymi spośród mgły, bo nawet świst miecza ginął gdzieś w jej wnętrzu.

Zaraza – pomyślał Geralt – nienawidzę mglaków. Na tym świecie istniało wiele okropieństw, często odstrę­czających samym swoim wyglądem lub nietypowymi obyczaj­ami. Mglaki jednak, mimo że dla doświadczonego wiedźmina nie stanowiły wielkiego wyzwania, należały do grona istot wyjątkowo szkaradnych, a poza tym pozostawały dla więk­szości śmiertelników zupełnie nieuchwytne. Oczywiście dopó­ki nie zatopiły swoich szponów w czyichś plecach.

Geralt jednak nie byłby Geraltem, gdyby nie wiedział, jak poradzić sobie i z tą niedogodnością. Kątem oka zauważył ruch, delikatne rozstąpienie się białego całunu. Natychmiast obrócił się przez ramię i ciął zamaszyście od dołu. Atak był tak szybki, że mglak nie zdążył nawet zareagować. Srebrna błyska­wica rozszarpała szare cielsko, a plugawe usta wydały ostatni już, przeszywający kwik.

Wiedźmin uśmiechnął się pod nosem. Tak, na Kontynencie żyje wiele potworności, ale on bynajmniej też nie należy do grona najsympatyczniejszych. Jest ni mniej, ni więcej, tylko narzędziem wyszkolonym do walki z nimi. Mimo że czasami chciałby myśleć, że jest inaczej.

Powietrze wokół niego stało się nieco bardziej przejrzy­ste, więc był w stanie rozpoznać z grubsza kształty otaczają­cych go przeciwników. Mglaki rzuciły się na niego ze wszyst­kich stron, oszalałe po śmierci towarzysza. Geralt zakręcił mie­czem młynka nad głową i obniżył nieco pozycję, by ostrze zna­lazło się na wysokości pękatych łbów. Srebro dosięgnęło szyi naj­bliższego mglaka i z mlaśnięciem oddzieliło ją od reszty ciała. Wiedźmin błyskawicznie wykonał unik przed kolejnym rzuca­jącym się na niego przeciwnikiem, chwycił miecz ostrzem do dołu i pchnął nim za plecy, prosto w serce innego biegną­cego pokur­cza.

Mgła rozrzedziła się już na tyle, że wyraźnie widać było krążące wokół niego potwory. Pomimo wciąż dużej przewagi liczebnej traciły one wyraźnie ochotę do dalszej walki. Jednak robotę należało dokończyć.

Geralt otarł usta wierzchem rękawicy i rzucił się pomię­dzy drzewa w swym bezlitosnym tańcu śmierci. Miecz wiedź­mina ponownie zaczął kreślić zamaszyste ósemki w wilgotnym leśnym powietrzu. Mglaki cofały się, lecz co chwila któryś z nich znikał z białym obłoku, by pojawić się za plecami adwersarza, próbując swojego szczęścia. Geralt był jednak czujny i za każdym razem umiejętnie skracał dystans, dopada­jąc do majaczącego przed nim potwora i częstując go srebrnym pocałunkiem.

Po kilku minutach było już po bitwie. Pośród mchu i paproci leżało kilkanaście sinych trucheł, a ze dwa lub trzy ocalałe z rzezi potwory uciekały pomiędzy drzewa z żałosnym kwileniem. Wiedźmin patrzył za nimi przez dłuższą chwilę, po czym wytarł miecz o zielony dywan i schował go do pochwy na plecach.

Bur­mistrz chyba będzie musiał zapłacić podwójnie za taką jatkę – przeszło mu przez głowę. –  Od dawna się tak nie na­machałem, jak na tym cholernym bagnie.

Podszedł do stojącej nieopodal Płotki i jeszcze raz rzucił okiem na mglistą polankę. Ciała potworów zaczynały już zni­kać, pochłaniane przez las. Za kilku godzin nie będzie tu po nich żadnego śladu.

Zaraza. To wszystko tylko iluzja, krótki przebłysk cze­goś, czego nie można nawet nazwać życiem. A ja nadsta­wiam karku za coś, o czym za tydzień nikt nie będzie nawet pamiętał. Geralt splunął, wsiadł na swoją klacz i odjechał po­woli w kie­runku gościńca.

 

***

 

Miasto wyglądało dość nietypowo, przynajmniej jak na tę część Kontynentu. Otoczone było niezbyt wysokim, lecz dobrze utrzymanym murem, a płynąca nieopodal rzeczka nie przypominała smętnego ścieku, lecz nadawała się do przyjem­nej kąpieli. Co więcej, płynęły po niej wielkie żółte kaczeńce, niechybnie umieszczone tam ludzką ręką.

Coś podobnego – przeszło przez myśl wiedźminowi – że też ludzie znajdują jeszcze czas i ochotę na takie zabawy. Po ostatnim nilfgaardzkim najeździe większość mieszkańców Królestw Północy raczej z trudem wiąże koniec z końcem.

Geralt podjechał niespiesznie do bramy, gdzie po krót­kiej wymianie uprzejmości schludnie ubrany strażnik wpuścił go do środka. Główna ulica miejscowości również prezentowa­ła się niczego sobie. Tu i ówdzie stały donice z barwnymi kwiatami, a za czystymi oknami kamienic widać było stosy najróżniejszych towarów oraz uśmiechnięte twarze ludzi. Rów­nież przechodnie nie patrzyli na wiedźmina spode łba ani nie odwracali wzroku na jego widok, a niektórzy pozdrawiali go nawet przez uniesienie dłoni.

Coś podobnego – pomyślał znowu Geralt – a ja sądzi­łem, że bajki można znaleźć tylko w zakurzonej biblioteczce Vese­mira w Kaer Mohren.

Krok za krokiem Płotka doczłapała do skrzyżowania ulic, pośrodku których wytyczono prostokątny rynek. Woń kwiatów uderzyła teraz w nozdrza Geralta ze zdwojona siłą, a do jego uszu dobiegły odgłosy pogodnej muzyki, wylewające się z otwartych drzwi karczmy. Wiedźmin rozejrzał się po frontach okolicznych domostw, przebiegł wzrokiem mieszczan przecha­dzających się z wielkimi koszami pośród straganów, gospoda­rzy zachwalających swoje płody roli, rzemieślników prezentu­jących rozmaite towary, kobiety w długich sukniach patrzące na niego z nieskrywanym zainteresowaniem, a jedno zjawisko szczególnie przykuło jego uwagę.

Pod balkonem okazałej, pomalowanej na czerwono ka­mienicy z obwiedzionymi białym tynkiem oknami stał młody rycerz w jedwabnej tunice z wyszytą na pomarań­czowo głową tygrysa. Wspierał się jedną nogą na kamiennej donicy i patrzył z uduchowionym wyrazem twarzy w górę, ku balkonowi na drugim piętrze.

– Ach, panno Matyldo, jakże moje oczy są szczęśliwe, widząc cię zdrową i kwitnącą tego pięknego dnia! Jakże koją­cy, anielski śpiew wypełnia moje serce, gdy miast blasku sło­necznej tarczy pod me powieki wnika obraz twego cudnego oblicza! Czy byłabyś tak łaskawa i choć na chwilę zstąpiła na ziemię, by również inne moje zmysły mogły się w tobie roz­smakować?

Za plecami rycerza, na ławach wystawionych przed karczmę, siedziało kilkunastu innych wojaków, rozpartych wy­godnie z kuflami piwa w dłoniach. Część z nich podśmiewała się ze swojego towarzysza, zasłaniając usta i szepcząc między sobą. Natomiast na balkonie zza smukłej kolumny wy­glądała ciemnowłosa niewiasta ubrana w krótką, czerwoną su­kienkę z bufiastymi rękawami. Na tyle, na ile dało się to do­strzec z dołu, jej twarz płonęła wstydliwym rumieńcem, lecz błyski w wiel­kich oczach dziewczyny zdradzały jej żywe zain­teresowanie dalszym przebiegiem wypadków. Rycerz wziął do rąk lutnię, podaną mu przez jednego z kompanów, a następnie zaintono­wał rzewną piosenkę o nieszczęśliwej miłości i ko­chanku, któ­ry w rozpaczy rzucił się w górską przepaść. Gdy skończył, dziewczyna posłała mu z góry długiego całusa.

Wiedźmin, nie odwracając wzroku od tej baśniowej sce­ny, uwiązał Płotkę do palika przed karczmą i wszedł na schod­ki. W drzwiach przybytku stał wielki, rudowłosy, brodaty karczmarz. Nie przestając zawzięcie polerować pękatego kufla, uśmiechnął się szeroko do przybysza.

– Pozdrowienia, mistrzu! Czekajcie no chwilę, zaraz przygotuję dla was jakieś jadło i napitek. Ręce mam pełne ro­boty, jak widzicie, tyle rycerstwa zjechało teraz do naszego miasteczka, że nic tylko kufle wcieram i piwa do nich nalewam. – Grubas odwrócił do do wnętrza karczmy. – Gutek! Gutek, ty jełopie! Nakryj no panu wiedźminowi do stołu i ogień pod bi­gosem zapal. Pan wiedźmin pewnie zdrożony i zabawić u nas zechce. – Łypnął z nadzieją na Geralta.

– Dzięki. – Wiedźmin skłonił się lekko. – W istocie, droga za mną daleka, a i przez te wasze bagna trudno z koniem się przeprawić. Co to za człowiek się tam wydziera? – Machnął ręką ku nie przerywającemu swych miłosnych peanów rycerzo­wi.

– A to właśnie jeden z tych, co do nas zjechali. Znaczny musi być, bo w coraz to nowych jedwabiach co dzień chadza, orenami na prawo i lewo rzuca, kolejki swojej kompanii sta­wia. Ja to się i z tego cieszę, bo chociaż towarzystwo głośne i nie zawsze obyczajne, to u mnie w skrzyneczce stosik rośnie. – Karczmarz zaśmiał się głęboko. – Zaraz pierwszego dnia, jak przyjechał, to zakochał się na zabój w naszej Matyldzie, có­reczce miejskiego rajcy. Dzień i noc pod jej oknem wystaje, na lutni gra, śpiewa i takie mowy wygłasza, że mnie nawet łezka się w oku czasem zakręci.

– I co, taka tu u was zawsze bajkowa atmosfera?

– Po prawdzie to nie, panie. – Karczmarz skończył wresz­cie szorować kufel i podrapał się po głowie. – U nas to zazwy­czaj nudno było, bo widzicie, mistrzu, miasteczko wprawdzie ludne, jeść i pić jest co, robota też się dla każdego znajdzie, więc nikt na nic za bardzo nie narzeka, ale do wiel­kiego świata daleko, samiście przecież widzieli, jak trudno tu do nas do­trzeć. Czasem tylko jakiś kupiec z Novigradu się tu zapuści, ze dwa razy do roku cyrk przyjedzie, parę lat temu or­szak książę­cy przejeżdżał, to coś się działo, ale tak to wiatr tyl­ko hula po ulicach i tyle. Chodziliśmy więc po tej naszej mie­ścinie trochę jak otępiali, bez większych oczekiwań, mimo że syci. Ale od zeszłego lata coś się zmieniło, ludziska jakby bar­dziej życzliwi się dla siebie stali, a dziewczyny chętniej na kawale­rów patrzeć zaczęły. Mówię wam, mistrzu, taki tu z dnia na dzień miłosny klimat nastał, że już nawet najbardziej suro­we matki swych córek upilnować nie potrafią, więc co i rusz jakaś w ciążę zachodzi. Miasto aż huczy od plotek o romansach no­wych, a ochoczą dziewkę łatwiej jest znaleźć niż karalu­cha we własnej pościeli. Wieść o nas po okolicy się natychm­iast roze­szła, więc zjeżdżać się tu zaczęli rozmaici szla­checcy synowie, rycerze, co na stancjach po zamkach siedzą, wędrow­ni grajko­wie, kuglarze, karciarze i cała ta kolorowa ha­łastra. No i te amory każdemu się już chyba udzieliły, więc lu­dzie za­miast o uczciwej pracy, to o kwiatkach myślą, ulice cztery razy dzien­nie zamiatają, nazwozili tu ozdób wszelakich, lampionów, atła­sów, łóżek, toaletek, szlachetnych kamieni, po­koje pourzą­dzali, żeby młodzież mogła wygodnie tej miłości używać, tylko że do żniw coraz bliżej, a nie widać jakoś, żeby ktoś miał ocho­tę w pole z kosą ruszyć.

– Dziwna rzecz. – Geralt zamyśił się. – Ale chyba nie po­wiecie, że nikt nie pyta, czemu ten wasz los tak się nagle od­mienił?

– A kto by się tam dziwował i głowę sobie zawracał, kie­dy tak na sercu dobrze? – Znów rozbrzmiał basowy śmiech karczmarza. – Prawda, niektórzy to i pytali, czy to może jakaś choroba na nas nie spadła albo ktoś jakichś grzybków do kotła w karczmie nie wrzucił. No ale zbiory zeszłego roku były do­bre, słoneczko świeciło, zima też taka niezbyt sroga się trafiła, to i starzy ludzie gadać zaczęli, że bogowie wreszcie przychyl­nym okiem na nas spojrzeli i odtąd nas czeka już tylko miód, mleko i szczęśliwość powszechna. A jak człek szczęśli­wy, to dlaczego nie pyta, przecież dobrze o tym wiecie.

– Wiem. Mimo wszystko wspomnę o tym waszemu bur­mistrzowi, bo długo już na szlaku jestem, ale takiego cudu jeszcze nie widziałem. I tak muszę się do niego udać po nagro­dę za mglaki, co się na bagnach zalęgły.

– To idźcie, mistrzu, czym prędzej, ratusz miejski tu za­raz za rogiem stoi. – Pokazał na wieżę z zegarem wystającą zza kamienic. – A ja w tym czasie i kąpiel wam przygotuję, i zimnej gorzałki z piwniczki przyniosę, takiego smakołyku na pewno nie odmówicie.

– Nie odmówię.

– Za pół godzinki jak przyjdziecie, to już wszystko goto­we będzie. Gutek! Zmniejsz, do cholery, ten ogień, bo bigos zaraz spalisz, a wtedy z własnej miski wiedźmina karmić bę­dziesz!

 

***

 

Burmistrz Konopek okazał się przysadzistym człowie­kiem o niezbyt bystrym spojrzeniu małych, świńskich oczu. Na głowie nosił za duży berecik z gołębim piórkiem, co nadawało mu wygląd typowego miejskiego urzędnika.

– Witajcie, witajcie, wiedźminie Geralcie, w naszych skromnych progach. Wielki to zaszczyt gościć tak znamienitą postać w tym pięknym, szczęśliwym mieście. Bo i też musicie przyznać, że całkiem tu u nas ładnie, co nie?

– Przyznaję, na północ od Touissant bardziej urokliwego miejsca nie przyszło mi do tej pory odwiedzić. A na pewno nie ostatnimi czasy.

– A będzie jeszcze urokliwsze, możecie mi wierzyć. – Ko­nopek aż zatarł ręce z radości. – Wyjedźcie tylko przez zachod­nią bramę, a zobaczycie, jaka rzeka kupców i towarów do nas ciągnie. Rok, może dwa lata i będą o nas mówić na wszyst­kich królewskich dworach na całym kontynencie. Ach, żeby tak jeszcze zdrowie dopisało na następną kadencję…

Burmistrz wyjrzał przez okno ratusza, skąd rozciągał się widok na rynek i przylegające do niego dzielnice. Wciągnął głęboko wiosenne powietrze, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech. Oglądany z profilu naprawdę przypominał wieprza wysuwającego ryja z dusznego chlewi­ka.

– No, ale wy tu pewnie przyszliście mówić o interesach. – Odwrócił się nagle w kierunku wiedźmina. – Miarkuję, że po­zbyliście się mglaków, na których zlecenia przy drogach kaza­łem porozwieszać, bo inaczej po co byście się tu zjawiali?

– Pozbyłem się, owszem. – Geralt wyciągnął z sakwy za­winiętą w białą chustę łapę z wielkimi pazurami i rzucił ją na stół na środku pomieszczenia. – Natomiast chciałbym negocjo­wać wysokość nagrody. Mglaków była cała wataha, a w dodat­ku bardzo agresywna. Musiałem sporządzić dodatkowe oleje, a i czasu też więcej się zeszło, niż zwykle przy takiej robocie.

Ku zdziwieniu Geralta burmistrz ani nie roześmiał mu się w twarz, ani nie uniósł się gniewem, do czego przyzwycza­iły go tego typu negocjacje. Rozłożył tylko szeroko ręce, jakby chciał objąć wiedźmina wraz ze swym ukochanym mia­stem.

– Ma się rozumieć, panie Geralt, że za godziwą robotę należy się godziwa zapłata. W końcu wszyscy mieliśmy szczę­ście, żeście akurat byli w pobliżu, bo mglaki już od zimy dawa­ły nam się we znaki. To jak, może trzysta orenów? Zaraz każę skarbnikowi przynieść sakiewki. Wystarczy wam tyle?

Wiedźmin milczał. Po części dlatego, że wciąż był zdu­miony wielką serdecznością burmistrza, a po części że coś mu tu coraz bardziej nie pasowało. Ludzie normalnie się tak nie zachowują. Potrafią co prawda od czasu do czasu zrobić coś ra­zem dla wspólnego dobra, a nawet okazać serce bliźniemu, ale społeczność, w której wszyscy by się kochali i myśleli tylko o tym, jak kogoś uszczęśliwić, nie miała szans zaistnieć w tym brutalnym świecie. Takich zwierząt po prostu nie było.

– Wystraczy, umowa stoi. – Odchrząknął głośno. – Niezwykle tu u was przyjemnie, panie burmistrzu. Miasto bardzo zadbane, składy jak widziałem pełne to­warów, wszędzie czysto i dostat­nio, rycerze z baśni chodzą po ulicach, niewiasty też nicze­go sobie. Jakiż to jest sekret takiej pomyślności, jeśli wolno spy­tać?

Konopek roześmiał się, gładząc swoją granatową szatę. Zrobił kilka kroków w kierunku lustra i przejrzał się w nim z miną generała, który właśnie wygrał najważniejszą bitwę w ży­ciu i pozuje do pamiątkowego portretu.

– Może to zasługa mądrych rządów, kto wie? Dziewięć lat już służę temu miastu, sześć jako radny i trzy jako bur­mistrz, więc czas najwyższy, by zacząć zbierać owoce tej służ­by. – Burmistrz nadął z dumą policzki, co osiągnęło tylko taki efekt, że jego oblicze nabrało jeszcze bar­dziej świńskiego wy­razu. – Niektórzy toczą wielkie wojny, pi­szą mądre rzeczy w swoich księgach, prowadzą naukowe dys­puty, składają bogom sowite ofiary, a my tu sobie na uboczu spokojnie i uczciwie go­spodarzymy. To i po sprawiedliwości musiało wyjść w koń­cu na nasze.

– Nie wydarzyło się u was nic niezwykłego ostatnimi czasy? Nie to, żebym podważał wasze nietuzinkowe zdolności, czcigodny Konopku. – Geralt zorientował się już, gdzie naci­snąć, by połechtać niewątpliwie niemałe ego burmistrza. – Ale przecież nie tak dawno wojna tu zawitała, ludzi sporo ubyło, Nilfgaard też swoje zrabował. Mijałem po drodze wiele podob­nych miasteczek i żadne nie ostało się w takiej świetności jak wasze.

Konopek spojrzał w sufit i zamyślił się nieco, a z jego twarzy po raz pierwszy od początku rozmowy zniknął uśmiech.

– Pewnie wam już karczmarz mówił, że to po zeszłorocz­nych żniwach tak się u nas ruszyło. A wszystko oczywiście za­częło się od kobiet. Nagle jedna z drugą jakoś dziwnie ochocze się zrobiły i swych mężów żwawiej zadowalać za­częły, no a jak mąż zadowolony z żony, to i w interesach lepiej mu idzie, i na sąsiada milej spojrzy, i ogólnie więcej mu się od życia chce. Ale najwięcej poruszenia to od młodych dziewek wyszło, bo nie ma tygodnia od tamtego czasu, żeby któraś w głowie jakie­muś kawalerowi nie zawróciła. Z tym że, jak wia­domo, im pło­mień silniejszy, tym drewna na krócej wystarcza, więc nie za długo te nasze romanse trwają. A poza tym… – Ko­nopek nagle urwał i spojrzał niepewnie na kamienną twarz wiedźmina.

– Poza tym co, panie burmistrzu? – Geralt zauważył, że wreszcie zmierzają do sedna sprawy.

– Poza tym nie same dobre rzeczy z tej miłości wynikły. – Burmistrz przełknął głośno ślinę. – Od zeszłego roku już kilka mieszczańskich córek gdzieś w lesie zaginęło, a wiele innych siedzi po domach i w poduszki płacze, bo ko­chanek wyjechał albo już oczami za inną wodzi. Tamte, co do lasu poszły, to po­dobno listy zostawiły, że już ze zgryzoty wy­trzymać nie potra­fią i milsza im śmierć niż taki żywot pełen rozpaczy. Dwóch młodych chłopaków też już pochowaliśmy, bo jeden się do rze­ki z kamieniem rzucił, jak go dziewczyna, z którą się całą zimę kochali i na schadzki chodzili, przy kole­gach wyśmiała i w twarz mu napluła. A drugi po podobnym za­wodzie pojechał sam jeden na jakichś zbójców i za dwie niedziele go przywieźli z odrąbanym ramieniem i dziurą w gło­wie. Także na miłość le­piej uważać, panie Geralt, bo to owoc tyleż słodki, co zatruty.

Wiedźmin, słuchając słów burmistrza, rozważał już w myślach możliwe scenariusze. Czy to jakaś miejscowa zna­chorka postanowiła nagle rozkręcić handel afrodyzjakami? Albo miasto znalazło się pod wpływem sukkuba? Lub też w pobliskim jeziorze pojawiły się psotne rusałki? Jedno jest pew­ne, sytuacja nie była ani trochę normalna.

– Chciałbym zbadać te lasy, gdzie wasze dziewki poginę­ły. Nic tu się kupy nie trzyma, panie Konopek, a i może wam grozić niebezpieczeństwo od tych całych amorów.

– Pewnie, mistrzu Geralcie, jedźcie i obejrzyjcie, co tam sobie chcecie. Popytajcie strażników przy bramie, oni wskażą wam drogę. Chociaż jak dla mnie, to roboty tu dla was wiele nie będzie, ot, młodzieży się zachciało rozkoszy pozażywać i teraz płacić za to muszą. Szkoda tylko, że całe miasto jest przy tym stratne, bo rąk do pracy zacznie nam w końcu brakować.

Burmistrz Konopek pochylił się nad stołem i zaczął czy­tać coś w rozłożonej tam księdze rachunkowej, mamrocząc pod nosem różne liczby. Geralt doszedł do wniosku, że temu czło­wiekowi zależało wyłącznie na własnej karierze i związa­nych z nią zaszczytach. Nie ulegało wątpliwości, że nie do­strzegł by za­grożenia nawet wtedy, gdy te usiadłoby w nocy na jego wy­chodku.

No nic, pomyślał, gorąca kąpiel i zimne piwo muszą tro­chę poczekać. Wygląda na to, że mglaki były najmniej­szym problemem tego miasteczka.

 

***

 

Płotka wjechała na niewielki, porośnięty wysoką trawą pagórek i zatrzymała się z cichym rżeniem. Wiedźmin obrócił się przez plecy. Od murów miasta dzieliły go już jakiejś półto­rej mili. Na prawo od pagórka, w łagodnej dolince, płynęła z plu­skiem rzeka, na której nawet tutaj dostrzec można było po­jedyncze kwiaty kaczeńców. Za rzeką szerokim łukiem ciągnął się ku zachodowi skraj lasu. Słychać było świergot ptaków, trzeszczenie konarów stuletnich dębów, grabów, klonów i so­sen, a od czasu do czasu ryk jakiegoś jelenia lub łosia. Po pro­stu spokojna, baśniowa sceneria, która idelnie pasowała by do pędzla największych mistrzów pejzażu. Idealne miejsce do po­pełnienia samobójstwa ze złamanym sercem.

Geralt cmoknął i zjechał z pagórka nad brzeg rzeki. Przeprawił się przez kamienisty bród i zagłębił w leśnych ostę­pach. Zgodnie ze wskazówkami, jakich udzielili mu strażnicy, powinien się tu znajdować ciąg polanek, na których mieszkań­cy miasta szczególnie upodobali sobie urządzanie schadzek. A skoro były to miejsca przepełnione miłosną energią, to z du­żym prawdopodobieństwem mogły również przyciągnąć czło­wieka, który ma ochotę pożegnać się z tym światem.

Na pierwszą polankę natrafił już po kilku minutach nie­spiesznej jazdy. Otoczona była potężnymi pniami rozłoży­stych dębów, a mniej więcej na jej środku spoczywał olbrzymi głaz z nachyloną ku słońcu płaską powierzchnią.

Wiedźmin wyostrzył zmysły i rozejrzał się czujnie po okolicy. Jego wzrok przykuł długi, niemal poziomy konar, schowany nieco w cieniu najbliższych drzew. Wygięty był pod nienaturalnym kątem, jak gdyby wisiał na nim jakiś spory cię­żar.

Zszedł z konia i udał się w tamtym kierunku. Gdy ob­szedł porośnięty mchem pień drzewa, jego oczom ukazało się rozwiązanie zagadki. Na końcu konara, przywiązany mocnym, konopnym sznurem, wisiał szkielet. Musiał się tu znajdować nie dłużej niż kilka tygodni, gdyż zostały na nim jeszcze spore kawały mięsa, mimo że większość była już wyjedzona przez kruki i wrony. Ze szkieletu zwisały również resztki ubrania, coś na kształt prostej błękitnej sukienki, bardzo popularnej pośród młodych dziewczyn z prowincji.

Geralt zwrócił uwagę na podłużny przedmiot przewle­czony przez rzemień, który zaczepił się o jedną z kości. Pod­szedł bliżej, starając się wstrzymywać oddech, gdyż smród roz­kładającego się ciała wciąż był mocno nieprzyjemny. Przed­miot okazał się zwiniętym ciasno skrawkiem pergaminu z lek­ko nadpalonymi brzegami. Wiedźmin odwinął pergamin i prze­czytał na głos:

 

MOJEJ NAJUKOCHAŃSZEJ FELICJI

PANI MEGO SERCA I ŚWIATŁU NA MEJ DRODZE

NA ZAWSZE TWÓJ ERNEST

 

W prawym dolnym rogu kartki znajdował się maleńki, ledwie dostrzegalny symbol, przedstawiający sierp księżyca, wewnątrz którego widniała pięcioramienna gwiazda. Miłosne zaklęcie, pomyślał Geralt, kochankowie jak widać bali się roz­stania, więc powierzyli swe uczucie temu amuletowi. Medalion zadrżał silniej, gdy wiedźmin pochylił się nad pergaminem. Ze­rwał rzemień i schował karteczkę do sakwy przy pasie. Robi się coraz ciekawej, bez dwóch zdań.

Wrócił do konia i raz jeszcze rzucił okiem na płaski głaz leżący pośrodku polanki. Niewątpliwie musiał on służyć za miejsce odpoczynku dla zakochanych par, gdyż widać było na nim wiele oddzielających się wyraźnie swą jaśniejszą barwa przetarć.

Wskoczył na siodło i ruszył dalej ścieżką między drze­wami. Zrobiło się nieco ciemniej, słońce skryło się za stalowo­szarymi chmurami, a las zaszumiał złowrogo. Niechybnie zbie­rało się na deszcz, a może nawet na solidną, wiosenną burzę.

Do drugiej polanki dotarł dopiero po dwóch kwadran­sach przedzierania się przez splątane gałęzie, powalone pnie i rozkopane doły wypełnione zeszłorocznymi, dębowymi liśćmi, na których niewprawny koń sto razy połamałby już sobie kopy­ta. Na szczęście Geralt niewprawne konie znał jedynie ze sły­szenia. Polanka okazała się znacznie mniejsza od poprzedniej. Tym ra­zem na jej środku zamiast głazu widniał wypalony w trawie okrąg, prawdopodobnie pozostałość po niedawnym ognisku.

Śladów po nieszczęsnych kochankach nie trzeba było da­leko szukać. Zaledwie dwadzieścia kroków dalej, oparty o pień rozłożystego buka, siedział jasnowłosy mężczyzna w bo­gato zdobionym, fioletowym kubraku i długich, atłasowych trzewi­kach. Obok niego na zielonej murawie leżał odkorkowa­ny fla­konik.

Wiedźmin klęknął przy nieszczęśniku i przyjrzał mu się z bliska. Język młodzieńca zdążył wprawdzie posinieć, oczy również cofnęły się w głąb czaszki, lecz nie było widać innych śladów rozkładu lub zainteresowania ze strony leśnych zwie­rząt. Do śmierci musiało więc dojść najwyżej dzień, może dwa dni temu. Geralt przeniósł wzrok na flakonik i głośno wes­tchnął. A więc trucizna. Najlepsza i najpewniejsza przyjaciółka w chwilach rozpaczy.

W tym momencie silny powiew wiatru szarpnął gałęzia­mi drzew. Na polankę wpadł tuman zbutwiałych liści, gdzieś w górze pękł z trzaskiem złamany konar, a na twarz wiedźmina spadły pierwsze krople. Trzeba stąd zwiewać, miał już zaplano­waną gorącą kąpiel, więc zimnej nie potrzebował.

Gdy Geralt zrobił kilka kroków w kierunku Płotki, za­uważył nagły ruch między pniami, coś na kształt wijącej się pajęczyny lub opadającego na ziemię kawałka materiału. Ostrożnie podszedł w tamtym kierunku.

Kolejny świst powietrza w gałęziach.

Dudnienie kropel o baldachim liści.

Przed Geraltem zmaterializowała się, niczym utkana przez niewidzialnego pająka, zwiewna postać kobiety obleczo­nej w powłóczystą, niemal przezroczystą suknię. Jej stopy uno­siły się lekko nad ziemią, a rozpuszczone, kruczoczarne włosy okrywały młodą, gładką twarz, na której pojawił się dwuznacz­ny uśmieszek.

– Ach, dzień dobry, nieznajomy. Taki to pierwszorzędny kawaler zawitał w nasze strony, no proszę. Mam na­dzieję, że gościna cię nie zawodzi. – Kobieta zerknęła przelotnie w kierun­ku ciała leżącego pod drzewem.

Medalion Geralta uderzał rytmicznie o piersi, a w powie­trzu na równi z gromadzącą się elektrycznością czuć było ro­snące magiczne napięcie. Wiedźmin wiedział, że w takiej sytu­acji pozostają mu w zasadzie dwa wyjścia: natychmiastowa ucieczka lub sięgnięcie po miecz. Z jakiegoś powodu nie mógł się jednak zdecydować na żadne z nich.

– Bez obaw, mój miły panie, nie musisz się nigdzie spie­szyć. Przecież wiem, czego potrzeba takiemu mężczyźnie jak ty. – Mówiąc te słowa, zjawa zmysłowym, pełnym gracji ru­chem zrzuciła suknię z ramion. – Nie przyjdziesz tu do mnie sam i nie weźmiesz, co ci się słusznie należy? – spytała z uda­wanym żalem w głosie.

Umysł Geralta wysyłał już całą nawałę sygnałów do wszystkich kończyn, by te podjęły wreszcie jakieś działanie, lecz ani nogi, ani ręce uparcie nie chciały go słuchać. Podobnie jak oczy, które jak urzeczone wpatrywały się w kuszące krągło­ści, które stopniowo wyłaniały się spod sukni. Aksamitna szy­ja, otoczona burzą czarnych loków, odsłaniające się już wcięcie między dorodnymi piersiami, rozchylone lekko usta szepczące miłosne zaklęcia, tak chętne do pocałunku. Zupełnie jak u Yen­nefer, podpowiedziała mu resztka świadomości. Bezwolnie po­stąpił krok w kierunku kobiety…

Wielka, włochata łapa wystrzeliła ze zwojów sukni i chlasnęła w naramiennik wiedźmińskiej zbroi. Pod wpływem gwałtownego uderzenia Geralt odleciał dwadzieścia stóp do tyłu, ale zamortyzował uderzenie eleganckim przewrotem. Wy­ciągając zza pleców srebrny miecz, spojrzał znów w kierunku zjawy, tym razem już całkowicie trzeźwo. Po zmysłowej kobie­cie nie zostało ani śladu. Na wiedźmina szarżowała teraz istota z grubsza przypominająca wilkołaka, ale pewna nieporadność ruchów zdradzała jej ma­giczne pochodzenie. Otaczała ją ledwie widoczna mgiełka, roz­praszająca spadające wciąż z nieba potoki wody.

Geralt rzucił się na przeciwnika z wyciagniętym mie­czem, gotów do zadania śmiertelnego pchnięcia, lecz wil­kołak odpowiedział dokładnie tym samym, przez co srebrna klinga musnęła jedynie gęste, czarne futro. Obrócił się natych­miast przez ramię i ciął z prawej strony, po czym przerzucił ciężar ciała na drugą nogę, wywinął się w krótkim piruecie i ugodził potwora w bok, wraz z futrem wyszarpując krwisty ka­wał mię­sa. Wilkołak próbował odpowiadać na ciosy, lecz wy­raźnie bra­kowało mu zwinności, więc miotał się jedynie pośród tej na­wałnicy i ryczał potępieńczo ku niebu. Wreszcie, nie bacząc na coraz to nowe rany i potoki krwi spływające mu po ciele, sko­czył naprzód z wyciągniętymi łapami, pochwycił wiedźmina i wyrzucił go wysoko do góry.

W jednej krótkiej chwili przed oczami Geralta prze­mknęły wierzchołki drzew, a gdzieś w dole zamajaczyła syl­wetka potwora, skąpana w strugach deszczu. Zareagował jed­nak w mgnieniu oku, jeszcze w powietrzu wyciągnął ze siebie dłoń i złożył palce do znaku Aard. Potężna fala uderzeniowa gruchnęła o pnie, a wiedźmin, odepchnięty gwałtownie niewi­dzialną siłą, zmienił kierunek lotu i pomknął w stronę wilkoła­ka. Nagła zmiana prędkości wypchnęła mu powietrze z płuc, lecz zdołał chwycić miecz oburącz i skierować go prosto w ser­ce swojego przeciwnika.

Żadne stworzenie, nawet te nie do końca żywe, nie było­by w stanie oprzeć się takiemu uderzeniu. Wiedźmin, niczym bełt wystrzelony z kuszy, trafił idealnie między rozwarte, czarne łapska. Srebrne ostrze przeszło na wylot przez ciało, a ryk potwora zlał się z odgłosem gromu, który w tej właśnie chwili przetoczył się przez polankę. Ponownie jednak do uszu Geralta nie doszedł żaden dźwięk przypominający swoim brzmieniem kontakt zim­nej stali z ciepłą materią organiczną.

Zaraza, chciałoby się wreszcie zawalczyć z kimś z krwi i kości. Po tych wszystkich iluzjach trzeba by się wyprawić na jakieś utopce.

Geralt wyszarpnął miecz z buchającej krwią rany i jed­nym szybkim cięciem odrąbał wilkołakowi prawe ramię. Uchy­lił się przed drugą łapą, próbującą sięgnąć jego głowy, i ciął mocno w tętnicę udową. Potwór osunął się na ziemię wyraźnie wyczer­pany. Jak na iluzję prezentował się nad wyraz reali­stycznie. Tylko naprawdę zdolny i doświadczony czarodziej mógłby się podjąć takiego dzieła. Trzeba będzie stanowczo przycisnąć Ko­nopka po powrocie do miasta.

Niby-wilkołak leżał u stóp wiedźmina w kałuży krwi i brudnej wody, zbierającej się stopniowo na polance. Iluzja za­częła się jednak powoli rozmywać. Najpierw zniknęło odrąba­ne ramię, potem pozostałe kończyny potwora, długi pysk z sze­roko otwartymi oczami, a na końcu masywny tułów. Po kilku minutach przed wiedźminem leżała jedynie kupka szarego, lek­ko parującego popiołu.

Geralt przyklęknął przy resztkach i zmarszczył brwi. Po­piół na środku kopczyka ułożył się w wyraźny kształt. Sierp księżyca wraz z pięcioramienną gwiazdą.

 

***

 

Gdy Płotka zastukała kopytami o bruk miasteczka, słoń­ce ślizgało się już po dachach kamienic. Na szczęście deszcz przestał padać jakiś czas temu, więc zapowiadał się spokojny, pogodny wieczór. Nareszcie, można powiedzieć, bo Geralt miał już serdecznie dość tłuczenia się po gościńcach zmoknięty i głodny.

Zajechał przed karczmę, gdzie gospodarz wraz ze swym pomocnikiem chowali właśnie stoły i ławy do głównej sali. Ru­dzielec zamachał przyjaźnie do Geralta.

– No, w końcu wróciliście, mistrzu! Bigos już wprawdzie nam wyszedł, ale znajdzie się trochę kiełbasy i chleba, piwa też mamy jeszcze pod dostatkiem. Zaraz każę Gutkowi cebulę po­siekać i…

– Wielkie dzięki – rzucił wiedźmin schodząc z konia – ale najpierw mam do was pytanie. Gdzie znajdę tego śpiewają­cego rycerza, którego występy tu rano podziwialiśmy?

– O, to macie szczęście. – Karczmarz znów obdarzył Ge­ralta szerokim, szczerym uśmiechem. – Bo właśnie u mnie za stołem siedzi i odpoczynku po swych miłosnych trudach zaży­wa.

Geralt skłonił się uprzejmie i wszedł do wnętrza budyn­ku. Karczma sprawiała cokolwiek przyjemne wrażenie, była przestronna, pogrążona w półmroku nieznacznie tylko rozpro­szonym światłem świec umieszczonych na drewnianych pod­porach i pachniała smażonym mięsem, piwem oraz świeżymi ziołami. Za stołami siedziało zaledwie parę osób, w większości kupców handlujących na miejskim rynku, okolicznych rze­mieślników i służących miejscowych arystokratów. Wiedźmin ro­zejrzał się po sali.

W samym rogu karczmy rozsiadł się znajomy młodzie­niec, obleczony tym razem w czerwoną tunikę z kwiatem róży uformowanym na kształt serca. Wokół niego stało kilkanaście opróżnionych już półmisków, kielichów, kubków i talerzy, na ławie przy rycerzu spoczywał natomiast miecz w czarnej, ele­ganckiej pochwie. Sam młodzian nie przypominał natomiast Geraltowi twardego wojownika z Północy. W jego rozpuszczo­nych, kasztanowych włosach i pociągłej, przyjemnej twarzy było coś urzekająco niewinnego, ale błysk w oczach i lekko kpiący uśmieszek na ustach zdradzały również wrodzoną za­wadiackość.

– Proszę, proszę, jakaż to znakomita kompania mi się tu­taj szykuje – odezwał się mocnym, głębokim głosem, gdy wiedźmin uczynił kilka kroków w jego stronę. – Sam Geralt z Rivii, słynny pogromca wszelkiego zła i nieprawości. Wybacz, że nie powitałem cię należycie dzisiejszego ranka, ale zbytnio byłem zajęty moją małą gołąbeczką, która nie wiedzieć czemu nie zechciała zlecieć z grzędy w me ramiona.

Rycerz wstał ciężko zza stołu i wyprostował się przed Geraltem. Był dosyć wysokim, postawnym mężczyzną, lecz z wyglądu przypominał raczej nieletniego synalka jakiegoś baro­na lub hrabiego, niż zakutego w stal czempiona.

– Jestem Jakub de Corazon, poddany i wierny sługa Jego Królewskiej Mości Radowida V. Chwilowo w delegacji w tym odległym kraju, żeby nie musieć zbyt długo wpatrywać się w królewskie oblicze. – Podał Geraltowi prawicę. Mężczyźni usie­dli za stołem, a Jakub zawołał o nową porcję jadła i napitków.

– Piękne jest to życie, nieprawdaż, panie wiedźmin? Po­dróżuję sobie z moją kompanią już od zeszłej jesieni, gramy w karty, pijemy po zajazdach, bawimy się wspaniale, chłopskie dziewki na noc zapraszamy, czasem jakichś zbójów na trakcie pobijemy, oczywiście za godziwą opłatą. Żyć nie umierać. Nie trzeba się po krzakach za maszkarami uganiać jak wy, żeby so­bie zajęcie znaleźć, co nie? – rzucił prowokacyjnie, unosząc do góry kufel.

– Moje zajęcie jest przynajmniej uczciwe i nie mam na razie zamiaru się go zmieniać. – Geralt skrzywił się, ale rów­nież wzniósł naczynie z pienistym trunkiem.

– A cóż komu kiedy przyszło z uczciwej roboty? Tylko zdrowie można przy takiej stracić, a żadnej zasługi się za nią nie dostanie ani od ludzi, ani od bogów, ani od nikogo innego.

– Można mieć czyste sumienie, to wystarczająca zasługa.

– Czysty to ja wolę mieć siennik pod tyłkiem i poduszkę pod głową, panie Geralt. No i czyste piwo w karczmie, a te tu­taj sam przyznasz, że niczego sobie. – Jakub upił potężny łyk i opadł z powrotem na ławę. – A ciebie co tutaj sprowadziło? Tyl­ko nie mówcie że znowu robota.

– Robota, a jakże. Polowałem na maszkary i swoją zasłu­gę odebrałem. – Geralt poklepał się po sakiewce przytroczonej do pasa. – Więc długo już tutaj nie zabawię, bo to miasto jest zbyt uczciwe nawet dla mnie.

– Co ty gadasz, panie wiedźmin, chyba za długo żeś się po gościńcach włóczył i na mchu sypiał! To jest po prostu raj dla każdego mężczyzny, moi ziomkowie mogą poświadczyć. – Młodzieniec roześmiał się tubalnie. – Nigdy dotąd niewiasty nie wskakiwały im tak chętnie do łóżek, jak te tutaj. Jakaś miłosna aura otacza to miejsce, od razu żeśmy to poczuli, jak tylko bra­mę przejechaliśmy. A ja sam zaraz pierwszego wieczora się za­kochałem bez pamięci i do dzisiaj mnie tak trzyma.

– Widziałem. Czyli to jednak nie jakiś błędny rycerz z dworu Xiężnej Anny się tu przypałętał.

– A co ty tam możesz wiedzieć. – Jakub machnął ręką ze zniecierpliwieniem. – Mówię ci, jak tylko zobaczyłem tą moją cudną Matyldę, gdy stała na balkonie w blasku księżyca i roz­czesywała włosy… – westchnął rozrzewniony. – Od razu mnie za serce chwyciło, jakbym jakiś miłosny eliksir wypił. Dziwne to jest trochę, bo do tej pory wiele dziewczyn za mną wzdycha­ło, ale żebym ja się do którejś jak rzep przyczepił, to nie koja­rzę. Raczej wolałem pełne naręcza tych kwiatów zrywać, niż je w donicach cierpliwie hodować, rozumiesz?

– Rozumiem doskonale. Mnie też się to dziwne wydaje, bo wracam właśnie zza rzeki, gdzie leżą tacy zakochani jak ty. Z tym że ich szczęście jest już raczej za nimi.

– No cóż, zdarza się. – Rycerz nie wydawał się zbytnio przejęty tą rewelacją. – Gdzie jest miłość, musi być i złamane serce, gdzie jest szczęście, musi być i bolesne rozczarowanie. Taki już jest ten świat, Geralt, dlatego o nic nie warto tu dbać więcej jak o zeszłoroczny śnieg.

– Nie boisz się, że ciebie również spotka to rozczarowa­nie?

– Szczerze mówiąc nie bardzo. – Jakub nachylił się nad stołem. – Posłuchaj, wiedźminie, dzisiaj we mnie miłość płonie, dzisiaj bym moją Matyldę porwał jak stoję i za siódme morze wywiózł. Ale gdyby jutro los się odwrócił i jakaś inna pani ob­jęła mnie we władanie, to nawet okiem bym nie mrugnął, tylko ten dar przyjął. Albo gdybym znów znalazł się na gościńcu z lutnią przy boku w poszukiwaniu tej jedynej. Kochać jest pięk­nie, ale kochać i być wolnym jest jeszcze piękniej, tyle ci po­wiem.

Geralt pokiwał głową. Oryginalny był człowiek z tego Jakuba, ale jego słowa tylko potwierdzały przypuszczenie, że o żadnych naturalnych uczuciach nie mogło tu być mowy.

– Nie widzieliście czegoś niezwykłego, jak tu jechali­ście? – zapytał po chwili milczenia. – Jakichś magicznych zna­ków na drzewach, kręgów z kamieni lub innych podobnych śladów?

Jakub spojrzał w sufit i zamyślił się. Karczma do tej pory zdążyła się już opróżnić, większość świec była już pogaszona i tylko rudowłosy gospodarz krzątał się jeszcze za barem.

– Krajobrazy tu wprawdzie niezbyt romantyczne i zapa­miętania nie warte, ale jedną rzecz sobie przypominam. Jakieś dziesięć, może dwanaście mil na północ od miasta stoi taka okrągła wieża, coś jakby resztki starego kasztelu. Nic wokół niej nie ma, żadnych pól ani innych domostw, nawet ptaków w okolicy nie za bardzo słychać. Chcieliśmy do niej zajechać, bo może i skarby byśmy w środku znaleźli, ale nagle jakiś niepo­kój nas ogarnął, więc odpuściliśmy. Znajdziecie ją bez kłopotu, wystarczy północnym gościńcem wyjechać i rozglądać się bacznie.

– Dziękuję, mości panie rycerzu. – Geralt wstał od stołu. – Na mnie już czas. Może się jeszcze zobaczymy przed odjaz­dem.

– Bywaj, Geralcie. Radzę ci jak mężczyzna mężczyźnie, skorzystaj z dobrodziejstw tego miejsca, póki możesz, bo je­stem pewien, że nieprędko na drugie takie natrafisz.

Wiedźmin skłonił się, poprawił pas i szybkim krokiem poszedł w stronę drzwi. Słońce już niemal chowało się za hory­zontem, ale trzeba było jeszcze złożyć wizytę szanownemu panu Konopkowi.

 

***

 

Strażnik przed wejściem do ratusza nie chciał go wpu­ścić, tłumacząc, ze burmistrz skończył już na dziś pracę i nie przyjmuje interesantów. Geralt próbował go jakoś przeko­nać, powołując się na dobro publiczne i sprawę nie cierpiącą zwło­ki, ale widząc, że tamten coraz bardziej się stawia i zaraz może dojść do niepotrzebnych rękoczynów, złożył palce w znak Ak­sji i przeje­chał mu dłonią przed oczami. Waleczny duch na­tychmiast opu­ścił strażnika, a wiedźmin pomknął po schodach do gabinetu burmistrza.

Konopek właśnie pakował swoje papiery do kufra, w którym trzymał je z dala od niepożądanych oczu. Zauważyw­szy Geralta zamrugał kilka razy małymi oczkami wyraźnie zmieszany, ale zaraz jego natura polityka dała o sobie znać i zmieszanie zastąpił serdeczny uśmiech.

– O, to znowu wy, mistrzu. Czemuż tym razem zawdzię­czam waszą wizytę? Wybaczcie, że nie mogę was godnie ugo­ścić, ale właśnie zbierałem się do wyjścia…

– Wiem już, co wydarzyło się w lesie. – Geralt od razu przeszedł do konkretów. – Znalazłem ciała dwóch osób z wa­szego miasta, chłopaka i dziewczyny. Oboje byli pod wpływem jakiegoś uroku lub długotrwałego zaklęcia. Pojawiła się tam również silna emanacja mocy, którą potrafiłby wytworzyć tyl­ko ktoś władający magią.

– Och, to straszne, naprawdę straszne, co mówicie. – Oczy burmistrza znów wykonały serię szybkich, niekontrolowanych mrugnięć. – Mam nadzieję, że więcej już się nie powtórzy taki nieszczęśliwy wypadek…

– Właśnie się powtórzy, jeśli niczego nie zrobimy – wszedł mu w słowo wiedźmin. – Myślę, że te miłosne uroki będą się kończyć coraz szybciej i coraz gwałtowniej. Ten ry­cerz, który zakochał się w Matyldzie, nie jest już tak silnie spę­tany, jak ci nieszczęśnicy z lasu, jego czar zaczyna powoli od­puszcać.

– Jegomość pan de Corazon? Ależ to byłby dla nas splen­dor, gdyby został w naszym mieście. To jest człowiek napraw­dę wysoko urodzony, a panna Matylda w sam raz dla niego na żonę…

Geraltowi skończyła się cierpliwość. Nie to, żeby kiedy­kolwiek miał jej w nadmiarze w stosunku do polityków, ale małostkowość Konopka była czasem wręcz karykaturalna. Podszedł do stołu i walnął pięściami w blat, aż zajęczała drew­niana konstrukcja. Gdy się odezwał, głos miał jednak wyjątko­wo opanowany.

– Potem sobie będziecie rozdzielać zaszczyty i wydawać za mąż młode mieszczanki, panie Konopek. Na razie trzeba za­pobiec następnym tragediom. Podobno na północ od miasta stoi jakaś dziwna ruina, do której nikt się nie zbliża. Podejrze­wam, że to właśnie tam może znajdować się źródło magicznej mocy. Wiecie, czy ktoś tam zamieszkuje?

– N-nie wiem, mistrzu Geralcie, może i ktoś tam miesz­ka… – Burmistrzowi zaczął się już plątać głos. – Parę lat temu nasz stary czarodziej, niejaki Laurenthal, odszedł na emeryturę i przeniósł się podobno poza miasto, ale nikt nie wie dokładnie gdzie. Jeszcze jak u nas na służbie był, to nieźle zdziwaczał, tak więc pożytku z niego wielkiego nie mieliśmy. Kto wie, może i w tym kasztelu się zadomowił.

– A co możecie mi powiedzieć o tym czarodzieju?

– Raczej niewiele, panie, on właściwie przez cały czas w wieży siedział i jakieś swoje magiczne sztuczki odprawiał. Lu­dzie powiadali, że urokami się zajmuje, zwierzęta próbuje ujarzmiać, eliksiry różne warzy, bo całe skrzynie tajemnych in­grediencji sprowadzał. Dziwak to był i tyle, mimo że długo na­szemu miastu służył.

Nagle wszystkie klocki w głowie Geralta powskakiwały na swoje miejsca. No jasne, miasto musiało znajdować się pod kontrolą jakiegoś czarodzieja, tylko on byłby na tyle potężny, a jednocześnie na tyle odważny, by urzeczywistnić takie przed­sięwzięcie. Niejasny pozostawał już właściwie tylko motyw ca­łej tej intrygi.

– Panie burmistrzu, udam się do ruin jutro z samego rana. Każ obwieścić mieszkańcom, żeby nie wychodzili za bramy, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. A najlepiej w ogóle nie opuszczajcie jutro domów, nie wiadomo, czego do końca się spodziewać po tym całym Laurenthalu.

– Ale co wy właściwie zamierzacie zrobić, mistrzu? – Na twarzy Konopka malowało się autentyczne przerażenie.

Geralt spojrzał za okno gabinetu, na skąpane w ostatnich promieniach zachodzącego słońca dachy kamienic. Miasto tchnęło spokojem i prezentowało się po prostu prześlicznie. Kolorowe lampiony rozświetlały ulice, a zewsząd dobiegały odgłosy radosnej muzyki. Nic dziwnego, że mieszkańcy pozo­stawali w tak szampańskich nastrojach.

– Wyzwolić was w końcu z tej iluzji.

 

***

 

Gdy Geralt wrócił do małego pokoiku na poddaszu karczmy, który wynajął na noc, było już po zmroku. Schował swoje miecze pod łóżko, zdjął pancerz i rzucił się na gruby siennik. Czuł się zmęczony po tym wyczerpującym dniu, a nie był już przecież pierwszej młodości. Przed jutrzejszą konfron­tacją z czarodziejem należało dobrze wypocząć.

Złożył ręce pod głową i pogrążył się w rozmyślaniach. Przypomniał sobie walkę ze zjawą w lesie i niezwykle suge­stywne, przyjemne uczucie, jakiego doświadczył, gdy ta przy­brała przed nim postać urodziwej kobiety. Nie mógł wtedy przez chwilę myśleć o niczym innym, jak gdyby ten obraz zo­stał mu podany wprost do mózgu. Coś podobnego musiało spo­tkać Jakuba przy jego spotkaniu z Matyldą. Nie ulegało wątpli­wości, że jest to sprawka magii, zwłaszcza że mógłby przysiąc, iż twarz zjawy przez chwilę oddała dokładnie układ rysów Yen­nefer…

Przez uchylone okno do uszu wiedźmina dotarł nagle gwar rozmów i brzęk szkła. Wstał i wyjrzał powoli przez roz­wartą okiennicę. Na drugim końcu rynku pod kamiennymi ar­kadami rozstawiono kilka stołów, przy których siedziała kom­pania de Corazona. Rycerze jedli i pili, śmiejąc się głośno i opowiadając sobie nawzajem żarty mało przystające herbowym panom. Sam Jakub zajął miejsce pośrodku towarzystwa, a jego kasztanowe włosy falowały, gdy obracał głową wsłuchując się w opowieści swoich towarzyszy. Jak widać znudziło go już układanie nocnych serenad dla swej ukochanej lub też czar rze­czywiście za­czął tracić swoją moc.

Wiedźmin wytężył zmysły, gdyż wydawało mu się, że poza odgłosami biesiady w powietrzu rozchodzi się jeszcze je­den, znacznie subtelniejszy dźwięk. Zamknął oczy, usiłując zlokalizować jego źródło i doszedł do wniosku, że musi się ono znajdować gdzieś na tyłach budynku, w którym przebywał. Dźwięk przypominał płacz lub zawodzenie małego dziecka.

Wciągnął pospiesznie spodnie, ubrał buty i wybiegł na rześką, wiosenną noc. Poza Jakubową kompanią w okolicy nie było widać żadnych innych ludzi, lecz w wielu kamienicach wciąż paliły się światła i dochodziły z nich odgłosy bynajmniej nie chrapania. Nocne życie miasta miało się nad wyraz dobrze.

Geralt, podążając za słabym śladem dźwięku, wszedł w wą­ską uliczkę między karczmą a sąsiednią kamienicą. Po chwili z jego prawej strony ukazał się niewielki ogród z ka­mienną fon­tanną pośrodku i kwiatowymi rabatami, pośród któ­rych wyty­czono brukowane chodniki. Na fontannie, przystrojo­na w tą samą czerwoną sukienkę, siedziała panna Matylda we własnej osobie. W jej dłoni wiedźmin zauważył wielką białą chustę, którą dziewczyna co chwilę ocierała kapiące jej z oczu łzy.

– Przepraszam, że przeszkadzam szanownej panience – odezwał się Geralt z wielką kurtuazją – ale usłyszałem płacz, więc pomyślałem, że coś złego może się panience dziać, a aku­rat byłem tu w okolicy…

Matylda spojrzała na niego, wytarła twarz dobrze już zmoczoną chustą i uśmiechnęła się kwaśno. Bez wątpienia była już piękną kobietą, mimo jeszcze bardzo młodego wieku. Jej kla­syczna uroda, ciemne, proste włosy, pociągłe rysy twarzy, szczupła, ale już odpowiednio zaokrąglona figura stawiały ją na pewno w pierwszym rzędzie miejskich panien na wydaniu.

– Bardzo z was szlachetny kawaler, panie wiedźminie. – Głos Matyldy był kojąco aksamitny, ale jednocześnie dźwięcz­ny i głęboki. – Ale obawiam się, że na moje rozterki niewiele możecie poradzić.

– A cóż takiego się panience stało, jeśli wolno spytać?

– Ach, to co chyba każdej kobiecie na tym nieszczęsnym świecie. Prędzej czy później wszystkie jesteśmy skazane na ten los. – Matylda pokazała dłonią w kierunku rynku. – Oto tam sie­dzi rycerz, który jeszcze wczoraj obiecywał mi prawdziwe nie­bo na ziemi, a dzisiaj już wino i śpiew wypłukały mu jak widać z głowy podobne pomysły. A ja zostałam sama ze swoimi ma­rzeniami, ze swoim sercem, które rwie się do lotu, a które wciąż pozostaje przykute do tego padołu. Teraz płaczę, bo i cóż innego mogę zrobić w moim położeniu? Oby jak najszybciej wyniósł się z tego miasta, żebym nie musiała dłużej znosić wi­doku tego niewdzięcznego człowieka.

– Naprawdę panienka uwierzyła w jego słowa? Jestem pewien, że składa podobne deklaracje każdej napotkanej kobie­cie, która wpadnie mu w oko.

– A dlaczego miałabym mu nie uwierzyć? – dziewczyna podniosła głos. – Jeśli ktoś wystaje pod twoim oknem, panie wiedźminie, układa miłosne pieśni na twoją cześć, obdarza cię najszczerszymi uśmiechami i największymi czułościami, jakie tylko możesz sobie wymarzyć, to twoje serce będzie mu ufać, bez względu na chłodne podszepty rozumu. Tak właśnie działa świat, tak działają kobiety i byli, są i niestety zawsze będą lu­dzie, którzy skrzętnie to wykorzystają.

Matylda znów zalała się łzami, więc Geralt uznał, że nie będzie jej już dłużej męczyć pytaniami. Uniósł dłoń w geście poże­gnania i bez słowa oddalił się tą samą uliczką. Przed wej­ściem do karczmy raz jeszcze spojrzał na rozgadane towarzy­stwo na rynku. Jakub zdecydowanie zasługiwał na największe słowa potępienia, ale z drugiej strony, czy to on rzeczywiście był tutaj winien? Jeśli wszystko było z góry zaplanowane przez czaro­dzieja, to ani on, ani jego wybranka nie mieli wiele do po­wiedzenia i odegrali tylko swoją tragiczną rolę. No cóż, jutro z pew­nością dowie się wszystkiego.

Geralt westchnął nie wiadomo który już raz tego dnia i udał się w końcu na zasłużony spoczynek.

 

***

 

W środku nocy obudziło go pukanie do drzwi.

Był zmęczony i obolały, więc chciał je początkowo zi­gnorować, przewracając się na drugi bok. Pukanie jednak po­wtórzyło się, trochę głośniej niż za pierwszym razem.

Zaklął pod nosem, podszedł do drzwi i uchylił zasuwę. Miasto miłości, powszechne szczęście i tak dalej, ale wiedział, że wszędzie należało się mieć na baczności.

Za drzwiami stała młoda dziewczyna w krótkich blond włosach, ubrana jedynie w biały, przepasany w talii szlafrok. Rzuciła wiedźminowi figlarne spojrzenie spod opadającej grzywki.

– No co, nie zaprosisz mnie do środka? Mam tak marz­nąć na tym korytarzu? Spodziewałam się po tobie nieco więcej.

A więc to są te możliwości, o których wspominał Jakub. Miasto, w którym nie musisz nawet zrywać owoców z drzewa, bo te same spadają do twoich stóp.

– Jestem trochę zmęczony i nie spodziewałem się gości. – Geralt mimo wszystko nie miał ochoty na bliższą interakcję. – A łóżko już zaczyna mi stygnąć, więc…

– No to pozwól, że ktoś ci je porządnie ogrzeje – weszła mu w słowo dziewczyna i przecisnęła się pod jego ramieniem do pokoju. Zamknął cicho drzwi i rzucił na nią okiem. Nie mo­gła mieć więcej niż siedemnaście, może osiemnaście lat, ale jej lekko kołyszące się biodra i hipnotyzująca zmysłowość w każ­dym ruchu zdradzały życiowe doświadczenie większe, niż wskazywałaby na to metryka.

Wiedźmin stał tylko i patrzył na nią, trochę zaspany, a trochę onieśmielony tą niespodziewaną wizytą. Dziewczyna, widząc jego zmieszanie, podeszła do niego na palcach i pchnę­ła go miękko na siennik, po czym usiadła mu na kolanach.

– Zawsze chciałam się dowiedzieć, jak to jest z wiedźmi­nem. Rzadko do nas przyjeżdżają tacy jak ty, więc do tej pory nie było nawet okazji. Można powiedzieć, że szczęściara ze mnie.

Wprawnym ruchem odwiązała szlafrok i zrzuciła go z siebie. Miała drobne, białe ciało i jedną z najwęższych talii, ja­kie Geralt widział w swoim życiu. Zdmuchnęła grzywkę z czo­ła i delikatnie zsunęła wiedźminowi bieliznę. Złapała go za ręce, by mógł poczuć pod palcami jej jędrne piersi.

– A myślałam, że to ja będę się wstydzić. Wielki pan Ge­ralt, nie umie się zachować przy prowincjonalnej dziewuszce. – Roześmiała się i opadła mu na pierś. Całowała jego twarz, szyję i ramiona, chłonęła jego ciało każdą swoją komórką, aż wresz­cie zagłębił się w niej, aż jęknęła cicho tuż przy jego uchu. Od­chyliła się ponownie do tyłu i głębokimi ruchami bioder dawa­ła im obojgu upojną rozkosz. Po dłuższej chwili odwróciła się, kontynuując swoje dzieło, a Geralt jedynie zamknął oczy i pod­dał się jej namiętności, pozwalając by jego myśli odpływały powoli ku błogiej krainie snu.

 

***

 

Obudził się zaskakująco wypoczęty, mimo że gdy otwo­rzył oczy, słońce dopiero nieśmiało prześwitywało przez pół­otwartą okiennicę. Po dziewczynie nie było nawet śladu. Czyż­by była to tylko kolejna iluzja? Jeśli tak, to wyjątkowo udana, bo nadal czuł w różnych miejscach ślady po dotyku i pocałun­kach kochanki.

Podniósł się i zaczął przygotowywać do spotkania z Lau­renthalem. Wyjął miecze spod łóżka i sprawdził ich ostrość, poprawił mocowania pancerza, a następnie otworzył szkatułkę z eliksirami. Spodziewał się, że to nie koniec jego przygód z widmowymi potworami, więc na pewno przyda się dodatkowa szybkość i wytrzymałość. Bliżej swojej siedziby czarodziej mógł dysponować większą mocą, niż w odległym o wiele mil lesie. Po zastanowieniu sięgnął również do juków i wyjął stam­tąd niewielką petardę wypełnioną dwimerytowymi opiłkami. Gdyby zrobiło się naprawdę źle, to mogła być jego ostatnia de­ska ratunku.

Gdy zszedł na dół, postanowił się jeszcze pożegnać z ru­dowłosym karczmarzem. Ten właśnie po raz kolejny wystawiał stoły na świeże powietrze.

– Dzięki za gościnę. Mam nadzieję, że nie nabroiłem zbytnio. – Miał oczywiście na myśli swoją nocną przygodę.

– Ależ to ja pięknie dziękuję, mistrzu wiedźminie! Wnu­kom będę opowiadał, że gościłem samego Geralta z Rivii, po­gromcę potworów i tak dalej. A o waszych ekscesach nic mi nie wiadomo i niech już tak pozostanie. – Karczmarz puścił do niego oko.

– Nie wiecie, gdzie się podziewa nasz młody rycerz?

– Pojęcia nie mam, wiem tylko, że całą noc ze swoją dru­żyną biesiadował, ale potem się gdzieś rozjechali i tyle ich wi­dziano. Dobrze by było, gdyby wrócił i jeszcze trochę orenów mi do skrzyneczki nawrzucał.

– No nic, może go napotkam gdzieś po drodze. Jeszcze raz dziękuję i zostańcie w zdrowiu.

Podali sobie ręce, a Geralt udał się do stajni na tyłach karczmy. Osiodłał Płotkę i wyjechał na ulicę prowadzącą do północnej bramy, na której zaczynali się już pojawiać pierwsi mieszkańcy. Wyglądało na to, że dobre wrażenie z wczoraj na­dal trzyma się mocno. Ludzie byli poprzebierani w odświętne, czyste stroje, mimo że dzień był powszedni, ulica została za­mieciona wieczorem albo nawet tuż przed wschodem słońca, a donice z wielobarwnymi kwiatami zdobiły progi do­mów i bal­kony kamienic. Wiedźminowi przeszło przez myśl, że zrzuca­jąc z miasta miłosną iluzję, może pozbawić również pozosta­łych mieszkańców radosnego uniesienia. Nie pierwszy raz jednak stawał przed podobnym dylematem. W zasadzie cała jego interakcja ze światem sprowadzała się często do wy­boru mniejszego zła.

Młodego pana de Corazon nie było nigdzie widać. Geralt wyjechał z miasta i skierował się gościńcem ku majaczącym w oddali wzgórzom. Poczuł na twarzy chłodny, kwietniowy wie­trzyk, doszedł go również śpiew niezliczonych ptaków, spiął więc ochoczo konia do galopu. Mijał pola obsiane pszenicą, rozległe plantacje słoneczników, wiatraki, szopy na zboże i nie­wielkie kapliczki ukryte w cieniu dębowych zagajników. Kra­ina wydawała się spokojna, nigdzie nie było widać śladów ma­gicznej aktywności. Po jakimś czasie miasto zostało już daleko w tyle.

Wjechał na szczyt najwyższego wzgórza i rozejrzał się. Jakieś dwie mile dalej zauważył zabudowania kasztelu lub ra­czej tego, co z niego pozostało. W zasadzie tylko solidna, czte­rokondygnacyjna wieża ostała się w stanie nienaruszonym, po­zostałe budynki prezentowały stan zaawansowanego rozkładu. Wokół ruin w promieniu tysiąca stóp rozciągała się trawiasta równina bez ani jednego drzewka czy chociażby krzaczka. Wiedźmin nadstawił ucha. Śpiew ptaków jakby przygasł, po­dobnie jak innych odgłosów przyrody. Jakub miał rację, siedzi­ba czarodzieja emanowała silną magią. Nic dziwnego, że Ko­nopek nie miał pojęcia, co stało się z Laurenthalem po opusz­czeniu przez niego miasta. Nikt o zdrowych zmysłach nie zbli­żyłby się na milę do tego miejsca.

Wiedźmin zacmokał i zaczął zjeżdżać ze wzniesienia, zachowując stan najwyższej czujności. Po kilku minutach wo­koło zaległa kompletna cisza, Geralt móglby nawet przysiąc, że przestał słyszeć szuranie kopyt o trawę. Gdy podjechał już na dystans kilkuset stóp do wieży, przez równinę przetoczył się nagle silny podmuch wiatru, a wiedźmiński medalion zadrżał ostrzegawczo.

– Dla ciebie droga się tutaj kończy, stara przyjaciółko. – Poklepał Płotkę po szyi i zeskoczył z siodła. Wyjął z juków kil­ka buteleczek z eliksirami oraz dwimerytową petardę. Puścił wodze klaczy i patrzył przez chwilę, jak ta odbiega w stronę najbliższego zagajnika. Wiedział, że będzie tam na niego cze­kać, ile tylko potrzeba. W końcu odwrócił się w stronę kasztelu i zlustrował wzrokiem cały teren. Nadeszła pora na ostateczną konfrontację z czarodziejem.

Szedł krok za krokiem w kierunku zabudowań, a podmu­chy wiatru wciąż przybierały na sile. W powietrzu dało się już wyczuć tą samą magiczną energię, co poprzednim razem na polanie.

I wtedy właśnie się zaczęło.

Kolejny, jeszcze mocniejszy podmuch wiatru uderzył w pierś Geralta, po czym zatoczył wokół niego koło, nabierając prędkości. Porwał ze sobą źdźbła trawy, kwiaty koniczyny, a nawet leżące tu i ówdzie kamienie, przekształcając się w nie­wielką trąbę powietrzną. Wiedźmin wyjął zza pleców srebrny miecz i czekał.

Z kręcącego się z ogromną prędkością powietrznego wiru wysunęły się dwa podłużne ramiona, formując kształt gru­bych łap zakończonych trzema palcami. Dwa wielkie, czar­ne kamienie przyjęły natomiast rolę oczu wykreowanego wła­śnie potwora. Czy też raczej żywiołaka, jeśli być ścisłym. Mon­strum z rykiem zasysanego z równiny powietrza ruszyło na Ge­ralta.

W tym pojedynku najważniejsza niewątpliwie były szyb­kość i błyskawiczny refleks, więc wiedźmin jeszcze podczas tworzenia się wiru łyknął odpowiedni eliksir. Teraz należało skorzystać z jego mocy. Rozpędził się i wybijając z jednej nogi skoczył ku opadającemu prawemu ra­mieniu potwora. Miecz prześlizgnął się po kamieniach, krze­sząc snopy iskier, a z wnę­trza żywiołaka wyleciała fontanna trawy. Geralt nie dał swoje­mu przeciwnikowi czasu na odpo­wiedź. Wylądował, odwinął się natychmiastowo i wykonał po­dobny manewr w kierunku drugiej łapy, lecz tym razem potwór był już zorientowany, co się święci. Odsunął się nieco z linii ataku, tak że klinga miecza zanurzyła się jedynie koniuszkiem w zielonym tornadzie. Ge­ralt zwolnił na chwilę, a trawiaste ramię opadło z hukiem na jego plecy.

Cios nie był zbyt potężny, lecz połączony z pędem Ge­ralta zafundował mu małe dystyngowane lądowanie twarzą w miękkiej trawie. Eliksir działał jednak z pełną mocą, więc wiedźmin natychmiast przyjął postawę bojową i ruszył do walki. Zasypywał żywiołaka gradem cięć, pchnięć i efektow­nych młynków, starając się wyrządzić jak największe szkody jego materii. Wiedział, że jest on utrzymywany przy życiu wy­łącznie mocą czarodzieja, gdyż powstał dopiero przed chwilą i Laurenthal na pewno nie zdążył go z niczym związać. Mon­strum starało się reagować na tą dziką furię, nie miało jednak wystarczających bitewnych umiejętności. W gruncie rzeczy wyglą­dało dosyć nieporadnie, miotając się w te i z powrotem po rów­ninie.

Geralt po kolejnej nawałnicy ataków uskoczył na chwilę do tyłu, aby zaczerpnąć tchu. Miał przewagę nad potworem właściwie we wszystkich aspektach, lecz pojedynek mógł po­trwać niebezpiecznie długo ze względu na duże możliwości re­generacji żywiołaka. A gdy eliksir przestanie działać, szansę zrobią się bardziej wyrównane. Zaklął głośno i wtedy przy­szedł mu go głowy genialny w swojej prostocie pomysł.

Znów wziął rozbieg i długim ślizgiem zanurkował do wnętrza rozhulanego żywiołu. Na moment otoczyło go istne pandemonium latających kamieni i wirujących szczątków ro­ślin. Nie podziwiał jednak widoków, lecz złożył szybko palce w znak Igni, roztaczając wokół siebie wachlarz ognia. Wysko­czył z drugiej strony, odbiegając na znaczną odległość, po czym odwrócił się, by podziwiać swoje dzieło.

Żywiołak z ogłuszającym hukiem wciągnął do siebie podpaloną trawę, która w ułamku sekundy wypełniła go po sam czubek. Przez dłuższą chwilę przed oczami Geralta malo­wało się istne arcydzieło natury. Słup ognia rozświetlił całą okolicę wszystkimi odcieniami czerwieni i żółci. Wirująca tra­wa strzelała dookoła iskrami, a jej strumienie rozrywały od środka ciało potwora. Wiedźmin patrzył jak urzeczony. Nawet on, który widział już wszelkie cuda świata, uległ czarowi szale­jącego żywiołu.

Aż wreszcie nadszedł koniec.

Struktura trąby zaczęła się rozpadać, zamieniając się co­raz bardziej w bezkształtny stóg siana. Większość wnętrzności potwora już się wypaliła, na ziemię opadały więc głównie po­czerniałe kamienie. Pojedyncze skupiska trawy usiłowały jesz­cze formować mniejsze trąby, ale Geralt był przygotowany również i na to. Wyjął z sakwy dwimerytową petardę i cisnął nią daleko przed siebie. Opiłki metalu rozprysnęły się na wszystkie strony zwartą chmurą, a gdy opadły, po przejawach jakiegokolwiek życia nie było już śladu. Pozostał tylko wypa­lony szmat łąki i zalegająca wokół cisza.

– Całkiem nieźle – powiedział na głos Geralt. – Staru­szek ma jeszcze fantazję, nie da się ukryć.

Schował miecz i ruszył biegiem w kierunku wieży. Nic już nie zatrzymało go po drodze, wpadł więc przez pozbawiony drzwi łukowaty portal do wnętrza budowli. Pierwsza kondy­gnacja nie prezentowała się zbyt okazale, była pogrążona w półmroku, w którym wiedźmińskie oczy rozpoznały zarysy różnej wielkości skrzyń, beczek i drewnianych pudełek. Nie­wątpliwie musiały to być magiczne ingrediencje używane przez Laurenthala. Lub raczej to co z nich pozostało.

Następne dwa piętra budynku były niemal puste, stały tam jedynie resztki dawnego wyposażenia kasztelu. Wysokie świeczniki, obrazy w złoconych ramach, okrągłe lustra, głębo­kie fotele, zwinięte w rolki dywany, wszystko to pokrywała gruba warstwa kurzu. Jak widać szacowny czarodziej nie zadał sobie trudu, by przywrócić temu miejscu dawny blask.

Przed schodami na ostatnie piętro budynku medalion Ge­ralta poruszył się niemal niezauważenie. Obecność magii w tym właśnie miejscu powinna być najsilniejsza, jednak wyglą­dało na to, że jest zgoła inaczej. Wiedźmin wszedł na górę, gdzie natrafił na solidne dębowe drzwi ze stalowymi okuciami. Pchnął je lekko, a widząc że ustępują pod naciskiem dłoni, na­parł na nie barkiem i z przeciągłym skrzypieniem wkroczył do pomieszczenia na szczycie wieży.

Wpadające przez wysokie okna wiosenne słońce oświe­tlało stojące przy ścianach regały wypełnione rozpadającymi się książkami. Poza nimi w okrągłym pokoju znajdował się również wielki prostokątny stół otoczony metalowymi przed­miotami nieznanego przeznaczenia. Przypominały one na swój sposób odgromniki lub też iglice montowane na szczytach ko­ściołów lub budynków publicznych. Wyposażenia siedziby czarodzieja dopełniało jeszcze kilka przepastnych kufrów oraz proste łóżko. Właśnie przy tym ostatnim meblu, oparty o drew­nianą ramę, siedział starszy mężczyzna i oddychał ciężko z półprzymkniętymi oczami.

Geralt zbliżył się do czarodzieja i zlustrował go wzro­kiem. Laurenthal wyglądał w zasadzie dość niepozornie i gdy­by nie ciężka bordowa szata można byłoby go pomylić z przy­padkowym handlarzem ziołami, wędrownym kupcem albo ko­walem z zapomnianej przez bogów mieściny. Jego twarz okalał wielodniowy zarost, a zmierzwiona siwa broda i zaczesane do tyłu włosy dopełniały wizerunku człowieka mocno doświad­czonego przez życie. Zauważywszy przed sobą postać wiedź­mina uśmiechnął się z wyraźnym bólem.

– A więc wreszcie ktoś mnie odwiedził w mojej samotni, proszę, proszę. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się. – Głos miał słaby, ale wciąż niepozbawiony pewnej wyniosłości. – Oba­wiam się, że to niestety koniec fajerwerków w moim wy­konaniu, więc dłużej sobie mieczem nie pomachasz.

– Chciałeś mnie zabić, nie mam czego żałować.

– Chciałem się bronić, Geralcie z Rivii, tak jak każdy człowiek na tym świecie mam prawo do obrony swojej własno­ści. Jak również swoich przekonań, których także próbujesz mnie pozbawić.

Laurenthal dźwignął się z jękiem i usiadł na łóżku. Wła­ściwie nie wyglądał teraz aż tak strasznie staro, był po prostu fizycznie i prawdopodobnie również psychicznie wykończony.

– Długo służyłem temu miastu i nie przerwałem tej służ­by nawet jako emeryt, ale wygląda na to, że będę musiał w końcu zwinąć swoje zabawki. Sił już nie wystarcza, jak sam widzisz.

– Jeśli trzymanie ludzi pod wpływem uroku nazywasz służbą, czarodzieju…

– Sam widziałeś, wiedźminie, że wcale tym ludziom nie jest najgorzej. – Laurenthal nagle się ożywił. – Nikt tak napraw­dę nie chce być wolnym, jest to pojęcie dla większości z nich zbyt abstrakcyjne. Ludzie szukają szczęścia, zabawy, przygody, miłości, rozkoszy, to są uczucia, które mogą sobie wyobrazić. I to wszystko starałem się im zapewnić wręcz w nadmiarze.

– A co powiesz tym młodym ludziom, którym dałeś, a następnie brutalnie odebrałeś całą nadzieję? Co powiesz tru­pom, na które natknąłem się wczoraj w lesie? Co powiesz Ma­tyldzie, która siedzi teraz samotnie w swej sypialni ze łzami w oczach? Czy im wszystkim też wiernie służyłeś?

– Oj, Geralt, nie bądź aż taki dramatyczny. Nie powiesz chyba, że aż tak zależy ci na ich dobru. W końcu to ty zawsze wolisz pozostawać z boku, a teraz nagle stajesz w ich obronie niczym jakiś błędny rycerz.

– Staję zawsze w obronie ludzi przez potworami, ale jeśli potworem okazuje się drugi człowiek, nie robi to dla mnie róż­nicy.

Czarodziej podniósł się z łózka i podszedł do stołu. Wy­konał gest dłonią, a metalowe iglice dookoła rozjarzyły się elektrycznym blaskiem. Na powierzchni blatu zarysował się mglisty, lecz zaskakująco dokładny obraz miasta. Dało się na nim rozpoznać nawet kształty poszczególnych budynków. Po ulicach przemieszczały się niewielkie migoczące iskierki.

– Nie jestem potworem, wiedźminie. Jestem starym, znu­dzonym życiem czarodziejem, któremu też należy się trochę dobrej zabawy. Tak, to ja sprawiałem, że ludzie się w sobie za­kochiwali, a potem łamali sobie nawzajem serca. Ja rozpalałem w nich płomień miłości, który niedługo ogarnął wszystkich do­okoła, bo jak obaj dobrze wiemy, nad miłością nie da się zapa­nować. Skonstruowałem ten przyrząd, aby dzień i noc mieć baczenie na każdego mieszkańca miasta. – Wykonał szeroki gest dło­nią. – Patrzyłem, gdzie udają się na schadzki, gdzie wyznają sobie uczucia, gdzie konsumują swoją miłość. Sprawiało mi to niemałą przyjemność, ale też kosztowało wiele sił. Dlatego też nie musisz mnie o nic prosić ani niczego na mnie wymuszać, dzisiaj zamykam swój kramik. – Iglice zamigotały i zgasły, a na pu­stym stole Geralt zauważył przytarty już, lecz wciąż widocz­ny znajomy symbol, czyli księżyc pochłaniający w swych ra­mionach małą gwiazdę.

– Więc przyznajesz, że zabawiłeś się ich kosztem, Lau­renthal. Taka postawa nie przystoi czarodziejowi. Nie po to je­steście szkoleni, żeby traktować ludzi jak swoje marionetki.

– Oni i tak wpadli by prędzej czy później w miłosne si­dła, nawet bez mojej ingerencji. I tak zakochiwali by się bezna­dziejnie, zdradzali się nawzajem, zostawiali się bez słowa po­żegnania. To jest właśnie tak zwany krąg życia, jak powiadają druidzi. A dzięki mnie mogli przynajmniej zakosztować tych wszystkich wspaniałości, o których marzą każdej nocy i o których śpiewają w karczmach zachrypniętymi głosami. No i przecież cała reszta miasta na tym skorzystała. Możesz zapytać dowolnego z nich, nawet najstarsi nie pamiętają tak dobrych czasów.

– A po co te wszystkie iluzje? Wilkołak w lesie, żywiołak przed kasztelem. Podejrzewam, że nawet mglaki były twoją sprawką, bo coś za dobrze walczyły jak na ten gatunek.

– Tak jak powiedziałem, musiałem się bronić, Geralt. Wiedziałem, że skoro przybyłeś do miasta, to moje dni są już policzone. Sądziłem jednak, że odwiodę cię od twoich zamia­rów i będę mógł się jeszcze nacieszyć życiem, póki mogę. A także nacieszyć oczy widokiem tej wesołej gromadki. Nie doceniłem cię jednak, zdaje się że podobnie jak wielu przede mną.

– Teraz to już historia. Mam tylko nadzieję, że ludzie osądzą cię sprawiedliwie za twoje czyny.

– Zamierzasz doprowadzić mnie do sądu, wiedźminie? – Laurenthal zaśmiał się nerwowo. – Uważasz, że ktokolwiek wydał by wyrok na swojego dobroczyńcę?

Przed kasztelem zastukały końskie kopyta. Geralt wyj­rzał przez jedno z okien i ujrzał postać zeskakującą z siodła, która wbiegła przez portal do wieży.

– Myślę, że sąd właśnie przyszedł do ciebie, czarodzieju.

Ciężkie buty załomotały na schodach, a po chwili drzwi do gabinetu Laurenthala odskoczyły z takim impetem, że aż prawie roztrzaskały się o kamienną ścianę. Do środka wpadł nie kto inny niż Jakub de Corazon, tym razie ubrany w czarną tunikę ze skrzyżowanymi na piersi mieczami. Rozejrzał się wokoło zdyszany, z żądzą mordu w oczach, a jego wzrok padł natychmiastowo na postać czarodzieja.

– Tutaj się ukrywasz, podstępny magu! Całe szczęście, że Geralt cię wyśledził, nie umkniesz już ostrzu sprawiedliwości!

– Panie Jakubie, a cóż ja ci takiego uczyniłem? – Lauren­thal usiłował zachować spokój. – Czyż nie pozwoliłem ci za­kosztować pięknej, miłosnej przygody? Czy wszystkie twoje serenady i kwieciste mowy pójdą w zapomnienie, czy też zo­staną dla potomności jako piękne wyrazy uczucia mężczyzny do kobiety? Co więc masz mi za złe, rycerzu?

– Tutaj już nie chodzi o mnie, czarodzieju. Ja mogę spę­dzić młodość na podróżowaniu po świecie, uderzając do dziewczęcych serc i po­zwalając sobie podtrzymywać me uczu­cia tak długo, jak mi się spodoba, gdyż wszyscy jesteśmy wol­nymi ludźmi. Możemy kochać, odkochiwać się, wyjeżdżać i znów powracać, możemy płakać, tęsknić, zazdrościć i gniewać się, gdyż wszystko to jest zwyczajną ludzką naturą. Ale ty do­puściłeś się czynu hańbią­cego, z zimną krwią skrzywdziłeś tą nieszczęsną niewiastę, gdyż nic, co od ciebie wychodzi, nie jest prawdziwe. Oto teraz wypłakuje ona swój żal, a ja nie jestem w stanie go w niej uko­ić, gdyż moja miłość również zniknęła przysypana popiołem. Pośród ludzi honorowych, mości panie, istnieje tylko jedna kara za taką zbrodnię.

Podszedł do Laurenthala i nie czekając na odpowiedź za­dał mu błyskawiczny cios krótkim mieczem w samo serce. Czarodziej patrzył na niego przez chwilę wzrokiem pozbawio­nym jakiegokolwiek wyrazu, po czym osunął się bez życia na marmurową posadzkę.

I znów życie wybrało za mnie, pomyślał Geralt. Znów moja bierność okazała się największym przekleństwem.

Jakub wytarł miecz o czarodziejską szatę, zerknął na wiedźmina i bez słowa wyszedł z gabinetu. Tak właśnie zakoń­czyła się historia Laurenthala i jego miłosnych uroków.

 

***

 

Wiedźmin wraz z rycerzem jechali gościńcem w stronę miasta. Kasztel został już daleko za wzgórzem, a ptaki znów rozpoczęły swoje zwyczajne koncerty. Mężczyźni nie od­zywali się do siebie, każdy z nich we własnym umyśle przetra­wiał wy­darzenia ostatnich kilku dni. Gdy wreszcie dojechali do rozwi­dlenia dróg, Geralt odchrząknął.

– Tutaj musimy się pożegnać, panie rycerzu. Nie wracam już do miasta, jadę dalej na wschód.

– No cóż, w takim razie szerokiej drogi, wiedźminie. – Ja­kub zwrócił konia w stronę Geralta i uścisnął mu dłoń. – Dzięki za wszystko, a zwłaszcza za uwolnienie mnie od władzy tego starca. Miłość jest prawdziwa tylko wtedy, kiedy jest wolna, to możesz sobie ode mnie zapamiętać.

Ściągnął wodze i pogalopował dalej na południe, macha­jąc przyjaźnie ręką. Geralt patrzył za nim przez dłuższą chwilę.

A czy moja miłość do Yennefer jest naprawdę wolna? Czy jest to prawdziwe uczucie, czy też oboje tkwimy w jakiejś magicznej iluzji?

Popatrzył na słońce i ruszył ku kolejnym przygodom.

 

Koniec

Komentarze

gRalfy, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to źle zapisane dialogi, więc bądź uprzejmy je poprawić. Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawiłem, mam nadzieję, że teraz wszystko wygląda jak trzeba.

Rafał Maćkowiak

Dziękuję, gRalfy, wygląda lepiej, a czy wszystko jest OK okaże się w czytaniu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej!

Zacznę od uwag do konkretnych fragmentów, na koniec podsumowanie. :)

 

„mgła gęsta jak oko wykol”

To nie jest przysłowie. :)

 

Nie było jednak słychać znajomych odgłosów rozcinania tętnic i oddzielania mięsa od kości, towarzyszących zazwyczaj takim pojedynkom.

Mam wrażenie, że mało które cięcie jest zadane w ten sposób, by oddzielić mięso od kości. Dodatkowo, mimo wyczulonych wiedźmińskich zmysłów, odgłos rozcięcia akurat tętnicy wydaje mi się mało prawdopodobny do wychwycenia w czasie walki. 

 

W zasadzie nie było słychać nic poza pracą stóp na miękkim podłoże oraz głuchym porykiwaniom dochodzącym spośród mgły, bo nawet świst miecza ginął gdzieś w jej wnętrzu

Po pierwsze, na miękkim podłożu. Po drugie, [poza] głuchymi porykiwaniami dochodzącymi…

 

Zaraza, pomyślał Geralt, nienawidzę mglaków. Natura stworzyła na tym świecie wiele okropieństw, często odstręczających samym swoim wyglądem lub nietypowymi obyczajami. Z mglakami jednak posunęła się o krok dalej, kreując monstra, które nie dość że szkaradne, pozostawały dla większości śmiertelników zupełnie nieuchwytne. Oczywiście dopóki nie zatopiły swoich szponów w czyichś plecach.

Mglak, mimo wszystko, jest potworem dla wiedźmina dość niegroźnym (to jest – w zestawieniu z innymi potworami).

 

Tak, natura tworzy straszne rzeczy, ale on przecież również jest jej częścią.

Czy zmutowany wiedźmin jest na pewno częścią natury? Oraz czy jej częścią są potwory, które trafiły tu w wyniku koniunkcji? Ja nie mam odpowiedzi, ale zostawię nas wszystkich z tymi pytaniami. :D

 

Wiedźmin błyskawicznie wykonał unik przed kolejnym rzucającym się na niego przeciwnikiem, chwycił miecz ostrzem do dołu i pchnął nim za plecy, prosto w serce biegnącego pokurcza.

Czuję z tego opisu, że ten, który dostał w serce, to inny niż ten, przed którym Geralt wykonał unik (chyba że mglak bardzo szybko zawrócił). Jeżeli tak, dobrze byłoby dodać innego pokurcza.

 

by pojawić się za plecami swojego adwersarza, próbując swojego szczęścia

Oba swojegi można z powodzeniem wywalić, zdanie zyska.

 

Po jakimś kwadransie było już po bitwie.

Mało wiem o fechtunku, ale trwający kwadrans pojedynek wydaje mi się niezwykle długim – zawsze wyobrażałem sobie wiedźmińskie walki jako znacznie krótsze i bardziej intensywne.

 

schował go za plecy.

Do pochwy na plecach (?). Obecnie brzmi, jak gdyby go ukrywał za plecami.

 

przynajmniej jak na tę część kontynentu

Kontynent wielką literą – w wiedźmińskim świecie to nazwa własna.

 

Coś podobnego, przeszło przez myśl wiedźminowi, że też ludzie znajdują jeszcze czas i ochotę na takie zabawy.

Myśli powinny być zapisane kursywą. (Tu i w kolejnych miejscach, w których występują).

 

do jego uszu dobiegły odgłosy pogodnej muzyki, dobiegające z otwartych drzwi karczmy.\

Pod balkonem okazałej, pomalowanej na czerwono kamienicy z obwiedzionymi białym tynkiem oknami stał młody rycerz w jedwabnej tunice z wyszytą na pomarańczowo głową tygrysa.

To nie błąd, ale słowo obwiedzione jest na tyle charakterystyczne, że zwróciłem uwagę na użycie go dwukrotnie w obrębie trzech czy czterech akapitów. Tak daję znać. ;)

 

Rycerz wziął do rak lutnię

Rąk.

 

– Przyznaję, na północ od Touissant bardziej urokliwego miejsca nie przyszło mi do tej pory odwiedzić.

Kurczę, toć Touissant jest bardzo, bardzo na południu Kontynentu. Mega mocna deklaracja!

 

Wiedźmin milczał. Po części dlatego, że wciąż był zdumiony wielką serdecznością burmistrza, a po części że coś mu tu coraz bardziej nie pasowało. Ludzie normalnie się tak nie zachowują. Potrafią co prawda od czasu do czasu zrobić coś razem dla wspólnego dobra, a nawet okazać serce bliźniemu, ale społeczność, w której wszyscy by się kochali i myśleli tylko o tym, jak kogoś uszczęśliwić, nie miała szans zaistnieć w tym brutalnym świecie. Takich zwierząt po prostu nie było.

Trochę nazbyt tłumaczysz, że Geralt jest zdziwiony. Mocna łopatologia.

 

Fragment walki z wilkołakiem mnie zatrzymał. Nie ma, zdaje się, w wiedźmińskim lore wilkołaków, które jednocześnie potrafią przybrać postać pięknej kobiety i rzucać uroki. 

W ogóle nico zgubiłeś mnie w tym opisie, bo dajesz bardzo konkretne nazwy. Najpierw wilkołak odpowiada na atak. Potem Geralt spogląda w kierunku zjawy. Wilkołak zjawą nie jest. A gdy jeszcze na koniec okazuje się, że to jakaś krzyżówka z biesem, to już w ogóle tracę orientację.

 

Wiedźmin, niczym armatni pocisk

Nie jestem mega znawcą uniwersum – były już wówczas armaty, żeby takie porównanie było zasadne? Wydaje mi się, że broń palna w ogóle nie występuje.

 

Czymże tym razem zawdzięczam waszą wizytę?

Czemuż (?).

 

– Wyzwolić was w końcu z tej iluzji.

Brakło mi nieco zrozumienia powodów, dla których Geralt się zaangażował. 

 

– A cóż takiego się panience stało, jeśli wolno spytać?

– Naprawdę panienka uwierzyła w jego słowa? Jestem pewien, że składa podobne deklaracje każdej napotkanej kobiecie, która wpadnie mu w oko.

Mało Geraltowo brzmią te wypowiedzi. 

 

– Dzięki za gościnę. Mam nadzieję, że nie nabroiłem zbytnio. – Miał oczywiście na myśli swoją nocną przygodę.

A to to już w ogóle nie brzmi jak Geralt.

 

Eliksir działał jednak na pełnych obrotach,

Niefortunnie dobrany opis dla działania eliksiru. To nie maszyna.

 

Jak również swoich przekonań, których również próbujesz mnie pozbawić.

Zamień pierwsze również na i. :)

 

Ale Ty dopuściłeś się czynu hańbiącego, z zimną krwią skrzywdziłeś tą nieszczęsną niewiastę, gdyż nic, co od ciebie wychodzi, nie jest prawdziwe.

Ty małą literą.

 

Tego typu mniejszych potknięć jest pewnie więcej, ale z uwagi na objętość tekstu, nie wypisywałem każdego jednego znaleziska. :)

Ogólnie rzecz biorąc, jest w miarę dobrze. Myślę, że największym problemem tego tekstu jest to, że jest o Geralcie. Decydując się na opisanie przygód tego charakterystycznego wiedźmina, wziąłeś na siebie przy okazji cały ciężar oczekiwań, jaki wobec wiedźmińskich tekstów występuje.

Jedna rzecz to styl – wiadomo, nie każdy musi pisać Sapkowskim, opowiedzenie historii Geralta po swojemu jest możliwe, ale poprzeczka jest zawieszona wysoko. W tym opowiadaniu, choć ogólnie piszesz nieźle, językowo było jak dla mnie ciut za prosto. Ale najbardziej przeszkadzało mi chyba, że przytaczałeś nam wprost myśli Geralta. Dawno nic z Wiedźmina nie czytałem, ale wydaje mi się, że tego tam nie było (i rozumiem dlaczego).

Druga rzecz, i tutaj niestety nie ma za bardzo pola do polemiki, to Geralt sam w sobie. To, jak mówi, jak się zachowuje. Nie przekonałeś mnie, że twoja postać to Geralt. Szczególnie jego kwestie dialogowe nie dawały tego wrażenia. Poza tym motywacje, ugruntowanie decyzji. Geralt, a przynajmniej Geralt moich wyobrażeń, które oczywiście też mogą być błędne, przed zaangażowaniem się, wszedłby głębiej w temat i znalazł powód, który naprawdę nie pozwoli mu pozostać neutralnym.

Ostatnia rzecz to złożoność intrygi, a właściwie kwestia jej moralności. Miałeś bardzo fajny pomysł z tym życiem w iluzji dobrobytu. Dałoby się na nim zbudować naprawdę ciekawy konflikt, rozdarcie moralne. Trochę przegalopowałeś przez tę rozmowę i przez osądzenie maga jako jednoznacznie złego. Może ktoś powinien chcieć Geralta powstrzymać? Może ta iluzja dla kogoś była lepsza niż prawda i pragnąłby ją zachować? Jest kilka pytań, których zadanie mogłoby dodać więcej głębi opowieści.

Zatem – szkoda, że to Geralt, bo od razu oczekiwałem bardzo dużo.

A dostałem rzecz niezłą. Taką, która gdyby nie próbowała być Wiedźminem, chętnie kliknąłbym do biblioteki. Piszesz w porządku, narrację budujesz logicznie i zrozumiale (choć czasem za bardzo wyjaśniasz), intryga jest ciekawa (choć mogłaby być pogłębiona), a bohaterowie pojawiają się po coś (choć celu tej sceny seksu w karczmie nie skumałem, o tym, że w mieście wszystko przychodzi łatwo, już nam kilkukrotnie opowiedziałeś). 

Czekam na coś od podstaw Twojego, przeczytam z chęcią!

 

 

 

Dzięki za wyczerpujący komentarz, poprawiłem wiele merytorycznych błędów, na które nie zwróciłem nawet uwagi podczas pisania i czytania tekstu. Tak bardzo mi zależało na stylu, że jak się okazuje pominąłem albo przekręciłem wiele oczywistości. :P

Rzeczywiście w pewnym momencie zgubiłem gdzieś motywacje zarówno Geralta, jak i czarodzieja, czy też raczej od samego początku nie miałem w tej kwestii jakiejś ustalonej wizji. Zamknąłem to opowiadanie nie do końca tak, jak tego oczekiwałem, ale zmiana tego stanu rzeczy wymagałaby przepisania właściwie całości, więc raczej pozostawię to jak jest.

Wybrałem świat Wiedźmina i postać Geralta, bo tutaj przynajmniej w moim odczuciu można łatwo skonstruować opowieść nadającą się na taki debiut i nie popaść przy okazji w zupełne absurdy. Chociaż tak jak wspomniałeś, poprzeczka jest zawieszona niebotycznie wysoko i każdy fan ma prawo się przyczepić właściwie do każdego zdania. Ale na to już nic nie poradzimy, następne opowiadania będą na pewno o czymś innym. :)

A scena seksu jest (przyznając się bez bicia) dopisana zupełnie dla zabawy i jej wycięcie nie zmieniłoby obrazu ani o jotę.

Rzeczywiście, tak jak teraz o tym myślę, to osadzenie tej historii w zupełnie odrębnym uniwersum zrobiłoby jej tylko na dobre i uwolniło ją od tych bądź co bądź sztywnych ram.

Jeszcze raz dzięki, najważniejsze to wyciągać wnioski z własnych potknięć. :)

Rafał Maćkowiak

Nowa Fantastyka