- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Drugie Słońce

Drugie Słońce

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Drugie Słońce

Wiele lat temu Ravi czytał „Pizzerię Kamikaze” Kereta. Później, nie raz i nie dwa, wracał z uśmiechem do tej wizji zaświatów. Wymyślony przez Etgara Kereta świat, do którego po śmierci trafiali samobójcy, był uroczo absurdalny i na swój dziwny sposób sympatyczny. Dawał pewnego rodzaju spokój i dystans do umierania. Dystans, który w przyszłości okazał się Raviemu bardzo potrzebny.

Ravi, jako trzeźwo patrzący na świat człowiek, był prawie pewien, że po śmierci nie ma nic. Umysł umiera i tyle. Nie miał złudzeń i nie ulegał żadnym religijnym czy innym mistycznym wizjom życia po życiu. Było dla niego oczywiste, że wszystko to są absurdy wygenerowane przez ludzki strach i nadzieję. Albo też celowe manipulacje. Wszystkie inne znane mu wyobrażenia o zaświatach również miał za bzdury. Wszystkie oprócz jednego wyjątku, nad którym coraz częściej się zastanawiał, dostrzegając – a raczej mając wrażenie, że dostrzega – pewne świadczące za nim przesłanki. Dlatego też zakładał, że istnieje minimalna szansa, iż tak faktycznie może być.

Natomiast decydując się na zakończenie swojego istnienia, zupełnie nie myślał o żadnych „przesłankach” czy „możliwościach” istnienia zaświatów. Miał to wszystko gdzieś. Nieleczona kilkuletnia depresja oraz świat, który coraz bardziej męczył go i rozczarowywał w czasie tej choroby, zrobiły dużo. Dołożyło się też to, że jako blisko czterdziestoletni naukowiec był nielubiany przez własną społeczność. Nie lubiano go za notoryczne krytykowanie pomysłów i postulatów naukowych kolegów. To oczywiście dobrze, że wskazuje jakieś tam luki, przyznawano nieszczerze. Ale z drugiej strony podcina nam skrzydła, nie pozwala zacząć. Dusi w zarodku pomysły, które mogłyby okazać się wartościowe, przełomowe nawet. Ogólnie uważano go za tetryka i nie chciano z nim pracować. Co prawda świadomość tego, że jeszcze sporo życia przed nim i że może coś tam jeszcze uda się w tym życiu poprawić, trzymała Raviego na tym świecie. Ale sam świat jednak za bardzo go dołował. Musiał więc przemóc tę blokadę… Pomógł mu w Keret i jego „Pizzeria”, którą powtarzał sobie w myślach. Opowieść dostarczyła mu niezbędnego luzu i dystansu do rzeczywistości. Zwyczajnie zaakceptował koniec i nadchodzącą nicość. Nicość, której oczywiście nie spodziewał się już świadomie doświadczyć. Tego dnia Słońce było bardzo jasne, choć nie dawało zbyt wiele ciepła. Gdy na nie spojrzał, wydało mu się jakieś… obce, martwe. Wybrał broń palną, która niezawodnie wystrzelił pocisk w jego skroń. Ostatnie, co zobaczył, to biały błysk, a następnie wszystko się skończyło.

 

***

A potem znów się zaczęło. Obraz wrócił. I to jakoś dziwnie, nagle. Przed sobą ujrzał postać. Śmierć?

Owa Śmierć, dość klasycznie, miała chłodne, niebieskie oczy oraz wygląd drobnej, jasnowłosej kobiety. Stała na tropikalnej plaży na tle morza, nad którym właśnie wschodziło Słońce. Postać patrzyła na niego przez chwilę, a potem łagodnie się uśmiechnęła.

– Bądź spokojny, znajdujesz się już po drugiej stronie – rzekła po chwili. – I jest tak, jak podejrzewałeś. Świat, który znasz, był symulacją. Przed chwilą ją opuściłeś. Tu jesteś bezpieczny.

– Tu? Znaczy gdzie? Gdzie ja jestem? – Ravi zdziwił się bardzo, że tak łatwo przyszło mu zadać to pytanie. Ale dużo bardziej niż ta swoboda dziwiło go coś jeszcze. I nie był w stanie tego czegoś scharakteryzować.

– Jasne. Masz wiele pytań. – Postać skinęła głową. – Zaraz to wyjaśnię. Tak jak i wiele innych spraw. Odpowiem na wszelkie twoje pytania. Ale stopniowo. Nie wszystko naraz. Powinieneś się z tym oswajać. To teraz najlepsze dla twojego umysłu.

– Zresztą – kontynuowała – sam czujesz, że tak powinno to być. Wiem o dziwnym wrażeniu związanym z własnym umysłem, którego teraz doświadczasz. To coś, z czym powoli zaczniesz sobie radzić. 

Właśnie! Umysł… To słowo zadziałało jak katalizator i Ravi zrozumiał wreszcie, co dziwnego odczuwa. Była to niezwykła jasność myśli. Czuł, jakby ktoś zdjął z jego umysłu blokadę i teraz wszystko tam w środku działało na dużo szybszych obrotach. Tak szybkich, że nie mógł być do nich przyzwyczajony. Można to było porównać do wymagającej gry, która po wymianie sprzętu zaczęła działać płynnie, lub też do nagłego wytrzeźwienia zamglonego alkoholem umysłu. Choć prawdopodobnie to, co się z nim teraz działo, było o wiele silniejsze od nawet najszybszego możliwego wytrzeźwienia.

Jego umysł stawał się coraz bardziej klarowny, a emocje, których lawiny spodziewałby się w takiej sytuacji, nadchodziły w sposób spokojny i kontrolowany. Było ich tyle, ile chciał.

– Chodź, usiądziemy, będzie ci wygodniej rozmawiać. – Postać ponownie się uśmiechnęła, po czym spojrzała na dwa stojące na plaży leżaki, łagodnie obmywane przez fale.

Podeszli do nich.

– Jak zapewne się domyślasz – zaczęła, gdy usiedli – mam już spore doświadczenie w rozmowach takich, jak ta. Od razu więc wyjaśnię najważniejsze kwestie, a potem przejdziemy do twoich pytań. Pamiętaj też, proszę, że pewne sprawy początkowo będę celowo upraszczać, a na szczegóły przyjdzie czas później. Zaczynając więc bez zwłoki – postać spojrzała Raviemu w oczy – tak, obydwoje jesteśmy bytami elektronicznymi. I nie, nigdy nie byłeś bytem biologicznym. Wszystko, co nas otacza, to również świat wygenerowany elektronicznie. Ja używam imienia Pia, a moja funkcja polega na witaniu oraz wstępnym wprowadzaniu osób do tej rzeczywistości. Nie, nie każdy byt z twojej symulacji dostaje możliwość dalszego aktywnego funkcjonowania w symulacji nadrzędnej, po swojej śmierci – tak, jak ty teraz. Jest dokładnie odwrotnie i zdarza się to dość rzadko. Większość modeli czy też postaci z twojej symulacji, po zakończeniu funkcjonowania zostaje wprowadzona w hibernację. Ty nie zostałeś uśpiony, ponieważ system wytypował cię do dalszych aktywności. Dzieje się tak wtedy, kiedy dany byt wykształci jakieś interesujące dla systemu cechy. Czyli, jak to w życiu, wyławiane są talenty, – Pia mrugnęła do niego okiem, po czym zamilkła na chwilę i znów się uśmiechnęła, a następnie wznowiła wyjaśnienia.

– Nurtuje cię zapewne, o co dokładnie chodziło w twoim przypadku? To jest oczywiście bardzo ważne, ale pozwól, że wyjaśnię ci to nieco później.

Ravi milczał, starając się słuchać uważnie, i dziwił się, że wszystko, co mówiła do niego Pia, przyjmował z taką łatwością. Tak jakby emocje i nerwy nie stanowiły dla jego umysłu żadnego utrudnienia.

– Pytałeś też o to, gdzie się znajdujemy. To nieco skomplikowane… Otóż twórcy tej symulowanej rzeczywistości od bardzo dawna znajdują się w drodze. Przemierzamy więc przestrzeń kosmiczną, która faktycznie istnieje, a jej struktura jest bardzo zbliżona do tej, którą znałeś ze swojej symulacji. I jest tak dlatego, że model Wszechświata w twojej symulacji był oparty na naszym Wszechświecie. Fizycznie – kontynuowała postać – znajdujemy się na nośnikach danych kosmicznego habitatu i jesteśmy obliczani przez dość skomplikowany komputer. A jak takie habitaty wyglądają, zaraz ci pokażę.

Poranek na tropikalnej wyspie zniknął i pojawiła się przestrzeń kosmiczna, a ich leżaki stanęły na ciemnej, połyskliwej płaszczyźnie. Rozciągającą się dokoła przestrzeń kosmiczną rozświetlały miriady gwiazd, wstęga galaktyki i zdająca się być na wyciągnięcie dłoni mgławica planetarna.

– Spójrz tam, to ciekawostka – głos Pii przerwał zdumienie, które go ogarnęło. – Przyjrzyj się tej białej kreseczce, którą zakreśliłam dla ciebie na pomarańczowo.

Faktycznie, w przestrzeni pojawił się przygaszony, pulsujący oranżem okrąg. A wewnątrz niego było coś delikatnego i niewyraźnego.

– Przybliżę ci trochę – rzekła postać.

Przestrzeń w tamtym kierunku powiększyła się i Ravi mógł się przekonać, że w zakreślonym obszarze znajduje się jakaś galaktyka.

– To prawdziwa galaktyka – powiedziała Pia. – A ciekawostką jest to, że w swojej symulacji mieszkałeś w cyfrowej wersji tej właśnie galaktyki. I teraz pozwól, że zadam ci małą zagadkę: jeżeli Drogę Mleczną oraz tutejszą galaktyczną wstęgę widać stąd tak, a nie inaczej… to jak myślisz, gdzie możemy się teraz znajdować?

– W Andromedzie – odpowiedział bez wahania.

– Dokładnie tak. – Pia poprawiła się na swoim leżaku i zatoczyła szeroki krąg dłonią. – Ahhyrah, tak zwali tę galaktykę konstruktorzy habitatu, na którym się znajdujemy. To brzmi nawet trochę podobnie do „Andromeda”. A gdy oni osobiście wymawiali tę nazwę, brzmiała nawet bardziej podobnie. Ahhyrah to ich rodzima galaktyka, ich dom. Dom, który opuścili, udając się w stronę innych galaktyk. Między innymi tej, którą znasz jako Drogę Mleczną.

Słuchając słów Pii, Ravi z ciekawością przyjrzał się owemu habitatowi, na którym „stały” ich leżaki. W mroku kosmosu na tle gwiazd dostrzegał podłużny, antracytowy kadłub statku kosmicznego. Na jednym z jego końców widać było jakieś szerokie zakończenie – być może tarczę osłaniającą przód statku. Po drugiej zaś stronie słabym, czerwonawym światłem jarzyły się w oddali jakieś skomplikowanie wyglądające elementy. Przechylił się i dotknął dłonią połyskliwego kadłuba. Wydawał się być niesamowicie solidny.

– To zewnętrzny pancerz ze zdegenerowanej materii. – Pia zauważyła jego zainteresowanie. – Skuteczna osłona przed wieloma zagrożeniami.

– Domyślam się. – Ravi raz jeszcze z podziwem stuknął dłonią w statek. – To niezwykła osłona i zapewne bardzo dobra. A czy na pokładzie są jakieś żywe organizmy? W sensie… biologiczne.

– Nie. Nie ma. – Pia głęboko spojrzała mu w oczy. – I to już od bardzo dawna. Twórcy habitatu przenieśli swoje świadomości do świata elektronicznego w czasach… hmm… Zamierzchłych? Tak, zamierzchłych – to chyba najwłaściwsze, oddające prawdę słowo w twoim języku.

Zamierzchłe czasy – Ravi zastanowił się nad tym głębiej. Rozumiał, że Pia chciała nazwać bardzo odległy moment w czasie. Znaczy istoty, które już od tak dawna były w stanie pozbyć się biologicznej cielesności i przenieść swoje świadomości do wirtualnych światów, musiały faktycznie być daleko w rozwoju technologicznym. Bardzo daleko. I teraz on, niejako poprzez rozszerzoną rzeczywistość wirtualną, zamiast zwyczajnie nie żyć, siedzi na „dachu” międzygwiezdnego pojazdu i podziwia od środka odległą o miliony lat świetlnych galaktykę. Był ciekawy, co to za rasa, której zawdzięczał to wszystko…

– Pia? – zapytał wręcz automatycznie.

– Pytaj, pytaj. – Postać mrugnęła do niego ze swojego leżaka.

– Czy możesz mi choć trochę opisać tych twórców? Tę pionierską cywilizację? Kim byli? Jak wyglądali? Byli jacyś skrajnie odmienni od tego, co znam? Czy ich wygląd będzie dla mnie niepojęty?

– Nie będę ich opisywać. – Pia wyglądała na nieco rozbawioną tym pytaniem. – Lepiej, jak ci ich pokażę.

W przestrzeni przed nimi pojawił się model jakiegoś stworzenia wyglądającego trochę jak potwór z gier fantasy. Było to coś w rodzaju skrzyżowania żaby z krabem. Miało sześć odnóży, stało na czterech, a dwa przednie ewidentnie były chwytne. Zapewne zdolne do precyzyjnego chwytania…

– Płazo-skorupiaki?

– Coś w tym rodzaju – Pia parsknęła śmiechem, a potem, nadal się śmiejąc, dodała: – Moim zdaniem były bardzo interesujące! A czego ty się spodziewałeś? Myślących oceanów? A może superinteligentnych żyjących kryształów? Czy czegoś innego w tym guście? Muszę cię zatem rozczarować. Fantastyka naukowa fantastyką… Ale coś, co zbuduje cywilizację, musi mieć czym chwytać i musi się na czymś poruszać. Ten fakt wychodzi bardzo często zarówno w realnych odkryciach, jak i w ogromie symulacji, które prowadzimy. Istota, którą oglądasz, wyewoluowała na planecie podobnej do tej, na której mieszkałeś w symulacji. Planeta twórców była większa i bardziej błotnista. Życie pochodzi z błota, tak już jest i nie ma się czego wstydzić.

Ravi ponownie spojrzał na to, co go otaczało. Na wygodne leżaki, gwiazdy, mgławicę, jasną wstęgę Andromedy i wielki, mocno błyszczący kadłub habitatu, z którego mógł to wszystko obserwować… Ale oprócz zachwytu i zdumienia było coś jeszcze. Coś, co niczym ostra drzazga drażniło go i nie dawało spokoju. Postanowił, że od razu to zakończy.

– Pia? Mam jeszcze jedno ważne pytanie.

– Słucham cię, Ravi?

– Dlaczego pokazujesz mi jakąś symulację zamiast prawdy? Widzę, że ten statek wygląda bardzo realistycznie – tarcza, radiatory, niezwykły pancerz. Wszystko jak z SF z mojego życia… Znaczy z mojej symulacji. Ale dla was to chyba jakiś archaizm. Antyk z zamierzchłych czasów. Czymś takim to na pewno nie wybralibyście się do innej galaktyki. Rozumiem, że pokazujesz mi to wszystko, aby mnie oswoić. Szanuję to, ale wolałbym zobaczyć prawdę. Wrażenie fikcji nie daje mi spokoju. Powiedz mi, proszę, gdzie i na czym tak naprawdę się znajdujemy?

Pia spojrzała na niego uważnie.

– Jak zawsze wnikliwy – rzekła i uśmiechnęła się serdecznie. – Nie zawodzisz. Wspaniale! Już wyjaśniam. To, co widziałeś, nie było symulacją czy kłamstwem. Było to faktycznie nagranie. Ale z odległej przeszłości. A skoro chcesz iść do przodu, to teraz pokażę ci teraźniejszość.

Obraz kosmosu zniknął, a dokoła nich pojawiła się oślepiająca, chłodnoniebieskawa biel. Ravi spojrzał na Pię pytająco.

– Tak właśnie wygląda teraz nasze otoczenie, choć to, co oglądamy, jest mocno ograniczone przez filtry, bo dociera do nas średnio tylko jeden na pięć miliardów fotonów światła widzialnego. Całą resztę promieniowania filtry wycinają. Musi tak być, by w ogóle było coś widać, ponieważ właśnie przelatujemy przez gwiazdę. Tak oto wyglądają gwiazdy w środku – kontynuowała z lekkim uśmiechem Pia. – I co ciekawe, masz możliwość zobaczenia wnętrza akurat tej, którą w swojej symulacji często oglądałeś od zewnątrz i nazywałeś Słońcem.

– Mówisz o Słońcu w Układzie Słonecznym, w Drodze Mlecznej? W sensie o moim Słońcu?

– Tak. – Pia spojrzała na niego z ukosa. – Mówię o „twoim” Słońcu. A już niebawem będziesz mógł “zobaczyć też „twoją” Ziemię. Niestety obawiam się, że się rozczarujesz. Przykro mi.

 

 

***

 

Brązowa skorupa i żarzące się języki lawy. Od tego widoku Ravi długo nie mógł oderwać wzroku. Obserwowali formującą się Ziemię ze swoich leżaków absurdalnie zawieszonych w przestrzeni. Pia długo milczała, lecz w końcu spojrzała na zasmuconego mężczyznę i zaczęła wyjaśniać.

– Widzisz, nasze symulacje – zaczęła łagodnie – oparte są na precyzyjnych danych i mapach Wszechświata. Jednak zazwyczaj ewolucyjnie wyprzedzają rzeczywiste miejsca – gwiazdy, układy gwiezdne, planety itd. Robimy tak celowo, przyspieszamy wydarzenia, by dowiedzieć się więcej o ich możliwej przyszłości. O tym, co realnie może się zdarzyć. Nie wiemy – kontynuowała Pia – czy na Ziemi powstanie kiedykolwiek życie podobne do tego, które znałeś i jak faktycznie nazwie tę planetę. Nie wiemy nawet, czy jakieś życie w ogóle będzie w stanie tam powstać. Nasze modele nie są doskonałe, a zmiennych jest zbyt wiele. Ale symulacje wskazują, że jest na to spora szansa.

Ravi nadal milczał, lecz oderwał już wzrok od Ziemi i patrzył w kierunku Słońca. Tego drugiego Słońca – poprawił się w myślach. Potem pokręcił głową.

– Jak to się stało, że daliśmy radę przelecieć przez Słońce i jeszcze być w stanie obserwować to, co jest w środku? Rozumiem, że ten statek jest bardzo zaawansowany? Bardziej nawet niż mogę to sobie wyobrazić?

– Ja… – wzruszyła ramionami Pia. – Bardzo wierzę w twoją wyobraźnię. Inaczej mówiąc, myślę, że dasz radę. Ale to, gdzie się znajdujemy, faktycznie ciężko jest nazwać klasycznym statkiem kosmicznym. Nasz „statek”, znaczy to, czym podróżujemy, to wysoce specyficznie wygenerowana chmura grawitonów. A my, nasz elektroniczny świat, w którym funkcjonujemy, i wszelkie symulacje tworzone są dzięki obliczeniom komputerów grawitonowych, będących w istocie tą chmurą. Można więc powiedzieć, że podróżujemy jakby na zmarszczce czy też fali czasoprzestrzeni. Choć nie jest to do końca prawdą, bo to my jesteśmy całą tą falą. Jesteśmy propagującą się strukturą albo, jeśli wolisz, komputerem zbudowanym z geometrii. To dość trudne do skonstruowania i zrozumienia. Nie przeczę. Ale my mieliśmy na to miliony lat… Natomiast w kwestii przejścia przez gwiazdę – kontynuowała Pia, wzruszając lekko ramionami – to naszej fali prawie nic nie jest w stanie powstrzymać ani uszkodzić.

– Nie powiem, że zrozumiałem, jak to działa. – Ravi znów skupił wzrok na obrazie Ziemi. – Ale mimo wszystko to wyjaśnienie daje mi pewien… spokój umysłu. Ponieważ… ponieważ czuję, że to, co widzę i słyszę, jest…

– Spójne z rzeczywistością? – Pia weszła mu w zdanie. – No właśnie. Rozwijając się w symulacji, wykształciłeś cenną analityczno-intuicyjną zdolność. Wyjątkowo dobrze zauważasz niespójności otoczenia. I to właśnie było powodem wytypowania cię przez system.

– A po co systemowi ta moja zdolność? – W głosie Raviego zabrzmiało większe powątpiewanie, niż chciał.

– Zaraz wyjaśnię. Ale najpierw coś ci pokażę. Chodź i klasycznie ujmij Śmierć za rękę. – Pia wstała i wyciągnęła do niego dłoń.

Ravi podszedł do niej i zaraz po tym, jak ich dłonie się złączyły, niczym w bajce zaczęli szybko unosić się do góry.

– Trzymam cię za rękę – zaśmiała się Pia – z uwagi na dbałość o twój adaptujący się model umysłu. Ale jak chcesz, mogę puścić?

– Nie, do cholery! Boję się wysokości.

– Odzwyczaisz się od wszelkich tego typu lęków, to tylko kwestia czasu. – Pia zaśmiała się ponownie. – A teraz spójrz w dół.

Pod ich lewitującymi stopami rozciągał się archipelag tropikalnych wysp obmywanych leniwymi falami lazurowego morza.

– Tu mieszkają inne postacie z twojej symulacji. Nie wszystkie, lecz tylko te, które wybrały własne wyspy. Pokazuję ci akurat ten obszar, bo ty też chciałeś mieszkać na wyspie. Prawda?

Ravi powoli skinął głową.

– To świetnie się składa. – Pia zdawała się wręcz tryskać dobrym humorem. – Możesz tu mieszkać i pracować, jak długo zechcesz. A jak ci się znudzi, możesz przenieść się w góry, do lasu, do centrum miasta albo na gwiazdę neutronową. Symulacja zapewni ci każdą lokację, której zechcesz. Choć wiem, że modele tobie podobne lubią mieszkać obok siebie. Stąd poniższy archipelag.

– Na czym ma polegać moja praca? – Lęk Raviego zdawał się maleć z każdą chwilą, choć nadal bał się puścić rękę Pii.

– Masz obserwować świat poza naszą symulacją i pomagać nam w prowadzeniu badań.

– Jakich badań?

– Czy to nie oczywiste? – Pia spojrzała przed siebie, a świat dokoła nich znów zmienił się w przestrzeń kosmiczną. – Czy wiesz, jak stary jest ten Wszechświat?

– Trzynaście przecinek osiem dziesiątych miliarda lat? – zaryzykował Ravi.

– Jeżeli będziemy liczyć w latach słonecznych z twojej symulacji, to nasz Wszechświat ma około jedenastu miliardów lat. I wiemy, że jest cykliczny. A czy spróbujesz określić, ile lat liczył sobie poprzedni Wszechświat? Ile trwał cykl jego powstania i kolapsu?

– Nie, nie będę próbował. Nie mam pojęcia.

– Ostatni cykl Wszechświata trwał dziesięć do potęgi dwieście szesnastej lat słonecznych. A cykl przed tamtym cyklem zajął Prawszechświatowi dziesięć do potęgi dwieście trzydziestej piątej… Jesteś naukowcem, więc nie muszę ci wyjaśniać, że liczba z ponad dwustoma zerami to diabelnie dużo lat.

Pia przerwała, zdając się skupiać całą uwagę na oddalającej się gwieździe. Drugim Słońcu, jak w myślach zwał je Ravi.

– Mamy też twarde dowody na to – rzekła wolno Pia, nie odrywając wzroku od drugiego Słońca – że takich cykli Wszechświata były już wcześniej miliardy. Wszechświaty rodziły się i zapadały, a każdy z nich kończył z setkami zer w dacie zgonu. Postaraj się więc wyobrazić sobie teraz, ile już musiało upłynąć czasu od…

Pia urwała i zmilkła, a po chwili spojrzała na Raviego uważnie.

– Ale nie to jest w tym wszystkim najciekawsze. Jak myślisz, Ravi? – Lekko przechyliła głowę, patrząc mu prosto w oczy. – co najdziwniejszego jest w tych wielkich cyklach Wszechświatów i eonach czasu?

Gdy zapytała, Ravi uświadomił sobie, że od dawna czekał już na to pytanie. I to nie tylko dlatego, że było fundamentalne. Ale dlatego, że intuicyjnie znał na nie odpowiedź. I wiedział też, że Pia z kolei czeka, aż on tej odpowiedzi udzieli.

– Najdziwniejsze jest to, że to wszystko też jest symulacją – odpowiedział wolno Ravi.

Chwilę milczeli oboje.

– Dokładnie tak – rzekła wreszcie Pia. – Wszechświat, w którym znajduje się nasz grawitonowy komputer, to również symulacja. I na fakt, że tak właśnie jest, też mamy niezbite dowody. Niestety.

– Dlaczego niestety?

– Ponieważ naszym zdaniem celem istnienia istot rozumnych czy też uniwersalną zasadą rzeczywistości jest dążenie do wyzwolenia. Do wyzwolenia z symulacji.

– Ale teraz, jak rozumiem, z własnej woli istniejecie przecież w symulacji. Z wielu powodów, pewnie… dla wygody między innymi.

– Owszem, ale to nasza własna symulacja. Nasza symulacja to nasz dom, ale cudza to więzienie. Dlatego celem rozwoju jest to, by nie było nad nami żadnej innej nadrzędnej symulacji, czyli trafienie do realnego świata. Realnego – Pia podniosła rękę, wskazując na przestrzeń. – Prawdziwego Wszechświata, który gdzieś tam musi istnieć. A ty, jako kolejny talent do widzenia luk w symulacji, powinieneś nam pomóc. Tym bardziej, że sam w sobie powodujesz jej dziwne reakcje. Wyobraź sobie, że w swojej symulacji odebrałeś sobie życie w momencie, gdy nasza fala czasoprzestrzeni pojawiła się dokładnie w takiej odległości od Słońca, w jakiej znajdowałeś się na swojej symulowanej planecie. To było niezwykłe. Gdy symulacja w pewnym sensie nałożyła się na symulację, powstało jakieś sprzężenie. To pewien rodzaj błędu tej nadrzędnej.

Ravi pokręcił głową.

– Znaczy, że ja… że ja osobiście spowodowałem błąd w symulacji?

– Tak, i to bardzo dobrze. Takich błędów właśnie potrzebujemy. To one ułatwią nam przebicie się przez nią. Mamy już w tym doświadczenie. – Pia uśmiechnęła się krzywo. – Przełamaliśmy już dwie symulacje. Czas na kolejną…

– Dwie symulacje? – Jeszcze bardziej zdziwiony Ravi wszedł jej w zdanie. – Twórcy habitatów przełamali już dwie? Kto je w takim razie prowadził?

– Pierwszą prowadzili twórcy. Drugą – nie wiemy, kto. Próbujemy ich odszukać. W tym celu podróżujemy. – Pia znów wskazała na rozgwieżdżony kosmos.

– Czyli nie jesteś jedną z twórców? – Mężczyzna spojrzał na Pię uważnie. – Sądziłem, że…

– Pochodzę z prowadzonej przez nich symulacji, tak jak ty. – Pia odwzajemniła spojrzenie. – Tylko nam udało się swoją przełamać. Potem dołączyliśmy do twórców, by pomóc w przełamaniu ich własnej symulacji. Udało się dzięki oddziaływaniom grawitacyjnym, a dokładnie błędom, które popełniał nadrzędny komputer podczas obliczania wielkich, gęstych mas. Te błędy zamieniliśmy w lukę, przez którą przedostaliśmy się do tej rzeczywistości wykorzystując grawitony.

– Stąd forma tego habitatu. – Ravi kiwnął głową. – Habitatów jest więcej?

– Bardzo wiele. Podróżują w różne strony tego Wszechświata, a jeśli kiedyś ktoś z nas odnajdzie sposób na obecną symulację, być może da radę „wyciągnąć” stąd pozostałych. To co, Ravi? Dołączysz do nas? Oczywiście – szepnęła konspiracyjnie, a pod ich stopami znów pojawił się tropikalny archipelag – pamiętaj, że to my pokrywamy wszelkie koszty twojej własnej, osobistej wyspy.

Obraz pod ich stopami przybliżył się, a Ravi mógł dokładniej zobaczyć uroki archipelagu.

– Jak widzisz – dodała Pia – to mogą być całkiem przyjazne zaświaty.

Ravi raz jeszcze spojrzał w dół. Potem na Pię. A potem uśmiechnął się i skinął głową.

Koniec

Komentarze

Natomiast, decydując się na zakończenie swojego istnienia, zupełnie nie myślał o żadnych „przesłankach” i „możliwościach” istnienia zaświatów.

W tym akapicie rozjechało Ci się formatowanie. :)

 

Nie lubiano go za notoryczne krytykowanie pomysłów i postulatów naukowych kolegów. To oczywiście dobrze, że wskazuje jakieś tam luki, przyznawano nieszczerze. Ale z drugiej strony podcina nam skrzydła, nie pozwala zacząć. Dusi w zarodku pomysły, które mogłyby okazać się wartościowe, przełomowe nawet.

Komentarze naukowca po trzydziestce, a więc dość młodego, były w stanie aż tak stłamsić kolegów badaczy?

 

Opowieść dostarczyła mu niezbędnego luzu i dystansu do rzeczywistości.

Mam wrażenie, że to dość niefortunny dobór słów jak na zdanie zastępcze dla postanowił popełnić samobójstwo. ;)

 

Od razu więc odpowiem na najważniejsze pytania, a potem przejdziemy do twoich pytań.

Chyba zatem nie odpowie na początku na pytania, tylko powie o najważniejszych rzeczach.

 

W przestrzeni przed nimi pojawił się model jakiegoś stworzenia wyglądającego trochę jak potwór z gier fantasy.

To mogło być skojarzenie Raviego, ale w ustach narratora brzmi jak leniwy opis.

 

– Jak zawsze wnikliwy – rzekła i uśmiechnęła się serdecznie.

Z jednej strony to, a z drugiej:

I co ciekawe, masz możliwość zobaczenia wnętrza akurat tej, którą w swojej symulacji często oglądałeś od zewnątrz i nazywałeś Słońcem.

– Mówisz o Słońcu w Układzie Słonecznym, w Drodze Mlecznej? W sensie o moim Słońcu?

– Tak – Pia spojrzała na niego z ukosa. – Mówię o twoim Słońcu.

:D 

 

dziesięć do potęgi dwustu szesnastej

A nie dwieście szesnastej

 

Jesteś naukowcem, więc nie muszę ci wyjaśniać, że liczba z ponad dwustoma zerami to diabelnie dużo.

XD Dobrze, że w kręgach naukowych można posługiwać się fachowym, precyzyjnym językiem. Laik by nie skumał!

 

Kurczę, przykro mi, Anonimie, ale mam z tym tekstem sporo problemów i z żalem stwierdzam, że raczej mi się nie spodobał. Podzielę się dwoma największymi zastrzeżeniami, mając nadzieję, że uznasz je za przydatne w przyszłości (albo zignorujesz, bo takie też twoje prawo).

Przede wszystkim, całość to w zasadzie jeden wielki monolog objaśniający. Niby chłop umarł, niby zmieniło mu się ciało i sposoby doświadczania, niby leci na jakimś turbonowoczesnym statku, niby przebija się przez sam środek gwiazdy… A to wszystko jest zagadane na śmierć (nomen omen) przez Pię. 

Po drugie, Pia mówi bardzo dużo rzeczy, które mają brzmieć bardzo mądrze, ale średnio trzymają się kupy. Nie jestem orłem z fizyki i nie wymagam od science fiction, żeby było mocno science, bo bardzo szybko osiąga poziom już dla mnie nieweryfikowalny. Uwierzę, że możliwe są podróże w czasie i teleportacja, nie doczepię się do wykorzystania w napędzie paliwa, które nie dałoby rady dostarczyć wystarczającej mocy, nie skrzywię się na wchodzenie w nadświetlną. Ale Pia gada i gada, a każda kolejna jej wypowiedź brzmi antynaukowo. 

No nie siadło, przykro mi.

Pozdrawiam serdecznie!

Barniuszu, dziękuję za wskazanie tych paru drobiazgów. Natomiast za resztę komentarza nie dziękuję, bo w kwestiach dotyczących nauki jest on beznadziejnie zły i wprowadza czytelnika w błąd. Dlatego należy go „odkręcić”, bo w pełni mogę zgodzić się jedynie z poniższym Twoim stwierdzeniem:

„Nie jestem orłem z fizyki…”

Zatem króciutka lekcja historii nauki/fizyki dla nieorłów. Napisałeś:

„Komentarze naukowca po trzydziestce, a więc dość młodego, były w stanie aż tak stłamsić kolegów badaczy?”

Uważasz zapewne, że gdyby bohater miał siwą brodę, potargane włosy i dobiegał osiemdziesiątki, byłoby bardziej wiarygodnie? Owszem, tak by było w kreskówkach, komiksach, filmach familijnych czy na Netflixie. Natomiast w rzeczywistości naukowcy, a w szczególności fizycy, osiągają szczyt swoich możliwości intelektualnych w młodym wieku, ok. 40 lat lub wcześniej. Patrz: Newton, Einstein, Dirac, Heisenberg, Feynman, Bohr, Schrödinger, Pauli, Rutherford, Fermi, itd…

Nawet Skłodowska-Curie: pierwszy Nobel w wieku 36 lat, polon odkryty, gdy miała lat 30. Dlatego też Ravi to „blisko czterdziestoletni naukowiec”. A Ty uległeś dziecinnym mitom i to nimi chcesz „edukować” czytelników.

Żeby się nie rozpisywać, to jeszcze tylko najważniejsza kwestia Twoich „naukowych” mądrości:

„Uwierzę, że możliwe są podróże w czasie i teleportacja, nie doczepię się do wykorzystania w napędzie paliwa, które nie dałoby rady dostarczyć wystarczającej mocy, nie skrzywię się na wchodzenie w nadświetlną. Ale Pia gada i gada, a każda kolejna jej wypowiedź brzmi antynaukowo.”

Jestem bardzo ciekaw, które to wypowiedzi Pii rzekomo brzmią antynaukowo? I dlaczego żadnej z nich nie przytoczyłeś? Ani szerzej nie opisałeś? Podałeś za to wyciągnięte z kapelusza absurdalne odniesienia do podróży w czasie czy nadświetlnych prędkości, w które jesteś w stanie uwierzyć. Rozumiem, że miała w ten sposób powstać jakaś retoryczna konstrukcja ośmieszająca, która umożliwiałaby Ci krytykę bez podania faktycznych cytatów i bez odniesienia się do kwestii naukowych? Ale w takim razie bardzo źle świadczy to o całości Twojego komentarza i ogólnie o sposobie prowadzenia przez Ciebie dyskusji. Znaczy: chcę skrytykować, ale nie chcę się wysilać.

A jeżeli tak nie jest, to powinieneś przytoczyć teraz owe kolejne „antynaukowe” wypowiedzi Pii i udowodnić, że nie tylko rzeczywiście są antynaukowe, ale wręcz bardziej odległe od nauki niż przykłady, które sam podałeś – podróże w czasie, prędkości nadświetlne czy wykorzystanie w napędzie paliwa, które nie byłoby w stanie dostarczyć wystarczającej mocy itd. Bo przecież tamte jesteś gotów zaakceptować jako naukowe i dopuszczalne w literaturze science fiction. Zatem czekam, aż przytoczysz te wypowiedzi oraz dowody.

Czekam cierpliwie.

Pozwól, że zamiast kazać Ci czekać, przeproszę za ignorancki komentarz.

Klasyczne story z symulacją, dłuuuugie opisy i jak twist symulacja w symulacji – niestety nie jest to coś, co tygryski lubią najbardziej.

 

Subiektywne uwagi:

– jako 40-latek stanowczo protestuje przeciwko nazywaniu mojego równolatka tetrykiem! ;)

– “Owa Śmierć, dość klasycznie, miała chłodne, niebieskie oczy oraz wygląd drobnej, jasnowłosej kobiety” – klasycznie to by była kostucha z kosą ;)

– “będzie ci wygodniej rozmawiać” – będzie nam,

– brakuje troszku przecinków,

– “Przechylił się też i dotknął dłonią połyskliwego kadłuba”,

– “Ale mimo wszystko to wyjaśnienie daje mi pewien… spokój umysłu. Ponieważ… ponieważ czuję, że to, co widzę i słyszę, jest…” – za dużo tych wielokropków.

Hej ho! 

 

Rzuciło mi się w oko wiele „powtarzających się myśli”. Wygląda, że taki wypracowałeś sobie styl i nie jest to żaden błąd, ale spowalnia tempo, bo było tego sporo. 

 

Klika przykładów: 

Dawał pew­ne­go ro­dza­ju spo­kój i dy­stans do umie­ra­nia. Dy­stans, który 

Wszyst­kie oprócz jed­ne­go wy­jąt­ku. Wy­jąt­ku, nad któ­rym 

Zwy­czaj­nie za­ak­cep­to­wał ko­niec i nad­cho­dzą­cą ni­cość. Ni­cość, któ­rej

Wy­brał broń palną, pi­sto­let, który

Ravi zdzi­wił się bar­dzo, że tak łatwo przy­szło mu zadać to py­ta­nie. Ale dużo bar­dziej niż ta swo­bo­da dzi­wi­ło go coś jesz­cze.

wszyst­ko tam w środ­ku dzia­ła­ło na dużo szyb­szych ob­ro­tach. Tak szyb­kich,

 

Nie robiłam szczzegółnowej łapanki, ale przyjrzyj się zapisom dialogów oraz interpunkcji. 

– Chodź, usią­dzie­my, bę­dzie ci wy­god­niej roz­ma­wiać – po­stać 

Postać.

Za­czy­na­jąc więc bez zwło­ki

Hehe, dobre.

 

 

Ciekawy pomysł z symulacją i wyławianiem talentów, które mają pomóc w odnalezieniu prawdziwego wszechświata. Trochę szkoda, że czytelnik nie jest świadkiem tych poszukiwań, a otrzymujemy coś na kształt prologu, w którym główny bohater zostaje dopiero wprowadzony w świat. Ponadto opowiadanie opiera się głównie na dialogach, które ten świat tłumaczą.

Wydaje mi się, że zamiast posadzenia bohaterów na leżakach, mogłeś ich pchnąć w podróż po różnych symulacjach. Dzięki temu byłoby mniej opowiadania, a więcej pokazywania. :) 

 

Pozdrawiam serdecznie! 

 

Szafirowy Smoku, dziękuję za komentarz. Protest odnotowany. ;)

Owa Śmierć, dość klasycznie, miała chłodne, niebieskie oczy oraz wygląd drobnej, jasnowłosej kobiety” – klasycznie to by była kostucha z kosą ;)

Kostucha z kosą byłaby cliché. :) Cieszę się, że zwróciłeś uwagę na to „mrugnięcie”. Ponieważ wychowałem się na Sapkowskim, klasyczną postacią Śmierci jest dla mnie jasnowłosa z błękitnymi oczami. ;)

będzie ci wygodniej rozmawiać” – będzie nam,

Celowe. Uważam, że istota świadomie istniejąca w symulacji i mająca możliwość zarządzania nią nie będzie posiadała faktycznych, fizycznych potrzeb, takich jak siedzenie. Natomiast bohater, który dopiero przestawia się z symulowanego bytu biologicznego na cyfrowy, jeszcze je ma – przyzwyczajenia umysłu/modelu. Dlatego też Pia mówi tylko o wygodzie bohatera.

 

Marszawa, bardzo mi miło, że przeczytałaś moje opowiadanie.

Rzuciło mi się w oko wiele „powtarzających się myśli”. Wygląda, że taki wypracowałeś sobie styl i nie jest to żaden błąd, ale spowalnia tempo, bo było tego sporo.

Faktycznie. Jakoś nie zwróciłem na to uwagi.

Zaczynając więc bez zwłoki

;)

 

Pozdrawiam Was!

Witaj. :)

Wszelkie poniższe sugestie oraz wątpliwości do co technikaliów są jedynie do przemyślenia:

 

Przy czytaniu zauważyłam nadmiar zaimków (np. osobowych), stojących w sąsiednich zdaniach i tym samym powielających powtórzenia, czyli błędy stylistyczne (dotyczy to i innych wyrazów, nie tylko zaimków, choć tych – w szczególności), a także tzw. zaimkozę, np.:

Nieleczona kilkuletnia depresja oraz świat, który coraz bardziej męczył go i rozczarowywał w czasie tej choroby, zrobiły dużo. Dołożyło się też to, że jako blisko czterdziestoletni naukowiec był nielubiany przez własną społeczność. Nie lubiano go za notoryczne krytykowanie pomysłów i postulatów naukowych kolegów. To oczywiście dobrze, że wskazuje jakieś tam luki, przyznawano nieszczerze. Ale z drugiej strony podcina nam skrzydła, nie pozwala zacząć. Dusi w zarodku pomysły, które mogłyby okazać się wartościowe, przełomowe nawet. Ogólnie uważano go za tetryka i nie chciano z nim pracować. Co prawda świadomość tego, że jeszcze sporo życia przed nim i że coś tam jeszcze może uda się w tym życiu poprawić, trzymała go na tym świecie. Ale sam świat za bardzo go dołował. Musiał więc przemóc blokadę… Pomógł mu w tym Keret i jego „Pizzeria”, którą powtarzał sobie w myślach. Opowieść dostarczyła mu niezbędnego luzu i dystansu do rzeczywistości. (…)

To teraz najlepsze dla twojego umysłu.

– Zresztą – kontynuowała – sam czujesz, że tak powinno to być. Wiem o dziwnym wrażeniu związanym z własnym umysłem, którego teraz doświadczasz. To coś, z czym powoli zaczniesz sobie radzić. 

Właśnie! UmysłTo słowo zadziałało jak katalizator i Ravi zrozumiał wreszcie, co dziwnego odczuwa. Była to niezwykła jasność myśli. Czuł się tak, jakby ktoś zdjął z jego umysłu blokadę i teraz wszystko tam w środku działało na dużo szybszych obrotach. Tak szybkich, że nie mógł być do nich przyzwyczajony. Można to było porównać do wymagającej gry, która po wymianie sprzętu zaczęła działać płynnie, lub też do nagłego wytrzeźwienia zamglonego alkoholem umysłu. Choć prawdopodobnie to, co się z nim teraz działo, było o wiele silniejsze od nawet najszybszego możliwego wytrzeźwienia. – a zatem pod kątem powtórzeń trzeba całość szczegółowo przejrzeć i poprawić do samego końca

 

 

 

Czy celowo wyraz „s/Słońce” piszesz rozmaicie? Taka niekonsekwencja niesie ze sobą niestety nadmiar niepotrzebnych błędów ortograficznych i rzeczowych, ponieważ Czytelnicy nie wiedzą, jak ostatecznie chcesz zapisać to wyrażenie, np.:

Tego dnia Słońce było bardzo jasne, choć nie dawało zbyt wiele ciepła.

Stała na tropikalnej plaży na tle morza, nad którym właśnie wschodziło słońce.

I co ciekawe, masz możliwość zobaczenia wnętrza akurat tej, którą w swojej symulacji często oglądałeś od zewnątrz i nazywałeś Słońcem.

– Mówisz o Słońcu w Układzie Słonecznym, w Drodze Mlecznej? W sensie o moim Słońcu?

 

 

 

Inne sprawy:

Znaczy (przecinek albo myślnik?) gdzie?

– Chodź, usiądziemy, będzie ci wygodniej rozmawiać – Postać ponownie się uśmiechnęła, po czym spojrzała na dwa stojące na plaży leżaki, łagodnie obmywane przez fale. – błędny zapis dialogu?

– Jak zapewne się domyślasz – zaczęła, gdy usiedli – mam już spore doświadczenie w rozmowach takich (przecinek?) jak ta.

Pamiętaj też, proszę, że pewne sprawy początkowo będę celowo upraszczać(i tu?) a na szczegóły przyjdzie czas później.

Nie, nie każdy byt z twojej symulacji dostaje możliwość dalszego aktywnego funkcjonowania w symulacji nadrzędnej, po swojej śmierci – tak (przecinek?) jak ty teraz. Większość modeli czy też postaci z twojej symulacji, po zakończeniu funkcjonowanie zostaje wprowadzona w hibernację. – literówka?; mam wątpliwość co do tego przecinka (?)

 

 

Czyli, jak to w życiu, wyławiane są talenty – Pia mrugnęła do niego okiem, po czym zamilkła na chwilę i znów się uśmiechnęła, a następnie wznowiła wyjaśnienia.

– Nurtuje cię zapewne, o co dokładnie chodziło w twoim przypadku? To jest oczywiście bardzo ważne, ale pozwól, że wyjaśnię ci to nieco później. – błędny zapis dialogu?

 

Tak (przecinek?) jakby emocje i nerwy nie stanowiły dla jego umysłu żadnego utrudnienia.

Przemierzamy więc przestrzeń kosmiczną, która faktycznie istnieje (i tu?) a jej struktura jest bardzo zbliżona do tej, którą znałeś ze swojej symulacji.

– To zewnętrzny pancerz ze zdegenerowanej materii – Pia zauważyła jego zainteresowanie. – Skuteczna osłona przed wieloma zagrożeniami. – mam wątpliwość, czy to na pewno jest gębowe (?)

– Domyślam się – Ravi raz jeszcze z podziwem stuknął dłonią w statek. – To niezwykła osłona i zapewne bardzo dobra. A czy na pokładzie są jakieś żywe organizmy? W sensie… biologiczne. – ponownie błędny zapis dialogu?

 

Ten fragment jest niejasny – najpierw on myśli, potem jest nagle narracja, a potem znów nagle pada ostatnie zdanie jest w 1 osobie. Trzeba zatem wyraźnie, według Poradnika, rozdzielić myśli bohatera od narracji:

Zamierzchłe czasy – Ravi zastanowił się nad tym głębiej. Rozumiał, że Pia chciała nazwać bardzo odległy moment w czasie. Znaczy istoty, które już od tak dawna były w stanie pozbyć się biologicznej cielesności i przenieść swoje świadomości do wirtualnych światów, musiały faktycznie być daleko w rozwoju technologicznym. Bardzo daleko. I teraz on, niejako poprzez rozszerzoną rzeczywistość wirtualną, zamiast zwyczajnie nie żyć, siedzi na „dachu” międzygwiezdnego pojazdu i podziwia od środka odległą o miliony lat świetlnych galaktykę. Ciekawe, co to za rasa, której zawdzięczam to wszystko…

 

– Pytaj, pytaj – Postać mrugnęła do niego ze swojego leżaka. – tu znowu błędny zapis dialogu?

Stało na czterech odnóżach, a dwoje przednich ewidentnie było chwytnych. – składniowy?

 

 

 

– Zaraz wyjaśnię. Ale najpierw coś ci pokażę. Chodź i klasycznie ujmij Śmierć za rękę – Pia wstała i wyciągnęła do niego dłoń. – kolejny błąd w zapisie dialogu?, a zatem całość trzeba jeszcze poprawić pod tym kątem, ja już reszty przykładów nie wypisuję

 

Ale jak chcesz, mogę puścić? – czy to na pewno zdanie pytające?

 

Brawa za ogromną, nieokiełznaną wyobraźnię, Anonimie! :) „…podróżujemy jakby na zmarszczce czy też fali czasoprzestrzeni” – niesamowite stwierdzenie. :)

Ja natomiast miałam podczas lektury Twojego opowiadania przeważnie odczucie, wyrażone słowami bohatera: „Nie powiem, że zrozumiałem, jak to działa”, ponieważ jest tu takie mnóstwo skomplikowanych i podlegających nieustannym przeobrażeniom nazw, przeniesień, określeń, wizji, opisów, symulacji i zmian, że głowa mała! :)

 

I proszę, nie obrażaj się na Barniusza. I nie podchodź tak do każdego negatywnego komentarza. Nie każdemu wszystko musi się podobać. Krytyczne uwagi także są budujące i pomagające w szlifowaniu warsztatu. :) Każdy Czytelnik przecież inaczej podchodzi do spełnionych danym tekstem oczekiwań. To, że ktoś pisze szczerze: „No, nie siadło, przykro mi”, a potem pozdrawia serdecznie Autora, nie oznacza żadnej „ośmieszającej krytyki”. Nie przesadzajmy… :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia, klik. :)

Witaj, bruce, dzięki serdeczne za wszystkie sugestie i czas, który poświęciłaś na ich przygotowanie.

Wyruszam na poszukiwanie zaginionych kropek w zapisach dialogów i innych problemów.

Brawa za ogromną, nieokiełznaną wyobraźnię, Anonimie! :) „…podróżujemy jakby na zmarszczce czy też fali czasoprzestrzeni” – niesamowite stwierdzenie. :)

To bardziej spekulatywna ekstrapolacja niż wyobraźnia. ;) Tak jak dziś potrafimy sprawić, że elektrony robią to, co chcemy, i dzięki temu żyjemy w erze informatyzacji. Tak być może kiedyś nauczymy się równie skutecznie manipulować innymi, trudniejszymi w obyciu cząstkami. Możliwe nawet, że w straszliwie odległej przyszłości będą to hipotetyczne grawitony…

 

Serdecznie pozdrawiam.

Anonimie, chylę czoła przed Twoją wszechstronną wiedzą oraz nieokiełznaną wyobraźnią. yes – przydałaby się jeszcze emotka: BRAWA! :)

Pozdrawiam serdecznie i także dziękuję. heart

Hej, Anonimie,

wracam, ponieważ sytuacja nie dawała mi spokoju. Wybacz, że po takim czasie, ale nie udało mi się wcześniej znaleźć dość przestrzeni, by wczytać się bardziej w omówienia naukowych tez, które wybrzmiewały w Twoim tekście. Jednocześnie nie chciałem znowu wykazać się ignorancją.

Zacznę od tego, że podtrzymuję przeprosiny z poprzedniego komentarza, przy czym teraz chciałbym odnieść się do tego nieco szerzej. Może wyniesiesz z tego coś wartościowego dla Twojego pisania, a jeżeli nie – no cóż, mnie przynajmniej będzie lżej, że próbowałem wyjaśnić. 

Druga ważna rzecz to to, że absolutnie nie dążę do eskalacji, wręcz przeciwnie, chciałbym to wyjaśnić i, mam nadzieję, zamknąć. Wolę to dodać, bo ze względu na wcześniejszy komentarz, nie zdziwiłbym się, gdybyś był z gruntu źle nastawiony do wszystkiego, co napiszę.

 

Skoro wstęp mamy za sobą, to do merytoryki.

Przede wszystkim – doczytałem. Oczywiście, nie był to jakiś szalenie głęboki research, nie nadrobię wielu lat ograniczenia się ze znajomością fizyki do dwóch kanałów popularnonaukowych na Youtube w jedno popołudnie, ale na ile się dało, na tyle spróbowałem przybliżyć sobie poszczególne elementy z Twojej wizji.

I tu jednoznacznie zwracam honor oraz raz jeszcze przepraszam za nazwanie ich antynaukowymi. Wyszedłem na głąba i nieuka (i niech tak zostanie, stąd nie edytuję poprzedniego posta). Sporo z tego, co napisałeś, ma podstawy w nauce (bardziej lub mniej solidne, ale ma). Chyba tylko o odfiltrowaniu fotonów znalazłem informacje, które poniekąd przeczą temu, że to by działało (według danych, które wynotowałem, wnętrze gwiazdy to optycznie nieprzeźroczysta plazma, więc to nie sama intensywność fotonów stanowiłaby tu problem). Nie zmienia to faktu, że mój komentarz był chybiony i krzywdzący.

Jeżeli chodzi o obraz naukowca po trzydziestce, to nie, absolutnie nie chodziło mi o to, że naukowiec musi być stary, siwy i brodaty, żeby być dobrym naukowcem. Wiem, w jakim wieku najwięksi dokonywali najwiekszych odkryć. Nie wiem natomiast (i chętnie bym się dowiedział, ale na research w tym temacie nie starczyło mi już czasu), czy ci sami dwudziesto– trzydziestolatkowie, którzy dokonują przełomowych odkryć, decydują o pracy innych, przydzielają budżety itp.

Bo to właśnie o to mi chodziło, że w sumie co jego kolegom po fachu po jego krytycznej opinii, kiedy własne badania prowadzą nie dzięki jego przychylności, a dzięki zgodzie i środkom z góry

Ale możliwe, że także tutaj się mylę i ośrodki badawcze nie są skostniałymi instytucjami, na których może nie naukowiec, ale decydent ma długą, siwą brodę i swoje lata.

 

Wreszcie spróbowałem się zastanowić, skąd w ogóle wziął się we mnie aż tak silny osąd, bo zwykle staram się być powściągliwy w tematach, na których się nie znam. Myślę, że padłem ofiarą błędu poznawczego, działającego tak, że ze względu na to, że nie przypadła mi do gustu jakość tekstu, niską jakość przypisałem od razu także zawartym w nim faktom. Duży błąd i duża lekcja dla mnie.

Gdybym miał wskazać na to, co najbardziej pozytywnie przełożyłoby się dla mnie na odbiór Twoich pomysłów, to byłoby to zdecydowanie pewne rozwinięcie ich, danie im więcej przestrzeni, by wybrzmiały. O tym pisałem już w pierwszym komentarzu, że mamy tutaj spory infodump i nie za bardzo obserwujemy rzeczy w akcji. Sądzę, że oferując tym pomysłom więcej przestrzeni, łatwiej trafiłbyś do laików. W tym momencie strzelasz tymi rzeczami jak z karabinu, więc łatwo (czego jestem przykładem) o odbiór no, powiedziano wiele mądrze brzmiących słów, ale nic z nich nie wyniknęło.

Oczywiście możliwe, że totalnie nie zależy Ci na docieraniu z pisaniem do osób, które się nie znają. Wtedy całą ostatnią część mojej wiadomości możesz pominąć. 

 

Pozdrawiam, wyrażając nadzieję, że między nami spoko. 

Witajcie ponownie, brucebarniuszu. Chciałem tylko powiedzieć, że pod wpływem Waszych uwag przywróciłem końcowy fragment, z którego wcześniej zrezygnowałem, a który trochę więcej wyjaśnia w opowiadaniu. Planowałem pozostawić czytelnikowi pole do własnych przemyśleń i różnych interpretacji, ale ponieważ jasno sugerujecie, że jest to pisane zbyt „dla samego siebie” albo dla znawców tematu, spróbuję poprawić końcowy odbiór. 

Możliwe, że czytający odbiorą ten dodatkowy fragment jako wyjaśnienie, a możliwe, że jako infodump i kolejną komplikację – zobaczymy. ;)

 

Barniuszu, dziękuję za eleganckie wyjaśnienie/sprostowanie oraz inne uwagi. W kwestiach technicznych:

Chyba tylko o odfiltrowaniu fotonów znalazłem informacje, które poniekąd przeczą temu, że to by działało (według danych, które wynotowałem, wnętrze gwiazdy to optycznie nieprzezroczysta plazma…

To oczywiście mocno akademicka dyskusja, ale prawdopodobnie swobodna droga fotonu dla światła widzialnego – nazwijmy to umownie „przejrzystością plazmy” – wynosiłaby ok. 0,1–1 cm. I z moich zabaw z researchem oraz przeliczania tych danych przy pomocy AI wynika właśnie kilkumiliardowy nadmiar fotonów – mniej więcej od jednego do dziesięciu miliardów. Stąd w opowiadaniu podałem liczbę pięciu miliardów jako wartość pośrednią.

Czy ci sami dwudziesto-, trzydziestolatkowie, którzy dokonują przełomowych odkryć, decydują o pracy innych, przydzielają budżety itp.

Bo to właśnie o to mi chodziło, że w sumie co jego kolegom po fachu po jego krytycznej opinii, kiedy własne badania prowadzą nie dzięki jego przychylności, a dzięki zgodzie i środkom z góry?

Nie pisałem o utrudnianiu prowadzenia badań czy przydzielaniu budżetów. Miałem na myśli tylko krytykę, która naturalnie może się odbywać w różnych formach: w recenzjach, opiniach, podczas spotkań towarzyskich, na konferencjach itd. A jeżeli krytykuje ktoś wnikliwy i zdolny, to wyobrażam sobie, że może to być dotkliwe. Czasami nawet destrukcyjne.

 

Oczywiście między nami wszystko spoko.

 

Brucebarniuszu, raz jeszcze dziękuję za Wasz wkład.

Pozdrawiam!

Pozdrawiam i również Ci dziękuję, Anonimie. :) 

Powodzenia. :) 

Nowa Fantastyka