Witajcie! Chciałbym przedstawić moje pierwsze opowiadanie publikowane na tym forum. Mam nadzieję, że przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom szeroko rozumianej grozy.
Witajcie! Chciałbym przedstawić moje pierwsze opowiadanie publikowane na tym forum. Mam nadzieję, że przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom szeroko rozumianej grozy.
Skąd ja się tu w ogóle wziąłem?
Z jakiegoś powodu wiem, że jest marzec. Jest marzec i chociaż śnieg topnieje, a świat się budzi, tu w górach wciąż trwają ostatnie chwile zimy. Poprawiam spodnie, za duże o rozmiar. Albo dwa. I patrzę. Na południu – skorupa jeziora. Na północy – świerkowy las. Na zachodzie – pagórek. Ze wschodu przychodzę ja.
Dręczyła mnie nuda, to na pewno. Nuda, dzień w dzień, na jednym miejscu, bez zmian. Już tam dobrze wiecie, co to za rodzaj nudy. Chciałem się wyrwać, wybiegać, tęskniłem za przygodą. Aż w końcu zwęszyłem okazję. Nie było co się zastanawiać. Ubrałem, co miałem, do plecaka cisnąłem tylko to, co trzeba. I trafiłem na podhalańskie odludzie. Czyli tu.
W cieniu pagórka stoi chata, w której przyjdzie mi spędzić kilka następnych dni. Parterowa, po mojemu ma nawiązywać do stylu zakopiańskiego. Dla znawcy kicz, a dla mnie w sam raz. Babinka, która mi ją wynajęła, liczy za nocleg tyle, co nic, a zapewnia i prowiant, i światło, i nawet ciepłą wodę. Jak ona sobie podłączyła to wszystko na takim zadupiu?
Klucze czekają pod wycieraczką. Myślę sobie, czy to nie kuszenie licha, tak po prostu zostawić klucze pod wycieraczką? A z drugiej strony, kto miałby się tu włamać?
Zamek szczęka, drzwi skrzypią, przechodzę przez próg, a tam… nie zrozumcie mnie źle, chata jak chata, wcale przytulna. Ma salon z kominkiem, aneks, łazienkę, sypialnię. Wszystko jak obiecane.
Po prostu myślałem, że będę tu sam. Już wiem, że nie będę. Gapią się na mnie trupy.
Jak salon długi i szeroki, na ścianach wiszą trofea z zabitych. Sarny, łosie, niedźwiedzie, jastrzębie, szczupaki. A nawet żmije w formalinach. Zwierzęta wypchane, zwierzęce szkielety. Wiszą tak sobie bez ładu i składu. Sokół przy pstrągu, a łoś przy zaskrońcu. A pośród zwierząt wisi trójka ludzi.
To znaczy: na zdjęciu, w oprawce, na kominku. Chłopiec, najwyżej dziesięć lat. Matka, jak chora, przybita i zmęczona. Ojciec, tak wysoki, że w przy rodzinie wydaje się gigantem.
Co tu jeszcze? Ach tak, miałem zadzwonić. Kazała mi dzwonić, gdy będę na miejscu. Przy wejściu, na półce, stoi staromodny, stacjonarny telefon. A przy nim kartka z numerem. To do niej. Więc dzwonię. Nie czekam nawet i trzech sygnałów, aż odbiera. Nie gadamy za długo, bo o czym tu gadać? Jestem, więc mówię, że jestem.
– Zjedz sobie, dziecko, zjedz – mówi głosem babci pilnującej, by wnuk niczego nie zostawił na talerzu. Wcale nie z troski, ale z poczucia dumy. Spróbowałbym nie zjeść. – Musisz się najeść. A potem sobie pobiegaj, rozprostuj nogi, piękny dzień ma być – dodaje i rozłącza się, jakby nigdy nic.
Zresztą ma rację. Kiedy ja ostatnio jadłem? Nie pamiętam, wiem tylko, że umieram z głodu.
W lodówce roi się od zapasów, słoików z zakonserwowanym mięsem. Przydadzą się sztućce. Ciągnę za szufladę kuchennej szafki i już mam całkiem niezły widelec. Otwieram słoik. Opróżniam go zanim zdążę się nacieszyć zapachem.
Prawie od razu pochłaniam drugi. Dopiero przy trzecim coś sobie uświadamiam. Chodzi o smak. Poznaję go, nieziemski, ale z jakiejś przyczyny nie umiem powiedzieć, kto dokładnie spoczywa w słoikach. Ciekawa zagadka. Więc wyjadam sobie ten trzeci słoik, przechadzam się od trofeum do trofeum i prowadzę śledztwo, zagaduję moich nowych towarzyszy.
Czy to ty jesteś w słoiku, piękna sarno?
A może ty, potężny niedźwiedziu?
Na pewno nie ty, obły sumie. Cokolwiek tam trafiło, nie miało skrzeli.
Towarzystwo nie pali się do współpracy. Żaden z kolejnych siedmiu słoików nie przybliżył mnie do rozwiązania zagadki. Śledztwo utknęło w toku. Na razie.
Nie martwi mnie to szczególnie. Co się odwlecze, to nie uciecze. Ważne, że wróciły mi siły. Pora się przejść obejrzeć okolicę.
Prawie wybiegam na zewnątrz, trzaskam za sobą drzwiami. I widzę, że tutaj też nie jestem sam.
Na tle świerków majaczy szara, czworonożna sylwetka. Wytężam wzrok. Nie przywidziało mi się. Wilk też mi się przygląda, jak nowemu sąsiadowi. Takiemu, co do którego nie ma jeszcze pewności, czy warto mu się będzie kłaniać.
Wilków samotników nie ma, chyba że w bajkach. Jest jeden, gdzieś musi być i reszta stada. I tak się nie boję. Wilki nie atakują ludzi. Z reguły. A nawet jeśli ten będzie zdesperowany, mam gdzie się schronić, mam chatę.
Ale wilk nie jest zdesperowany. Unosi tylko łeb, węszy za czymś, aż nagle podkula ogon i zawraca w las.
Dobry wybór, stary. Po co sobie włazić w drogę?
I przychodzi mi myśl. Nawet nie myśl, tylko… jakby coś szepnęło wewnątrz mnie.
Ucieka, więc się boi. Co to za drapieżnik, który się boi? Ale ja się nie boję, więc to ja muszę być…
Co robi drapieżnik, gdy ktoś ucieka? Ściga. Dopada. Zagryza.
Więc za nim, ku świerkom!
Śniegu tu wciąż nie brakuje. Łatwo złapać trop. A choćby i nie zostawiał śladów, ja czuję jego sierść. Tak mocno, jakbym się w niego wtulał. Będę się jeszcze wtulał w tę sierść. Oprawię ją, gdy już mu skręcę kark. Oprawię ją i będę tak chodził po lesie, dumny.
Pędzę, aż las wokół rzednie. Widzę jakiś kształt, tam, za najbliższym drzewem. Mój łup! Jestem gotów! Skaczę raz jeszcze.
Wilka nie ma. To nie jego dostrzegłem. To był kontur starych zgliszczy. Jestem na polanie. Na niej, w półkolu, zmurszałe domy. Wokół nich, w centrum, zwęglone ruiny. Jak czarne żebra z rozdartej klatki piersiowej.
A w zgliszczach stoi to.
Jak ja to w ogóle mogę nazwać? Bałwanem? Ale to niczym nie przypomina krągłego jegomościa, którego mogłaby ulepić gromada szczeniaków. No chyba, że szczeniaki miałyby drabinę, zapał i groteskową wyobraźnię. Figura mierzy może i trzy metry wzrostu. Tak jest szeroka, że potrzebowałbym jeszcze jednego czy dwóch takich jak ja, żebyśmy dali radę ją objąć. Stoi niezgrabna, klockowata, z kulistym łbem na szczycie i dwiema wydatnymi bryłami, które mają chyba sugerować, że to postać żeńska. Nie ma nosa z marchewki, miotły przy boku, szalika, kapelusza czy choćby i zużytego rondla. Ma usta. Ale jakie to są usta! Na całą szerokość łba biegnie parodia uzębienia w postaci nieregularnych rzędów z węgielków, igliwia i ułamanych patyków.
Nieswojo mi jakoś, jakbym opadł z sił. Szczerzy się to prosto na mnie. To i ja się w końcu szczerzę.
Warczę raz, drugi, trzeci i już tak robi się lżej. Mniej się boję. Myśl mnie teraz bierze, żeby jej zrobić zdjęcie. Tak choćby się upewnić, że to nie widziadło i ona stoi tam naprawdę. Zrobię jej to zdjęcie, wrócę do chaty, zadzwonię do starej, spytam czy opodal ktoś mieszka. Będzie mi lżej wiedzieć, że mogli ją ulepić tubylcy, nie intruzi. Niemiło myśleć o intruzach, zwłaszcza gdy sobie przypomnę, że nie zamknąłem chaty. Ale po kolei. Szukam telefonu po kieszeniach spodni, kurtki, zewnętrznych i wewnętrznych. Nie ma. Musiał zostać w plecaku. Zawracam, po własnych śladach, inaczej bym zabłądził. Zajmuje mi to więcej czasu niż bym wolał. Raz, że już nie biegnę, tylko kroczę powoli, pod górę, ociężale. Dwa, że co chwila kryję się za jakiś świerkiem i zerkam, czy na polanie coś się jednak nie poruszy i nie pójdzie moim tropem.
W końcu, w chacie, już mi lepiej, bezpieczniej, spokojniej. Zwłaszcza, że zaryglowałem się od środka i upewniłem, że nikt tu nie wpełzł pod moją nieobecność. Łapię za plecak, dziwnie lekki plecak i wywracam do góry nogami. Na podłogę wypada twardo oprawiony zeszyt. I dyktafon. Nic więcej. Nie może być. Przecież pamiętam, że zabrałem ze sobą tylko to, czego potrzebowałem.
Przedzwaniam uparcie do starej i równie uparcie odpowiada mi martwy, monotonny sygnał.
Zrezygnowany, siadam przy stole. Trzeba grać, czym się ma. Zeszyt mam w lewej ręce, a dyktafon w prawej. Spoglądam to na jedno, to na drugie, ważę je w dłoniach, aż w końcu daję pierwszeństwo dyktafonowi.
Działa sprawnie. Odzywa się do mnie zachrypniętym głosem. Do kogo ten głos należał? Imienia nie znam, a jednak brzmi znajomo.
*
Było nas trzech: ja, Marcel i Franek… Zostałem sam. Nie mam wielkich nadziei, że wyjdę stąd cało, niech więc chociaż zostanie po mnie to nagranie. Jest wczesny marzec 2009 roku.
Jedno wiem na pewno. Dokładnie tutaj, w połowie lat 90-tych, Stanisław Klajbert zaginął z żoną i synem. Mało kto o nim pamięta, a pod koniec PRL-u to był naprawdę dobrze zapowiadający się rysownik komiksów. Talent na miarę Rosińskiego, o ile Rosiński rysowałby zmory i zombie zamiast Wikingów.
Gdy skończyła się komuna, wydawał się mieć karierę jak w banku. Wiecie, komuś wpadł w oko, poszły publikacje w magazynach na Zachodzie, uznanie wśród kolegów po fachu, szanse na swobodną współpracę z najlepszymi scenarzystami z Niemiec, Francji, Holandii… I właśnie wtedy zabrał się gdzieś z rodziną, nikomu ani słowa, i słuch po nim zaginął. Żadnych ciał, żadnego śledztwa, kilka teorii spiskowych, aż z roku na rok przeszedł do historii bardziej jako miejska legendy niż niespełniony geniusz.
Ale my o nim pamiętaliśmy. My, jego fani. Nie jacyś przyjaciele, ale… znaliśmy się. Trochę. Marcel mu raz uścisnął dłoń. A przy okazji fascynowały nas nierozwiązane zagadki. Aż w końcu pewnego zakrapianego wieczora wypiliśmy jeden toast za jego zdrowie za dużo i postanowiliśmy zebrać się i go odnaleźć. A następnego dnia nie zmądrzeliśmy po wytrzeźwieniu. Mieliśmy zapał, trochę wiadomości w prasie, potem jeszcze telefon do jego sąsiadów… nieważne. Nie zdążyliśmy się obejrzeć, a wylądowaliśmy na Podhalu jak pełnoprawna ekipa poszukiwawcza. Wypytywaliśmy kogo się dało, podstawialiśmy wycięte z gazety zdjęcia, aż w końcu ktoś się wygadał, że faktycznie widział lata temu takiego wielkiego kolesia z babą i gówniarzem przy boku. Faktycznie, Stanisław nie należał do najmniejszych ludzi i w zasadzie słynął ze swoich dwustu dwudziestu centrymetrów. Tym bardziej aż dziwnie się myśli, że taki chłop jak dąb może sobie po prostu wyparować…
No i dotarliśmy aż tutaj, psiamać. Nawet nie wiem, jak dokładnie nazywa się ta wioska. Albo czy w ogóle ma jakąś nazwę. Zresztą to nawet nie jest prawdziwa wioska. Ot, kilka chałup w półokręgu, okna pozabijane, żadnego tubylca, jakby się pochowali albo od dawna tutaj nie mieszkali. Wokół całego półokręgu stała drewniana kapliczka. Uchylone drzwi zdawały się zapraszać do środka. Więc weszliśmy.
Kaplica była drewniana, surowa i tak stara, że zawaliłaby się chyba od jednego kichnięcia. Nikłe światło z jedynego okna padało na obraz naprzeciwko drzwi. To był wizerunek madonny z Jezuskiem. Przynajmniej wtedy tak pomyślałem: jak nic madonna z Jezuskiem. Teraz już nie mam takiej pewności… Coś zresztą od razu odróżniało ten obraz od wielu innych podobnych bohomazów, które każdy z nas nie raz i nie dwa widywał po kościołach. Ta Maryja była jakaś… groźna, drapieżna. A dzieciak wcale nie lepszy. Oboje cali na biało i sini, tylko oczy im pomalowano na krwisto. Ech, jeszcze zdawali się gapić prosto na nas, takim wzrokiem, jakby się wściekli, że wleźliśmy tutaj bez zapowiedzi.
A przed tym obrazem, przy klęczniku, dumał on. Nie, nie Stanisław. Ktoś gorszy…
Żeśmy mu w ogóle zaufali! Ale czemu w sumie mieliśmy mu nie ufać? Albo się go bać? Nas była trójka, a on jeden, wcale nie postawniejszy od nas ani nie większy. Za to był czujny. Usłyszał nas, nim jeszcze na dobre weszliśmy do kaplicy. Przyjrzał się nam, uśmiechnął i skinął ręką w zapraszającym geście. Z początku wydawał się starszy niż w rzeczywistości, broda go postarzała, ale sam głos miał jeszcze młodzieńczy. Okazał się zaskakująco rozmowny i przyjemny w obejściu. Nawet zbyt rozmowny, choć wydawało się to zrozumiałe: ile on mógł mieć tutaj okazji, by do kogokolwiek otworzyć gębę?
Ale naprawdę się ożywił, gdy któryś z nas, nie pamiętam nawet, kto dokładnie, zwrócił uwagę na obraz. Wyjaśnił nam, że jest to Madonna Śnieżna, i na tyle, na ile to zrozumieliśmy, był to jeden z lokalnych przykładów pobożności ludowej, zupełnie obcy w innych rejonach, a jednak z całkiem bogatą mitologią wokół siebie. Zgodnie z legendą, dawno temu pewien zabłąkany w lesie młody mężczyzna napotkał wilka. Wiedział, że nie ma szans na ucieczkę ani zwycięską walkę, ale ponieważ wiódł dotąd rozwiązłe i grzeszne życie, bardziej od śmierci przeraziła go wizja czekającego go Piekła. Toteż po raz pierwszy od wielu, wielu lat zaczął się modlić do Boga i wszystkich świętych, którzy tylko przyszli mu do głowy, obiecując nawrócenie i dozgonną służbę w zamian za ocalone życie. Wołania o pomoc posłuchała w końcu Madonna, pojawiła się za nim i przegnała drapieżnika, a chłopak nie dość, że dotrzymał słowa i wiódł od tej pory przykładne, pobożne życie, to jeszcze wybudował dla niej kaplicę i osadę, w której właśnie się znajdowaliśmy. Rzekomo miał też zostać znakomitym myśliwym.
Słuchało się tego nawet ciekawie, ale legendy legendami, a my tu byliśmy po co innego. W końcu podpytałem go, czy nie słyszał być może o Stanisławie Kleiborze, a młodzieniec jakby zamilkł i spoważniał. Mówił, że może ktoś taki był, chociaż sam nie może tego spamiętać. Ale za to zaprosił nas do siebie i zaproponował gościnę na noc.
Prowadził nas na południe, przez las, a gęba mu się nie zamykała. Opowiadał nam, jak wygląda dana okolica wiosną, latem i jesienią, jakie zwierzęta spotkał i wczoraj, i tydzień temu, i które być może spotkamy niebawem, a drzewa to nam w ogóle przedstawiał z imienia, jak ludzi. Widać było, że choć nie znał świata poza tym zakątkiem, to ów zakątek w zupełności mu wystarczał. W sumie całkiem go polubiliśmy i nawet nie zauważyłem, jak upłynęła nam cała droga i dotarliśmy do jego chaty.
Wieczór spędziliśmy przy kartach i herbacie z prądem. Humor nam dopisywał, a gospodarz robił nam zdjęcia, tak na pamiątkę. Nie żałował nam też poczęstunku, takich konserw w słoikach I właśnie przez te konserwy zacząłem się po raz pierwszy niepokoić. Niby głupstwo, a jednak… Bo najpierw je zachwalał, że to pierwszorzędny jeleń, a potem, gdy już nam szumiało w głowie, a on nakładał kolejną porcję, zapewniał, że mięso jest z dzika. Zagadałem tak wtedy, wiecie, lekko zaczepnie, czy w końcu z dzika, czy z jelenia i słowo daję, przez sekundę tylko, ale miałem wrażenie, że się wystraszył i spoważniał. Jakby pojął, że przyłapałem go nie na pomyłce, ale kłamstwie. Ale to szybko minęło, ktoś to obrócił w żart, potem były znowu karty, herbata, pytania, historie, zdjęcia… Aż w końcu posnęliśmy.
Dzisiaj się już wszystko popieprzyło.
Kiedy się obudziłem, byłem w chacie sam. Leżałem na łóżku. Nie miałem nawet ściągniętych butów. Walcząc z kacem i resztkami snu, przewróciłem się na bok, dostrzegłem nocną szafkę i, jakby od niechcenia, pociągnąłem za jej szufladę. Znalazłem tam oprawiony skórą album. Sam jego dotyk wzbudził we mnie dziwne i nieokreślone uczucie wstrętu, zwyciężyła jednak ciekawość, wertowałem go więc, przeglądając kolejne fotografie.
Wyglądało na to, że nie my jedni znaleźliśmy tutaj gościnę. Zdjęcia przedstawiały piątkę osób, trzech mężczyzn i dwie kobiety. Z jakości fotografii oraz ubioru nieznajomych wywnioskowałem, że nie trafili tu szczególnie dawno temu. Może nawet, ja wiem, w zeszłym miesiącu. Albo i tygodniu. Robili sobie zdjęcia w trójkę, dwójkę, przy ścianie, przy stole, na tle świerków, na zamarzniętym jeziorze. Niby nic nadzwyczajnego. Ale z każdą stroną dostrzegałem coś, co wydawało się mnie niepokoić. Albo to ktoś zrobił dziwną, groteskową minę, albo wydawał się z kimś kłócić, albo na jednym zdjęciu kobiety pozowały ze scyzorykami przystawionymi sobie nawzajem do przegubów. I dużo przy tym wszystkim pili. Serio dużo.
Właśnie wtedy, nagle, gdzieś z oddali, dobiegł mnie wrzask, a potem przeciągły, żałosny szloch. To był Franek, poznałem od razu. Zerwałem się na równe nogi i wybiegłem na zewnątrz, na wschód, skąd dobiegał płacz. Kręte ścieżki, które tam biegły, zaprowadziły mnie do niewielkiego wąwozu, a dalej: do wejścia ku jaskini. Na progu siedział skulony Franek. Słowo daję, że ani jego, ani w ogóle nikogo aż dotąd nie oglądałem w takim stanie. Przez moment nie byłem nawet pewien, czy w ogóle mnie rozpoznaje. Jąkał się i bełkotał coś bez ładu i składu, a kiedy tylko chciałem wejść do środka, momentalnie chwycił mnie za nadgarstki i ciągnął ku sobie. Jak gdyby ostatnie resztki jego rozumu koncentrowały się na tym, żeby za żadne skarby mi na to nie pozwolić. Sfrustrowany, odepchnąłem go od siebie i wszedłem. Tylko po to, żeby jeszcze szybciej stamtąd wybiec, opróżnić żołądek jednym solidnym haftem i pojąć, że powinienem był go posłuchać. Nie chcę opowiadać w szczegółach, co dokładnie tam znalazłem. Ale to nie była jaskinia. To była spiżarnia połączona z rzeźnią, a zawieszone tam na hakach kadłuby nie należały kiedyś do zwierząt, ale ludzi. Przypomniałem sobie piątkę przybyszów z albumu. Porwałem Franka i uciekliśmy do chaty, byle dalej od tamtego miejsca. Właśnie wtedy, zanim jeszcze się dobrze zabarykadowaliśmy, zaczęło na całego śnieżyć.
Kiedy burza zasłaniała bez reszty widok z okien, ja dzieliłem się z Frankiem znaleziskiem z szafki. Ten, wciąż w głębokim szoku, wyrwał mi album i przewracał wściekle kartki. mało co ich nie wyrywając, a wtedy mogliśmy poznać dalszy lod nieszczęśników.
Na kolejnych zdjęciach widzieliśmy, jak piątka wędrowców kroczy ku pagórkowi, gęsiego, z pochylonymi głowami, jak w transie.
Dalej, na szczycie, zgromadzili się wokół wysokiej figury ze śniegu, figury bez twarzy, bez oczu, bez rąk, jedynie z koszmarną paszczą z igliwia i kamyków. Oddawali jej hołd. Gromadzili się wokół niej w półokręgu, wtulali w nią jak kocięta w brzuch matki, biegali, skakali, tańczyli. To wciąż nie było najgorsze.
Zobaczyliśmy w końcu dwa ostatnie zdjęcia, a album wypadł Frankowi z dłoni. Na jednej z fotografii nieznajomi, już spokojni, spoczywali na rozłożonych ubraniach, jak gdyby byli na plaży albo pikniku. Spoglądali po sobie nawzajem, beztroscy i uśmiechnięci. Na drugim z nich ich twarze wciąż nie zdradzały ani przerażenia, ani szoku. Tyle tylko, że ich odcięte głowy spoczywały przed nimi, rozstawione w idealnej linii, a pozbawione głów ciała zastygły w tych samych pozach jak zamienione w kamień. Za nimi, u boku śnieżnego stwora, stał chłopak, w którym rozpoznałem od razu naszego gospodarza. Patrzył prosto w obiektyw z wywalonym językiem i miną psotnego ucznia, któremu właśnie udał się kawał.
Nie wiedzieliśmy, co robić. Nie tylko byliśmy uwięzieni w samym środku bezludzia i śnieżnej zamieci. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że, gdy próbowaliśmy odtworzyć drogę powrotną, którą moglibyśmy przebyć przez las na północy, przekraść się wokół osady i trafić w końcu do bezpieczniejszych miejsc, żaden z nas nie potrafił określić dokładnego kierunku ani punktów orientacyjnych. Zrozumiałem wtedy, czemu nasz gospodarz był tak rozmowny przez całą drogę. Zagadywał nas, by odwrócić naszą uwagę. Co więcej, Franek uparcie stał przy tym, że pomimo naszej sytuacji i pogody, za wszelką cenę musimy odnaleźć Marcela. Trochę wstyd mi to teraz mówić, ale byłem przeciwny, po części ze strachu, po części przez to, że Marcel, jeżeli w ogóle jeszcze żył, to zapewne błąkał się po okolicy i tym samym kupował nam cenny czas. Pokłóciliśmy się, poszarpaliśmy, w końcu Franek, wbrew mojemu sprzeciwowi, odryglował chatę i wybiegł na zamieć, błądząc przez nią i nawołując Marcela. Nie próbowałem nawet go zatrzymać, zatrzasnąłem tylko chatę z powrotem i pozostałem tutaj, w środku. Minęło już nieco czasu, nadchodzi noc, wiem, że nie zobaczę już żadnego z przyjaciół.
Nie zasnę, choćby nie wiem, co. Wyruszę o świcie, jeżeli tylko ta cholerna zamieć się uspokoi.
Dziwne… Jestem w stanie przysiąc, że wiatr wyje jakoś… inaczej. Jakby nucił melodię. Podchodzę do okna. Jakiś kształt, coś tam stoi. Boże, co to za koszmarny uśmiech?
*
Głos milknie, nagranie się urywa, a ja potrzebuję jeszcze chwili w bezruchu, zanim otworzę zeszyt. Wertuję go parokrotnie i nic nie rozumiem. Jest zarysowany symbolami w kształcie zwierząt. Spomiędzy stron zeszytu wypada kilka kartek. To jakieś notatki, zdecydowanie z innego źródła, bez żadnych dat i fragmentaryczne. Czytam:
„To Staszek chciał tu przyjechać. Mówił, że potrzebuje się wyciszyć, uciec z miasta, zebrać nowe pomysły. Szybko się okazało, że tak łatwo nie będzie. Z początku próbował coś skrobać, zmusić się do pracy, wszystko kończyło się jednak na kolejnych podartych arkuszach. Moje próby otuchy tylko dodatkowo go rozdrażniały, aż w końcu odpuściłam. Z ulgą myślałam, jak to dobrze, że tym razem nie pozwoliłam mu zabrać choćby jednej butelki alkoholu.
Starał się przynajmniej nie okazywać swojej frustracji przy młodym. A ten z kolei od razu zakochał się w okolicy. Biegł w las zaraz po śniadaniu i nie wracał aż do obiadu, przy którym relacjonował swoje kolejne przygody. Większość z nich zresztą była w oczywisty sposób zmyślona i przerysowaną, ale nas zawsze cieszyło, że ma tak bujną wyobraźnię.
Ale jedna z tych historii jakoś mnie zaniepokoiła, i to od razu. Usłyszeliśmy ją tak trzeciego czy czwartego dnia. Młody opowiadał o tym, jak spotkał wilka i już się bał, że jego dni są policzone, gdy nagle, zza drzewa, wyskoczyła blada, wysoka kobieta i przegoniła zwierzę. Odprowadziła go później do chaty i obiecała, że na pewno jeszcze kiedyś się spotkają. Niby wiedziałam, że to kolejna bajeczka, ale jednak musiałam przejść się trochę na zewnątrz i upewnić się, że w okolicy nie ma żadnych podejrzanych śladów. Staszek machnął ręką na moje obawy, a później, przez resztę wieczoru, dopytywał młodego o tę historię, wysłuchiwał jej na nowo, a młody nie szczędził mu kolejnych szczegółów.
Nazajutrz zobaczyłam przed chatą wielką figurę ze śniegu. Ulepili ją wspólnie. Jeszcze na moich oczach młody, siedząc ojcu na barana, wtykał ostatnie gałązki tam, gdzie bałwan miał swój szeroki, makabryczny uśmiech. Nie podobał mi się szczególnie, ale nie mogłam odmówić, że Staszek znalazł inspirację do nowej historii. W końcu faktycznie pracował, i to ze zdwojonym wysiłkiem.”.
(…)
„Syn przyniósł do domu wiewiórkę z przetrąconym karkiem. Skrzyczeliśmy go. Powiedział wtedy, że według „niej” jest dzielny i idzie mu coraz lepiej i wybiegł. Wrócił dopiero po zmroku. Od tamtego czasu nie chce już rozmawiać o swoich przygodach. W jednej z szafek znalazł stary, nieużywany zeszyt i ciągle w nim coś notuje. Podejrzałam mu te zapiski i nie robi to wielkiego sensu. Całe strony zapełnione rysunkami zwierząt, ciągle tych samych, w równych rzędach. Wygląda to jak szlaczki w zeszycie. Albo zeszyt, w którym dziecko uczy się pisać.”
(…)
„Burza śnieżna odcięła nas od świata. Gdyby nie zegarek, nie wiedziałabym nawet, którą mamy dokładnie godzinę.”
(…)
„Młody śpi. Ja również próbowałam zasnąć, gdy usłyszałam głos Stacha, jak gdyby z kimś potajemnie rozmawiał. Podniosłam się cicho i podeszłam na palcach, a zobaczyłam go, jak nachyla się do okna. Faktycznie coś szeptał. Nie rozumiałam słów, z całą pewnością nie był to żaden język, o którym wiedziałam, że mógłby go znać choćby na komunikatywnym poziomie. Rozpoznałam jednak jego ton. Był to dokładnie ton, którym mówił do mnie i tylko do mnie wielokrotnie, gdy obiecywał, że w końcu rzuci picie, ton, którego używał, gdy byłam na niego wściekła, a on próbuje mnie ubłagać, chociaż wie, że będę nieugięta.”
(…)
„Staszek spalił wszystkie arkusze.”
(…)
„Młody wlepia nos w okno i coś nuci.”
Na tym koniec notatek. Jedna myśl nie daje mi spokoju.: Napisała: „jak szlaczki”, „jak zeszyt, w którym ktoś się uczy pisać”.
I ta myśl mnie budzi i pozwala zrozumieć. Na nowo kartkuję strony zeszyt. Zamiast pojedynczych symboli zaczynam dostrzegać w ich mniej lub bardziej logiczny, regularny układ. Kartkuję szybciej. Rysunki zaczynają się ze sobą łączyć, aż w końcu podrywam się i patrzę po ścianach. Potem w zeszyt i raz jeszcze po ścianach. Sokół przy pstrągu, a łosoś przy zaskrońcu. Łeb rysia, niedźwiedzia łapa, żmija, zęby wilka, znów żmija, czaszka szczupaka. I w końcu pojmuję, a zmarli, dotąd nieskorzy do pogawędki, przemawiają do mnie, nie na głos, ale pismem. Mową, którą znano tu przed chrztem i wiarą w południce, starszą od Słowian i obróbki brązu.
Pismo z zabitych dudni mi w uszach, szepcze do mnie i śpiewa melodią wichru. Śpiewa o Śnieżnej, o ludzie, który ją porzucił, najpierw dla obcych demonów, potem dla jeszcze bardziej obcego boga, o łowcy, którego wysyła na świat, gdy jej moc słabnie, który szykuje dla niej ucztę, o jej głodzie którego nie da się zaspokoić, bo ona chce więcej, ciągle więcej i więcej…
A wtedy nagle dzwoni telefon, a ja głośno wzdycham, padam i kulę się w kącie. Sygnał wibruje, odbija się po ścianach. Woła mnie, choć błagam w myślach, żeby się nagle urwał lub żeby okazał się dźwiękiem budzika, bo coś we mnie teraz tęskni do życia bez przygód, do nudy, aż w końcu ulegam i podnoszę słuchawkę.
– I co, lepiej ci? – przemawia stara gospodyni, o której już wiem, że wcale nie jest gospodynią i tak naprawdę nie mówi do mnie w ludzkim języku, choć głos ma równie życzliwy i pełen troski, jak wcześniej. – Podjadłeś? Oj, chyba wciąż z tobą kiepsko, sam lepiej zobacz, jak ty wyglądasz! No, ja się zdrzemnę, do później…
Połączenie się urywa, ale ja rozumiem jej aluzję. Została mi jeszcze jedna rzecz do sprawdzenia. Zrywam ze ściany rodzinne zdjęcie. Zabieram je do łazienki.
Staję przed lustrem i dopiero teraz dociera do mnie, jak wyglądam. Spod kudłów i brody, z którymi przypominam bardziej zabłąkanego tutaj jakimś sposobem lwa niż człowieka, nie daje się dostrzec wiele twarzy. Ale widzę parę swoich oczu. Przystawiam do odbicia zdjęcie i wpatruję się to w nie, to w siebie… sam nie wiem jak długo, tak długo jednak, aż nie potrafię zaprzeczać, że ja i tamten dzieciak mamy dokładnie takie samo spojrzenie.
A przecież tak być nie może. Ja przecież wcześniej byłem… byłem…
Tak… byłem dzień w dzień na jednym miejscu, gdzie było ciasno i gdzie brak widoków. Z którego wiedziałem, że muszę się wyrwać na przygodę.
I wtedy widzę, jak spod wąsów i brody wychylają się zęby, którymi spokojnie można byłoby zagryźć jelenia, a moje odbicie uśmiecha się do mnie.
Wiem już, że gdybym chciał iść na wschód nie dotrę do żadnej ścieżki ani szosy, która przywiodłaby mnie z powrotem do cywilizacji.
Gdy pójdę na wschód i minę jaskinię, którą odnalazł pechowy wędrowiec z nagrania dotrę do nory, w której znajdę miejsce dla siebie, obok dwóch szkieletów, z których jeden będzie drobny, a drugi prawie olbrzymi.
Ale wrócę tam dopiero późną jesienią, gdy już przygotuję zapasy. I znowu zabiorę ze sobą swoje pamiątki, tak na wszelki wypadek, gdyby sen zimowy uszkodził mi znowu pamięć. Teraz jednak nie czas na sen. Teraz śni ona i mnie potrzebuje.
Odzyskuję węch. Gdzieś w pobliżu ktoś się zabłąkał, a ja wyjdę i go zaproszę. Przede mną wiosna, lato i jesień. Cały prawie rok, dopóki znowu nie wezwie mnie Śnieżna.
Witaj. :)
Gratuluję Ci serdecznie tutejszego debiutu i zachęcam do zapoznania się z – pomocnymi nam wszystkim – Poradnikami, szczególnie – Drakainy – dla Nowicjuszy (wszystkie są w dziale Publicystyka). :)
Co do kwestii technicznych – uwagi, sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Skąd ja się tu w ogóle wziąłem?
Z jakiegoś powodu wiem, że jest marzec. Jest marzec i chociaż śnieg topnieje, a świat się budzi, tu w górach wciąż trwają ostatnie chwile zimy. Poprawiam spodnie, za duże o rozmiar. Albo dwa. I patrzę. Na południu – skorupa jeziora. Na północy – świerkowy las. Na zachodzie – pagórek. Ze wschodu przychodzę ja.
Dręczyła mnie nuda, to na pewno. – nie wiem, czy to celowe, ale już na wstępie mamy niezgodność czasów – opis dotyczy tego samego ciągu zdarzeń, lecz widnieją tu i orzeczenia w czasie przeszłym, i w teraźniejszym – warto zatem pod tym kątem przejrzeć całość.
Babinka, która mi ją wynajęła, liczy za nocleg tyle (przecinek?) co nic, a zapewnia i prowiant, i światło, i nawet ciepłą wodę.
– Zjedz sobie, dziecko, zjedz – mówi głosem babci pilnującej (i tu?) by wnuk niczego nie zostawił na talerzu.
W lodówce roi się od zapasów, słoików z zakonserwowanym mięsem. Przydadzą się sztućce. Ciągnę za szufladę kuchennej szafki i już mam całkiem niezły widelec. Otwieram słoik. Opróżniam go zanim zdążę się nacieszyć zapachem. Prawie od razu pochłaniam drugim. – czy tu jest literówka?
Na całą szerokość łba biegną parodia uzębienia w postaci nieregularne rzędów z węgielków, igliwia i ułamanych patyków. – w tym zdaniu się całkiem posypała składnia?
Talent na miarę Rosińskiego, o ile gdyby Rosiński wolałby rysować zmory i zombie zamiast Wikingów. – i tu?
Zrobię jej to zdjęcie, wrócę do chaty, zadzwonię do starej, spytam (przecinek?) czy opodal ktoś mieszka.
Zrezygnowany, siadam przy stole. – zbędny przecinek?
Zeszyt mam w lewej ręce, a dyktafon w prawej. Spoglądam to na jedno, to na drugie, warzę je w dłoniach, aż w końcu daję pierwszeństwo dyktafonowi. – ortograficzny rażący?
Wypytywaliśmy (przecinek?) kogo się dało, podstawialiśmy wycięte z gazety zdjęcia, aż w końcu ktoś się wygadał, że faktycznie widział lata temu takiego wielkiego kolesia z babą i gówniarzem przy boku.
Albo (przecinek albo myślnik?) czy w ogóle ma jakąś nazwę.
Wokół całego półokręgu stała drewniana kapliczka. – logiczny? – tu nie rozumiem: jak jedna kapliczka mogła stać „wokół całego półokręgu”?
Żeśmy mu w ogóle zaufali! Ale czemu w sumie mieliśmy mu nie ufać? – powtórzenie? – może celowe, bo to dramatyczna opowieść?
Humor nam dopisywał, a gospodarz robił nam zdjęcia, tak na pamiątkę. Nie żałował nam też poczęstunku, takich konserw w słoikach I właśnie przez te konserwy zacząłem się po raz pierwszy niepokoić. – tu podobnie?
Ale naprawdę się ożywił, gdy któryś z nas, nie pamiętam nawet (przecinek?) kto dokładnie, zwrócił uwagę na obraz.
Wyjaśnił nam, że jest to Madonna Śnieżna, i na tyle (i tu?) na ile to zrozumieliśmy, był to jeden z lokalnych przykładów pobożności ludowej, zupełnie obcy w innych rejonach, a jednak z całkiem bogatą mitologią wokół siebie.
Właśnie wtedy, nagle, gdzieś z oddali, dobiegł mnie wrzask, a potem przeciągły (i tutaj?) żałosny szloch.
Nie wiedzieliśmy (i tu też?) co robić.
Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że (i tu?) gdy próbowaliśmy odtworzyć drogę powrotną, którą moglibyśmy przebyć przez las na północy, przekraść się wokół osady i trafić w końcu do bezpieczniejszych miejsc, żaden z nas nie potrafił określić dokładnego kierunku ani punktów orientacyjnych. Zrozumiałem wtedy, czemu nasz gospodarz był tak rozmowny przez całą drogę. Zagadywał nas, by odwrócić naszą uwagę. Co więcej, Franek uparcie stał przy tym, że pomimo naszej sytuacji i pogody (przecinek?) za wszelką cenę musimy odnaleźć Marcela. – powtórzenia?
Pokłóciliśmy się, poszarpaliśmy, w końcu Franek, wbrew mojemu sprzeciwowi, odryglował chatę i wyskoczył na zamieć, błądząc przez nią i nawołując Marcela. – nieco zgrzyta mi takie sformułowanie – składniowy?
Nie zasnę, choćby nie wiem (przecinek?) co.
Przyjazd był pomysłem Staszka. Mówił, że potrzebuje się wyciszyć, uciec z miasta, zebrać nowe pomysły. – powtórzenie?
Odprowadziła go później do chaty i obiecała, że na pewno jeszcze kiedyś się spotkają. Niby wiedziałam, że to kolejna bajeczka, ale jednak musiałam przejść się trochę na zewnątrz i upewnić się, że w okolicy nie ma żadnych podejrzanych śladów. – i tu?
Nie podobał mi się szczególnie, ale nie mogłam odmówić, że Staszek w końcu znalazł swoją inspirację do nowej historii. W końcu faktycznie pracował, i to ze zdwojonym wysiłkiem.”. – i tutaj?
W końcu faktycznie pracował, i to ze zdwojonym wysiłkiem.”. – interpunkcyjny? – wystarczy jedna kropka, na samym końcu
Podejrzałam mu te zapiski i nie robi to wielkiego sensu. – składniowy? – zdanie niejasne, zwłaszcza zakończenie
Młody wlepia nos w okno i nuci coś pod nosem. – powtórzenie?
Na nowo kartkuję strony zeszyt. – literówka?
Pismo z zabitych dudni mi w uszach, szepcze do mnie i śpiewa melodią, w której poznaję melodię wichru. – powtórzenie?
Śpiewa o Śnieżnej, o ludzie, który ją porzucił, najpierw dla obcych demonów, potem dla jeszcze bardziej obcego boga, o łowcy, którego wysyła na świat, gdy jej moc słabnie, który szykuje dla niej ucztę, o jej głodzie (przecinek?) którego nie da się zaspokoić, bo ona chce więcej, ciągle więcej i więcej…
A wtedy nagle dzwoni telefon, a ja wzdycham ze strachu, padam i kulę się w kącie. – dziwnie to brzmi (?)
Woła mnie, choć błagam w myślach, żeby się nagle urwał lub (przecinek?) żeby okazał się dźwiękiem budzika, bo coś we mnie teraz tęskni do życia bez przygód, do nudy, aż w końcu ulegam i podnoszę słuchawkę.
Przystawiam do odbicia zdjęcie i wpatruję się to w nie, to w siebie… sam nie wiem (i tu?) jak długo, tak długo jednak, aż nie potrafię zaprzeczać, że ja i tamten dzieciak mamy dokładnie takie samo spojrzenie.
A przecież tak być nie może. Ja przecież wcześniej byłem… byłem…
Tak… byłem dzień w dzień na jednym miejscu, gdzie było ciasno i gdzie brak widoków. – powtórzenia?
I wtedy widzę, jak spod wąsów i brody wychylają się zęby, którymi spokojnie można byłoby zagryźć jelenia, a moje odbicie uśmiecha się do mnie
Wiem już, że gdybym chciał iść na wschód (przecinek?) nie dotrę do żadnej ścieżki ani szosy, która przywiodłaby mnie z powrotem do cywilizacji. – powtórzenie?; po pierwszym zdaniu brak kropki lub brak jego dokończenia?
Gdy pójdę na wschód i minę jaskinię, którą odnalazł pechowy wędrowiec z nagrania (przecinek?) dotrę do nory, w której znajdę miejsce dla siebie, obok dwóch szkieletów, z których jeden będzie drobny, a drugi prawie olbrzymi.
I znowu zabiorę ze sobą swoje pamiątki, tak na wszelki wypadek, gdyby sen zimowy uszkodził mi znowu pamięć. – powtórzenie?
Cały prawie rok, dopóki znowu nie wezwie mnie Śnieżna. – może lepiej: „prawie cały rok”? – do przemyślenia
Bardzo spodobał mi się pomysł, niespodziewane zwroty akcji, dużo grozy i postać tytułowa. :) Konserwy, notatki, nagrania oraz rysunki też dodają całości – że tak powiem – smaczku. :)
Klik do Biblioteki, pozdrawiam serdecznie i życzę Ci powodzenia w dalszej twórczości. :)
Pecunia non olet
bruce, bardzo dziękuję za wyczerpujący i merytoryczny komentarz.
Odnośnie uwagi dotyczącej początku opowiadania:
nie wiem, czy to celowe, ale już na wstępie mamy niezgodność czasów – opis dotyczy tego samego ciągu zdarzeń, lecz widnieją tu i orzeczenia w czasie przeszłym, i w teraźniejszym – warto zatem pod tym kątem przejrzeć całość.
To akurat było celowe ;). Narrator-protagonista wypowiada się w czasie teraźniejszym i bieżącym, ale z uwagi za amnezję po przebudzeniu (a może nie amnezję, tylko wyparcie? To już pozwolę sobie pozostawić do interpretacji…) próbuje sobie wyjaśnić albo przynajmniej zracjonalizować swoje przybycie pod chatę. Można powiedzieć, że czas teraźniejszy to “właściwa” aktualna narracja, a czas przeszły pełni rolę retrospekcji. Oczywiście, jak okazuje się później, sprawy wcale nie są tak proste do wytłumaczenia, jak mu się wydaje ;).
Niektóre powtórzenia, które wyłapałaś, faktycznie mają się pojawiać, zwłaszcza w momentach, gdy protagonista jest czymś wzburzony lub zszokowany, zwłaszcza w zdaniu:
A przecież tak być nie może. Ja przecież wcześniej byłem… byłem…
Jednym słowem: odkrycie prawdy o sobie odbiera mu mowę. Zresztą jego narrację momentami celowo próbowałem uprościć albo nawet nieco “uprymitywnić”, żeby lepiej oddać stan jego umysłu. Z podobnych powodów powtórzenia pojawiają się też w narracji z dyktafonu, tak żeby lepiej symulowała ona ustną, na wpół improwizowaną z marszu relację uwięzionego nieszczęśnika.
Większość uwag o charakterze składniowym, stylistycznym i ortograficznym nie podlega dyskusji, dziękuję za zwrócenie uwagi i biorę się do poprawy. :)
A przede wszystkim cieszę się, że się podobało i tak, na tym opowiadaniu moja przygoda z publikowaniem na pewno się nie skończy :).
I ja bardzo dziękuję. :)
Oczywiście, rozumiem, jak najbardziej, to tylko były moje sugestie i wątpliwości. :) To Ty, jako Autor, znasz opowiadanie najlepiej i decydujesz o jego ostatecznym kształcie. :)
Pozdrawiam serdecznie, życząc Ci powodzenia w dalszej twórczości. :)
Pecunia non olet