- Opowiadanie: Młody pisarz - Lodowce

Lodowce

Nie wiem?

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Lodowce

 Marden kochał ziemię i skały, ale lodu nienawidził. Może dlatego, że bijący od zamarzniętej wody chłód, przypominał mu o tym, co on robił kiedyś, a może dlatego, że ten mróz uświadamiał go o potędze, której powstrzymać nie mógł żaden człowiek.

Teraz, Marden, patrząc na ogromne lodowce sięgające kilkanaście mil na północ, przytulił się do karku wielkiej sowy. Nira trzepotała niespokojnie skrzydłami, jakby i ona wyczuwała zagrożenie. Wznosili się wysoko nad ziemią i niestety widzieli wszystko. Wyciągnął dłoń. Kamień, który wcześniej leżał długość włóczni przed najbardziej wysuniętą częścią lodowca, wyskoczył ze śniegu i pognał w górę, przy końcu zwalniając i delikatnie wpadł do dłoni Mardena. Ten uniósł rękę, przygotowując się do rzutu.

Lodowce były bardzo osłabione, wydawało się, że zaraz rozpadną się na setki małych części, a potem zmienią w wodę i popłyną szczelinami, przecinającymi największą równinę na świecie, by wpaść i zniszczyć miasta.

Wystarczyło rzucić w jeden z nich, by upewnić się w przypuszczeniach. Tylko co, gdyby to przyśpieszyło cały proces? Marden czuł, że drży mu dłoń. W końcu zacisnął palce na kamyku i ostrożnie schował go do kieszeni.

– Musimy lecieć, mała – szepnął.

Nira ostrożnie zakręciła, by po chwili przyśpieszyć. Najwidoczniej też była rada, że stąd odlatują. Marden przymknął oczy. Poczuł dziwne muśnięcie na odsłoniętej szyi, jakby pożegnalny pocałunek lodowców, w którym skrywała się obietnica ponownego spotkania.

 

***

 

Ogromna równina poprzecinana szczelinami łączyła się z doliną, w której stało samotne miasto. Nie było otoczone murem, domy postawiono luźno, a najbardziej z całej zabudowy wyróżniał się ratusz z czerwoną wieżą. Zapewne mieszkańcy od lat nie napotkali tu żadnego większego zagrożenia. Wojny męczyły południową część królestwa, ale północ była bezpieczna. Pozostawały jedynie zjawiska naturalne, w tych rejonach na ogół niegroźne.

Tylko że tego lata temperatura na krańcu świata, trzy dni lotu stąd, gdzie od wieków marzły lodowce, osiągnęła poziom do tej pory tam niespotykany.

Marden westchnął, powoli zniżając lot. Natury nie sposób było przewidzieć, w końcu coś musiało się zmienić.

Ludzie na dole już go zauważyli, jakaś kobieta palcem pokazała wielką sowę swojemu dziecku. Wylądował na placu przed budynkiem z czerwoną wieżą, delikatnie poklepał po karku Nirę i wszedł do środka.

– Kim jesteś? – zapytał mężczyzna stojący zaraz przy drzwiach. W rękach trzymał włócznię.

Dobrze wiedzieć, że chociaż w głównym budynku mieli kogoś z bronią.

– Marden, Ziemny, ze sprawą do przywódcy miasta.

Strażnik przyjrzał mu się uważnie, a potem wskazał na schody, prowadzące w górę.

– Tam proszę.

Marden ruszył. Gdy miał już mężczyznę za plecami, skrzywił się lekko. Nie został ani sprawdzony pod kątem posiadania broni, ani w jakikolwiek inny sposób. Źle to świadczyło o stabilizacji miasta.

Schody nie prowadziły do wieży, ale na pierwsze piętro. Pchnął drzwi. W biurze, przy stole, siedział przywódca miasta o siwych włosach i pomarszczonych dłoniach. Strój miał prosty, wytarty. Przyglądał się pustemu kielichowi. Oświetlały go cztery pochodnie na ścianach.

Marden przedstawił się i dopiero wtedy mężczyzna podniósł wzrok.

– Jestem, Flery. Co cię tu sprowadza? – Głos miał zaskakująco miły.

– Lodowce na dalekiej północy topnieją.

Przywódca miasta ledwo dostrzegalnie zmarszczył brwi.

– Lodowce?

– Tak, od wieków na krańcu świata woda zmieniała się w lód, ale teraz… Wszystko się zmieniło. – Marden pozwolił sobie na krótką pauzę, uważnie wpatrując się w twarz rozmówcy. Czy tamten uwierzy? – Woda popłynie szczelinami równiny, a potem wpadnie do waszej doliny i zatopi miasto.

Flery uśmiechnął się.

– W porządku, w porządku. – Przychylił pusty kielich do ust. – Więc, co radzisz, mistrzu? – zapytał z wyraźną ironią.

Marden stłumił westchnięcie.

– Musicie natychmiast opuścić to miasto.

Flery pokręcił głową z rozbawieniem.

– Tego zrobić nie można. Myślisz, że każdy z tych ludzi tak po prostu pozbędzie się majątku? Wiesz, jak daleko jest najbliższe miasto? Cztery dni drogi marszem stąd. – Odstawił głośno kielich. – I jeszcze pewnie nas tam nie wpuszczą. Poza tym mamy tu też kopalnię, z czego utrzymuje się znaczna część ludzi. Po drugie cętkowce, rosnące wśród szczelin, najtwardsze drewno, jakie istnieje… Sporo za nie płacą. – Jeszcze raz pokręcił głową. – Nie ma mowy.

Marden otworzył usta, by coś jeszcze powiedzieć, ale zaraz je zamknął. Tu niewiele mógł zdziałać. Wyszedł z pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Strażnik wzdrygnął się, z palca kapała mu co jakiś czas mała kropelka krwi.

– Sprawdzałeś ostrość włóczni? – zapytał Marden.

Mężczyzna odmruknął coś w odpowiedzi.

Na zewnątrz wokół placu zebrał się spory tłum, patrzyli na wielką sową i rozprawiali między sobą. Kiedy Marden objął ich wzrokiem, przycichli.

– Na dalekiej północy topią się lodowce, za kilka dni waszą dolinę zaleje woda. – Podniósł dłoń, by uciszyć tłum. – Kto chce przeżyć, musi uciec.

Przesunął wzrokiem po twarzach, niektóre nosiły oznaki rozbawienia, inne powagi, a pojedyncze przerażenia… może rozpaczy? Część uwierzyła, część nie.

– Bujdy! – krzyknął masywny mężczyzna. Słowa te powtórzył stojący obok niego chłopak. Byli do siebie podobni, pewnie ojciec i syn.

Marden wzruszył ramionami i podszedł do sowy. Wypełnił swoją rolę. To nie jego wina, że nie słuchają… prawda?

– Dokąd mamy iść? – zapytał ktoś z tłumu.

– Nie przeżyjemy bez dobytku jesieni! – krzyknęła jakaś młoda kobieta.

Marden zawahał się.

– Wierzycie jakiemuś głupiemu Ziemnemu? – Masywny mężczyzna wyszedł na plac. – Oni zawsze kłamią, parszywcy. Lodowce, też ci rzecz.

– A jeśli nie? – Młoda kobieta zaszlochała.

Wybuchnął śmiechem.

– To uciekaj.

Marden jeszcze raz beznamiętnie obejrzał cały tłum, potem wskoczył na sowę i uniósł się w powietrze. Swoją powinność spełnił. Ci ludzie byli durni, głupi. Nie mógł im bardziej pomóc.

Sunął wolno nad miastem. Dziwnie się patrzyło na domy, które niebawem miały zniknąć. Były piękne, schludne i stały tam niezachwianie zapewne od dawna, jednak wszystko się kiedyś kończyło. Usłyszał krzyk. Spojrzał za siebie i dostrzegł, że biegnie za nim starsza kobieta, trzymając w rękach dziecko.

Niechętnie zawrócił.

– Tak? – zapytał.

Zdyszana zatrzymała się, głaszcząc głowę dziecka, które nie mogło mieć jeszcze roku.

– Jestem Diara, to Sami, moja wnuczka – wskazała palcem na dziewczynkę.

– Rozumiem.

Kobieta odetchnęła głęboko.

– Musisz nam pomóc. Nie możemy stąd uciec… Nie wezmę mojej Sami i nie dam rady iść przez tyle dni do najbliższego miasta, taszcząc zapas jedzenia… A jeśli zacznie padać deszcz?

Marden patrzył przez chwilę na nią w milczeniu, a potem kiwnął głową.

– Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedział i wzniósł się ku niebu.

Usłyszał z daleka płacz dziecka, a z nim wróciły wspomnienia, które zabiły gniew. On, Ziemny, był przecież znacznie gorszy od jakiegokolwiek człowieka w tym mieście, był potworem. Lubił o tym zapominać. Ale nie mógł. Miał ostatni cel i musiał go wypełnić. Uderzył się w głowę.

Nira spojrzała na niego jednym okiem. Uważnie, badawczo. Uśmiechnął się do niej lekko. Wznieśli się jeszcze wyżej, skąd widać było wszystko. Dolina kończyła się niewiele kroków za miastem stromą ścianą. Po lewej i prawej stronie zbocza były jednak dość łagodne. Jak mógł to wszystko uratować?

Wzrok mu się zamglił, gdy spojrzał na początek doliny, tam, gdzie wychodziła z trzech szczelin. Było stosunkowo wąsko… Nie miał pojęcia, czy starczy mu czasu na ten plan, wiedział tylko, że kolejne dni wymęczą go całkowicie i że nie ma żadnego lepszego pomysłu.

 

***

 

Flery wypił resztkę czerwonego płynu. Pewnie wina.

– Jednak wróciłeś – powiedział.

Marden kiwnął głową. Nie podobał mu się ton przywódcy miasta, ale niewiele na to mógł poradzić.

– Potrzebuję gospody, wyżywienia i czegoś w rodzaju stajni dla sowy.

Flery uśmiechnął się.

– Jak sprzedasz ten pierścień, to starczy – odparł, wskazując na złotą ozdobę na palcu Ziemnego.

Marden westchnął.

– Twoi ludzie się boją, że przyjdzie woda. Jeśli nie dasz mi tego, czego potrzebuję, nie zapewnię im ochrony, a strach…

– Kto się boi? – warknął Flery.

– Wydawałoby się mała część, ale wystarczająca, żeby zależało ci na uspokojeniu ich. Jeśli się dowiedzą… – Marden nie dokończył.

Diara postarała się przekonać wielu ludzi, a z racji, że była tu dobrze znana, udało jej się to pierwszorzędnie. Na razie strach był potrzebny.

Flery siedział długą chwilę w milczeniu, a potem machnął ręką, jakby przestało go to wszystko nagle obchodzić.

– W porządku, dostaniesz i gospodę, i jedzenie. A co planujesz?

Marden ruszył ku drzwiom. Liczyła się każda chwila.

– Zbuduję barierę ze skał, która nie przepuści wody.

Gdy wychodził, usłyszał pomruk zdziwienia. Nie było sensu tłumaczyć, że szanse są małe. To mogłoby do końca pogrzebać cały plan, a ludzie musieli wierzyć w jego sens.

 

***

 

Skał w pobliżu było na razie wystarczająco, toteż Marden od razu zabrał się do pracy. Modyfikował je, tworząc powoli mur, barierę, od której tak wiele zależało. Pamiętał, gdy za dzieciaka, po raz pierwszy przerwał płynący strumyk, ojciec go za to skrzyczał. Natury nie powinno się niszczyć.

Marden musiał się skupić, by na początku układać skały odpowiednio, ale z czasem, przychodziło to coraz łatwiej. Zaczynał powoli wierzyć, że może ma jednak szansę. Nie była to głupia nadzieja, skoro dodawała mu sił.

Dotrwał tak do późnego wieczora i dopiero wtedy wrócił do gospody, nakarmił Nirę i położył się spać. Wstał wczesnym rankiem i wznowił pracę. Na razie jeszcze mógł to robić z poziomu ziemi, ale niedługo obecność wielkiej sowy miała się stać koniecznością, by utrzymać tempo pracy. Nie chciał na próżno wykorzystywać jej sił. Nira, co prawda, męczyła się bardzo powoli, ale jeśli będzie musiała pracować cały dzień i noc?

Przenosił skały i formował z nich mur. Spokojnie, metodycznie, by upewnić się, że będzie on dobrej jakości. Musiał łączyć je w jak największe fragmenty. Później należało wzmocnić to wszystko masą ziemi. Na razie bariera sięgała mu dopiero nieco ponad czoło. Miał nadzieję, że skał starczy na wystarczająco długo.

W południe, gdy był już cały spocony, ale za to podniósł poziom o długość włóczni, dostrzegł sylwetkę na koniu, zmierzającą w jego kierunku. Jeździec szybko pokonał dzielącą ich odległość.

– W mieście trwają protesty, musisz tam przyjść – ogłosił.

– Protesty?

– Przeciwko tobie.

Marden zdusił w sobie wściekłe syknięcie. Kiwnął powoli głową.

– Zaraz przyjdę.

 

***

 

Stanął na placu otoczony przez tłum ludzi, obojętny na ich głosy. Na środek wyszedł masywny mężczyzna, teraz nie miał przy sobie syna, jego oczy zdradzały zjadliwość, ale i spryt.

– Dla tych, którzy mnie nie znają, jestem Hurstan – mówił głośno, wyraźnie. – Ten Ziemny was wykorzystuje. Przyszedł tu, a my go karmimy, dajemy mu dach nad głową, za co? – Powiódł wzrokiem po tłumie. – Za to, że wznosi sobie gdzieś tam barierę. Lodowce nie istnieją. 

Marden powstrzymał się od zaciśnięcia pięści. Nie miał prawa tych ludzi obrażać, sam był potworem, ale trudno było zdusić złość.

– To nie ma sensu – usłyszał stanowczy głos Diary. – Popatrz na niego. Jest zmęczony. Myślisz, że harowałby tyle, żeby dostać jedzenie i dach nad głową? Że nie mógłby sobie jako Ziemny znaleźć lepszej pracy?

Hurstan na chwilę zamilkł. W jego oku pojawił się błysk wściekłości, ale zaraz zgasł.

– Ziemnych już nikt nie potrzebuje… Nie można im ufać… – zawahał się. Wiedział, że brakuje mu argumentów.

Diara zaśmiała się, nie pozwalając mu powiedzieć nic więcej.

– Codziennie wyruszałeś do szczelin, po te swoje cętkowce, bo dają ci ogrom pieniędzy. – To zrozumiałe, że jest ci smutno, bo teraz nie możesz wyprowadzić z dolin wozów i dorabiać się jeszcze większej fortuny. – Posłała mu pobłażliwy uśmiech.

Hurstan nic już nie powiedział. Wiedział, że chwilowo przegrał. Pozostało mu oddalić się z placu i to też zrobił ciężkim, wolnym krokiem. Podążyło za nim parę osób.

Marden kiwnął głową Diarze. Był wdzięczny. Musiał to wszystko doprowadzić do końca.

 

***

 

Słońce skryło się za ścianami doliny. Niebo wciąż jeszcze było szare. Wraz z wieczorem przyszedł przyjemny chłód i uspokajające odgłosy beczenia; jeden z pasterzy powoli sprowadzał stadko owiec po zboczu.

Marden przyglądał mu się przez chwilę, a potem z jeszcze większym uporem wrócił do pracy. Nogi zaczynały się już pod nim uginać, a ręce drżały, coraz trudniej było wszystko dobrze ustawić, ale nie mógł przerwać pracy. Bariera osiągnęła już niezłą wysokość. Dzisiaj zrobił dużo. Jednak musiał więcej. Czas się kurczył.

Odwrócił głowę, nie przerywając budowy. Drogą zmierzał w jego stronę wóz, który miał mu dostarczyć jedzenie. Pochodnia właściciela wyróżniała się na tle szarości.

Marden wrócił do pracy, pomimo brzucha przypominającego o głodzie. Każda chwila musiała zostać wykorzystana, nie było czasu na odpoczynek.

Nagle usłyszał krzyk. Odwrócił się, puszczając kawałek skały, który odbił się od bariery i uderzył o ziemię. Do wozu dopadło parę postaci, chwycili pakunki i oddalili się w szarość wieczoru. Właściciel krzyczał coś, ale wtedy do jego ręki wpadła mała sakiewka. Otworzył ją i zawrócił wóz.

Marden patrzył na to, zaciskając pięści. Nie miał przy sobie Niry, ale potrafił biegać. Powinien pójść tam i ich pozabijać… Ściągnął ramiona i pochylił głowę. Nie. Nie mógł. Wrócił do pracy. Szło wolniej, brakowało mu entuzjazmu, a głód się nasilał.

Słyszał, jak tamci podchodzą bliżej, ale nawet na nich nie spojrzał.

– Nie jesteś głodny? – zapytał Hurstan.

Widocznie bardzo zależało mu na odzyskaniu tego przejścia, ale bariera musiała powstawać, więc Marden nic nie odpowiedział.

Hurstan prychnął.

– Widzisz, Ziemni to parszywe istoty, ironią losu, już drugi raz niszczą mi życie. Czego to nie zrobią dla pieniędzy… – Zgrzytnął zębami. – Przed paroma laty miałem dom, pole… Mieszkałem w dobrej wiosce. Żona, syn… Tylko że komuś się nasza wioska nie podobała, bo pokłócił się z naszym przywódcą. Ja się tym nie przejmowałem, po prostu pracowałem w polu. I wtedy jednego dnia, wszystkie uprawy zostały zniszczone, pochłonęła je ziemia. Bo tamten zatrudnił parszywego Ziemnego. Za pieniądze rozwalił to wszystko. Nie mieliśmy dość zapasów ani dość pieniędzy… A przynajmniej nie każdy. Cóż, już nie mam żony. – Pochylił głowę i wyciągnął nóż. – Daję ci czas do jutra. Masz to wszystko zburzyć. Rozumiemy się?

Marden stał z pochyloną głową, wpatrując się w ziemię. Coś mówili, ale tego już nie słyszał. W końcu zniknęli. Przetarł oczy. Wrócił do pracy.

Ta szła mu jednak teraz powoli. Źle złączył skały i fragment odpadł, rozbijając się o ziemię. Widział też już coraz mniej, bo niebo stało się niemal całkiem ciemne poza małym fragmentem oświetlanym przez księżyc, który pozwalał na dostrzeżenie zarysów bariery. W takich warunkach praca nie miała już sensu, a mimo to Marden nie mógł przerwać.

Musiała być już prawie północ, gdy usłyszał kroki za sobą, odwrócił się powoli. Diara przyciskała owinięte w skórę dziecko do piersi i patrzyła na ułożone w mur skały.

– Powinieneś już wrócić – powiedziała. – Od dawna nie jadłeś. – Pokręciła głową. – Myślałam, że gdy zabiorą ci pakunki, to niedługo wrócisz i… A ty nic.

Marden odłożył skałę na miejsce. Diara miała rację. To nie ulegało wątpliwości. Powinien wrócić, zasnąć i odpocząć, by jutro móc kontynuować… Jeśli w ogóle zaśnie. Wahał się przez chwilę, ale potem kiwnął głową.

Ruszyli w stronę miasta. Diara szła w milczeniu, przyglądając się gwiazdom i księżycowi.

– Jak to się stało? – zapytał. – Że zostałaś sama z dzieckiem?

Spojrzała na niego, w tym świetle nie widział jej oczu, ale czuł, że wyrażają zmęczenie, którego nie potrafił ukryć uśmiech.

– Moja córka zmarła krótko po porodzie, to się zdarza. – Poprawiła skórę otulającą dziewczynkę. – A ty, jak się tu znalazłeś? – zapytała szybko, nie dając mu czasu na wyrażenie żalu z powodu straty.

– Muszę pomóc ludziom.

Przytaknęła.

– Mało już takich jak ty na tym świecie… A co z twoją rodziną?

Przetarł czoło. Trudno mu się szło na zmęczonych nogach. Mimo to miał w tym momencie ochotę zawrócić i wznowić układanie skał na barierze.

– Różniliśmy się i zerwali ze mną kontakt.

– Może się nawrócą na dobrą drogę, nie można tracić nadziei – powiedziała z takim ciepłem w głosie, że zadrżał.

– To nie tak…

Chciał powiedzieć prawdę. Ale nie mógł, znienawidziłby go, a wtedy straciłby szansę na uratowanie tych wszystkich ludzi, na odkupienie win. Musiał więc milczeć.

– A jak? – zadała pytanie, marszcząc brwi.

Machnął ręką i odpowiedział wymuszonym uśmiechem. Już o nic nie zapytała.

 

***

 

Obudził się wraz ze słońcem i poszedł do stajni, gdzie przywitał się z Nirą. Odpowiedziała mu krótkim pohukiwaniem i szturchnięciem. Nakarmił ją i siebie, a potem wznieśli się nad miasto. Przymknął oczy, próbując cieszyć się ciepłymi promieniami słońca, ale nie wychodziło mu to. Był ciekaw, czy kiedyś coś się zmieni. Czy, gdy uratuje tych wszystkich ludzi, to… Jednak, jakie miał w ogóle szanse? Odrzucił od siebie tę myśl, była niepotrzebna, przeszkadzała.

Z tej odległości widział już barierę, a przy niej dziesiątkę ludzi. Nie rozpoznawał jeszcze szczegółów, ale nie trudno było się domyślić, kto tam stoi, już prawie zapomniał o wczorajszej groźbie. Czy naprawdę chcieli spróbować go zabić? A może ten nóż oznaczał coś innego. Zbliżył się i zamarł w siodle.

Uszkodzili barierę. Hurstan wraz z synem i swoimi pracownikami stał przed nią i się uśmiechał szeroko. Nie były to poważne uszkodzenia, ale wystarczające, by opóźnić pracę, by sprawić, że nie zdąży zbudować bariery. Jeśli przez nich…

– Miałeś to rozebrać, pamiętasz? – Hurstan pokręcił głową z niezadowoleniem. – Miałeś…

Nie dodał już nic więcej. Gruda ziemi uderzyła go w głowę. Upadł, nie zdążył się podnieść, musiał zasłonić ręką twarz przed kolejnym kawałkiem skały. Jego towarzysze krzyknęli i ruszyli, by podnieść kamienie i zaatakować.

Marden wyciągnął obie dłonie. Ziemia podrywała się, układała w kulki i uderzała. Znów czuł dawną furię i korzystał z niej. Rzucał raz za razem.

I nagle przestał. Nira patrzyła na niego szeroko rozwartymi ślepiami. Schylił głowę.

Słyszał, jak uciekają, bojąc się już wypowiedzieć w jego stronę jakiekolwiek złe słowo. Przynajmniej nie będą już przeszkadzać. Prawda? Nira wciąż uważnie go obserwowała i nie potrafił znieść jej wzroku.

Zaczął zbierać skały i naprawiać barierę. Było to jedyne, co mógł zrobić, by na chwilę uciszyć dawnego siebie.

Gniew odszedł szybciej, niż Marden się spodziewał. Została tylko przerażająca pustka, czasami przerywana przez głupią nadzieję, że uratowanie tych ludzi coś zmieni.

 

***

 

Wieczorem zaczęło mu już brakować kamienia w pobliżu, przez co budowa znacznie zwolniła, a następnego dnia w południe zdał sobie sprawę, że nie da rady w ten sposób już dłużej działać. Potrzebował więcej skał jak najbliżej muru.

Poleciał ku miastu.

Kopalnia znajdowała się w miejscu, gdzie dolina kończyła się stromą skalną ścianą. Przy wejściu stał mężczyzna o ogorzałej twarzy, ubrudzony pyłem i machał do wchodzących postaci. Marden zniżył lot i wylądował zaraz naprzeciwko górnika. Tamten go rozpoznał, ale nie okazał strachu, wyglądało więc na to, że Hurstan o wydarzeniach przy barierze nikomu nie powiedział. Może nie chciał mówić o swojej porażce, a może po prostu bał się Ziemnego?

– Potrzebuję kamienia – powiedział Marden, nawiązując kontakt wzrokowy.

– I chcesz go za darmo, co? – Górnik uśmiechnął się, ukazując żółtawe zęby.

– Ty tu zarządzasz?

– Aha – przytaknął mężczyzna.

Marden westchnął.

– Nie dostanę za darmo, prawda?

Górnik pokręcił głową.

– Jednak jesteś bystry – stwierdził i zarechotał.

Marden spojrzał na pierścień ze złota zdobiący palec. Ostatnie, co mu zostało po kontaktach z rodziną. Zdjął go.

– Macie przywieźć tyle kamienia, ile zdołacie i zabrać się do pracy jak najszybciej.

Górnik zaświecił oczami.

– Oczywiście.

 

***

 

Bariera wciąż nie wyglądała imponująco, a teraz każdego dnia mogła pojawić się woda. Marden pracował coraz ciężej, ale czy wystarczająco? Myśli zwątpienia pojawiały się częściej, ale nie miał na nie czasu. Wiedział, że jeśli mu się nie uda uratować tego miasta, przepadnie szansa na jakąkolwiek zmianę, dlatego musiał dać z siebie wszystko. I to robił. Mieszkańcy coraz częściej przechodzili w pobliżu bariery. Nie miał pojęcia, czy podziwiają, czy może się śmieją. Nieistotne.

Zwrócił jedynie uwagę na Hurstana, który wraz ze swoimi pracownikami najpierw wchodził po zboczu doliny, a potem w sporej odległości od bariery spuszczał się na linie każdego dnia do szczelin. Przynosili stamtąd konary cętkowców.

Marden stanął na barierze i spojrzał w dal. Potrzebował chwili przerwy, ręce z trudem mógł utrzymać w górze, a i umysł zaczynał odmawiać posłuszeństwa, nie wspominając już o drżących nogach. Nira usiadła obok niego, otulając go skrzydłem.

– To za mało – szepnął do niej, pokazując mur. – Gdyby dzisiaj przyszła woda, bez trudu przełamałaby zaporę. A może pojawić się w każdej chwili.

Spojrzał za siebie na spokojne miasto, którego od dawna nic nie zniszczyło, a potem jego wzrok powędrował na bliższe wzgórze, gdzie siedziała Diara z wnuczką i patrzyła na kamienną ścianę. Czy domyślała się, co robił kiedyś?

Przygryzł wargę. Tyle rzeczy było do naprawy, tak wiele musiał zrobić… Ale wyjścia nie miał. Wierzył, że jeśli w życiu uczyniło się tak wiele zła, trzeba było też uczynić wiele dobra.

Pracował do późnej nocy, wznosząc barierę. Gdy wracał do gospody, z trudem utrzymywał się w siodle. Jeszcze nigdy nie czuł się tak słaby.

 

 

***

 

Rano, gdy pojawił się na miejscu pracy, był zaskoczony, ile udało mu się zrobić przez noc. Jednak swoje to kosztowało. Kręciło mu się w głowie i z trudem kontynuował budowę. Pomimo tego, zanim słońce jeszcze porządnie wzeszło, bariera osiągnęła poziom równiny. Nie miał siły, żeby to celebrować. Wylądował na murze i chwiejnym krokiem podszedł do krawędzi, usiadł, pozwalając nogom zwisać nad przepaścią.

Chciał powiedzieć, że teraz wystarczy czekać, ale byłaby to nieprawda. Barierę musiał wzmocnić, żeby fale jej nie przełamały. Spróbował wstać. Cofnął stopy znad przepaści, przysiadł na kolanach… Tylko po to, by upaść.

Leżał, wpatrując się w dal, skąd miała nadejść woda. Wydawało mu się, że słyszy jej szum, że czuje na karku mroźny pocałunek lodowców, że widzi nadciągającą karę. Czas mijał, jednak nic nie przychodziło. Może dostał jeszcze jeden dzień? Na poprawienie wszystkiego? Coraz bardziej kręciło mu się w głowie. Głęboko wciągnął w płuca powietrze i przeturlał się, by zwiększyć odległość dzielącą go od krańca bariery. Nie marzył mu się spadek w dół. Zostało jeszcze tyle pracy…

Wtedy usłyszał nawoływania. Spojrzał w tamtym kierunku, obraz wciąż był niewyraźny, zamazany… brak snu dokuczał. Kilka osób stało z linami nad szczeliną i krzyczało coś w dół.

Marden podniósł się z trudem. Wskoczył na siodło i ledwo mogąc się utrzymać na grzbiecie Niry, wzleciał w powietrze. Pierwszym, co zobaczył, był Hurstan biegnący po skalistym podłożu z wyciągniętymi dłońmi.

Marden zebrał się w sobie i pofrunął w dół, ku mężczyźnie. Słyszał odległy trzask wody. Wszystko już zrozumiał. Chwycił rękę Hurstana i spróbował go podciągnąć, brakowało mu sił. Nira też słabła. Hurstan zerwał uścisk.

– Zdążę dopaść liny, leć po syna.

Marden kiwnął głową i ruszył wzdłuż szczeliny. Chłopaka dostrzegł już przy pierwszym zakręcie, a za nim pędzącą wodę, gnała nisko, przy ziemi, ale i tak byłaby zabójcza. Marden podleciał bliżej i sapiąc z wysiłku, wciągnął syna Hurstana na sowę.

Wznosili się powoli, a pod ich nogami huczała woda. Nira z trudem machała skrzydłami, walcząc z wiatrem i zdecydowanie zbyt dużym ciężarem, ale w dotarła do równiny przy barierze. Chłopak zeskoczył na trawę i pobiegł w stronę ojca, który już został wciągnięty na górę. Marden pogłaskał głowę sowy.

– Dzielnie się spisałaś – szepnął.

Patrzyła na niego. Miał nadzieję, że rozumie, jak bardzo jest jej wdzięczny. Nie powinien jej zmuszać do dźwigania takiego ciężaru… Nie powinien, ale co innego miał zrobić? Spojrzał w stronę Hurstana, który kiwnął mu głową. Trudno było coś wyczytać z twarzy tego człowieka, ale chyba pojawił się na niej wyraz szacunku.

Marden odwrócił się znowu ku wodzie, uderzającej o jego barierę. Wzmógł się wiatr, a niebo przykryły szare chmury. Czy tama mogła wytrzymać? Na jak długo? Na razie fale były słabe, ale to zmieniało się z każdą chwilą. Potrzebował czymś wzmocnić barierę.

Chwiejnym krokiem dotarł do Hurstana. Ten skłonił głowę.

– Dziękuję – powiedział.

Marden machnął ręką.

– Masz jeszcze cętkowca?

– Tak.

– To dobrze. Potrzebuje go jak najszybciej i jak najwięcej, wzmocnimy tę barierę.

Hurstan objął wzrokiem fale, przytaknął i zabrał się do wydawania poleceń.

 

***

 

Z cętkowców utworzyli szkielet, który Marden utwierdził skałami i ziemią. Tak wzmocniona bariera utrzymywała kolejne uderzające fale. Nie czuł już ani nóg, ani rąk. Włosy miał przyklejone do czoła, a w głowie wszystko się kręciło. Woda zabrała też ze sobą część równiny, poszerzając szczeliny, ale teraz utrzymywała poziom nieco poniżej bariery. Gdyby Marden miał nieco dłuższe nogi i mógł podejść do krawędzi bez ryzykowania upadkiem, to czubkami palców z łatwością dotknąłby tafli.

I choć wydawało się, że wszystko już się uspokoiło, to Marden miał złe przeczucie. Wsiadł na sowę i mocno chwytając się jej szyi, cicho poprosił o wzniesienie się w górę. Spojrzał w dół, powstrzymał zawroty i wznowił pracę.

Gdy przeciągał ostatnie skały, drgały w powietrzu, idąc z oporem, ale nie mógł odpuścić. Zwiększył barierę o wysokość mężczyzny. Miał nadzieję, że tyle wystarczy.

Doleciał do równiny i spadł na trawę, zasypiając pod gołym, zdobionym złotym słońcem niebem.

Obudził się pod wpływem szarpnięć. Hurstan potrząsał nim jeszcze przez chwilę, dopóki Marden nie zerwał się na nogi. Czerwone światło na zachodzie świadczyło, że trochę spał i choć mięśnie nadal bolały, to czuł się już lepiej.

– Co jest? – zapytał.

Hurstan gestem wskazał mu, by podążył za nim.

– Przyszło więcej wody.

Marden wskoczył na sowę.

– Niedługo odpoczniesz – szepnął do niej.

Z powietrza od razu zobaczył, jak bardzo poziom wody przy barierze zbliżył się do niebezpiecznej wysokości. A nadchodziła z daleka kolejna fala, która mogła przelać się przez naturalne skalne ściany, wlać na równinę, a potem po zboczach doliny zalać miasto.

Marden wskazał Hurstanowi, by pobiegł w stronę miasta, a sam wyciągnął ręce i zaczął formować po dwóch stronach doły, jednocześnie piaskiem z nich zebranym otaczał teren przy zboczach, by woda nie mogła dostać się do zabudowań.

Pierwsze krople uderzyły, gdy jeszcze nie był gotowy. Nie przestawał pracować.

Potem przyszła kolejna fala i dotarła do obu wykopanych dołów. Marden zaczął formować je tak, by tworzyły odpływ, kończący się jak najdalej od doliny.

Woda przelała się na równinę, uderzyła w prowizoryczny wał z piasku, ale tylko odrobina przez niego się przelała, reszta spłynęła ku dołom i rozlała się po polach trawy daleko od miasta. Marden odetchnął z ulgą i wzniósł się wyżej. Nie widział kolejnych nadchodzących fal. Odchylił się w siodle, pozwalając sobie na przymknięcie oczu i delikatny uśmiech.

Czerwień nieba zaczęła ustępować szarości, a wśród niej poziom wody stopniowo opadał. Marden wylądował obok bariery, gdzie teraz po przedarciu się przez wał z piasku stał Hurstan, brodząc butami we wciąż miękkiej ziemi.

– Przepraszam – powiedział, wpatrując się w dal. – I dziękuję.

Marden położył mu ręce na plecach.

– W porządku.

Nie byłoby w porządku, gdyby Hurstan o wszystkim wiedział, ale Marden nie mógł się przyznać… Poczuł, jak coś go ściska w sercu. Miał ochotę wszystko opowiedzieć, żeby choć raz ktoś mu naprawdę wybaczył. To mogłoby wszystko naprawić.

Odwrócił się, dosiadł sowy i poleciał ku gospodzie.

 

***

 

Leżał na łożu, wpatrując się w sufit. Słyszał odgłosy dobiegające z dołu i spodziewał się ich przyczyny. Nie miał ochoty wstawać, wiedział, że już tu się więcej nie położy, że gdy wstanie, spędzi tutaj ostatni dzień i że… Uratował tych ludzi, a jednak… Gdyby wiedzieli o nim to, co on, znienawidziliby go.

Wstał, ubrał się i wyszedł przez gospodę, gdzie już czekał tłum. Zaczęli wiwatować na jego cześć, uśmiechnięci, czasami ze spuszczonymi głowami na znak żalu, że oskarżali go o zło. Kiwał im głową, odpowiadając przyjaźnie.

Flery wyszedł w jego stronę, trzymając w ręce sakiewkę.

– To w ramach podziękowań.

Marden kręcił przez chwilę głową, ale w końcu przyjął dar. Spojrzał po twarzach ludzi. Czy potrafiliby go zrozumieć? Czy wybaczyliby? Tylko to pewnie mogłoby coś zmienić. Jeszcze raz się uśmiechnął i delikatnie ukłonił.

 

***

 

Diara skończyła myć córkę i wyszła do niego, mrużąc oczy.

– Udało ci się.

– W rzeczy samej.

Zaśmiała się.

– Co teraz? – zapytała.

– Odlatuje.

Kiwnęła głową, jakby właśnie tego się spodziewała.

– Nie będę cię zatrzymywała… – Westchnęła ciężko. – Widać, że coś cię dręczy, mam nadzieję… – Zamyśliła się na chwilę, gładząc podbródek. – Wszystko będzie dobrze – dodała zdecydowanie.

Uśmiechnął się.

– Na pewno. Chciałbym jeszcze tylko podziękować.

Zmarszczyła brwi.

– Za co?

– Za przekonanie ludzi, by dali mi pracować.

Znowu zaśmiała się.

– Złoty z ciebie człowiek, naprawdę… Dziękować za umożliwienie uratowania miasta. To ci dopiero.

Przygryzł wargę. Wyciągnął sakiewkę i położył ją na stole. A potem wyszedł szybkim krokiem, krzyknęła coś za nim, ale już tego nie słyszał. Wsiadł na sowę i uniósł się w powietrze.

Jeszcze przez chwilę patrzył na małą chatkę. Może powinien wrócić, opowiedzieć wszystko, co źle zrobił, jak wielu ludzi zabił… Tylko, czy ktokolwiek by go zrozumiał, jeśli sam siebie nie potrafił? Czy ktokolwiek by wybaczył, jeśli sam sobie nie potrafił? Czy ktokolwiek…

Durne, głupie i bez sensu.

Pochylił się w siodle, gładząc uszy Niry.

– To gdzie teraz, mała? – zapytał.

Miał nadzieję, że kiedyś, kiedy już uczyni wystarczająco wiele dobra, wszystko się zmieni. Spojrzał w stronę południa i przytulił się do Niry. Polecieli, zostawiając za plecami miasto i wciąż wsiąkającą w ziemię wodę.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Kwestie techniczne, które zatrzymały mnie przy czytaniu i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Może dlatego, że bijący od zamarzniętej wody chłód, (zbędny przecinek?) przypominał mu o tym, co on robił kiedyś, a może dlatego, że ten mróz uświadamiał go o potędze, której powstrzymać nie mógł żaden człowiek.

Poczuł dziwne muśnięcie na odsłoniętej szyi, jakby pożegnalny pocałunek lodowców, w którym skrywała się obietnica ponownego spotkania. Ogromna równina poprzecinana szczelinami łączyła się z doliną, w której stało samotne miasto. – powtórzenie?

Nie było otoczone murem, domy pobudowano luźno, a najbardziej z całej zabudowy wyróżniał się budynek z czerwoną wieżą. – powt./styl?

Ludzie na dole już go zauważyli, jakaś kobieta palcem pokazała go swojemu dziecku. – powtórzenie?

– Tak, od wieków na krańcu świata woda zmieniała się w lód, ale teraz… Wszystko się zmieniło. – i tu?

Więc, co radzisz mistrzu? – zapytał z wyraźną ironią. – przecinek przy Wołaczu?

– Kto chce, przeżyć, musi uciec. – zbędny pierwszy przecinek?

– Jestem, Diara, to Sami, moja wnuczka – wskazała palcem na dziewczynkę. – i tu?

Gdzie mamy iść? – zapytał ktoś z tłumu. – dokąd?

Wznieśli się jeszcze wyżej nad miasto, skąd widać było wszystko. Dolina kończyła się niewiele kroków za miastem stromą ścianą. – powtórzenie?

Flery wypił resztkę czerwonego płyn. Pewnie wina. – literówka?

Wstał wczesnym rankiem i wznowił pracę. Na razie jeszcze mógł to robić z poziomu ziemi, ale niedługo obecność wielkiej sowy miała się stać koniecznością, by utrzymać tempo pracy. – powtórzenie?

Nira, co prawda, męczyła się bardzo powoli, ale jeśli będzie musiała pracować cały dzień i noc? – zbędne dwa pierwsze przecinki?

Miał nadzieję, że skał starczy na wystarczająco długo. – powt./styl?

Nie ma żadnych lodowców, żadnego zagrożenia. Marden powstrzymał się od zaciśnięcia pięści. Nie miał prawa tych ludzi obrażać, sam był potworem, ale trudno było powstrzymać złość.

– To nie ma sensu – usłyszał stanowczy głos Diary. – powtórzenia?

– Codziennie wyruszałeś do szczelin, po te swoje cętkowce, bo dają ci ogrom pieniędzy. – To zrozumiałe, że jest ci smutno, bo teraz nie możesz wyprowadzić z dolin wozów i dorabiać się jeszcze większej fortuny – Posłała mu pobłażliwy uśmiech. – błędny zapis dialogu?

Marden kiwnął głowa Diarze. – literówka?

Drogą zmierzał w jego stronę wóz, który miał mu przynieść jedzenie. – składniowy? – może inaczej?: przywieźć/dostarczyć/zapewnić

I wtedy (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) jednego dnia, wszystkie uprawy zostały zniszczone, pochłonęła je ziemia.

Widział też już coraz mniej, bo niebo stało się niemal całkiem ciemne poza małym fragmentem oświetlanym przez księżyc, który pozwalał na dostrzeżenie zarysów bariery. W takich warunkach praca nie miała już sensu, a mimo to Marden nie mógł przerwać. Musiała być już prawie północ, gdy usłyszał kroki za sobą, odwrócił się powoli. – powtórzenia?

Mimo to miał w tym momencie ochotę zawrócić i wznowić układanie skał na barierze. – i tu?

Może się nawrócą na dobrą drogę, nie można tracić nadziei – powiedziała z takim ciepłem w głosie, że zadrżał. – i tutaj?

Czy (przecinek?) gdy uratuje tych wszystkich ludzi, to…

Jednak (i tu?) jakie miał w ogóle szanse?

Odrzucił od siebiemyśl, była niepotrzebna, przeszkadzała. Z tej odległości widział już barierę, a przy niej dziesiątkę ludzi. – powtórzenie?

Słyszał, jak uciekają, bojąc się już wypowiedzieć w jego stronę jakiekolwiek złe słowo. Przynajmniej nie będą już przeszkadzać. – i tu?

Marden podleciał bliżej i (przecinek?) sapiąc z wysiłku, wciągnął syna Hurstana na sowę.

Nira z trudem machała skrzydłami, walcząc z wiatrem i zdecydowanie zbyt dużym ciężarem, ale w dotarła do równiny przy barierze. – literówka lub brak części zdania?

Nie byłoby w porządku, gdyby Hurstan o wszystkim wiedział, ale Marden nie mógł się przyznać… Poczuł, jak coś go ściska w sercu. Miał ochotę wszystko opowiedzieć, żeby choć raz ktoś mu naprawdę wybaczył. To mogłoby wszystko naprawić. – powtórzenia?

Gdyby wiedzieli o nim, to (przecinek?) co on, znienawidziliby go.

Tylko (i tu?) czy ktokolwiek by go zrozumiał, jeśli sam siebie nie potrafił?

 

Piękna, pogodna i napawająca otuchą opowieść drogi, świetna kreacja głównego bohatera. Na pochwałę zasługuje fakt, że nie ma tu czarno-białego wizerunku ludzi, każdy, nawet ten dobry, jest w rzeczywistości makabrycznie zły, lecz mimo wszystko stara się poprawić swój wizerunek, odkupić grzechy. :) Napomykasz wielokrotnie o jego mrocznej przeszłości, zatem rozumiemy, jak duże brzemię ciąży mu na sumieniu. :) Pomysł na sowę – „bardzo na plus”. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Cześć, bruce

Na wstępie przepraszam za tak późną odpowiedź. Większość błędów poprawiłem, muszę się jeszcze zastanowić nad powtórzeniami, bo muszę trochę pomyśleć, jak przebudować tekst, ale postaram się to dzisiaj skończyć. 

Cieszę się, że tekst przypadł ci do gustu, a przede wszystkim kreacja bohaterów, bo jest to element, na którym zdecydowanie muszę się skupić, by poprawić jakość opowiadań. 

Bardzo dziękuję za wyłapanie błędów i opinię. 

Pozdrawiam. 

 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Młody Pisarzu, pamiętasz z bet i poprzednich opinii? – jak zawsze – to tylko sugestie, mogę nie mieć racji, czasem powtórzenia służą podkreśleniu wymowy zdania – na spokojnie to sobie przemyśl. :) 

Pozdrawiam serdecznie i także dziękuję. heart

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka