Kolejne opowiadanie z serii Praca Cię Znajdzie ;)
Zapraszam! Mam nadzieję, że się Wam spodoba! ;)
Kolejne opowiadanie z serii Praca Cię Znajdzie ;)
Zapraszam! Mam nadzieję, że się Wam spodoba! ;)
Jak co dzień udałem się nad jezioro. Było gorące, letnie południe.
Usiadłem na ławce i wyciągnąłem z reklamówki kilka kromek chleba, rozdrabniając je na małe kawałki.
Już po chwili zobaczyłem, jak pędzą do mnie kaczki, kłapiąc dziobami i wydając z siebie głośne kwakanie.
Z uśmiechem rzucałem kolejne kawałki, a ptaki pochłaniały je zażarcie.
Życie na bezrobociu było nudne i musiałem czymś zająć myśli.
Nagle zobaczyłem cień na ziemi. Odwróciłem się i ujrzałem mężczyznę w różowym garniturze, na którym znajdowała się plakietka z napisem „Pan Zdrapka”. Facet stał, uśmiechając się od ucha do ucha. Zdziwił mnie jego ubiór, przecież w takim stroju musiało mu być absurdalnie gorąco!
– Dzień dobry, panie Łukaszu! – krzyknął głosem tak donośnym, że wszystkie kaczki uciekły z powrotem do jeziora. – Mogę się przysiąść?
Nie czekając na odpowiedź, usiadł obok mnie.
Skąd on w ogóle znał moje imię? Widziałem tego gościa pierwszy raz w życiu.
Gdy go o to zapytałem, mężczyzna tylko machnął lekceważąco ręką, całkowicie pomijając temat.
– Mam dzisiaj dla pana wspaniałą wiadomość! – mówił z takim entuzjazmem, jakby relacjonował finał mistrzostw świata.
– Co… co to za wiadomość? – zapytałem, czując, jak dłonie robią mi się wilgotne.
Mężczyzna wyciągnął z kieszeni pięć zdrapek i rozłożył niczym wachlarz.
– Proszę wybrać jedną, zobaczymy, czy los jest dzisiaj po pana stronie.
Zawahałem się i rozejrzałem nerwowo dookoła. Co tu jest grane? – pomyślałem.
Nie wiedziałem, czego się spodziewać… kamer? Grupy dzieciaków z telefonami, robiącymi żarty?
Ale… teren wokół jeziora świecił pustkami. Nie było tu nikogo oprócz mnie, gościa w garniturze i kaczek.
– Śmiało, panie Łukaszu – zachęcał mnie.
– No dobra…
Drżącą ręką sięgnąłem po pierwszą lepszą zdrapkę na samym środku, gdy nagle mężczyzna cofnął dłoń.
– Na pewno? Nie chce się pan zastanowić? W końcu może to być dzień, w którym pana los całkiem się odmieni.
Zastygłem z ręką w powietrzu. Patrzyłem na zdrapki, a pot rozlewał się po całym moim ciele. Koszulkę miałem tak mokrą, że można by ją wycisnąć.
Wziąłem głęboki wdech i szybkim ruchem złapałem zdrapkę wysuniętą najbardziej na prawo.
Drapałem, a mężczyzna zaglądał mi przez ramię. W końcu moim oczom ukazał się wielki napis „WYGRANA!!”.
Nieznajomy klasnął w dłonie.
– Gratulacje, panie Łukaszu! – krzyknął wesoło! – Doskonały wybór. Jak mówiłem, dzisiaj pana los się odmieni.
Pogrzebał w kieszeni, po czym wyciągnął złożoną na pół kartkę.
– Co to jest? – zapytałem, nic nie rozumiejąc.
– To, panie Łukaszu, pana nowe miejsce pracy. Sklep Gucio – powiedział, podając mi kartkę.
Patrzyłem z niedowierzaniem. Mały, osiedlowy sklepik. Praca w tygodniu i weekendy, luźny grafik.
– To bardzo przyjemny sklep – mówił mężczyzna. – Prowadzi go Damian Molęga i potrzebuje pomocnika. Jest tam klimatyzacja, zimne napoje, a Damian to miły i kulturalny młody chłopak, więc na pewno się dogadacie.
Czy to sen? To… zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Po tylu miesiącach szukania jakiejkolwiek pracy trafiło mi się coś takiego?
Wpatrywałem się w kartkę. Widniał na niej adres sklepu i rzeczy, którymi będę musiał się zajmować. I zdjęcie… zdjęcie sklepiku, który wydawał się najpiękniejszą rzeczą na świecie.
– Kim pan w zasadzie… – Podniosłem głowę i zobaczyłem, że mężczyzna w garniturze zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu.
Było to bardzo dziwne, ale nie zwracałem uwagi. Liczyło się tylko jedno… w końcu mam pracę… chyba.
Czym prędzej wstałem z ławki i udałem się pod adres z kartki, i po kilku minutach zobaczyłem szyld:
SKLEP GUCIO
Gdy otworzyłem drzwi, przywitał mnie przyjemny dźwięk dzwoneczka. Od razu poczułem chłód panujący w sklepie. Po fali upałów takie chłodne miejsce było niczym opatrunek na ranie.
Wnętrze nie wydawało się szczególnie fascynujące, ot – typowy mały sklepik.
Kilka półek z różnymi towarami, od karmy dla zwierząt po chipsy, czy masło. Za ladą znajdowała się półka z papierosami i alkoholem.
Z głośnika pod sufitem przygrywała cicho jakaś popowa piosenka. Rozglądałem się dookoła i wydawało się, że jestem tu sam. Już miałem się odezwać, gdy zza lady wyskoczył jak diabeł z pudełka na oko trzydziestoletni mężczyzna z czarną bródką i w okularach.
– Dzień dobry! – zawołał wesoło, rozkładając ręce, jakby chciał mnie przytulić. Na szczęście skończyło się jedynie uściskiem dłoni. – Pewnie pan Łukasz! – stwierdził. – Jestem Damian Molęga, i jak pan widzi, prowadzę sklep.
– Miło mi pana poznać – odparłem spokojnie, uśmiechając się.
– Cieszę się, że pana znalazłem! Samemu trudno sobie ze wszystkim poradzić, więc pomoc jak najbardziej się przyda! Może najlepiej będzie przejść na ty, co o tym sądzisz? Damian! – powtórzył, wyciągając dłoń w moim kierunku.
– Łukasz. I tak… to dobry pomysł.
– No nie?! Od razu zrobiło się tak… luźniej! Weselej! – krzyczał i machał rękami jak wariat. Bałem się, że w którymś momencie wydłubie mi oko.
– Może kawy? Albo herbaty? Lub pepsi z lodówki?! – zalewał mnie pytaniami, krążąc po sklepie.
– Może być pepsi. Na zewnątrz trochę ciepło.
– Ha! To świetnie się składa! Możesz ją kupić i przy okazji pokażesz, jak obsługujesz kasę fiskalną!
Nie spodziewałem się tego. Myślałem, że Damian po prostu poczęstuje mnie napojem. Nie pokazując zaskoczenia, wyciągnąłem z lodówki chłodną butelkę i udałem się do kasy.
Chwyciłem czytnik, zeskanowałem kod kreskowy, a na ekranie monitora pojawiła się cena za małą pepsi.
– Siedem osiemdziesiąt? – wyrwało mi się. – Drogo tu trochę!
– Ha! Może dlatego takie tu pustki?! – zaśmiał się Damian i klepnął mnie w plecy tak mocno, że aż mi się odbiło. – Spokojna głowa, jest dobrze. Ruch mamy głównie w weekendy!
– Zdarzają się… wiesz… niemili klienci? – zapytałem nieśmiało.
Damian patrzył na mnie, jakby nie wiedział, o czym mówię, ale po chwili uśmiechnął się szeroko.
– Spokojnie, tu praktycznie sami swoi! Pewnie po tygodniu pracy będziesz wiedział, jakie papierosy pali każda osoba na osiedlu! – zaśmiał się.
Drzwi sklepu otworzyły się i do środka weszła starsza kobieta podpierając się laską.
– Przepraszam, kochanie – zagadnęła do mnie.
Poczułem się lekko zmieszany, ale starałem się nie dać tego po sobie poznać.
– Gdzie znajdę krzyżówki? – zapytała, uśmiechając się promiennie.
Zza lady Damian pokazał podniesiony kciuk, a ja chciałem wypaść jak najlepiej. W końcu to mój pierwszy dzień.
– Już pani pokazuję.
Ruszyłem z kobietą między półkami i stoisko z prasą znalazłem dość szybko. Jak wspomniałem – sklep nie był duży.
Nie minęło wiele czasu od wyjścia staruszki, gdy do środka wszedł postawny mężczyzna. Jego twarz wyglądała, jakby lepsze lata miała dawno za sobą. Była cała poraniona i w bliznach.
Wstrzymałem oddech, gdy podszedł i położył zabandażowaną dłoń na ladzie.
– Rothmansy czerwone – powiedział, kładąc stuzłotowy banknot na stole.
Przez chwilę czułem się odcięty od świata. Damian chrząknął w pięść, a ja odzyskałem rozum.
– Już… już podaję… – powiedziałem niepewnie.
Nie bardzo znałem układ papierosów, więc znalezienie odpowiedniej paczki zajęło mi dłuższą chwilę. Poczułem, jak znowu oblewa mnie pot, gdy mężczyzna przeskakiwał z nogi na nogę, nerwowo uderzając palcami zdrowej dłoni w ladę.
– Proszę… bardzo… – Podałem mu paczkę, wydałem resztę i mężczyzna bez pożegnania wyszedł.
Wypuściłem powietrze, jakbym trzymał je w płucach od miesięcy.
– Dobrze ci poszło – pochwalił mnie Molęga. – Ten gość to Stefan. Wydaje się straszny, ale jest niegroźny. – Uśmiechnął się.
– Wyglądał tak, jakby mógł mnie zabić małym palcem u dłoni.
– To prawda, ale tak naprawdę jest łagodny jak baranek!
Chciałem wierzyć Damianowi, ale z drugiej strony… miałem nadzieję, że Stefana będę oglądał bardzo rzadko.
Dzień upłynął spokojnie.
Do sklepu weszło jeszcze kilku klientów, ale nie działo się nic szczególnie ciekawego.
Robiło się ciemno, gdy razem z Damianem zamknęliśmy drzwi.
– To co, chłopie, do jutra? – zapytał szef, wyciągając dłoń.
– Do jutra! – odparłem, ściskając ją.
I każdy poszedł w swoją stronę. Byłem szczęśliwy, nie mogłem przestać się uśmiechać! W końcu miałem pracę! I to całkiem przyjemną! Czasem los naprawdę potrafi pozytywnie zaskoczyć w najmniej spodziewanym momencie.
***
Następnego dnia poszedłem na pierwszą zmianę. Damiana jeszcze nie było, ale wczoraj dał mi klucze, którymi otworzyłem sklep.
Starałem się ogarnąć przyjęcie prasy. Nie wiedziałem za bardzo, gdzie leżą poszczególne gazety, więc zajęło mi to dłuższą chwilę.
Wybiła godzina siódma, Damiana ani śladu.
Spodziewałem się, że będzie w sklepie od rana, a tu taka niespodzianka.
Nie działo się nic szczególnie ciekawego. Jedynie pogoda całkiem się popsuła i na zewnątrz rozpadało się na dobre.
Pierwszym klientem była starsza pani, która przyszła po „Super Express”. Nie powiedziała nawet dzień dobry, czy do widzenia. Wydało mi się to dziwne, ale… machnąłem na to ręką.
Zostawiła w sklepie trochę błota, ale nie ma co się dziwić, ziemia była mokra przez ulewę.
I kiedy myślałem, że cały dzień spędzę sam w pracy, drzwi otworzyły się przy dźwięku dzwonka.
Zobaczyłem Damiana niosącego wielkie, czarne pudło. Wydawało się całkiem ciężkie, gdyż mężczyzna trochę się z nim męczył. Twarz miał całą mokrą. Nie wiedziałem, czy od potu, czy deszczu.
Spojrzałem na jego buty – całe w błocie. Od razu pomyślałem, że będę musiał posprzątać sklep.
Damian wzdychał, jakby podnosił ciężary na siłowni. Ciągnął skrzynię w stronę magazynu.
– Szefie, może pomogę? – zapytałem, wychodząc zza lady.
– Nie! – krzyknął tak, że aż mnie zamurowało.
– No… dobra… – odparłem niepewnie, wracając na miejsce.
– Dam sobie radę. – Damian silił się na uśmiech, ale wyszedł mu jedynie nieprzyjemny grymas.
Nie powiedziałem nic więcej. Patrzyłem tylko, jak ciągnie tę wielką skrzynię do magazynu. Zastanawiałem się, co jest w środku, ale… co by w zasadzie mogło być? Przebywaliśmy w sklepie, więc zapewne towar, który trzeba będzie później rozłożyć.
Szef wszedł do magazynu i zamknął drzwi na klucz. Słyszałem skrzypiący dźwięk otwieranej skrzyni i stukot. Nie trwało to długo, więc po chwili Damian wyszedł, cały mokry. Koszula kleiła mu się do ciała tak bardzo, jakby była jego częścią.
Uśmiechnął się do mnie i klasnął w dłonie.
– No co tam, chłopie? – zapytał, zamykając drzwi magazynu na klucz.
Zaskoczyło mnie to. Co jak zabraknie towaru? Uznałem jednak, że zrobił to machinalnie, więc postanowiłem nie drążyć tematu.
Opowiedziałem pokrótce, co dziś zrobiłem, jacy byli klienci, a Damian słuchał z zaciekawieniem.
– No, no! Całkiem nieźle! – pochwalił mnie i klepnął w plecy.
– Szefie, co było w tej skrzyni? – zapytałem. – Jakiś towar? Pomogę ci rozłożyć i tak na razie nic się nie dzieje.
Miałem wrażenie, że przez krótką chwilę wyraz twarzy Damiana zmienił się, jakby… spochmurniał.
Trwało to zaledwie kilka sekund, ale nie uszło mojej uwadze, że coś go gryzie. Położył mi dłoń na ramieniu i powiedział:
– Spokojnie, dam znać, jak będziesz potrzebny. – Uśmiechnął się. – Mam coś do zrobienia, taką powiedzmy… robotę na boku – zaśmiał się. – Nie patrz na mnie taki zdziwiony, to nic nielegalnego! – Uniósł ręce w geście poddania. – Po prostu wolę się tym zająć tutaj niż w domu, tam jest za dużo oczu i uszu, sam rozumiesz…
Rozumiałem. Sam mieszkałem z bratem i siostrą w niewielkiej kawalerce, więc wiedziałem, jak potrafi ugryźć brak prywatności. Poczułem ulgę, sprawa zamkniętego magazynu była dla mnie całkiem jasna. Nie chciałem przeszkadzać Damianowi, zwłaszcza że dopiero co dostałem pracę i wolałem jej nie stracić drugiego dnia, wciskając nos w nie swoje sprawy.
– No dobra! – Damian klasnął. – Zajmijmy się gazetami.
– Ale… już się zająłem – powiedziałem zdziwiony.
Damian objął mnie, jak starego przyjaciela i zaśmiał się.
– To dopiero połowa roboty! – krzyknął radosnym głosem. – Widzisz ten wór?
Spojrzałem i istotnie, żółty worek leżał na podłodze.
– Musimy do niego spakować stare gazety, a następnie umieścić w skrzyni za sklepem.
Gazet nie było zbyt wiele, więc uwinęliśmy się z tym w kilka minut. Wyniosłem niezbyt ciężki worek i wsadziłem do skrzyni. Wciąż padało, więc po krótkiej chwili ubranie miałem całkiem przemoczone. Wtedy spojrzałem w kierunku magazynu i poczułem nieprzyjemne dreszcze. Okna były zasłonięte jakąś czarną płachtą. Miałem nie wkładać nosa w nie swoje sprawy, ale zaczynało mi się to coraz mniej podobać. Co takiego szef robił w środku, czego nikt nie mógł zobaczyć? Zaczynałem się obawiać, że to jednak coś nielegalnego. Przełknąłem ślinę, modląc się w duchu, żeby to nie było to. Nie chciałem się wplątywać w żadne… „śliskie” interesy.
Gdy wróciłem do środka, Damian stał bez ruchu, wpatrując się w drzwi magazynu. Był jak zahipnotyzowany.
– Zaniosłem… gazety… – powiedziałem cicho, drżącym głosem.
Damian nawet nie zareagował. Myślałem, że może nie usłyszał, ale po chwili odwrócił się w moją stronę z kamiennym wyrazem twarzy.
– Nieźle, dobra robota – powiedział głosem pozbawionym wszelkich emocji. – Słuchaj, Łukasz… pójdę na chwilę do magazynu, dobra? Zajmij się sklepem. Jak coś, to wołaj, dobra?
Kiwnąłem głową, na co Damian uśmiechnął się i zniknął za drzwiami magazynu. Usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza.
Na drżących nogach ruszyłem powoli w stronę pomieszczenia. Starałem się robić jak najmniej hałasu.
Gdy dotarłem do drzwi poczułem jak dłonie robią mi się mokre. Wziąłem głęboki wdech i z sercem walącym w piersi, spojrzałem przez dziurkę od klucza.
W środku panowała ciemność, więc trudno było cokolwiek dostrzec. Widziałem jednak niewyraźną sylwetkę Damiana, pochylającego się nad skrzynią.
Nagle poczułem czyjąś obecność. Jak rażony piorunem odwróciłem się od drzwi i zobaczyłem młodą kobietę w białej, przemoczonej sukni i z długimi czarnymi włosami. Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami.
Jak ona tu weszła? Nie słyszałem dzwonka nad drzwiami. Ale byłem tak zaangażowany w śledzenie Damiana, że wcale mnie to nie dziwiło.
– W czym… mogę pomóc? – Starałem się opanować drżenie głosu, ale z marnym skutkiem.
Kobieta nie odezwała się ani słowem. Wpatrywała się tak, jakby chciała prześwietlić mnie na wylot.
Poczułem ciarki. Zupełnie nie wiedziałem, jak się zachować.
– Coś… podać? – zapytałem, delikatnie się odsuwając.
Wciąż cisza. Stała nieruchomo, aż w pewnym momencie powoli, jakby z ogromnym trudem, wyciągnęła rękę, pokazując palcem drzwi magazynu.
– Nie rozumiem… – Głos drżał mi tak mocno, że nie wiedziałem, czy kobieta w ogóle mnie rozumie. – Chce pani… porozmawiać z szefem?
Nie usłyszawszy odpowiedzi, podszedłem do drzwi i delikatnie zapukałem.
– Szefie, ktoś… chce z tobą rozmawiać – powiedziałem i odwróciłem się w stronę kobiety… która zniknęła.
Rozejrzałem się po całym sklepie. Nie było po niej śladu, jakby rozpłynęła się w powietrzu. W tym momencie drzwi uchyliły się i przez szparkę wyjrzał Damian.
– O co chodzi? – zapytał wyraźnie zaskoczony.
– Już nic… była tu jakaś kobieta, ale już wyszła.
– W porządku, jakby coś się działo, jestem tutaj. – Po tych słowach zamknął drzwi. Tego dnia już go nie widziałem.
***
Następnego dnia rano miałem nadzieję, że całe szaleństwo Damiana już się skończyło. Spojrzałem na drzwi magazynu, były zamknięte. Nawet kusiło mnie, żeby podejść i sprawdzić, czy na klucz, ale… nie zrobiłem tego. Bałem się, że szef mnie przyłapie na węszeniu, a wtedy mógłby przestać być taki miły.
Zacząłem rozkładać gazety. Najpierw czarno-biała prasa. Byłem w szoku, że jeszcze ktokolwiek taką czyta, ale życie jest zaskakujące.
Właśnie wziąłem jedną z gazet i moim oczom ukazał się artykuł: Z cmentarza zniknęło ciało! Niżej tekstu widniało zdjęcie. Poczułem zawroty głowy. Musiałem złapać się lady, żeby nie upaść. To była ta sama kobieta, którą widziałem wczoraj w sklepie! Drżącymi rękami otworzyłem gazetę na stronie artykułu i zacząłem czytać dalej:
Policja prowadzi dochodzenie po zniknięciu ciała dwudziestoczteroletniej kobiety. Do zdarzenia doszło wczoraj między południem a wieczorem. Sprawca lub sprawcy otworzyli grób, a następnie wynieśli ciało Moniki. Do tej pory nikomu nie postawiono zarzutów. Rodzina prosi o uszanowanie prywatności. Przypomnijmy, że kobieta kilka dni temu zginęła w tragicznym wypadku samochodowym. Jej samochód uderzył w barierki i wjechał do jeziora. Policja ustala okoliczności zdarzenia…”.
Dłonie trzęsły mi się tak mocno, że nie mogłem rozpoznać liter. Gazeta wypadła mi na podłogę, a ja czułem się oszołomiony. To musiała być jakaś pomyłka! Ta kobieta nie mogła zginąć kilka dni temu, skoro widziałem ją wczoraj!
Wyciągnąłem z lodówki wodę i wypiłem zawartość jednym łykiem. Chciałem się uspokoić, wmawiać sobie, że przecież… kobieta ze sklepu i z gazety… to nie ta sama osoba! Były po prostu bardzo podobne do siebie. Usiadłem na krześle, próbując złapać oddech, ale serce wciąż waliło mi jak szalone.
W tym momencie drzwi sklepu otworzyły się i do środka wszedł Damian. Niósł jakąś czarną, metalową skrzynkę. Gdy mnie zobaczył, wypuścił ją z rąk i podbiegł łapiąc mnie za barki.
– Łukasz… co jest?! Wszystko dobrze?! – krzyczał mi w twarz, potrząsając jak szmacianą lalkę.
Nie byłem w stanie wypowiedzieć żadnego słowa, więc wskazałem palcem na gazetę.
Damian podniósł ją z podłogi i znów to widziałem – wyraz jego twarzy zmienił się w ułamku sekundy. Cały pobladł. Położył gazetę na półce i uśmiechnął się delikatnie.
– To straszna tragedia, ale musimy zająć się pracą. – Klasnął w dłonie. – Do roboty! Dochodzi siódma, a gazety wciąż nieułożone!
Podszedł do skrzynki, która otworzyła się po kontakcie z podłogą, przez co mogłem zobaczyć jej zawartość. Taśma izolacyjna i kilka grubych kabli. Damian pozbierał wszystko naprędce i zniknął w magazynie bez dalszych wyjaśnień, a ja zostałem z myślą… po co mu to potrzebne?
Dzień mijał spokojnie. Klientów było tyle, co kot napłakał. Nie mogłem wyrzucić z głowy obrazu dziewczyny z gazety. Cała ta sprawa nie dawała mi spokoju.
Damian od kilku godzin nie wychodził z magazynu. Chciałem nawet zapytać go, czy wszystko w porządku, ale odpuściłem. Widocznie miał powody, żeby w nim przebywać.
Powoli zbliżał się wieczór i koniec mojej zmiany. Zszedłem z krzesła i ruszyłem w stronę magazynu. Damian nie wyszedł z niego nawet przez moment. Cały dzień słuchałem jak coś tam przesuwa, czy układa, ale drzwi pozostawały zamknięte.
W pewnym momencie zauważyłem, że światła w sklepie zaczęły migotać. Stanąłem jak wryty, gdy usłyszałem elektryczny dźwięk, brzmiący niczym spawarka.
Światła migały, aż w końcu na moment zgasły całkowicie. W sklepie zapanowała ciemność. Nie widziałem kompletnie nic, więc drżącymi rękami wyciągnąłem telefon i włączyłem latarkę. Pomyślałem, że padł bezpiecznik i trzeba na nowo go uruchomić. Skierowałem snop światła na drzwi magazynu i o mało nie krzyknąłem… była tam, w białej sukni, z ręką wyciągniętą w stronę magazynu. Stałem kawałek od niej, ale doskonale widziałem twarz pełną bruzd, poranioną i pomarszczoną. Postawiła krok w moją stronę, a ja cofnąłem się, wpadając na półkę z gazetami i upadłem razem z nią. Jeszcze nigdy serce nie biło mi tak mocno jak w tamtej chwili. Leżąc na podłodze podniosłem telefon, drżącą dłonią kierując światło w stronę kobiety. Wciąż tam była, poruszała powoli ustami, jakby chciała coś powiedzieć. Ciągle wskazywała magazyn. Spojrzałem w jego stronę i nagle… światło wróciło, a tajemnicza kobieta zniknęła. W tym momencie drzwi otworzyły się i zobaczyłem Damiana. Próbował się uśmiechnąć, ale w jego oczach migotały łzy.
– Korki padły! – próbował krzyknąć radośnie, ale słyszałem drżenie jego głosu.
Dopiero po chwili zauważył mnie leżącego wśród gazet.
– Oj, musisz uważać – powiedział, pomagając mi wstać. – Takie rzeczy się zdarzają, czasem wywali prąd i jest katastrofa! – zaśmiał się. – No nic, ogarnij ten burdel i możesz iść do domu.
Znów zniknął w magazynie, nie pozwalając mi dojść do słowa.
***
Moja zmiana dobiegła końca. Chwyciłem klucze, zgasiłem światła i już miałem wyjść, gdy coś przyciągnęło moją uwagę – szare drzwi magazynu i czerwone światło, jakie się spod nich wyłaniało. Poczułem na ciele dreszcze. Wszystkie zmysły mówiły mi, żeby odpuścić, zostawić tę sprawę i po prostu wyjść, i naprawdę chciałem to zrobić, ale usłyszałem zza ściany ciche buczenie, jakby ktoś włączył agregat prądotwórczy. Czerwone światło stawało się jaśniejsze, by po chwili zblaknąć. Chciałem zrozumieć, co dzieje się za drzwiami, więc powoli postawiłem pierwszy krok, a potem drugi, aż do nich dotarłem. Nacisnąłem klamkę, która z jakiegoś powodu była gorąca. Drzwi jednak pozostawały zamknięte. Schyliłem się, by zajrzeć przez dziurkę od klucza i wtedy usłyszałem huk, jakby coś wybuchło. Czerwone światło natychmiast zniknęło, a Damian krzyknął tak przeraźliwie, że przeszły mnie dreszcze.
– Wszystko dobrze?! – zawołałem, jednak odpowiedział mi tylko płacz szefa.
Nie myśląc za wiele zacząłem walić w drzwi z całych sił. Pot spływał mi po twarzy, ale nie przestawałem. Po chwili magazyn stanął otworem, a ja wpadłem do środka, upadając na podłogę. Panowała w nim całkowita ciemność, jednak od razu wyczułem charakterystyczny zapach spalenizny, który drażnił mój nos. Powoli wstałem i drżącymi rękami wyciągnąłem telefon po raz kolejny tego wieczoru odpalając latarkę.
– Dlaczego…? – Usłyszałem przesiąknięty rozpaczą głos Damiana, od którego włosy zjeżyły mi się na głowie.
Przesuwałem latarką po magazynie. Widziałem towar, który miał trafić na sklepowe półki, i kable. Głośno przełknąłem ślinę, gdy zacząłem podążać w ich kierunku. Z ciemności wyłaniało się coraz więcej rzeczy, agregat do prądu, defibrylatory i czarna skrzynia przy której po turecku siedział Damian chowając twarz w dłoniach.
– Dlaczego nie chce wrócić? – Spojrzał na mnie czerwonymi od łez oczami.
Nogi miałem, jak z waty, serce waliło mi tak mocno, jakby miało eksplodować. Czułem, jak całe moje ciało zalewa się potem, gdy powoli, krok za krokiem, zbliżałem się do skrzyni.
Wtedy ujrzałem jej zawartość. Gardło miałem tak ściśnięte, że nie mogłem wydać z siebie dźwięku. Telefon wypadł mi z ręki i pomieszczenie znów pochłonął mrok.
W skrzyni leżała ona, kobieta w białej sukni. Ta sama, którą widziałem w sklepie, a jeszcze wcześniej w gazecie. Jej ciało było całkiem zniszczone, przypalona skóra, głowa pozbawiona włosów, sukienka brudna i w niektórych miejscach spalona.
– Robiłem wszystko, żeby znów odzyskać siostrę… – płakał Damian. – A ona wciąż nie wraca.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, co zrobić. Widziałem jego rozpacz, od której zrobiło mi się słabo.
– Musi być jakiś sposób, jeszcze… jeszcze nie jest za późno! – krzyknął nagle, łapiąc mnie za barki.
– Ona… nie żyje! – wydusiłem z siebie chrapliwym głosem. – Nie wróci…
Na te słowa Damian ponownie zalał się łzami i zaczął głaskać ciało po głowie.
– Moja kochana siostrzyczka… – mówił cicho. – Znajdę sposób…
Zacząłem cofać się na czworakach i gdy znów znalazłem się w sklepie, zadzwoniłem na policję, która po chwili pojawiła się w budynku. Damian został aresztowany i zamknięty w radiowozie, a ciało Moniki zabezpieczone.
Pamiętam spojrzenie szefa, pełne bólu i niedowierzania. Patrzył na mnie zza szyby radiowozu i… miałem wrażenie, że nie ma do mnie żalu. Patrzył tak, jakby… nie rozumiał, co się stało.
Wtedy widziałem go po raz ostatni.
***
Kilka dni później przechodziłem obok zamkniętego sklepu Gucio i poczułem łzy napływające mi do oczu. Lubiłem tę pracę, lubiłem szefa, a teraz… wszystko się skończyło. Westchnąłem i spojrzałem przez okno na znajome półki i ladę, przy której spędziłem trochę czasu. Uśmiechnąłem się na miłe wspomnienie, żałując, że wszystko potoczyło się w ten sposób. Pomyślałem o Damianie i o tym, co się z nim stało. Nie miałem o nim żadnej informacji. Szukałem jakiejkolwiek wzmianki, ale nic nie znalazłem. Mogłem mieć jedynie nadzieję, że odnalazł spokój i… czekałem, może naiwnie, ale czekałem, by któregoś dnia wrócił, do sklepu, do dawnego życia.
Witaj. :)
Sprawy technikaliów i sugestie oraz wątpliwości co do nich (zawsze – tylko do przemyślenia):
To… było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. – powtórzenie?
Widniał na niej adres sklepu i rzeczy, którymi będę musiał się zajmować. I zdjęcie… zdjęcie sklepiku, który wydawał się najpiękniejszą rzeczą na świecie. – i tu?
Było to bardzo dziwne, ale nie zwracałem na to uwagi. – i tu?
Czym prędzej wstałem z ławki i udałem się pod adres z kartki i po kilku minutach zobaczyłem szyld: – a czemu potem jest tyle wolnych wersów?
Wnętrze nie wydawało się szczególnie fascynujące, ot (przecinek albo myślnik?) typowy mały sklepik.
Jestem Damian Molęga i (przecinek?) jak pan widzi, prowadzę sklep.
Damian patrzył na mnie, jakby nie wiedział (i tu?) o czym mówię, po czym uśmiechnął się szeroko. – powtórzenie?
Ruszyłem z kobietą między półkami i stoisko z prasą znalazłem dość szybko. Jak wspomniałem – sklep nie był duży. Nie minęło wiele czasu od wyjścia kobiety, gdy do środka wszedł postawny mężczyzna. – kolejne?
Wydało mi się to dziwne, ale… machnąłem na to ręką. – i kolejne?
Co (przecinek?) jak zabraknie towaru?
Mam coś do zrobienia, taką (i tu?) powiedzmy… robotę na boku – zaśmiał się.
Gdy wróciłem do środka, Damian stał bez ruchu, wpatrując w drzwi magazynu. – składniowy? – brak „się”?
Jak coś (przecinek?) to wołaj, dobra?
– Nie rozumiem… – Głos drżał mi tak mocno, że nie wiedziałem, czy kobieta w ogóle mnie rozumie. – Chce pani… porozmawiać z szefem? – mam wątpliwość, czy to nie gębowe (?)
– Korki padły! – Próbował krzyknąć radośnie, ale słyszałem drżenie jego głosu. – tu podobnie?
– Robiłem wszystko, żeby znów odzyskać siostrę… – Płakał Damian. – A ona wciąż nie wraca. – tu także?
Tego dnia już go nie widziałem. Następnego dnia rano miałem nadzieję, że całe szaleństwo Damiana już się skończyło. – powtórzenia?
Byłem w szoku, że jeszcze ktokolwiek taką czyta, ale życie bywa zaskakujące. – i tu?
Próbowałem się uspokoić, wmawiać sobie, że przecież… kobieta ze sklepu i z gazety… to nie ta sama osoba! Były po prostu bardzo podobne do siebie. Usiadłem na krześle, próbując złapać oddech, ale serce wciąż waliło mi jak szalone. – i tutaj?
Damian podniósł ją z podłogi i znów to widziałem – wyraz jego twarzy, zmienił się w ułamku sekundy. – zbędny przecinek?
Cały dzień słuchałem (przecinek?) jak coś tam przesuwa, czy układa, ale drzwi pozostawały zamknięte.
Cały dzień słuchałem jak coś tam przesuwa, czy układa, ale drzwi pozostawały zamknięte.
W pewnym momencie zauważyłem, że światła w sklepie zaczęły migotać. Stanąłem jak wryty, gdy usłyszałem elektryczny dźwięk, brzmiący jak spawarka. Światła migały jak na dyskotece, aż w końcu na moment zgasły całkowicie. – powtórzenia?
Stałem kawałek od niej, ale doskonale widziałem twarz pełną bruzd, poranioną i pomarszczoną. Postawiła krok w moją stronę, a ja cofnąłem się, wpadając na półkę z gazetami i upadłem razem z nią. – składniowy? – niejasne – ostatni wyraz odnosi się do kobiety/zjawy, czy półki?
Chwyciłem klucze, zgasiłem światła i już miałem wyjść, gdy coś przyciągnęło moją uwagę – szare drzwi magazynu i czerwone światło (przecinek?) jakie się spod nich wyłaniało.
Wszystkie zmysły mówiły mi, żeby odpuścić, zostawić tę sprawę i po prostu wyjść (i tu?) i naprawdę chciałem to zrobić, ale usłyszałem zza ściany ciche buczenie, jakby ktoś włączył agregat prądotwórczy.
Powoli wstałem i drżącymi rękami wyciągnąłem telefon po raz (i tutaj?) kolejny tego wieczoru odpalając latarkę.
– Dlaczego…? – Usłyszałem przesiąknięty rozpaczą głos Damiana, od którego włosy zjeżyły mi się na głowie.
Przesuwałem latarką po magazynie. Widziałem towar, który miał trafić na sklepowe półki i kable. – powtórzenie?
– Dlaczego…? – Usłyszałem przesiąknięty rozpaczą głos Damiana, od którego włosy zjeżyły mi się na głowie.
Widziałem towar, który miał trafić na sklepowe półki (przecinek?) i kable.
Z ciemności wyłaniało się coraz więcej rzeczy, agregat do prądu, defibrylatory i czarna skrzynia (i tu?) przy której po turecku siedział Damian (i tu?) chowając twarz w dłoniach.
Czułem (i tutaj?) jak całe moje ciało zalewa się potem, gdy powoli, krok za krokiem, zbliżałem się do skrzyni.
Nie miałem o nim żadnej informacji. Szukałem jakiejkolwiek wzmianki o nim, ale nic nie znalazłem. – powtórzenie?
Delikatny, bezkrwawy i przesycony mocno romantyzmem oraz braterską miłością horror. :) Bardzo podoba mi się zakończenie. :) Zaskoczyłeś mnie zdecydowanie na plus, bo długo myślałam, że Damian to morderca. :)
W ogóle cała konwencja jest utrzymana w tonie zwyczajności i zaskakującego wręcz realizmu, a fabuła – podana tak delikatnie, przyjemnie, kulturalne, nienachalnie. To rzadkość w horrorach. :)
Klik, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Cześć ;)
Cieszę się, że opowiadanie się podobało i zaskoczyło ;)
Trochę jestem w szoku, że jest w nim tyle błędów! Przeczytałem kilka razy i… nie wyłapałem ich ;/.
Dzięki za łapankę, zabieram się do poprawy ;)
I dzięki za klik!
Czym prędzej wstałem z ławki i udałem się pod adres z kartki i po kilku minutach zobaczyłem szyld: – a czemu potem jest tyle wolnych wersów?
Trochę to pisałem jak taki serial telewizyjny, gdzie jest początek, a później pojawia się plansza z nazwą odcinka ;D. Brzmi to może dziwnie, ale… wydaje mi się to klimatyczne w kontekście całej serii ;)
Pozdrawiam serdecznie! ;)
I ja dziękuję. :)
To zawsze tylko sugestie, być może część jest celowa, np. powtórzenia – dla podkreślenia dramaturgii. Wszystko jasne; to Ty, jako Autor, podejmujesz ostateczną decyzję. :)
Pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Cześć :)
Jest to inne od poprzednich części. Mniej abstrakcyjne, mniej krwawe, ale chyba lepsze. Nie wiem, czy to przez smutek i czułość w tym tekście. A może przez zaskakujące, bo najprostsze zakończenie.
Podobało mi się :)
Cześć ;)
Bardzo się cieszę, że się podobało! ;)
I tak, miało być trochę inaczej, bardziej poważnie, żeby nie iść tylko w totalny absurd ;D
Pozdrawiam serdecznie! ;)